FOTOGRAFIE POLSKIE
Autor: Aleksander Szumanski   
23.01.2018.

POEMAT MARTYROLOGICZNO - NIEPODLEGŁOŚCIOWY

OD AUTORA

 

W 100-LETNIĄ ROCZNICĘ ODZYSKANIA PRZEZ POLSKĘ NIEPODLEGŁOŚCI

 

Poemat martyrologiczno - niepodległościowy "Fotografie polskie" został wydany w 2000 roku. Obecnie w roku 2018 z okazji 100 -letniej rocznicy odzyskania przez Polską niepodległości prezentuję drugie wydanie poematu poszerzone o trzy części:

- wiersze nie tylko lwowskie,

- wiersze nie tylko miłosne,

- spotkania teatralne.

 

"Fotografie polskie" uzyskały pewną rangę w historii literatury pięknej. Wielokrotnie były prezentowane fragmenty poematu, jak również w formie monodramów przez wybitnych aktorów scen polskich, lwowskich i amerykańskich. na scenach narodowych - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Teatr Groteska w Krakowie, krakowska Filharmonia, we Lwowie, Wrocławiu, Warszawie, Tarnowie, Zakopanem, Dąbrowie Górniczej,w Stanach Zjednoczonych w Chicago i w Los Angeles czasie mojego tourne' w 2001 roku.

Szczególnie istotne były wieloletnie spotkania z poematem z młodzieżą szkolną w krakowskiej Filharmonii organizowane przez Towarzystwo Opieki nad Majdankiem jako konieczna edukacja.

Poza mną poezję prezentowali - Tadeusz Szybowski, Ryszard Krzyżanowski, Barbara Denys, Danuta Michałowska, Łucja Karelus - Malska, Halina Kuźniakówna, Jan Güntner, Jan Adamski, Maria Przybylska, Zofia Więcławówna, Julian Jabczyński, Marian Cebulski, Halina Cieślińska - Brzeska, Mieczysław Święcicki, Wojciech Habela, Tadeusz Kwiatkowski, Adam Macedoński, Barbara Brzezińska, Zbigniew Zapasiewicz, Józef Komarewicz, Jerzy Michał Czarnecki, Wieslaw Michnikowski, Zbigniew Zapasiewicz, Danuta Skalska, Jan Poprawa, Nina Repetowska, Tadeusz Zygmunt Bednarski, Ryszard Rodzik, Helena Haniecka, Henryk Bąk, Ryszard Pietruski, Zdzisław Dudzik, Olgierd Jędrzejczyk, Mieczysław Voit. Władysław Hańcza junior, Jerzy Hoehne, Ewa Stolzman -Kotlarczyk, Iwa Korsak Sabuda, Krystyna Jeziersa, Konrad Strzelewicz, Jan Majda, Barbara Urbańska. - tylu zapamiętałem.

Istotne dla prezentacji poematu było Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, które organizowało spotkania  edukacyjne z tym poematem, wydając "Śpiewnik patriotyczny" oraz liczne biuletyny  "Spotkania teatralne". Kustoszem Muzeum Historycznego był mój Ojczym dr Tadeusz Nowak. a po jego śmierci dr Henryk Świątek - organizator spotkań z poezją.

Poemat "Fotografie polskie" napisałem z myślą o martyrologii narodu polskiego w czasie trwania II Wojny Światowej. Poemat nie jest wolny od koligacji rodzinnych, zważywszy, iż większość członków mojej rodziny zginęła w czasie okupacji niemieckiej i sowieckiej.

Z pożogi wojennej ocalała jedynie moja Matka i ja, dzięki "Żegocie"i licznym Polakom we Lwowie, Przemyślu i w Krakowie.

Najboleśniejszą stratą dla nas była zbrodnia  dokonana w tzw. "Akcji Nachtigall" na moim śp. Ojcu docencie medycyny Maurycym Marianie Szumańskim ginekologu - położniku, asystencie profesora Adama Sołowija w jego katedrze na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie.

Lwów to miasto mojego dzieciństwa i urodzenia 12 listopada 1931 roku, który opuściliśmy z Matką po zamordowaniu mojego śp. Ojca 4 listopada 1941 roku, przenosząc się do Krakowa.

Moja Matka filolog polski nauczała historii i języka polskiego w lwowskich szkołach powszechnych i średnich. Była miłośniczką poezji klasycznej, szczególnie epok romantyzmu i Młodej Polski. Czołowymi poetami dla niej byli Juliusz Słowacki i Kornel Ujejski.

 Już od mojego wczesnego dzieciństwa mówiła z pamięci obszerne fragmenty twórczości tych poetów, wielokrotnie, tak, iż znam np. całego "Ojca zadżumionych" na pamięć.

Spotkania poetyckie z moją Matką zapewne zaowocowały własną miłością do poezji, czego dowodem jest krytyka literacka "Fotografii polskich" autorstwa Jerzego Michała Czarneckiego b. prezesa krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich, znajdująca się w części "Krytyka literacka i recenzje" - dramatopisarza i poety, który podkreślił paralele "Fotografii polskich" do twórczości Juliusza Słowackiego, jak i prezentacja mojej twórczości w Radiu Lwów w maju 1941 roku.

Obecne poszerzone wydanie "Fotografii polskich" jest drugim wydaniem poświęconym 100-letniej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości.

Poszerzenie drugiego wydania polega na wprowadzenie trzech  dodatkowych  części. Pragnąc wprowadzić dodatkowe tytuły korespondujące ze Lwowem uzupełniam poemat częściami  wymienionymi powyżej, Wydanie pierwsze ukazało się  w 2000 roku nakładem wydawnictwa "Paweł Kubowicz".

 

Oto słowo wstępne "Od Autora" do wydania pierwszego:

 

Poemat "Fotografie polskie" nie stanowi autobiografii, choć tak może być odczytany. Jego fragmenty dokumentują bowiem gehennę narodu polskiego postrzeganą poprzez wymiar osobisty. Przedrukowany w części dokumentacyjnej  "Komunikat Komisji Specjalnej do ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania przez najeźdźców faszystowskich w lesie katyńskim jeńców wojennych - oficerów polskich"  został zamieszczony w krakowskim "Dzienniku Polskim" z dnia 5 marca 1955 roku. Przekazuję w całości ów komunikat bez komentarza, jako, że "Kłamstwo katyńskie 1940" w Polsce znane jest ogólnie.

Numer tej gazety odnalazłem w archiwum mojego śp. Ojczyma historyka dr Tadeusza Nowaka. Był on przede wszystkim wybitnym badaczem okresu historycznego Polski lat 1655 - 1660 potopu szwedzkiego.

Potop szwedzki – najazd Szwecji na Rzeczpospolitą w 1655 w czasie II Wojny Północnej (1655–1660).

Był on m.in. badaczem zbrodni niemieckich i sowieckich okupantów Polski popełnionych na narodzie polskim, jak również okresem tzw. Polski Ludowej. Pełnił funkcję kustosza Muzeum Historycznego Miasta Krakowa.

Tekst w języku japońskim pochodzi z fragmentów książek "Fotografie polskie", "Przeżycie" i "Kraków i Żydzi" mojego autorstwa w wolnym przekładzie Japonki Kazuko Tamura, absolwentki filologii polskiej na UJ.

Książki "Przeżycie" oraz "Kraków i Żydzi" ukazały sie tylko w języku  japońskim. Kazuko Tamura jest wydawcą i tłumaczką współczesnej literatury polskiej na język japoński w oficynie wydawniczej Kazuko Tamura - Nagasawa Kannegasaki - cho. W przytoczonych w "Dokumentaliach" fragmentach tych publikacji w języku japońskim wydrukowano mój życiorys, fragmenty wierszy z tomu "Odlatujące ptaki" i fragmenty podanych tytułów.

Epilog "Fotografii polskich" poświęciłem Abrahamowi Suckewerowi  polskiemu poecie, żyjącemu w Izraelu, a tworzącemu w języku literackim jidysz.

Abraham Suckewer urodzony w Smorgoniu niedaleko Wilna przeżył w Polsce dramat Holokaustu.

W "Dekadzie Literackiej"  z 31 sierpnia 1999 roku ukazał się w tłumaczeniu z jidysz przez Jana Goślickiego  utwór Abrahama Suckewera:

 

 

 

 

 

1981

 

"Ta ręka należy do mnie, czyjaś odrąbana ręka.,

Lata temu znalazłem ją w jakimś ogrodzie, w grządce pomidorów.

Ręka mężczyzny, właściciel nieznany. Stąd mam do niej prawo.

To moja trzecia ręka i tylko nią piszę.

 

Ciekawym czytelnikom - uzbiera się ich tuzin - wyznaję,

że nie ja ich karmię zaklęciami i nie ja w uszy papieru

szepcę wspomnienia, niekoniecznie własne. Wszystko

jest dziełem tej trzeciej ręki, która leżała pomiędzy pomidorami.

 

Jidysz to jeszcze za mało, żeby móc czytać jej pismo.

Muszę się uczyć jej mowy. Nocami błądzę samotnie

po jej ścieżkach, po kamieniach, przez ciernie,

a rankiem widzę ją we wschodzie słońca pomiędzy pomidorami.

 

I mam tę odrąbaną rękę. Może, kiedy go szatkowano,

jej właściciel czule głaskał nią swoją kobietę,

a ja ją znalazłem, po tym jak ów mężczyzna ją stracił,

we wrześniu 1941, pomiędzy pomidorami".

 

Za Janem Goślickim podaję:

"Nacechowana wybitnie "treściowo" poezja Abrahama Suckewera obywa się bez komentarza i to świadczy o jego miejscu w hierarchii poetów tego wieku wysokim(...). Jest to poezja tajemnicy, wbrew znanej diagnozie Adorno okazuje sie, że poezja "po Oświęcimiu" jest możliwa pod warunkiem, iż dzieło pisania zastępuje dzieło żałoby (Tauerarbeit).

 

Za poemat "Fotografie polskie" otrzymałem podziękowanie m.in. od prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego z dnia 19 stycznia 2006 roku.

Jako autor poematu "Fotografie polskie" za ten utwór zostałem uhonorowany przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego medalem "Komisji Edukacji Narodowej".

Poemat "Fotografie polskie" w wolnym przekładzie Japonki Kazuko Tamura miał duże powodzenie w Japonii i w wielotysięcznych nakładach posiadał trzy wydania.

Byłem zainteresowany tak dużą popularnością tego utworu w Japonii.

Zapytałem o to wydawcę. Usłyszałem, iż martyrologia narodu polskiego jest bliska Japończykom i ich martyrologii. Jako państwo osi Japonia przeżyła dramat narodowy w czasie trwania II Wojny Światowej, związany m.in.ze zniszczeniem Hiroszimy i Nagasaki przez amerykańskie bomby atomowe.

                                              

Opracował Aleksander Szumański , świadek historii - dziennikarz niezależny, korespondent światowej prasy polonijnej, akredytowany (USA) w Polsce w latach 2005 - 2012, ścigany i skazany na śmierć przez okupantów niemieckich.

Kombatant - Osoba Represjonowana - zaświadczenie o uprawnieniach Kombatantów i Osób Represjonowanych nr B 18668/KT3621.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG - PREAMBUŁA

 

"Chmury nad nami rozpal w łunę..."

 

MATCE MARYI FATIMSKIEJ

W SETNĄ ROCZNICĘ OBJAWIEŃ

 

Nie wiem jak mam rozpocząć

To moje wyznanie miłości,

Królowej Polskę zawdzięczam

Ma nad Nią pieczę wieczności.

 

Nie tylko Jan Kazimierz

I szlachta w katedrze zebrana,

Nie tylko chłopcy dziewczęta,

Pastuszków świętych Kochana.

 

Nie tylko ziemi i morzu,

Górom i rzekom przesłanie,

Twoje fatimskie spojrzenie,

Twojej miłości wezbranie.

 

Matko Królowo Wybranko,

Dla Syna Twego zrodzenia

I tajemnicy przetrwania

Boskiego Zmartwychwstania.

 

I sto lat minęło od trwania

Maryji Królowej boskości

Twoim poddanym na ziemi

I Świętym na Wysokości.

 

ANTEMURALE CHRISTIANITATIS

 

Dumny jestem z Ojczyzny łona,

Dumny jestem stworzenia,

Polska mnie urodziła,

Odejdę z jej imieniem.

 

Dumny jestem z historii

Z katedry lwowskiej imienia,

Tu się zrodziła Królowa

Po sens naszego istnienia.

 

Nie tylko na Jasnej Górze,

Lecz w naszej lwowskiej stanicy,

Czuwa nad nami Ikona

I Matki Najświętszej źrenice.

 

Z niebios nam błogosławi,

Nie tylko Trzeciego Maja,

I cały naród Ją sławi

Z Jej Synem Bożego Ciała.

 

 

 

To jest Najświętsze Ciało,

Z Jej krwi i duszy spowite,

Ona pod Krzyżem cierpiała,

To tylko Jej tajemnice.

 

Najświętszej Pannie zwiastował

Archanioł Gabriel zrodzenia

Jej Syna Chrystusa Króla,

Dla Polski sensu istnienia.

 

I trwać będzie przez wieki

Polski Ojczyzny Królowa,

Warszawy polskiej stolicy,

I Jej Królewskiego Lwowa.

 

                        Aleksander Szumański we Lwowie 3 maja 2017 rok w Jej Święto

 

 

PASTERZU BIAŁY

Pielgrzymie wszechczasów,

I znów ucałowałeś swój czarnoziem złoty,

I znów się wsłuchiwałeś w poszum rodnych lasów,

Ustami rozdawałeś swe słowa klejnoty.

 

A wzrosłeś w swą ziemię tylko miłowaniem,

Wszak ukochałeś co nam było dane,

Krakowem wzrosłeś w swoje miłowanie

I oddałeś Kraków Ojczyzny wezwaniem.

 

Stanąłeś w zadumie przed jubilera sklepem,

Przekazałeś spragnionym to co najważniejsze,

Sprawiedliwą mądrość wielokrotnym echem

I stało się wielkie, pozorem najmniejsze.

 

Maluczkim przecie wystawiłeś trony,

Ubrałeś najskromniejszych w serc szaty królewskie,

I schyliły w pokorze swej kłosów zagony,

A lazurem jaśniały sklepienia niebieskie.

 

Ty słońce przecie wstrzymałeś w swym złocie,

A polską glebą poruszyłeś ziemię,

Orłu koronę ubrałeś w swym locie,

Bo Polską wzrosłeś w swego ludu plemię.

 

A imię twoje dwunastu przy Tobie,

A Imię Twoje Łaską Pańską dane,

Pasterzu Biały, w swej tiary ozdobie

Tak nam błogosławisz jak Ci było brane.

 

 

 

 

 

W 12 ROCZNICĘ ŚMIERCI ŚW. JANA PAWŁA II

 

CIOS

 

Coś nagle się stało

I nikt już nie mieszka,

Błysnęło, zagrzmiało

I odszedł nam wszechświat.

 

W posadach zatrzeszczał

I boli, jak boli

Złowrogo milczący

Jak ziemia bez soli.

 

Jak ktoś bez powicia,

Jak kształt sam bez gmachu,

Jak życie bez życia,

Posady bez gmachów.

 

I wszystko stanęło

Jak ziemia bez roli,

Łza tylko samotna

Tak boli, jak boli.

 

NIEPODLEGŁA

 

Nam jest potrzebna ufność w Panu

I zapach powstań narodowych,

W pamięci dymy nad Warszawą

Baczyński Gajcy swymi słowy.

 

Nam jest potrzebna wrogów trwoga,

Historii odzew i zwycięstwo,

Czerwonych Maków nasza pamięć

I Orląt Lwowskich dzieci męstwo.

 

Ten naród przecie sto pokoleń

Był ujarzmiany a swym męstwem

Łamał kajdany męki trwogę,

Przemieniał w wolność szedł zwycięsko.

 

I poprzez dole i niedole

Męskość podnosił wrogów klęski,

Biało czerwoną kolorami

Ku Niepodległej szedł zwycięski.

 

Wszak Polska jeszcze nie zginęła

I nie pomogą namiestnicy,

Tęcza wolności lśni blaskami,

Czas na pohybel Targowicy.

 

 

 

 

 

KATYŃ 2010

 

Znów podeptano wolność

W smoleńskim czarnym lesie.

W nieludzkiej wrogiej ziemi

Staranowano kwiecień.

 

Nie zezwolono  hołdu

Ranom zadanym skrycie.

To miejsce to tył głowy,

W krwawy wrzesień o świcie.

 

Mamo ty byłaś ze mną

Gdy padł zdradziecki strzał.

I polską krwią urosił

Okrutnej ziemi zwał.

 

Mamo za polską ziemię

Wylała się ta krew.

W oczach mi było ciemno

Mamo już czas na gniew.

 

Znowu minęły lata

I znowu wróg u wrót.

Rozpacz i gniew się splata

W następny „polski cud”.

 

Więc Polsko otwórz oczy

W zdrajców ojczyzny broń.

Co na nieludzkiej ziemi

Strzelała w polską skroń.

 

CZĘŚĆ PIERWSZA - ŚWIADECTWO DAĆ PRAWDZIE

 

ŚWIADECTWO DAĆ PRAWDZIE

Otóż me zadanie.

Jeśli wybór snadnie

Przerasta podanie,

Jaki owej prawdzie

Dać wyraz?

Uznanie?

Szukać jej wszędzie

Gdy ciemń dookoła

Przerasta możliwość

Ludzkiego poznania,

Boć czy prawdą będzie

Jasność mroku świata?

Wiernego ufania?

Jak ono się zowie

W kłamstwa życia dobie?

A prawda wylata

Nieprawdy naturą,

Światem zakłamania,

Pochowana w grobach,

Może tylko w ich cieniach

Dać świadectwo.

Prawda dookoła

Staje się smutkiem

Dawnego chochoła.

Jakże ją odnaleźć?

Cisza ci odpowie,

I nikt nie usłyszy,

Tylko ci podpowie

Umarły, zagasły

Testament człowieczy.

 

W MARTWICY POSĄG PRZYODZIANY

Zastałem rozszalałe myśli.

Gniewne, nie w żaden laur przybrane,

A zwiędłej kolor miały wiśni.

I już zachodzą swą przesłoną

I już nie trwają żadnym kwieciem,

Skrzętnie na półki odłożone

Czekają na mnie w innym świecie.

A świat to dziwny swą wiecznością,

Nieistniejący w mrokach wierzeń.

Czy słońca świecą tam ciemnością?

Dla kogóż drzwi otwartych przestrzeń?

Bo ludzka taka jest natura

Gdy nie postrzeże, nie uwierzy,

Więc myśli kłębią się w swej burzy

Albo skłamane życia mierzą.

Wolę posągu być stworzeniem

Wykutym dłutem zapoznanym,

Wszystko jest dla mnie zrozumiałe

Jak mydła bańka - nieistnieniem.

 

POEZJĄ WTAPIAM SIĘ W OGNIWO

Katastrof łańcuch nasz dziejowy,

Tylko czy słowem można żniwo

Od plew oddzielić ziarnem mowy?

Czy można myśleć chęcią czynu

I sławić próżne swe nadzieje,

Kiedy już  uwiądł rozmarynu

Kwiat, przez dziejowe swe zawieje.

Wichr zatańcował z niebobytem,

Taniec to dziwny, zniewolony,

Nie sięgał nawet pieśni szczytu,

Ten taniec złudą upodlony.

Jakież  nadzieje gwiazdobrania

Tych spadających łez do morza?

Jakież spełnienie miłowania

Kiedy już mgłą zachodzi zorza?

Więc gdzież odpocznę niedosytem,

Któż zamknie słone me powieki?

Miałem wzróść szczęścia swego bytem,

A tu rozpaczą mówią wieki.

 

 

 

ZIEMIO MA TCHNĄCA URODZAJEM,

Jakżeś pachnąca, jakżeż dumnie

Wznosisz swe czoło Trzecim Majem

Jak złotoliście w drzew poszumie.

Kraju mój nigdy nie zatarty,

Bo bohaterem twa stolica.

Wrogim powiewem z mapy starty,

A zawsze wschodzisz słońcem lica.

Zagrasz mazurkiem złota wstęgo,

Orłem-koroną rzeźbisz nieba,

Sobą przerosłaś widnokręgiem

Ojców pacierze o chleb chleba.

Tyś prawdą swego ludu pragnień

Boś zorzy perłą niezagasłą,

I bohaterstwem  łaski natchnień

I gwiazdą gwiazdy już nie zgaśniesz.

Ziemio ma, kraju ojczyźniany,

Wiosno pochodów-łąk ruczajem,

Wtapiasz się blizną w takie rany

Które zakwitły trzecim majem.

 

NOCE SIĘ PIĘTRZĄ ZŁA CIEMNOŚCIĄ,

Dniami przesłania się mój mrok,

Słoneczna kula lśni pięknością

W pobliską chmurę jeden krok.

Łany się złocą w niebny szczyt

Kornie się chyląc ponad los

I znowu wstaje szczątkiem świt

I znowu kłosem tęskni kłos.

Wzbijam się skrzydłem, a upadam,

Jak ptak przelękły, ranna łania,

A więc dlaczego, skąd tak spadam?

Nie śmiem postawić zapytania.

A ziemia tętni stadem koni,

Grzywą się ściele każdy krok,

A kropla kroplą łzę swą roni

Ostatni promień wchłania mrok.

I w poszum lasów, wir promieni

Zorza wschodząca w kolor miedzi.

Czy pięknie, pięknie na mej ziemi?

Pytam, lecz nie chcę odpowiedzi.

 

IDĘ BŁĘKITNYM SKRAWKIEM NIEBA,

Nie widzę nic, nie czuję

Nade mną inne obce nieba

Błękitu wypatruję.

A ciemnia tylko mnie postrzega

Firmament łez bez granic

I ciemnią zmierzam w obce nieba

Więc gdzież jest kres przystani?

A inne słońca zimnym dmuchem

Miast złocić się i żarzyć,

To nanizują gwiazd okruchy

W swą lodowata zamieć.

I trwa bez końca podróż czasem,

Co poczuł lęk przestrzeni,

Więc obce słońca własnym zgaszę,

Stanę się gwiazdą ziemi.

I pójdę własnym skrawkiem nieba,

Nie widząc, nic nie czując,

I juz zagasły obce nieba

Błękitu wypatrując.              

 

PERLĄ SIĘ GWIAZDY JAK NIEBNE KOLIE,

I lazur złocą.

Drzewa już pachną wczesną magnolią,

Lecz nie wiem po co.

Wąską ścieżynę leśnego potoku

Przesłania drzewo

Mgliście i słono w rzeźby obłoku

Nie wiem dlaczego.

Ponad turniami śniegi bieleją

Swym wiecznym chłodem

Pozoru radość traci nadzieję

Swym serca lodem.

Na firmamencie gwiazdy się złocą,

Mrugają cienie.

Nie wiem dlaczego i nie wiem po co

Życie sie śmieje.

 

ATRAMENTEM NOC PRZECIEKA

Każdą kroplą ciemność tonie.

Pełń się zbliża, a z daleka

Widać krzak, co różą płonie.

Ciemń zrównała końskie grzywy,

Kopyt stukot w tarczę nieba,

Czarną wstęgę brzask leniwie

W otchłań nocy świt postrzega.

Zwyciężyła jasność zorzy,

Noc już pięknem dnia utonie,

Lecz dlaczego w szumie brzozy

Widać krzak, co różą płonie?

 

CZĘŚC DRUGA - FOTOGRAFIE LWOWSKIE

 

"(...)BIURKO,

A w nim (pamiętasz) ta szuflada

Do której się przez lata składa..."

 

Tak album ten Tuwima skryłem,

Aby na powrót go rozłożyć.

I co w nim skryłem, to odkryłem

By duszę swą z mych mgieł wydobyć.

Album to dziwny, zakurzony,

Skrojony w stare fotografie,

Piękny, choć stary, niezniszczony,

Przez lata spięty w starej szafie.

Pamięta loki me dziecinne

I pokój zawsze pełen bajek,

Zabawki różne, kotki zwinne

I flakon niezapominajek.

Widać w pokoju tym naroża,

Rysy na ścianach w półkach zgięte,

Kino "Kopernik" w swoich lożach

I losy Lwowa w pół przecięte.

Jak zacna pani F. Szumańska,

(Później dostojna Nowakowa),

W której płynęła krew szampańska.

Śmiała sie z okien swego Lwowa.

Jak Stasia barszcz nam gotowała,

Biały, czerwony - tego nie wiem

I z barszczem razem też się śmiała

W swojej sukience letniej, zwiewnej.

Jak pan Maurycy (własny tata)

Ściszał pacjentek niepokoje

I gdy w młodzieńczych swoich latach

Oglądał Laszczkę w przedpokoju.

 

ZE SNU OBUDZIŁEM SIĘ SZCZĘŚLIWY,

Bo zmiłowanie wczesnym chłodem

Już otulało, a prawdziwy

Dzień wstawał roztopionym lodem

I stare moje fotografie

Uśmiechem smutku mnie witały,

Poszukiwałem więc na mapie

Gdzie fotografie te powstały.

A fotografie te na ścianie

Tak spoglądają jakby żyły,

Mama podaje mi śniadanie

(Miłością oczy jej iskrzyły).

Rogalik z masłem z wonią szynki

Cienko krojonej od Feinera

Przy Jagiellońskiej numer cztery,

A może sześć, lecz cóż litera

Może Scheinerem te litery.

Wiem tylko jedno - sześć plus cztery

To dziesięć - równe lata własne,

Dziecięce lata tak dorosłe

Jak ongiś wiersze "Lwowskiej Fali"

Choć dzisiaj starym mchem porosłe

To teraz śpiewam je z oddali

I tak jak matka zasłuchana

Rozbieram wierszy owych słowa

A w strofach dźwięczy krwią wezbrana

Rozmowa w rozpacz przemieniona.

A fotografie te na ścianie

W postaciach stały popod ścianą

Listą Schindlera na ekranie

Zniknęły w złocień przyodziane.

Półcienie w żółcień już przebrane,

Tak jak prawdziwe łzy płynęły,

A twarze, wówczas roześmiane,

Dzisiejszym smutkiem już spłonęły.

Więc rozważałem boże dzieło

Na kartach utrwalone życie,

Życie uwiędła, co minęło,

Przerwane nagle w swym rozkwicie.

Ileż to szarych dni minęło,

Ileż to bólu wspominania,

Bo przecież szczęście rozpoczęło

Tych fotografii miłowania.

Przeglądam stare fotografie,

Tak jakby dziś przemówić chciały,

Milczące jednak, a potrafią

Wydobyć dźwięki czarno - białe.

Wskrzeszam postacie wiecznie  żywe

Wplecione w wspomnień mych pokrzywę,

Hiobowe pieśni dam do druku,

Norwida wspomnę "późny wnuku,

Życia ideał sięgnął bruku".

 

"BUKIETY WIEJSKIE JAK WIADOMO"

Stały się życia mego tchnieniem,

Gdy kart ich miody poznawałem

I wyczuwałem ich dążenie.

One swą wonią wiecznie trwają

I nigdy też nie przemijają

One mi wszystko przesłaniają

Niczego też nie pomijają,

Ni piękna mowy mej ojczystej

Tej mojej rodnej, tej z nad Wisły,

Ani bogactwa wszelakiego,

Tego godnego i wielkiego.

Te karty są jak las co szumie,

Przez życie wzywa kroczyć dumnie,

Z wysoka czołem podniesionym,

Pod błękit nieba podnoszonym.

Owe stokrotki i rumianki

Zdobiące sobą panien wianki

Owe narcyzy i rezedy

Jak gdyby chciały sobą z biedy

Wyrwać, zamienić własny smutek

Na inny kolor - niezabudek.

Albo te róże, piękne dumne

O innych kwiatach tu nie wspomnę

Jak za dotknięciem czarodziejskiej róźdźki

Zmieniają się tu w kwiaty skromne

Uczące w kwiatów swych skromności

Miłości, wiary i polskości

I jako symbol tej miłości

Myślą o Zosi Opęchowskiej

Tak  - "Kwiaty" wzywają w swym rozumie

Przez życie kroczyć polsko - dumnie!

 

PIEŚNI MA ŚPIEWNA, ŻE WE LWOWI

Trwają chłopaki honorowi

Pieśni ma zwiewna Łyczakwoską

A może też Zamarstynowską

Tońcio ze Szczepciem się sprzymierzał

Z nucnikim do kolejki zmierzał

Do bakaliji spiesząc równo

Nie przejmowali się, że gówno

Na kartki można tylko kupić

I niczym też się nie przejmować

Produktem gwiazdę posmarować

I nie dać się ropusze złupić.

A na mityngach uprawiano

Debaty zaprawiane sianem.

I ludem wrogim lud przymierał

Nad swym mitycznym kształtem chleba

Ubrany propagandą złudną

Błyszczącą jak bakalij gówno,

Bez kartek strojną oczywiście

Mitem papieru, rolką szarą,

Używał więc gazety starej,

Druki zwycięstwa mrowia kiście,

Albo najtaniej zwykłe liście.

Tutki Herbewo wycofano

Zmienione na machorki siano,

Zwinięte w zwykłą lwowską "Chwilę"

A żeby było jeszcze milej,

To panie biegły i rebiata

Na durny zwariowany kark

Do magazynu Berty Stark

Po tę kreację, co mój tata

Dyskretnie nosił pod spodniami,

Aby uchronić się od wiatru,

A one strojne do teatru

W sukniach balowych z lewatywy,

(Śmiały się nawet końskie grzywy).

Na suknie owe nakładały

Żakiet z królików podstarzały,

(W mole wycięty był żakiecik),

A mózg przykryty był w berecik,

Straszny czerwieni swej purpurą,

A gdy się niebo skryło chmurą,

To parasolki rozkładano

Które w śmietnikach wyszukano.

 

GODZINY RÓWNIEŻ POZMIENIANO

Gdy u mnie było pół do czwartej

To pół do drugiej ogłaszano

I się z radością tym chwalono

Bo życie dłużej będzie trwało

O dwie godziny razem z czartem.

Pożytek z tego był nie mały

W pięcioramienne ideały.

Gdy zmrok zapadał pół do ósmej,

To u nich było  pół do szóstej.

I nikt nie wiedział czy jest piąta

A może tylko wczesna trzecia

Inni mówili że dziesiąta,

A jeszcze inni że dwunasta,

I tak nam czas czerwony zmieniał

Tę czerń w czerwienie zdobne miasta.

 

BYŁA ZIELONA TEŻ GRANICA,

San przerażony ciubarykiem,

Ułan frajerski, cyc na głowie,

A obok hitlerowskie mrowie.

I z trupią czachą - wykrzyknikiem,

Czerwono  czarna błyskawica,

Katów przymierze utrwalone

I krwawą łaźnią zespolone.

 

LWOWIE PRZEDZIWNY, MIASTO STARE,

Wrośnięte we mnie jak ogniwo,

Za jaka zbrodnię, czy też karę

Już nie oglądam cię na żywo.

W albumie również jest Gestapo,

Brunatna maź z swą trupią czachą,

I jak krzyczałem tato, tato!

A tato był już piekła czarą.

I pies co konał u wezgłowia

Gdy mu zabrano jego pana,

I piekło wycia pogotowia,

Gdy matką mą poniewierano.

 

TAK, TO JEST SMUTNE CZYTELNIKU,

Gdy w pewną piękną noc wrześniową,

Miasto ubrano w bolszewików,

Także morderców z trupią głową.

 

KIEDY JECHAŁEM DO KRAKOWA

Gdy opuściłem miasto Lwów

Też trwała smutna noc wrześniowa

Czarcim się sznurem pociąg wlókł.

Dudniący w czaszce stukot kół,

Nade mną nieba czarny pył,

Pode mną hebanowy dół,

Stukotem tym ten pociąg wył.

Młodzieńczych myśli moich lot

Splecionych z sobą w ciemną noc

Jak strzały odwróconej grot

Wzierała w duszę diabla moc.

Ojciec zamglony już wiecznością,

Ruiny życia – ruin dom,

I dzień wschodzący  słońc ciemnością

I ja w pociągu ludzki złom.

Matka w sweterku swym zwiotczałym

Z skrzywioną twarzą w kątku ust,

Tylko chryzantem obraz szary

Listopadowy symbol snu.

Snujące wkoło się koszmary

Nieludzkie przecież jakieś łzy,

A pociąg wyje w deszcz szurszawy

Rozpacz rozpaczy – w środku my.

 

 

 

I nocą czarną nie majową

W tanatosowym widmie snów

Tak dojechałem do Krakowa

Gdy opuściłem miasto Lwów.

 

NA NIEBIE WIECZORNYM

Miasto jest odbite

I światłem przekornym

Zaigra z błękitem.

 

Tłum się tłumem wciska

W zapadń rozpadliska

Myśli, że szczęśliwy

Tłum ten nieszczęśliwy

 

Dni mi spowszedniały

W niedzielne ulice

W oczy przerdzewiałe

Patrzą kamienice

 

Tynki popękane

Z duszy odpadają

Serca rozerwane

Samotnością łkają.

 

Nieba zachmurzone

Gwiazdy przesłaniają

Parowy zmienione

W grzęzawiskach trwają.

 

Struny przemodlone

Miasta ćmą zaćmione

Wichry zadymione

W żale przemienione.

 

Twarze odmienione

W oblicza nieznane

Miasta śpią utkwione,

W smutkach pogrążone.

 

Trwa w swojej marności

Świat już spopielały

Tkwi w mojej nicości

Cień znieruchomiały.

 

NA UKWITŁEJ ŁĄCE

Pośród pól bławatów

Panny śpiewające

I niebu i światu

 

I w bezmiarze wonnym

W postaciach swych tkwiące

W błyskcieniu powolnym

Panny śpiewające

 

Trzymające ręce

W zachwycie swym drżące

Popłakują zwiewnie

Panny śpiewające

 

Nie uśnięte rosą

Na trawiastej grządce

Nuty swe wywodzą

Panny śpiewające

 

Na poły tęskniące

Na poły tańczące

I niebu i światu

Panny śpiewające

 

Mrugające zielem

W ołtarza kościele

Tak jak w kwietnej łące

Panny śpiewające

 

I sobie i światu

Pąkami granatu

Już nic nie czujące

Panny zachodzące

 

Te wrześniowe nieba

Pamiętna potrzeba

Głośnie swe przedarły

Panny już umarłe.

 

CZĘŚĆ TRZECIA - GDZIEŻ ZAGUBIŁAŚ SIĘ OJCZYZNO

 

 WIERSZU MÓJ ŚCIĘTY JAK PIEŃ DRZEWA

I nieuchwytny, bo prawdziwy

I słyszysz tylko jak ptak śpiewa

Albo upiększasz złota niwy,

Albo wykwitasz czarnoziemem

Spiesząc w wykwintne niebobranie

Nie patrząc w własne swe sumienie

I myśli płoche łzą zebrane.

To znów przemieniasz złotopolem

To co już dawno było dane

I się rozczulasz nad topolą

Albo w posągu kutą damą.

Wyznajesz swe miłości skrycie 

Albo wędrowną dawną nutą,

Jak wyobrażasz sobie życie,

Życie już dawno w brąz zakute.

Lecz jesteś czuły na harmonię

Róż ściętych, świeżo woniejących,

Raz udających pstre piwonie,

To znowu usta warg płonących.

Lecz nie przyglądasz się martwocie,

Jawnie broczącej w krwawe żniwo,

Jesteś bezdenny w swej głupocie,

Możesz z kumplami pójść na piwo.

Więc się zapadam w to co widzę,

Więc już truchleje przed przyszłością,

Może nie widzę to co widzę,

Więc się obnażam swą nagością,

I krzykiem mogę tylko wznosić

To co nieludzkie, nie zwierzęce

I ramię mogę swe podnosić

W piękności życia w krzyż ujęte.

 

JUŻ ZAGUBIŁEM SIĘ W KUPLECIE

I nie wiem nawet o czym śpiewać,

Czy o rumaku na widecie,

Czy też o zwykłych kromkach chleba.

I wznoszę w górę głowę dumną

Ubraną w laur mój poetycki,

I się sprzymierzam  lasu szumem,

Liryką pieśni, śpiewem kiści.

I zmierzam dalą w tym pochodzie

Osamotniony bezrozumem,

Buduję zamki swe na lodzie

Ślizgając się w nich z szarym tłumem.

Nad co wyrastam ponad murem

Nad czym dumałem wstęgi dumą,

Może ostałem tylko sznurem

Napiętym mej poezji struną.

Tak chciałbym wszystko poodmieniać

Lecz nie podołam prostym czynem,

Bo świat swym losem czynem zmieniać

To wchodzić w gęsty las pokrzywą.

A więc co czynić swą niemocą?

I czym pozbawić srebro śniedzi?

Płonącym rankiem myślę, nocą,

I nie znajduję odpowiedzi.

 

MOWO MA LUTNIĄ WYSTROJONA

Jakimi zwać cię kolorami?

Tyś przecie z zwykłych słów złożona

A jesteś pięknem nad pięknami.

Mowo przedziwna, niecodzienna,

Słowem wznosząca kielich czaru,

W prostocie swojej wszak odmienna,

Tyś łaską jest bożego daru.

Toniesz we wszystkich namiętnościach,

Wzlatasz podniebną wspaniałością,

A w naszych smutkach i radościach

Pochodnie wzniecasz swą wielkością.

I tylko sama z siebie rodzisz

Owoce swe z przedniego sadu,

Utkana myślą złotą brodzisz

Ubrana wstęgą winogradu.

I zawsze tylko sobą będziesz,

Słowem zwieńczona twa korona,

Ty piękno z piękna wydobędziesz,

Mowo ma lutnią wystrojona.

 

GDZIEŻ ZAGUBILAŚ SIĘ OJCZYZNO

Gdy widzę tylko cię niewolą

I tylko topię się szarzyzną

I tylko myślę twą niedolą.

Łany przebrane w szachownice,

Ścięte figury te wrześniowe,

I poskręcane w ból ulice,

Ulice dziczą upodlone.

Lance na czołgi zamienione,

Z Bogiem na pasach w krzyż wiązane,

Symbolem gwałtu zbrązowione,

I w drang nach osten  mordowane.

Długi był wrzesień tego roku,

Raz pierwszy potem siedemnasty,

Czarny, brunatny, widmem wzroku,

I siedemnasty nożem mroku.

W czerwień ubrany zmową katów,

Wrzesień nieszczęsny w polskie drogi,

Ścielący łany żmij psubratów,

Wrzesień - wyjący wichr złowrogi.

A potem tańce tych zwycięzców,

Z krwią wymieszana pieśń niedoli,

Upiór utkany w diable męstwo,

Upiór, wszechwładny mistrz niewoli.

Miasta wymarłe sybirami,

Miasta zgaszone spopielałe,

I tylko Katyń za oknami,

I krematoria z ludzkim miałem.

I tak wbijały się pijawki,

Larwy czerwone trupie głowy,

I gąsienice swastyk ssawki

Czerwone gwiazdy-  dni wrześniowe.

Pięćdziesiąt lat widzę z oddali,

Pięćdziesiąt cyfrą polskiej kaźni,

Bo nawet trumien nam nie dali,

Ciało kąpano w gazach łaźni,

Lub w kazamatach zadręczone

Pięcioramiennie sczerwienione

 

LIŚCIEM WIOSENNYM, DRŻĄCYM MODRZEWIEM

Ponad pół wieku zdążam do ciebie,

I dojść nie mogę szlaku przeszkodą,

Do szczęścia zmierzam ciernistą drogą.

Ponad ruczajem w głębi płynącym,

Idę w obłokach lazurem lśniących,

Spowity żarem i niebną drogą

Idę pół wieku i dojść nie mogę.

Spoglądam w przestrzeń a widzę niebo,

I tam gdzie jesteś tkwi smutne drzewo.

Może się w smutku drzewo zmieniłaś,

W połowie wieku gdy mnie zobaczyłaś.

 

 

 

DAWNO TO BYŁO, A TAK BLISKO

Spoglądam w dal tę mimochodem,

Polne ścieliło się ściernisko,

A nad nim mgła kroplistym chłodem.

Liczyłem ptaki w niebnym locie,

Pacierz szeptałem nieporadnie,

I cieniem Lwowa w własnej rocie

Ujrzałem Brody - miasto wschodnie.

Chmury krążyły własnym niebem,

Słońce prażyło swoim złotem,

Nagle zaćmione czarcim żlebem,

Czarnym ptaszyskiem - diablim lotem,

Zniżyło lotnie i w ściernisko

Wstrzeliło ołowiane stożki,

Potworne było to diablisko,

Ogniem smażyło polskie wioski.

I rozpaczliwie zakrzyknąłem

Mamo! Ach mamo! W swej rozpaczy,

Ściernisko stało sie popiołem,

Uszedłem z życiem  w los tułaczy.

Wtedy ujrzałem polskie nieba,

Słońca zaćmione w swastyk skrzydła.

I urodzajna polska gleba

W czarcie zmieniła się mamidła.

 

WRESZCIE, NARESZCIE

Przybyli ulani,

Wreszcie, nareszcie

Chłopcy malowani,

Jak w tej piosence

Miłością usłani,

Wiernością ojczyźnie

Chłopcy malowami.

 

Na czołgi z lancami,

Żółtymi otokami,

Rwali do czynu

Pieśnią rozmarynu,

I pieśnią wojenki

Krajkami sukienki

Dziewczyn miłowanych

Ułańską tęsknota,

W pola krwią zalane

Ułańską martwotą.

 

GDZIEŻ MŁODOŚCI MEJ PORYWY

Światy pięknem wyścielane,

Gdzież rydwany młodej niwy,

Serca złotem wyścielane.

Gdzież lazury snu i jawy,

Nagie dusze nieskalane

I zieleni soku trawy

Smakiem wiśni  w woń przebrane.

Gdzież te swą cichością wrześnie,

Maje słońca, czerwca śpiewy,

Ptaków mowy, kwiaty wczesne

I miłosne wiatru wiewy.

Pozostały w swej nicości

Myśli me nieujarzmione,

Jesień bliska w swej żałości

Jak bijący dzwon na trwogę.

 

CZĘŚĆ CZWARTA - JEST TAKIE MIASTO POLSKIEJ ZEMI...

 

JEST TAKIE MIASTO POLSKIEJ ZIEMI

Które w baraki zamieniono,

Jest takie miasto polskiej ziemi

W którym miliony zamodlono.

 

Najpierw ich w łaźniach wykąpano,

Potem orkiestry grały dęte,

Później ich znowu ubierano

W pasiaste stroje wniebowzięte.

 

Sługusy pana czesanego

W ząbek żłobiony swym wąsikiem

Się zabawiały w chowanego

Żywcem człowieka pasiastego.

 

Lecz dziwna była to zabawa,

Zwykle z udziałem B-cyklonu,

Który ulatniał z mocy prawa

Żywe istoty do Saronu.

 

Jak głaz milczący w swej zadumie,

Jak kłosy żniwne wykoszone

Trumny chowano w innej trumnie

Z dymem ich ciała przemodlone.

 

Najpierw ich piaskiem zasypano,

Później szkolone psy zawyły,

Potem ze śmiechu się skręcano,

Kiedy podludzie się smażyli.

 

Czasami była przeplatanka

Jednego goja z trzecim Żydem,

Ot taka sobie gra skakanka,

Ot taki sobie taniec z Juden.

 

Potem po wielu, wielu latach

Baraki stały tak jak stały,

Już nie myślały o swych katach,

W muzea się poprzemieniały.

 

I było wiele, wiele luda,

Jedni z gwiazdami, inni z krzyżem,

I dziwowali się, że ruda

Dzieweczka była tu też krzyżem.

 

 

I tak na wszystko spozierali

W głupocie ludzkiej wymodleni,

Że gwiazdy w krzyże wymieniali,

Albo na odwrót, tak jak chcieli.

 

Najpierw je piaskiem posypano,

Potem je znowu przemodlono,

Później z baraków wysypano

I je w śmietniska zamieniono.

 

MIŁOŚCI PIĘKNEM MA OJCZYZNO

Wrażą miłością też deptana

A wyzwolona krwią i blizną

Różą jątrzyłaś się jak rana.

 

Mówią już Tobą pokolenia,

Miasta zhańbione krwi bezmiarem,

Mówią już Tobą zniewolenia

I mówią wieki ludu żalem.

 

Domem rodzinnym, miedzy chatą

Wzrastałaś dumnie i podziemnie

A zakwitałaś tylko Rotą

Zwycięsko, ale nadaremnie

 

Więc wiem - ustanie dzień przemocy,

 I matek łzy już nie popłyną,

Więc wiem - twą jutrznią wolność wkroczy

W ten kraj co nigdy nie zaginął.

 

Bo nie zginęłaś nigdy sobą,

Przemocą zawsze nie uległa,

Królowa była i jest z Tobą

Błogosławiona - Niepodległa.

 

NA KARCIE ŻYCIA ZAPISAŁEM

"Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród"

Wszak innych ziem przecie nie znałem

Bo to mój dom, bo to mój lud.

 

Wrzeźbiła matka swe pacierze,

I tak już trwają w życia kres,

I stoję wryty w polską miedzę,

Bo moja Pospolita Rzecz.

 

I dźwięczy las topoli zwiewnych

Nutą Chopina, kłosów dum,

Rzecz czarnoleską uczą śpiewnie

Ptaki - liściastych borów szum.

 

Wstęgami zorza sie zaplata

I maju woń powtarza maj,

Pękła niewoli zgubna krata

Niwy się ścielą w wolny kraj.

 

I już spoglądam szkiełka okiem

W wiślaną woń wzorzystych wód

I nad wawelskim dumam stokiem

Bo tu mój dom, bo tu mój lud.

 

WIDZISZ JAK OPADAJĘ LIŚCIE

Żegnając smutne nagie drzewa,

A pod stopami już srebrzyście,

A pod stopami szreni gleba

 

Kształtem natury, barwą wrażeń

Spoglądam w twarze mi nieznane

A pod stopami sennie marzą

Me lata wcześnie zapoznane.

 

O jakże obco, obco wkoło,

A pod stopami szumna rozpacz,

Więc schylam przemodlone czoło

I w tej postawie chcę pozostać.

 

Tu przecież byłem nie tak obco,

T ukochałem  nawet cienie,

A pod stopami obca rozpacz,

A pod stopami upodlenie.

 

Widzisz jak opadają liście,

I już żegnają nas, żegnają

I moja łza się skrzy kropliście

Bo tylko Lwów był naszym krajem.

 

WIĘC DOBRZE PISZĘ ZNÓW O KWIATACH

Tym razem pięknem w ich purpurze,

I nie o bratkach w rząd rabatach,

Ale o makach w krwi na wzgórzu

 

Bo one piły krew wolności,

Żołnierzy w zrywie niepodległym,

Bo one trwały w swej wielkości

Zmierzając też do Niepodległej.

 

I utopiły dziczę zgrai,

Choć przerzedziły bohaterów,

A wrzesień powstał nagle majem,

Strojnym w zwycięstwo swych orderów.

 

I chociaż w gruzy gad przemienił

Wygodne dotąd legowisko,

To polskie drogi tak odmienił,

Jak chciało Jałty pośmiewisko.

 

CZERWONĄ GÓRĘ W MGLE UJRZAŁEM,

Strzelistym wiła się płomieniem,

Jak krzak ognisty dogasała,

A otulałem ją spojrzeniem,

Na poły martwym, na pół żywym,

Niby stepowej burzy zamieć,

Niby ginący strzęp pokrzywy,

Już nieparzący, bo nieżywy.

Raz zamieć śnieżna czerwień góry

Puchowym płaszczem otulała,

A mgła wraz z wichrem tańcowała,

Celując prosto w zakręt chmury.

A góra w swej prostocie cała

Rzeźną porfiru, w czerwień maków,

Tak jakby smutnie w dal wpatrzona

Coś miała z chabrów, innych kwiatów,

Ot, jakaś niedoczerwieniona.

Już krwistym wiję się pasażem,

I datą wspomnień niezagasłych

Myślą tak dawną, barw witrażem

I krzewem róż purpurą krasnych.

A rzeki z górą sprzymierzone,

Czerwienią krwawą zespolone,

Gromem błyskawic naprzód parły

I zwyciężając nie umarły.

A czerwień niezauważona

To w krew zmieniła swe ciernisko,

Miała być gadem upodlona,

A w chwałę zmieniła sie tak blisko,

Jak chciała tylko pieśni nuta,

Nuta zwycięska, krwią wykuta.

I głowę pochyliłem nisko

Przed górą, której uroczysko

Pieśnią przetrwało ponad laty

Strojną w przydrożne polskie chaty

Co dzisiaj chwały są wspomnieniem,

Ojczyzną moją, jej istnieniem.

 

WIOSNA NATURĄ SWĄ SPOWOLNI

Pustyni piasku wirowanie,

I wtedy może się uwolni

Tej polskiej drogi zapoznanie.

Nic nie pamiętasz gdy nad tobą

Gad się panoszył i wytrwale

Ssał pijawkami polską drogę

I w grdyki wpijał się zuchwale.

Nic nie pamiętasz, gdy dymienie

Orkiestra w marsze przemieniała,

Nic nie pamiętasz gdy sumienie

Inteligentna dzicz deptała.

Na skraju wspomnień swojej jaźni

Przekazywanej pokoleniom

Być może jakieś serca w kaźni

Są dzisiaj twoim zapomnieniem.

Być może jeszcze tylko w kinie

Ziewniesz znudzony niepokojem,

Ale w historii nie zaginie

Gdy krew się lała Polski znojem.

Gdy zbrązowiałe zbrązowieniem

Kaci łapskami ciała darły,

Gdy sczerwienione swą czerwienią

Katyńskie krzyże obumarły.

I jak poeta przepowiedział,

Że Polska jeszcze nie umarła.

I jak poeta nam powiedział,

Polska niewoli się wydarła.

Do grdyk wilczyce się wpinały,

Zemsty nie może nic powstrzymać.

I tak z ojczyzny wydymały,

By tylko pludry w garściach trzymać.

 

I WISŁA DUMNIE W SWOJEJ FALI

Już zawsze płynie Niepodległa

To Bóg z papieżem polskim sprawił,

Wrogości Polska nie uległa!

 

"CHMURY NAD NAMI ROZPAL W ŁUNĘ"

Poeta śpiewał hymn do Boga.

Bo tylko On ten Sprawiedliwy

Pomógł pognębić łunę wroga.

Pomógł Jedyny jak w Dzień Rodzaju

Stwórca Odwieczny lecz nierychliwY.

Panie jedynie Imię Twoje

Co tak łaskawie nam zesłałeś,

Panie, co zawsze litościwie

Ojczyznę naszą nam wskrzeszałeś.

Panie co Męką Syna Swego

Miłość Miłości nam wpoiłeś,

Bądź uwielbiony i dlatego

Że Polskę śmierci oddaliłeś.

Wołamy do Cię zawsze wiernie

Przez Syna Twego Rany Ciernie,

Niech nas nie dotknie nigdy wróg

Tak nam dopomóż Bóg!

 

HARFĄ MI GRAŁY ŁĄK OŁTARZE,

Ksiądz Podniesieniem pochylony,

I pierworodnym grzechem zorze,

Zniszczoną barwą na wsze strony

Znały już pustkę mą beznożną,

Znały już moje rany znojne,

Bo może tylko struny trwożne

Pozornie trwały bogobojne.

Łaską obdarzon, czy złudzeniem?

Bo nibyż na cóż łaska nieba?

Czy tylko moim jest stworzeniem,

Czy tylko zwykłą kromka chleba?

Więc błogosławić me istnienie,

Czy też przeklinać wniebowzięcie?

Sam nie wiem czy ostatnie tchnienie

Diabłem, czy raju jest przyjęciem?

 

 

 

 

WIĘC DOBRZE - ZNOWU PISZĘ KWIATY

Jakbym wymienić miał na drobne

Fijołki wiosen na przywarty

Bukiecik róż do mszy ozdobnej,

Którą odprawiał w zapomnieniu.

Wielebny prałat w strzęp ornacie,

Tak jakby utkwił w zadumaniu

W jakiejś przydrożnej zgrzebnej chacie.

Swój zagubiony krzyż zamienił

Na myśli płoche nieżądliwe,

Na myśli,w które klecha stary

Wpina się tak jakby w pokrzywę.

I grzechopłodne swe przywary

Przemienia w żale swe wylewne,

I czyniąc jakieś czary - mary

Odprawia swoje msze niedzielne.

Potem kazanie, nie o kwiatach,

Ale o jakichś dusz potrzebach,

I nie o bratkach w rząd rabatach,

I nie o zwykłych kromkach chleba.

I wznosi w górę ręce obie,

I szepcząc Ojcze Nasz coś w niebie

Przeklina, mrucząc  wciąż do siebie,

Niby ołtarza myśli snobie,

Wcale nie takie znów pobożne

W swojego ludu rozumieniu,

Wcale nie takie znów nabożne,

W swojego ludu ogłupieniu.

 

"WYKLĘTY POWSTAŃ LUDU ZIEMI"

Lecz z jakiej ziemi pytam właśnie,

Bo tej katyńskiej już nie zmieni,

Bo ciemń wchłonęła i rozjaśni

Już tylko mgiełka ludzkich cieni.

Może z Miednoje lub Charkowa

Przybędzie do nas nowa zgraja

I się zabawi w policaja

Lub w polnische bandit, bo zmowa

Bandyckim przecież jest zwyczajem

I zwykła znana mowa - trawa

Stanie się nagle ziemskim rajem.

 

ROZLEWISKO PIEKŁA, BRUNATNE ŚMIETNISKO,

Trupami zalega od morza do morza,

I trwająca burza, polskie rozpadlisko

Na lata uśpiona mej ojczyzny zorza.

Trwającą pół wieku polską noc wrześniową

Te piszczele w brązie, morderców rozmowę

Zamienioną w czerwień tę bandycką zmowę

Przerwała po latach Ojczyzna czerwcowa.

 

POEZJĄ SPLATAM SIĘ W OGNIWO

I czynię czynem nieodpartym,

Pocieram hubką me krzesiwo,

I płonę ogniem wpół przedartym.

Losy się piętrzą żalem wrogim,

Czy losy życia są splamieniem?

Przeglądam więc przebrnięte drogi

Czy kiedyś były mi spojrzeniem?

 

O dali błędna w przeznaczenie

I nieskończona w swej niewiedzy,

Juz podeptałaś me sumienie

Utkwione w żyznej polskiej miedzy.

 

Więc czym spoglądać szkiełka okiem

W te moje łany pochylone,

Co więc przesłania przed widokiem,

Czy ciernie wbite w mgły przesłonę?

 

Tak wymarzyłem Cię Ojczyzno

Wyrytą w serca mojej wierze,

Przecież walczyłaś krwią i blizną,

Dziś pozostały Ci pacierze.

 

A wzniosłe naszych ojców słowa

Stały się dzisiaj nieistnieniem,

Więc po co w Orle mym korona,

Gdy pustką tylko przeznaczenie.

 

Poezją splatam się w ogniwo,

I grzebiąc utraconą chwałę

Pocieram hubką me krzesiwo,

Bo tylko mi to mi pozostało.

 

CÓŻ, ZA NAMI CZERŃ PRZEBYTA,

Morze kłamstwa różnych dróg,

Ziemia krwawa mgłą spowita,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

Cóż, za nami nieprawości,

Sprawiedliwość? - Płaski próg,

Odzian w nagość bez godności,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

A Ojczyzny świętość plamić,

Znak pokoju, w pokój wróg,

Wznosząc serca inne ranić,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

Kromką chleba poniewierać,

Syty głodem płacze lud,

Ramię w ramię łzą się wzbiera,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

Dzieje dawne zapomniane,

I męczeństwa gorzki głóg,

Głupcem będąc jesteś panem,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

Taka moja jest pociecha,

Jak bezpańska rota nut,

Jak waląca chałup strzecha,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

Słowo się przemienia ciałem,

Gdy obłudą wkraczasz w próg,

Chciałeś tego, to co chciałeś,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

RÓŻA DUMNA PODNOSI GŁOWĘ,

 A na niej płatki otulone,

Zwiastunem szczęścia, królowania,

To ty miłością darowana.

 

To ry niczego się nie lękasz,

Dłonie splecione z moją ręką

Już trwają tak jak twoje róże,

Już trwają w twoich snów purpurze.

 

Pozornie nie zauważone

Jak rany jątrzą się czerwone,

I już nie umrą żadne róże

Bo zasuszone  śnią najdłużej.

 

I w tej miłości królowania

Są coraz śmielsze, panowania

Już nie oddadzą żadne róże,

Szczyty miłości pną ku górze.

 

Chabrami śnią, jaśminem płaczą,

Twymi wargami niebo znaczą,

Rezedą westchną, a wiatr szumnie,

Przywionie woń co kochać umie.

 

Ty przecie jesteś moją żoną,

żoną z swą różą spokrewnioną,

I kochasz tak jak róża umie,

Róża wyniosła w swojej dumie.

 

I pozostaniesz kwiatem losu,

I pozostaniesz losem losu,

I będziesz trwała swoim pąkiem,

Tak końcem bycia, jak zaczątkiem.

 

SZEPNĄŁA ŻONA, PISZ O RÓŻACH,

(O różach można nieskończenie),

A myślę winem, co po murze

Pnie się ku górze i zielenią

Nadaje kształtem i zapachem

Szlachetno grono kolorowe,

Jakby gmach nie był zwykłym gmachem,

Tylko przekładał piękna mowę

Na las szumiący nieopodal,

A barwy liści na tincturę.

Prostą elipsą  nadał owal,

I wtopił różę w czarne róże.

Wiem, że poezją można wiele,

Kiedy swym rymem nas ozłoci.

Rytmem więc wiersz ten tak rozścielę

By kwiatem szczycił się paproci.

Więc myślę tylko pięknym fałszem,

Różą mistycznie w woń przebraną,

By gwałt się rodził nowym gwałtem,

Bo czym mą Ziemię przyodziano?

JUŻ ROZPOSTARCIE W LAZUR BARWNE,

Już szczyty topią się w swej wiośnie,

Już serca rozognione niwą

Strzeliście piętrzą się radośnie.

I stukot kopyt wdzięcznie śpiewa,

I grzywy płowiejące w sanie,

A w mojej duszy ból rozbrzmiewa,

I takie własne winobranie.

 

MIŁOŚĆ MA PEŁNA JEST NATCHNIENIA,

Do życia garnie się pochodem,

Rzeka z okowów zimy zdjęła

Krę spływającą ciepła lodem.

Liściem dębowy las w promieniach

I sprzyjający wichr w swym tanie,

A w mojej duszy ból rozbrzmiewa

I takie własne winobranie.

 

Gdy czarnoziemem się zezłoci,

Czy dla mnie kłosy dumą spięte?

A ziarna pustką ogarnięte

W co zamieniają się w pozłocie?

I tak się świat odmienia pięknem,

Że nie wiem czym swe serce ranię?

A w mojej duszy ból rozbrzmiewa

I takie własne winobranie. 

 

Ziszczona pragnień złota jesień,

Chmury się bawią nieboskłonem,

Sam nie wiem, czy to maj, czy wrzesień,

Dziwnie spoziera w moją stronę.

Więc dumam gdzie swe kości złożę,

Już w dali widzę trójki sanie,

A w mojej duszy ból rozbrzmiewa

I takie własne winobranie. 

 

WIOSNĄ SPŁYNĘŁY KRY JUŻ LODU,

Ostre krawędzie złagodziły,

Podmuchem wiatru od zachodu,

I cieniem blasków rozbudziły

Wisłu już nurty skrami tlące,

W rzece się przeglądało słońce,

Majową wonią w róż przebraną

Ale odwrotnie przyodzianą,

Bo łodygami wprost do góry,

Chciały swą zieleń wetknąć w chmury,

A czerwień wtopić w wód zebranie.

Płatkami wzdobić się i wonią,

A rzeki swojej miłowanie

Przystroić sobą wartkie tonie.

Ja stojąc patrzę w swej zadumie,

Na życia się budzący kwiat.

I myślę - kochać już nie umiem,

I myślę - cóż jest wart ten świat.

I myślę słoną swą powieką,

Że jesteś blisko - tak daleko.

 

A W MEJ MILOŚCI ZAPOMNIENIE,

Silniejsze nawet niż stworzenie

Naszego świata, niebios darem,

Cudem wskrzeszenia, słońca żarem

Obejmującym mnie i Ciebie.

Cóż słońce znaczy tu na niebie,

Jeśli na ziemi jestem z Tobą,

Rzeźbą natury, mistrzów dłonią,

Boś przecie słońca jest ozdobą,

Źrenicą życia, kwiatów wonią,

Spoglądam wkoło, pustka wszędzie,

Bo Ty przesłaniasz świat miłością,

Bo wierność życia Twą wiernością,

I tak już było, jest i będzie.

Jak w mej miłości miłowanie

Tak w Twym królestwie królowanie,

I będziesz trwała ponad czasem,

Zorzą wschodzącą, nie zagasłą,

I znów spoglądasz - pachnie lasem,

A gwiazda wschodu - już nie zgaśniesz.

 

A KIEDY WPŁYNĘ NA BEZNIEBIE,

I spotkam się z różami cieniem,

Czy przyjmiesz łaską w mej potrzebie,

Czy też oddalisz swym Imieniem.

Czy podasz milcząc swoje Dłonie,

Na których przecie żem wyryty,

Czy tez ubierzesz cierniem skronie,

Bom tylko gwoździem w Ciebie wbitym.

Czy byt jest w moim niebobycie,

A Tyś jest pod postacią chleba?

I chyląc głowę w swojej trwodze

Wiem czym ma dusza jest uboga.

Jam łaską stworzon, a Tyś zrodzon,

Więc skaż na życie mnie bez Boga.

 

POZWÓL MI PANIE ZOSTAĆ Z TOBĄ,

I tu na ziemi u Twych bram.

Niech Matka nasza błogosławi

Moją ojczyznę z krwawych ran.

 

 

 

Pozwól mi Panie aby słońce

W promieni złocie dało zew.

Miłość i Polskę wiernym echem

Pacierzem Roty modlić się.

 

Pozwól mi Panie aby łąki,

Lasy i góry w polskim tle,

Nas ukochały swym bezmiarem,

Warszawskim echem każdym dniem.

 

Pozwól mi Panie błogosławić

Ten pokój który ześlesz nam.

Pozwól mi Panie Ciebie sławić

Kościół i Polskę u Twych bram.

 

Pozwól mi Panie abym umiał

Odróżnić dobro ode zła.

I myśli wierne odkupienia

Co nam zesłała Matka Twa.

 

Pozwól mi Panie uszanować

Tę łaskę którą dałeś mi.

Pozwól mi bliźnich tak szanować

Jak uczył Syn Twój, pomóż mi.

 

Pozwól mi Panie wykorzystać

Ten dar przywarty do mych drzwi.

Pozwól mi Panie Cię miłować

I Polskę do mych końca dni.

 

Pozwól mi Panie gdy odejdę

I stanę grzeszny u Twych bram.

Nade mną ręce swe pochylisz,

I powiesz Polskę miłość zna.

 

WYBACZ IM PANIE, NIE WIEDZĄ CO CZYNIA,

Czy mego życia ma być drogowskazem?

Więc wybacz mi Panie, choć wiem co czynię,

To tylko miłością me życie ukarzesz.

 

Być może karą było już powicie,

Bluźniercze koła cisną się na usta,

Bom przecie Tomaszem skazanym na życie.

Z Kariotu powstała miłości mej pustka.

 

Dlaczego skazałem Cię Boga cierpieniem,

Nie znałem Go przecie stworzoną naturą,

Dlaczego powstałem z duszy bezsumieniem,

Dlaczego sam swe życie zespoliłem chmurą?

 

Odejdę, to wiem, jak wszystko dokoła,

Przybędę, dokąd? Na twe przykazanie.

Zostawię tu wszystko i miasta i sioła

I może wiarę i Twoje posłanie?

 

A KIEDY STANĘ JUŻ PRZED TOBĄ,

Z głową mą kornie pochyloną,

Znakiem miłości mnie powitasz

Lecz o co, o co mnie zapytasz?

 

Spleciesz nade mną swoje dłonie,

Aloes wetrzesz w myśli skronie,

Błogosławieństwem mnie powitasz,

Lecz o co, o co mnie zapytasz?

 

A wtedy odrzwia się otworzą

Zabłysną dla mnie nową zorzą,

I całe życie me przeczytasz,

Lecz o nic, o nic nie zapytasz.

 

CZĘŚĆ PIĄTA - WIERSZE NIE TYLKO LWOWSKIE

 

WYDANIE DRUGIE POSZERZONE

Kiedy przeglądam każdą stronę

Ze stron tych różne mam refleksje

Jakbym zaczynał nową lekcję.

Notę bym sam wystawił sobie

Są zamówienia więc to robię.

Są zdania gdzie miał być przecinek,

Zamiast przecinka jest wycinek

Własną cenzurą z druku zdjęty,

Bo wcale nie był wniebowzięty.

Miała być kropka a po kropce

Wpisałem słowa całkiem obce,

Co wcale nie są mi natchnieniem

Kart tylko prostym wypełnieniem.

Miała być zwykła mała muszka

Z osą co wpadły do garnuszka.

Miały być wiatry szybkozwinne,

I dziewcząt wianki co niewinne,

Ścielą się złotem, srebrem, majem,

A pachną zawsze rajskim gajem.

W karty te wpisać także miałem

Zdania o których zapomniałem,

Albo być może ich nie chciałem.

Miała być jesień żałośliwa,

I zima mrozem przeraźliwa,

Miały być w barszczu takie grzyby

( Białym czerwonym co na niby )

Dano na obiad mój spóźniony,

Miał być też list od pięknej żony

Co dotarł w tydzień opóźniony.

I miały być krakowskie Błonia,

I końska grzywa rozwichrzona,

I kwiaty poln,e, kwiaty wiejskie,

I róże rajskie, róże miejskie,

Była piosenka że we Lwowi

Ta są chłupaki honorowi.

Zamiast piosenki powstał bajer

Że Rudą Mańke jakiś frajer

I to w dodatku w dym pijany

Przylepić chciał do mokrej ściany.

Miała być Helcia w Kulparkowi

I goły Antyk co miał w głowi

Zawsze pijaną karuzelę

Co mu śpiewała co niedzielę

( Gdy  Helcie trzymał za specyjał

I szpundyr mundyr z nią wywijał )

Antyk ja ciebie w morde strzele.

Ulica była Kupernika,

Gdzie stała panna bez bucika

Gdy sie jej spytać dzie je bucik

To panna mówi że jej ucik.

I o miłości pisać miałem

(Nie wiem dlaczego zapomniałem? )

Miała być także niespodzianka

O żonie co każdego ranka

Podaje mi podniebny trunek

(To taki trunek-pocałunek ).

Miało być także o nadziei,

O ptakach śpiewających w kniei,

O kotkach żony co dokładnie,

Siusiają wokół gdzie popadnie.

Miały być także sny wyśnione

I dłonie tobą wytęsknione.

Albo zabrakło mi konceptu,

Lub też zwykłego intelektu,

Więc na tym kończę poszerzone

Wydanie drugie nieskończone.

 

O OBROŃCACH LWOWA

 

Oni trójkami młodej krwi

Wpatrzeni tylko w gród swój stary

Szli bez okopów w wolność dni

Bo zbrojni byli w łez sztandary.

 

A niebosiężna tylko moc

Zbroiła tuman młodych rot,

Szrapneli zmowę w Orlą Noc

Ramiony bronił tylko splot.

 

Oni trójkami w niebo szli,

Bo taki trwał Ojczyzny los,

Historię wbarwił ból tych dni

Wrażej potęgi czarci głos.

 

Szlakami ulic szli nieznani,

Nad nimi zaś granatów mowa,

Podle zbrojeni, ukochani,

Broniący piękna swego Lwowa.

 

 

 

 

W polskości grodu zadumani,

Nad nimi trwała wraża zmowa,

A byli chciani, choć niechciani

Orlęta, dzieci swego Lwowa.

 

I w chwale swej wkraczali dumnie

Pieśni nutami Kleparowa,

Gołymi pięśćmi walcząc szumnie

Szły Orły Dzieci swego Lwowa.

 

I sztandarami bój wygrały,

W dym już rozwiana siła wroga,

Bo to Orlęta tak śpiewały,

Orlęta, dzieci swego Lwowa.

 

I w łyczakowskim gruzu wale

Spoczęły ich dziecięce słowa

A w twardej ziemi, lwowskiej skale

Trwają do dziś Obrońcy Lwowa.

 

ZADWÓRZE - POLSKIE TERMOPILE

 

Słońce znakiem wolności

Zza chmur im spozierało,

Blaskiem dziecięcej miłości

Ojczyzna spoglądało.

 

To druga jesień wrogości

Młodzieńczy los oplata,

W lewej ręce karabin,

A w prawej bat na kata.

 

I tak wkraczały dumnie

Dziewczęta z Kleparowa,

A chłopcy zewsząd szumnie

Bronili swego Lwowa.

 

Ich tanki to zwycięstwo,

Ich konie to bić wroga,

Ich  radość splotło męstwo,

W obronie swego Lwowa.

 

Ubrali ciernia koronę,

Tak ich uczyła mama,

 I w swego Lwowa chwale

Odbezpieczyli granat.

 

Jeden z Obrońców Lwowa

Młodziutki Jurek Bitschan

Co zginął w Lwowa chwale

Do taty list napisał.

 

 

 

 

Tato ja muszę okazać

Siłę jak młodzież polska,

Wroga z mapy wymazać

Z mocą polskiego wojska.

 

I walcząc bez okopów,

Swoim sztandarem z Orłem

Obrońcy Lwowa śpiewali

Pospołu ze swoim godłem.

 

A wróg im bezlitośnie

Dziecięce serca wyrywał,

Oni z miłosną pieśnią,

A lwowski wiatr ich porywał.

 

Szablami posiekani

Młodzi Obrońcy Lwowa

Co życie mieli za nic

Bóg ich w dzielności zachował.

 

Trzysta trzydzieści ciałek

Legło w przedpolu Przedmurza

Powstały Termopile

I nie oddali Zadwórza.

 

MATKA BIAŁOCZERWONA

                  

Popatrz Mamo na Łyczaków

Tam brzmi chór Czerwonych maków

Tam jest Polska, u twych stóp

Tam jest kraj jedyny Lwów.

 

Nie płacz Mamo ja wnet wrócę

Lecz na chwilę odejść muszę

Nie płacz mamo w mej czerwieni

To Lwów tylko się zieleni.

 

Lwów nasz żyje, Polski Rota

Nic, że dzisiaj krwi Golgota

Nic, że dzisiaj stąpasz cieniem

Ja to z Obrońcami zmienię.

 

Nie płacz mamo na mą duszę

Ja na chwilę odejść muszę

By powrócić do twych stóp

I zobaczyć polski Lwów.

 

WRZEŚNIOWE SŁOŃCE

 

Tamtych dni

Już umierało  z latem

A umierali razem z nim

Żołnierze Westerplatte

 

 

Pancernik ogniem pluł im w twarz

A oni skrawek ziemi

Obejmowali tak jak kwiat

Ginący w blaskach cieni

 

A każdy pocisk odwzajemniał

Rozpacz historii - września datę

Ostatni żołnierz krwią promieniał

Żołnierz ostatni Westerplatte.

 

LWOWSKIE NIEWINNE WSPOMNIENIA

 

Zapachniało ziemiochłodem

Pól wiankami  kwietnym płatkiem

Łanów pochyloną głową

I zerwanym wczesnym bratkiem

 

W poszum gaju chłodnym rankiem

Wkradły pierwsze się promienie

Jak dziecinna wycinanka

Przeszywają las strumieniem

 

Kora korze niepodobna

W swej żywicy zatopiona

Naturalną mapą zdobna

Śpi w zapachu swym utkwiona

 

Położyłem się pod krzakiem

Malinowo niedojrzałym

Tak przykryty polnym makiem

Że mi róże zapachniały

 

Kołysanka i skakanka

I gra w "Zośkę" tę dziecinną

Na przedmieściu Pohulanka

Lwowskie chwile me niewinne

 

Zamek w słońcu ten Wysoki

I ulica Łyczakowska

Na Hetmańskich Wałach sroki

Kocie łby Zamarstynowskiej

 

Wielki teatr Diabla Góra

I gra w" gałę" w Stryjskim Parku

Pełna siana chłopska fura

I Paryża czar jarmarku

 

I chasydzkie stroje zdobne

Baby w chustach w kwiaty polne

Obciążone tobołami

I mlecznymi banieczkami

 

 

 

 

A ulica Kaźmierzowska

Z elżbietańskiej dziury wieżą

I Brygidki w kraty troskach

W martwych oknach zęby szczerzą

 

Na Sykstuskiej bomby dziura

Tak ulicę tę zmieniła

Że przejezdna chłopska fura

Na Floriańskiej mnie zbudziła

 

JUŻ PRZEPŁYNĄŁEM WSZYSTKIE MORZA

 

Już  przepłynąłem wszystkie morza

I różne też zwiedziłem lądy

Wstęgą kraśniała złota zorza

I porywały wietrzne prądy

 

Słońce swym blaskiem sprzymierzało

Złotem świetliło niebne rzeźby

To śmiało się to znów płakało

Wtulone w zapach młodej wierzby

 

Biegłem od granic złotopola

Po łan pszeniczny dumny kłosem

Zielono-kwietny dywan pola

Ścielił się wkoło życia losem

 

I tak dotarłem w uroczysko

Przywędrowałem tu ze Lwowem

I ukochałem ponad wszystko

Dwa miasta - Lwów mój wraz z Krakowem

 

Dwa miasta otrzymałem w darze

A które piękniejsze

Czy Lwów katedrą marzeń

Czy groby królewskie?

 

Jedno miasto śpi skrwawione

Drugie w swym rozkwicie

Jedno miasto porzucone

Drugie w swym zenicie

 

A odległe te dwa miasta

Na milę przystani

Jedno już się nie rozrasta

I tęsknotą plami

 

Myślę że się kiedyś uda

Dwa miasta połączyć

Nie ma chyba nic prostszego

Jak dwa serca złączyć

 

 

 

 

I liryczną pieśnią nucę

Moją myśl o Lwowie

Ale nigdy nie porzucę

Cię piękny Krakowie

 

A kiedy wkroczę do wszechświata

To chór gwiazdami mi odpowie

Jak ptak podniebny niebo splata

Tak dłońmi splotę cię Krakowie

 

Nie będę pyłem złota blasku

Księżycem zmiennym w gwiazd ozdobie

A ukochaniem gdy o brzasku

Spleciesz mnie dłońmi mój Krakowie

 

W swej czapce będę niewidzialny

A serce duszą mi podpowie

Śpiewając hymn mój pożegnalny

To dłońmi splotę cię Krakowie

 

MOJA ŻONA

 

Moja żona urodziła się we mnie

Z mgieł powiewnych powstała jej postać

I utkała miłością swe życie

By już we mnie i ze mną pozostać.

 

POŻEGNANIE

 

Lwów pożegnał nas siwą już mgłą

Za te lata spędzone wraz z nami

I z oddali już tylko się skrzą

Kamienice i Rynek nasz z lwami.

 

I te lata ziszczone wraz z Tobą

Na krakowskim już bruku przetarte,

Byłaś Lwowa swojego ozdobą

Bo bez ciebie cóż wszystko jest warte. 

 

LWOWSKA PIOSENKA

 

To lwowska piosenka

Tak dzwoni, tak dzwoni,

A sercu gdy bliska

Pulsuje u skroni.

I wstaje zaraniem

I cieszy, raduje

I zmienia się w łkanie.

To ona tak bliska

I równie daleka

To zmienia się w kamień

I ból na nią czeka,

 

 

 

To znowu radosna

I śmieszna w powiciu,

Lecz dumna ojczyzną

Gdy mówi o życiu.

A gdy czas już wita

Piosenki przesłanie,

Z kamienic jej echo

Się zmienia na łkanie

I zadrga swym brukiem

W miłości granice

I szczęściem już pełne

Tęskniące ulice.

To lwowska piosenka

Tak dzwoni, tak dzwoni,

A sercu gdy bliska

Pulsuje u skroni.

Wędruje wieczorem

I wstaje zaraniem

I cieszy, raduje

I zmienia się w łkanie.

 

RÓŻE NIESKOŃCZONE

 

Spostrzegłem cię w oddali

Z naręczem śpiewu wiosny

Owal księżyca blady

I dumne szumem sosny.

 

Szłaś giętka i sprężysta

W zieleń się zamieniałaś

Powłoką nieprzejrzystą

Się oddalałaś.

 

Chciałem pochwycić wzrok twój

Choć skrawka wiosny tchnienie

I nagle mały powój

Zakrył mi twe spojrzenie.

 

A ty zbierałaś kwiaty

Zwyczajne kwiaty wiejskie

Tak jak przed wielu laty

Wręczyłem ci róże miejskie.

 

Być może jeszcze trwają

W twym sercu zasuszone

I wciąż się oddalają

Te róże nieskończone.

 

BAL LWOWSKI

 

Przy lwowskiej ulicy

W okrągłej sali

W kątku zasypiał

Kwiatek konwalii

W rączce go miała

Dama spóźniona

Na poły smutna

Na wpół stęskniona

Gdy nie pojawił

Się ten z oddali

Umarł i zastygł

Kwiatek konwalii

Dama umarła

Z kwiatkiem uśpiona

Na poły smutna

Na wpół stęskniona

Bo nie wiedziała

Mgła konwaliowa

Że już nie każdy

Wraca do Lwowa.

 

 HOTEL BRISTOL

 

Wysmuca twa powaga

I kształty dnia

Już wietrznie, nie pada,

Lecz mgła.

Napis na parasolu

Lwiw,

Przy stoliku w Bristolu

Ja i ty.

Obok Wały Hetmańskie

I pieśni peruwiańskie.

Wielki Teatr spoziera

Zdobny nowym tynkiem,

Wczoraj była niedziela,

A dzisiaj łzy,

Jakiś Lwiw

I ja i ty.

Upał, lecz wiatr,

Na Pohulance

Ktoś na czymś gra.

Wezmę cię na tańce

Wieczorem,

Nie pójdziesz ?

Wolisz w Bristolu

Przy stoliku pod parasolem

I piwo jasne,

Oj,ty moja sokolica

Sama nie wiesz co pijesz,

Wiadomo cyrylica.

Wiem,wolisz bukwy jasne

I duże jasne

Na Kleparowie

We Lwowie.

Opadają mgły,

Daremne łzy,

Smutne dni,

Jakiś Lwiw,

Ale ja i ty.

 

JESIEŃ

 

Już jesień pod stopami

Z lisci złocistych dywan ściele

Już się oddalił lot bociani

Nadchodzi zmrok, odchodzi zieleń.

 

A pod oknami kąpią się

Perliste dżdżu kałuże

I wiatr otwiera odrzwiom sień

A słońce cień wydłuża.

 

Myśl się do lotu tylko rwie

Jesień przygarnia smutki

A pocałunek twój we mgle

Bez słońca też jest smutny.

 

A wicher groźny z bólu dmie

Rozpędza twoje łkanie

Nadchodzi noc nim wstanie dzień

Do wiosny powitania.

WIERSZE BAŁAKOWE

KULPARKÓW

Jak tańcował w Kulparkowie

To wariaty śmiali się,

Jóźku, Jóźku, masz źle w głowie

Tak wariaty śmiali się.

 

Ze mną Mańka tańcowała

Co odwiedzić przyszła mnie,

A Kulparków krew zalała

Jak ta Mańka tańcowała.

 

Gdy ta Mańka poszła sobie

Jeden wariat Antyk ślepy,

Za te Mańke dał mi w morde

Do nocnika wsadził pety.

 

Mańka Mańka wspomnij sobie

Husia siusia tup tup tup,

Że już tutaj w Kulparkowie

Ja przez ciebie siny trup.

 

A ten jeden wariat Antyk

Jak pół litra wypił se,

Dał mi facką jeszcze w morde

Bym zabawe wspomniał se.

 

 

Potem tylko krew się lała,

W Kulparkowie z wariatami.

I w szpitalu tańcowała

Cała sala z doktorami.

 

Mańka Mańka wspomnij sobie

Husia siusia tup tup tup,

Że już tutaj w Kulparkowie

Ja przez ciebie siny trup.

 

BAŁAKOWY WIERSZ O MAŃCE

 

Maniuśka popatrz na nasz Lwów

Już trzeźwem okiem,

Na Pohulance widze znów

Nasz ślub z widokiem.

 

I wszystkie dzwony się we Lwowi

Pourywaju.

Więc powiedz tylko kocham cie

Nie tylko w maju.

 

Maniuśka och, Maniuśka siup

Ty Kliparowa jesteś cud,

Gdy na golasa,

Jesteś od pasa.

 

Ty Antoś jesteś fajny chłop

Jakżeś pijany,

Jak wytrzeźwiejesz znów

Przylepie cie do ściany.

 

Bo Mańka znaczy sie

Nie jestem dla frajerów,

Więc Antoś drogi odpieprz się.

Idź do cholery.

 

Maniuśka och Maniuśka siup

Ta ja bez ciebie

Jak ten trup,

Ta daj mi buziaka,

Ta nie bądź że taka.

 

Ja na zabawie jakiejś już

W straży pożarnej,

Przyjde ze szlaufem

Sikne nim,

W te mordy małpie.

 

Więc nie opieraj się Maniuśka,

Daj mi swe serduszko,

Bo ja się dziś zastrzeli

Z tobą na karuzeli.

 

 

Najpierw cie w morde strzeli,

Jaśni anieli.

 

NOWY ANCUG

 

Kupił ja sy ancug nowy

I do moi hulam baby

Piji likir bananowy

Babie daje swoju graby

 

I zakładam klawy bajer

Na harmoszce nowy sztajer

Baba si ze śmichu ścieli

Ta ja fruwam w karuzeli

 

Rach ciach ciach

Babe w piach

I jasny anieli

Koguś w morde szczeli

 

Baba w bałak daj sy spokój

Bo to ja cie w morde szczeli

Będziesz miał wybite oko

Ty drymbajło co w niedzieli

Pod kościołem zginasz graby

Nim do swoi hulasz baby

 

Pomalutku aż do skutku

Jak si hajdać zaczniesz w kółko

To pod hajrem cie upieszcze

Poznasz wtedy Antka Ziółko

 

Antyk ty na nerw zagrywasz

I hałukasz na bezdurno

Jestem Mańka a nie zgrywa

Z nami aus ja mówie równo

 

Jojkasz, jojczysz nie do wiary

Ja katulam si do ciebie

A ty mi potyrcze sadzisz

Mnie przy tobie tak jak w niebie

 

Antyk jesteś zawierucha

Co w ancugu do mnie drybasz

Ancug nowy zmiętolony

Jak pod chajrem wciąż przebywasz

 

Kupił ja sy ancug nowy

I do innyj hulam baby

Co na rogu Kupernika

Stoi cięgiem bez bucika

 

 

 

 

Rach ciach, ciach

Babu w piach

I jasny anieli

Koguś w morde szczeli.

 

 

CZYKULADKI I CUKIERKI

Słodziusieńki bumbunierki            ,

Pienkny panny kwiatów mowa

A to wszystko jest zy Lwowa.

 

Popatrz z góry na Łyczaków

Tam jest smak pachnących maków,

A frajery z Kleparowa

Przecież takży są zy Lwowa.

 

Gdy muzyczka rżnie sztajera

Lwów piękniejszy niż Riwiera,

Bo na rogu Kupernika

Tańczy panna bez bucika.

 

Po Gródeckiej jedzie tramwaj,

A my dwaj są obacwaj.

A tu Antek leje w mordę

Pół literka i jest lordem.

 

Czykuladki i cukierki

Słodziusieńki bumbunierki,

Pienkne panny kwiatów mowa,

A to wszystko jest zy Lwowa

 

Wezme babe swe pod pachę,

To mi fundnie drugą flachę.

Policjanci i złodzieje

W mordę wódę każdy leje.

 

A po wódce twoja Mańka

Jest jak w cyrku Wańka - Wstańka.

Mańkę widać jak na dłoni,

A frajera frajer goni.

 

Gdy ze Lwowem sztamę trzymasz

To nie będziesz za oryginał,

Bo gdy się urodzisz znów

To zobaczysz miasto Lwów.

 

I cukierki czykuladki

I amantów własnej babki,

Swoje meszty na stoliku

Rudą Mańkę na nocniku.

 

Przy twej Mańce jakiś frajer,

Uskutecznia ręczny bajer.

Ja frajera facką w mig.

Absztyfikant był i znik.

 

Bal u ciotki Bańdziuchowej,

Trzymam dziunię szczegółowo.

Dziunia klawa ja też szyk,

Frajerowi portfel znik.

 

I cukierki czykuladki

Dookoła nowe babki,

Piękne panny kwiatów mowa,

Skąd te panny? Z Kleparowa.

 

Czykuladki i cukierki,

Słodziusieńki  bumbonierki,

Pienkny panny kwiatów mowa,

A to wszystko jest zy Lwowa.

 

JANOWI PIETRZKOWI

 

Panie Janie wspaniały

Panie Janie przejrzysty

Co to z Polską przychodzisz

I ochraniasz Jej twarz

Panie Janie jak trwały

Jest Jej pomnik wieczysty

Tak piosenka i wiersz Twój

Będą trwalsze nad głaz

Panie Janie co nosisz

W swoim sercu Królową

W Jasnogórskim Jej wzlocie

Wypatrujesz Jej próg

Panie Janie Ty kwiaty

I ciernistą Jej drogę

Wciąż przemieniasz piosenką

Na ojczyzny swej trud

Nielegalne wciąż kwiaty

Ułożone pod krzyżem

Na tej ziemi legalnej

Ale mokrej od łez

I powstaje już Twoje

Nielegalne Zadwórze

Z Obrońcami Ojczyzny

Co ginęli bez łez

Czy życzenie Twe Janie

Aby Polska Twym hymnem

Niepodległa miłośnie

Obroniła swój zew

Nie zginęła jak pragniesz

I w tysięcznej swej wiośnie

Zaśpiewała wraz Tobą

Swoim wrogom na gniew

 

/na Krakowskim Przedmieściu 2 maja 2012  roku w czasie koncertu Jana Pietrzaka/

 

 

 

KORNELOWI MAKUSZYŃSKIEMU (na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem )

 

Na litym kamieniu położyłem dłonie

Jakbym chciał do życia powołać minione.

Czoło pochyliłem w myśli swej zadumie

Jakbym chciał zapłakać, a tylko to umiem.

 

Literkami ryte imienia Twe słowa

I w tej wiecznej ciszy z sobą ma rozmowa,

Góry ukochałeś i dziecięce wzloty

Słowem nakarmiłeś górne nasze loty.

 

Słowa wyrzeźbione w serc naszych rozumie,

Słowa które każdy na pamięć z nas umie.

Trwa po wszystkie lata piękno zapoznane

Tylko tym nielicznym co nie było dane.

 

ZA GÓRAMI ZIELENICA

Strumyk płynie lądem,

Poczekamy do księżyca,

Popłyniemy z prądem.

 

Ty mi podasz usta sierpniem

Ja ci oddam majem,

W Wielkim Wozie na przyczepkę

Miłość nad ruczajem.

 

Hej ognista pięknolico,

Pachniesz modrą sosną,

Weźmiesz w jasyr moje życie

Co mi oddasz wiosną?

 

Posłuchała, zapłakała

Modrą zielenicą,

Prócz miłości nic nie miała,

Tylko pięknolico.

 

Za łzy twoje w zielenicy

Dam ci skrawek nieba,

Co wieczorem pod twym oknem

Miłość ci wyśpiewa.

 

Hej ognista pięknolico

Pachniesz modrą sosną,

Weźmiesz w jasyr moje życie

Co mi oddasz wiosną?

 

POD DZIKIEM BLUSZCZEM

Rosła róża,

Może zmęczona, może zła,

Gdy inne róże swoim pąkiem

Obejmowała szara mgła.

 

 

 

Nad różą wichr się usadowił,

Może zmęczony, może zły,

I inne róże tak ozdobił,

Że się nie bały szarej mgły.

 

I smutna róża zapłakała,

Może zmęczona, może zła,

Że zapach swój ofiarowała

Pod dzikim bluszczem szara mgła.

 

 

CZĘŚĆ SZÓSTA - WIERSZE NIE TYLKO MIŁOSNE

 

TĘSKNICA

 

Tęsknicą mnie zwodziłaś,

A tak naprawdę błyskiem,

Wieczornych twoich oczu

Porankiem mglistym.

 

W srebrzystym śnie skąpana,

A tak naprawdę rosą,

Wieczornym dniem kochana,

I naszym losem.

 

Wargami się wtulałaś,

A tak naprawdę sobą,

Wieczorem przyrzekałaś

I naszą nocą.

 

Chciałem uchwycić kwiat twój,

A tak naprawdę ciebie,

I wieczór naszą rzeźbą,

Odbitą w niebie.

 

Tęsknicą mnie zwodziłaś,

I blasku byciem,

I tylko jedną nocą,

A tak naprawdę życiem.

 

UFNOŚĆ

 

Zadufałem pewnej pani

Mgły porankiem, wczesnym niebem,

Otworzyłem odrzwia dla niej

Własnym celem, żyzną glebą.

 

Zanurzyłem się zachwytem,

Zachłysnąłem skrawkiem nieba,

I się stała kolorytem

W barwie pąku, woni Leda.

 

 

 

 

I czytała moje życie,

I pisała myśli moje,

I kochała późnym świtem,

I koiła niepokoje.

 

Już nadchodzi wiewu jesień,

W naszych sercach zorzy wiosna

I spokojny złoty wrzesień

Zmienia w maje pieśń miłosna.

 

Ile to już lat minęło,

Zadufałem pewnej pani,

Bo to dzisiaj się zaczęło,

Moje życie, w życie dla niej.

 

CO TO JEST MILOŚĆ

 

Co to jest miłość?

Czy to grzech,

Wiosenny kaprys,

Pusty śmiech?

 

Cząstka przeżycia,

Szara mgła,

Postać niebycia,

W sercu skra?

 

Radość spełnienia,

Szara nić,

Szał uniesienia,

Wieczne nic?

 

Kabaret wrażeń,

Myśli splot,

Spełnienie marzeń,

Ptasi lot?

 

Kukułcze gniazdo,

Pusty śmiech,

Ściśnięte gardło,

Mokry las łez?

 

Burza wiosenna,

Lodu szkło,

Kochanka senna,

Dobro i zło?

 

Czy kocie oczy,

Wschodzący świt,

Światło przeźroczy,

Prawda i mit?

 

 

 

 

Uśmiech czy smutek,

Przegrana noc,

Czas niezabudek,

Słoneczna moc?

 

Już szara mgła,

I pierwszy śnieg,

I ty to ja,

I ptaków śpiew.

 

Wędrówki trop,

I srogi mróz,

Błąd przebaczenia,

Splecenie dusz.

 

Wrogość, nienawiść,

Wyznania zew,

Zwyczajna szarość,

I wichru wiew?

 

Przeżycia radość,

Czy chaos dnia?

I wieczna szarość,

Czy dobroć zła?

 

Świat uniesienia,

Cisza skarg,

Czystość sumienia,

Lunapark?

 

Głos  oburzenia,

Lament zła,

Światło spojrzenia,

Szara mgła?

 

Co to jest miłość?

Nagi grzech,

Wiosenna zamieć,

Pusty śmiech?

 

Radość przeżycia,

Serca kłam,

Pustka niebycia,

Śmiechu kram?

 

Mitu fortuna,

Pusty trzos,

Śnieżna laguna,

Ludzki stos?

 

Wschód niezabudek,

Spleciona myśl,

Radosny smutek,

Wczorajsze dziś?

 

Radość wspomnienia,

Czarci zwód,

Szał uniesienia,

Sytości głód?

 

Lawina pragnień,

Szał niedosytu,

Czarów omamień,

i czas przekwitu?

 

I polski Lwów,

Miłości zew,

Co chcesz to mów,

Już czas na gniew.

 

Co to jest miłość?

Nie wiem sam,

Czy serc zawiłość,

Czy życia kłam?

 

             

 

                        Alusi na urodzinki 06. lutego 2017 r.

 

TY

 

Chciałbym twe oczy tak zbłękitnić,

Aby pachniały malinami,

A rysy twoje tak ozdobić,

Jak Tatry zdobią się Rysami.

 

To niepojęta jest zasłona,

Gdy srebrną nocą blask ciemnieje,

Przymknięte oczy moje widzą

Gdy wiatr już tylko tobą wieje.

 

Już tylko księżyc w złota nowiu,

Już tylko myśl krążąca wzlata,

Tak jesteś blisko i daleko,

Treść twoja jest tak jak treść lata.

 

I już nadchodzi twój poranek,

Mój świt się z twoim świtem splata,

Jaki najbliższy jest przystanek?

Gdy świat jest tobą pięknem świata.

 

                                   Alusi na Nowy Rok 2018

 

SPLECIONY ŚWIAT

 

Nicią jedwabiu splotę świat

Jak sianokosów stóg

I tajemniczy wonny kwiat

Złożę u twoich stóp.

 

W tym splocie będę tylko ja

I nim przekroczę próg

W tych odrzwiach tylko ty i ja

Złożony u twych stóp.

 

Jak złotolistny barwny krzew,

Jak nenufary słodkich wód,

W mych żyłach krąży taka krew

Złożona u twych stóp.

 

Uprzędę również taką nić

Wyssany z kwiatów miód

By najpiękniejszy wzrosły kiść

Złożyć u twoich stóp.

 

I będę swoim życiem trwał

Wybrawszy jedną z dróg

Gdzie tajemniczy legł nasz świat

U twoich stóp.

 

DZIEWECZKA

 

Szła dzieweczka złotolica

Nad nią się pochylał wrzesień,

Miała lica z krasnolica

I wetkaną w kord swój jesień.

 

Na nic tu frazeologia,

Gdy się perlą słowa piękne,

Może będzie demagogią,

Gdy przed dziewczem tym uklęknę.

 

Powiem wówczas – piękna damo,

Balast lat obciążył duszę,

Czy nie będzie więc to samo,

Gdy ci wyznam to co muszę.

 

Tyś młodości jest królową

A jam stary z siwą głową,

Gdym młodości dzierżył godło

Ciebie jeszcze być nie mogło.

 

DLA CIEBIE

 

Pachnąca róży poziomkami

Odwracam wzrok i widzę ciebie

Mieniącą tęczy się blaskami

Tęczy powstałej samej z siebie.

 

Przymykam oczy, widzę jasność,

Oczy otwieram nieboszczytem

I w tej poświacie chciałbym zasnąć

I zbudzić się twym jasnym świtem.

 

 

Śpiewnym odruchem twarz swą zmieniasz

Twym nagim szczytem obnażonym,

Jak księżyc złotem się odmieniasz,

Złotem twym, pięknem rozognionym.

 

Dla ciebie żniwne polne kłosy,

Dla mnie twa rozkosz uskrzydlona,

Dla ciebie ramion mych osłona,

Dla mnie kropelki rannej rosy.

 

DLACZEGO

 

Dlaczego właściwie

Cię kocham?

Sam nie wiem.

Może dlatego,

Że gwiazdy wstęgą na niebie,

A może jesteś łzą w oku

Gdy ciebie nie ma,

A może rankiem

Kiedy wychodzisz

Na do widzenia.

Może dlatego

Że jesteś sroga

Na powitanie,

Może dlatego

Że nasza droga

Niebnym posłaniem.

Dlaczego właściwie

Cię kocham?

Sam nie wiem.

Może dlatego

Że życie

Cierniem

Bez ciebie.

 

BYŁAŚ MI PANNĄ

 

Byłaś mi panną

Zielną dziewanną

Słońca purpurą

Żywą naturą.

 

Gdy się w topolę

Już wtopoliłaś

Smukłością swoją

Słońce zaćmiłaś.

 

A jak kwieciłaś się

Nadkwieciście

Na pozór w srebrze

W sensie złociście.

 

 

 

A jak śpiewałaś,

A jak szeptałaś

I jak płakałaś

To pokochałaś.

 

I złotem srebrzysz

I srebrem złocisz,

Stąpasz po ziemi

Pod niebo wznosisz.

 

Strzeliście – modro,

Jawnie – błękitnie,

Ty jesteś dobro

Co nie przekwitnie.

 

TĘSKNOTA

 

Idę do ciebie razem,

Idę do ciebie przestrzennie

Smutek przemieniam w dumanie

Bezbrzeźnie mi i bezdennie.

 

Już Nowy Rok nam przyświeca

Za nami lata zmęczone

Tu wicher zaśpiewa na chwilę

Zapraży słoneczko prześnione.

 

A tyle miast jest w oddali

Ile mych spojrzeń w twa stronę

Czy branką mi byłaś w bezmiarze

Kochanką, miłością i żoną.

 

Już księżyc się zmienia złociście

Wciąż jesteś przede mną i we mnie

Czy nie jest to już wszystko jedno

Bezbrzeźnie mi i bezdennie.

 

Miłością są tylko słowa

I snują się nadaremnie

Gdy nasza miłość do Lwowa…

Bezbrzeźnie mi i bezdennie.

 

TWÓJ WIATR

 

Kiedy spostrzegłem cię przelotem

To nuta grała mi radosna,

Więc pomyślałem o twym złocie

I o twych porach gdy jest wiosna.

 

A gdy podszedłem mimochodem

Stanęłaś w smutku całkiem naga

I porównałem twój wschód z wschodem

Twego promienia gdy wiatr gadał.

 

 

I twoje drzewa, ale wtórnie

Ogołocone z liści płaczą

I niebo nie jest już pochmurne

I moje słowa tu nie znaczą.

 

Ty też spojrzałaś mimochodem

I znowu byłaś całkiem naga

A lód się stopił wraz ze wschodem

I wiatr istnieniem twoim gadał.

 

LICHO

 

Mieszka w tobie jakieś licho
Gdy spod oka się przyglądasz
Czy to licho czy nie licho
Nawet nie wiem jak wygląda

 

Mieszka w tobie nieodziane
Takie zwykłe takie małe
Sympatycznie nieubrane
Takie licho w tobie całe

 

Okiem zerkasz w moją stronę
Naśladując w dal spojrzenie
Twoje licho ma koronę
Strojną w złocień krzak marzenie

Stąpasz godnie pachniesz strojnie
Jakby licha pozbawiona
A tymczasem trwasz dostojnie
W naręcz kwiatów utulona

 

Srebrem złocisz kamienice
Gdy się tobie przyglądają
Diamentami tkasz ulice
Gdy twe licho oglądają

 

Takie zwykłe takie małe
Siedzi w tobie jakieś licho
Może jeszcze niedojrzałe
Może drzemie jeszcze cicho

 

USTA

 

Usta zabarwię atramentem
Na twoich wargach nieuległych,
Wryję literę jak diamentem
Napis mym sercem wpół przeciętym.

Wdrążę się skałą w niezdobycie,
Przeszyję myśli twoje lotem
I ażurowy szał ukrycia
Zniknie porankiem w swej pozłocie.


A gdy odpłyniesz ornamentem,
Żalem, tęsknotą, drżąco-gniewnie
Usta zmienione atramentem
Nie będą mogły żyć beze mnie.

 

USTA PORZUCONE

Usta zasmucone

Usta porzucone

Pękające wargi

Same i stęsknione

Usta się zmieniają

W swoistym kolorze

Z gór szczytów sięgają

Po spienione morze

I w niemym swym krzyku

Rozpaczą rozwarte

Wargi już zachodzą

Swą miłosną kartą

Milczą zasmucone

W pustce zagubione

Same i stęsknione

Wargi porzucone.

 

DESZCZ

 

Dżdżysto, wilgnie i perliście

Chłodem wieje rytmu rytm,

Kropelkami słone liście

Układają wilgny hymn.

 

Zaróżowia się poświata

Ścieląc łany u swych stóp

Latem płacze koniec lata,

Deszcz kropelkom kopie grób.

 

Zżółkłe liście w żółć ubrane

I zmęczone kroplnie lśnią,

W pół jesieni, w pół przybrane

Szklistym błyskiem niebu drżą.

 

Roszą, perlą się i mokną

Grudki ziemi, kwiatów łzy,

Przędą swą rozpaczą rozpacz

Rozwodnioną łąką mgły.

 

Wichrem myślą, wichrem płaczą

Rozwilgnione oczy świata

Niebne, wilgnie nie zobaczą

Jak się kończy koniec lata.

 

Perły dżdżyste, łzy kropliste

Wszyte zmokłym dniem zachodu

Dżdżyste perły, dżdżem perliste

Przemienione w krople lodu.

 

 DŁONIE

 

Twoje dłonie mnie poznały,

Gdy zziębnięte były obie,

W duszy mojej się ogrzały

I do dziś je mam przy sobie.

 

Twoje dłonie są milczące,

Gdy w twych myślach coś się dzieje,

Twoje dłonie gorejące,

Gdy w twych oczach wiatr szaleje.

 

Twoje dłonie pamiętają,

To co jest do pamiętania

I z moimi się splatają

Aż do czasu przemijania.

 

 NIOBE

 

Jaka jesteś gdy przychodzisz

Nocą niespodzianie,

Jeszcze nietknięta wchodzisz,

Noc się zmienia w ranek.

 

Darujesz usta ściśnięte trwogą,

Przekraczasz progi trwania,

Żagwi pożogę

Wchłaniasz.

 

Czy bogowie pozwolą ?

Radość się zmienia w trwogę,

Cóż z nami będzie, gdy skamieniejesz

Zmieniając się w Niobe.

 

JESIEŃ

 

Nadchodzi jesień,

Smutny ptak nie śpiewa,

Tylko szum górskiego dochodzi potoku,

Wieczorne liście i poranne drzewa

I szklana kropelka

W twym jesiennym oku.

 

Na Pęksowym Brzyzku

Gdzie nie ma pór roku

Lśni szklana kropelka w twym jesiennym oku,

Wokół tylko wieczna cisza się rozbrzmiewa,

To wieczorne liście i poranne drzewa.

 

 

 

 

 

 

 

CZEREŚNIE

 

Za późno już za późno

Na szepty wiosen plecionych łąk

Za późno już za późno

Słońce się zmienia w księżyca krąg

Za późno już za późno

Na szczebiot ptaków miłosną pieśń

 

Za późno już za późno

Nadchodzi mrok zachodzi dzień

Za późno już za późno

Na lilij wodnych zerwany kwiat

Za późno już za późno

Na próby wskrzeszenia minionych lat

Więc może jeszcze raz od nowa

Zerwiemy sadu kolczyków czereśnie

I może jeszcze nasza rozmowa

Szepnie za wcześnie miły za wcześnie

 

 

ZDRADA  LIRYCZNA

 

Zdradzałem cię systematycznie,

Lecz nie zmysłowo, platonicznie,

Ty miła też złamałaś słowo,

Nie platonicznie, lecz zmysłowo.

 

Uroki życia poznawałem

Chcąc wszystko widzieć na różowo

I nigdy nie oszukiwałem

Ni platonicznie, ni zmysłowo.

 

Dziewczęce serca zdobywałem,

Lecz tylko serca, daję słowo,

I tylko ciebie wciąż kochałem

I platonicznie i zmysłowo.

 

Gdy smutek wykwitł na twej twarzy,

To odmieniałem cię na nowo,

Czyniłem wszystko o czym marzysz

Nie platonicznie, lecz zmysłowo.

 

Gdy z słońcem się utożsamiałaś

I odchodziłaś w dal lirycznie

Zapewne tylko mnie kochałaś

Lecz nie zmysłowo, platonicznie.

 

ĆMA

 

Zapytała się ćmy ćma

Czemu we dnie we śnie trwa

Powiedziała gdy się zbudzi

Jest noc i nie widzi ludzi.

 

 

 

LOS

 

Piszę łkając,

Łkając piszę,

Popijając

Czerstwą pizzę.

Łkając chleję,

Chlejąc łkam

Taki ze mnie

Zimny drań.

Łzy to poza,

Pozą łzy,

Mnie mimozą

Pachną bzy,

Ze mnie drwi

Już cały świat,

Piję pizzę

Ze sto lat

I zagryzam wódą

Twarz

W samotności

Twarzą w twarz.

Nie wzruszają

Mnie te bzy,

Chociaż łkają

Moje sny.

Sny me łkają

Martwą duszą

Nie wzruszają

I nie wzruszą

Choćby dziewic

Przyszło sto

Spadnę z nimi

W samo dno.

Co uśmiechem?

Moje łzy,

A co grzechem?

Właśnie ty.

Życie dnem jest

Albo nie,

Albo gestem

Szczęście wrze,

Albo pustką

Moim tłem,

Albo usta

W słonej mgle.

Czynem piszę

Długopisem

Wyczerpanym

Mroku świtem.

Drżące ręce

Na obrączce,

Radujące,

Mijające.

Spada w próżnię

Moje dno,

Jak odróżnić

Dobrem zło?

 

KOŃ ("Z ZACZAROWONEJ DOROŻKI" KONSTANTEGO ILDEFONSA GAŁCZYNSKIEGO)

 

Kłusem biegu stąpa koń

Zęby szczerzy

W dym pijany sygnał z wieży

Z koniem bieży

Koń ten to obieżyświat

Jest z swym fiakrem za pan brat

Bo dorożka ta pijana

Toczy się przednimi osi

W tylnych mgły fatamorgana

Kropelkami niebo rosi.

I zglątwiały

I zmętniały

Aż przełamał

Świata wały

W durny świat

Pijany koń

Toczył wiatrem

Pędu woń.

Koń pijany, ty i ja

Przeżyjemy razem świat

Śpiewa w rytm pijana mgła

Razem z światem co jest wart

Żółte kule

W końskim mule.

Poszybował koński kłus

Z wiatrem pędził, szedł w zawody,

W dusz zszarzałych ogłupiastych

W wódopędzie topił lody.

Kocich łbów przechyła równa

Wychłonęła wiatru woń,

Glątwa glątwie jest nierówna

Śpiewał koń.

 

SZAFA

 

Na strychu stała stara szafa

Ktoś tam postawił stary grat

Zapewne nową sobie sprawił

Bywa i tak

 

Szafie na strychu smutno było

Więc w wolnych chwilach myślała tak

Że w swej młodości przecież

Była

Najcudowniejszą z szaf

 

TRÓJKA RAJSKA

 

Ach wyruszyć trójką rajską

Co do sań się wprzęgła wartko

Ach wydusić z gór potoki

Byle z tobą byle z tarczą

 

Ach się z tobą rozzielenić

Rozswawolić rozpromienić

I pić źródeł twych owoce

Tobą cały świat odmienić

 

Ach się z tobą rozmiłować

Rozprzestrzenić, rozwariować

Aby tylko w twym zachwycie

Aby tylko w mym niebycie

 

Ach się razem rozbłękitnić

Zaczarować odczarować

Aby tylko z dzikim winem

Czepnie z tobą zawirować

 

Ach młodości mej wspomnienie

Co je trójka rozpędzała

W twej miłości zapomnienie

Gdy je trójka rozogniała

 

Gdzież te sanie

Co je trójka rozhulała?

Gdzież podziały się twe dłonie

Gdyś mnie jeszcze miłowała?

 

Gdzież spienione i zmęczone

Konie tobą rozszalałe?

Gdzież te sanie rozbielone

Końskie grzywy rozbujałe?

 

Gdzież te dzwonki

Co brzęczały nam miłośnie?

Tylko dzwony

Biją dzisiaj mi żałośnie

 

Pozostała z trójki koni zamieć pusta

Pozostały tylko sanie i zamglona twoja postać

Pozostały tylko wspomnień tej zamieci twoje usta

I bezkresne śnieżne pola w których chciałbym już pozostać

 

LUSTRO

 

To były twoje usta
Na których igrał śmiech
I spoglądałaś w lustro
W odbiciu drzemał grzech

Półkolem sie zaognił
W bezgrzeszną lustra gładź
I rysą swoich wspomnień
Wyszeptał ty to ja

I przemówiło lustro
Zwyczajne zimne szkło
Ja jestem twoją pustką
Kiedy zachodzę mgłą

Złożyłaś pocałunek
Purpurą swoich warg
Na lustrze wizerunek
Odbicie twoich skarg

To były twoje usta
Na których igrał śmiech
I spoglądałaś pustką
Odbiciem igrał grzech

 

JESTEŚ ZŁOTEM

Jak myśl moja
Gdy dla ciebie
Szczęsne pola
Gdy dla ciebie
Lasów poszum
Wir wezbrany
Ptak do lotu

 

Orzeł w godle

Rozskrzydlony

Gdy nad Polską

Biją dzwony

 

Nocą pełnia

W słońcu bycie

Świt wschodzący

W twe źrenice

 

I  twe dłonie

Łaską pełne

I twe tonie

Nocą ciemną                                            

 

Orzeł w godle

Rozskrzydlony

Gdy nad Polską

Biją dzwony

 

Twe poranki
Gniazdo ciszy
Twe zarzewie
W nocnym świcie

 

Złotem srebrzysz
Srebrem zlocisz
Stąpasz ziemią
W niebo wznosisz

 

 

Orzeł w godle

Rozskrzydlony

Gdy nad Polską

Biją dzwony

 

Tobie morze
Tobie gaje
Tobie światło
Nad ruczajem

Tobie śpiewa
Żywioł wszelki
Jeszcze Polska
I duch wielki

Orzeł w godle
Rozskrzydlony
Gdy nad Polską
Biją dzwony



ŻONIE W SZCZEŚCIU ODNALEZIONEGO KOTKA BURACZKA

 

Najpiękniejsze róże świata
Zbiorę
I te polne wzrosłe latem
Wtkam w koronę

I te dzikie najpiękniejsze
Splotę
Będą wonią najwierniejsze
Twoim wzlotem

 

Wszystkie róże
I te chabrem jaśminowe
Jak królowe miodem pszczelne
Nieodmiennie purpurowe
Niezamienne z żadnym kwiatem
Róże owe
Będą twoim światem
W sny tęczowe

 

A gdy zasną w sercu twoim
Zasuszone
To je utkam
Łzami szczęścia
W twą koronę

 

SPACER NIEDZIELNY

 

Idziemy na spacer niedzielny
A z dali biją dzwony
Sznur napina kościelny
By wydobyć z nich tony

 

Tu dzwonów koncert trwa
A mnie męczy życie za dnia
Krawat mam przekrzywiony
A tu biją dzwony

Jakaś mucha za uchem brzękiem gra
A może to nie mucha tylko wycie psa

 

Taki mały kundelek
Przyplątał się do mnie
Dałem mu precelek
A przy kościele strojnie

 

Szumią krajkami dziewczyny
Nie idą boso
Wyszły z leszczyny
Poranną rosą

 

A w kościele święta msza
Pełna taca bez dna
Lud pobożnie pochylony
A tu biją dzwony

 

Ksiądz ma kazanie
Jak wydobyć dobro ze zła
Słychać szlochanie
Na dworze mgła

 

W przekrzywionym świecie
Stoję pochylony
Modląc się za księdza
A tu biją dzwony

 

WIERSZ O DZIWNEJ MIŁOŚCI

 

Kochałbym cię jasna cholera
A ty miłość gasisz w zarodku
Jakby nic idziesz do fryzjera
Loki kręcić sobie po prostu

 

Pana Jana darzysz sympatią
Gdy ci włosy zakręca ladaco
Wracasz patrzysz na mnie nijako
A ja kocham cię po co i na co

 

Chciałem zabrać cię na wakacje
I wypełnić treścią mą miłość
Piąte z rzędu już więdną akacje
A ja chodzę z kumplami na piwo

 

I nie bywam już u fryzjera
Zamszem mogę łysinę przecierać
Ale kocham cię jasna cholera
Chociaż dziwnie na mnie spozierasz

 

JAKA JESTEŚ MOJA KOCHANA

 

Jaka jesteś moja kochana

Gdy dojrzałe zrywasz owoce

Jesteś mi znana nieznana

W dni bezkresne i bezsenne noce

 

Czasem jesteś radosna i zwiewna

To znów smutna i melancholijna

Ale zawsze kochana i jedna

Ale zawsze pachnąco-lilijna

 

Gdy się słońce wychyla nad ranem

W pełni lata wyzwala swe moce

Jesteś przy mnie swym sercem kochanym

W dni bezkresne i bezsenne noce.

 

BEZ ŻAŁOŚCI I SMUTKU

 

Bez żałości i smutku
Odeszła bo chciała

Choć innej miłości
Wszakże nie szukała

Nie przylgnęła wcale
Mocą swego ciała
A przecież znacząco
Tylko tego chciała

 

I chłodem przywarła
Do granic bliskości
I serce wydarła

Mojej namiętności

Czy kochała żalem
Czy zwykłą tęsknotą
Beznamiętnym szałem
Czy moją martwotą

Więc odeszła próżnią
Mocą swego ciała
Bo z mojej miłości
Nic nie zrozumiała.

 

TO DAWNO BYŁO CHYBA WCZORAJ

 

To dawno było                                                                                         
Chyba wczoraj
Gdy wiew twój płynął
Ponad rzeką

I powiedziałaś te dwa słowa
Tak były od nas niedaleko

 

I cień wydłużył ponad gajem
Srebrnostrunnego splot warkocza
I objął blaskiem nasze twarze
To dawno było chyba wczoraj

 

Spoglądam smutkiem w tarczę nieba
I na wschodzącą miłość trwogą
Tu wyrzeżbiłem twoje dłonie
To dawno było chyba wczoraj

 

Zrywamy kartki kalendarzy
Żyjemy tylko swą naturą
Cóż może jeszcze się wydarzyć
Gdy słońce zaśnie popod chmurą.

 

NA SZCZYCIE KOPCA UNII LUBELSKIEJ

 

Na szczycie Kopca
Nikt mnie nie wita
Tylko białoczerwona
Kirem spowita,
I inne twarze
Rozpaczą obce,
Lecz polska ziemia
I polskie kopce
I polski pejzaż
U progu stóp
I inna mowa
Ciernisty głóg. Tu były grudnie
Tu były maje,
Wolności orlej
Bystre ruczaje.
Tu była strzecha
Czeremchy pola
I zapach Wilna
I śpiew Podola,
Tu była Polska
U stoku Lwów,
Jak w tej piosence
Co chcesz to mów.

 

RZEŹBĄ NIEBIOS WIELOKROTNĄ...

 

Życia mego jesteś hymnem
Nadstolico ziemskich imion
Ponad pragnień myśli lotną
Rzeźbą niebios wielokrotną

 

Wzbijasz ponad ptak obłoki
Stąpasz dumnie tkając kroki
Zbliżasz się do widnokręgu
Zorzo ranka tęczy wstęgo

 

 

Co wyryte pozostaje
Zgłoską swa przekraczasz maje
Zmierzasz ośmiokrotnym cudem
Srebra blaskiem złota strugą

 

Gór potoki w morze zmieniasz
Cienie w blaski blaski w cienie
Życia swego tajemnico
Zwiewna koro nad żywicą

Zawsze jesteś ponad życiem
Tryskasz kaskad swych obliczem
Sobą cały świat przemienisz
Nie bądź Niobe mej jesieni.

 

ROZMYŚLANIA

 

Poranek
Siedzę w fotelu
Myślę
Dzień powszedni niedzielą
Pocztą ci wyślę

 

Wybrzeża lazur
W moim mieszkaniu
Jeszcze jeden mazur
W dumaniu

Czy to fotel
Czy głaz
Wszystko jedno
Życiowy hotel
Zaśniedziałe srebro

Na obrusie
Ćma
Nad uchem
Cisza gra

Wiersz piszę
Zły
Duszy nisza
W niej ty

W fotelu miękko
W sercu twardo
Spoglądam sobą
Wzgardą

Nad czym dumam
Niepokojem
W głupim mieszkaniu
Z przedpokojem


Pustą łazienką
Klawiaturą parkietu
Twoją sukienką
Barwą bukietu
Uschniętego
Uśmiechu
Przyklejonego

Południe
Słonecznie
Na ulicach ludnie
Wietrznie


Wieczór
Bez ciebie
Następny
W niebie.

 

WRZESIEŃ

 

Wrzesień nieważny rok
Nie pamiętamy oboje
Jesień a jasny mrok
I dłonie twoje

 

Uśmiech nieważny czyj
Światło spojrzenia
A może deszcz już mżył
Na do widzenia

 

Przygasłą liczbą domu
Brama zamarła
Dlaczego tętni w skroniach
Cisza odgadła

 

I pozostałem sam
Przy biurku z telefonem
A tylko siebie znam
W pokoju z przedpokojem

 

Telefon mój posiada
Dziewięć numerów
I nagle ktoś powiada
Tu mówi zero

 

Więc spoglądałem w tło
Czy się coś mnoży przez zero
A usłyszałem głos
Nie ma takiego numeru

 

 

 

 

Spojrzałem w lustro
Szukając ciebie
A odnalazłem pustkę
Samego siebie

 

I ten sam wrzesień
Nieważny rok
Ta sama jesień
W zapadły mrok.

 

NIE ZABIERAJ MI SIEBIE

Daj mi wszystko bez granic

Wzloty ptaka w bezniebie

Pocałunki bez stanic.

 

Wizerunek niebycia,

Rzeźby mistrzów w zasłonie,

I natchnienia stolicą

Twego świata w koronie.

 

Daj mi łąki z chabrami,

Dzikie róże przydrożne

Daj mi lato z latami,

Co czekają nas trwożne.

 

Za istnienia przyczyną,

Za miłości cierpienia,

Za tą jedną jedyną

Miłość twego stworzenia.

 

ZABRZĘCZ MI CEKINAMI

Odnajdę twe usta,

A niebo nad nami

Obejmie twa chusta.

 

Powróżysz mi z ręki

Tam gdzie linia życia

W kwiatach twej sukienki

Tęsknota ukrycia.

 

W zachodzące oczy

Zachodzący maj

Księżyc nowiem w kroczy

W złotolistny gaj.

 

TYLE RAZY ODCHODZIŁAŚ

Nie wiem gdzie,

Tyle razy mi mówiłaś

Jest mi źle.

 

Tyle razy cię prosiłem

O ten cud

Tyle razy przelewałem

Barci miód.

 

Tyle razy razem z tobą

Byłem sam,

Tyle razy przelewałem

Pusty dzban.

 

Tyle razy ci mówiłem

Kocham cię,

Tyle razy wspominałem

Łąki twe.

 

Tyle razy były tylko

Noce twe

Tyle razy, tyle razy,

Któż to wie?

 

NIE SZUKAJMY SIE DŁUGO NA ZIEMI,

Wszak już wiemy czego nam trzeba,

Nam potrzebny jest kolor przestrzeni

Nam potrzebny jest koloryt nieba.

 

Na nic łąk przeźroczystych gaje,

Na nic próżnie wyrosłe zachwytem,

Nam potrzebne są wino i maje,

Nam potrzebne są słowa rozkwitem.

 

A gdy mrok już rozświetli przestrzenie,

To znajdziemy co tylko potrzeba

Nam potrzebny  jest kolor przestrzeni,

Nam potrzebny jest koloryt nieba.

 

CZĘŚĆ SIÓDMA - SPOTKANIA TEATRALNE

 

SPOTKANIA TEATRALNE - MUZEUM HISTORYCZNE MIASTA KRAKOWA

KWIECIEŃ 2000 R. - WRZESIEŃ  2004 R.

 

ŚPIEWNIK ARTYSTÓW SALONU ZWIERZYNIECKIEGO W KRAKOWIE.

 

TEKSTY i i RECYTACJA POEZJI - ALEKSANDER SZUMAŃSKI.

MUZYKA I WYKONANIE PIOSENEK  - BARBARA BRZEZIŃSKA, JERZY BOŻYK.

GRAFIKA I WYSTAWA MALARSTWA -  IZABELA WICIŃSKA - DELEKTA, HALINA CIEŚLIŃSKA - BRZESKA.

REŻYSERIA SPEKTAKLI TEATRALNYCH - HALINA CIEŚLIŃSKA - BRZESKA.

 

JAK WESELE, TO WESELE

(parafraza)

 

Jak wesele to wesele,

Pannę tylko ująć w pasie,

Pokłonić się mało wiele

I masz pannę żoną zasie.

 

 

 

 

Pon to śtuki prawisz różne

Od zachodu do poranka,

A do panny drogi próżne,

Pon kce zonę jo kochanka.

 

Panna plecie nie do wiary,

Panna prawisz sztuki różne,

Już mi gadał ksiądz od fary

Że się panna durzysz próżno.

 

Pon poeta, a jo młoda,

I na cóż mi te liryki,

Pon po Marcinie jagoda,

A jo młoda i po krzyku.

 

A ja insze skrywam plany,

Pannę wtulę szepnę w uszko,

Bo ja w pannie podkochany,

Ja mam serce ty serduszko.

 

Pon na szczerze bałamutny,

A na cóż mi zrękowiny,

A wesele los okrutny,

Po kce po weselu krzciny.

 

A jo jesce młoda, młoda

I pohasać jesce rada,

Pon po Marcinie jagoda,

I pon tak dla drwiny goda,

A mnie młodej jesce hadko.

 

Ja poeta, ty dziewczyna,

Uwierz panna w moje słowa,

Bo to nie są słowa, słowa,

To kochanie się zaczyna,

 

Jeszcze mnie pokochasz właśnie,

Będziesz wtedy tylko moja.

 

A jo jestem ino swoja.

 

WIRUJĄCY WALC

 

Tak chciałbym tobą przemienić krąg,

Poznać swą dłonią ciepło twych rąk,

I płatki kwiatów jak srebrny tren,

Przemienią pustkę w zakwitły dzień.

 

Z dala migocąc przygląda się brzask,

Oplata półcieniem wstający blask,

Bo moje serce to wszystko wie,

Powiada tak, a myśli nie.

 

 

 

Dla ciebie miły otworzą świat,

Świat co bez ciebie nie wiele jest wart,

I nim świetlany rozjaśnię próg,

To złożysz świat u moich stóp.

 

Refren. - Wirujący walc i ty,

Ażurowy szał, szał i my,

Ta piosenka nami tylko tchnie,

Gdy gaśnie noc i wstaje dzień.

 

I tylko cisza wrześniowa trwa,

Podchodzę na palcach tęsknotą dnia,

Gdy wargi nie mówić szeptają mi,

W miłosną noc na wiele dni.

 

W zwierciadle taktu przegląda się takt,

Słonecznym odbiciem w miłosny nasz trakt,

Bo słońce nasze to wszystko wie,

Rozjaśnia noc, buduje dnie

 

Walcem już nami rozjaśnia się krąg,

Żagwiami też wkrada się dotyk twych rąk,

Bo serce moje to wszystko wie,

Powiada tak, a myśli nie.

 

Refren. - Wirujący walc i ty,

Ażurowy szał, szał i my,

Ta piosenka nami tylko tchnie,

Gdy gaśnie noc i wstaje dzień...

 

A MOŻE JESZCZE JEDEN RAZ

 

A może jeszcze jeden raz,

Zatańczy walca z nami czas,

I zawirując szepnie mi,

Ten walc, ten walc na wiele dni.

 

I wiele nocy ma ten walc,

Gdy taktem obejmuje nas,

I śpiewną nutą aż do dnia,

Już tylko księżyc z nami gra...

 

Boso na palcach krąży sen,

Podnosi sukni mojej tren,

Więc tylko obejmujesz mnie,

Gdy wschodzi noc, zachodzi dzień.

 

Wiosny odruchem zmieniasz twarz,

Gdy tylko nami płynie walc,

A wonią wiolin struna łka,

Bo tylko tobą jestem ja...

 

 

 

 

Refren, -Ten walc, ten walc, ten walc, ten walc,

Tęsknotą krąży wokół nas,

I nawet dłonie mówią mi,

Że wschodzi noc, na wiele dni.

 

A może jeszcze jeden raz,

Zatańczy walca z nami czas,

I zawirując szepnie mi,

Ten walc, ten walc na wiele dni.

 

Wiosny odruchem zmieniasz twarz,

Gdy tylko nami płynie walc,

A wonią wiolin struna łka,

Bo tylko tobą jestem ja...

 

Refren, -Ten walc, ten walc, ten walc, ten walc,

Tęsknotą krąży wokół nas,

I nawet dłonie mówią mi,

Że wschodzi noc, na wiele dni...

 

WRĘCZYŁEŚ MI RÓŻĘ W DARZE...

 

Wręczyłeś mi różę w darze,
Nadspodziewaną tęsknotą,

Ta róża kwietnym witrażem

Czerwień zmieniła na złoto.

 

Zielną łodygą objęła

Już wspomnień mych zapomnienia,

Ciernie swe sama odjęła,

Bo różą jest przeznaczenia.

 

Wonią mirtową przebrana

W cały się krzak przemieniła,

Była twym kordem utkana,

Osnową pąków juz tkwiła.

 

Jak główną nawą kościoła

Wkwieciła się kwiatobraniem,

Trwała nią cisza wrześniowa,

I stała się miłowaniem.

 

Cóż mogę przeznaczyć w darze

Istotą mego istnienia?

Podam ci usta w pucharze

Purpura róży spełnienia.

 

Czyż inne róże przebraniem

Łudziły tak jak wspomnienia?

Ale twa róża kochaniem,

Kochaniem jest przeznaczenia.

 

 

 

 

Refren. - Czyż inne róże przebraniem

Łudziły tak jak wspomnienia?

Ale twa róża kochaniem,

Kochaniem jest przeznaczenia.

 

TY I JA

 

Nie martw się smutkiem liryki,

Nie martw  się nocą za dnia,

Listopady jak dźwięki smętnej muzyki,

Przeminą,

Zostanę ja...

 

FALUJĄCY LAS

 

Falujący las swym życiem

Na pagórkach piękna brodzi,

W wrzosowisku warg ukrycie

Różowawy fiolet wschodzi.

 

Widzę oczy twe w oddali,

Jak się wichrem przybliżają,

Raz są bliżej, raz są dalej,

W moje oczy się zmieniają.

 

W żagle cisza tylko wieje,

Łódź ma przystań swą osiąga,

Noc trwa jeszcze, a już dnieje,

Czego można więcej żądać?

 

PO LATACH...

 

Wybiegłaś mi na spotkanie

Po latach,

Twe oczy miały tylko ślady

Po kwiatach,

Złożyłem na twym ramieniu czoło

By cię nie trudzić.

Zamknąłem oczy

By cię nie zbudzić.

 

KONWALIA MAJOWA

 

Do myśli się uśmiechała

Z niedowierzaniem ruszając głową,

Wykwintnie pachniała

Konwalią majową.

 

Zapadał wieczór jasny,

Lecz księżyc jeszcze nie lśnił,

A w ciszy wstępującej

Jej chód me ucho pieścił.

 

 

 

W tęsknicy własnych myśli

Schyliłem ku niej głowę,

Jej wargi zapachniały

Konwalią majową.

 

MÓJ DOM

 

Zacisze domu mego we mgle,

Zawsze w nim cicho, czasem kwietnie.

Porozstawiane tylko meble

Trzaskają czasem niedyskretnie.

 

A bywa tak, że z za foteli

Rozlega cicha się melodia,

A ścian mych cienie, niby w bieli,

Myślą, że dla nich ta rapsodia.

 

***

...Nie wiem czy sen był prawdziwy,

Wiem, ze lato było gorące,

Wiem, podałaś mi usta pachnące,

Ja pod stopy rzuciłem ci słońce.

 

UŚMIECHNIJ SIĘ...

 

Nie czyń nocy za dnia

I z lata jesieni.

Jeśli masz serce z tęsknoty

Z nadmiarem cieni

Uśmiechnij się do życia,

Życie się odwzajemni.

Przystrój się w kwiaty

Bez cierni.

 

CHUSTA

 

Pod wieczór znowu wstało słońce
Lecz umęczony dniem przysnąłem,
Lato w tym roku znów gorące
A dłoni pani snem objąłem.

 

Wtedy wydało mi się jawą
To słońce tak wieczorem lśniące,
Pożeglowałem snów mych jawą,
Wdrążyłem się w pragnienia chcące.

 

Patrzyłem na wpół zadumany
Na życia mego martwą pustkę,
Bo kocham panią w snach utkaną
I barwną niebem pani chustę.

 

 

 

 

DUSZE

 

Duszą moją zawładnęłaś
Jakby twą własnością była,
Swoją własną ją wchłonęłaś
I zdobyłaś co zdobyłaś.

 

Duszy mojej zasmuconej
Swoją radość jej wpoiłaś.
i choć duszy pozbawiony
Co zdobyłaś to zdobyłaś.

Już minęła druga jesień
Lato latem się przewija
Zbliża się nasz trzeci wrzesień
I zdobyłaś co zdobyłaś.

Widzę radość twoich oczu
Radośniejszych gdy czas mija,
Życie nie jest stromym zboczem
Bo zdobyłaś co zdobyłaś.

Nic mi ciebie nie odbierze

Tobą przecie zawsze byłem,
Może nikt mi nie uwierzy
Że zdobyłem co zdobyłem.

 

BARWĄ POORANE POLA...

 

Barwą poorane pola,

I zroszone mgłą,

Szachownicą złotopola

Iskrzą się i mżą.

 

Płyną na wskroś przedumane,

Szafirowe skry,

Wdzięcznie śmieją się nad ranem

Tobą słone łzy.

 

Listopadem słońce wpada

Do mej duszy mdłej

I podążam twoim śladem

Diabli wiedzą gdzie.

Także diabli wiedzą po co

Słońcu skradłaś tło,

Stąpasz nago, nogą bosą,

W mego życia dno.

 

Wszak orlicą wzbijasz niebios

Lazurowy hymn,

I spoglądasz złotem w srebro

Tego wiersza rym.

 

 

 

A utkałem cię niebogą

W mrzonce bajki swej,

I ziściłaś łan nad drogą

Złotolistnym tchem.

 

Tłum zalewa me ognisko

I chichoczą sny,

Tak daleko jesteś - blisko

Deszczem perlą mgły.

 

Na zachodzie moich pragnień,

Kroplą się i lśnią

Łzy gaszące tlące żagwie

Obumarłą skrą.

 

I wieczory już nie łudzą

Barwami sprzed lat,

Może kiedyś się obudzą

Wiosny spoza krat.

 

Może tobą zamigocę

Jawą i we śnie,

Tylko diabli wiedzą po co,

Tylko diabli wiedzą gdzie.

 

KWIACIARKA

 

Sprzedaje kwiaty

Świeżo zerwane,

Jak poematy

Świeżo pisane.

 

Bukiety przystraja
Bieleń z purpurą,
Zieleń nastraja
Martwą naturą.

 

Bukiety polne,
Bukiety wiejskie,
Róże dowolne,
Wiejskie i miejskie.

 

Kwiaty składane
Przez ogrodnika,
Świeżo podlany
Kwietny unikat.

 

Bzy zapłakane
Maki z purpurą,
Żółcień zmieszany
Z kwietną tincturą.

 

 

 

 

W tych kwiatach miejskich
Nie ma stokrotek
I czarodziejskich
Wiejskich błyskotek.

 

Są róże dumne,
Bez wody marne,
Lecz nie spotkałem
Tam róży czarnej.

 

Sprzedaje kwiaty
Kwiaciarki zapach,
Ja poematy
Piszę o kwiatach.

 

MACIERZANKA

 

Późną nocą chłodnym rankiem,

W przeźroczystym śnie ukryta,

Pachniesz rosą macierzanko

Ale nigdy nie zakwitasz.

 

Raz się wijesz nad potokiem

Potem giniesz w cieniach gaju.

I spoglądasz wonnym okiem

Jak się księżyc zmienia majem.

 

Jaka jesteś macierzanko

Gdy samotnie w dal spozierasz,

Spleć mi skronie słońca wiankiem

Gdy nadejdzie czar wesela.

 

Bo ty jesteś wszak panienką

Tylko zieleń czas ukoi,

Gdy zapachnie wokół miętą

Gdy się rycerz zjawi w zbroji.

 

I odpowiesz mu zapachem

Gdy o zieleń twą zapyta,

Że go kochasz babim latem

Ale nigdy nie zakwitasz.

 

 

SZTUKI PIĘKNE

 

Maluje wiersze

I piszę kwiaty,

Myśli najszczersze

Me poematy.

 

Wiersze malować

Nie żadna to sztuka,

Ale kwiaty śpiewać

Co serce wystuka

 

I tak to wonią

Wiersze powstają

I malarską tonią

W poezji swej trwają.

 

Kwiaty swawolne,

Chabry, goździki,

Róże dowolne

Kwietne promyki.

 

Wiersze maluję

I piszę kwiaty,

Bo moja dusza

To poematy.

 

NOLENS VOLENS

 

Piszę wiersze nolens volens

Patrząc w puste kartki swoje.

Może zwykłym długopisem

Taki prosty wiersz napiszę.

 

Może myśli mnie zawiodą

Nad płynącą suchą wodę

I zwyczajnym długopisem

O przerębli wiersz napiszę.

 

Może myśli nieskończone

Lekkomyślnie porzucone

W wiersz sie zmienią egzotyczny,

Wpół mistyczny wpół liryczny.

 

I w poezji pierwszym rzędzie

Złotą nicią się uprzędzie,

Czterolistną koniczyną

I pachnącą w niej maliną.

 

A w niedzielę w kwietnej trawie

Wierszem pomnik ci postawię

I zwycięstwu na ochotę

Mą poezją cię oplotę.

 

 

I kościelną główną nawą

Soku zieleń ścisnę trawę,

W moje oczy wytęsknione

Kiedy wezmę cię za żonę,

 

Wtedy znowu wiersz napiszę

Lecz już złotym długopisem,

I zapełnię kartki swoje

Tylko tobą nolens volens.

 

 

OCZEKIWANIE

Dnieje. Już późno,

Wszak to listopady,

A mnie się wydaje

Pełnia lata w pełni.

 

Czekam na telefon,

Na próżno,

Na razie tylko złudy dzwonek

To puste mieszkanie

Swym dźwiękiem wypełni.

 

Ciekawie, tylko kot spoziera,

Mruży talerze swoje,

Zielenią błyszczące.

Żarówka nie świeci,

Widocznie nie trzeba,

Nowa dziura

W nocnym ciuchu

Z papierosa, cholera.

 

Po co palę?

Bo żyję.

Filozofii magia,

Głupota przecież

Też ma swe granice.

 

Patrzę w lustro, tyję,

Żrę chyba za wiele,

Ba ulicy jakieś bezpańskie

Psy wyją.

 

Tramwaj zapiszczał

Na rdzawym zakręcie,

Zapewne nie jeden

Jeszcze tramwaj jęknie.

 

Otwieram okno,

Jest pięknie, bo leje.

Wreszcie przyszła

W swej nowej

Różowej sukience.

 

WRZESIEŃ

 

Wrzesień, nieważny rok,

Nie pamiętamy oboje,

Jesień a jasny mrok

I dłonie twoje.

 

 

 

 

Uśmiech, nieważny czyj

Światło spojrzenia,

A może deszcz już mżył

Na do widzenia.

 

Przygasłą liczbą domu

Brama zamarła,

Dlaczego tętni  w skroniach

Pustka odgadła.

 

I pozostałem sam

Przy biurku z telefonem,

A tylko siebie znam

W pokoju z przedpokojem.

 

Telefon mój posiada

Dziewięć numerów,

I nagle ktoś powiada

Tu mówi zero.

 

Więc spoglądałem w tło

Czy się coś mnoży przez zero,

A usłyszałem głos,

Nie ma takiego numeru.

 

Spojrzałem w lustro

Szukając ciebie,

A odnalazłem pustkę

Samego siebie.

 

I ten sam wrzesień

Nieważny rok.

Ta sama jesień

W zapadły mrok.

 

STACCATO

 

W senliwe zapadam otchłanie
I pragnę.
Milczę i ranię
A lgnę.

 

Była pustka nieżywa
Teraz życie tchnie.
Spoglądasz lękliwa
Mym tłem.

 

Czy potrafię być,
A chcę.
Czy potrafię śnić
Twym snem.

 

 

 

 

Przystanek - Aleja Nadziei
Nie wysiadamy.
Następny Ocean Spełnienia
Nieznany.

 

Nasz pociąg mknie
Wolniej i szybciej,
Mgnienie mgnień
Zapada cień,
Jasny jak noc
Śnieżny dzień.

We mnie moc
W twym tle.

 Krajobraz złud
Czy zórz?

Stopiony lód?
Stępiony nóż?

 

To my
Ja i ty
To sny?
Opadły mgły.

 

Ostatni przystanek
Ostateczność.
Z tobą
Wieczność.

 

CZAROWNICA

 

Czarownicę raz spotkałem

Blond.

Przyszła do mnie nie wiadomo

Skąd?

Przyszła do mnie nie wiadomo

Jak.

I do dziś mi czarownicy

Brak.

 

I odeszła czarownica

Blond.

Tam skąd przyszła nie wiadomo

Skąd.

Tam skąd przyszła nie wiadomo

Jak.

Zostawiła tylko czarodziejski

Smak.

Zostawiła tylko zapalony

Stos.

Taki mój i czarownicy

Los.

 

 

DIABEŁ

 

Na samym szczycie mały diabeł mieszka,

Fajkę ma w zębach, jeden róg na czole,

Przed jego dziuplą zawisła wywieszka

Idę straszyć ludzi na dole.

 

Diabeł to dziwny z czerwonym jęzorem,

Z którego czasem trzaśnie błyskawica,

Nocami krąży nad srebrnym jeziorem,

I ogonem zasłania tarczę księżyca.

 

Oczy ma diabeł takie, jak dwie dziuple w dębie,

W których wychowuje maleńkie diablątka,

Straszy drwali przy lasu wyrębie,

Przyjmując postać dzikiego zwierzątka.

 

Z tym diabłem na pewno poradzę sobie,

Ogon mu zwiążę w supeł - pętlicę,

Ze skory diablej posłanie zrobię

I będę uwodził nań wszystkie dziewice.

 

CELA

 

Długa cela na trzy ćwierci,

Krok od życia, pół do śmierci,

Krata w oknie szczerze kły,

Smród i upał, w środku my.

 

A na kiblu drzemie mucha,

Zamieniona w karalucha,

I pod lampą tańczy ćma,

Los więzienny też ćmie gra.

 

Po barłogu łażą wszy,

Ktoś ułożył weszki w szwy,

Jakiejś kołdry brudowisko,

Bo tu mają swe mrowisko.

 

Klawisz łypie okiem w celę,

Wrzeszczy jak cię w mordę strzelę.

Wrzeszczy nami upodlenie,

Za niewinność mam więzienie.

 

Każdy z nas jest tu niewinny,

Niewinnością każdy inny,

Bo papugę każdy ma,

A pod lampą tańczy ćma.

 

Jutro będzie sądowisko,

Też wesołe widowisko,

Cztery grożą mi niedziele,

Może sześć, to nie tak wiele.

 

 

I wyroki już gotowe,

Lecz niedziele są palmowe,

Długa cela na trzy ćwierci,

Krok od życia, pół do śmierci.

 

PŁYNNA MGŁA - "POEMAT PEDAGOGICZNY" WEDŁUG ANTONA  MAKARENKI

 

I znowu przyszła

W płynnej szacie

I już nie wyszła

Wniebowzięta,

A ja już wiszę na krawacie

W tę noc przeklętą.

Serca me bicie spowolniła,

Jak łaską niebios wydymioną,

A potem ze mną wódkę piła

W to nasze szczęście zespolone.

Gdzieś mi zapodział się widelec

Z łyżką do butów z górnej półki,

I znowu jestem jak wisielec

I z wódką kaca mam do spółki.

Włożę na głowę jakieś czako

Bo w skroń mi walą jarzma młoty

I piszę wiersze byle jakie

W dowodzie swoich bzdur głupoty

Lampa pijana w przedpokoju

Nie wytrzeźwiała od tygodnia

Jakieś zmazaki w białym stroju

I bilardowe kule ognia

I znowu bębny w głowę tłuką

Dobosz popija w dym z doboszem

Może mi wreszcie głowę stłuką

Która już stała się kaloszem

W łazience łażą karaluchy

Czasami jeden, zwykle dwa

Nad wanną wiszą zdechłe muchy

A z kranów płynie wódą mgła

Tam gdzie leżały dwa dywany

Przegniłe klepki zęby szczerzą

Już tydzień leżę w dym pijany

A na mnie spite kołdry leżą

Kace zmieniają się wciąż w glątwy

Nad nimi też wódczana ciecz

Jestem pijany tydzień piąty

Picie to jednak fajna rzecz

Raz przyszła do mnie była Mańka

Także urżnięta była w kloc

Ta życiorysu wycinanka

Zmieniona w swój pijany los

I płyną muchy po futrynie

Są z pająkami za pan brat

Pijaka życie nie zaginie

Gdy wódą jest weselny swat

Znów serce tłucze, nie przestaje

Jak wiewiór jakiś w dziwnej klacie

Piskami jęczą kół tramwaje

I znowu rzygam w snu kloace

Może się cały wyrzygowię

A może tylko odrobinę

Może sie zmienię w mrówki mrowie

I się powieszę na drabinie

Jak długo piję

Sam już nie wiem

Jak długo żyję

Niewiadomo

Ale najchętniej bym popijał

Ze zwiędłą różą na balkonie

Wczoraj tu stały trzy butelki

Fabrycznie plombą lakowane

Dzisiaj też stoją, ale puste

Może je wypił ktoś przez ścianę

A może ściana się przelękła

/ Ściana nie może być pijana /

I tak przede mną czule zgięta

Jakby kochanka zapomniana

I nagle stałem się odważny

Wypiwszy swoje cztery piwa

Potem zasnąłem niewyraźnie

Gdy bujak się z przerwami kiwał

I znowu noc ma zarzygana

Miast snu to tańce tańczą w głowie

I znowu róża w sztok zalana

Pijane ryczy pogotowie

Do tańca panią dziś zapraszam

Lecz zapodziały sie gdzieś gacie

Więc nowych gości dziś nie spraszam

Wiszę już przecież na krawacie.

 

BALLADA NIEBANALNA

 

Wykwitłaś wiotko, niebanalnie,

Niespotykanie seksualnie,

Spojrzałaś mimo, lecz prześlicznie,

I niezdobyciem eterycznie.

 

Chłonąłem wzrok twój lekko drwiący,

Niespotykanie tak pragnący,

Jakby napotkał wichr miłosny

Topiący śniegi wczesnej wiosny.

 

To były twoje pierwsze słowa,

Tak rozpoczęła się rozmowa,

Ująłem dłoń twą oczywiście,

Poszliśmy razem zbierać liście.

 

Bryczką zawiozłem cię za miasto

I powiedziałem – tam jest krasno,

Tak kraśnie, że sam rubin pobladł,

I poszliśmy na pierwszy obiad.

 

A potem było już śniadanie

Też niebanalne niesłychanie,

Wypiłem pierwsze nasze mleko,

Gdy słońce skryło się za rzeką.

 

I dzień powszedni śnił niedzielą,

Mówiłem – pragnę tak niewiele,

Dowodem były nasze liście

Szumne zielenią uroczyście.

 

I wszystko było niebanalne

Niespotykanie seksualne,

Niekiedy nawet platoniczne,

Tak niebywale erotyczne.

 

BALLADA O KOBIECIE NOWOCZESNEJ

 

Kobietą jestem nowoczesną,
Kocham nastroje urok czar,
Szarmanckich panów nie współczesnych,
Tych z galanterią jakoś brak.

 

Adoratorów miewam wielu,
Jeszcze nie zjawił się ten „ktoś",
Wiek obojętny gdy u celu,
Pojawi się ten co ma to coś.

 

Uroda, proszę nie zaszkodzi,
I w butonierce chustki kwiat,
Już manierami jeden zwodził,
A okazało się... niech szlag.

 

Najbardziej lubię okulary,
Gdy opadają mu na nos,
Gdy już nie modny monokl stary,
To może mieć też pusty trzos.

 

Lakierki owszem nie zawadzą,
I też wczorajszy szapoklak,
Nie Buickiem jeździć może Ładą,
I niech mu nawet czegoś brak.

 

W zapasie musi mieć hamulec,
Kiedy obejmie mnie ten pan,
Lecz tylko wzrokiem, ale czule,
I też bez słowa, mówię wam.

 

I już się skończył wiek dwudziesty,
Lecz nie pojawił się ten chcący,
Czekam, może w dwudziestym pierwszym,
Zjawi się pan nieistniejący.

 

 

BALLADA O DZIEWCZYNIE KTÓREJ NIE BYŁO

Nikt nie wie czy dziewczyna ta naprawdę była,

Ciało miała znikąd, po cóż wianek wiła?

Po cóż bezistnieniem pacierzem trwożyła,

Skoro nagim wzlotem tylko się przyśniła?

 

Oczy miała w brązie, a twarz z porcelany,

Zabrzęczała kwieciem, a kwiat był nieznany,

Zadziwiała światy, każdy niezbadany,

Gdzie zmierzała lądem poprzez oceany?

 

Spoglądała łuną w bezmiarze beztrwania,

Czas się zmieniał w niebyt porankiem zarania,

I wezwała łaskę swego szczęścia chwilą,

Słowa łaską były, a szczęścia nie było.

 

Zaistniała sobą, ale jej nie było,

Może życie w lalkę postać jej zmieniło?

Jak była stworzona, skoro nie istniała?

Więc czyim wyrokiem w bezżyciu swym trwała?

 

Po cóż bezistnieniem pacierzem trwożyła

Skoro myśl do nikąd tylko się przyśniła?

Więc wezwała wszechświat całą swoja siłą,

Nikt nie dał odzewu, wszechświata nie było.

 

BALLADA O WŁÓCZĘDZE                                  

 

Szedł włóczęga łez porą

Poprzez pola – bezdroża

Doszedł późnym wieczorem

Do granicy przedmorza.

W ręku kij powłóczysko

I kaftanik z barchana,

Jedna noga cierniskiem,

Drugą kula drewniana.

I spoglądał przedświtem

W obumarłą lagunę

I pod niebnym wykwitem

Był spowity całunem.

Aż ta kula drewniana

W sypkim piasku ugrzęzła

I już nie mógł iść dalej

Łez ścierniskiem włóczęga.

I wykrzyknął rozpaczą

Że iść dalej nie może

I chciał życiem tułaczym

Wypić całe bezmorze.

Czy się ktoś ulitował

Nad włóczęgi bezświeciem,

Skoro z kulą drewnianą

Byli sami na świecie?

I spełniły się księgi

W wieszczych myślach zebrane,

Nikt nie znalazł włóczęgi

Umarłego nad ranem.

 

BALLADA O FRYZJERZE

 

Moja żona była dzisiaj u fryzjera,

Ten paskudnik jej uczesał grzywkę krzywo,

Na nią spojrzę, tłucze we mnie się cholera,

Do powtórki, jej powiadam, idź z tą grzywą.

 

Do powtórki, dobrze, mówi, mój kochany,

Z grzywą pójdę, tak powiada, skoro chcesz,

No i poszła, ja z kumplami już pijany,

Sąsiad przyszedł i trzydniówa była też.

 

Otworzyłem oczy patrzę w lewą stronę,

Po trzydniówce to właściwie w prawo patrz,

No i w prawo patrzę niby mąż na żonę,

Zobaczyłem, właśnie, mą pijaną twarz.

 

Gdzie jest żona pytam mej pijanej twarzy,

I uczucie smutku w duszę mą się wdziera,

Zrywam trzy przepite kartki z kalendarzy,

Gdzie jest żona, pytam, nie ma, poszła do fryzjera.

 

BALLADA O ŚRUBOKRĘCIKU

 

Mam w swym domu taki pręcik

Który zwie się śrubokręcik

Składa się on z różnych części

Ten domowy mały sprzęcik.

 

Ma on rączkę wahadłową

Taką czarną, staro – nową,

Przedtem uchwyt miał brązowy,

Lecz już zczerniał do połowy.

 

A z uchwytu błyszczy stal,

Walcowana, srebrna stal,

Co na końcu jest spłaszczona,

Wtedy w śrubkę wchodzi ona.

 

Gdy docisnę śrubki łeb,

To się kręci ona wnet,

Trochę w lewo, trochę w prawo,

Czynię to już z dużą wprawą.

 

 

 

Śrubki różne mają łby,

To wypukłe, to znów płaskie łby,

A w tych łbach to różne są wycięcia,

Takie wcięcia dla pręcika mego wzięcia.

 

Z mym pręcikiem to trudności miewam często,

Gdy w łbie śruby w kształcie gwiazdy rowek wcięto,

Wtedy kręcę tym pręcikiem swym z mozołem,

Bym mógł spotkać się po śrubce z jej otworem.

 

Lecz przydatny jest nad wyraz ten mój sprzęcik,

On jest taki trochę śrubo, trochę kręcik,

I przeważnie to się kręci na wesoło,

Tak jak świat się kręci naokoło.

 

Ten śrubokręt także duszę swoją ma,

Czasem to się nawet na nim skrapla łza,

A obchodzę się z nim zawsze należycie,

Z dokręconych śrub się składa moje życie.

 

ALUSI MOJEMU KOTKOWI

 

Mieć kota, żadna to jest sztuka,

Sztuką jest nie mieć w domu kota,

Kto cię poliże kto wysłucha,

To tylko kocia jest robota.

 

Możesz mieć męża albo żonę,

Możesz mieć córkę i sąsiadkę,

Możesz mieć zmartwień całą tonę,

Ale kot nie jest na dokładkę.

 

Gospodarz domu nie przybłęda,

Taka jest jego kocia rola,

Kot jest miłością  każdym względem,

Bo taka jest miłości wola.

 

Gdy główkę mu przytulisz dłonią,

I go podrapiesz popod brzuszkiem,

To on z aplauzem swym ogonem

Pogłaszcze ciebie popod uszkiem.

 

Jeden koteczek w domu mało,

Trzeba mieś siedem nie do pary,

Choćby na dworze ciągle grzmiało,

One kochają bez umiaru,

 

To jest o kotkach w Semper Lwowie,

Tak zachowały się w pamięci,

Nie wierzę aby kot w Krakowie,

Miał coś ze lwowskiej swojej sierści.

 

 

 

 

KOTY PANA FRANCISZKA


Gdy cię dręczy sumienie,
Gdy za gardło coś ściska,
Nie ziszczone marzenie -
Czytaj wiersze Franciszka.

Gdy cię radość ogarnie,
Zrozumienie się ziszcza,
Wtedy – proszę przygarnij
Koty pana Franciszka.

Gdy poczujesz na ręce
Zimny nosek, woń pyszczka,
To – kochają w podzięce
Koty pana Franciszka .

A gdy ziemię lód skuje
I chłód duszę twą ściska
Nie zapomnij przytulić
Kotów pana Franciszka .

 

WIERSZOWISKO

 

Tyle napisałem wierszy

Aż żal mnie bierze,

Co powiedzą krytycy?

Czy szczerze?

 

Tematy biorę z rękawa,

Jak wedle stawu grobla,

Zbliża się sława,

Krok do Nobla.

 

Krok do Nobla,

W oku łza,

Krok do Nobla,

Może dwa.

 

POEZJA ARCHAICZNA

 

Ta poezja archaiczna

Starą nutą śpiewa,

Ale mi współcześnie śliczna

Jak rodzące wiosnę drzewa.

 

Swoim stylem nowe zmienia

Na stare ołtarze,

Dziewiętnasty wiek odmienia

W swe barwne witraże.

 

Zakamarki poetyckie

Budzą się z letargu,

I epiką swą lirycznie

Dumają w Bekwarku.

 

Ta poezja wiecznie żywa

Świeżo malowana,

A Orfeusz jej przegrywa

Swą lutnią kankana.

 

WSPOMNIENIE

 

Pamiętasz? Szliśmy aleja,

Pod stopami szumiały nam liście,

Listopadową zawieją,

Uwiędłe kwietne kiście.

 

Miałaś na sobie szal ozdobny,

I ciepło splecionych dłoni,

Czy uczuciami byliśmy podobni?

Wiatr musnął biel mej skroni.

 

Szliśmy pogodnie, listopadu strugą,

Coś się kończyło, coś zaczęło,

Milcząc mówiłaś mgiełki złudą,

Tak to się rozpoczęło.

 

Potem normalnie toczyło się życie,

Nie splecionymi dłońmi,

W bezmiarze szczęścia, nazbyt obficie

Siwymi skrońmi.

 

Zniknęła aleja, nie śpiewają liście,

Listopadowe przeszły zawieje,

Zniknęły także już uschnięte liście,

Wichr tylko wieje.

 

POCHYLIŁEM NAD TOBĄ NÓW

 

Pochyliłem nad tobą
Nów
Uśmiechnęłaś się
Pochyliłem nad tobą
Myśl
Odgadłaś
Pochyliłem nad tobą
Widnokrąg
Wzeszłaś
Pochyliłem nad tobą
Wszystkie pory roku
Byłaś
Pochyliłem nad tobą
Pożądanie
Odeszłaś

 

TWOJE USTA

 

Twoje usta są bladym porankiem,

Gdy już noc przed świtem się kryje,

Tarczą nieba są zaznaczone

Barwne wiosną jak skrzydeł motyle.

 

A gdy noc juz zapadnie w twym oku,

I też łezki zaświecą błyszczące,

Ty podałaś mi usta pachnące,

Ja pod stopy rzuciłem ci słońce.

 

PRZYPISANE PANI BARBARZE BRZEZIŃSKIEJ

TO LUBIĘ

 

Lubię cię ciepłą, gdy chłodniejesz,

Lubię cię chłodną, gdy gorzejesz,

Lubię cię samą, gdy się gniewasz,

Lubię gdy wierszysz, lub też śpiewasz.

 

Lubię zabawki twe dziecinne,

Lubię uśmiechy twe niewinne,

Lubię poranki co nam świecą,

Lubię wieczory snu podnietą.

 

Lubię dnie które sobą cieszszą,

Lubię podróży pełną kieszeń,

Lubię gdy patrząc nic nie mowisz,

Lubię gdy mówisz, że mnie lubisz.

 

Kocham cię w każdej roku porze,

Kocham cię tak jak wstają zorze,

Kocham gdy słońce zachodzące,

Kocham gdy słońce  z snu budzące.

 

Kocham cię w różnych dróg rozstaje,

Kocham srebrzystych łez ruczajem,

Kocham tych naszych serc zawiłość,

Kocham cię bardziej niźli miłość.

 

PRZYPISANE PANI EWIE SZTOLZMAN-KOTLARCZYK

CHUSTA

 

Pod wieczór znowu wstało słońce,

Lecz umęczony dniem przysnąłem,

Lato w tym roku znów gorące,

A dłonie pani snem objąłem.

 

Wtedy wydało mi się jawą,

To słońce tak wieczorem lśniące,

Pożeglowałem snów mych jawą,

Wdrążyłem się w pragnienia cgcące.

 

Patrzyłem na wpół zadumany,

Na życia mego martwą pustkę,

Bo kocham panią w snach utkaną

I barwną niebem pani chustę.

 

PRZYPISANE PANI HALINIE CIEŚLIŃSKIEJ - BRZESKIEJ

MIODOPITNY SEN

 

Pani patrząc oczy mruży,

Takie szparki dwie,

Piękno zawsze pani wróży

Miodopitny sen.

 

Pani oczy to źrenice,

Kryształowy tren,

Pani oczy to stolice,

Piękna świata sen.

 

Gdy latarnie morzu świecą,

Prządki wprzędły len,

I wzbijają się podnietą

W kolorytu sen.

Pani patrząc nic nie mówi,

W oczach wicher dmie,

Rzęs pokrywą pani łudzi

Miodopitny sen.

 

PRZYPISANE PANI  IZABELI DELEKCIE - WICIŃSKIEJ

LIST MIŁOSNY

 

Wichr miłosny jest i sprawia,

Rozwichrzoną w błękit zieleń,

Coś ma z dumy i piór pawia,

Rozmodlonych w naw kościele.

 

Mową śpiewa tajemnicą,

Ni to własną ni to cudzą,

W takt wykręca wiewu lico

Własną duszą, deszczu strugą.

 

I wykręca się i kąsa

Żałośliwie świat odmienia,

Tańca śpiewem tańce pląsa

Przemienionym w wir strumieniem.

 

Napastliwie, pożądliwie,

Dziw nad dziwy bezlitosny,

Uporczywie, rozpaczliwie,

Wieje pierwszy list miłosny.

 

 

 

 

 

PRZYPISANE PANI NINIE REPETOWSKIEJ

TY NIC NIE WIESZ

 

Ty nic nie wiesz,

Nie rozumiesz,

Albo nie chcesz,

Lub nie umiesz.

 

Czasem wichrzą twoje słowa

Czasem jesteś mgłą spowita,

Czasem milkniesz gdy rozmowa

Zda się tobą niezdobyta.

 

Więc dlaczego modrząc modrzysz?

Więc dlaczego kusisz kusząc?

Więc dlaczego oczu odbłysk

Jest odbiciem mojej duszy?

 

Więc dlaczego wargi twoje

Pękające na wezwanie?

Więc dlaczego oczy moje

Są dla ciebie ukochane?

 

Powiedziałaś raz w zadumie,

Pomnę do dziś słowa twoje,

Że nikt kochać tak nie umie,

Gdy wypijam usta twoje.

 

Ty nic nie wiesz,

Nie rozumiesz,

Albo nie chcesz moim echem,

Tylko cię na pamięć umiem,

Gdy rozkwitasz swoim grzechem.

 

PRZYPISANE PANI ANNIE DYMNEJ

WINOGRONA I SŁONECZNIKI

 

Pani pachnie żywą naturą,

Z oczu wyziera łan,

Pani się splotła z kwiatów purpurą,

Skąd to spojrzenie znam.

 

Pani myśli, że jestem poetą?

Pomyłka moja pani,

Jestem dla pani woni podnietą,

Nie pisząc dla niej.

 

Czy w piękno zamieniam marzenia

Gdy spojrzę w ust pani grona?

Pani wypełnia sens mego istnienia

Słoneczniki i winogrona.

 

 

 

 

Chciałbym się długo w panią wpatrywać,

Czekam na przyzwolenie,

Pragnę spozierać, a nie zdobywać,

To nie westchnienie.

 

Czy mogę być pani przewodnikiem

Po ziemskim raju?

Czy tylko zwykłym przymiotnikiem,

Jak jest w zwyczaju?

 

Pani oczy radośnie mruży,

Widzę w nich wykrzykniki.

Może cyganka pani wywróży

Winogrona i słoneczniki.

 

PRZYPISANE PANI DANUCIE MICHAŁOWSKIEJ

BRATEK

 

Taki mały

Taki biały

Taki drżący

Taki chcący

Taki zwinny

I niewinny

Taki inny

I dziecinny

Taki wonny

Taki chłonny

Taki kwiatek

Zwykły bratek

 

Na mej dłoni

Przy twej skroni.

 

FOTOGRAFIA NIEBA

W błękitny dzień

W obłoku gleba

A na niej cień.

Zasłania bladość

Księżyca sierp.

To nieba nagość

To krzyk i gniew.

To maj i ból

I skarga lat,

Wilgotna sól

Łez spoza krat.

Ta fotografia

To żal i chłód,

Obłoków mapa

Zmieniona w lód.

I niebem wznosi się

Wichru wiew,

To moja miłość

I krzyk i gniew.

 

CZĘŚC ÓSMA - GDYŚ STUKŁOSAMI WYŚCIELAŁA

 

WIĘC CZYM MAM ZWIEŃCZYĆ TEN POEMAT,

Okruchem ziaren co ostały?

Przemieniam wiersza tego temat

Na mej miłości ideały.

 

Pragnieniem wzrastam, a nie umiem

Otulić żali sztuk tęsknotą,

Zamykam album, co tak dumnie

Natchnął mnie myślą szczerozłotą.

 

I dumam Pieśnią nad Pieśniami,

I dumam kompozycją wiolin,

Melodię wskrzeszam co wytrawnie

Dźwiękami piękna czas ukoi.

 

OTWIERA WIEKO JAKBY TRUMNY SKRYCIE,

Spogląda natchnieniem tak jak życie w życie,

Klawisze białe splątane z czarnymi

Zespolone w jedność milczą ukrytymi

Półtonami dźwięków dźwiękami rozpaczy,

W palce aksamitu kompozycją znaczy

Jeszcze wciąż uśpioną budzącą się świtem,

A on wciąż zadumany kompozycji mitem

W zachwyt pragnie wprawić

Porażki nienawiść

Co jak gilotyna

Nagle się zacina.

I klawiszy głowy już są ocalałe.

Ręce wznosi w górę jeszcze są nieśmiałe,

Jeszcze drżące aksamitu trwogą,

Jeszcze z klawiszami zetknąć się nie mogą.

Półkolem więc krążą jak przed pocałunkiem.

Jakby jeszcze zgoła nie wypitym trunkiem.

Purpurą więc wznoszą lęki klawikordu,

Jakby oczekując pierwszego akordu,

Jeszcze są spowite swej mgiełki zasłoną,

Jeszcze niezbadane a już rozbudzone,

Dźwięki co popłyną jak wartkie potoki,

Dźwięki wrzeźbione niebieskimi loki,

Dziewczyn niewinnych mirtowym zapachem,

Melodia przesłania przed melodii strachem,

I już niebosiężna wznosi się pokrywa,

A nad nią palce, jeszcze nie zagrywa,

Jeszcze wstrzemięźliwie zapragnie zachwytu,

Jeszcze przez sekundę pragnie niebobytu.

Jeszcze przed zetknięciem szału z zapomnieniem,

Jeszcze ostatnim łudzi się spojrzeniem,

Na martwy instrument uśpiony martwotą,

Marzy o diamencie oprawnym we złoto.

Lub innym szlachetnym rodzi się kamieniem.

To co kiedyś może zaistnie wspomnieniem

Zapisu nutami co już zakwitają,

Lecz tylko w pamięci

Dźwięków nie wydają.

I po dźwięk już sięga

Ostatnim wyrazem,

Klawikordu struną

W rozognione twarze.

Lecz co to?

Nagle całą siłą runął

W czekający klawikord napięty swą struną.

Już białe z czarnymi szaleją klawisze,

Już tony z półtonami zespolone niszą,

Mistrzowskim zwiastunem geniuszu uporem,

Jak wichru gałęzie rozszalałym borem,

Jak burzy odgromy strojne błyskawice,

Ściemniają rozjaśniając kompozycji wicie.

Sala nieruchoma zamarła zachwytem,

Jeszcze jest zdumiona rozognionym trunkiem,

Trwa w niepewności jak przed pocałunkiem,

I tylko cisza ciszą się rozbrzmiewa,

Jak przed zawieruchą przerażone drzewa,

Jak róże skrwawione wytrawną purpurą,

Jak obręcz piasku zakryta przed chmurą.

A dźwięk instrumentu melodia porywa,

Aksamitu palce parzą jak pokrzywa.

Sala zamieniona w porywu ujęcie,

Jeszcze uciszona a już nieugięcie

W jedną się wielką wrzawę przemienia,

W geniusza odkrycie, pełna zrozumienia

Podnosi ręce podziwem ubrane,

A klawikord szlocha swą łzą niezbadaną.

I nagle głos wspólny podnosi się z sali

Bo zachwyt zachwytem już piękno utrwalił,

I sala już w sali pięknem piękna tonie,

Uchodźcie wszyscy

Przecie Wisła płonie!

 

GDYŚ STUKŁOSAMI WYŚCIELAŁA,

Tę naszą drogę w łan przebraną,

Zielenią złocień swój utkałaś

I szliśmy dalą niezbadaną.

Tyś muzą jest.

A ja kim jestem?

Pyłem u stóp twych, nagim deszczem,

Uwiędłym kwiatem jeszcze w pąku,

Końcem dobrego zła początkiem,

Dokąd dorosłem dziś w rozkwicie?

Jam ścięty pień, tyś łaską przecie,

Gdy budzę się przed nagim szczytem,

Już czuję pustkę w moim świecie.

Boś jedną gwiazdą z słońc układu,

Jedyną myślą w woń przebraną,

Zrywam owoce twego sadu,

Jak miłość moją łzą wezbraną.

Ja wiem już - nie dojrzałem tobą,

Nie mogę więc być twym odbiciem.

Co w lustrze zamiennie jest moją osobą,

Nie będzie w zalążku nawet twym byciem.

Ty wzlatasz orlicą poprzez nieboskłony,

Boś łaską wybrana jeszcze przed powiciem,

Przy tobie obraz mój szarą mgłą zaćmiony,

Może najwyżej zwężać twych oczu źrenice.

Ciemnością jestem przy twym niebozłocie,

Uschłą gałęzią w ogrodzie i sadzie,

Ptakiem ginącym w przestworzy odlocie,

Uschłą gałęzią w ogrodzie i sadzie.

Ptakiem ginącym w przestworzy odlocie,

Powojem uwiędłym w twych ust winogradzie.

Więc pocóżem splatał z tobą marzenia,

Gdy nie przerosłem pragnień mych szczytu,

Właściwie co celem mojego istnienia,

I jaki będzie sens mego niebytu?

 

GDZIE JESTEŚ MUZO MEJ MIŁOŚCI,

Gdzie zagubiłaś się istotą,

Wrosłą korzeniem swej tkliwości,

Jak pieśń porywasz nuty rotą,

 

Wygasasz, potem znowu płoniesz,

Ogniskiem nigdy niezagasłym.

Bukiety wiejskie - to twe wonie,

Nieznane wonie - kwiaty rajskie.

 

I spadasz nagle wodospadem,

Porywasz pięknem niepokojem,

Tyś jest owocu mego sadem,

Sercem zmienionym w serce moje.

 

Nie bądź mi życia Melpomeną,

Nie Heraklesa me oblicze,

Dantem ci będę mowy weną,

Ty zaś pozostań Beatrycze.

 

CZĘŚĆ DZIEWIĄTA - EPILOG

 

ABRAHAMOWI SUCKEWEROWI

 

DZIELIŁ CIĘ OD NIEJ MILIMETR,

Najwyżej dwa,

Lub niewygodna już cisza narodu,

Gdy się spaliła popiołem łza,

Zagładą zachodu.

Ty nic nie chciałeś

Prócz udziału cierpienia.

Nie zgasłeś przetrwaniem,

Lecz płoniesz małym cieniem

Niebotycznego cienia.

Żyjesz, lecz jak odmierzasz czas?

Cierpieniem? Kształtem niebytu?

Czy tylko słowem bez komentarza.

A gdy zabraknie Ciebie i nas

Jak zerwiesz czernie kalendarza?

 

DZIELIŁ CIĘ OD NIEJ MILIMETR,

Najwyżej dwa,

A dzisiaj już tylko istnienia męka.

Twe słowa tylko ręka zna,

Ta w pomidorach, trzecia ręka.

 

                                   KRAKÓW, LWÓW, CHICAGO, TORONTO - 1996 - 2018

 

 

KRYTYKA LITERACKA I RECENZJE

 

WSPÓŁCZESNY TRADYCJONALISTA

KRYTYKA LITERACKA "FOTOGRAFII POLSKICH"

 

Niepokój budzi się zawsze, gdy współczesny autor w ostatnim roku XX wieku w swojej twórczości chce  „dać świadectwo prawdzie” o martyrologii Polaków i Żydów w czasie II Wojny Światowej.

Bo cała, albo prawie cała prawda o tamtych czasach została już przed nami odkryta,

i przeżycia okresu okupacji musiały stać się jego sprawą osobistą. Zawiera ją w "Fotografiach polskich" aż nadto wyraźnie. Gehennę Polaków doznaną od zachodniego i wschodniego najeźdźcy przekłada na własne duchowe przeżycia tamtych wydarzeń.

Są więc w poemacie fragmenty dotyczące obozów koncentracyjnych niemieckich, są fragmenty poświęcone Katyniowi. W ostatniej zresztą części, już poza utworem poetyckim, w "dokumentaliach" Szumański pomieszcza expressis verbis spreparowany przez Moskwę "Komunikat Komisji Specjalnej do ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania ma więc żesz prawo poeta, czy prozaik, jeszcze raz odkrywać  na nowo znane fakty?

Okazuje się, że ma takie prawo. Udowodnił to polski poeta Aleksander Szumański

w swojej ostatnio wydanej książce "Fotografie polskie".

Jest to swoisty poemat zamknięty w klasycznej formie z prologiem i epilogiem.

W „Notce od autora” w „Fotografach polskich” Szumański pisze: „Poemat „Fotografie polskie” nie stanowi autobiografii, choć tak może być odczytany. Jego fragmenty dokumentują bowiem gehennę narodu polskiego postrzeganą poprzez wymiar  osobisty.”

Ów „wymiar osobisty” jest tutaj jednak niczym innym, jak autobiografią wewnętrznych przeżyć, doznań i przemyśleń twórcy . Tym bardziej autentycznych, że wydarzenia tamtych dni dotknęły poetę  bezpośrednio. Jego  ojciec , Maurycy Marian  Szumański doc. med. ginekolog – położnik na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza, w katedrze prof. Adama Sołowija, został rozstrzelany przez hitlerowców wraz z grupą polskich intelektualistów.

Zważywszy zaś, że Aleksander Szumański debiutował wierszem w 1941 roku na łamach Radia Lwów (poeta urodził się we Lwowie i tam mieszkał do 1941 roku), te doznania przez niemieckich przez niemieckich najeźdźców faszystowskich w lesie katyńskim oficerów polskich".

Już w tytule "Fotografie polskie" autor niedwuznacznie odnosi swoje dzieło do "Kwiatów polskich" Juliana Tuwima. A podkreśla to jeszcze mottem zaczerpniętym właśnie z twórczości tego poety. Opatruje nim prolog stanowiący niejako preambułę poematu. Ba, nawet szatę graficzną książki,(okładka i krój czcionki) Szumański stylizuje na lata dwudzieste naszego wieku. Ale czy jest to utwór inspirowany wyłącznie przez twórczość Tuwima? I tak i nie.

Bo oto w tej liryce pobrzmiewają tony znane z poezji młodopolskiej, a chwilami i romantycznej.

Najbliższe paralele znajduję tutaj do poezji Juliusza Słowackiego.

 

Któż dzisiaj napisze w wierszu tak oto:

 

"Harfą mi grały łąk ołtarze,

Ksiądz Podniesieniem pochylony

I pierworodnym grzechem zorze

Zniszczoną barwą na wsze strony

Znały już pustkę mą bezbożną,

Znały już moje rany znojne,

Bo może tylko struny trwożne

Pozornie trwały bogobojne.

Łaską obdarzon czy złudzeniem,

Bo niby za cóż łaska nieba.

Czy tylko moim jest stworzeniem,

Czy tylko zwykłą kromką chleba.

Więc błogosławić me istnienie,

Czy też przeklinać wniebowzięcie?

Sam nie wiem czy ostatnie tchnienie

Diabłem czy raju jest przyjęciem?"

 

Trzeba wiele pisarskiej odwagi, aby się dzisiaj posługiwać tak klasyczną formą i sięgać do tak archaicznego obrazowania.

Niejeden  jeszcze raz pewnie sprawi kłopot recenzentom Aleksander Szumański swoją twórczością. Czerpiąc pełnymi garściami z romantyków, Młodej Polski, Dwudziestolecia Międzywojennego, wymyka się jakiemukolwiek szufladkowaniu. Z zadziwieniem czyta się te strofy. Bo oto pomimo korzystania z dorobku poetyckich  protoplastów, autor jest rzeczywiście autentyczny. Na bazie starych mistrzów potrafił wypracować swoją oryginalną, własną poetykę. A, że stylizowaną na dawną poezję… nic w tym zdrożnego. „Fotografie polskie” są poematem w treści i w formie ogromnie osobistym, a przeto i oryginalnym.

 

Jerzy Michał Czarnecki

b. prezes Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Krytyk literacki.

Kraków, maj 2001 r.

 

"FOTOGRAFIE POLSKIE"  - ALEKSANDER SZUMAŃSKI

 

W 2000 r. , w Krakowie ukazał się drukiem poemat "Fotografie polskie" Aleksandra Szumańskiego.

Jak pisze we wstępie poeta drukowany poemat nie jest autobiografią. Fragmenty utworu dokumentują gehennę narodu polskiego postrzeganą poprzez wymiar osobisty. Książka rozpoczyna się prologiem, czyli wierszem o tytule "Chmury nad nimi rozpal w łunę..."(zaczerpniętym z twórczości Juliana Tuwima). W poemacie Aleksander Szumański kreśli na swojej poetyckiej pięciolinii m.in.nuty wspomnień - dzieciństwa we Lwowie, którego losy zostały "w pół przecięte", postaci wiecznie żywych - pana Maurycego (ojca poety) "ściszającego pacjentek niepokoje", zacną panią F.Szumańską (później dostojną Nowakową) w której płynęła krew szampańska i śmiejącą się z okien swego Lwowa, Stasię gotującą barszcz raz czerwony, raz biały...W utworze jest również osobiste odniesienie do Lwowa - dla poety miasta przedziwnego, miasta starego, wrośniętego w autora jak w ogniwo. "Za jaką zbrodnię czy też karę już nie oglądam cię na żywo." - zadaje sobie pytanie w poemacie Aleksander Szumowski. Są też strofy poświęcone "OrlętomLlwowskim".

Epilog "Fotografii polskich" zadedykował A.Szumański Abrahamowi Suckewerowi, poecie żyjącym w Izraelu, piszącemu w języku jidysz, urodzonemu w Smorgoniu w pobliżu Wilna, doskonale znającemu słowo: "Holokaust".

Książka ma również część dokumentacyjną. Otwiera ją "Komunikat komisji specjalnej do ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania przez najeźdźców faszystowskich w lesie katyńskim jeńców wojennych - oficerów polskich" z datą: "Smoleńsk, 24 stycznia 1944 r.", opublikowany przez moskiewską "Prawdę" i krakowski "Dziennik Polski" z dnia 5 marca 1955 r. Oczywiście ten groteskowy komunikat podpisany przez N.Burdenko, przewodniczącego Komisji Specjalnej, członka Nadzwyczajnej Komisji Państwowej, członka sowieckiej Akademii Nauk oraz członków komisji: A.Tołstoja, Mikołaja, metropolitę, generała- lejtnanta A.Gondurowa, S.Kolesnikowa, W.Potiomkina, generała-pułk. B.Smirnowa, R.Mielnikowa poeta pozostawił bez komentarza, bo komentarz akurat w przypadku tego (śmiechu wartego) dokumentu jest zupełnie zbyteczny.

Są też podziękowania skierowane do Aleksandra Szumańskiego od prezydenta Krakowa, krakowskiego Oddziału Wojewódzkiego Towarzystwa Opieki nad Majdankiem oraz krakowskiego oddziału Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce. Autor zamieścił również tekst w języku japońskim pochodzący z książki "Przeżycie" autorstwa Kazuko Tamura, tłumaczki na język japoński współczesnej literatury polskiej. Zawiera on m.in. niektóre wiersze Aleksandra Szumańskiego z tomu "Odlatujące ptaki" oraz obszerne fragmenty poematu "Fotografie polskie" w wolnym przekładzie Kazuko Tamura.

 

KSIĄŻKA Z SIEDMIU PAGÓRKÓW FIESOLSKICH - ALEKSANDER SZUMAŃSKI

 

"ADAM MACEDOŃSKI I ALEKSANDER SZUMAŃSKI Z SIEDMIU PAGÓRKÓW FIESOLSKICH"

 

W 2012 r. ukazała się w Krakowie książka lwowiaka Aleksandra Szumańskiego "Adam Macedoński i Aleksander Szumański z siedmiu pagórków fiesolskich". Skąd się wziął taki tytuł wydawnictwa? Otóż pochodzi on z wiersza Mariana Hemara "Strofy lwowskie", który napisał jako lwowiak: "My jesteśmy z polskiej Florencji/ Z miasta siedmiu pagórków fiesolskich..." Swoją książkę Aleksander Szumański rozpoczął od relacji ze spotkania w krakowskim klubie "Gazety Polskiej" w ubiegłym roku, a poświęconemu pierwszej sowieckiej okupacji Lwowa, miasta "Semper Fidelis", jedynego z polskich miast (obecnie w granicach Ukrainy) uhonorowanego przez Józefa Piłsudskiego Orderem Virtuti Militari. Autor książki zamieszcza obszerną wypowiedź na tym spotkaniu drugiego lwowiaka - Adama Macedońskiego (obecnie A.Macedoński, jak i A.Szumański) są od wielu, wielu lat mieszkańcami Krakowa) na temat wkroczenia bolszewików do Lwowa. "Ta cała hałastra to nie byli żołnierze, to dzicz wiecznie pijana. W każdej chwili gotowi zabić, co chwilę strzelali w powietrze, żeby wzbudzić strach...Nienawidzili nas, bo to był dla nich inny świat, inni ludzie, bogate miasto. Obrabowali wszystko. To prawda, że jedli lepy na muchy; bo lepy przed wojną były zrobione z miodu, więc ktoś im powiedział, że to lizaki dla dzieci i oni te lepy rozwijali i lizali...- wspominał na tym krakowskim spotkaniu Adam Macedoński, poeta i rysownik publikujący swoje dzieła m.in. w "Przekroju". Aleksander Szumański, poeta, krytyk literacki, niezależny publicysta, redaktor "Kresowego Serwisu Informacyjnego" i członek Związku Piłsudczyków wspomina w książce Lwów - miasto jego dzieciństwa, pogodną, beztroską, wielokulturową aglomerację miejską, jednym słowem obraz, który przechował w pamięci - ulice, place, parki i ogrody, świątynie różnych wyznań, charakterystyczne postaci lwowskiej ulicy... A dalej w książce Aleksander Szumański pisze o życiu lwowiaków w...powojennym Krakowie. Wspomina "stary" zespół redakcyjny "Przekroju" z takimi indywidualnościami jak Ludwik Jerzy Kern, Zbigniew Lengren,Jerzy Waldorff, Lucjan Kydryński, Konstanty Ildefons Gałczyński, czy wreszcie przyjaciel A.Szumańskiego - Adam Macedoński. Zamieszcza w najnowszej swojej publikacji wiersze A.Macedońskiego drukowane w "Przekroju" (m.in. "Armin Hary przebiega dystans 100 metrów w czasie 10.sekund", "Wiosna", "Człowiek myśli do trzynastu", "Pierwszy śnieg") oraz utwory poetyckie ściągnięte przez peerelowską cenzurę. Wspomina również wernisaże Adama Macedońskiego w galerii malarstwa "Temporary com Temporary" Anny i Jerzego Feinerów przy ul. Dolnych Młynów 7 w Krakowie. "Niektóre wernisaże Adama - wspomina Aleksander Szumański - przebiegały nietypowo ja czytałem np.jakiś skromny erotyk lub nostalgiczny utwór lwowski, wolno, bardzo wolno, Adam w międzyczasie rysował portret pięknej damy, uczestniczki wernisażu, a potem odbywała się aukcja obrazu, cena wywoławcza 1 zł..." Są również wspomnienia obrony krzyża w Nowej Hucie w 1960 r., poświęconego w marcu 1957 r. przez metropolitę krakowskiego arcybiskupa Eugeniusza Baziaka i postawionego w Nowej Hucie u zbiegu ulic Marksa i Majakowskiego. To właśnie Adam Macedoński był jednym z uczestników obrony krzyża w Nowej Hucie w sześćdziesiątym roku minionego stulecia. Później był wydawcą i pomysłodawcą pisma chrześcijańskiej wspólnoty ludzi pracy - "Krzyż Nowohucki". A.Szumański pisze również na temat "zbrodni katyńskiej" dokonanej wiosną 1940 r., a polegającej na rozstrzelaniu przez bolszewików co najmniej 21768 obywateli polskich, w tym przeszło 10 tys. oficerów wojska i policji. Są również odniesienia autora do zbrodni ukraińskich nacjonalistów dokonanej na ludności polskiej ( ok.200 tys. ofiar) dokonanej na terenach wschodnich II Rzeczypospolitej. Książka "Adam Macedoński i Aleksander Szumański z siedmiu pagórków fiesolskich" (ISBN 978-83-86552-38-2) zawiera wiele rysunków Adama Macedońskiego oraz stare fotografie Lwowa pochodzące z polskiej prasy międzywojennej (szczególnie lwowskiej) oraz z archiwum domowego Adama Macedońskiego i Aleksandra Szumańskiego.

 

RECENZJE Jozef Komarewicz

 

Czytaj wiecej:

 http://www.wiadomosci24.pl/artykul/fotografie_polskie_aleksandra_szumanskiego_246231.html

 

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/ksiazka_z_siedmiu_pagorkow_fiesolskich_245861.html

 

                                                       Józef Komarewicz

Prezes Rady Oddziału Tarnowskiego Stowarzyszenia Autorów Polskich

Tarnów; wrzesień 2012 "XX Światowe Forum Mediów Polonijnych"

 

         Opracowała Bożena Rafalska redaktor naczelna "Lwowskie Spotkania"

 

 

RECENZJE

 

POETA ROMANTYK

Autor prof. Jan Majda

 

Aleksander Szumański w pełni zasługuje, żeby go nazwać poetą romantycznym, pisze wiersze miłosne, toteż słusznie publicyści nazwali go "Królem miłości". Miłości poświęcił dłuższe poematy "Amerykańsko - lwowskie wyznania miłosne oraz inne niespełnienia", "Odlatujące ptaki" oraz cztery tomy zatytułowane "Wiersze i ballady miłosne". W tym drugim tytule nawiązuje nawet do utworu Adama Mickiewicza "Ballady i romanse". I podobnie jak nasi dziewiętnastowieczni romantycy, poeta pisze nie tylko o miłości między ludźmi ale i o miłości do Ojczyzny - zwłaszcza o walkach naszego narodu o wolność podczas I i II Wojny Światowej, co w pełni odzwierciedla poemat martyrologiczno - niepodległościowy "Fotografie polskie".

 

Tadeusz Zygmunt Bednarski na łamach "Dziennika Polskiego" o poezji Aleksandra Szumańskiego napisał: "...W jego twórczości pobrzmiewają echa dawnych tradycyjnych uznanych mistrzów...". Jerzy Michał Czarnecki w krytyce literackiej "Fotografii polskich" "Krakowskie pióra" pisze:

"...Już w tytule „Fotografie polskie” autor niedwuznacznie odnosi swoje dzieło do „Kwiatów polskich” Juliana Tuwima. A podkreśla to jeszcze mottem zaczerpniętym właśnie z twórczości tego poety. Opatruje nim prolog stanowiący niejako preambułę poematu. Ba, nawet szatę graficzną książki (okładka i krój czcionki) Szumański stylizuje na lata dwudzieste XX wieku. Ale czy jest to utwór inspirowany wyłącznie przez twórczość Tuwima? I tak i nie. Bo oto w tej liryce  pobrzmiewają tony znane z poezji młodopolskiej, a chwilami romantycznej. Najbliższe paralele znajduję tutaj do poezji Juliusza Słowackiego..." -

 

Któż dzisiaj napisze w wierszu tak oto - konkluduje Jerzy Michał Czarnecki:

 

"...Harfą mi grały łąk ołtarze

Ksiądz podniesieniem pochylony

I pierworodnym grzechem zorze

Zniszczoną barwą na wsze strony

Znały już pustkę mą bezbożną

Znały już moje rany znojne

Bo może tylko struny trwożne

Pozornie trwały bogobojne..."

 

Geneza tego wybitnego poety jest dość ciekawa, bo związana z jego gehenną życiową. Urodził się we Lwowie w 1931 roku i już jako dziesięcioletni chłopiec zadebiutował w Radiu Lwów. Kiedy później Niemcy zajęli Lwów, rozpoczęła się tragedia osobista tego poety. Niemcy zamordowali jego ojca, który był docentem medycyny na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza. Po śmierci ojca Aleksander Szumański razem z matką - nauczycielką historii w lwowskich szkołach podstawowych i średnich przenieśli się do Krakowa. Szumański odbył studia na Wydziale Budownictwa Lądowego  Politechniki Krakowskiej i uzyskał dyplom inżyniera budownictwa lądowego, ale przetrwała w nim sztuka poetycka. Napisał w sumie  4 tysiące wierszy z których części powstało 14 tomów poetyckich. Prozą napisał cztery książki. Oto główne tytuły jego dzieł : poezja - "Odlatujące ptaki", "Fotografie polskie", "Amerykańsko-lwowskie wyznania miłosne oraz inne niespełnienia, "Wiersze" (trzy tomy), "Wiersze i ballady miłosne" (cztery tomy); proza - "Przeżycie" wydanie w języku japońskim, "Kraków i Żydzi" wydanie w języku japońskim, "Adam Macedoński i Aleksander Szumański z siedmiu pagórków fiesolskich", "Mord polskich dzieci w łódzkim getcie".

Aleksander Szumański jest mistrzem publicystyki społeczno - politycznej, historycznej i kulturalnej, korespondentem światowej prasy polonijnej, w latach 1998 - 2010 akredytowanym w Polsce (USA). Jego publicystyka ukazuje się m.in. w "Głosie Polskim" Toronto, "Kurierze" Chicago, "Lwowskich Spotkaniach", "Warszawskiej Gazecie".

Podczas wojny przeżył tragedię, kiedy jego rodzinne miasto Lwów Semper Fidelis zajęli Sowieci. W dniu 17 września 1939 roku pojawiły się bolszewickie czołgi i z tego powodu "...miasta wymarłe sybirami...miasta zgaszone, spopielałe i tylko Katyń za oknami...i krematoria z ludzkim miałem...".Po pewnym czasie Niemcy zajęli Lwów, na ulicach pojawiło się hitlerowskie wojsko, a Gestapo zorganizowało w całej Polsce zabójstwa i krematoria. Aleksander Szumański w swoim ostatnim dziele prozą, "Mord Polskich dzieci w łódzkim getcie" jak podaje "Warszawska Gazeta" wykonał tytaniczną pracę, by dotrzeć do nielicznych świadków bestialskiego mordu, dokonanego na polskich dzieciach w łódzkim getcie. O tym, że takie miejsce istniało, nie wiedzieli nawet ówcześni mieszkańcy Łodzi, bowiem polskie getto otoczone zostało przez wysoki mur oraz teren żydowskiego getta. Niemieccy oprawcy zwozili tam dzieci w wieku od 2 do 16 lat, zmuszali do wyczerpującej pracy, głodzili i katowali na rozliczne sposoby. Niewielu jest tych, którym udało się przeżyć. Podejmowane ucieczki nie miały szans na sukces, bo policja żydowska dostarczała uciekinierów w ręce Niemców. Równie niewielu jest tych, którzy wiedzą, że ten obóz zagłady w ogóle istniał. Autor zebrał skąpe świadectwa historyczne oraz wspomnienia więźniów. Szumański apeluje o pamięć o ofiarach tego nieludzkiego miejsca oraz powstanie monografii łódzkiego getta dla polskich dzieci. W sumie z głodu, tortur i zabójstw zginęło w tym obozie ok. 10 tysięcy polskich dzieci.

W Polsce Szumański otrzymał odznaczenia państwowe za swoją twórczość literacką:

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego uhonorowało go Medalem Komisji Edukacji Narodowej oraz odznaką Zasłużony działacz Kultury. Towarzystwo Pamięci Narodowej im. Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego przyznało Szumańskiemu Medal "W Hołdzie Komendantowi".

Naszemu Ojcu św. Janowi Pawłowi II za jego wielki patriotyzm i pomoc duchową dla Polski poeta Aleksander Szumański podziękował wspaniałym wierszem "Pasterzu Biały", w którym napisał "...Orłu koronę ubrałeś w swym locie, bo Polską wzrosłeś w swego ludu plemię..".

   

            prof. Jan Majda Wydział Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego

 

Źródło: "Głos Polski" Toronto nr 14 2015 r.

 

 FLESZ POETYCKI ALEKSANDRA SZUMAŃSKIEGO

- Z WIZYTĄ W SOSNOWCU W KLUBIE IM. JANA KIIEPURY WYDARZENIE ARTYSTYCZNE POETYCKO - MUZYCZNE.

 

W klubie im. Jana Kiepury w Sosnowcu , 18 stycznia 2006 roku miało miejsce wydarzenie poetycko - muzyczne, które z serdecznością wprowadziło uczestników w Nowy Rok. Spiritus movens tego wieczoru był poeta polski, rodem ze Lwowa, korespondent prasowy "Kuriera Codziennego" Chicago. Ponownie w kawiarni "Empire" w Sosnowcu mogła  spotkać się publiczność z ciekawą twórczością poety. Niewolny od koligacji Aleksander Szumański jest poetą błyskotliwym i w tym błysku przeplata się liryzm w tajemnych prawdach miłości, wrażliwość i wyobraźnia. Oto przykład jednego z prezentowanych utworów miłosnych:

 

 ZDRADA LIRYCZNA

 

"Pomyliłem cię w zachwycie

Z inną damą, inną wiosną,

Zanurzyłem się w niebycie

Innym niebem, inną troską.

 

Podumałem nieco grzechem,

Wrysowałem plaster miodu,

Odezwałaś się mym echem

Biegło szybciej od zachodu.

 

I odszedłem skryty chmurą

Innym niebem, inną wiosną,

I ujrzałem niespodzianie

Inne życie z inna troską.

 

 

 

 

Zanurzyłem się w rozpuście

Z inna damą, inną wiosną

Ale tylko ciebie umiem

Innym niebem, inną troską".

 

Pośród naszego czasu Autor jawi się nam jako szczególna indywidualność poetycka. Urodzony we Lwowie, z zawodu inżynier budownictwa lądowego, z zamiłowania poeta i publicysta o tematyce społeczno - polityczno - kulturalnej, patriota, który z odwagą i mistrzowsko kreuje własne namiętności zawarte w poezji miłosnej i martyrologicznej, jak i w publikacjach, a również posiada tę nieuchwytną łatwość wypowiadania każdej zawiłej myśli, obrazu, opisując gotowe ukształtowane wizje i formy.

Uczestnik corocznego Światowego Forum Mediów Polonijnych z udziałem 159 dziennikarzy prasy, radia i telewizji z całego świata, w tym roku właśnie u nas w Sosnowcu.

Rocznik 1931, debiutował w 1941 roku wierszem w Radiu Lwów.

W roku 2001 odbył tourne' w USA i wystąpił w roli tytułowej w filmie w Hollywood w reżyserii Ryszarda Krzyżanowskiego, krakowsko - chicagowskiego aktora dramatycznego i reżysera. Wydał kilkanaście pozycji poetyckich wierszy i poematów oraz książki prozatorskie.

Ponadto jego utwory ukazują się w pismach codziennych, tygodnikach, periodykach. almanachach związków twórczych, katalogach i śpiewnikach w kraju i za granicą, m.in. w USA, Japonii, RPA. Jego utwory tłumaczone są również m. in. na język japoński.

Prezentowana poezja liryczno - miłosna, w śladach której dopatrzeć się można młodopolskiej twórczości i romantycznej, jawi się jako przypadek oryginalny, niemanieryczny, choć tragedia świadomości tamtego czasu w świetle czego epistemologia tych wierszy ujawnia się w swoisty sposób i pozostaje nieuwolniona od historycznych losów ojczyzny, wpływów polityki, martyrologii narodowej.

Poezja dla Szumańskiego jest pasją, czymś niezwykłym, a sam powiada, że obowiązkiem. Chociaż poemat martyrologiczno - niepodległościowy "Fotografie polskie" zwrócony jest ku najgłębszym pokładom własnego wnętrza, te okupacyjno - turpistyczne treści nie przesłaniają wiary w piękno, w drugiego człowieka, cud życia, w Niebo, w ptaki, drzewa, w całą przyrodę. Wszystko to prowadzi w szlachetnie ukształtowaną rzeczywistość.

Ciekawe paralele do twórczości Juliusza Słowackiego pomieścił w krytyce literackiej "Fotografii polskich" Jerzy Michał Czarnecki, krytyk literacki, były prezes Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

W każdym swoim utworze Szumański stara się mówić obrazem, poruszać wyobraźnię, zrazu dostrzegamy skierowane do czytelnika przesłanie.

Ten wręcz niezwykły wieczór poezji został oprawiony muzycznie pamięcią Jana Kiepury, w Jego Klubie, pastorałkami w wykonaniu Zespołu Wokalnego "Kiepurki".

Wieczór ciepłem i wiarą w pogodne, życzliwe dni wprowadził w 2006 rok.

A więc mile zapowiada sie współpraca z tym poetą w Zagłębiu Dąbrowskim. Przyjął on bowiem zaproszenie do Dąbrowy Górniczej.

Aleksander Szumański został ostatnio uhonorowany medalem Komisji Edukacji Narodowej, odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej, medalem w "Hołdzie Komendantowi" i symbolicznie przez Polski Związek byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych. Posiada legitymację Urzędu Kombatantów i Osób Represjonowanych.

Aleksander Szumański jest członkiem Związku Literatów Polskich oraz Związku Piłsudczyków, oddział małopolski.

Jego biogram znajduje się w encyklopedii OSOBISTOŚCI Rzeczypospolitej Polskiej OXFORD (An Oxford Encyclopedia Publication London) oraz w WHO IS WHO W POLSCE, encyklopedia biograficzna z życiorysami znanych Polek i Polaków wydanie w Szwajcarii.

 

       Urszula Włosek - Żmijewska - krytyk literacki, publicystka

 

 Publikacja w "Raptularzu kulturalnym" kwartalniku Miejskiej Biblioteki Publicznej w Dąbrowie Górniczej, nr 1 styczeń  2006 r.

 

LEKCJA POLSKOŚCI

 

O LIRYCE ALEKSANDRA SZUMAŃSKIEGO

AUTOR JOANNA BIELOBRADEK "DZIENNIK ZWIĄZKOWY" CHICAGO

 

Polska poezja współczesna, pomimo dobrej renomy w Stanach - i już można zorientować się, który z autorów tworzących w języku polskim dostanie w przyszłości literacką nagrodę Nobla - w moim odczuciu jest nieprawdziwa. Co więcej, to tylko "palcówki" oklaskiwane w ścisłym gronie, preparowane  według jakże nudziarskich receptur.

Oczywiście generalizuję. Wymieniam więc natychmiast ks. Jana Twardowskiego, który tym kolejnym noblistą być powinien. Poezja jego bowiem spełnia wszystkie kryteria wiersza doskonałego. Ponadto, jest to poezja polska, to znaczy czerpiąca z naszego ducha, kultury, tradycji, zwyczajów - zanurzona w polskości.

Osobiście dość mam literatury ni to amerykańskiej, ni to holenderskiej, a nie globalnej jeszcze, która z uporem zapisuje się w języku polskim. Nie wątpię, że są gdzieś dobrzy polscy poeci -zawstydzeni, zahukani - z kompleksami Polski - prowincji świata. Jednak przy św. Janie Pawle II ich blask już ciemnieje.

Na wieczór poezji Aleksandra Szumańskiego w teatrze Ref - Rena zaprosiła mnie aktorka krakowska Barbara Denys. Omal się spóźniłam. Nie, nie było we mnie entuzjazmu. Przyszłam, bo zostałam zaproszona. Swoje wiersze czytał autor i duet aktorski Barbara Denys i Ryszard Krzyżanowski.

I nagle, co to?

Ze sceny nagle powiało zupełnie czymś innym niż zwykle. Było to dla mnie niezwykłe i zupełnie niespodziane. Refleksje. Było ich wiele. Najpierw interpretacją. Przy wielkich aktorach chicagowskiej polskiej sceny, Szumański pojawił się po mistrzowsku. Przede wszystkim swoje wiersze prezentował z pamięci. Nie miał nawet w ręce przysłowiowej ściągi. Suflera nie było.

Dykcja Aleksandra Szumańskiego nie tylko mnie wprawiła w zdumienie.

Jak to?

Poeta i tylko poeta nie daje pola do popisu profesjonalnym aktorom mówiącym wiersz dobrze, bardzo dobrze i nierzadko źle?

To scena.

 A prezentowana twórczość?,

 Klasyka polska, a w tych  wersach pobrzmiewają echa dawnych tradycyjnych uznanych mistrzów.

Nie wierzyłam sama sobie, bo nagle doznałam olśnienia epoką Romantyzmu i Młodej Polski.

Tej twórczości nie uda się zaszufladkować. Asnyk, Mickiewicz, czy Słowacki? A może Norwid i prawie współczesny Julian Tuwim?

Miał rację  Edward Moskal, który jeszcze zdążył zaprosić Szumańskiego do Chicago i Los Angeles.

Zdumiał mnie obecny na wieczorku  Zbigniew Karol Rogowski, zdumiała  Alicja Bobrowska (tak! Miss Polonia!), którzy na wieczorek chicagowski  przylecieli z odległego  Los Angeles.

Na moje zdumienie zareagowali - a co... nie wiedziałaś?

Poemat "Fotografie polskie" Aleksandra Szumańskiego przeplatał się z "... i tylko Katyń za oknami i krematoria z ludzkim miałem... jest takie miasto  polskiej ziemi w którym baraki postawiono...harfą mi grały łąk ołtarze...Dantem ci będę, mowy weną, ty zaś pozostań Beatrycze...

Słuchając poezji Szumańskiego znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. To uczta artystyczna, a nie dotychczasowe nuda, szarzyzna, zintelektualizowany bełkot.

Co to?

A potem bardziej szczegółowo: do jakiego okresu autor nawiązuje, z kogo czerpie, a gdzie jest tylko sobą?

Ponieważ Aleksander Szumański jest autorem bardzo płodnym - osoba wolna wyłącznie w weekendy - przeczytałam tylko dwie książki poetyckie tego autora "Odlatujące ptaki" i "Fotografie polskie". Jako krytyk literacki i poetka napiszę jednak bardzo prywatnie. Przede wszystkim nasze życiorysy - choć ja z Warszawy, a On ze Lwowa.

On z lepszej rodziny i z dawką światła, które przekazał mu ojciec, co takie rzadkie u Polaków, którym już w dzieciństwie wpojono wiarę, historię, literaturę, Ojczyznę. Aleksander Szumański urodzony lepiej, bo w nie skażonej Polsce - ja w końcówce wojny, przed śmiercią Warszawy. Autentyk. Warszawa odrodzi się, ale będzie inna niż przedwojenny Lwów - ale to nas łączy, że nie bierzemy się z byle jakości popolskiej.

Wiersze Szumańskiego są tak liczne i  świetne, że chciałabym natychmiast poznać Jego żonę, Jego Muzę.

Gdy mężczyzna najcudowniej zwariuje dla kobiety to pisze właśnie tak, cytuję:

 

"...ty jesteś królów królową, bez ciebie żyć to i po co?

Ty jesteś piękna ozdobą dniem i nocą...

Dopóki słońce na niebie, dopóki dzień jest dniem..

Kochać cię nie przestanę...nocą i dniem.

 

Pozbieram teraz diamenciki pysznych metafor na określenie Żony poety, jego Muzy:

 

"Niebna" "Tyś hetmanem mej szachownicy", "Nauczyłem się czytać twe włosy", "Ty jesteś gwiazdą gwiazd", "Rajska odmiana czereśni"...

 

Każda kobieta chciałaby  być tak kochana i tak nazywana.

Przyznajmy się.

Widziałam na widowni panie chłonące słowa, których nigdy nie słyszały, tak podejrzewam.

 Wzdychały, cicho.

 Bo dlaczego im się nie zdarzyło i nie zdarzy?

Dlaczego?

 

 "Ty...już było żeś pszczelna, na codzień niedzielna... już było, żeś melancholijna... było także, że jesteś lilijna...lecz nikt nie wie, że jesteś jak noc wigilijna...

...Ty rajska różo, co płatkami. inaczej pachniesz niż na ziemi... jakimi zwać cię kolorami - gdy jesteś inna od czerwieni?..

 

No i proszę! Aleksander Szumański kocha Żonę aż religijnie! I te przepiękne przymiotniki...A przecież kazano nam, szczególnie w liryce unikać przymiotników jak diabła! Szumański nie posłuchał i sobą jest!

 

Poeta to znakomity w epigramatach. Szczególnie mi się podobały "Ćmy"- "...zapytała się ćmy ćma, czemu we dnie  we śnie trwa...powiedziała, gdy się zbudzi, jest noc i nie widzi ludzi...". "Widzenie przestrzenne" i jest doskonały w wierszach satyrycznych. To specjalista od leciutkich prztyczków w nos. ..

Natychmiast wykryłam w poezji Szumańskiego jasność sztaudyngierowską,  tak unikalną w naszej literaturze, a dowód rzeczowy znalazłam w wierszu "Gołębie". Moimi ulubionymi są także wierszyki zwiewne Autora, jak np. "Śrubokręcik", czy "Koty" i "Kurek". Takie z innej beczki! Bardzo urozmaicają poezje miłosną.

Aleksander odznaczenia ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego medalem Komisji Edukacji Narodowej, kochający człowieka i świat, nastrajający odbiorcę słonecznie, może być i surowy, proroczo przestrzegający nas np. w "Jadzie" i przenikliwy w "Odpowiedzi Panu Jerzemu Ludwikowi Kernowi", cytuję:

 

"Jak najbardziej" pogardza Pan, a ja nie i w tym właśnie się różnimy Panie Kern".

 

Przypominam, że Witold Gombrowicza (dlaczego on nie dostał Nobla? Widocznie nie te układy jednak) pisał, że z doświadczenia z komunizmem - Polak, Bułgar, Litwin, Słowak itd. wyjdzie tylko z jednym uczuciem do swego rodaka - z pogardą.

 I wreszcie zrozumiałam. Myślałam, że to tylko ja pisuję sprawiedliwe i pojednawcze wiersze o Żydach, co stanowi o kulturze Polaków.

Dziękuję Aleksandrowi Szumańskiemu za jego europejską polskość.

Za to, że przetrwał. Za nierozerwalne przęsło w dziedzictwie polskim.

- Alinie de Croncos Borkowskiej - Szumańskiej i Aleksandrowi Szumańskiemu składam podziękowania, dedykując im moje wiersze inspirowane jak ogromna większość moich prac wielkością  Jana Pawła II, z krytyką literacką Aleksandra Szumańskiego.

Liryki autorskie Aleksandra Szumańskiego w teatrze "przy świecach" wyznawali sobie - Basia Denys i Ryszard Krzyżanowski. Ona patrząc mu w oczy, to ręką musnąwszy, to strząsając włosy.

Sam mistrz poezji Aleksander Szumański, zapewne czarem swojego głosu, a i głęboką miłością zawartą w jego utworach zachwycił licznie zgromadzone panie.

Oprawę plastyczną wieczoru, czyli liczne różnorodne plakaty o tematyce lwowskiej i krakowskiej przedstawił z wdziękiem Antoni Rosiek.

Wielkie podziękowania należą się Pani Bogusie Kosinie dyrektorce teatru. inicjatorce spektaklu oraz Pani Ani Luniewskiej prezenterce wieczoru.

                                       Joanna Bielobradek  maj 2001 r. "Dziennik Związkowy" Chicago

 

VOILL'A ALEKSANDER SZUMAŃSKI

 

"NASZA POLSKA" ZBIGNIEW KAROL ROGOWSKI - LOS ANGELES

TEKST "NASZA POLSKA" 6 MARCA 2002 R.

 

Nader rzadko goszczą w Los Angeles poeci z Polski. Dobre muzy przysłały tu niedawno mistrza strof Aleksandra Szumańskiego, twórcę krakowskiego  ze Lwowa rodem. Wieczory poetyckie w Stanach - najpierw przed polskim audytorium  w Mieście Aniołów, następnie w Chicago - stały się wydarzeniem. Dowiodły, iż w dobie tzw. nowoczesnej poezji z białymi rymami, jego wiersze przepojone liryzmem  i subtelną refleksją (sam o sobie Szumański mówi, iż jest poetą miłości) również za oceanem znalazły wdzięcznego odbiorcę. Ale w jego twórczości mocno pobrzmiewa wątek martyrologiczno - niepodległościowy. Oto próbka z poematu "Fotografie polskie":

"A wrzesień powiał  nagle majem strojnym w zwycięstwo swych orderów. I chociaż w gruzy gad przemienił wygodne dotąd legowisko, to polskie drogi tak odmienił, jak chciało Jałty pośmiewisko.

Wielu krytyków podkreśla, że wiersze Szumańskiego pobrzmiewają rozbrzniewają tradycjami dawnych mistrzów, ale, że potrafi on wypracować swoją oryginalną poetykę. Np. Jerzy Michał Czarnecki (b. prezes krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich) znajduje w tej poezji paralele do poezji Juliusza Słowackiego. Uznanie z innej strony. w 2000 roku Aleksander Szumański został laureatem

medalu Komisji Edukacji Narodowej.

                                                 Zbigniew Karol Rogowski "Nasza Polska" 6 marca 2002 r.

 

 

 

 

LIRYKA ALEKSANDRA SZUMAŃSKIEGO

 

Kolejny wieczór Salonu Literackiego Jana Poprawy (W Piwnicy pod Ogródkiem) poświęcony był liryce Aleksandra Szumańskiego, który debiutował w 1941 roku jako 10-letni chłopiec w polskim Radiu Lwów. Z nowowydanego przez krakowską "Foilmotechnikę" tomu wierszy - (a jest ich 380) wybrane utwory czytali Tadeusz Szybowski, Jan Adamski, Jan Güntner, a sam Autor zapoznał zebranych z wieloma jeszcze lirykami z teki wierszy najnowszych.

Audytorium przyjęło bardzo serdecznie twórczość autora - inżyniera, którą we wstępie do tomu Zbigniew Ringer tak prezentuje m.in. "Jest Szumański lirykiem. Pisze wiersze miłosne, uprawia poezję refleksyjną, ale trafi się i satyra i wiersz przewrotny i dość częsty u naszych poetów wiersz prześmiewczy lub igrający polszczyzną. Jest i poezja religijna i patriotyczna. Są to wiersze proste, wielokroć o rymach gramatycznych, ale na pewno bardzo autentyczne, pisane z potrzeby serca i "ku serc pokrzepieniu"- jak określono w bardzo  żywej dyskusji, którą prowadził gospodarz Salonu. w dyskusji tej zauważono, iż choć króluje inny zapis lirycznej wyobraźni - bardziej metafizyczny i filozoficzny, to jednak wiersze Aleksandra Szumańskiego wnoszą ciepło, serdeczność, wywołują wzruszenie, a w jego wersach pobrzmiewają echa dawnych tradycyjnych uznanych mistrzów.

                                               Tadeusz Zygmunt Bednarski "Dziennik Polski" maj 1998 r.

 

ALEKSANDER SZUMAŃSKI - "SUPLEMENT" - MIESIĘCZNIK POŚWIĘCONY KULTURZE

 

Jest Szumański lirykiem. Urodzony we Lwowie tam mieszkał do 1941 roku. Ojciec był docentem medycyny, matka filologiem polskim. Szumańscy to lwowiacy z krwi i kości. Panowała u nich atmosfera prawdziwie polskiego domu kresowego, gdzie była muzyka i poezja, na ścianach wisiały dobre polskie obrazy. Ojciec Aleksandra Szumańskiego został rozstrzelany przez hitlerowców w ramach głośnej akcji "Nachtigall", kiedy to Niemcy zamordowali we Lwowie wybitnych polskich intelektualistów. Krótko potem pani Szumański przeniosła się z dziesięcioletnim Aleksandrem do Krakowa, a Aleksander na stałe już związał się z tym miastem.

Aleksander Szumański ukochał poezję. Pierwszy wiersz napisał w 1941 roku, a wygłoszony w Radiu Lwów przez znanego lwowskiego aktora przyniósł młodemu autorowi sporo satysfakcji. Dorobek Aleksandra Szumańskiego jest niebagatelny w sumie napisał ponad 1100 utworów, z których 380 ukazało się w tomie "Odlatujące ptaki". Utworami tymi dzięki ich prostocie, przesiąkniętej głęboką refleksją i liryzmem zdobył liczne rzesze czytelników. Jest i miłość w tej poezji, ona jest zawsze ciepła i tkliwa, ale nie ckliwa. Wydaje się, że Szumański jest dzisiaj jedynym, który tak pisze. W utworach swoich nawiązuje do całej znanej nam klasyki, a jak recenzuje Tadeusz Zygmunt Bednarski na łamach "Dziennika Polskiego" spotkanie z Aleksandrem Szumańskim w "Salonie Literackim Jana Poprawy" w jego wersach pobrzmiewają echa dawnych tradycyjnych uznanych mistrzów.

 

                                   Jan Adamski "Suplement" październik 1998 r.

 

 

ALEKSABDER SZUMAŃSKI - WRAŻLIWOŚĆ, JAKIEJ SZUKAMY

"WIETRZNE RADIO" CHICAGO 92,7 ; 99,2

BARBARA MARTA ŻMUDKA  "POLISH NEWS"

 

ALEKSANDER SZUMAŃSKI - lwowianin, jest twórcą preferującym lirykę. Jest piewcą wszechstronnie przygotowanym i powołanym do tej profesji, a co najważniejsze - poetą utalentowanym.

Nie jest dzisiaj łatwo frapować poezją.

Obowiązują krótkie formy, białe rymy, minimalizm, mało słów i oszczędność treści. Na tym tle poezja Szumańskiego odstaje od "reguł" i to zarówno w tomie "Fotografie polskie" wyd. w Krakowie 2000 r. jak i w i w tomie "Odlatujące ptaki" wyd. w Krakowie z 1997 r.

Tematyka? Proszę bardzo. Poeta nie unika żadnego z trudnych tematów: Katyń, Lwowskie Orlęta, Westerplatte...

A jak to podaje, jak oprawia!

Warto zatrzymać się nad fragmentem jednej z "Fotografii polskich":

 

" A wrzesień powstał nagle majem,

Strojnym w zwycięstwo swych orderów,

I chociaż w gruzy gad przemienił

Wygodne dotąd legowisko,
To polskie drogi tak odmienił

Jak chciało Jałty pośmiewisko".

 

 

Z tego samego tomu pochodzi Inny fragment fotografii zatytułowanej

 

"GDZIE JESTEŚ MUZO MEJ MIŁOŚCI"

 

"...Tyś jest  owocu mego sadem,

Sercem z mienionym w serce moje.

Nie bądź mi życia Melpomeną,

Nie Heraklesa me oblicze

Dantem ci będę, mowy weną

Ty zaś pozostań Beatrycze...".

 

Interesujące przesłanie  w słowie wstępnym  do "Odlatujących  ptaków" zawarł pan Zbigniew Ringer, przyjaciel poety. który zetknął się z nim  w okresie pracy zawodowej Autora. Pisze on, "że można być inżynierem, ale to nie oznacza, że do końca życia będzie człowiek zajmował się sprawami zawodowymi - budową ulic, czy mostów, regulacją rzek lub  potoków, miejską komunikacją albo stawianiem bloków mieszkalnych...Można być inżynierem, ale mieć duszę artysty. I malować kwiaty na łące, śpiewać arie Cavaradossiego, grać na fortepianie mazurki Chopina...Tak jest w przypadku Alka Szumańskiego".

 

Warto tutaj wspomnieć, że pierwszy swój wiersz napisał poeta w wieku dziesięciu lat. Utwór ten był przedmiotem interpretacji radiowej znanego aktora w Radiu Lwów. Musiało upłynąć wiele lat zanim pan Alek Szumański zajął się poezją, której strofy poświęca Rodzicom ("Fotografie polskie") oraz Matce ("Odlatujące ptaki").

Tomik "Odlatujących ptaków" wypada mieć przy sobie, szczególnie gdy człowiek ma psi nastrój, udaje się w dłuższą podróż lub ma podjąć jakąś ważną decyzję, czy też po prostu chce się zanurzyć w "Falującym lesie" i posłuchać co czynią np. "Ćmy".:

 

"Zapytała się ćmy ćma

Czemu we dnie we śnie trwa;

Powiedziała,

Gdy się zbudzi

Jest noc i nie widzi ludzi".

 

 

 

 

 

Sugestywny jest też "Świt":

 

"Nie bądź mi Śniegu Królową,

Nie umieszczaj szkiełka w mym oku,

Bądź światła piękności ozdobą

Od życia świtu do zmroku"..

 

Duże wrażenie na czytelniku wywiera  fragment "Spotkania":

 

"Spotkałem cię dzisiaj po roku

Nic się właściwie nie zmieniłaś,

Oczekiwałem łzy w twym oku

Tymczasem w moim łza się szkliła".

 

Aby spotkać poetę Alka Szumańskiego i posłuchać jego utworów, do chicagowskiej księgarni Golden Bookstore z okazji kolejnych "Dni Krakowa" w Chicago w czerwcu 2001 r. przybyła niemal setka osób. Było to spotkanie szczególne. Utwory poety przedstawiali znani artyści krakowscy, od wielu lat żyjący i tworzący w Chicago: państwo Barbara Denys i Ryszard Krzyżanowski.

Nazwiska  te, w zestawieniu z lirycznym przesłaniem artysty same nasuwają znawcom liczne refleksje, cóż dopiero powiedzieć o przeżyciach zebranych.

Dzięki artystycznie dobranej formie interpretacji, utwory poetyckie, zarówno te romantyczne, jak i poświęcone rodzinnemu miastu Lwów, a następnie miastu Kraków, okazały się być bliskie nie jednemu sercu, szczególnie w obliczu historycznej pielgrzymki Jana Pawla II. Niepowtarzalny był nastrój tego wieczoru....

Byłam, zobaczyłam, wysłuchałam, przeżyłam, po czym zapoznałam słuchaczy radia WNVR 1030AM, a teraz dokumentując już powyższe na piśmie - potwierdzam raz jeszcze w całości.

                                   Barbara Marta Żmudka, Chicago, lipiec 2001 r.

 

DOKUMENTALIA

 

KŁAMSTWO KATYŃSKIE 1940

 

70 LAT OD POWSTANIA "NAUKOWEJ" WERSJI KŁAMSTWA KATYŃSKIEGO 1940

 

Polaków w Katyniu zamordowali Niemcy jesienią 1941 r. - ogłosiła w styczniu 1944 r. sowiecka komisja Nikołaja Burdenki. To "naukowy" początek kłamstwa katyńskiego, czyli fałszowania odpowiedzialności ZSRR za zbrodnię katyńską. Kłamstwo to przetrwało do dzisiaj.

 

EKSHUMACJA ROZSTRZELANYCH W KATYNIU, 1943 r.

 

W tym roku mijają 73 lata od sformułowania w Moskwie komunikatu komisji pod przewodnictwem akademika ZSRR prof. Nikołaja Burdenki, zgodnie z którym zbrodni na Polakach w&nbs