POETKA TORTUR "KRWAWA LUNA" - JULIA BRYSTYGIER
Autor: Aleksander Szumanski   
05.01.2018.
POETKA TORTUR

1/ POETKA TORTUR -„KRWAWA LUNA” - JULIA BRYSTYGIER

 

Julia Brystygier z domu Prajs, znana także jako Brystygier, Brystyger, Bristiger(owa), Brüstiger, Briestiger, ps. Luna, Krwawa Luna, Daria, Ksenia, Maria, ps. literacki Julia Prajs (ur. 25 listopada 1902 r. w Stryju, zm. 9 października 1975 r. w Warszawie) – funkcjonariuszka aparatu bezpieczeństwa Polski Ludowej, zbrodniarka stalinowska w randze pułkownika NKWD, pisarka.
Była córką żydowskiego aptekarza. W 1920 roku ukończyła gimnazjum we Lwowie, a w 1926 r. studia historyczne na lwowskim Uniwersytecie im. Jana Kazimierza, następnie kontynuowała naukę w Paryżu.
W 1928 r. zdała egzamin pedagogiczny. Uzyskała doktorat z dziedziny filozofii Uniwersytetu im. Jana Kazimierza. W latach 1928–1929 pracowała jako nauczycielka historii w gimnazjum C. Epsteina w Wilnie i w żydowskim seminarium nauczycielskim Towarzystwa Kulturalno-Oświatowego „Tarbut”.

 

NIELEGALNA DZIAŁALNOŚĆ KOMUNISTYCZNA (1927–1939)

 

Od 1927 r. działała w Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR) i w komórce techniki partyjnej Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (KPZU).
Po zwolnieniu jej w 1929 r. z pracy z powodów politycznych utrzymywała się z udzielania korepetycji we Lwowie. Od kwietnia 1931 r, była wydawcą i redaktorem legalnego tygodnika komunistycznego „Przegląd Współczesny”.
Od połowy tego roku zasiadała w egzekutywie Komitetu Obwodowego MOPR. Od 1931 r. działała w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. W październiku 1931 r. została skazana na 2 tygodnie więzienia za działalność komunistyczną. Od 1932 r. była funkcjonariuszem partyjnym (tzw. funkiem – etatowym działaczem partii) pełniąc kolejno funkcje sekretarza propagandy i agitacji Komitetu Obwodowego KPZU we Lwowie, Przemyślu, Drohobyczu i od września 1932 roku ponownie we Lwowie.
Za działalność w zdelegalizowanych strukturach komunistycznych w październiku 1932 r. została ponownie aresztowana i skazana na rok więzienia.
Po zwolnieniu została członkiem egzekutywy KC MOPR. Obsługiwała obwody wołyński i stanisławowski tej organizacji. Pod koniec 1934 r. została na krótko zawieszona w prawach członka partii. Po złożeniu samokrytyki latem 1935 r. objęła funkcję sekretarza Komitetu Okręgowego KPZU Stryj - Sambor.
Od 1935 r. zajmowała się problematyką chłopską i rolną w Centralnej Redakcji KPZU we Lwowie.
W 1936 r. została sekretarzem Komitetu Centralnego MOPR Zachodniej Ukrainy. Organizowała prokomunistyczny Kongres Pracowników Kultury we Lwowie w maju 1936 roku.
W kwietniu 1937 r. została kolejny raz aresztowana i skazana na 2 lata więzienia. W czasie odbywania kary była starostą komuny więziennej (grupy więźniów odbywających wyroki za działalność komunistyczną).
Po zajęciu Ziem Wschodnich Rzeczypospolitej Polskiej przez Armię Czerwoną przyjęła obywatelstwo sowieckie i pracowała w Radzie Związków Zawodowych we Lwowie oraz była sekretarzem Komitetu Obwodowego MOPR.
W 1940 r. została „członkiem wszechzwiązkowym” KC MOPR. W tym czasie współpracowała – razem z grupą innych kolaborantów – z sowieckim wydawnictwem w języku polskim „Nowe Widnokręgi” we Lwowie.
„Nowe Widnokręgi” były zwyczajną jaczejką bolszewicką, która pod płaszczykiem literackim na polecenie Stalina rozprawiała się z „pańską Polską”, aresztując i katując najczęściej przedstawicieli polskiej inteligencji. Główna katownia „Nowych Widnokręgów” znajdowała się w gmachu NKWD przy ul. Pełczyńskiej we Lwowie, a po odkryciu tej lokalizacji przez agentów Polski Podziemnej, katownię władze jaczejki przeniosły do lokalu przy ul. Jagiellońskiej 4 we Lwowie, gdzie mieszkałem z rodzicami na trzecim piętrze tej kamienicy.
Najczęściej NKWD przesłuchiwało w godzinach południowych, w czasie największego ruchu miejskiego, aby ściszyć jęki katowanych, m.in. przez „Krwawą Lunę” – pułkownika NKWD Natalię Prajs – Brystigier, żonę działacza syjonistycznego Natana Brystigiera.  
Redaktorem naczelnym tego „pisma” była Wanda Wasilewska przewodnicząca „Związku Patriotów Polskich” (ZPP).
Do „Nowych Widnokręgów" pisali skomunizowani dziennikarze m.in. Mieczysław Jastrun, Stanisław Jerzy Lec, Leon Pasternak, Tadeusz Peiper, Julian Przyboś, Jerzy Putrament, Adam Ważyk, Tadeusz Boy - Żeleński, Janina Broniewska, Zofia Dzierżyńska, Adolf Bromberg, Julia Brystygier, Aleksander Dan, Emil Dziedzic, Halina Górska, Stefan Jędrychowski, Witold Kolski, Karol Kuryluk, Stanisław Wasylewski, Roman Werfel, Jerzy Pomianowski, Władysław Gomułka, Czesław Miłosz.
Publikowania w „Nowych Widnokręgach” odmówił Władysław Broniewski, według Jalu Kurka aresztowany na krótko ze tę decyzję.
Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej Brystigierowa zbiegła do Charkowa, a następnie do Samarkandy. W latach 1943–1944 pracowała w Zarządzie Głównym Związku Patriotów Polskich w Związku Sowieckim.
W październiku 1944 r. została przyjęta do PPR. Zasiadała w Krajowej Radzie Narodowej z nominacji ZG ZPP. Od grudnia 1944 r. pracowała w Resorcie Bezpieczeństwa Publicznego na stanowiskach kierownika sekcji, kierownika wydziału, od 1945 p.o., a następnie dyrektora Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w randze pułkownika NKWD. Zajmowała się głównie sprawami kadrowymi (kluczowymi w systemie komunistycznym).
Charakterystyczny jest typ instrukcji wydawany przez nią funkcjonariuszom na odprawach:
„W istocie cała polska inteligencja jest przeciwna systemowi komunistycznemu i właściwie nie ma szans na jej reedukację. Pozostaje więc jej zlikwidowanie. Ponieważ jednak nie można zrobić błędu, jaki uczyniono w Rosji po rewolucji w 1917 roku, eksterminując inteligencję i w ten sposób opóźniając rozwój gospodarczy kraju, należy wytworzyć taki system nacisków i terroru, aby przedstawiciele inteligencji nie ważyli się być czynni politycznie".
Julia Brystiger nadzorowała pierwszy etap śledztwa - osobiście katowała zatrzymanych, miała własne wyrafinowane metody znęcania się nad nimi, np. biła pejczem mężczyzn po genitaliach, wsadzając je do otwartej szuflady, którą gwałtownie zamykała.
Ofiarą takich tortur padł m.in. szef propagandy PSL na województwo olsztyńskie Szafarzyński, który wkrótce po sesji przesłuchań zmarł z ogólnego wycieńczenia.
Jeden z uwięzionych tak ją wspomina:
„To zbrodnicze monstrum przewyższało okrucieństwem niemieckie dozorczynie z obozów koncentracyjnych”.
Żołnierz AK i były więzień polityczny Anna Rószkiewicz -Litwinowiczowa  tak wspomina Brystigerową w swojej książce "Trudne decyzje":
„Julia Brystigerowa słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom, była zdaje się zboczona seksualnie i tu miała pole do popisu.
Była delegatem na I zjazd PPR (1945), II Zjazd PPR (1948) i Kongres Zjednoczeniowy PZPR, na którym została wybrana do Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej (w jej skład wchodziła do marca 1954 r.).
Zajmowała się partiami, organizacjami i ugrupowaniami religijnymi. Brała czynny udział w wypowiedzianej przez komunistów wojnie z Kościołem katolickim i Świadkami Jehowy".
W 1957 r. w związku z procesami byłych funkcjonariuszy UB planowano pociągnąć ją do odpowiedzialności karnej.

 

 

 

ZBRODNICZE MONSTRUM."KRWAWA LUNA" W ŁÓZKU.

 

Była ko­chan­ką naj­waż­niej­szych pol­skich ko­mu­ni­stów. Póź­niej stała się opraw­czy­nią, była bar­dziej okrut­na niż nie­miec­kie do­zor­czy­nie z obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych.

Wy­rzą­dzi­ła ogrom­ne zło, ale prze­szła za­ska­ku­ją­cą prze­mia­nę.
Różne imio­na i pseu­do­ni­my: Julia, Luna, Daria, Maria, Kse­nia. Różne na­zwi­ska i ich pi­sow­nie: Prajs, Pre­iss, Bry­sty­gier, Bry­sti­ger, Bri­sti­ger, Brüsti­ger, Brie­sti­ger. Ta sama ko­bie­ta - jedna z naj­mrocz­niej­szych po­sta­ci po­wo­jen­ne­go re­żi­mu. Jeden z tych, któ­rych prze­słu­chi­wa­ła oso­bi­ście, na­zwał ją "zbrod­ni­czym mon­strum".
Jej ka­rie­ra wy­klu­wa­ła się jed­nak nie tylko w ga­bi­ne­tach i ce­lach urzę­dów bez­pie­czeń­stwa, ale rów­nież w łóż­kach naj­waż­niej­szych pol­skich po­li­ty­ków tego czasu.
Do­no­si­ła nawet na par­tyj­nych to­wa­rzy­szy.
Co wiemy o Julii Bry­sty­gier, zna­nej póź­niej głów­nie jako "Krwa­wa Luna", z okre­su po­prze­dza­ją­ce­go jej ka­rie­rę w bez­pie­ce?
Julia Prajs przy­szła na świat w 1902 r. w umiar­ko­wa­nie za­moż­nej ro­dzi­nie ży­dow­skie­go ap­te­ka­rza. We Lwo­wie stu­dio­wa­ła, zro­bi­ła tam nawet dok­to­rat. Wy­szła za mąż za sy­jo­ni­stycz­ne­go dzia­ła­cza, Na­ta­na Bry­stigie­ra, ale mał­żeń­stwo było ra­czej nie­uda­ne. Pod ko­niec lat 20. uczy­ła hi­sto­rii w wi­leń­skim gim­na­zjum. Wkrót­ce jed­nak nie tylko wy­le­cia­ła z pracy, ale do­sta­ła zakaz wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du.
Dzia­ła­ła już bo­wiem wtedy w Mię­dzy­na­ro­do­wej Or­ga­ni­za­cji Po­mo­cy Re­wo­lu­cjo­ni­stom, a potem: Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii Za­chod­niej Ukra­iny. W la­tach 30. kil­ka­krot­nie ją za to aresz­to­wa­no i ska­zy­wa­no - tym­cza­sem po wy­bu­chu wojny ta dzia­łal­ność miała się stać zna­ko­mi­tą le­gi­ty­ma­cją w oczach no­we­go oku­pan­ta.
Kiedy So­wie­ci wkro­czy­li do Lwowa, na­tych­miast Julia Bry­sti­gier stała się lo­jal­ną kon­fi­dent­ką NKWD. Do­no­si­ła nawet na swo­ich to­wa­rzy­szy par­tyj­nych.
Brała udział w przy­go­to­wa­niu sfał­szo­wa­nych wy­bo­rów na "Za­chod­niej Ukra­inie", które miały upra­wo­moc­niać za­gar­nię­cie tych te­re­nów przez ZSRS.
Nic dziw­ne­go, że kiedy Sta­lin ze­rwał sto­sun­ki z pol­ski­mi wła­dza­mi emi­gra­cyj­ny­mi i za­czął mon­to­wać "pol­ski" rząd na swój uży­tek, Julia  Bry­sti­gier zna­la­zła się wśród ide­al­nych kan­dy­da­tów.

Naj­pierw do­sta­ła sta­no­wi­sko w Za­rzą­dzie Głów­nym Związ­ku Pa­trio­tów Pol­skich. W li­sto­pa­dzie 1944 r. tra­fi­ła do Re­sor­tu Bez­pie­czeń­stwa Pu­blicz­ne­go w PKWN - to był za­lą­żek ma­chi­ny bez­pie­ki.
Jej droga do służb była jed­nak nie­ty­po­wa. - Tra­fia­li tam ra­czej lu­dzie ze spo­łecz­nych nizin, nie­wy­kształ­ce­ni. A ona nie szu­ka­ła spo­łecz­ne­go awan­su, miała dok­to­rat. "Była wszak­że dla re­sor­tu war­to­ścio­wa, bo przy­dat­na w dużo bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych za­da­niach niż wy­bi­ja­nie zębów prze­słu­chi­wa­nym" - tłu­ma­czy prof. Ry­szard Ter­lec­ki, poseł Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści, autor m.​in. książ­ki "Miecz i tar­cza ko­mu­ni­zmu. Hi­sto­ria apa­ra­tu bez­pie­czeń­stwa w Pol­sce 1944-1990".

 

KOCHANKA, KTÓRA REFERUJE IM WSZYSTKO NOCAMI.

 

For­mal­nie za­wdzię­cza­ła swój przy­dział kie­row­ni­ko­wi re­sor­tu, Sta­ni­sła­wo­wi Rad­kie­wi­czo­wi. Ale było ta­jem­ni­cą po­li­szy­ne­la, że ko­chan­kiem Julii Bry­sty­gie­r jest Jakub Ber­man - jeden z naj­waż­niej­szych funk­cjo­na­riu­szy no­we­go re­żi­mu.
Jak się póź­niej miało oka­zać, nie tylko on.
"W swej bo­ga­tej ka­rie­rze kochanki pułkownika NKWD, była w Rosji przez dłuż­szy czas rów­no­cze­śnie ko­chan­ką Ber­ma­na, Minca i Szyra" - mówił o niej w swo­ich au­dy­cjach w Radiu Wolna Eu­ro­pa Józef Świa­tło, puł­kow­nik or­ga­nów bez­pie­czeń­stwa, który pod ko­niec 1953 r. uciekł na Za­chód.
"Była to pani z tych, które mówią, kto ma dziś ją do domu od­pro­wa­dzić" - oce­niał jej re­pu­ta­cję inny ów­cze­sny apa­rat­czyk, Ste­fan Sta­szew­ski. "Ra­czej zu­ży­ta, bo miała życie bo­ga­te i pełne" - uzupełniał Świa­tło.
Sło­wem - wie­dzia­ła Bry­sty­gie­ro­wa, do czy­je­go łóżka wska­ki­wać. Hi­la­ry Minc miał być mi­ni­strem prze­my­słu i wi­ce­pre­mie­rem w pierw­szych ko­mu­ni­stycz­nych rzą­dach. Na­zwi­sko Eu­ge­niu­sza Szyra, po­cząt­ko­wo wy­so­kie­go ofi­ce­ra po­li­tycz­ne­go w woj­sku, rów­nież otwie­ra­ło w la­tach po­wo­jen­nych wiele drzwi. Można bez więk­sze­go ry­zy­ka przy­jąć, że sy­pia­ła rów­nież z samym Bolesławem Bie­ru­tem, znanym ladaco, uprawiającym seks na swoim prezydenckim biurku.
I dobrze wie­dzia­ła, jak zdo­by­te w ten spo­sób kon­tak­ty wy­ko­rzy­sty­wać. Kiedy zo­sta­ła już sze­fo­wą wy­dzia­łu w nowo utwo­rzo­nym Mi­ni­ster­stwie Bez­pie­czeń­stwa Pu­blicz­ne­go, roz­gry­wa­ła wła­sne par­tie, nie­rzad­ko prze­ciw swoim bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym.
"Jak Bry­sty­gie­ro­wa chce coś prze­pro­wa­dzić, nawet prze­ciw Rad­kie­wi­czo­wi czy Rom­kow­skie­mu, wiceszefowi bezpieki, to wszyst­ko może zro­bić. Ileż to razy Rad­kie­wicz nie zdą­żył jesz­cze zre­fe­ro­wać ja­kiejś spra­wy Bie­ru­to­wi, a już Bie­rut czy Ber­man dzwo­ni­li do niego z za­py­ta­niem: "słu­chaj no, jest u cie­bie taka a taka spra­wa, dla­cze­go nam o tym nic nie mó­wisz? (...)". "Oni już wie­dzie­li, bo oczy­wi­ście Bry­sti­gie­ro­wa re­fe­ru­je im wszyst­ko no­ca­mi" - to ko­lej­ny wy­ją­tek z re­la­cji Józefa Świa­tły.

 

POTWÓR O DOSYĆ MIŁEJ POWIERZCHOWNOŚCI

 

"Była wy­jąt­ko­wo in­te­li­gent­ną ko­bie­tą o dosyć miłej po­wierz­chow­no­ści, choć nie­zbyt zgrab­na" - wspo­mi­nał Bry­stigie­ro­wą jeden z jej ko­chan­ków, Jakub Ber­man. Na­to­miast praw­dzi­wi albo do­mnie­ma­ni wro­go­wie wła­dzy lu­do­wej, któ­rzy mieli nie­szczę­ście tra­fić na jej prze­słu­cha­nie, wspo­mi­na­li po­two­ra - "Krwa­wą Lunę".
W nie­któ­rych świa­dec­twach po­ja­wia­ją się opisy ma­ka­brycz­nych za­bie­gów, któ­rym pod­da­wa­ła męż­czyzn - biła po ją­drach szpi­cru­tą, jed­ne­mu z aresz­to­wa­nych przy­trza­ski­wa­ła je szu­fla­dą. "Sły­nę­ła z sa­dy­stycz­nych tor­tur za­da­wa­nych mło­dym więź­niom, była zdaje się zbo­czo­na na punk­cie sek­su­al­nym i tu miała pole do po­pi­su" - pisała Anna Rósz­kie­wicz - Li­twi­no­wi­czo­wa, żoł­nier­ka AK i więź­niar­ka w po­wo­jen­nej Pol­sce.
"- To­wa­rzy­szy­ła Bry­sti­gie­ro­wej taka le­gen­da.

Sądzę, że nie bez zna­cze­nia był fakt, że była je­dy­ną ko­bie­tą na tak eks­po­no­wa­nym sta­no­wi­sku w re­sor­cie. To ją w pew­nym sen­sie wy­róż­nia­ło, bo funk­cjo­na­riu­szy ów­cze­snej bez­pie­ki sto­su­ją­cych okrut­ne tor­tu­ry nie bra­ko­wa­ło. Tyle że w ol­brzy­miej więk­szo­ści opraw­cy byli męż­czy­zna­mi" - mówi prof. Ryszard Ter­lec­ki.
For­mal­nie Luna Bry­stigier była dy­rek­to­rem De­par­ta­men­tu V Mi­ni­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Pu­blicz­ne­go. De­par­ta­ment zwany "spo­łecz­no-po­li­tycz­nym" zaj­mo­wał się ochro­ną par­tii przed wpły­wa­mi "re­ak­cji". To ozna­cza­ło dzia­ła­nia prze­ciw ujaw­nia­ją­cym się żoł­nie­rzom AK.
Roz­pra­wia­no się także z je­dy­ną le­gal­ną do pew­ne­go mo­men­tu opo­zy­cją - PSL. Dzie­siąt­ki ty­się­cy jego dzia­ła­czy aresz­to­wa­no, a co naj­mniej 200 padło ofia­rą mniej lub bar­dziej jaw­nych mor­dów. Wiele wska­zu­je na to, że two­rzo­no listy dzia­ła­czy, któ­rzy mieli być fi­zycz­nie zli­kwi­do­wa­ni - i że za­twier­dzał je wła­śnie de­par­ta­ment kie­ro­wa­ny przez Bry­sti­gie­ro­wą.

 

STRASZNA KOBIETA W WOJNIE Z KOŚCIOŁEM

 

Wkrót­ce miała się też zająć walką z Ko­ścio­łem. To ona po­ło­ży­ła pod­wa­li­ny pod za­in­sta­lo­wa­nie sieci agen­tów w ku­riach i pa­ra­fiach, za­rów­no wśród świec­kich pra­cow­ni­ków, jak i wśród du­chow­nych. "Na­le­ży wziąć pod uwagę an­ta­go­ni­zmy po­mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi księż­mi, spory am­bi­cjo­nal­ne i spory na tle walki o zdo­by­cie lep­szej po­zy­cji ma­te­rial­nej i w hie­rar­chii ko­ściel­nej" - pi­sa­ła. Do in­wi­gi­la­cji szkol­nych ka­te­che­tów chcia­ła po­zy­ski­wać uczniów star­szych klas.
Na Ko­ściół spa­dła zor­ga­ni­zo­wa­na fala prze­śla­do­wań. Z jed­nej stro­ny ogra­ni­cza­no na­ucza­nie re­li­gii, spod opie­ki Ko­ścio­ła wy­rwa­no też Ca­ri­tas. Na prze­ło­mie lat 40. I 50. licz­ba aresz­to­wa­nych księ­ży się­gnę­ła bli­sko ty­sią­ca. Nie­któ­rych ska­zy­wa­no w po­ka­zo­wych pro­ce­sach.
Z dru­giej zaś strony zmu­sza­no nie­któ­rych du­chow­nych (groź­bą, szan­ta­żem, obiet­ni­ca­mi ko­rzy­ści) do współ­pra­cy - tak po­wstał ruch tzw. księ­ży - pa­trio­tów. Po­zo­sta­wa­ło wresz­cie pod "opie­ką" Bry­sti­gie­ro­wej śro­do­wi­sko ka­to­li­ków kon­ce­sjo­no­wa­nych przez wła­dze; naj­pierw sku­pio­ne wokół pisma "Dziś i Jutro", potem w Sto­wa­rzy­sze­niu PAX. Prze­wod­ni­czą­cy PAX-u Bo­le­sław Pia­sec­ki rów­nież był zresz­tą ko­chan­kiem "Krwa­wej Luny".
Kiedy w 1950 r. po­wstał Urząd do Spraw Wy­znań, i w nim Bry­stigie­ro­wa od­gry­wa­ła rolę sza­rej emi­nen­cji.

"Kon­tak­to­wa­li się z nią wszy­scy" - bę­dzie wspo­mi­nać jeden z ów­cze­snych sze­fów PAX. Kiedy aresz­to­wa­no pry­ma­sa Stefana Wy­szyń­skie­go, brała udział w jego prze­słu­cha­niu. "To była strasz­na ko­bie­ta" - miał potem po­wie­dzieć pry­mas.
Po­czą­tek 1954 r. zwia­sto­wał jed­nak dla MBP ostry za­kręt. Na Krem­lu trwa­ła walka o wła­dzę, w kra­jach sa­te­lic­kich za­czy­na­no szep­tać o ko­niecz­no­ści roz­li­cze­nia sta­li­ni­zmu. W Pol­sce przed sąd tra­fić mieli wkrót­ce gor­li­wi do­tych­czas kaci bez­pie­ki, tacy jak osła­wio­ny płk Józef Ró­żań­ski. Nie tyle są­dzo­no ich za zbrod­nie, co szu­ka­no ko­złów ofiar­nych.
Bry­sti­gie­ro­wa, ma­ją­ca z Ró­żań­skim za­daw­nio­ne po­ra­chun­ki, oczy­wi­ście ze­pchnę­ła na niego od­po­wie­dzial­ność za sto­so­wa­nie w śledz­twach "nie­do­zwo­lo­nych metod" (winą było sto­so­wa­nie ich tylko wobec funk­cjo­na­riu­szy PZPR, nie np. wobec AK-owców!). Rom­kow­ski i szef in­ne­go de­par­ta­men­tu, Ana­tol Fej­gin, zo­sta­li ska­za­ni. A Bry­styigie­ro­wa pro­ce­su wów­czas unik­nę­ła - po­dob­no wsta­wił się za nią sam  Go­muł­ka.
Z bez­pie­ki ode­szła je­sie­nią 1956 r. Do­sta­wa­ła re­sor­to­wą rentę, pra­co­wa­ła też w pań­stwo­wych kon­cer­nach wy­daw­ni­czych - Na­szej Księ­gar­ni i PIW. Pod swoim pa­nień­skim na­zwi­skiem (Julia Prajs) wy­da­ła po­wieść i zbiór opo­wia­dań.
Śro­do­wi­sko li­te­rac­kie trak­to­wa­ło ją nie­uf­nie i am­bi­wa­lent­nie - pa­mię­ta­no jej w końcu, że w la­tach 50. "opie­ko­wa­ła" się m.​in. rów­nież pi­sa­rza­mi. Pod ko­niec lat 60. usi­ło­wa­ła się nawet do­stać do Związ­ku Li­te­ra­tów Pol­skich, ale jej po­da­nie od­rzu­co­no.

 

LASKI - NAWRÓCENIE ZBRODNIARKI?

 

Prze­szła pod ko­niec życia in­te­re­su­ją­cą metamorfozę. Zbli­ży­ła się do śro­do­wi­ska Lasek, a ści­ślej: do tam­tej­sze­go Za­kła­du dla Nie­wi­do­mych, któ­re­go per­so­nel sły­nął z go­ścin­no­ści i otwar­tej po­sta­wy wobec ludzi o zgoła od­mien­nych ży­cio­ry­sach; za­rów­no opo­zy­cyj­nych li­te­ra­tów i in­te­lek­tu­ali­stów, jak i nie­daw­nych ludzi re­żi­mu - ta­kich jak wła­śnie Brysti­gie­ro­wa.
"Lu­dzie, któ­rzy tę at­mos­fe­rę two­rzy­li, nie skre­śla­li na za­wsze błą­dzą­cych, nawet zbrod­nia­rzy.

Cier­pli­wie cze­ka­li" - wy­ja­śniał na ła­mach "Biu­le­ty­nu IPN" prof. Jan Żaryn.
- Przy­ję­ła chrzest rzymsko - katolicki, pod wpły­wem tam­tej­szych sióstr fran­cisz­ka­nek prze­szła coś w ro­dza­ju na­wró­ce­nia.

"Wia­do­mo o tym jed­nak głów­nie z do­no­sów taj­nych współ­pra­cow­ni­ków bez­pie­ki, któ­rzy in­wi­gi­lo­wa­li za­kład w La­skach" - mówi prof. Ryszard Ter­lec­ki.
Jaki obraz wy­ła­nia się z tych mel­dun­ków?

 

"Ona teraz uświa­do­mi­ła sobie, ile zła i nie­szczę­ścia wielu lu­dziom swym nie­ludz­kim po­stę­po­wa­niem spra­wi­ła i stara się obec­nie nowym chrze­ści­jań­skim ży­ciem jesz­cze wiele na­pra­wić" - cy­to­wał  jeden z tam­tej­szych do­no­si­cie­li.
Wia­do­mo, że na po­cząt­ku lat 60. od­wie­dza­ła za­kład re­gu­lar­nie. Potem te wi­zy­ty się urwa­ły. Ale w roku 1975 r. Julia Bri­sty­gier, dawna "Krwa­wa Luna", umar­ła ponoć wła­śnie w La­skach.

 

OSTATNIE LATA

 

Odeszła z resortu bezpieczeństwa 16 listopada 1956 r. Próbowała później swoich sił jako pisarka, wydała m.in. powieść „Krzywe litery”. Pracowała w PIW jako redaktor. Poznała siostrę Marię Gołębiewską, a przez nią – środowisko skupione wokół Zakładu dla niewidomych w Laskach. Gościła tam wielokrotnie, spotykając się z tamtejszymi duszpasterzami. SB prowadziło inwigilację w stosunku do niej w trakcie tych pobytów.
Znana była z prześladowań duchownych i osobistego katowania ich po uwięzieniu. Inwigilowała Marię Okońską, służebnicę pańską, opiekunkę  kard. Stefan Wyszyńskiego, przyczyniając się do jego aresztowania.
Zmarła w Warszawie jako głęboko wierząca katoliczka. Była odznaczona m.in. Orderem Sztandaru Pracy I klasy. Jest pochowana na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

                

                           Aleksander Szumański "Głos" Toronto

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/zbrodnicze-monstrum-krwawa-luna-w-lozku/8ykhd (link is external)

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Julia_Brystiger (link is external)

 

http://lustracja.net/index.php/zydokomuna/209-krwawa-luna-brystygierowa-publikujemy-nieznane-materialy-z-archiwum-ipn (link is external)

 

 

2/ POLSKA "GAZETA KRAKOWSKA" Z ANTYPOLSKA TREŚCIA W TLE  

 

  Proletariusze wszystkich krajów łączcie się! Tak określał się organ krakowskiego Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej / KW PZPR / "Gazeta Krakowska". Należała ona do najbardziej służalczych PRL-owi gazet wojewódzkich, z centralną "Trybuną Ludu", czyli ze Związkiem Radzieckim na czele. Dobitnie w czasie tzw. stanu wojennego samookreśliła się jako organ WRON / Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego /, wypowiadając wraz ze swoimi mocodawcami wojnę narodowi polskiemu, wówczas z nowym szyldem "Gazeta Krakowska-Dziennik Polski-Echo Krakowa" pod przewodnictwem sowieckiego agenta wywiadu "Wolskiego" - Wojciecha Jaruzelskiego.

"Gazeta Krakowska" jako wojewódzki organ PZPR/ partii komunistycznej założonej w grudniu 1948r, na skutek połączenia PPR i PPS, po przeprowadzeniu czystek w ich szeregach/ istniała do momentu wyprowadzenia sztandaru PZPR. Po 4 czerwca 1989 r. usunięto ze strony tytułowej jedynie powołaną na wstępie inwokację, tematycznie i ideologicznie w dalszym ciągu służy określonym celom założycielskim, podobnie jak upadła "Trybuna".

Dzisiaj posiada tytuł "Polska Gazeta Krakowska", aportuje Platformie Obywatelskiej, a publikują w niej nierzadko prezesi i v-ce prezesi Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, bez wyjątków sami tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa, oraz Służb Specjalnych PRL byli korespondenci "Trybuny Ludu".

Po klęsce wrześniowej 1939 r. Polska znalazła się pod dwoma okupacjami. Na terenach włączonych do III Rzeszy wprowadzono goebelsowski system prasowy. W Generalnym Gubernatorstwie (GG)  w miejsce prasy polskiej wprowadzono polskojęzyczną prasę niemiecką.

 W GG ukazywało się 8 dzienników, m.in. "Nowy Kurier Warszawski" potocznie "kurwar" i "Goniec Krakowski" potocznie "podgoniec".

Również na ziemiach pod okupacja sowiecką prasa polska została całkowicie zlikwidowana. W jej miejsce władze sowieckie wprowadziły wydawnictwa "gadzinowe" - we Lwowie wprowadzając "Czerwony Sztandar" zwykłą agitkę wojskową pod redakcją Wandy Wasilewskiej, nieco później na specjalne polecenie Stalina "Nowe Widnokręgi", które były zwyczajną jaczejką bolszewicką prowadzącą przesłuchania przez "Krwawą Lunę" - Fajgę Brystygierową, pułkownika NKWD, której "specjalnością" było przesłuchiwanie mężczyzn i zatrzaskiwanie im genitalii w szufladzie. Jeden z przesłuchiwanych pokazywał współwięźniom jądra sięgające do kolan, wkrótce zmarł.

Obecnie wobec całkowitego zawłaszczenia przez rządząca PO prasy polskiej zanika wolność słowa, a rządzący wprowadzają serwilistyczną cenzurę wewnętrzną. Istnieją różne "gadzinówki" robiące młodym Polakom tzw. "wodę z mózgu", jak czyni to niechlubna "czerezwyczajka, czyli "razwiedka" "Gazeta Wyborcza" pragnąca połączyć Polskę z Ukrainą, pod nazwą POL-UKR życzeniem jej szefa Adama Michnika, wypowiedzianym publicznie w Stanisławowie podczas konferencji prasowej we wrześniu 2009 r.("Kurier Galicyjski" nr 17 wrzesień 2009 r.)

Jeżeli agent sowiecki "Wolski" towarzysz Wojciech Jaruzelski, podróżuje z Bronisławem Komorowskim i udziela wywiadów dla "Niedzieli" i dla sprzyjającej mu "Gazety Wyborczej" : " ks. Popiełuszko zginął nie za wiarę, a za politykowanie bez wiedzy i zgody przywództwa państwa i partii " , oczywiście świadczy to, iż Polska powtórnie zmierza do upodlenia jej przez obecnie rządzących. Jeżeli w kraju chrześcijańskim, w którym powyżej 90 % mieszkają wyznawcy wiary chrystusowej, w którym przez wieki istnieje kult maryjny, władze dopuszczają do zbezczeszczenia Krzyża Świętego i nie zezwalają na odprawienie mszy św. kierując się hipokryzją i zakłamaniem, to znak, iż państwo polskie zostało już przejęte przez obcą agenturę z marionetkami tuskowymi w tle.

 

"Polska Gazeta Krakowska" z dnia 15 czerwca 2010 tak oto opisuje wydarzenia związane z odmową odprawienia mszy św. w Parku im. dr H. Jordana:

 

NIELEGALNA MSZA ŚWIĘTA  W ŚRODKU KRAKOWSKIEGO PARKU JORDANA

 

Uroczystość zorganizował Kazimierz Cholewa, walczący o krzyż na Błoniach.

Na odprawienie nabożeństwa miasto nie wydało zgody, bo to miejsce zabaw.

Nie dostał zgody na mszę w parku, ale i tak ją zorganizował. Podobnie było z krzyżem, który postawił nielegalnie. Nie za dobrze to wygląda, jeśli organizuje się religijne uroczystości nie mając stosownych pozwoleń - ocenia Tomasz Terlikowski - publicysta katolicki. To miejsce służące zabawom i rekreacji sportowej, a nie uroczystości, takich jak msza święta które wymagają ciszy i skupienia- podkreślał Tadeusz Czarny szef wydziału / Wydział Spraw Administracyjnych Urzędu Miasta Krakowa - dopisek autora/. Kawiarenka w pobliżu oblepiona była plakatami wyborczymi- dodaje Czarny. Jadę sobie na rowerze, a tu msza - mówi oburzony Roman Zygfrycki. Jadę sobie na rowerze, a tu słyszę śpiewy - byłem w szoku - mówi Maciej Bednarz. Zdziwieni byli także tym, że kawiarenka, która stoi w parku oblepiona była plakatami wyborczymi Jarosława Kaczyńskiego. To był wiec wyborczy. Plakaty zachęcały by w nim uczestniczyć - ocenia jeden z naszych czytelników. A było to uczestnictwo w mszy nielegalnej- Pan Cholewa nie otrzymał zgody - tłumaczy Jacek Bartlewicz, rzecznik Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu - podległego prezydentowi Majchrowskiemu. Pan Cholewa pytany o plakaty wyborcze odpowiedział, że wiszą one w jego prywatnej kawiarni.

Dzieje każdego narodu toczą się zwykle wokół pewnych wydarzeń, postaci, mających niejednokrotnie charakter symbolu i reprezentujących sobą wielowiekową świętość - tradycję. Obecnie tragedię narodową stanowi bezkompromisowa grupa osób gwałcących i profanujących święte symbole i postaci. Świętości narodowe nie są bowiem wartościami zmiennymi, stanowią od wieków wartość stałą i nie mogą być szargane na oczach całego narodu.

Z oczywistych politycznych przesłanek rozpoczęła się w ramach kampanii prezydenckiej Komorowskiego walka z symbolami chrześcijaństwa i jego liturgią, w tym eucharystią. Bezowocnymi atakami na Krzyż Pański zakończyli sprawowanie władzy w Polsce komunistyczni najemcy Moskwy. A Krzyż Pański stoi w Nowej Hucie na mocnych posadach. Mamy teraz atak następnej bolszewii tym razem pod Wawelem - zakaz odprawiania mszy św i profanacja Krzyża Papieskiego. To przecież naczynia połączone gwałtu na narodzie dokonywanego z całą bezwzględnością i znanymi z lat okupacji hitlerowskich i bolszewickich nagonkami medialnymi w stosunku do żywych i zadręczonych już przez Służbę Bezpieczeństwa w chwale obrony wiary i ideałów patriotycznych. Nowymi ofiarami współczesnej bezpieki stali się wraz z Narodem kapelan Solidarności Walczącej i AK oo. Jerzy Pająk- duchowny, a nie oficjalny przedstawiciel Kościoła i patriotyczny prezes Towarzystwa Parku im. H. Jordana Kazimierz Cholewa. Błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko bestialsko zamordowany, przedtem prześladowany i torturowany, obecnie znowu jest prześladowana nawet Jego Pamięć.

Świętościami naszymi szargali już wielokrotnie nasi wrogowie, chcący zawładnąć również i naszymi umysłami. W ostatniej dobie czynili to hitlerowcy i bolszewicy. Jeszcze dzisiaj słyszymy z ust czołowych polityków same propagandowe kłamstwa dotyczące m.in. katastrofy pod Smoleńskiem.

Umysły rządzących przesiąknięte są nienawiścią, głupotą, materializmem osobistym, obojętnością na sprawy narodowe, a nawet wrogością do wszystkiego co polskie, co chrześcijańskie, kolesiostwem, najprostszym bandytyzmem, łajdactwem i złodziejstwem.

Stwarza się nową formę okupacji Polski, obce narodowi siły wewnętrzne dążą, aby utracił on źródło swojej spoistości i przestał być wrażliwy na własną tożsamość ukształtowaną przez wiekowe dziedzictwo kulturowe. Te same siły usiłują zawładnąć Kościołem od wewnątrz. Uwłaczająco atakuje się naród miłoszowym posłaniem - Polski Ciemnogrodu usiłując karykaturować Polskę za jej granicami. Rzuca się w objęcia Putina słynnym już chwytem Nelsona, nie broni się uznania za ludobójstwo "Katynia 1940". A co się uczyniło aby wyjaśnić "Katyń 2010?". Nie broni się uznania za ludobójstwo zbrodni OUN-UPA. Uczynił to jedynie Jego Ekscelencja Prezydent Rzeczypospolitej Lech Kaczyński w czasie uroczystości obchodów XV Kongresu Kresowian - Jasna Góra 2009, a 10 kwietnia jechał ze specjalną misją do Katynia. Dlatego zginął? Najważniejsze "dwa dlaczego?" - dlaczego były dwie delegacje - jedna Tuska, druga Kaczyńskiego? Dlaczego Putin zaprosił na uroczystości katyńskie tylko Tuska, a pominął Głowę Państwa?

Bolesne, iż w sprawie zbezczeszczenia Krzyża Papieskiego i zakazu odprawienia mszy św. w krakowskim Parku im. Henryka Jordana nie zajęła stanowiska Krakowska Kuria Metropolitalna, nie stanęła w obronie dyskryminowanych i prześladowanych przez media z "Polską Gazetą Krakowską" na czele oo. Jerzego Pająka i prezesa Towarzystwa Parku Jordana im. H. Jordana Kazimierza Cholewę.

Robert Nęcek rzecznik Kurii Krakowskiej wyraża się nieprzychylnie o przedsięwzięciu wzniesienia Krzyża Papieskiego na krakowskich Błoniach, mówiąc m.in. "o pewnych grupach społecznych związanych z ideą posadowienia krzyża". Do jakiej grupy społecznej należy obywatel Robert Nęcek, czyżby do księży patriotów?

Dotąd nie wypowiedział się towarzysz "Filozof" Józef Życiński - zapewne nie otrzymał jeszcze instrukcji.

Natomiast ks. Adam Boniecki nacz. red. niskonakładowego, lewackiego "Tygodnika Powszechnego" oświadczył, że w tym miejscu na Błoniach nie powinien stać krzyż - głaz wystarczy. Czy dla ks. Adama Bonieckiego głaz jest symbolem chrześcijaństwa?

Kardynał Stanisław Dziwisz wycofał się nie tylko z idei poświęcenia krzyża, /może oczekiwał na zezwolenie władz miejskich, a może samego Pana Prezydenta Miasta Krakowa na poświęcenie krzyża?/ , lecz również z poparcie tej idei.

W tym miejscu należy przypomnieć wycofanie się Stanisława Dziwisza z pochówku prezesa IPN Janusza Kurtyki w uświęconym miejscu w krypcie kościoła Piotra i Pawła obok sarkofagu Piotra Skargi w Krakowie. Dlaczego? Ponieważ protestował nie cieszący się przecież sławą Franciszek Ziejka. Czyżby zemsta na nieżyjącym za "pomówienie" agenturalne. A przecież rektor UJ pisał o tym wydarzeniu pamiętniki w swoim garażu, a Kurtyka nie uwzględnił tego dowodu niewinności, ergo - nie może więc spoczywać w kościele.

Dlaczego Stanisław Dziwisz podawał, iż do decyzji pochówku śp. Pana Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego na Wawelu nakłoniła go rodzina Kaczyńskich skoro jest to w świetle poprzednich jego wypowiedzi nieprawdą.

 Dlaczego Stanisław Dziwisz w roku 1999 udostępnił miejsce w papa mobile Aleksandrowi Kwaśniewskiemu z małżonką bez wiedzy Ojca Świętego Jana Pawła II. Komunista Aleksander Kwaśniewski działacz PZPR ubiegał się wówczas o prezydenturę- ujawnił na łamach dziennik.pl Marian Krzaklewski.

Stanisław Markowski, artysta fotografik, który wspiera inicjatywę posadowienia krzyża jest przekonany, iż jest to walka z symbolem chrześcijaństwa.

Gra walki z krzyżem i odmową eucharystii w Parku im. dr H. Jordana związana jest z niedopuszczeniem do manifestacji uczuć patriotycznych, czego obawiają się rządzący.

Jacek Majchrowski zaproszony do kandydowania na urząd prezydenta RP przez Platformę Obywatelską i postkomunistów woli jednak utrzymać mandat urzędującego prezydenta Krakowa, może na jeszcze jedną kadencję, ale też obowiązkowo wypełnia wszelkie polecenia platformerskie m.in. niedopuszczenia do manifestacji patriotycznych, które towarzyszą symbolom religijnym i eucharystii. Może ktoś zaśpiewa Rotę, czy "Boże coś Polskę "? A może jeszcze uczestnicy uroczystości patriotyczno-religijnych będą modlić się za duszę śp. Jego Ekscelencji Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, czy też za powodzenie w wyborach prezydenckich dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego?

 Panu prezydentowi dzielnie pomaga Róża Thun pełniąca obowiązki- przewodniczącej Platformy Obywatelskiej w Krakowie, założycielka wraz z ojcem Jackiem Woźniakowskim i bratem Henrykiem antypolskiego lewackiego wydawnictwa "Znak", promującego m.in. antypolską książkę "Strach" Jana Tomasza Grossa. W sprawie tej książki prokuratora wszczęła postępowanie przygotowawcze, umorzone bez podania opinii publicznej uzasadnienia umorzenia. W książce "Strach" brat Róży, Henryk współzałożyciel wydawnictwa "Znak" tak oto pisze:

"Podczas okupacji miały miejsce zbrodnie na Żydach dokonywane przez Polaków."

 

"Gazeta Polska" podaje:

 

 "FAMILIA MAJCHROWSKIEGO"

 

 "Dawni pracownicy służb specjalnych, policjanci, prawnicy, dziennikarze, urzędnicy i biznesmeni. Wielu z nich tworzy nieformalny układ rządzący Krakowem nazywany często "Familią". Głównym rozgrywającym w tym układzie jest prezydent miasta Jacek Majchrowski. Familia większość interesów załatwia podczas zakrapianych alkoholem spotkań w mieszczącej się przy ul. Brackiej knajpie "C.K. Dezerterzy". Przychodzą tam m.in. Krzysztof Kozłowski, Andrzej Oklejak, Jan Widacki .

Krzysztof Kozłowski to były szef MSW. Przyjmował do policji byłych oficerów SB.

Jan Widacki razem z żoną gangstera Jeremiasza Barańskiego ps. "Baranina" założył fundację "Bezpieczna Służba", której nieformalnym celem było tworzenie parasola ochronnego dla interesów byłych esbeków. Widacki pracuje jako wykładowca w Krakowskiej Szkole Wyższej im. Frycza Modrzewskiego, należącej do żony Majchrowskiego, gdzie wykładają dawni działacze PZPR.

Andrzej Oklejak to jedna z czołowych postaci "Familii", pełnomocnik prezydenta ds. prawnych. W latach 80-tych Oklejak piastował stanowisko pierwszego sekretarza PZPR na UJ. Oklejak wielokrotnie reprezentował miasto w sądowych procesach. Rodzina Oklejaków jest bardzo wpływowa w wymiarze sprawiedliwości: w krakowskim Sądzie rejonowym pracuje córka, zaś żona jest szefem jednego z wydziałów Sądu Okręgowego.

W programie "Misja specjalna" w TVP ukazał się reportaż pokazujący skandaliczne wypowiedzi wykładowców pracujących w szkole żony Majchrowskiego. Profesorowie Władysław Masiarz i Andrzej Jaeshe podczas wykładów ze studentami nazywali braci Kaczyńskich złośliwymi gnomami. Reportaż ów ukazał się na antenie Radia Kraków za co autor Miłosz Horodyski został zwolniony z pracy".

 

    "Gazeta Polska" podaje:

   

"Prezydent Krakowa doniósł na studentkę do SB. SB nadała mu kryptonim "Nick".

   

Szeroko o Majchrowskim / kryptonim "Nick"/ przeczytać można w portalu Onet.pl:

    http://wiadomosci.onet.pl/1438781,1292,1,teczka_majchrowskiego,kioskart.html

 

    Aleksander Szumański

http://www.rodaknet.com/rp_szumanski.htm

 

3/ PONURE ZBRODNIE CZERWONEJ ZARAZY

 

 Masakry więzienne NKWD 1941 roku  - masowe zbrodnie dokonane przez funkcjonariuszy NKWD na więźniach politycznych w więzieniach na okupowanych przez ZSRS terenach Polski, Litwy, Łotwy i Estonii, a także na terenach ZSRS z przed 1939 roku (Mińsk, Orzeł, Winnica) i na szlakach ewakuacji więzień po agresji III Rzeszy na ZSRS 22 czerwca 1941 roku.

W dniu 22 czerwca 1941 roku Biuro Polityczne Komunistycznej Partii (bolszewików) Białorusi podjęło uchwałę, zobowiązującą NKWD BSRR do wykonania wyroków śmierci, wydanych na więźniów, przebywających w więzieniach zachodnich obwodów Białorusi.

Dwa dni później szef NKWD, Ławrientij Beria, polecił rozstrzelać wszystkich więźniów znajdujących się w śledztwie oraz skazanych za "działalność kontrrewolucyjną", "sabotaż gospodarczy", "dywersję" i "działalność antysowiecką".

Uruchomiło to lawinę zbrodni na więźniach. Według danych sowieckich z 10 czerwca 1941 roku a więc niemal z przede dnia agresji niemieckiej, w kresowych więzieniach przebywało ok. 40 tysięcy więźniów, w tym: w więzieniach tzw. Zachodniej Ukrainy ok. 21 tysięcy więźniów, w więzieniach tzw. Zachodniej Białorusi ok. szesnaście tysięcy, pozostałe ok. trzy tysiące więźniów znajdowało się w więzieniach na Wileńszczyźnie.

Łącznie zamordowano ok. trzydzieści pięć tysięcy uwięzionych. Np. w lwowskich Brygidkach, w więzieniu śledczym NKWD - na Zamarstynowie, w więzieniu przy ulicy Łąckiego we Lwowie, wymordowano około siedem tysięcy więźniów, w Łucku ofiarą masakry padło około dwa tysiące więźniów, w Wilnie około dwa tysiące , w Złoczowie około siedemset, Dubnie około tysiąc, Prowieniszkach pięćset więźniów, oprócz zamordowano więźniów w Drohobyczu, Borysławiu, w Czortkowie, Berezweczu, Samborze, Oleszycach, Nadwórnej, Brzeżanach.

W ciągu tygodnia, w czerwcu 1941 roku NKWD wymordowało w więzieniach co najmniej piętnaście tysięcy więźniów, na szlakach ewakuacyjnych zostało zamordowanych przeszło dwadzieścia tysięcy.

We wrześniu-październiku 1941 roku NKWD wymordowało również więźniów politycznych w więzieniach w głębi ZSRS. Wśród nich byli Maria Spiridonowa (rosyjska działaczka rewolucyjna, przywódczyni lewicowego odłamu eserów, w czasach sowieckich prześladowana i zamordowana), Chrystian Rakowski (rumuński i ukraiński działacz komunistyczny, trockista, przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych), i Siergiej Efron (rosyjski publicysta, pisarz, w pewnym okresie agent NKWD za granicą).

Jak przyznają sowieckie źródła, atak Niemców zaskoczył całkowicie kierownictwo polityczne i wojskowe ZSRS, choć przygotowań do takiej akcji Niemcy nie potrafili ukryć i były one oczywiste dla dowództwa ZWZ w Warszawie, a także we Lwowie, o czym świadczy korespondencja radiowa ppłk. Macielińskiego i Zycha. Jeszcze 14 czerwca agencja TASS twierdziła, że pogłoski o zamiarze Niemiec zerwania paktu i przedsięwzięcia napaści na ZSRS są pozbawione wszelkich podstaw.

Dopiero 21 czerwca późno wieczorem Komisarz Ludowy Obrony marszałek Siemion Timoszenko oraz szef sztabu generalnego generał Żukow skierowali do przygranicznych okręgów wojskowych rozkaz uprzedzający o możliwości nagłego ataku niemieckiego na ZSRS w ciągu następnych dwóch dni. Do wielu jednostek nie zdołał on dotrzeć, gdyż już o godz. 4 rano wojska niemieckie otwarły na całej linii ogień artyleryjski, a lotnictwo rozpoczęło bombardowanie lotnisk, w tym lwowskiego lotniska na Skniłowie. Śródmieście Lwowa już pierwszego dnia po południu zostało dwukrotnie zbombardowane (o godz. 13 i 15.30). Bomby spadły na pocztę główną i w jej pobliżu, uszkodziły trzy kamienice na ul. Sykstuskiej, trafiły w pasaż Mikolascha, gdzie zginęło wiele osób, w kawiarnię De la Paix, plac Świętego Ducha, kilka kamienic przy ul. Brajerowskiej i fabrykę wódek Baczewskiego na Zamarstynowie.

 Bomby dokonały jednak niewielkich zniszczeń w budynkach, ale spowodowały duże straty w ludziach - podobno do 300 osób. Rozeszły się pogłoski, że zostały zniszczone zbiorniki wody wodociągowej w Karaczynowie.

Już w pierwszym dniu wojny, a szczególnie w drugim, ludność Lwowa stała się świadkiem panicznej ewakuacji armii sowieckiej i napływowej ludności sowieckiej. Podobno dla ewakuacji wykorzystano pociągi przygotowane dla kolejnej czwartej już "wywózki", która miała nastąpić w nocy z 22 na 23 czerwca i objąć - we Lwowie i okolicy - 70 tysięcy ludzi. Czoło odwrotu stanowiły oddziały NKWD i milicji. Opuściły one swoje posterunki, komisariaty, urzędy, straże opuściły więzienia, zamknąwszy szczelnie ich bramy. Więzień tych było we Lwowie cztery: przy ul. Kazimierzowskiej "Brygidki", dawne więzienie wojskowe przy ul. Zamarstynowskiej oraz zamienione na więzienia dawne budynki policyjne przy ul. Łąckiego (ul. Sapiehy 1) i przy ul. Jachowicza. Przed swoją ucieczką NKWD - w pierwszym dniu wojny - zdołało jeszcze ewakuować 800 więźniów z któregoś z więzień lwowskich; pędzono ich piechotą aż do Moskwy, dokąd przybyli 28 sierpnia. Po drodze, kto nie mógł iść, ten został przebity bagnetem, po czym konwojent badał puls, czy skonał, jeśli nie, to powtórnie przebijał. Z Moskwy ewakuowano ich dalej, już koleją. Gdy w połowie listopada zostali dowiezieni do Pierwouralska, okazało się, że przeżyło tylko 248 osób. Ewakuowano też obozy jeńców.

We wtorek 24 czerwca mieszkańcy ul. Łyczakowskiej i przypadkowi przechodnie byli świadkami, jak wczesnym rankiem, a potem ponownie po południu, pędzono tą ulicą na wschód jeńców polskich. Przed kolumną jechali kawalerzyści sowieccy i zapędzali ludzi z chodników do bram domów, potem szli piesi żołnierze z bronią gotową do strzału, a za nimi kolumna jeńców, niosących kuferki, które niektórzy porzucali, widocznie nie mając siły ich nieść. Ten smutny pochód zamykały karetki z więźniami.

Ewakuowano zdaje się wszystkie obozy jeńców. Rozbiegli się jedynie, przynajmniej częściowo, jeńcy z obozu pod Przemyślem. Pracujących przy budowie lotniska w Olszanicy pędzono pieszo do Wołoczysk, zabijając po drodze słabnących. W Wołoczyskach załadowano po 100 osób do wagonów towarowych i wieziono do Starobielska, dając po drodze po 150 g chleba i po słonej rybie, bez wody. Z kamieniołomów w Bolesławiu obok Skolego 600 jeńców pognano 27 czerwca do Doliny. Stamtąd koleją, po 65 ludzi w wagonie, jechali 24 dni, również do Starobielska. Tam zwolniono wszystkich 31 lipca.

W tym samym dniu, 24 czerwca , w centrum Lwowa zaczęła się strzelanina. Okazało się, że była to próba - przedwczesna - opanowania Lwowa przez Ukraińców. Wojsko sowieckie szybko opanowało sytuację, przeprowadzając rewizje i rozstrzeliwując na miejscu mężczyzn napotkanych z bronią w ręku. W związku z tym nieudanym "powstaniem" ukraińskim, którego celem było opanowanie miasta i wydanie go w ręce Niemców, władze sowieckie nakazały, by wszystkie okna były pozamykane, bramy przymknięte. Zdarzały się wypadki, że do otwartych okien żołnierze sowieccy strzelali, a jednocześnie byli ostrzeliwani ze strychów. Te, raczej tylko pojedyncze incydenty, a nie większe akcje ukraińskie, stały się podłożem dla wyrosłych potem legend o "rozgorzałym powstaniu zbrojnym" ukraińskim we Lwowie i walkach wojsk sowieckich z bojówkami OUN. Pierwsze tego rodzaju wiadomości (np. że Bandera schronił się do katedry greckokatolickiej św. Jura i broniąc się tam dzielnie, doczekał przybycia Niemców) pojawiły się w warszawskim "Biuletynie Informacyjnym" z 1941 roku (z 21 sierpnia i 2 października), a następnie w publikacjach powojennych zarówno Ukraińców na Zachodzie, jak i sowieckich.

Dopiero 24 czerwca w "Czerwonym Sztandarze" zamieszczono tekst przemówienia radiowego Mołotowa z 22 czerwca oraz dekrety o stanie wojennym i mobilizacji.

Następnego dnia dowództwo wojskowe ogłosiło stan wojenny we Lwowie i w obwodzie lwowskim, co powtórzono w rozkazie nr l (i ostatnim) naczelnika garnizonu, wojskowego komendanta miasta. Rozkaz ten wprowadzał zakaz wychodzenia na ulice w godzinach od 22 do 5.

W Brygidkach , opuszczonych wieczorem 23 czerwca przez funkcjonariuszy NKWD, więźniowie zaczęli się dobijać do drzwi cel, gdy nikt ich nie otwierał dla wyniesienia przepełnionych "paraszy" (kiblów). Nad ranem, zaniepokojeni, dojrzeli przez szpary .między deskami "kozyrków" (blind), że na "wyszkach" (kogutkach - wieżach strażniczych) nie ma strażników. W jednej z cel wyrwali deski z podłogi i używając ich jako taranu wyłamali drzwi, w innej - wylali "paraszę" na podłogę, rozbili ją i obręczami wyłamali drzwi. Potem otworzyli inne cele. Tłum więźniów zebrał się na podwórzu więzienia, ale nie mogli oni sforsować zewnętrznych bram. Część tylko zdołała znaleźć wyjście i wydostała się z więzienia - przez wyważoną z zewnątrz bramę i przez dach. Jeszcze w nocy z wtorku na środę, 24 na 25 czerwca, krótko po północy uwolniono z jednej z cel wielu księży, a wśród nich ks. Bogdanowicza. Nie opuścił on jednak więzienia, chcąc nieść pomoc innym.

Około godz. 4 rano powróciła jednak załoga więzienia i z dwu stron otworzyła ogień z karabinów maszynowych na zgromadzonych więźniów. Niektórzy uciekający zginęli już na ulicy. Ci, których nie dosięgły na podwórzu kule, powrócili do swoich cel, do współwięźniów, którzy bali się je przedtem opuścić. Cele zamknięto, więźniom kazano ułożyć się na podłodze, nie pozwalając się podnosić, a następnie zaczęto wywoływać po trzech, czterech i rozstrzeliwać przy warkocie zapuszczonych silników samochodowych. Zwalniano z więzienia jedynie więźniów kryminalnych. Pozostający jeszcze w więzieniu przy życiu więźniowie nie dostawali już odtąd jedzenia. Tak trwało przez wszystkie dni aż do soboty. W sobotę zapadła w więzieniu cisza. Z jednej z ocalałych cel na piętrze zobaczono odjeżdżających samochodami funkcjonariuszy NKWD. Zdołano jakoś otworzyć klapę "karmuszki" - otworu we drzwiach, przez który podawano do celi jedzenie - i jakiś chudy więzień przedostał się tędy na korytarz. Otworzył drzwi swej celi i celi naprzeciwko, gdzie jeszcze pozostali żywi więźniowie. Zaczęli ostrożnie schodzić na dół. Dostali się do kuchni, gdzie w kotłach była jeszcze gorąca zupa. Potem uwolnili jeszcze zamknięte w jednej z cel siedzące tam przerażone, półnagie kobiety. Spod jakichś drzwi spływał na korytarz strumyk krwi. Gdy drzwi otwarto, oczom ukazały się ułożone w stosy ciała pomordowanych więźniów. Krew płynęła spod bramy więziennej ulicą Byka i spływała do ścieku podwórzowego po drugiej stronie ulicy, gdzie był skład żelaza.

Spośród kilku tysięcy więźniów trzymanych w Brygidkach ocalało - poza tymi, którym udało się zbiec wcześniej - zaledwie około stu mężczyzn z dwu cel i garstka kobiet. Wśród tych ostatnich znalazły się warszawskie kurierki ZWZ - aresztowana jeszcze w pierwszej połowie 1940 roku Helena Wiślińska "Ala" ("Kinga"), idąca we wrześniu do Lwowa z "Marcyniukiem", "Hanka" Nehrebecka oraz Maria Masłowska "Mura", ujęta przy przekraczaniu granicy w 1941 roku. Więźniowie, opuszczając gmach więzienia, podpalili wewnętrzny budynek, w którym mieściła się kancelaria więzienna aby zniszczyć akta, nie chcąc, by dostały się w ręce Niemców. Z więzienia w Brygidkach wydostał się też - jako jedyny ocalały z grupy Weissów - młodszy Sklarczyk. "Hanką", ciężko chorą, zajęły się serdecznie ocalałe wraz z nią więźniarki kryminalne.

Trzeba tu wspomnieć o szczególnej tragedii prof. Romana Renckiego, czołowego lwowskiego internisty. Uratowany z Brygidek, wyczerpany i chory - miał 74 lata - został po kilku dniach aresztowany przez Niemców i 4 lipca 1941 roku rozstrzelany na Wzgórzach Wuleckich wraz z innymi profesorami .

W więzieniu zamarstynowskim nie potrafiono wykorzystać krótkiego okresu, gdy we wtorek pozostało ono niestrzeżone. W czwartek, 26 czerwca , zaczęto w południe wywoływać więźniów z cel.

W celi, w której znalazła się kurierka ppłk. Macielińskiego, Wanda Ossowska, została tylko ona jedna. Czekałam, miotając się po celi - wspomina - niezdolna do myślenia, do skupienia się na modlitwę. Nic, tylko obłędny strach i chaos. Tak upłynęła godzina, może dwie. Słyszałam z oddali stłumione głosy wielu ludzi, zdawałam sobie sprawę, że ten tłum więźniów czeka na samochody, czy może ustawiają ich w grupy i prowadzą na dworzec kolejowy. Ale nagle ten gwar ludzi przerwał szum motorów, a więc jadą, już się pewno ładują, stłoczeni pod brezentem wozów, obstawieni strażą . I nagle w szum motorów wdziera się krzyk . Ten krzyk goni detonacja, strzelają . Boże, znów strzelają. Całą noc słyszę ten hałas. Zmieszane dźwięki motorów, krzyków, strzałów. Czasem ponad ten gwar wyrywa się krzyk rozpaczy, strachu, bólu . Już świt, gwar przycicha. (Wanda Ossowska "Przeżyłam - Lwów - Warszawa 1939 -1946".

W całym więzieniu pozostało wśród żywych 5 kobiet i 65 mężczyzn. a wśród nich towarzysz Ossowskiej, Roman Fedas. W sobotę w południe przybyli do więzienia ludzie z miasta, opuszczonego już przez Armię Czerwoną, i pomogli więźniom wydostać się. Lekarz, który prowadził Ossowską przez korytarz więzienia, po drodze zaglądał do cel i pokoi. Wejście do jednego zasłonił przed Ossowską, było bowiem pełne zmasakrowanych zwłok, na podłodze były ślady zakrzepłej krwi, dochodził mdły zapach.

W trzecim więzieniu przy ul. Łąckiego ocalało zaledwie kilka osób, które udając zabitych upadły między trupy. Tak przypuszczalnie ocalili się dwaj radiotelegrafiści - "druciki" - przydzieleni płk Okulickiemu w drodze do Lwowa. W więzieniu tym pastwiono się nad mordowanymi więźniami, przybijano ich do ścian, kobietom obcinano piersi...

W "Brygidkach" na podworcu widziałem (dopisek - Aleksander Szumański) na ścianach krew zmieszaną z mózgami. Więźniów NKWD mordowała kolbami karabinów, uderzając nie tylko w głowy więźniów.

Mieszkańcy Lwowa, żyjący ostatnio w obawie przed nowymi wywozami, które dotknęły już północne Kresy, z pewną satysfakcją obserwowali wycofywanie się Armii Czerwonej i paniczną ucieczkę Sowietów, urzędników i ich rodzin. Niczego dobrego nie można było spodziewać się po Niemcach, ale zanim się zagospodarują... Od środy lub czwartku - wspomina A. Rzepicki - nastrój ten gasić poczęły obiegające miasto, coraz to pewniejsze wieści, że we wszystkich więzieniach słyszano strzały, że więźniowie są w nich rozstrzeliwani.

W nocy z soboty na niedzielę ostatnie oddziały krasnoarmiejców, krążąc ciężarówkami po mieście, podpalały publiczne gmachy. Ostatnie wycofujące się małe grupki żołnierzy sowieckich widziano jeszcze w niedzielę rano, potem miasto zostało bezpańskie i wreszcie w poniedziałek 30 czerwca nad ranem wkroczył do Lwowa prawie bez wystrzału ukraiński batalion " Nachtigall " (Słowiki), a w kilka godzin później, również bez walki, wtoczyły się niemieckie wojska zmotoryzowane; zaczęły płynąć ulicami miasta na wschód piechota i kawaleria.

Zaraz po odejściu Sowietów - pisze A. Rzepicki - ruszono ławą do więzień i zgodnie ze strasznym przewidywaniem znaleziono w nich tylko zwłoki, pełno zwłok. Przez następne dni, począwszy już od niedzieli, do wszystkich więzień ciągnęły nie kończące się procesje lwowian, którzy wśród zamordowanych poszukiwali swoich bliskich, starając się ich rozpoznać. Często było to niemożliwe, bo w upalną pogodę zwłoki gwałtownie rozkładały się. Potworny zaduch, wyczuwalny na setki metrów, mniej wytrzymałym nie pozwalał nawet na zbliżenie się do zwłok układanych rzędami na więziennych podwórzach.

Straszliwa ta hekatomba zdawała się sprawiać hitlerowcom satysfakcję. Oficerowie nadjeżdżali samochodami, fotografowano, kręcono filmy. Dopuszczono wszystkich do oględzin, starano się je ułatwić przez uporządkowanie ciał. A jak się do tego zabrano? Mamy dotychczas przed oczami - pisze dalej A. Rzepicki - wstrząsające wspomnienie: Na podwórzu więziennym długi szereg poczerniałych, obrzmiałych zwłok, - pośród nich jedne - straszne jak wszystkie inne - w pozycji półsiedzącej. Nagle, co to?

Ofiara zaczyna się poruszać, wstaje! Okazało się, że był to zmasakrowany, ale wciąż jeszcze żywy Żyd! Do wynoszenia zamordowanych i układania ich na podwórzach zatrudniono bowiem skompletowane w łapankach grupy lwowskich Żydów, których tak skatowano, że nie różnili się prawie od umarłych . Do spełnienia tego okrucieństwa, do zapędzania Żydów użyto żołnierzy ukraińskich, z oddziału "Nachtigall".

 

 Wspomina Wanda Ossowska:

 

 W poniedziałek weszli Niemcy do Lwowa i zaczęły się nowe okrucieństwa i terror. Pierwsi oczywiście byli Żydzi. Byłam w mieście i widziałam, jak na Wałach Hetmańskich Żydzi na czworakach byli pędzeni do więzień, aby tam pracować przy rozkładających się zwłokach pomordowanych. Niemcy otwierali cele i bardzo starali się, żeby wszyscy mieszkańcy zobaczyli, co się tam dzieje. A działy się rzeczy straszne. W Brygidkach były cele zamurowane z ludźmi tak upchanymi, że umarli stojąc. Stosy ciał bestialsko pomordowanych były we wszystkich więzieniach. Żydzi mieli co robić. A zaduch był taki, że na ulicy nie można było oddychać, a cóż dopiero obmyć takie zwłoki i ułożyć je na podwórzu więziennym .

Wanda Ossowska poszła też na Zamarstynów i odnalazła zwłoki swych towarzyszek niedoli z celi, z której tylko ona jedna ocalała.

Do więzienia wojskowego na Zamarstynowie wybrał się też w ów poniedziałek ppłk Sokołowski ze swą współtowarzyszką Jadwigą Tokarzewską "Teresą":

Bramy więzienia były szeroko otwarte. Wewnątrz na dziedzińcu więziennym pełno ludzi. W domku strażniczym przy bramie zobaczyłem moc skrzynek wyglądających na kartotekę.

Znalazł tu m.in. kartę swego syna Andrzeja, aresztowanego w lutym 1940 roku z adnotacją, że został wywieziony (pchor. Andrzej Sokołowski poległ pod Monte Cassino 13 V 1944 roku). I dalej relacjonuje ppłk Sokołowski:

Weszliśmy na dziedziniec. Powitał nas straszliwy odór gnijących ciał, idący z otwartych drzwi parteru. W tym smrodzie, zapierającym dech, pracowali Żydzi. Wynosili na plecach z otwartych drzwi okropne, nagie, zmasakrowane ciała ludzkie. Umazane krwią i ociekające posoką, pogryzione prawdopodobnie przez szczury, pozbawione oczu, bez twarzy, rozdęte, były już nie do poznania i miały przerażający wygląd. Jedyne, co im jeszcze pozostało z ludzkiego wyglądu, to włosy. Były tam trupy mężczyzn i kobiet. Żydzi wynieśli ze dwadzieścia zwłok i hitlerowcy przerwali dalsze wynoszenie. Teresa podbiegła do otwartych drzwi i jeszcze szybciej powróciła półprzytomna. Poszedłem i ja. W dużej sali, wyglądającej na wozownię, leżały rozrzucone pod sufit zwłoki ludzkie. A na oko było ich chyba z setka".

Jak pisze A. Rzepicki; brak ścisłych danych o liczbie zamordowanych. Musiała być wielka, bo więzienia lwowskie zapełnione były przez NKWD po brzegi, nawet w małych celach siedziało po kilkudziesięciu więźniów, a z Brygidek w pierwszych dniach wojny wydostała się ich zaledwie garstka. Najczęściej powtarzano liczbę około 5000 ofiar i nie mogło być ich mniej.

Według danych niemieckich w więzieniu na Zamarstynowie zamordowano ok. 3 tys. więźniów, przy ul. Łąckiego - 4 tys. W Brygidkach zginęło również wielu więźniów - przypuszczalnie podobna liczba - ale większość zwłok spłonęła w pożarze wznieconym przez uciekających NKWD. Z budynku przy ul. Jachowicza nie zdołano wynieść rozkładających się zwłok; cele na razie zamurowano i opróżniono je dopiero w zimie. W sierpniu zwłoki z więzień chowano we wspólnych grobach na Cmentarzu Janowskim.

 

  

 

 Wspominał ks. Banach:

 

Kapłan kropił wodą święconą zwłoki pomordowanych i co pewien czas intonował pieśń żałobną, którą podchwytywano i wśród szlochania płynęła pieśń - "Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie"!

Wśród zwłok pomordowanych więźniów poszukiwano uczestników procesu grupy braci Weissów i Kobylańskiego. Zwłok ich jednak nie odnaleziono, ale też - poza młodym Sklarczykiem - nie powrócili oni nigdy do rodzin. Przypuszczalnie więc zdołano ich wywieźć ze Lwowa i zamordowano w drodze lub w którymś z prowincjonalnych więzień. Nie odnaleźli się też nie osadzeni dr Kultysówna i kpt. Rutkowski "Smrek". Znaleziono jedynie zwłoki adwokata Antoniego Konopackiego, następcy Kobylańskiego, którego pochowano na Cmentarzu Łyczakowskim. Szczęśliwie natomiast wydostała się z więzienia przy ul. Kazimierzowskiej znaczna część nie osadzonych jeszcze harcmistrzów i działaczy harcerskich, w tym por. Adamcio, por. Feja i Szczęścikiewcz. Uszedł z pogromu też Leopold Ungeheuer, ale miał odbite nerki i zmarł niedługo po powrocie do domu. Przyniósł on wiadomość o dr. Czamiku, którego widział w więzieniu w ostatnią noc przed masowym mordem; dr Czamik jednak zaginął - zwłok nie odnaleziono.

Lwowskie więzienia nie były jedynymi, w których wymordowano w okrutny sposób więźniów. Wszędzie zdążyły dotrzeć rozkazy w tym względzie - z kijowskiej, jeśli nie z moskiewskiej centrali. Nie zdołano zaalarmować wszystkich garnizonów wojskowych, ale za to, nawet w położonych tuż przy linii demarkacyjnej Oleszycach k. Lubaczowa 22 czerwca rano spalono żywcem trzymanych tam w zamku Sapiehów więźniów. Dokonała tego straż graniczna.

W Samborze , w ostatnich dniach przed zajęciem tego miasta przez wojska niemieckie, co nastąpiło 29 czerwca, wymordowano również część więźniów. Pisał w swych wspomnieniach jeden z ocalałych tamtejszych więźniów, Stefan Duda:

Bez przerwy wyciągano z cel więźniów, po 5-10 zawlekano do piwnic , tam mordowano, rozstrzeliwano w tył głowy i składano trupy w pryzmę, a gdy już wszystkie piwnice były załadowane, wówczas wyprowadzano po 50 i więcej na plac więzienny i strzelano do nich z okien z karabinów maszynowych , a nawet zaczęto rzucać ręczne granaty.

W jednej z cel rozbili wówczas więźniowie drzwi "kiblem" i zaczęli otwierać inne cele, rozpoczynając walkę ze strażnikami, uzbrojeni w deski, "kible", znalezione żelazo. NKWD wycofało się, próbowali jeszcze wprowadzić do akcji wojsko, ale wobec zbliżania się Niemców opuścili miasto. W ten sposób część więźniów ocalała. Wśród pomordowanych były harcerki, które zostały zgwałcone, obcięto im także piersi.

Nawet w małym miasteczku, w Szczercu, więźniów pomordowano, wyprowadziwszy ich z więzienia. Po wkroczeniu Niemców rozpoczęto ich poszukiwanie. Ukraińcy w tej sprawie porozumieli się z Niemcami, a ci wyłapali miejscowych Żydów i kazali im w ciągu godziny odnaleźć więźniów lub ich zwłoki. Okazało się, że zwłoki zakopano płytko w stodole probostwa. Wypływała stamtąd krew. Niemcy zmusili Żydów, by rękami rozgrzebali jamę, wyciągnęli i obmyli zwłoki, składając na prześcieradła. Zamordowani mieli poobcinane nosy, uszy, powykręcane do tyłu stopy... Wszystkich, Polaków i Ukraińców, pochowano uroczyście we wspólnej mogile koło cerkwi. Zginęło tam około 30 osób.

 

W Drohobyczu - jak pisze A. Chciuk:

 

 22 czerwca 1941 roku NKWD powiedziało więźniom, ze ich wypuszczają, zabierajcie się "z wieszczami". Gdy tłum więźniów stał na dziedzińcu więzienia, z wież wartowniczych zaczęły strzelać karabiny maszynowe (...).

 

 Znajoma Chciuka upadła zanim dosięgły ją serie i przeleżała pod trupami cały dzień. Gdy w nocy wydostała się i przyszła do domu, powitały ją słowa: "Boże, tyś zupełnie siwa..."- Działo się to w drohobyckich "Brygidkach".

Z Borysławia jest relacja jednego z tamtejszych Żydów, których po wkroczeniu wojsk niemieckich zapędzono do usuwania zwłok z aresztu: Zaprowadzili nas (...) na NKWD. Tam już było z 300 Żydów i stamtąd z piwnic kazali wyciągać i segregować trupy. Masy trupów. Część z tych trupów kazali myć. (...) Te trupy nie były zakopane. Były one przysypane ziemią na 5, 10 cm. To wszystko były poza tym świeże trupy. To byli (...) ludzie zaaresztowani tydzień lub 10 dni wcześniej. Tam był też Kozłowski i jego starosta. Siostra, ona miała jakieś 16 lat, miała wyrwane sutki, jakby obcęgami, twarz miała spaloną (...). Natomiast on jednego oka w ogóle nie miał, a drugie miał zapuchnięte, usta też miał zszyte drutem kolczastym, ręce miał spalone, a zarazem zmiażdżone [...], W sumie tych trupów było jakieś kilkadziesiąt [...].

W Stryju więzienie ewakuowano 2 lipca i więźniów samochodami odwożono na dworzec kolejowy. Ale przedtem, w nocy z 1 na 2 lipca, rozstrzelano w piwnicach i na podwórzu tych, którzy mieli większe wyroki. W Stanisławowie, w czasie gdy NKWD chwilowo opuściło więzienie, pomoc z zewnątrz zorganizował kpt. Ignacy Lubczyński. Pod Nadworną, w Bystrzycy Nadwórniańskiej , w lipcu 1941 roku odkopano masowe groby pomordowanych w więzieniu w Nadwornej - ostatni z pochowanych tam byli zabijani uderzeniem młotka w tył głowy. W Złoczowie , dokąd Niemcy wkroczyli l lipca, NKWD na zamku zamienionym na więzienie zamordowało też wielu więźniów. Również tu Niemcy i Ukraińcy zmusili Żydów do odkopywania zwłok, a następnie ich zamordowali. Pogrzeb pomordowanych więźniów odbył się 6 lipca. W Brzeżanach od 26 czerwca zaczęto rozstrzeliwać więźniów, wyprowadzanych pojedynczo na dziedziniec więzienia, zagłuszając odgłos strzałów warkotem motoru traktora. Zwłoki wywożono do przygotowanych i maskowanych potem dołów. Po nalocie niemieckim na miasto, od nocy 29 czerwca do następnego dnia zwłoki nadal rozstrzeliwanych wrzucano z mostu do rzeki Złota Lipa. W sumie zginęło ponad 300 więźniów, reszta - około 80 - uratowała się, gdy straż opuściła więzienie podczas nowego bombardowania. Masowy mord więźniów miał miejsce i w Tarnopolu. Część więźniów - około tysiąca - ewakuowano jednak 30 czerwca, pędząc ich piechotą do Podwołoczysk. W czasie marszu ludzie padali ze zmęczenia i pragnienia, a NKWD-ziści kolbami zmuszali ich do dalszej drogi. Usiłujących uciekać rozstrzeliwano na miejscu. Dalej tarnopolskich więźniów wieziono koleją. Koleją ewakuowano też więźniów z Czortkowa , ładując po 135 osób do nie oczyszczonych wagonów kolejowych. Podróż trwała 17 dni. W jednym z wagonów, w którym jechał relacjonujący, spośród 135 osób zmarły w drodze 34. Trupy usuwano z wagonów co parę dni, a więc jechały z żywymi w lipcowym upale. To samo działo się i na Wołyniu. W Łucku zamordowano około 2 tys. więźniów, w Równem - 500, w Dubnie - 450.

Oprócz pomordowanych w więzieniach, wiele osób zginęło z rąk cofających się w panice i strzelających na oślep i bez powodu żołnierzy sowieckich - jak również z rąk ukraińskich nacjonalistów. We Lwowie w ostanim dniu wycofywania się Armii Czerwonej, 29 czerwca, zginęli na ulicy kurierzy ppłk. Macielińskiego, Jan Lutze-Birk i Jerzy Mędrzecki. Mieli po 21 lat. Po wkroczeniu Niemców na murach Lwowa ukazały się ich klepsydry.

 

    Aleksander Szumański

 

    Źródła:

 

    - Wanda Ossowska "Przeżyłam" Lwów - Warszawa 1939 - 1946

 

- Jerzy Węgierski "Lwowskie Spotkania" opracowanie Bożena Rafalska, redaktor naczelna.

 

 Jerzy Julian Węgierski (ur. 13 lutego 1915 we Lwowie) - polski uczony, pisarz i wojskowy, emerytowany profesor Wydziału Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej, wykładowca Politechniki Śląskiej i Politechniki Warszawskiej. Żołnierz ZWZ i AK, uczestnik powstania lwowskiego w ramach Akcji Burza. Wieloletni więzień syberyjskich łagrów. Autor dziewięciu książek i wielu artykułów naukowych oraz wspomnień z dziejów Lwowa w II wojnie światowej i historii ZWZ-AK-NIE Obszaru Nr 3 (Lwów).

 

4/ AGNIESZKA HOLLAND Z JÓZEFEM STALINEM W TLE

 

Polska laureatka nagrody Nobla Wisława Szymborska przekonywała Polaków, iż Lenin jest Adamem nowego człowieczeństwa:

 

".że w bój poprowadził krzywdzonych

nowego człowieczeństwa Adam",

 

o śmierci Stalina:

 

"Jaki ten dzień rozkaz przekazuje nam

Na sztandarach rewolucji profil czwarty?

Pod sztandarem rewolucji wzmacniać warty!"

 

Joanna Senyszyn, światła żelbetowa stalinistka, być może przyszła prezydent Stołeczno Królewskiego Miasta Krakowa, chętnie udziela wywiadów dotyczących Krzyża Pańskiego, najczęściej "Skokowi rabina":

 

"Czy pani nosi krzyżyk na szyi"?

 

"No wie pani, jak pani może o to pytać?! Ja się krzyżykiem brzydzę! Ja w ogóle jestem anty krzyżowa.

 

Co będzie modne tej jesieni według Joanny Senyszyn? -

 

W Polsce na pewno zapanuje moda krzyżowa - ocenia euro posłanka. Senyszyn twierdzi również, że krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego ma wpływ na odkrycia naukowe. - Pomoże w poszukiwaniu punktu G, bo krzyż na Krakowskim Przedmieściu to pisowski punkt G i dlatego Piso krzyżowcy odstawieni od krzyża nie mogą dostać orgazmu i są sfrustrowani - mówi Wirtualnej Polsce Joanna Senyszyn, euro posłanka SLD

 

Na swoim blogu Senyszyn konkluduje:

".poseł Palikot ma się więc z czego uczyć",

".nie każdy ma brata na Wawelu!",

".Jarosław Kaczyński wskakuje na trumnę brata, jak Piłsudski na kasztankę!"

 

Agnieszka Holland zwierzyła się expressis verbis we "Wprost" Tomaszowi Lisowi i Piotrowi Najsztubowi:

 

"Kiedy Stalinowi umarła żona, to on zaczął wielkie czystki" - komentuje zachowanie Jarosława Kaczyńskiego po śmierci jego brata prezydenta Agnieszka Holland.

 

I dalej:

 

"życie zaczyna się wtedy, kiedy pijany pluszowy miś narzyga do ułożonych w kształcie krzyża puszek po piwie "Lech" w tłumie nienawidzących się nawzajem Polaków.

PIS jest sektą zachowującą się sekciarsko. Oni, czyli Jarosław Kaczyński, mają w tej chwili jedyny cel:

zawłaszczyć jak najwięcej przestrzeni dla zwłok swojego brata. Już mają Wawel, już mają powstanie warszawskie, teraz chcą mieć Pałac Prezydencki. Za chwilę się okaże, że to nie wystarczy, bo ta bestia jest strasznie żarłoczna. Bo ten zmarły wymaga coraz więcej".

 

O Jarosławie Kaczyńskim:

 

"on nie jest symbolem, Antygoną; zbolałą maska, to jest maska nienawiści i wściekłości, którą widać, jak tylko zdejmie na chwilę maskę poczciwego wujka"- komentuje Holland. I to należy ośmieszać i drwić używając do tego możliwie wszystkich narzędzi - jak np. bezczelnych i obłąkanych sekciarzy pod krzyżem przed Pałacem Prezydenckim.

 

" Krzyżowa paranoja sięga zenitu. PISo krzyżowcy mają obłęd w oczach i nienawiść w sercu. Szantażują ustami posłanki Szczypińskiej; zgodzą się na przeniesienie krzyża, jeżeli dostaną gwarancję na piśmie, że tu gdzie stoi krzyż, powstanie coś, co godnie upamiętni ofiary katastrofy smoleńskiej. Szantaż jest przestępstwem. Postawienie krzyża bez zgłoszenia także" - uważa Holland.

 

I dalej:

 

" Jeżeli ktoś chce upamiętniać zmarłych, to niech sobie stawia jakie chce pomniki, ale w miejscu dozwolonym po uzyskaniu zgody zarządzających cmentarzami, a nie wywoływać przez sektę PISo krzyżową burdy krzyżowe w miejscu publicznym i szantażować tym nowo wybranego prezydenta RP".

 

Agnieszka Holland - reżyserka filmowa należy do najbardziej fanatycznych wyrazicielek fobii antyreligijnych i anty patriotycznych.

 

Za "Skokiem rabina" twierdzi, iż patriotyzm jest rasizmem /"GW" wyborcza. pl Tomasz Żuradzki - "Patriotyzm jest jak rasizm"/.

 

Owe fobie Holland łączy z ciągłym tropieniem antysemityzmu, zajadłą nienawiścią i wrogością do wszystkiego co polskie, łącząc ideologię stalinowską z grubiańskimi atakami na Jarosława Kaczyńskiego i jego partię.

Członkini honorowego komitetu kandydata na prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, inicjatorka znanego protestu przeciwko budowie w Warszawie pomnika ofiar rzezi wołyńskiej dokonanej na polskiej ludności cywilnej przez ukraińskich nacjonalistów z OUN - UPA.

W tekstach wywiadów udzielanych przez Holland stale napotyka się negatywny wizerunek Polaków jako narodu, niedojrzałego, antysemickiego, ksenofobicznego, przesyconego płytką nierozumną religijnością.

Holland kontynuuje metody fanatycznej agitacji komunistycznej swoich rodziców Henryka Hollanda i Ireny Rybczyńskiej - pary stalinowców z zajadłością uczestniczących w bolszewickich nagonkach na nonkonformistycznych naukowców - m.in. w haniebnym donosie na wybitnego polskiego naukowca - profesora Władysława Tatarkiewicza.

 

Przy Holland plasuje się Adam Michnik - posiadający honorowy doktorat Uniwersytetu Pedagogicznego uzyskany przy sprzeciwie większości i społecznym proteście , zwolennik i propagator połączenia Polski z Ukrainą w t. zw. "Pol-Ukr, lub Ukr-Pol" z nowymi granicami i nowym polsko - ukraińskim hymnem. "Jeszcze Polska nie zginęła" - do kosza.

 

Adam Michnik wyznaje:

 

"należałem do komunistów w sześćdziesiątych latach. Uważałem, że komunistyczna Polska to moja Polska. Środowiskiem, z którego pochodzę jest liberalna żydokomuna. Jest to żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami.

Być komunistą znaczyło wtedy coś więcej niż przynależność do partii, to oznaczało przynależność do pewnego języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności".

/ "Powściągliwość i Praca" nr 6 1986 r. /.

 

Rodzice Adama Michnika wywodzili się z nurtu działaczy komunistycznych Komunistycznej Partii Polski z programem:

 

- przyłączenia Polski do ZSRR,

 

- oderwania od Polski ziem wschodnich,

 

- oraz zrzeczenia się na rzecz "bratnich socjalistycznych Niemiec" Górnego Śląska i Pomorza.

 

Ojciec Adama Michnika był członkiem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, wypróbowanym agentem Moskwy w Polsce /H. Piecuch "Akcje specjalne" - Warszawa 1996 s. 76/ i wchodził wraz z Brystygierową - "Krwawą Luną" w randze pułkownika NKWD, Bermanem, Chajnem, Groszem, Kasmanem, w skład wydzielonej komórki, bezpośrednio podporządkowanej Moskwie.

Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy konsekwentnie dążyła do rozbicia Polski, oderwania wielkiej części jej ziem i przyłączenia do już zrusyfikowanej skrajnym sowieckim terrorem wschodniej Ukrainy.

Matka Adama Michnika, Helena, zaangażowana komunistka sprzed wojny, po wojnie "wsławiła się" głównie dogmatycznymi podręcznikami, zalecającymi m.in. jak najskuteczniejszą walkę z religią katolicką.

Wpływ wychowawczy rodziców Adama Michnika nie ominął jego brata Stefana. Należy on do grupy stalinowskich katów, jako członek jednej z grup sędziów odpowiedzialnych za mordercze wyroki. M.in. wyrokował w t. zw. "sprawach tatarowskich".

Wydawał wyroki śmierci na osoby w sfabrykowanych przez komunistów procesach działaczy niepodległościowych.

Wyroki śmierci w głośnych sprawach wysokich oficerów z grupy generała Tatara wcale nie były jedynymi wyrokami śmierci, które orzekł Stefan Michnik. Tylko, że te inne wyroki - w sprawach oficerów podziemia niepodległościowego są dużo mniej znane.

Jak podpisany przez Stefana Michnika wyrok śmierci na majora Karola Sęka. Major Karol Sęk artylerzysta spod Radomia, przedwojenny oficer, potem oficer Narodowych Sił Zbrojnych, został stracony z wyroku sędziego Stefana Michnika w 1952 roku. Jak w przypadku kierowanego przez Stefana Michnika wykonania wyroku śmierci na wspaniałym polskim patriocie Andrzeju Czajkowskim - Cichociemnym, powstańcu warszawskim, zastępcy dowódcy połączonych baonów "Oaza-Ryś" na Mokotowie i Czerniakowie, odznaczonym za bohaterstwo w walce z Niemcami krzyżem Virtuti Militari. Zamordowano go na Mokotowie 10 października 1953 roku pod nadzorem porucznika Stefana Michnika /Piotr Jakucki "Nasza Polska" 20 października 1994/.

Wokół michnikowszczyzny rojno, same gwiazdy polskiego dziennikarstwa, a to Monika Olejnik, do której na kolanach bieżą politycy, aby nie utracić na wiarygodności, a to Katarzyna Kolenda - Zaleska, najdzielniejsza z najdzielniejszych w starciach z laptopem tego, jak mu tam Ziobry.

A to Grzegorz Miecugow, nowe wcielenie Stefana Martyki -"szczekaczki radiowej" z wczesnego PRL z niesławnym tatusiem Brunonem Miecugowem w tle /. Tatuś "wsławił" się m.in. podpisaniem "rezolucji 53" / w procesie Kurii krakowskiej w 1953 roku, gdy zapadły wyroki śmierci / wspólnie z Wisławą Szymborską i Sławomirem Mrożkiem /.

Telewizja TVN z Justyną Pochanke, Kamilem Durczokiem, Bogdanem Rymanowskim, wspomnianym Grzegorzem Miecugowem, oraz z innymi serwilistycznymi mówcami elektronicznymi prześcigają się w poniżaniu Prezydenta Rzeczypospolitej prof. Lecha Kaczyńskiego i całego tego ośmiomilionowego "bydła" z nim związanego.

Nie tylko Kuc / Kutz / i Senyszyn są doradcami Janusza Palikota, o czym powszechnie wiadomo.

Natomiast mało znani są jeszcze inni doradcy Janusza Palikota /którego ojciec Marian był lubelskim szmalcownikiem wydającym Żydów w łapska Gestapo/ wzzw.wordpress.com 6.08.2010/ - piszący na jego zamówienie "literackie" nikczemne scenariusze:

 

Jacek Kajtoch TW ksywa - kryptonim "Jacek dywersja" nauczyciel akademicki Uniwersytetu Jagiellońskiego, wieloletni sekretarz POP PZPR w Polskiej Akademii Nauk w Krakowie, komunista ideowy, wieloletni i aktualny v-ce prezes Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, oraz Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

Osobisty przyjaciel znanych agentów SB: /prof. Tadeusza Hanauska, prof. Olgierda Terleckiego, prof. Kazimierza Buchały wszyscy z UJ /. Wywodzi się ze śląskiej zgermanizowanej rodziny - imię i nazwisko rodowe Jacenty KAŃTOCH.

Sam opowiada z dumą o swojej rodzinie, że nie służyli w wojsku polskim, lecz w Wehrmachcie. Osobnik nieuczciwy / wychowawca młodzieży akademickiej/

Plagiator w UJ.

Został usunięty z UJ za powtarzające się plagiaty, wówczas zaangażowało go "Życie Literackie" red. naczelny SB-ek Władysław Machejek, skąd został wyrzucony znowu za plagiaty dotyczące prac naukowych o twórczości Józefa Ignacego Kraszewskiego.

 V-ce prezes komunistycznego samozwańczego KOZLP z namaszczenia prezesa ZG ZLP TW Marka Wawrzkiewicza / Kryptonim "MW" / powołujący niepoprawnych politycznie kolegów przed Sąd Koleżeński KOZLP i ZG ZLP.

Jego syn Wojciech Kajtoch ukończył studia podyplomowe w Moskwie przed rozpadem Związku Sowieckiego.

Osobisty przyjaciel wszystkich esbeków w ZG Związku Literatów Polskich z żoną Anną Kajtochową komunistką ideową dopomógł rozbić nie komunistyczny KOZLP, za co otrzymał z ZG ZLP nagrodę w postaci sfinansowania mu wycieczki do Chin Ludowych.

Wraz z dyrektorem Wydziału Kultury Urzędu Miasta Krakowa Stanisławem Dziedzicem, dyrektorem Śródmiejskiego Ośrodka Kultury w Krakowie Januszem Paluchem, nie zlustrowanych z listy Wildsteina, podejrzanych o współpracę z SB, z żoną Anną Kajtochową i innymi organizuje nagłaśniane w internecie imprezy literackie w Krakowie, zapraszając na nie wszystkich agentów SB w ZG ZLP.

Cenzor almanachów poetyckich w ZLP wraz z ostatnim cenzorem PRL Waldemarem Kanią

Współuczestnik sprzeciwu wraz ze Stanisławem Dziedzicem i Januszem Paluchem obchodów w Krakowie "Dni katyńskich". Twierdzący, iż istnieją dowody, że zbrodni pod Katyniem dokonali hitlerowcy, a Hitler był mężem stanu.

Według Jacka Kajtocha ustalenia w Jałcie należały się Stalinowi za jego heroizm w czasie II Wojny Światowej.

 

 

 

W Zarządzie Głównym Związku Literatów Polskich zasiadają wyłącznie tajni współpracownicy SB, również doradcy Tuska - Komorowskiego - Palikota:

 

prezes ZG ZLP Marek Wawrzkiewicz - pseudonim, kryptonim MW, za czasów PRL członek PZPR, korespondent "Trybuny Ludu" PRL w Moskwie,

 

v-ce prezes J acek Kajtoch - pseudonim, kryptonim

"Jacek - dywersja",

v-ce prezes Aleksander Nawrocki TW Ministerstwa Spraw Wewnętrznych,

 

v-ce prezes Krzysztof Gąsiorowski pseudonim, kryptonim KG,

 

v-ce prezes Andrzej Zaniewski pseudonim, kryptonim TW "Witold Orłowski",

 

v-ce prezes Wacław Sadkowski pseudonim, kryptonim "Olcha",

 

v-ce prezes Leszek Żuliński pseudonim, kryptonim "Literat", "Jan", publicysta "Trybuny",

 

v-ce prezes Grzegorz Wiśniewski TW Służb Wojskowych,

 

Aleksander Krawczuk - komunista TW odmówił powtórnego

wstąpienia do ZLP ponieważ nie wszyscy są komunistami.

 

To ten komunistyczny minister kultury, który na Cmentarzu Pęksowym Brzyzku w Zakopanem zorganizował pogrzeb Stanisława Ignacego Witkiewicza, aby pochować 23-letniego kozaka.

 

Obecnie "piedestałowym" mężem stanu jest "Wolski" - Wojciech Jaruzelski.

Ostatnio w udzielonym kolejnym wywiadzie dla "Skoku rabina" Jaruzelski oświadczył:

"ks. Jerzy Popiełuszko jest męczennikiem nie za wiarę, ale za politykę, sianie nienawiści i nie podporządkowanie się rządowi i partii".

W programie telewizji TVN "Kropka nad i" prowadzonym przez Monikę Olejnik J.E. abp. metropolita lubelski "Filozof" TW Józef Życiński oświadczył, że "Polacy to antysemici".

Ile trzeba mieć w sobie podłości i zła, żeby nie uszanować spoczynku zmarłych? Ile trzeba mieć w sobie chamstwa i niespotykanego draństwa, jakiej trzeba zajadłości i jakiego upodlenia, aby mówić o krwi na rękach spoczywającego w wawelskiej katedrze Lecha Kaczyńskiego?

Gdy Palikot, przyjaciel Bronisława Komorowskiego, powiedział, że zmarły prezydent Lech Kaczyński ma krew na rękach, albo gdy mówił o zastrzeleniu i patroszeniu Jarosława Kaczyńskiego - wydawać by się mogło, że większego draństwa być nie może.

Okazuje się, że może. Większe jest draństwo Kazimierza Kuca / obecnie Kutz /, który w TVN rozparty jak basza, przyznał cynicznie i z dumą, że to on jest doradcą i reżyserem występów zaprzyjaźnionego z prezydentem Komorowskim Palikota.

Kuc usprawiedliwiał prezydenckiego przyjaciela stwierdzeniem, że to PiS mówił o krwi na rękach Tuska. Na nic zdały się tłumaczenia, że żaden polityk PiS nigdy czegoś takiego nie powiedział. Powtarzam - żaden polityk PiS nigdy niczego takiego nie powiedział.

No i Tusk żyje, może się bronić, a Lech Kaczyński spoczywa w wawelskiej krypcie i przed zarzutami bronić się nie może.

Przykra jest ta rozparta buta Kuca, jeszcze bardziej przykra niż chamskie nikczemności tuby Tuska Palikota.

Bo Palikot to Palikot, polityk i przyjaciel prezydenta, bezwartościowa błaznowata tuba Tuska i PO,

Kuc to reżyser filmowy, wychowawca pokoleń.

Ostatnio pani Kucowa zgłosiła policji, iż dom w którym mieszkają z mężem został przez PIS oblany farbą i PIS groził im śmiercią.

Zwieńczeniem działań tej hordy zbirów jest obecna walka rządzących z chrześcijaństwem i symbolem wiary Krzyżem Pańskim, którą podjął prezydent "wszystkich Polaków" zwany komoruskim, zapewne wspólnie i w porozumieniu z agenturą FSB /KGB/ i własną "zlikwidowanych" służb WSI.

W pierwszym ogniu złoczyńcy polscy ścięli w noc majową 2010 Krzyż Papieski na krakowskich Błoniach, następnie judasze "nieznani sprawcy" uczynili to samo w Przemyślu i na tatrzańskich Rysach - szczycie naszej Ojczyzny.

 

Pogróżki wystosowano już krzyżowi w Stalowej Woli.

 

Broni się Krzyż Chrystusowy przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie.

 

Tu przeciwko garstce broniących użyto gazu pieprzowego, armatek wodnych, przemocy fizycznej z pobiciem włącznie.

Bestialskim kopnięciem zbira rządzących i ich kompana Dominika Tarasa, modlącemu się starszemu mężczyźnie połamano żebra, policja i straż miejska nie interweniowały. Mężczyzna w wyniku odniesionych obrażeń zmarł. I polała się krew pod Krzyżem Pańskim - przecież Tusk oświadczył, że pod Pałacem Prezydenckim trzeba zrobić porządek.

Urządzono "happening" nocny z wyzwiskami, pijaństwem i orgiami, za zezwoleniem prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz - Waltz, pod egidą 23-letniego bandziora-kucharza z ASP, a nade wszystko "słowa bożego" hierarchów kościelnych i tego "słowa bożego" z Jasnej Góry:

Ten krzyż to mebel mówią świętobliwi! / Onet.pl/

 

Stworzono nową formę okupacji Polski. Obce narodowi siły zewnętrzne dążą, aby utracił on źródło swojej spoistości i przestał być wrażliwy na własną tożsamość ukształtowaną przez wiekowe dziedzictwo chrześcijańskie i kulturowe. Te same siły zawładnęły Kościołem.

Czarna agenturalna noc okupacji Polski rozpoczęta 4 lipca 2010 trwa.

 

                                        Aleksander Szumański dziennikarz niezależny

 

5/ SZKODA ŻE CIEBIE MATKA NIE WYSKROBAŁA.

PAN DUDA POWINIEN SIĘ POWIESIĆ NA PSIM RĘCZNIKU.

PREZENTACJA PROGRAMU  WYBORCZEGO JOANNY SENYSZYN - ZJEDNOCZONEJ LEWICY - Z BARBARĄ NOWACKA, MAGDALENĄ OGÓREK I INNYMI W TLE...

 

W tłumie cimoszewiczów, millerów, nowackich, senyszynów, borowskich, kopaczki i innych bolszewickich wrogów Polski, Kościoła, Polaków i polskości, reprezentacyjne telewizje olejnikowe nie pokazują już doszczętnie skompromitowanej Joanny Senyszyn, jak sama twierdzi "wyskrobanej przez matkę".

Pokazują natomiast w nowej "centro prawicowej" roli, prezenterkę TVP - Info Magdalenę Ogórek, Barbarę Nowacką ze Zjednoczonej Lewicy, wielbicielkę bandziora Janusza Palikota, syna szmalcownika, która bezczelnie utożsamia się z nową "premier" polskiego rządu po nadchodzących wyborach parlamentarnych.

 

 

 

 

OGÓREK I NOWACKA A WYŚCIG MUSZKIETERÓW - BLOG JOANNY SENYSZYN

http://senyszyn.blog.onet.pl/2015/11/09/ogorek-i-nowacka-a-wyscig-muszkieterow/

 

"Analiza obydwu kampanii także wskazuje wiele podobieństw.

 Ogórek i Nowacka wpadały do różnych miejscowości, jak po ogień, pokazywały się większej lub mniejszej grupie mieszkańców, a głównie w mediach i znikały. Często lokalni działacze SLD nawet nie wiedzieli o tych wizytach, bo obie panie za Sojuszem nie przepadają, za to swoją promocję kochają nad życie. Obydwie w telewizyjnej debacie były słabe, bo jedynie wygłaszały wyuczone formułki, a nie potrafiły być interaktywne i reagować na wypowiedzi konkurencji. Nikogo nie poruszyły, nie porwały, nie zapaliły, bo nie ma w nich ognia. Były drętwe niczym marionetki, a miła buzia to za mało by wygrać wybory. Rzucało się to w oczy zwłaszcza na tle wściekłych kreacji Kukiza, Korwina, Zandberga. Oni mówili do ludzi, one w próżnię. I w próżnię trafiły".

 

MAGDALENA OGÓREK - KANDYDATKA NA PREZYDENTA RP Z RAMIENIA ZJEDOCZONEJ LEWICY.

http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/kulisy-kariery-magdaleny-ogorek-dla-kogo-pracowala/729rf9j

 

„Magdalena Ogórek się chwali, że pracowała w MSWiA. W SLD mówią, że w programie rozrywkowym TVP „Spełniamy marzenia” zadeklarowała, że chciałaby poznać ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Józefa Oleksego. Zaaranżowano kolację, podczas której zwierzyła się, że marzy o pracy w jego resorcie. Minister uległ czarowi drobnej blondynki i ją zatrudnił” – pisze „Newsweek”.

Z kolei Ryszard Kalisz przekonuje, ze to właśnie on jako pierwszy „odkrył” Ogórek i zatrudnił ją w MSWiA. Kandydatka na prezydenta pracowała też dla Grzegorza Napieralskiego. Ale nie tylko lewicowy kierunek okazuje się jej bliski, przynajmniej wtedy, gdy szefem MSZ był Radosław Sikorski.

– „Magdalena Ogórek zaczęła się też kręcić wokół ówczesnego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Kontakty ostatecznie nie przerodziły się w polityczną współpracę, ale podobno niewiele brakowało. Magda twierdzi, że wstępnie zaproponowano jej nawet funkcję w MSZ – miała być odpowiedzialna za koordynację Instytutów Polskich za granicą. Stanowisko ostatecznie się jednak nie zwolniło i sprawa upadła” – opowiada „Newsweekowi" polityk Sojuszu.

Kandydatka Ogórek pracowała także u ... Jana Kulczyka! Była doradcą zarządu w spółce Autostrada Wielkopolska. Ostatnio Magdalena Ogórek pracowała jako prezenterka w TVN24 BiS".

Tak zaczynała swoją karierę Magdalena Ogórek.

A jak skończy?

 

 

MAGDALENA OGÓREK - PREZENTERKA TVP- INFO

 

Po nieudanym spektaklu prezydenckim Zjednoczonej Lewicy, Magdalena Ogórek z woli prezesa publicznej TVP Jacka Kurskiego stała się nagle ...patriotką centroprawicową... prezenterką i ...autorytetem medialnym publicznej TVP.

 

O ile jest postacią wiarygodną... niech ocenią słuchacze jej licznych programów

na ..łamach i ...w tle.

 

 NĘDZNA POSTAĆ JOANNY SENYSZYN

 

 Joanna Senyszyn, posłanka SLD podczas tweetowania w sprawie Piotra Dudy i ataku "Newsweeka" na szefa związkowej Solidarności, napisała coś, czym powinna się zająć z miejsca prokuratura.

 

Oto jej wpis:

 

"Trzeba być idiotą, żeby kazać wyszywać ręczniki dla swojego psa.

 

Pan Duda zamiast pyskować powinien się powiesić na takim psim ręczniku".

 

Dla przypomnienia nędznej postaci Senyszyn warto przytoczyć jej rozważania w wywiadzie z Moniką Olejnik:

 

"Czy pani nosi krzyżyk na szyi"?

 

"No wie pani, jak pani może o to pytać?! Ja się krzyżykiem brzydzę! Ja w ogóle jestem anty krzyżowa".

 

i dalej:

 

"Co będzie modne tej jesieni według Joanny Senyszyn"?

 

"W Polsce na pewno zapanuje moda krzyżowa - ocenia euro posłanka.

 

Senyszyn twierdzi również, że krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego ma wpływ na odkrycia naukowe.

 

- "Pomoże w poszukiwaniu punktu "G", bo krzyż na Krakowskim Przedmieściu to pisowski punkt "G" i dlatego piso - krzyżowcy odstawieni od krzyża nie mogą dostać orgazmu i są sfrustrowani" - mówi Wirtualnej Polsce Joanna Senyszyn, euro posłanka SLD.

 

I dalej:

 

".poseł Palikot ma się więc z czego uczyć",

 

".nie każdy ma brata na Wawelu!",

 

".Jarosław Kaczyński wskakuje na trumnę brata, jak Piłsudski na kasztankę"!

 

Cytat wypowiedzi Janusza Palikota z blogu Senyszyn:

 

"JANUSZ PALIKOT, POSEŁ PO, Twojego Ruchu, Zjednoczonej Lewicy:

 

- Lech Kaczyński jest chamem,

 

- apeluję do Lecha Kaczyńskiego, aby wytrzeźwiał,

 

- Bronisław Komorowski pójdzie na polowanie na wilki, zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż,

 

- I ty tchórzu chcesz cos wyjaśnić".

 

Czy dosięgnie Senyszyn i Palikota ręka sprawiedliwości?

 

 SENYSZYN: "SZKODA, ŻE CIEBIE MATKA NIE WYSKROBAŁA"

 

"Właśnie rozpoczęła sie kolejna bitwa o całkowity zakaz aborcji. Rozpętana przez miłośników zapłodnionych jajeczek, zygot i płodów, którzy je nawet duchowo adoptują. To oczywista hipokryzja, bo dzieciom i ich matkom nie pomagają.

Pamiętam bardzo ciekawe zdarzenie sprzed bodajże 10 lat, już za rządów PiS. Przed Sejmem była demonstracja oszalałych, ale – jak się okazało – fałszywych przeciwników aborcji. Stali z transparentami i oszukańczymi zdjęciami płodów wielkości kilkuletnich dzieci. Kiedy mnie zobaczyli, zaczęli ryczeć:

 

"SZKODA, ŻE CIEBIE MATKA NIE WYSKROBAŁA"

 

Potem, podczas mojego sejmowego wystąpienia na temat projektu zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej z 1993 r. takie same uwagi wykrzykiwało kilku posłów PiS . Teraz też czasem słyszę i czytam komentarze podobnej treści. Ich autorzy są w rzeczywistości skończonymi idiotami, którzy nie wiedzą, czego chcą".

 

 SENYSZYN: MOJA LISTA - 9 09.2015

 

 "Kochani, po pięciu latach pracy w PE w Brukseli ostro wracam do krajowej polityki. Otwieram listę Zjednoczonej Lewicy SLD+TR+PPS+UP+Zieloni w okręgu gdańskim.

Już dziś zrobiliśmy zgłoszenie do PKW. Niewykluczone, że jesteśmy pierwsi w Polsce, bo to pierwszy dzień pracy komisji. Zebraliśmy prawie 12 tys. podpisów. Ponad dwa razy więcej niż wymagane minimum.

Mamy parytet i suwak. Ponieważ w okręgu jest do wzięcia 12 mandatów, wystawiamy 24 kandydatów: 12 kobiet i 12 mężczyzn. Wszystkie nieparzyste pozycje zajmują panie, parzyste panowie. Taki układ jest wcieleniem w życie zasad i ideałów równości płci, które od lat głoszę. Inni mówią o równości, ja działam".

 

" Z radością przedstawiam naszą listę:

 

1. Joanna Senyszyn – Gdańsk SLD wiceprzewodnicząca Zjednoczonej Lewicy

 

2. Barbara Nowacka - przewodnicząca Zjednoczonej Lewicy

 

Proszę o poparcie 25 października, a już teraz zapraszam do współpracy w kampanii wyborczej. Będziemy tworzyć grupy wolontariuszy w Gdańsku, Sopocie i wszystkich powiatach".

 

 

 

 

 

CO POLSCE ZAGRAŻA PRZEZ ZJEDNOCZONĄ LEWICĘ

ZAKAMUFLOWANY PROGRAM ZJEDNOCZONEJ LEWICY

 

 Leninizm, czasem określany jako marksizm-leninizm (ros. марксизм-ленинизм) lub bolszewizm, to doktryna polityczna i ekonomiczna, powstała na bazie wcześniej istniejącego marksizmu, którego filozoficznym źródłem był materializm dialektyczny opracowany przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa.

Leninizm stanowił oficjalną ideologię państwową w ZSRR od dnia jego powstania, aż po jego rozwiązanie. Był on też oficjalną ideologią we wszystkich krajach Układu Warszawskiego, w tym PRL.

Pierwotna wersja leninizmu została rozwinięta i wprowadzona w życie przez bolszewickiego przywódcę Włodzimierza Lenina, skąd pochodzi jej nazwa. Jednak, już za życia Lenina doktryna ta ewoluowała na skutek zderzenia teoretycznych założeń z praktyką rewolucyjną.

Po jego śmierci była ona nadal modyfikowana, m.in. przez Józefa Stalina (tzw. "marksizm-leninizm-stalinizm"), a następnie przez jego następców na stanowisku I sekretarza KPZR, z których niemal każdy głosił program "powrotu do wartości leninowskich".

Leninizm twierdził, iż kapitalizm może zostać obalony tylko w drodze rewolucyjnej; każdy inny sposób zmiany (np. ewolucyjny jak w fabianiźmie, czy socjaliźmie demokratycznym) jest skazany na niepowodzenie.

Głównym celem partii leninowskiej  było więc  obalenie istniejącego rządu i zastąpienie go własnym, sprawowanym w imieniu proletariatu, następnie zaś wprowadzenie tzw. dyktatury proletariatu.

Partia musi także wykorzystać własną władzę w celu edukowania proletariatu, w celu usunięcia fałszywej świadomości, stworzonej przez burżuazję w celu łatwiejszego panowania nad masami pracującymi i dalszego ich ekonomicznego wyzysku.

Formą takiej fałszywej świadomości była m.in. religia, określona przez Karola Marksa jako opium ludu.

Tej formie świadomości hołduje obecnie Barbara Nowacka, następna ideolog "marksizmu-stalinizmu-leninizmu". Partnerką Barbary Nowackiej była Magdalena Ogórek.

Wówczas Polska jako przedmurze chrześcijaństwa stanie się przedmurzem Azji, zniesiona zostanie edukacja religijna, nauka religijna w szkołach, św. Mikołaja zastąpi Dziadek Mróz, czytanki dla pierwszoklasistów zostaną zilistruwane Marksem, Engeksem, Leninem, Stalinem , Kaganawiczem i Breżniewem.

Ponieważ jest to ustrój bandycki, nastąpi likwidacja ważnych postaci sprzeciwiających się komunie, poprzez zwykłe bolszewickie polityczne morderstwa, przez Platformę Obywatelska zwane "samobójstwami".

Niektórzy twierdzą, iż polska lewica to postkomuna, ja jestem zdania, iż pomiędzy postkomuną, a przygotowującą zamach stanu Zjednoczoną Lewicą nie istnieje żadna  ideologiczna róźnica pomiędzy markizmem-lenininizmem-stalinizmem i kartach książki "Historia Wszechwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików" (WKPB.)

Dyktatura proletariatu teoretycznie posiadałaby formę zdecentralizowanego systemu demokracji bezpośredniej, w której robotnicy dzierżyliby władzę za sprawą lokalnych rad (ros. sowiety).

Rady takie faktycznie powstawały w czasie rewolucji październikowej.

Jednak niezwykle trudna sytuacja wewnętrzna Rosji, ogarniętej wojną domową, nie pozwoliła temu systemowi na dłuższe funkcjonowanie.

Część marksistów, wśród nich m.in. główny teoretyk II Międzynarodówki, Karl Kautsky, uważało leninizm za odstępstwo od marksizmu, wskazując, że próba budowy socjalizmu w kraju niedorozwiniętym ekonomicznie musi zakończyć się fiaskiem. Wielu teoretyków marksistowskich, jak hołubiona przez Adama Michnika m.in. Róża Luksemburg, krytykowało leninizm za jego antydemokratyczną, dyktatorską koncepcję partii i sprawowania władzy. Preferowali czysty stalinizm.Sam Karol Marks w liście do rosyjskiej działaczki Wiery Zasulicz dopuszczał jednak możliwość przeprowadzenia rewolucji komunistycznej w zacofanym kraju rolniczym takim jak Rosja, bez przechodzenia stadium demokracji i kapitalizmu.

Wobec niepowodzenia światowej rewolucji bolszewicy stopniowo zbudowali koncepcję socjalizmu-stalinizmu w jednym kraju.

Po III Międzynarodówce nurt leninowski stał się dominującą wykładnią marksizmu, wyraźnie oddzieloną od socjaldemokracji.

Przedstawicielkę owych poglądów jest wybrana na przewodniczącą Zjednoczonej Lewicy Barbara Nowacka z bandyckiego Twojego Ruch Ruchu Janusza Palikota, wdrażająca w Polsce ideologię marksistowsko-leninowsko-stalinowską, wpojoną jej przez matkę komunistkę Izabelę Jarugę - Nowacką, która zginęła w zamachu rosyjsko-polskiem (putinowsko-tuskowym) 10 kwietnia 2010 roku.

 

 SKALA LUDOBÓSTWA NA NARODZIE POLSKIM W OKRESIE II WOJNY ŚWIATOWEJ JAK I PO USTANIU DZIAŁAŃ WOJENNYCH

 

W rzekomo wolnej Polsce jakoś żadna z władnych państwowych instytucji ,ani rządowy GUS, ani  usłużny komunistom  SGPiS , ani żaden ośrodek uniwersytecki ,a nawet IPN, nie zadały sobie trudu podjęcia próby weryfikacji oficjalnej liczby polskich strat osobowych czasu II Wojny Światowej,  obstając przy tej, którą każda peerelowska encyklopedia określa na 6 028 000 osób .

Dokładnej liczby nie tylko polskich obywateli, ale  rodowitych Polaków, którzy zginęli wskutek II Wojny Światowej  zarówno podczas, jak i w jej skutek, ale po niej,  nadal oficjalnie nie znamy.

 

ZWERYFIKOWAĆ SZEŚĆ MILIONÓW OFIAR II WOJNY ŚWIATOWEJ

 

Jak odnoszą się do tego kluczowego zagadnienia byli i obecni  peerelowcy agitatorzy o pezetperowskich czy „kwaśniewskich” tytułach naukowych ?

Np. Mateusz Gwiazdowski, który opublikował w styczniu 1947 r. dyrektywę Jakuba Bermana, nadzorującego Bolesława Bieruta. określającą liczbę strat obywateli polskich na 6 028 000 osób, tłumaczy, iż dyrektywa miała na celu ukrycie liczby Polaków, których zamordowali Sowieci, a także podwyższenie polskich strat, tak, aby zrównały się z żydowskimi, jak pokrętnie pisze o  micie sześciu milionach, modny ostatnio specjalista od kreciej roboty bolszewickiej  na polu „historii”-  Piotr Zychowicz "Telewizja Republika" , którego szefem jest red. Tomasz  Sakiewicz odznaczony medalem żydowskiej banderowskiej Ukrainy. Nikt nie wie, ilu polskich obywateli zginęło podczas II Wojny Światowej. Wiadome jest tylko jedno – na pewno nie 6 milionów.”

6 028 000 – to oficjalna liczba polskich strat osobowych, którą można było znaleźć w każdej peerelowskiej encyklopedii i książce poświęconej II Wojnie Światowej.

Z czasem liczba ta stała się jednym z fundamentów polityki historycznej komunistycznego państwa.

Miała dowodzić, jak bardzo naród polski ucierpiał pod jarzmem „hitlerowskiego okupanta", bez współistnienia zbrodni stalinowskich.

Nie zmieniło się to po 1989 roku…. Jedyna różnica sprowadza się do tego, że czasami liczbę tę opatruje się komentarzem, iż połowę spośród zabitych stanowili Żydzi. W PRL woleli o tym nie wspominać.

W wolnej Polsce nikt nie zadał sobie jednak trudu podjęcia próby weryfikacji tej liczby. Niewiele osób dociekało nawet, skąd się właściwie wzięła..

Wszystko bowiem wskazuje na to, że wymyślił ją zaraz po wojnie... Jakub Berman bolszewicki bandyta stojący nad Bolesławem Bierutem, jego polityczny przyjaciel, czemu zaprzecza Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego.

Jakub  Berman jest autorem Tajnego Referatu w którym rozkazuje likwidację Polaków, sprzeciwiających się władzy radzieckiej i niechętnym Żydom z NKWD.17 grudnia 1946 roku szef Biura Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów Jerzy Osiecki przedstawił  trudności statystyków i demografów dotyczące ustalenia liczby polskich obywateli zabitych podczas II Wojny Światowej..

Jakub Berman, pełniący wówczas funkcję podsekretarza stanu w Prezydium Rady Ministrów, rozwiał te wątpliwości w dość bezceremonialny sposób:

„Ustalić liczbę zabitych na 6 mln ludzi” – brzmiała dyrektywa komunistycznego dygnitarza. Ilu obywateli II Rzeczypospolitej zginęło więc podczas II Wojny Światowej? – Tego nikt nie wie.

Rzekomo także :  „liczba 6 milionów wzięta z sufitu. stała się symbolem polskiego cierpienia podczas wojny.

A ludzie nie lubią, gdy obala się takie symbole. Niestety do dziś obowiązuje stara zasada, że poziom patriotyzmu mierzy się podawaną liczbą zamordowanych.  Wg nich, informacja o  6-milionowych stratach, to zwykła bzdura, wymysł propagowany przez maniaków polskiej martyrologii, tak twierdzą wrogowie Polski, Polaków i polskości.

W sposób bezczelny twierdzą, iż w rzeczywistości straty były kilkakrotnie niższe. Duże znaczenie ma również aspekt emocjonalny, szczególnie charakterystyczny dla osób bezpośrednio dotkniętych prześladowaniami.

Dlatego też informacje o możliwym obniżeniu liczby 6 milionów wywołują opór w środowiskach kombatantów i ofiar okupacji.

I dalej Berman brnie w podjętym  poprawnie politycznie kierunku:

„Co się stanie, gdy się okaże, że liczba ofiar była w rzeczywistości znacznie mniejsza? Czy liczba strat rzeczywiście ulegnie pomniejszeniu czy też raczej wzrośnie? „

 

Bo rzekomo według Jakuba Bermana:

 

 "Dotychczasowe doświadczenia skłaniają do przypuszczenia, że sprawdzi się pierwszy scenariusz. Tak było bowiem z większością liczb podawanych zaraz po wojnie przez inne państwa.

Gdy zaczynała się naukowa weryfikacja, sporządzane na gorąco, pod wrażeniem wojennych wydarzeń lub do celów propagandowych, szacunki okazywały się przesadzone, na przykładzie liczby ofiar Auschwitz.

Przez wiele lat mówiono o 4 – 5 milionach ofiar tego obozu zagłady, z czego co najmniej milion mieli stanowić Polacy.

Ogłoszone w latach 90. wyniki ( „kreatywnych” ! - uwag własnych. autora) badań wykazały,  że ofiar było cztery razy mniej!!! - Według Bermana liczba samych zamordowanych i zmarłych w Auschwitz Polaków ,(których wg tychże mocno  „kreatywnych badań” w roli ofiar ostatnio Polaków, „zastępują ”  Żydzi) nie przekroczyła 150 tysięcy.” Te "fantastyczne fatasmasgorie" potwierdza stalinowska bierutowsko-bernanowska Zjednoczona Lewica, z Nowicką, Senyszyn,  Millierem, Ogórek, Cimiszewiczem, Borowskim i całą chmarą marksistowsko-lininowsko-stalinowskich kundli.

„Tak samo było z cywilnymi mieszkańcami stolicy, którzy zginęli podczas wojny. Choć zaraz po jej zakończeniu podawano rozmaite cyfry sięgające nawet 700 tysięcy ofiar ,to dziś tym „oświeconym”  wiadomo, że podczas powstania zginęło tylko około 150 tysięcy cywilów.

A skoro obóz w Auschwitz i powstanie pochłonęły 300 tysięcy polskich ofiar, to po dodaniu cywilów zabitych podczas kampanii 1939 roku (ok. 50 tys.) oraz poległych na wszystkich frontach polskich żołnierzy (ok. 120 tys.) liczba niemieckich ofiar nie przekroczy pół miliona. Do tego trzeba dodać bliżej nieznaną liczbę ofiar codziennego terroru okupanta”.

"Skala represji nie była aż tak wielka, jak mogłoby się wydawać. mówimy nie o milionach, ale o setkach tysięcy polskich ofiar”-  jak  bezczelnie twierdzą współczesne peerelowskie „autorytety naukowe” i ich adepci .

 

Za to bez żadnych naukowych podstaw i dowodów bolszewicką metodą często powtarzanego dla utrwalenia kłamstwa  twierdzą iż :

„niezależnie od opinii, historycy i demografowie zajmujący się liczeniem polskich strat podczas II Wojny Światowej co do jednego są zgodni.

Czeka ich żmudna i długotrwała praca, która i tak nie przyniesie jednoznacznej odpowiedzi. Ze względu na upływ czasu, a przede wszystkim skalę i metody ludobójstwa popełnionego na narodach Rzeczypospolitej, dokładnej liczby zamordowanych nie uda się zapewne ustalić nigdy”. Tyle przykładów ze współczesnej bolszewickiej agitacji.

Nie ma się czemu dziwić takiej  postawie oświeconych wieloletnią  kolaboracją współczesnych radzieckich „autorytetów  naukowych” od poprawiania historii do aktualnych wymogów politycznej poprawności.

Za taką usłużną postawę zarówno dyżurni „historycy” jak i demografowie GUS ,SGPiS czy funkcjonariusze sowieckiego PAN kalający własne gniazdo są  nagradzani za sprawą trwającego nadal układu zniewalającego Polskę  zarówno kasą, wygodnymi posadkami  jaki i tytułami naukowymi stale od 1945 roku po dziś dzień!

Prawda jest taka, że nikt z czynników rządowych, ani państwowych od przeszło 25 lat podobno  wolnej Polski, jakoś  nie jest zainteresowany ustaleniem , ilu faktycznie polskich obywateli, a szczególnie ilu rodowitych Polaków zginęło wskutek II Wojny Światowej  zarówno podczas jej trwania, jak i w jej skutku ,także po ustaniu działań wojennych wobec III Rzeszy.

Ilu Polaków zamordowali bolszewiccy najeźdźcy!

Rzekomo  nie ma to znaczenia ponieważ wg cytowanych na wstępie i im podobnych poziomem agitatorów:

"ostateczne wyniki badań nie będą miały większego znaczenia. Nieważne, czy się okaże, że Polska straciła 4,5 czy 7 albo nawet 8 milionów obywateli. Weryfikacja dotychczasowej liczby ofiar w niczym nie zmieni naszego osądu tamtych wydarzeń”.

Sądzić należy iż jednak zmieni się i to diametralnie! I  Nie tylko dlatego ,że :„tylko prawda jest ciekawa!”

A jej unikanie ,nie przypadkiem jest jednym z kluczowych priorytetów zarówno przez osobników szeroko pojmowanego układu rządzącego kliki PO - PSL, jak i służących mu w tym celu od początku PRL-u powyżej wymienionych, de facto nadal sowieckich instytucji.

Nie każdy też tak jak „polski” rząd III  RP i jego agendy ucieka przed podjęciem tego kluczowego tematu.

Charakterystyczny jest list otwarty, jaki wystosowała do śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego Wspólnota Ofiar Niemieckich wypędzeni :

„Jak długo trwać będzie powtarzanie nieprawdziwej, wymyślonej przez komunistów liczby 6 028 000 polskich ofiar zbrodni ludobójstwa z okresu II Wojny Światowej, skoro badania demograficzne (...) wskazują na ubytek liczby ludności polskiej w wysokości ca 11 600 000 osób?”.

I tu zbliżamy się do prawdy, Bo w rzeczywistości znaczne zbliżenie się  do tej prawdy, nawet obecnie ,wcale nie jest tak skomplikowane, jak to usiłuje się nam wmówić przez tuby propagandowe Platforma Obywatelska  III RP ze Zjednoczoną Lewicą, przygotowującą bolszewicki zamach stanu!!!

Postawą do przeprowadzenia prawidłowej  kalkulacji strat osobowych  Narodu Polskiego są tu spisy powszechne przeprowadzone w Polsce w 1921 r, 1931 r. i w PRL: niejawny w 1946 r. i powszechny także częściowo dotąd utajniony  z 1950 r ,a także powojenne spisy narodowościowe na obszarach R.P. zagarniętych przez Sowiety: Białoruskiej, Litewskiej i Ukraińskiej SRR.

 

 

 

 

 

HISTORIA ZATACZA KOŁO

 

 PIĄTA KOLUMNA U WRÓT NIEPODLEGŁOŚCI Z WANDĄ ODOLSKĄ, STEFANEM MARTYKĄ I EWĄ KOPACZ - W TLE  NOWACKA, SENYSZYN, MILLER, OGÓREK, KRZYWONOS, BORUSEWICZ, NIESIOŁOWSKI, CIMOSZEWICZ,  GERTYCH , BOROWSKI, ETC - WSPÓŁCZEŚNI  ATAMANI  STALINOWSKIEJ  WIERCHUSZKI.

 

 Po wkroczeniu Sowietów do Lwowa we wrześniu 1939 roku powstała gazeta "Czerwony Sztandar" zwykła t. zw. agitka wojskowa w randze dziennika, przez lwowian zwana machorką, ponieważ miała wiele stron, przeważnie z przemówieniami dygnitarzy komunistycznych i doskonale służyła na skręty z machorki kupowanej od sołdatów za kilka kopiejek.

W "Czerwonym Sztandarze" publikowali pisarze kolaboranci, a to: Aleksander Wat, Adam Ważyk, Leon Pasternak, Tadeusz Żeleński - Boy, Stanisław Jerzy Lec, Władysław Gomułka, Jerzy Borejsza Goldberg, Jacek Goldberg Różański- kat U.B, Julia Brystegierowa (Krwawa Luna) - kat NKWD w stopniu pułkownika NKWD, Czesław Miłosz, Władysław Broniewski, Hilary Minc, Edward Ochab, Jerzy Putrament i inni kolaboranci.

Tymczasem w Kujbyszewie i Moskwie na polecenie Józefa Stalina powstały przygotowania do kolejnej jaczejki bolszewickiej, mordowni NKWD we Lwowie. Polecenie od Stalina otrzymali politrucy najbardziej zaufani, pułkownik NWD Julia Brystygierowa zwana "Krwawą Luną" i Wanda Wasilewska.

Zasadnicza jaczejka bolszewicka miała za zadanie stworzenie pod szyldem literackim indoktrynację na modłę sowiecką przede wszystkim inteligencji i "pierekowkę dusz".

Stworzono więc wzorcową placówkę NKWD. Placówka otrzymała nazwę "Nowe Widnokręgi".

Redaktorem naczelnym "Nowych Widnokręgów" została Wanda Wasilewska, późniejsza przewodnicząca powołanego przez Józefa Stalina "Związku Patriotów Polskich".

Związek Patriotów Polskich (ZPP) – związek polityczny powołany 1 marca 1943 r. z inspiracji komunistów polskich w ZSRS w wyniku rozmów Wandy Wasilewskiej z Józefem Stalinem; prowadził działalność kulturalno - socjalną wobec ludności polskiej w ZSRS oraz przygotowywał warunki do przejęcia władzy przez komunistów w powojennej Polsce, podobnie jak obecnie "Zjednoczona Lewica" pod wodzą Barbary Nowackiej i Joanny Senyszyn.

Do współpracy nie przystąpił m.in. Władysław Broniewski, tłumacząc, iż on jest do pisania, a nie do przesłuchiwania i może z kolegami pójść na wódkę.

Według Jalu Kurka, Broniewski za tę wypowiedź został na krótko aresztowany.

"Nowe Widnokręgi" - początkowo miesięcznik, potem dwutygodnik społeczno - literacki, oficjalny organ komunistycznego Związku Pisarzy Radzieckich wydawany w okupowanym przez Związek Sowiecki Lwowie, później jako organ Związku Patriotów Polskich.

W katowni NKWD "Nowe Widnokręgi" wydawano również agitki literackie ukazujące się periodycznie.

Poza Wandą Wasilewską czołową rolę odgrywała w tym piśmie Julia Brystygierowa działające wspólnie i w porozumieniu z Józefem Stalinem.

 

Julia Brystygierowa (*Krwawa Luna") pułkownik NKWD urodzona w Stryju obok Lwowa miała już za sobą wieloletnią pracę przesłuchującej w różnych kaźniach stalinowskich na terenach Związku Sowieckiego, późniejszy oficer komunistycznej służby bezpieczeństwa w t. zw. Polsce Ludowej, wieloletni dyrektor Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego m.in. do spraw inwigilacji Kościoła katolickiego w Polsce.

To właśnie ona inwigilowała kard. Stefana Wyszyńskiego doprowadzając do jego aresztowania.

Prywatnie żona działacza syjonistycznego Natana Brystygiera.

Brystygierowa we Lwowie zorganizowała t. zw. Komitet Więźniów Politycznych i przy jego pomocy rozpoczęto liczne aresztowania głównie wśród duchownych i inteligencji.

Brała udział w walce z Kościołem Katolickim w Polsce.

Brystygierowa w "Nowych Widnokręgach" nadzorowała pierwszy etap śledztwa, osobiście katowała zatrzymanych, miała własne wyrafinowane metody znęcania się nad nimi.

Była określana jako zbrodnicze monstrum, przewyższające okrucieństwem hitlerowskie dozorczynie z niemieckich obozów zagłady.

„Wsławiła" się przesłuchiwaniem mężczyzn, wkładając im genitalia do szuflady, którą raptownie zatrzaskiwała.

Głównym ośrodkiem kolaboracji literackiej w czasie t. zw. pierwszej sowieckiej okupacji ( 1939 - 1941 ) był Lwów.

Do uprawiania literackiej prostytucji przyznał się Czesław Miłosz, a Wisława Szymborska?

Lokalizacja literackiej prostytucji nie ma tutaj znaczenia. Jak można się było tak zaprzedać?

Trudno bowiem inaczej nazwać fakt podpisania m.in. przez Wisławę Szymborską i Sławomira Mrożka haniebnej rezolucji 53 literatów w procesie kurii krakowskiej, dot. skazania księży katolickich na karę śmierci.

Jak należy nazwać deklarację podpisaną przez czternastu pisarzy, w tym Tadeusza Boya - Żeleńskiego, z 19 listopada 1939 roku, w której wyrażano radość z wydarzeń z 17 września 1939 roku, oraz przyłączenia Kresów  do Związku Sowieckiego.

Poza karierą kolaborantki pisarki Wandy Wasilewskiej, wiersze antypolskie, pro reżimowe pisało wielu. Zacytuję tylko niektóre z nich:

 

 PRAWDZIWA OJCZYZNA

 

 Dawno,

jeszcze byłam dzieckiem,

napisałam w szkolnym zeszycie,

na święto niepodległości:

"zamieniliśmy zabór niemiecki

na polski" - i siniał ze złości,

i grzmiał nauczyciel.

A potem,

kiedy knebel cenzury dławił gardła

kiedy policja w nocy budziła kolbami

kiedy Czechosłowacji,

Litwie,

pańska Polska wygrażała armatami |

i białowłosy prezydent

wyroki śmierci pisał

na polskich komunardów,

i pod faszyzmu zaborem

proletariat uciekał krwią

my

pełni dumy i wzgardy,

my pełni wściekłości i rozpaczy,

myśmy myśleli:

w naszej prawdziwej ojczyźnie -

inaczej

w ojczyźnie

gdzie sierp i młot

kiedy dla nas

tamta Polska

to Polska burżujów i drani,

oficerów, obszarników, policjantów,

kiedy dla nas Warszawa

to stolica krzywdy,

stolica terroru,

stolica bezprawia.

My o inną walczyliśmy Polskę,

inną w sercach kryli przed szpiclem,

dobrą jak matki spojrzenie,

wolną jak ptaków lot,

ojczyznę sprawiedliwą,

ojczyznę, w której - czerwień

i sierp

i młot.

 

                   Elżbieta Szemplińska

 

 (wiersz Elżbiety Szemplińskiej opublikowany 13 grudnia 1939 r. na łamach "Czerwonego Sztandaru" nr 67 ).

 

"Mniej znaną, ale nie mniej haniebną postacią wśród lwowskich kolaborantów była Elżbieta Szemplińska, przed wojną autorka powieści pisanych w podobnym stylu jak Wanda Wasilewska, ale też poetka.. i właśnie poezją powitała nowe porządki publikując w "Czerwonym Sztandarze" 13 grudnia 1939 roku jeden z najbardziej antypolskich wierszy w dziejach polskojęzycznej literatury pt. "Prawdziwa Ojczyzna".( Paweł Siejgierczyk - "Nasza Polska" nr 38 15.IX. 2008 r. ).

 

 Warto sięgnąć i do innych cytatów:

 

UMARŁ STALIN

Konstanty Ildefons Gałczyński

           

Do pół zwieszona flaga

flagę wiatr przedwiosenny targa

To nie wiatr, to szloch na wszystkich kontynentach i archipelagach.

Umarł Stalin.

Jakby nagły grad zboża pogiął

Jakby w biały dzień noc w okno.

Dzisiaj słońce jest żałobną chorągwią.

Umarł Stalin

Płaczą ludzie na ulicach. Ciężko.

Taki ciężar zwalił się na ręce.

Płaczą ludzie zwyczajni jak ziarno piasku.

A ci go kochali najgoręcej.

Krzyczy Wołga. Szlocha Sekwana.

Woła Dunaj. Jęczą rzeki chińskie.

Broczy Wisła jak otwarta rana.

Lamentują potoki gruzińskie.

Krzyczy Aragwa: Stalin! Chmury całego globu

wiatr zeszył w jedną chorągiew żałobną.

O, poeci, rozpowiadajcie

w każdej wiosce, w każdej krainie

ból nasz wielki po wielkim Stalinie.

Umarł Przyjaciel.

Cień padł na ziemię od tej śmierci,

od oceanu do oceanu,

od Gibraltaru do Uralu.

Ale niech wróg nie liczy na cień i nieszczęście,

ale niech wróg nie myśli, że przez ten cień przejdzie.

Nie pożywi się wróg na naszym bólu i żalu.

 

Konstanty Ildefons Gałczyński

 

 

 „CZERWONY SZTANDAR - Tadeusz Boy - Żeleński

 

 "... W wyborach radzieckich triumfuje przyjaźń narodów, która pod opiekuńczym skrzydłem władzy radzieckiej przestaje być snem i marzeniem - jest rzeczywistością".

 

 Stanisław Jerzy Lec:

 

 STALIN

 

...Którą poeci wyśpiewali,

ojczyzna, co to od Kamczatki

po szynach pędzi aż po San,

którą, jak mleka pełny dzban

podają dzieciom czułe matki

to Stalin

 

Leon Pasternak

 

KONSTYTUCJA

 

Towarzyszu Stalinie!

Wiersz dźwięczy twą sławą.

 

 

Jerzy Putrament / z "Czytanek dla klasy III szkoły początkowej" /

 

 

NASZA OJCZYZNA

 

 I wie każdy - od starca do dziecka -

że najbardziej potężna na świecie

jest ojczyzna nasza radziecka,

a my wierne jesteśmy jej dzieci.

 

 Wisława Szymborska

 

Zadebiutowała dość późno - w marcu 1945 roku, w pisemku redagowanym przez Jerzego Putramenta jeszcze przedwojennego agenta NKWD. Oto fragmenty jej wierszy gloryfikujących komunizm, PZPR i stalinizm:

 

 

 

 

 

Pod sztandarami rewolucji wzmocnić warty

Wzmocnić warty u wszystkich bram

Oto Partia ludzkości wzrok

Oto Partia siła ludów i sumienie

Nic nie pójdzie z jego życia w zapomnienie.

 

 WSTĘPUJĄCEMU DO PARTII

 

Pytania brzmią ostro

Ale tak właśnie trzeba

Bo wybrałeś życie komunisty

I przyszłość czeka

Twoich zwycięstw

Jeśli jak kamień w wodzie

Będzie twe czuwanie

Gdy oczy zamiast widzieć

Będą tylko patrzeć

Gdy wrząca miłość

W chłodne zmieni się sprzyjanie

Jeśli stopa przywyknie do drogi najgładszej

 

Partia. Należeć do niej

Z nią działać z nią marzyć

Z nią w planach nieulękłych

Z nią w trosce bezsennej

Wiesz mi to najpiękniejsze

Co się może zdarzyć

W czasie naszej młodości

Gwiazdy dwuramiennej

 

 O LENINIE

 

że w bój poprowadził krzywdzonych

nowego człowieczeństwa Adam.

 

NA ŚMIERĆ STALINA

 

Jaki ten dzień rozkaz przekazuje nam

Na sztandarach rewolucji profil czwarty?

Pod sztandarami rewolucji wzmocnić warty!

 

 

Prof. Jan Majda (Instytut Polonistyki UJ ) podaje:

 

 Czesław Miłosz

 

". paszkwilanckie oceny polskości Czesława Miłosza doprowadzały go nieraz do patologicznych stanów duchowych, kiedy marzył o totalnym zniszczeniu Polski ."

"Nad tym właśnie kawałkiem Europy ciąży przekleństwo, że nie ma żadnej rady i być może gdyby mi dano sposób wysadziłbym ten kraj w powietrze." ( Czesław Miłosz "Rodzinna Europa").

To zbrodnicze marzenie Miłosza - Jan Majda "Wisława Szymborska, Czesław Miłosz" 2002 .

Prof. Aleksander Fiut w książce "Moment wieczny", jak i prof. Bożena Chrząstowska cytują Milosza:

"Nie urodziłem się w Polsce, nie wychowałem się w Polsce nie mieszkam w Polsce, ale piszę po polsku, przyznaję, na polskość jestem alergiczny.

Miłoszowy spór z narodem, polskością, będzie nieustannie i na stałe wplątany w historyczne i literackie konteksty". Noblista, nie przyznający się do polskości, jako Litwin polskojęzyczny, drwiący również z polskiego katolicyzmu, Matkę Bożą

nazywając pogańską boginią, dla chichotu historii spoczął Na Skałce pośród tych których wydrwiwał".

 

 WANDA ODOLSKA I STEFAN MARTYKA

 

Poczet antypolskich patronów medialnych otwierają Wanda Odolska i "Fala 49" ze Stefanem Martyką.

Wanda Odolska obdarzona piszczącym, świdrującym na wylot głosem na falach bolszewickiego radia w Polsce od 1945 roku pouczała, podobnie do twórczości kolaboranckich poetów, jak należy kochać towarzysza Józefa Stalina i towarzysza Bolesława Bieruta.

Kto nie będzie kochał Biura Politycznego ze wszystkimi polsko-radzieckimi towarzyszami temu mogą obciąć to i owo.

Podobną deklarację o „obcięciu robotniczej ręki" złożył również w Poznaniu jej bezpośredni przełożony i mocodawca Józef Cyrankiewicz.

W tym okresie machina propagandowa nowej władzy stała w pierwszym szeregu walki politycznej. Wandzie Odolskiej towarzyszył ideowo Stefan Wacław Martyka, pełniąc wysokie funkcje w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

Martyka zasłynął prowadząc audycje radiowe znane jako "Fala 49". Pojawiała sie ona nieregularnie - przerywając inne programy - z reguły muzyczne. Jej zapowiedź stylizowana była na komunikat wojskowy:

"Tu fala 49, Fala 49, włączamy się". Audycja miała charakter polityczny i propagandowy. Tenże bolszewicki patron medialny wspólnie z Wandą Odolską uzasadniali w niej m.in. procesy polityczne wytaczane akowcom.

Piętnowali też imperializm Stanów Zjednoczonych i "zaplute karły reakcji". Marek Hłasko w "Pięknych dwudziestoletnich" opisywał Odolską i Martykę. Martykę określił jako bydlę, trzeciorzędnego aktorzynę.

Martyka w 1951 roku został zastrzelony w swoim mieszkaniu przez zbrojne podziemie antykomunistyczne (rozkaz wykonany konkretnie przez Ryszarda Cieślaka - żołnierza Szarych Szeregów).

Odolska zmarła pod koniec lat 60-tych. Pod rozgłośnię radiową na Malczewskiego w Warszawie podstawiono autokar dla chętnych w udziale w jej pogrzebie. Autokar odjechał pusty.

Antoni Słonimski mając na uwadze Józefa Cyrankiewicza jako przełożonego Wandy Odolskiej napisał w wierszu:

 

„o ty mój przełożony z lewej do prawej nogawki.".

 

Po 4 czerwca 1989 r. medialnie Polską zawładnął koncern Agora z "Gazetą Wyborczą" na czele.

Na fali poparcia dla "Solidarności" „Gazeta Wyborcza" zdobyła zaufanie wśród czytelników.

Polacy złaknieni prawdy dali się uwieść obietnicom redaktorów "Gazety Wyborczej" i masowo kupowali tę gazetę.

Nie przypuszczano, iż w Polsce nie istnieje alternatywa medialna. I tak minęło 25 lat, wyrosło pokolenie wychowane na "Gazecie Wyborczej".

Od początku powstania tej gazety funkcję redaktora naczelnego pełni Adam Michnik. Rodowód tego dziennikarza? Opisywany jest szeroko od lat niezbyt chlubnie, ale wyłącznie w Internecie.

Dlaczego? Adam Michnik należy do świętości narodowych, a świętości nie wolno szargać. Albo inaczej ; nic tak nie służy świętościom jak ich szarganie. Wytrwałym nie przeszkadzają nawet słynne inwokacje Michnika:

 

"odpieprzcie się od generała" lub "Kiszczak jest człowiekiem honoru".

 

Publikacje w "Gazecie Wyborczej" - "Patriotyzm jest jak rasizm” lub fałszowanie historii powszechnej np. o Obronie Lwowa w 1920 r. jakoś nie wzbudzają sprzeciwów.

Powodów jest wiele, albo czytelnicy wychowani na michnikowszczyźnie przyznają mu rację, albo edukacja jest marna, albo co dzielniejsi dziennikarze, nie serwilistyczni obawiają się procesów z wyrokami skazującymi, wydawanymi jak leci przez „niezawisłe sądy" III RP z Trybunałem Konstytucyjnym na czele.

 

I tu chciałoby się sparafrazować Manifest Komunistyczny Marksa i Engelsa: „Widmo krąży po Europie - widmo komunizmu", „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się!".

Wszak "Gazeta Wyborcza" spokrewniona jest ideologicznie z „Trybuną", spadkobierczynią "Trybuny Ludu". A smutne, że redaktor  „Trybuny" Leszek Żuliński, przyjaciel ideologiczny Adama Michnika okazał się kapusiem SB, czyli TW ksywa "Jan" "Literat".

 

I co i nic.

 

"Gazeta Wyborcza" jeszcze nic nie napisała na ten temat, widocznie to pomówienie, albo jakieś świstki z IPN, jak twierdził prymas Polski Józef Glemp.

Redaktor naczelny "Gazety Wyborczej", na której wychowało się przecież nie jedno pokolenie Polaków, posiada wiele twarzy i taką samą ilość życiorysów, aktualnie przydatnych. Oto jego wyznania:

 

"…należałem do komunistów w sześćdziesiątych latach. Uważałem, że komunistyczna Polska to moja Polska. Środowiskiem, z którego pochodzę jest liberalna żydokomuna.

Jest to żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami.

Być komunistą znaczyło wtedy coś więcej niż przynależność do partii, to oznaczało przynależność do pewnego języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności". / ("Powściągliwość i Praca" nr 6 1986 r.)

 

Rodzice Adama Michnika wywodzili się z nurtu działaczy komunistycznych Komunistycznej Partii Polski z programem: przyłączenia Polski do ZSRS, oderwania od Polski ziem wschodnich, oraz zrzeczenia się na rzecz „bratnich socjalistycznych Niemiec" Górnego Śląska i Pomorza.

Ojciec Adama Michnika Ozjasz Szechter był członkiem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, wypróbowanym agentem Moskwy w Polsce (H. Piecuch "Akcje specjalne" - Warszawa 1996 s. 76) i wchodził wraz z Brystygierową, Bermanem, Chajnem, Groszem, Kasmanem w skład wydzielonej komórki, bezpośrednio podporządkowanej Moskwie. Wnioskował przyłączenie Polski do ZSRR za co otrzymał wyrok 8 lat pozbawienia wolności.

Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy konsekwentnie dążyła do rozbicia Polski, oderwania wielkiej części jej ziem i przyłączenia do już zrusyfikowanej skrajnym sowieckim terrorem wschodniej Ukrainy.

Matka Adama Michika, Helena, zaangażowana komunistka sprzed wojny, po wojnie „wsławiła się" głównie dogmatycznymi podręcznikami, zalecającymi m.in. jak najskuteczniejszą walkę z religią katolicką.

Wpływ wychowawczy rodziców Adama Michnika nie ominął jego przyrodniego brata Stefana Michnika.

Należy on do grupy stalinowskich katów, jako członek jednej z grup sędziów odpowiedzialnych za mordercze wyroki.

M.in. wyrokował w t. zw. „sprawach tatarowskich". Wydawał wyroki śmierci na osoby w sfabrykowanych przez komunistów procesach działaczy niepodległościowych.

Wyroki śmierci w głośnych sprawach wysokich oficerów z grupy generała Tatara wcale nie były jedynymi wyrokami śmierci, które orzekł Stefan Michnik.

Tylko, że te inne wyroki - w sprawach oficerów podziemia niepodległościowego są dużo mniej znane.

Tak, jak zupełnie nie znany, podpisany przez Stefana Michnika wyrok śmierci na majora Karola Sęka.

Major Karol Sęk artylerzysta spod Radomia, przedwojenny oficer, potem oficer Narodowych Sił Zbrojnych, został stracony z wyroku sędziego Stefana Michnika w 1952 roku.

Tak, jak w przypadku kierowanego przez Stefana Michnika wykonania wyroku śmierci na wspaniałym polskim patriocie Andrzeju Czajkowskim, Cichociemnym, powstańcu warszawskim, zastępcy dowódcy połączonych baonów "Oaza-Ryś" na Mokotowie i Czerniakowie, odznaczonym za bohaterstwo w walce z Niemcami krzyżem Virtuti Militari.

Zamordowano go na Mokotowie 10 października 1953 roku pod nadzorem porucznika Stefana Michnika (Piotr Jakucki "Nasza Polska" 20 października 1994).

Wokół michnikowszczyzny rojno, same gwiazdy polskiego dziennikarstwa, a to Monika Olejnik, do której na kolanach bieżą politycy, aby nie utracić na wiarygodności, a to Katarzyna Kolenda - Zaleska, najdzielniejsza z najdzielniejszych w starciach z laptopem tego, jak mu tam Ziobry.

A to Grzegorz Miecugow, nowe wcielenie Stefana Martyki z niesławnym tatusiem Brunonem Miecugowem w tle (tatuś wsławił się m.in. podpisem rezolucji 53 wspólnie z Wisławą Szymborską i Sławomirem)..

Telewizja TVN z Justyną Pochanke, Kamilem Durczokiem, Bogdanem Rymanowskim, Jerzym Kraśko, wspomnianym Grzegorzem Miecugowem oraz z innymi serwilistycznymi mówcami elektronicznymi prześcigają się w poniżaniu Prezydenta Rzeczypospolitej prof. Lecha Kaczyńskiego i całego tego „bydła" z nim związanego.

Wiadomo, iż w Polsce istnieje cenzura wewnętrzna, cóż, jeszcze gorsza od zewnętrznej, natomiast wcale nie wiadomo czy w Polsce są jeszcze par excellence uczciwi, nie serwilistyczni dziennikarze, a jeżeli tak, to gdzie drukują i gadają poza np. "Polityką", TVN, czy innym Polsatem.

Sui generis do śmichu-chichu jest służalcza para, Hanna i Tomasz Lisowie, dziennikarze od grafomańskiej siódmej boleści, którzy w dodatku opłacani setkami tysięcy złotych kpią sobie publicznie z Polski i z nas wszystkich.

Tomasz Lis w telewizji publicznej prowadzi antypolski program, zapraszając do studia różne typy spod ciemnej gwiazdy, nie wyłączając ubeków,  Bogu ducha winną młodzież, nie wiedzącą w ogóle o co chodzi i bijącą brawo  Lisowi w wyuczonych epizodach programu.

To są ci sami młodziankowie, którzy nie tak dawno skandowali w telewizji : Donald Tusk, Donald Tusk, jeszcze mi brakowało Bieruta.

 

O Monice Olejnik słów kilka:

 

W czasie stanu wojennego, gdy szmaciani dziennikarze w mundurach wojskowych występowali w telewizji, gdy wygwizdywano niechlubnej pamięci Halinę Czerny-Stefańską w czasie jej koncertów, a aktorki warszawskie „robiły" za kelnerki, nie przeszkadzało to zupełnie Monice Olejnik wstąpić do radia, na mocy polecenia komisarza wojskowego, za którego decyzją stał jej ojciec, pułkownik, szef ważnej jednostki MSW.

Jak mi wiadomo, w owym czasie przyjmowano do mediów przede wszystkim ludzi bardzo zaufanych politycznie, lub dzieci osób cieszących się szczególnym zaufaniem władzy.

Weryfikacja ta była szczególnie ostra w odniesieniu do mediów elektronicznych - telewizji i radia.

W "Dzienniku" z dnia 3-4 marca 2007 w wywiadzie z Moniką Olejnik, dziennikarz Robert Mazurek zapytał o jej przyjęcie do pracy w radiowej "Trójce" w 1982 roku - "nie przeszkadzało ci to".

 

Olejnik odpowiedziała: "Nie". "Robiliśmy fantastyczne radio, było mnóstwo świetnych ludzi". Obsługiwała sama w radiu konferencje rzecznika rządu Jerzego Urbana, obracając się w gronie dziennikarzy obsługujących te konferencje.

Tak było.

 

 A jak jest.

 

 Niewątpliwie Monika Olejnik należy do tej grupy dziennikarzy, która czyni wszystko, aby zaszkodzić wizerunkowi Polski.

Jak inaczej nazwać jej program "Kropka nad i" w którym w sposób tendencyjny zachowuje się już przy doborze osób, tym którym sprzyja według  odpowiedniej listy i tych których władczo pragnie pognębić.

Swoim rozmówcom przerywa w momentach dla niej nie dogodnych, lub zmienia temat. To nie jest rzetelna robota dziennikarska, to jest służalcza robota antypolska m.in. prowadzona przeciwko Prezydentowi RP. prof. Lechowi Kaczyńskiemu i obecnemu prezydentowi Andrzejowi Dudzie.

Chętnie szafuje hasłami antypolskimi, w sposób bezwstydny i bezprzykładny, zatruwający dusze narodu.

Zaproszony do programu po raz następny TW Filozof (Józef Życiński ), nie był pytany o swoje związki z SB, lecz tak sformułowanym pytaniem - stwierdzeniem: " Polacy są antysemitami ?"

Życiński odpowiedział: -" wszyscy Polacy to antysemici".

Takie działanie jest niczym innym  jak armatą skierowana przeciwko Narodowi Polskiemu, „Piąta kolumna” "par excellence".

 

Powiem słowami Marka Hłaski z „Pięknych dwudziestoletnich": "bydło".

 

Bartoszewski to pierwszy polityk, który nazwał ośmiomilionowy  elektorat Polaków Prawa i Sprawiedliwości "bydłem".

Ten „autorytet" jest samozwańczym profesorem. Absolwent Gimnazjum im. św. Stanisława Kostki w Warszawie, gdzie w 1939 roku zdał maturę.

Nie posiada wyższego wykształcenia, nie może być przeto żadnym profesorem, podobnie jak Kwaśniewski "magister".

A to wstyd tak pleno titulo o sobie mówić i pisać. Jako credo polityczne obrał podobnie do Stefana Niesiołowskiego niewybredne obelgi, nasz „firmowy antypolski znak" za granicą.

2 marca 1995 roku maturzysta Władysław Bartoszewski został przedstawiony przez Wałęsę liderom koalicji SLD - PSL jako jeden z trzech kandydatów ( obok Andrzeja Ananicza i Andrzeja Olechowskiego) na ministra spraw zagranicznych.

Liderzy koalicji zaproponowali Bartoszewskiego, a Oleksy powiedział, że o tej kandydaturze myślał z prezydentem właściwie równolegle ( wywiad dla "Polityki" z 11 marca 1995 r. ).

 

W ten sposób postkomuniści uwiarygodnili swój rząd przyjmując do jego składu opozycjonistę.

W czasie sesji parlamentu niemieckiego Bartoszewski jako pierwszy przeprosił Niemców za wysiedlenie z Polski, w Izraelu kajał się w Knesecie za rzekomy „antysemityzm polskich ciemniaków".

Żywcem z miłoszowych antypolskich przesłań Bartoszewski powiedział dosłownie:

"Dzisiejsi studenci będą za dziesięć czy piętnaście lat posłami, ministrami, dyrektorami i oni będą określać życie polskie, a nie ta ciemnota na zapadłej prowincji, która opowiada jakieś głupstwa, a która dobrze czytać i pisać nie umie.

Ci nie będą odgrywać roli bezpośredniej w życiu politycznym, a studenci będą odgrywali tę rolę. Ja patrzę na to realistycznie".( cyt. Za T. Kosobudzki "MSZ od A do Z", Warszawa 1997 str. 36 ).

Bartoszewski w swej nienasyconej pogoni za dowodami uznania z zagranicy ( ordery, nagrody, etc. ) posunął się nawet do przyjęcia medalu upamiętniającego zasługi najgorszego niemieckiego polakożercy lat 20 XX wieku, ministra spraw zagranicznych Niemiec w latach 1923-1929 Gustawa Stresemanna.

Celem Stresemanna była głównie rewizja granic na niekorzyść Polski, której istnienie w formie z 1928 roku nie akceptował" (Joschka Fisher b. minister spraw zagranicznych Niemiec "Gazeta Wyborcza" z 6-7 maja 2000 roku).

Do tego pospolitego ruszenia należy zaliczyć m.in. Radosława Sikorskiego, Stefana Niesiołowskiego, Bronisława Komorowskiego, Julię Piterę, wyjątkowo oszczerczą kłótliwą babę, niespełnioną trzeciorzędną aktorkę, Zbigniewa Ćwiąkalskiego postkomunistycznego b. ministra potępiającego "ziobryzm" i nic innego nie robiącego, wraz z masonem, a tym samym oszustem kościelnym Andrzejem Zollem, pilnymi uczniami swojego profesora TW Kazimierza Buchały i profesora TW Tadeusza Hanauska kapusiów SB w UJ, antypolaka Bronisława Geremka, który powiedział w wywiadzie Annie Krall: "Polacy? Ja ich nienawidzę".

 

I o podobnej "miłości" do wszystkiego co polskie Kazimierza Kutza.

 

Polska znajduje się na niebezpiecznym zakręcie dziejowym. Teraz jest nam potrzebny "Cud nad Wisłą". Wszak Królowa Polski nigdy nas nie opuściła!

 

 IZBA BORUSEWICZA

 

Senat podjął decyzję w sprawie propozycji referendum zgłoszonej przez Andrzeja Dudę.

Wniosek prezydenta nie zyskał akceptacji większości senatorów.

Od ośmiu lat bowiem izba wyższa parlamentu kontrolowana jest przez Platformę Obywatelską, o od dziesięciu lat kieruje nią ten sam marszałek - Bogdan Borusewicz.

Czy wybory 25 października będą końcem dominacji jednej partii  i jednego człowieka  w Senacie?

Senat III RP jest dzieckiem "okrągłego stołu" i Magdalenki, gdzie powołanie drugiej izby parlamentu (nieistniejącej przecież od półwiecza) zaproponował Aleksander Kwaśniewski, wówczas młody minister sportu z PZPR.

Senat miał być dla komunistów "wentylem bezpieczeństwa" jako mniej ważna izba wybrana w wolnych wyborach - w przeciwieństwie do Sejmu, w którym miejsca ściśle podzielono w ramach kontraktu politycznego. Mimo to całkowite zwycięstwo opozycji (99 na 100 miejsc w Senacie) zaskoczyło przywódców PZPR, spośród których wielu ubiegało się o mandaty senatorskie.

Szybko jednak okazało się, że było to pyrrusowe zwycięstwo: w pierwszym Senacie zasiadło zaledwie kilku polityków z prawdziwego zdarzenia ( jak Jarosław i Lech Kaczyńscy, czy Zbigniew Romaszewski), a większość senatorów stanowili kompletni amatorzy, nieraz wybrani z powodu znanych nazwisk (jak Andrzej Wajda, Andrzej Szczypiorski, Gustaw Holoubek, Andrzej Szczepkowski), którymi łatwo manipulowali  doświadczeni przedstawiciele "solidarnościowej" lewicy (Andrzej Wielowieyski, Andrzej Celiński, Zofia Kuratowska, Karol Modzelewski).

Tak ukształtowany Senat  niewiele mógł zrobić dla budowy nowego państwa, toteż nic dziwnego, że większość zasiadających w nim osób już nigdy więcej nie uzyskała poparcia wyborców.

Następne kadencje wcale nie były lepsze, choć  w izbie wyższej zapanowała większa różnorodność partyjna i ideowa.

O rzeczywistej roli Senatu najlepiej świadczą nazwiska kolejnych marszałków: Andrzej Stelmachowski, August Chełchowski, Adam Struzik, Alicja Grześkowiak, Longin Pastusiak.

Żaden z nich nie był politykiem pierwszoplanowym, żaden nie należał do czołówki swojego ugrupowania. Dla Pastusiaka był to rodzaj politycznej emerytury przyznanej mu przez kierownictwo SLD, natomiast mało znanego Struzika wylansował kolega z okręgu płockiego, ówczesny prezes PSL Waldemar Pawlak, lecz naprawdę ważną postacią stał się jako marszałek Mazowsza.

Wybór Bogdana Borusewicza w 2005 roku był jednym z największych błędów braci Kaczyńskich.

Liczyli na to, że stary znajomy z gdańskiej opozycji będzie wspierał ich politykę, a szybko okazało się, że bliżej mu do Platformy - co nie dziwi, biorąc pod uwagę jego wcześniejszą karierę w Unii Wolności - i w kolejnych dwóch kadencjach już jako reprezentant zwycięskiej PO (obecnie jest jednym z wiceprzewodniczących tej partii).

Pod jego rządami doszło do radykalnej zmiany ordynacji senackiej: z 40 okręgów wielomandatowych (2,3 lub 4 mandaty) na 100 rekomendowanych.

Nie zmieniło to oblicza politycznego izby, w 2007 roku Platforma zdobyła 60 mandatów, a PiS - 39, zaś 4 lata później Platforma  - 63, a PiS 31. W praktyce zwycięstwo  PO w 2011 roku było większe, bo dwa mandaty zdobyło PSL, a tzw. senatorowie niezależni (Marek Borowski, Włodzimierz Cimoszewicz, Kazimierz Kutz) wygrali wybory dzięki cichemu poparciu Platformy.

W dobiegającej kadencji Senat zaledwie kilka razy miał szansę odegrać samodzielną rolę. Było to przede wszystkim  w momentach głosowań nad tzw. sprawami światopoglądowymi (konwencja antyprzemocowa, in vitro, wybór rzecznika praw obywatelskich), gdy okazało się, że w senackim klubie PO istnieje znaczne silniejsze skrzydło konserwatywne niż w Sejmie.

Ale nawet tych kilkunastu senatorów (z których zresztą kilku już opuściło Platformę) o bardziej prawicowych poglądach niż kierownictwo partii nie wystarczyło, by zablokować lewackie pomysły lansowane przez Ewę Kopacz.

Poza tym rola Senatu ogranicza się najczęściej do milczącego akceptowania ustaw sejmowych, co najwyżej - do ich poprawienia, gdy posłowie popełnią jakiś błąd lub partia rządząca nie zdoła przeforsować swego stanowiska w Sejmie.

Nic więc dziwnego, że do takiej roli przeznacza się polityków już nawet nie z drugiego, lecz z trzeciego szeregu (wyjątkiem jest Bogdan Klich, dla którego senacki fotel był rekompensatą po usunięciu ze stanowiska ministra obrony).

Albo "solidarnościowych" emerytów w rodzaju wicemarszałka Jana Wyrowińskiego, Jana Rulewskiego, Ireneusza Niewiarowskiego, Józefa Piniora czy samego Borusewicza.

Czy październikowe wybory odmienią oblicze izby wyższej parlamentu? Ordynacja pozostaje ta sama, lecz nastroje społeczne są zupełnie inne, co oznacza, że PiS mógłby uzyskać mandaty senatorskie w ponad połowie okręgów. Ale kto będzie się ubiegał o te mandaty?

Czy również będą to ci, którzy "nie załapali się na Sejm", czy jednak prawica potraktuje Senat poważniej i wystawi kandydatów solidnych i dobrze przygotowanych, godnych następców śp. Zbigniewa Romaszewskiego?

I czy nowy marszałek (być może zostanie nim obecny wicemarszałek z PiS Stanisław Karczewski) okaże się postacią większego formatu niż Borusewicz?

Osobną sprawą pozostaje miejsce Senatu w ustroju państwa. Jeżeli po wyborach pojawi się możliwość zasadniczej zmiany konstytucji, izba wyższa parlamentu powinna zyskać nowe uprawnienia, inne niż Sejm, np. w polityce zagranicznej (jak w USA).

Inny też powinien być sposób jej wyłaniania, choćby mianowanie części senatorow przez prezydenta, jak to było w II RP.

Bo dalsze istnienie Senatu jako partyjnej kopii Sejmu, w dodatku z niewielkimi uprawnieniami, po prostu nie ma sensu.

W Polsce zaroiło się ostatnio od recenzentów opozycji. Bardzo surowych recenzentów. Prorządowe media aż gotują się od narzekań, że nowy prezydent wywodzący się ze środowisk prawicowych sprzyja tylko „swoim”. Jak daleko może posunąć się psychiczna choroba propagandowa? Niestety, wydaje się, że to dopiero początek, bo panika w kręgach koalicji PO i PSL stanowi od kilku tygodni nieodłączny element przedwyborczej rzeczywistości.

Udana wizyta prezydenta w Niemczech i w USA, dobre przyjęcie Andrzeja Dudy przez Berlin oraz przychylne komentarze zachodniej prasy wzbudziły wręcz konwulsje u nadwornych propagandystów PO.

Telewizje głównego nurtu usłużnie donoszą, że odkryły „straszny błąd” Dudy, który w rozmowie z prezydentem Niemiec miał się „skarżyć” na Polskę?

Otóż w rozmowie z Andrzejem Dudą, Joachim Gauck miał chwalić Polskę za to, że od czasów komunizmu nasz kraj zmienił się radykalnie. Oczywiście na korzyść. Prezydent Duda potwierdził, ale zaznaczył, iż nie wszyscy Polacy uważają, że żyją w sprawiedliwym kraju.

No i zaczęła się histeria. Jak prezydent mógł? I to jeszcze w Niemczech…

Ano mógł. Bo demokratycznie wybrany prezydent może powiedzieć o obawach swoich rodaków. Przecież część z nich pragnie zmiany i dlatego zmieniła prezydenta, a zanosi się na to, że jesienią zmieni skład parlamentu i rząd.

Media tak zwanego głównego nurtu nadal robią papkę propagandową, która ma świadczyć o tym, że prawica zniszczy Polskę. PiS ma jednak rzeczywiste poparcie. Trudno będzie obrzydzić ludziom partię, która pragnie rzeczywistych zmian. I nie obiecuje gruszek na wierzbie tak, jak PO przez 8 ostatnich lat.

Chociaż słyszałem, że obecny rząd jest w stanie wyhodować nawet te gruszki i nie tylko. Aby utrzymać władzę. Desperacja może prowadzić do wielu interesujących odkryć.

Kto propagandą wojuje...

Współczesną Polskę kształtują osoby z t. zw. "Izby Borusewwicza" i prelegentki kolejowej Ewy Kopacz, Henryki Krzywonos, Stefana Niesiołowskiego, Andrzeja Borusewicza", Romana Gertycha, Marka Borowskiego - senatora "niezależnego" i innych aparatczyków PRL w tym syna esbeka na listach Platformy Obywatelskiej.

W tym poczcie znajduje się wiele osób, m.in. sygnatariuszy Sierpnia, jak Krzywonos.

Prelegentka kolejowa Ewa Kopacz, mająca w swojej kancelarii prezesa Rady Ministrów Michała Kamińskiego - agenta izraelskiego wywiadu, agentury izraelskiego Mosadu "Prism Groupe" zamiast dbać o Polskę, urządza rozmaite kampanie "wyborcze" mające na celu dyskredytację prezydenta Rzeczypospolitej Andrzeja Dudy.

Dołączają do tych koncertów nienawiści nie tylko czołowi działacze PO, ale i Krzywonos, znany nienawistnik Polski, Polaków i polskości, super bezczelny typ Stefan Niesiołowski, donosiciel do SB własnej narzeczonej i członków podziemnego "Ruchu" mającego unicestwić muzeum  Lenina w Poroninie.

 

Do tej akcji dołącza jeszcze postać "niezależnego" senatora Marka Borowskiego.

 

B. marszałek Sejmu Marek Borowski jest synem wysokiej rangi komunistycznego działacza o bardzo szkodliwej antypolskie] przeszłości. Jego ojciec Wiktor Borowski (właściwie Aron Berman, spokrewniony z Jakubem Bermanem) był w czasach II Rzeczypospolitej trzykrotnie skazywany na więzienie za działalność wymierzoną w interesy Polski.

Marek Borowski nienawidzi "Żołnierzy Wyklętych" nazywając ich publicznie bandytami i zbrodniarzami. W takt Borowskiemu podąża telewizja Super Stacja w osobie prezenterki z suteren Elizy Michalik nazywających Żołnierzy Wyklętych antysemitami.

Paradoksalnie, ponieważ w telewizji Republika, usiłującej kreować się na patriotyczną, z banderowskim odznaczeniem esbecji ukraińskiej redaktora naczelnego "Gazety Polskiej" i rzeczonej telewizji Tomasza Sakiewicza, prezentuje swoje "patriotyczne" spostrzeżenia dr Jerzy Targalski wybitny polski filosemita, nazywający Aleksandra Szumańskiego antysemitą.

Zagłębiając się dalej w tę "patriotyczną" dziennikarkę należy jeszcze wymienić red. telewizji "Republika" i "Gazety Polskiej" Katarzynę Gójską - Hejke, uważającą, iż Polacy na Ukrainie mają swoją drugą ojczyznę, Dawida Wildsteina napadającego w "GP" na osobę wielkiego polskiego pisarza Waldemara Łysiaka i niżej podpisanego Aleksandra Szumańskiego za ich poglądy antybanderowskie, wyliczających bestialskie zbrodnie ludobójstwa okrutnego(genocidum atrox) ponad 200 tysięcy Polaków dokonanego przez OUN - UPA.

Telewizja państwowa TVP i TVN oraz pokrewne stacje, do znudzenia w każdym programie podają nazwiska kandydatów PO na posłów i senatorów prześcigając się nawzajem w oczernianiu kandydatów PiS do ław poselskich, prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudę i jego obietnic wyborczych.

Do tego bajzelamtu dochodzi jeszcze "Zjednoczona Lewica" SLD z kreaturą publiczną, świńskim ryjem i penisem w stanie wzwodu Januszem Palikotem, teraz z siwą świńską bydlęcą brodą. W tym miejscu należy przypomnieć, iż jego ojciec był szmalcownikiem i antysemitą.

To wszystko może sie wydarzyć gdy 25 października 2015 roku do parlamentu RP wejdzie Zjednoczona Lewica z "premierem" Barbarą Nowacką i całą bandą komunistycznej Zjednoczonej Lewicy

 

APEL DO PREZESA TELEWIZJI PUBLICZNEJ PANA JACKA JURSKIEGO

 

Zapewne pragnie Pan zachować odrodzoną patriotycznie telewizję publiczna, w co nie wątpimy. Ten błąd z powołaniem na prezenterkę TVP - Info Magdaleny Ogórek lewicowej post komunistycznej kandydatki na prezydenta RP przez Zjednoczoną Lewicę - powinien Pan naprawić i odwołać ją z tego stanowiska w telewizji publicznej

jako osobę o poglądach komunistycznych, co już wykazała decyzją kandydatury na lewackiego prezydenta RP.

Taki pogląd wyraża wielu Polaków, koła Kresowian i Kombatanci - Osoby Represjonowane.

 

Szanowny Panie Prezesie,

niewłaściwa obsada personalna Telewizji Publicznej obniża jej wiarygodność, co niewątpliwie będzie skutkowało w wyborach samorządowych i parlamentarnych.

Oczekujemy odpowiedzi na naszym portalu - Niepoprawni.

                                                             

 

Opracował Aleksander Szumański , świadek historii - dziennikarz niezależny, korespondent światowej prasy polonijnej, akredytowany (USA) w Polsce w latach 2005 - 2012, ścigany i skazany na śmierć przez okupantów niemieckich.

Kombatant - Osoba Represjonowana - zaświadczenie o uprawnieniach Kombatantów i Osób Represjonowanych nr B 18668/KT3621

 

 

 

 

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

Paweł Sergiejczyk "Izba Borusewicza" "Nasza Polska" 1.IX. 2015

 

https://wzzw.wordpress.com/2010/07/06/krew-na-rekach-palikota/

 

 http://3obieg.pl/atak-zydowskiego-dziennikarza-gazety-polskiej-dawida-wildsteina-na-waldemara-lysiaka-cz-i (link is external)

 

http://aleksanderszumanski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1275&Itemid=2 (link is external)

 

 http://www.kongresprwdzplamrk.com/ArticleDetails.aspx?id=22927 (link is external)

 

 https://www.google.pl/?gws_rd=ssl#q=TZW+ewka+kurek (link is external)

 

 http://niepoprawni.pl/blog/aleszumm/aparatczycy-prl-i-syn-esbeka-na-listach-platformy-obywatelskiej

 

 http://www.fakt.pl/polityka/michal-kaminski-pracuje-dla-izraelskiej-firmy-wywiadowczej,artykuly,519691.html (link is external)

 

 http://senyszyn.blog.onet.pl/ (link is external)

 

 http://www.fronda.pl/a/szokujacy-wpis-poslanki-sld-senyszyn-duda-powinien-sie-powiesic,56867.html (link is external)

 

https://www.google.pl/?gws_rd=ssl#q=senyszyn+czy+pani+nosi+krzyzyk

 

 https://www.google.pl/?gws_rd=ssl#q=w+prl+ilu+polakow+zamordowano (link is external)

 

6/ CZERWONYM SYBIREM POWIAŁO

INŻYNIEROWIE DUSZ

O KUTASIE CZERWONYM NAJLEPIEJ STOJĄCYM RANO

 

Gdy w kilkanaście dni po napadzie Hitlera na Polskę powstała słynna "Sonderaktion Krakau" / 6 listopada 1939 roku / w czasie której aresztowano i w większości zadręczono i zamęczono w nazistowskim obozie koncentracyjnym profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechniki Krakowskiej, stało się oczywiste, iż wróg unicestwia intelektualną siłę narodu, aby pozbawić go jego przywództwa.

Niedługo po "Sonderaktion Krakau" hitlerowcy przy udziale ukraińskich nacjonalistów dowodzonych przez Banderę i Szuszkiewicza zorganizowali 4 lipca 1941 na stokach Wzgórz Wuleckich we Lwowie "Sonderaction Lemberg", gdzie stracono 45 profesorów lwowskich wyższych uczelni, a wśród nich pięciokrotnego premiera II RP prof. Kazimierza Bartla. Ci intelektualiści, którzy uniknęli śmierci z rąk zbrodniczego hitlerowsko-ukraińskiego batalionu SS-Galizien "Nachtigall" / Słowiki / byli wyszukiwani, aresztowani i ginęli z rąk siepaczy. Tak zginął mój ojciec Maurycy Marian Szumański docent medycyny na lwowskim Uniwersytecie im. Jana Kazimierza asystent profesora Adama Sołowija ginekologa, położnika i naukowca, najstarszego 82 letniego profesora straconego wraz ze swoim wnukiem 19 letnim Adamem Mięsowiczem na Wzgórzach Wuleckich.

Po 4 czerwca 1989 roku Tadeusz Mazowiecki ogłosił słynną "grubą kreskę", która praktycznie uniemożliwiła ściganie zbrodniarzy komunistycznych - "ludzi honoru" i ich tajnych współpracowników. Wobec takich decyzji, popartych dodatkowo brakiem dekomunizacji i lustracji elita intelektualna w Polsce przesiąknięta jest agenturą, np. dwudziestu pięciu tajnych współpracowników na UJ odkrytych przez dr Barbarę Nowak. Rektor Uniwersytetu Gdańskiego prof. Andrzej Ceynowa i prof. Józef Włodarski - dziekan wydziału filologiczno-historycznego gdańskiej uczelni współpracowali z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa. Obaj profesorowie byli organizatorami antylustracyjnego buntu na polskich uczelniach. Włodarski wraz z Ceynową inicjowali uchwalenie przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich stanowiska potępiającego lustrację na polskich uniwersytetach. Prof. Ceynowa jest twórcą tzw. " antylustracyjnego fortelu akademickiego" . Polega on na tym, że profesorowie objęci lustracją na własną prośbę będą przenoszeni na funkcję asystentów, którzy nie podlegają lustracji.

Jeden z najwybitniejszych polskich historyków prof. Andrzej Garlicki pracujący na wydziale historii Uniwersytetu Warszawskiego był tajnym współpracownikiem służb specjalnych PRL , zaś na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu z SB współpracowało co najmniej 25 naukowców. Inną sprawą jest lekceważenie istniejącego prawa wobec obowiązującej rzymskiej zasady prawnej - Dura lex sed lex / łac. twarde prawo, ale prawo / i ignorowanie prawa , niekiedy w sposób wulgarny, np. prof. Turlejski napisał na oświadczeniu lustracyjnym " całujcie mnie w dupę pajace" , czy prof. Bronisław Geremek nienawidzący Polaków i szkalujący nasz kraj poza jego granicami, lub samozwańczy "profesor" Władysław Bartoszewski nazywający ponad 8 milionowy elektorat PIS bydłem.

 

KTO DZISIAJ RZĄDZI DUSZAMI MLODYCH POLAKÓW?

 

Żelbetowa komunistka-stalinistka Wisława Szymborska hołubiona przez serwilistyczne media, jako sygnatariuszka znanej ohydnej rezolucji 53 krakowskich literatów potępiającej skazanych na śmierć księży w sfingowanym procesie tzw. "Kurii krakowskiej" w 1953 roku.

Czesław Miłosz nazywający akowców bandytami i pragnący przyłączenia Polski do Związku Sowieckiego, lub wysadzenia jej w powietrze, prezentowany w swojej twórczości przez Krzysztofa Kolbergera nad grobami ofiar katastrofy pod Smoleńskiem podążających z Panem Prezydentem RP Prof. Lechem Kaczyńskim do Katynia symbolu polskiej kaźni, Polski umęczonej, której tak nienawidził komunista-stalinista Czesław Miłosz.

24 kwietnia 2010 odbył się w Gdańsku pogrzeb Anny Walentynowicz. Pomimo obecności w Gdańsku nie przybył na uroczystości pogrzebowe marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, przysłał natomiast w dwie i pól godziny po ceremonii żałobnej swoich przedstawicieli z wieńcem żałobnym. Nie chodziło o to, że wieniec spóźniony przywieziony ukradkiem - po ceremonii pogrzebowej i położony "tak sobie", aby odnotować w protokole, ale dlaczego jego przedstawiciele nie uczestniczyli w pogrzebie i nie złożyli wieńca honorowo i uroczyście i jak ośmielili się przyjść pijani???!!!

Pijany przedstawiciel marszałka Bronisława Komorowskiego to Waldemar Strzałkowski - doradca Marszałka Sejmu, ul. Wiejska 4/6/6.

 

Któż włada dzisiaj polską kulturą w 20 lat po obaleniu komunizmu w Polsce.

 

Czyżby obaleniu?

 

Kto napełnia młode umysły pokarmem duchowym prozą i poezją?

 

Kim są ci "inżynierowie dusz"?

 

Za jakie działania należy uznać unicestwianie sił intelektualnych narodu poprzez fałsz i kłamstwo, hipokryzję i antypolonizm?

Naród tracący patriotyczne intelektualne przywództwo staje się zniewolony.

Okupanci nazistowscy i sowieccy mordowali elitę aby ujarzmić naród, a co teraz?

Teraz odbywa się mord intelektualny. Na łamach michnikowskiej "Gazety Wyborczej" Tomasz Żuradzki(etyk!), f i l o z o f  i  p o l i t o l o g, absolwent UJ i London School of Economics, przygotowujący doktorat z e t y k i publikuje tekst "Patriotyzm jest jak rasizm" /"GW" 20. 08. 07 wyd. online /.

Stwarza się nową okupację Polski. Obce narodowi siły wewnętrzne dążą, aby utracił on źródło swojej spoistości i przestał być wrażliwy na własną tożsamość ukształtowaną przez wiekowe dziedzictwo kulturowe i chrześcijańskie. Te same siły czynią przygotowania do zawładnięcia Kościołem od wewnątrz. Jakie owoce dała antypolonizmowi zagłada fizyczna mózgów narodu, a jakie wydaje "pranie mózgów"? To przecież to samo.

Kulturą polską na dzień dzisiejszy włada obca agentura. Wystarczy otworzyć portal "Onet" pod hasłem "Obecne władze Związku Literatów Polskich w aktach IPN".

Czy aby nie jest to jeden z powodów niszczenia IPN przez rządzącą PO. Czy nowa Rada IPN która powstanie w wyniku "nowelizacji" ustawy o IPN w miejsce dzisiejszego Kolegium powoła w swoje grono profesorów kapusiów? Oczywiście, że tak się stanie. Premier Tusk niezmiernie sprzyja ubekom i KGB.

Tak mu zapewne doradza szef jego doradców towarzysz ubek "Znak" Michał Boni, donoszący wcześniej na Tadeusza Mazowieckiego do swoich mocodawców moskiewskich. Tusk nigdy nie oświadczył publicznie, że zbrodnia katyńska jest ludobójstwem.

Tusk ściska się z wrogiem Polaków Władimirem Putinem, wylewa z nim krokodyle łzy nad ofiarami katastrofy pod Smoleńskiem, sprzyja powołaniu Putina na szefa komisji d/s zbadania katastrofy pod Smoleńskiem, przewodnictwem bez precedensu. Nie inicjuje powołania komisji międzynarodowej do zbadania tej tragedii. Słowem "Nasz człowiek w Warszawie" jak określił Tuska portal rosyjski gazieta.ru

 

A więc literaci.

 

Najpierw Zarząd Główny Związku Literatów Polskich podstawiając osobę niekompetentną, wbrew "Prawu o Stowarzyszeniach" powołuje "nowy" komunistyczny Krakowski Oddział Związku Literatów Polskich z niejakim Szczęsnym Wrońskim "komsomolcem", cenzorem związkowym jako prezesem, osobą "przywiezioną w teczce" przez prezesa Zarządu Głównego ZLP Marka Wawrzkiewicza.

Istniejący prawowity Krakowski Oddział ZLP działa równolegle z nielegalnym. Powstają więc dwa Krakowskie Oddziały ZLP, podobnie jak dzisiaj na Białorusi istnieją dwa związki Polaków.

Sytuacja w Krakowskim Oddziale ZLP trwa niezmiennie od maja 2005 roku.

A oto nazwiska osób zarządzających kulturą polską i krakowską wg stanu na dzień dzisiejszy tj.16 października 2010 roku:

 

- Marek Wawrzkiewicz - prezes Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich tajny współpracownik SB kryptonim "MW", wieloletni korespondent peerelowskiej "Trybuny Ludu" w Moskwie. Podstawa pozyskania na TW - dobrowolność i odpowiedzialność obywatelska. Teczka "MW" pozyskana z Wydziału III 1 Stołecznego Wydziału Spraw Wewnętrznych. Attache' kulturalny Ambasady PRL w Moskwie. Inicjator i współtwórca wraz z krakowską komunistką Anną Kajtochową i Aleksandrem Krawczukiem komunistycznym ministrem kultury rozbicia krakowskiego nie komunistycznego ZLP.

 

- Aleksander Krawczuk TW "wsławił się" skandalem - pochówkiem na zakopiańskim Cmentarzu Pęksowym Brzyzku 23 letniego kozaka jako Stanisława Ignacego Witkiewicza. Krawczuk nie chce zasiadać w ZLP z członkami nie komunistami.

 

- Jacek Kajtoch, v-ce prezes Zarządu Głównego ZLP. TW. Kryptonimy "Jacek", "Dywersja", nauczyciel akademicki Uniwersytetu Jagiellońskiego, wieloletni sekretarz POP PZPR w Polskiej Akademii Nauk w Krakowie, komunista ideowy, wieloletni v-ce prezes Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, oraz Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Osobisty przyjaciel znanych agentów SB: /prof. Tadeusza Hanauska, prof. Olgierda Terleckiego, prof. Kazimierza Buchały, prof. Franciszka Ziejki - wszyscy z UJ /. Wywodzi się ze śląskiej zgermanizowanej rodziny - imię i nazwisko rodowe Jacenty KAŃTOCH. Sam opowiada z dumą o swojej rodzinie, że nie służyli w wojsku polskim, lecz wyłącznie w wehrmachcie. Osobnik nieuczciwy / wychowawca młodzieży akademickiej /. Został usunięty z UJ za powtarzające się plagiaty. Wówczas zaangażowało go "Życie Literckie" - red. naczelny esbek Władysław Machejek, skąd został wyrzucony znowu za plagiaty dotyczące prac naukowych o twórczości Józefa Ignacego Kraszewskiego. V-ce prezes komunistycznego samozwańczego Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich z namaszczenia prezesa ZG ZLP TW Marka Wawrzkiewicza / kryptonim "MW" /. Powołujący niepoprawnych politycznie kolegów przed sąd koleżeński Krakowskiego Oddziału ZLP i Zarządu Głównego ZLP.

 

Jego syn Wojciech Kajtoch ukończył studia podyplomowe w Moskwie przed rozpadem Związku Sowieckiego. Osobisty przyjaciel wszystkich esbeków w ZG ZLP wymienionych niżej. Wraz z żoną Anną Kajtochową komunistką ideową dopomógł w rozbiciu nie komunistyczny KOZLP, za co otrzymał z Zarządu Głównego ZLP nagrodę w postaci sfinansowania mu wycieczki do Chin Ludowych.

 

Wraz z dyrektorem Wydziału Kultury Urzędu Miasta Krakowa Stanisławem Dziedzicem, dyrektorem Śródmiejskiego Ośrodka Kultury w Krakowie, Januszem Paluchem nie zlustrowanych z listy Wildsteina, podejrzanych o współpracę z SB, z żoną Anną Kajtochową i innymi organizuje nagłaśniane w internecie imprezy literackie w Krakowie, zapraszając na nie wszystkich wymienionych niżej przeze mnie agentów SB z Zarządu Głównego ZLP. Cenzor almanachów poetyckich w ZLP wraz z ostatnim cenzorem PRL Waldemarem Kanią. Współuczestnik sprzeciwu wraz ze Stanisławem Dziedzicem i Januszem Paluchem obchodów w Krakowie "Dni Katyńskich". Twierdzący, iż istnieją dowody, że zbrodni pod Katyniem dokonali hitlerowcy, a Hitler i Stalin byli mężami stanu.

 

Według Jacka Kajtocha ustalenia w Jałcie należały się Stalinowi za jego heroizm w czasie II wojny światowej.

Jacek Kajtoch wspólnie i w porozumieniu z prezesem Zarządu Głównego ZLP TW Markiem Wawrzkiewiczem, Anną Kajtochową i niejaką Lidią Żukowską wystosowali do nielojalnego politycznie członka Krakowskiego Oddziału ZLP pozew ,sygnowany przez rzecznika dyscyplinarnego powołanego przez Zarząd Główny ZLP, którego istotne fragmenty cytuję:

 

"w trybie & 50 Statutu wnoszę o orzeczenie przez Główny Sąd Koleżeński jako I instancja, że / tu imię i nazwisko / od kilku lat prowadzi działalność rażąco sprzeczną z etyką zawodową i obyczajami pisarskimi, polegającą na rozpowszechnianiu obraźliwych i nieprawdziwych faktów dotyczących pisarzy polskich, co stanowi rażące naruszenie postanowienia Statutu zagrożone karą usunięcia ze Związku Literatów Polskich o co wnoszę niniejszym pozwem.

 

Uzasadnienie:

.Związek Literatów Polskich strzeże godności, praw i obowiązków stanu pisarskiego, oraz dbając o swobody twórcze pisarzy i warunki uprawiania zawodu pisarskiego reprezentuje społeczność pisarską w kraju i za granicą. Działalność członka ZLP... polegająca na rozpowszechnianiu i publikacji artykułów, które obrażają pisarzy polskich, zarówno członków ZLP jak i innych w sposób rażący narusza godność pisarzy polskich. Pozwany publikuje w amerykańskiej prasie polonijnej, oraz w internecie oszczercze artykuły na temat wielu pisarzy polskich.

 

Jego publikacje roją się od jadowicie antysemickich tekstów.

 

W swoich publikacjach formułuje kłamliwe i oszczercze treści dotyczące Związku Literatów Polskich, jego władz i poszczególnych członków.

 

W załączeniu inkryminowane artykuły .

 

Podpis

 

Rzecznik dyscyplinarny ZG. ZLP

Stefan Jurkowski

 

Przeglądając karty opracowania Joanny Siedleckiej "Obława", / pisarki, dziennikarki i publicystki zajmującej się historią komunistycznego Związku Literatów Polskich, m.in. za prezesury Jarosława Iwaszkiewicza, pod nadzorem Jerzego Putramenta, jeszcze przedwojennego enkawudzisty / można przeczytać podobne wystąpienia władz związkowych do niewygodnych poglądowo członków Związku Literatów Polskich.

I tak SB skróciła życie Pawła Jasienicy, podstawiając mu esbecką żonę Ewę, Ireneusza Iredyńskiego wyrzucono podobnym pozwem jak wyżej ze Związku Literatów Polskich, wytaczając mu proces sądowy o rzekomy gwałt dokonany na Kalinie Jędrusik i skazując na wieloletnie więzienie zakończone śmiercią więzionego, a Jerzego Zawieyskiego najprościej wyrzucono przez okno poprzedzając czyn słynnym już hasłem " Pora skakać mości Zawieyski".

Pełniącą wówczas rolę dzisiejszego Jacka Kajtocha była Irena Krzywicka - pisarka, przyjaciółka Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

Obecnie w Zarządzie Głównym ZLP zasiadają wyłącznie tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa i Służb Specjalnych PRL, poza wymienionymi:

 

- Grzegorz Wiśniewski v-ce prezes TW Służb Wojskowych,

 

- Aleksander Nawrocki v-ce prezes TW Ministerstwo Spraw Wewnętrznych,

 

- Andrzej Zaniewski v-ce prezes TW pseudonim kryptonim - "Witold Orłowski",

 

- Wacław Sadkowski v-ce prezes TW pseudonim kryptonim "Olcha",

 

- Krzysztof Gąsiorowski v-ce prezes TW pseudonim kryptonim "KG",

 

- Leszek Żuliński v-ce prezes redaktor "Trybuny" pseudonimy kryptonimy "Jan" "Literat".

 

Wspomniany wyżej samozwańczy prezes Krakowskiego Oddziału ZLP Szczęsny Wroński protegowany przez esbecję związkową, po upublicznieniu agentury ZLP ustąpił, udzielając hipokrytycznego wywiadu krakowskiemu "Dziennikowi Polskiemu": "Poeta nie chce współpracować z byłymi agentami SB".

W tym miejscu należy wspomnieć o "popisowym" tekście "poetyckim" Szczęsnego Wrońskiego:

 

"O kutasie czerwonym najlepiej stojącym rano", wygłoszonym w Domu Kultury "Mydlniki" w czasie trwania tzw. " Bronowickiego Karnawału literackiego".

Kierownikiem " Domu Kultury "Mydlniki" jest Maciej Naglicki podający się za pisarza, poetę, dydaktyka i wychowawcę młodzieży. Jako organizator i prowadzący w tym dniu " Bronowicki Karnawał Literacki" dopuścił do prezentacji tego "wiersza" umieszczając go w redagowanym przez siebie almanachu poetyckim przy audytorium ponad 200 osób.

 

Aleksander Szumański dziennikarz niezależny

 

7/ ADAM MICHNIK CZCI TOWARZYSZA LENINA I TOWARZYSZKĘ RÓŻĘ LUKSEMBURG.

UNIWERSYTET PEDAGOGICZNY TYTUŁUJE ADAMA MICHNIKA HONOROWYM DOKTORATEM.

 

Uniwersytet Pedagogiczny im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie został powołany 11 maja 1946 roku jako Państwowa Wyższa Szkoła Pedagogiczna i podjął działalność dydaktyczną 25 października. Jest najstarszą uczelnią pedagogiczną tego typu w Polsce i konsekwentnie zajmuje pierwsze miejsce wśród uczelni pedagogicznych, tym bardziej, iż posiada w swoim godle Komisję Edukacji Narodowej. Należy w tym miejscu przypomnieć, iż Komisja Edukacji Narodowej ( KEN ) (pełna nazwa - Komisja nad Edukacją Młodzi Szlacheckiej Dozór Mająca ) - centralny organ władzy oświatowej powołany w Polsce przez Sejm Rozbiorowy 14 października 1773 roku na wniosek króla Stanisława Poniatowskiego, była pierwszym w Polsce ministerstwem oświaty publicznej i pierwszą tego typu instytucją w Europie.

Władze tej uczelni w listopadzie 2009 roku podjęły decyzję utytułowania Adama Michnika doktoratem honorowym. Liczne protesty przeciwko tej decyzji wskazują na głęboki żal społeczny i oburzenie spowodowane tym bezprecedensowym wydarzeniem, tym bardziej, iż owa decyzja została podjęta niezgodnie z wolą większości obecnych na posiedzeniu Rady Wydziału Humanistycznego uczelni.

 

WYSTĄPIENIE REKTORA PROF. MICHAŁA ŚLIWY.

 

Prof. Michał Śliwa rektor uczelni powiedział (cyt. z "GW"): "Protestującym odpowiem: gdyby nie Adam Michnik, to teraz zainteresowałyby się wami SB, a potem trafilibyście do aresztu" - mówi "Gazecie Wyborczej" rektor Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, inicjator przyznania doktoratu honorowego Adamowi Michnikowi.

 

ADAM MICHNIK HONOROWY DOKTORANT.

 

Postać redaktora naczelnego i założyciela "Gazety Wyborczej" jest powszechnie znana, oto niektóre istotne fragmenty jego publicznych wypowiedzi i zachowań:

 - " należałem do komunistów w sześćdziesiątych latach, uważałem, że komunistyczna Polska, to moja Polska. -Środowiskiem z którego pochodzę jest liberalną żydokomuną. Jest to komuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami. Być komunistą znaczyło wtedy coś więcej niż przynależność do partii, to oznaczało przynależność do pewnego języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności". („Powściągliwość i Praca” nr 6 z 1988 roku – pismo katolickie ).

- Rodzice Adama Michnika wywodzili się z nurtu działaczy komunistycznych Komunistycznej Partii Polski z programem przyłączenia Polski do ZSRS, oderwania od Polski ziem wschodnich, oraz zrzeczenia się na rzecz "bratnich socjalistycznych Niemiec" Górnego Śląska i Pomorza .

 

KOMUNISTYCZNA PARTIA ZACHODNIEJ UKRAINY.

 

Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy, KPZU – ukraiński oddział Komunistycznej Partii Polski, działała w województwach lwowskim, stanisławowskim, tarnopolskim i wołyńskim. Prekursorami późniejszej KPZU były grupy socjalistyczno – komunistyczne Borysławia, Drohobycza i Stryja. Partia powstała w październiku

1923 roku z przekształcenia Komunistycznej Partii Galicji Wschodniej. Opowiadała się za przyłączeniem południowo – wschodniej części Polski do ZSRS, podobnie jak Komunistyczna Partia Polski (KPP ). Czołowi przywódcy KPZU: m.in. Ostap Dłuski, Osyp Kriłyk, Roman Kuźma, Ozjasz Szechter . Organy prasowe: „Nasza Prawda”, „Ziemia i Wola”, „Walka Mas”, „Kultura”, „Trybuna Robotnicza”. Ozjasz Szechter – ojciec Adama Michnika w dwudziestoleciu międzywojennym aktywnie działał w ruchu komunistycznym.

We Lwowie był członkiem młodzieżowej bojówki komunistycznej i jednym z funkcyjnych działaczy nielegalnej Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Ozjasz Szechter był starym, wypróbowanym agentem Moskwy w Polsce. Wchodził wraz z Julią Brystygierową-pułkownikiem NKWD ( Krwawą Luną ), Bermanem, Chajnem, Groszem, Kasmanem i innymi w skład wydzielonej komórki, bezpośrednio podporządkowanej Moskwie.

Michnik w wywiadzie z Danielem Cohn Benditem stwierdził:

"Mój ojciec był bardzo znanym działaczem komunistycznej partii przed wojną, siedział osiem lat w więzieniu".

Po wojnie Ozjasz Szechter był członkiem kierownictwa Komitetu Organizacyjnego Żydów w Polsce. Według publikacji Instytutu Pamięci Narodowej brał udział w operacji szpiegowskiej NKWD przeciw Polsce pod kryptonimem „Koń trojański”.

Miał być za to aresztowany i skazany w t. zw. procesie łuckim w 1934 roku. Adam Michnik twierdzi, że nie jest to prawda i domagał się od IPN sprostowania informacji o działalności szpiegowskiej ojca, a wobec odmowy skierował sprawę do sądu domagając się przeprosin.

W rzeczywistości bowiem ojciec Adama Michnika został skazany nie za szpiegostwo, a za „próbę zmiany przemocą ustroju Państwa Polskiego”.

Ponieważ czyn ten był według ówczesnego prawa zagrożony wyższą karą niż szpiegostwo, warszawski sąd powództwo A. Michnika oddalił. Sąd Apelacyjny natomiast uchylił wyrok I instancji i nakazał stronie pozwanej (IPN) przeprosiny powoda – Michnika.

 Wyrok jest prawomocny. IPN zapowiedział kasację do Sądu Najwyższego. Polski historyk dr Piotr Gontarczyk w wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej” wyraził opinię:

„W moim przekonaniu Adamowi Michnikowi mogło chodzić nie tyle o ochronę dóbr osobistych, ile o sprawdzenie jak daleko może się posunąć w terroryzowaniu debaty publicznej i świata nauki za pomocą pozwów sądowych. Odnosiłem wrażenie, że za pomocą tej metody Michnik chciał ograniczyć możliwość badania niektórych tematów".

 

 MARZENIA ADAMA MICHNIKA.

 

Marzenie Adama Michnika to likwidacja Polski i stworzenie tworu państwowego o nazwie POL - UKR, lub UKR - POL powstałego z połączenia terytorialnego Ukrainy z Polską. ("Kurier Galicyjski" wrzesień 2009 r.)

 

LAUDACJA PROF.JANUSZA MAJCHERKA Z ANTYPOLSKIMI INSYNUACJAMI I OSZCZERSTWAMI.

 

Laudację uzasadniającą przyznanie honorowego doktoratu Adamowi Michnikowi wygłosił profesor Uniwersytetu Pedagogicznego, publicysta "GW" i "Tygodnika Powszechnego" Janusz Majcherek, autor jednego z najbardziej oszczerczych i napastliwych artykułów na temat dziejów Polski, chrześcijaństwa i rzekomych zbrodni Polaków dokonywanych na Żydach.( - "Ciemne karty polskiej historii", opublikowanego w "Tygodniku Powszechnym" - ks. Adam Boniecki redaktor naczelny tygodnika ).

Tekst ten stanowi prawdziwy zsyp różnorakich antypolskich i antykatolickich potwarzy, insynuacji i oszczerstw.

 

 

 

Jako laureat zaszczytnego odznaczenia Medalem Komisji Edukacji Narodowej wyrażam swój głęboki żal, iż polska uczelnia edukacyjna zlokalizowana w Stołecznym Królewskim Mieście Krakowie, mająca w swoim godle KOMISJĘ EDUKACJI NARODOWEJ – HISTORYCZNY SYMBOL POLSKIEJ WIEDZY I NAUKI nie zwróciła uwagi na nastroje społeczne skierowane przeciwko uhonorowaniu Adama Michnika doktoratem Uniwersytetu Pedagogicznego.

Czy uczelnia przy mniejszościowym poparciu jej władz posiadała przyzwolenie społeczne? Dlaczego nie zwrócono się do osób uhonorowanych tym samym godłem o opinię?

Dlaczego JM Rektor odpowiedział protestującym o areszcie i SB gdyby… etc. ( patrz wyżej ). Oczekuję odpowiedzi JM Rektora uczelni należnego PT czytelnikom „Głosu Polskiego” pisma Związku Narodowego Polskiego w Kanadzie.

 

ADAM MICHNIK - POLACY SĄ JAK KOŚCIÓŁ. RZYMSKO-KATOLICKI.

 

Według Adama Michnika Polacy są jak Kościół rzymsko-katolicki uczący zakłamania, obłudy, hipokryzji, konformizmu. https://www.youtube.com/watch?v=QlSsg7QkjrY

 

Wychodzący w Krakowie lewacki niskonakładowy miesięcznik "Kraków" w numerze świątecznym - grudzień 2009 zamieścił tekst Adama Michnika

"Miasto polskiego rozumu i rozumnego szaleństwa"

skierowany do JM Michała Śliwy rektora UP w Krakowie.

 Cytuję fragmenty: " to wielki zaszczyt odbierać doktorat honoris causa od krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, będąc nastolatkiem marzyłem o rewolucji - tak jak ją opisywali moi starsi przyjaciele Jacek Kuroń i Karol Modzelewski. Dwa nazwiska chciałbym tutaj przywołać":

 

"Prof. Marek Waldenberg pisał o Leninie. Towarzysz Włodzimierz Lenin był rewolucjonistą, który kochał wolność, ale miała to być wolność dla zwolenników rewolucji, dla przyjaciół rewolucji w leninowskim rozumieniu tego słowa. Nie była to wolność dla inaczej myślących. Towarzyszka Róża Luksemburg ( "Krwawa Róża" dopisek A.S.)  pisała: "wolność jest zawsze wolnością dla inaczej myślącego" - cytował Adam Michnik. "Niech nam dadzą spokój z Niepodległą Polską" - mówiła Róża Luksemburg. Być może rezultatem tego faktu była następna wielka praca prof. Marka Waldenberga - o Karolu Kautskym, którego Lenin nazywał (Juuszka)".

 (Karl Kautsky marksista, krytyk Kościoła ).

Róża Luksemburg była przedstawicielką lewego, rewolucyjnego skrzydła II Międzynarodówki. Z okresu rewolucji bolszewickiej pochodzi jej znany aforyzm: „Nie ma prawdziwego socjalizmu bez demokracji, tak jak nie ma prawdziwej demokracji bez socjalizmu”. Z drugiej strony – w miarę pozyskiwania większej ilości informacji na temat specyfiki sytuacji w Rosji podkreślała konieczność (z rewolucyjnego punktu widzenia) wprowadzenia przez bolszewików wielu „środków nadzwyczajnych” w celu obrony państwa robotniczego. Podkreślała, że niezależnie od rezultatów rewolucji 1917 roku Leninowi i jego partii należy się szacunek, gdyż jako pierwsi na świecie odważyli się wprowadzić w życie to, o czym do tej pory dyskutowano jedynie teoretycznie.

Kwestionowała polskie dążenia niepodległościowe uzasadniając ich irracjonalność racjami ekonomicznymi. Razem z Julianem Marchlewskim walczyła z tzw. „socjalpatriotyzmem” PPS i uważała, że poszczególne części Polski stopniowo ulegają „organicznemu wcieleniu” do mocarstw zaborczych.

 Następuje zrastanie się z nimi gospodarczo, społecznie i politycznie. Uważała, że produkcja Królestwa Polskiego na rynek wschodni nieodwracalnie łączy je z Rosją. W tym samym czasie broniła prawa do rozwoju kulturalnego społeczeństwa polskiego pod zaborami. W opublikowanej przez siebie broszurze „W obronie narodowości” wskazywała, że Polacy mają prawo do zachowania swojej tożsamości i języka, a prawdziwym przeciwnikiem tego nie jest społeczeństwo niemieckie, a jego kapitalistyczne elity, dla których nacjonalizm był sposobem tworzenia sztucznej identyfikacji społecznej.

Według Róży Luksemburg powstanie styczniowe zostało wywołane przez szlachtę polską, aby utrzymać pańszczyznę i stłumić rozwój burżuazji. Burżuazja natomiast była przeciw powstaniom, zaś chłopi są oddani carowi, a proletariat ulega organicznemu wcieleniu do proletariatu państw zaborczych. Róża Luksemburg była feministką i pacyfistką. Krytykowała I Wojnę Światową jako służącą interesom klasy kapitalistów.

Za niemieckie pieniądze miała wystawę w Warszawie na placu przed katedrą na warszawskiej Pradze. Ekspozycja wystawiła ją jako "orędowniczkę demokracji i obrończynię tolerancji.

 

KOMUNISTKA I AGENCI BEZPIEKI WYPROMUJĄ POLSKĘ

 

Komunistyczna działaczka Róża Luksemburg i byli agenci bezpieki Marcel Reich - Ranicki i Andrzej Szczypiorski znani ze swoich antypolskich fobii burzą stereotypy o naszym kraju w Niemczech.

Jako wzorcowych Polaków lansuje ich portal internetowy Porta Polonica, prezentujący pracę Ośrodka Dokumentacji Kultury i Historii Polaków w Niemczech. Polonia była oburzona.

 

TOWARZYSZ MAREK WALDENBERG.

 

Kim był Marek Waldenberg, wymaga to nieco szerszego omówienia. Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego z czasów PRL-u ma swoją niechlubną tradycję. Po wielkim luminarzu nauk prawniczych prof. Władysławie Wolterze kierownictwo katedry objął Kazimierz Buchała wysoko oceniany w archiwach Służby Bezpieczeństwa - tajny współpracownik ( TW ) o pseudonimie "Magister", promujący swoich ulubieńców Andrzeja Zolla i Zbigniewa Ćwiąkalskiego.

Wydaje się, iż dzisiejsza opiniotwórczość katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego, mająca niebagatelny wpływ na stosowanie prawa w Polsce i kształtowanie opinii publicznej, korporacyjność urzędującej palestry, wyrokowanie niepodległych sądów i Trybunału Konstytucyjnego, niekiedy budzące sprzeciw społeczny, ma swoje korzenie w zhańbieniu i zbezczeszczeniu Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w okresie PRL-u.

Oprócz Buchały, Zolla i Ćwiąkalskiego działali tam jeszcze w tym okresie Marek Waldenberg, kierujący katedrą Podstaw Marksizmu-Leninizmu, sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR, sekretarz Komitetu Uczelnianego PZPR, piszący prace naukowe o Leninie i m.in. o rzekomej wielkości zausznika Lenina Karla Kautskyego,

( pseud. "Juuszka") marksistowskiego sekciarza.

 

JULIAN POLAN - HARASHIN MORDERCA SĄDOWY AGENT SB.

 

Do pocztu bezprawników tego okresu dołączył prof. Julian Polan - Harashin

b. prokurator w Lublinie, ścigający tam żołnierzy AK i NSZ, skąd musiał uciekać, bo podziemie wydało na niego wyrok śmierci.

Prof. Julian Polan- Harashin, , jako wiceszef Sądu Wojskowego wydał kilkadziesiąt wyroków śmierci na żołnierzy AK i NSZ. Był podobnie jak Stefan Michnik najkrwawszym sędzią PRL-u i skorumpowanym łapówkarzem.

Jako dziekan studium zaocznego Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego wydał kilkaset "łapówkarskich" dyplomów magistrów praw.

Gdy jeden z dyplomowanych partyjnych i ubeckich "magistrów" skompromitował się swoją "prawniczą wiedzą" i sprawa nabrała rozgłosu prof. Julian Polan - Harashin podpalił dokumenty w dziekanacie Wydz. Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Otrzymał wyrok, lecz szybko został uwolniony i skrupulatnie donosił nadal, jako zięć metropolity krakowskiego Franciszka Macharskiego i agent SB, m.in. donosząc na Karola Wojtyłę i cały umęczony Kościół Powszechny. W tym ubeckim poczcie "bezprawników" Uniwersytetu Jagiellońskiego działał oficjalnie jako agent SB, prawnik kryminolog niedawno zmarły prof. Tadeusz Hanausek.

 

Aleksander Szumański "Głos Polski" Toronto

 

 

8/ AKCJA "WIDELEC" - PALKAMI PO JĄDRACH

SZPIEGOWSKA HISTORIA GRZEGOTRZA SCHETYNY

SZEF PO MIAŁ BLISKIE RELACJE Z SOWIECKIMI OFICERAMI – SZPIEGAMI – USTALIŁA KOMISJA WERYFIKACYJNA WSI!

 

SCHETYNA – KOMOROWSKI BIS

 

Trafiliśmy na ślad tajemniczej szpiegowskiej historii z szefem Platformy Obywatelskiej Grzegorzem Schetyną w roli głównej. Otóż działająca w latach 2006–2008 Komisja Weryfikacyjna Wojskowych Służb informacyjnych dotarła do dokumentów po byłej WSI, wskazujących, że Schetyna miał bliskie relacje z oficerami sowieckimi, których ta służba identyfikowała jako kadrowych oficerów GRU, czyli elitarnej szpiegowskiej jednostki – wynika z informacji „Warszawskiej Gazety” z dnia  04.02.2017 r.

Dokładnie z jednym, z którym „miał indywidualne kontakty”. Komisja, której działalność zakończył rząd Platformy Obywatelskiej, nie zdążyła zbadać tej sprawy. Była ona jednym z typowych przykładów niereagowania przez WSI na rosyjskie (sowieckie) zagrożenie. Ustalono bowiem, że WSI, poza sporządzeniem notatek, nic w tej sprawie nie zrobiło. Grzegorz Schetyna nie odpowiedział na przesłane przez nas pytania (publikujemy je na końcu tekstu).

 

 GRZEGORZ SCHETYNA – OSTATNIA NADZIEJA III RPO

 

 Grzegorz Schetyna (w lutym 2017 r. skończy 54 lata) to jeden z najbardziej wpływowych polskich polityków ostatnich lat. To on z Donaldem Tuskiem doprowadził Platformę Obywatelską do władzy. Ich drogi rozeszły się w 2009 r., gdy po wybuchu afery hazardowej Tusk bez chwili wahania poświęcił przyjaciela, aby ratować spadające notowania rządu i partii. Schetyna nie zniknął jednak z polityki. Jeszcze w trakcie rządów Tuska piastował stanowisko drugiej osoby w państwie – marszałka Sejmu (gdy Bronisław Komorowski został pełniącym obowiązki prezydenta po katastrofie smoleńskiej). Wspólnie z Komorowskim Schetyna próbował w 2011 r. zdobyć władzę i odsunąć Tuska. Pucz się jednak nie udał i zamiast zostać liderem koalicji PO–SLD–PSL Schetyna musiał udać się na zesłanie, czyli funkcję szefa Komisji Zagranicznej w Sejmie. Po odejściu Tuska do Brukseli wrócił do wielkiej polityki. Został najpierw szefem Ministerstwa Spraw Zagranicznych w rządzie Ewy Kopacz, aby po przegranych przez nią wyborach stać się niepodzielnym władcą w największej opozycyjnej partii, jaką jest Platforma Obywatelska. Po ostatniej kompromitacji szefa Nowoczesnej Ryszarda Petru z powodu wyjazdu na Sylwestra w towarzystwie atrakcyjnej koleżanki partyjnej (w grę wchodziły zarówno kwestie obyczajowe, jak i porzucenie protestu w Sejmie) i blamażu szefa KOD-u Mateusza Kijowskiego (prywatyzacja pieniędzy przeznaczonych na obronę demokracji), to właśnie Schetyna jest dziś najmocniejszym liderem opozycji.

 

 PYTANIA Z PRZESZŁOŚCI

 

 Schetyna do polityki trafił właśnie na początku lat 90. jako działacz antykomunistycznego Niezależnego Związku Studentów. Na niejasne aspekty jego biografii z lat 80. zwracał uwagę reżyser Grzegorz Braun.

To jedyny taki przewodniczący nielegalnej za komunistów organizacji Niezależnego Zrzeszenia Studentów, który został właścicielem Wojskowego Klubu Sportowego, a także współzałożycielem pierwszej prywatnej rozgłośni radiowej – pisał Braun w książce „Kto tu rządzi” (wyd. Bollinari Publishing House, 2015).

Braun przytoczył również historię z 1988 r., gdy Schetyna był przewodniczącym NZS na Uniwersytecie Wrocławskim. SB wysłała rutynowe zapytanie do kolegów z Opola, czy znajdował się on w ich zainteresowaniu operacyjnym i dostała odpowiedź negatywną. Była to odpowiedź nieprawdziwa. Szczątkowo zachowana dokumentacja Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, dzisiaj Uniwersytetu Opolskiego, zawiera doniesienie TW „Misia” z 1982 r. o tym, że niejaki Schetyna wozi jakąś bibułę między Opolem a Wrocławiem. Konsekwencją tego jest wówczas, w roku 1982 wysłanie zapytania przez funkcjonariusza opolskiego do biura w Warszawie, czy ów Schetyna figuruje w ewidencji. Funkcjonariusz ów sporządził parę dni później notatkę odręczną, zapewne zatem w jednym egzemplarzu. Notatkę, w której zamyka sprawę i zaznacza, że sprawdzono, że Grzegorz Schetyna nie robi niczego, co mogłoby motywować dalsze nim zainteresowanie ze strony służb. To bardzo ciekawe. Jest ciemna noc stanu wojennego, a tutaj bezpieka, mając kogoś, o którym wie, że wozi bibułę między dwoma miastami wojewódzkimi, postanawia w ogóle się nim nie interesować – dociekał Braun. A później doszło kłamstwo z 1988 r., gdy jeden wydział SB kłamał drugiemu na temat Schetyny.

Teraz dochodzimy do naszej historii, w której drogi Schetyny przecięły się z drogami oficerów WSI i GRU. W pierwszych solidarnościowych rządach Schetyna był w latach 1991–1992 wicewojewodą dolnośląskim. Odpowiadał m.in. za sprawy mienia przejmowanego od wycofującej się z Polski Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej (PGWAR). To był olbrzymi majątek. Schetyna wielokrotnie jeździł do Legnicy i spotykał się z gen. Wiktorem Dubyninem, szefem PGWAR. W Legnicy była oczywiście również komórka sowieckiego wywiadu wojskowego GRU, a jej oficerowie uczestniczyli w rozmowach z polskimi urzędnikami. Te rozmowy, jak się okazało, były monitorowane przez oficerów Wojskowych Służb Informacyjnych. Czasy były tak niepewne, że każdy już szpiegował każdego. Nawet WSI swoich niedawnych zwierzchników z GRU – tłumaczy „Warszawskiej Gazecie” oficer Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Jeden z oficerów GRU, inwigilowanych przez WSI Śląskiego Okręgu Wojskowego, dzwonił do Schetyny i miał z nim indywidualne kontakty. Oficerowie WSI zastanawiali się więc nad tym, czy Schetyna nie jest przedmiotem działań typowniczych (typowanie kandydatów do ewentualnego werbunku) ze strony GRU. W każdym razie któryś z oficerów GRU sporządził na ten temat notatkę, która później znalazła się w centrali. Sprawę zamknięto, chociaż było to wbrew regułom kontrwywiadu. Dzisiaj Grzegorz Schetyna nie chce odpowiadać na pytania dotyczące tamtego okresu. A szkoda.

 

 PYTANIA „WARSZAWSKIEJ GAZETY” DO GRZEGORZA SCHETYNY

 

 Czy w okresie gdy pełnił Pan funkcję wicewojewody wrocławskiego, w Pana kompetencjach znajdowała się sprawa kontaktów roboczych z przedstawicielami Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej (PGWAR) w Polsce?

 

 Czy prawdą jest, że prowadził Pan rozmowy robocze z przedstawicielami Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej w Polsce w sprawie przejęcia użytkowanego przez nią mienia (terenów i budynków)?

 

 Czy prawdą jest, że odbywały się one na terenie różnych rosyjskich jednostek wojskowych na Dolnym Śląsku?

 

 Czy sporządzał Pan notatki i sprawozdania z przebiegu tych rozmów i dokonywanych w ich trakcie ustaleń?

 

 Jak skomentuje Pan opinię NIK, że w wyniku ustaleń, jakie zapadały w trakcie tych rozmów, doszło do rażącej niedbałości o interesy polskiego Skarbu Państwa?

 

Proszę o komentarz do opinii mówiącej o tym, że to Pan osobiście odpowiada za podejmowane w województwie wrocławskim decyzje o przejmowaniu (dzierżawieniu) terenów i obiektów po Armii Radzieckiej podmiotom, których udziałowcami byli obywatele krajów b. ZSRR?

 

 Ile razy uczestniczył Pan w przyjęciach towarzyskich, jakie organizowali przedstawiciele Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej dla przedstawicieli polskiej administracji i oficerów WP?

 

 Czy prawdą jest, że nawiązał Pan przyjacielskie kontakty z gen. Wiktorem Dubyninem i gen. Leonidem Kowaliewem – dowódcami PGWAR, jak również z jej wieloma innymi wysokimi dowódcami?

 

 Czy prowadząc rozmowy z oficerami PGWAR, miał Pan świadomość, że wśród pańskich rozmówców są kadrowi oficerowie GRU – sowieckiego wywiadu wojskowego?

 

 Działająca w latach 2006–2008 Komisja Weryfikacyjna dotarła do dokumentów po byłej WSI, które wskazywały, że miał Pan zbyt bliskie relacje z oficerami sowieckimi, których ta służba identyfikowała jako kadrowych oficerów GRU. Proszę o komentarz do ustaleń Komisji Weryfikacyjnej.

 

 Zdaniem członków byłej Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI w okresie tych spotkań (z oficerami PGWAR) znalazł się Pan co najmniej raz w sytuacji wywiadowczej, w trakcie której usiłowano złożyć Panu propozycje współpracy. Czy poinformował Pan o tej sytuacji polskie organy bezpieczeństwa państwa (Urząd Ochrony Państwa, Wojskowe Służby Informacyjne)?

 

 Czy prawdą jest, że w trakcie rozmów z dowództwem PGWAR ze strony sowieckiej padały propozycje tworzenia wspólnych spółek joint venture, a także zgłaszane były inne kontrowersyjne pomysły?

 

 Czy po wycofaniu się jednostek PGWAR z Polski (ostatecznie miało to miejsce 17 września 1993 r.) utrzymywał Pan kontakty towarzyskie z jej byłymi oficerami?

 

AKCJA „WIDELEC”

WYMUSZALI ZEZNANIA BICIEM

ZA TĘ AKCJĘ SCHETYNA POWINIEN TRAFIĆ DO WIĘZIENIA

 

Bicie kluczami po jądrach, zmuszanie do przysiadów nago, do siadania na pałce policyjnej ustawionej na sztorc, gazowanie w zamkniętym samochodzie – tak według relacji uczestników wydarzeń działała policja, wymuszając przyznanie się do winy w czasie „Akcji Widelec”

Zorganizował ją w 2008 roku Grzegorz Schetyna, dziś entuzjasta KOD. Teraz w sprawie zapadła około setka wyroków uniewinniających. Reszta spośród 752 zatrzymanych wciąż na nie czeka.

– My musimy pokazać, że chcemy bronić naszej wolności, że nie pozwolimy nikomu jej zabrać – tak o manifestacjach Komitetu Obrony Demokracji mówił ostatnio Grzegorz Schetyna.

 

 MECENAS LENKIEWICZ: "TO BYŁA ZAPLANOWANA AKCJA"

 

Słowa te wypowiedział autor policyjnej akcji, która była najbardziej drastycznym pogwałceniem wolności przez władzę po 1989 r. Polegała ona na zatrzymaniu 752 kibiców Legii Warszawa. – Zatrzymani byli bici na komisariatach. W ten sposób zmuszano ich do przyznania się do winy – mówi mecenas Krzysztof Wąsowski, reprezentujący jednego z zatrzymanych w czasie „Akcji Widelec”. – Kibicom mówiono: przyznaj się, to cię wypuścimy. A jak nie, trafisz do aresztu – stwierdza adwokat Norbert Lenkiewicz.

 

Mec. Norbert Lenkiewicz bronił kibiców, którzy byli sądzeni w Sochaczewie. Przed tamtejszym sądem stanęło ich dwudziestu i wszystkich sąd uniewinnił. – Nie ma wątpliwości, że operację zaplanowano dużo wcześniej, bo na miejscu były oddziały prewencji z różnych stron Polski, nie tylko z Warszawy. Zarówno liczba funkcjonariuszy, jak i przede wszystkim pojazdów będących na miejscu, którymi wywożeni byli kibice, przygotowane były na tak olbrzymią liczbę zatrzymanych – mówi adwokat.

Z kolei Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia uniewinnił pod koniec września ub. r. kolejnych siedemnastu kibiców. Według adwokatów wyroków uniewinniających jest już około stu, jednak rzecznik Sądu Okręgowego w Warszawie nie potrafił nam podać dokładnej ich liczby.

 

 KŁAMSTWA MEDIÓW ITI

 

„Gazeta Wyborcza”, TVN i inne media koncernu ITI mówiły początkowo o akcji z 2 września 2008 r. entuzjastycznie. „Kilkuset pseudokibiców demolowało stolicę” – tak zatytułował swojego newsa na temat tych wydarzeń portal Onet.pl, który był wówczas własnością ITI, podobnie jak skonfliktowany z kibicami klub Legia Warszawa.

Wobec braku zdjęć z rzekomych awantur (których nie było) w TVN24 puszczano archwalne materiały z rozrób na stadionach. Jako komentatora TVN24 zaprosiła jednego ze swoich szefów, który, będąc stroną konfliktu, wystąpił jako sędzia we własnej sprawie. Wojciech Kostrzewa, prezes grupy ITI, dowodził: „Ci, dla których zadyma jest ważniejsza od meczu, z prawdziwą piłką nie mają wiele do czynienia”.

Symbolem akcji, pamiętanym do dziś, stał się widelec, który policja pokazała jako dowód agresywnych zamiarów kibiców. Prawdopodobnie był on pozostałością po jakimś pikniku, który odbywał się w miejscu, gdzie kibice zostali stłoczeni.

Prawda jednak była zupełnie inna. 2 września 2008 roku duża grupa kibiców Legii zmierzała w stronę stadionu Polonii, gdzie odbywały się derby Warszawy. Jak ustalił sąd w Sochaczewie na podstawie zarówno nagrań policyjnych, jak i monitoringu miejskiego, marsz był spokojny, a policja nie uznawała go za nielegalne zbiegowisko, bo nie nawoływała do rozejścia się. Dopiero pod stadionem kibiców otoczono.

Jak pisał po akcji ówczesny rzecznik stołecznej policji Marcin Szyndler, kibice mieli rzucać racami, kamieniami i próbować sforsować bramę stadionu. Sąd ustalił, że było inaczej.

– Materiał filmowy pokazuje, że w stronę stadionu Polonii poleciały trzy lub cztery race. Nie widać rzucania kamieniami, nie ma też próby sforsowania bramy stadionu. Przecież uczestnicy przemarszu byli od niej odseparowani przez policję – mówi mecenas Lenkiewicz.

Tych, którzy rzucali, ukarały później sądy, jednak rzucenie kilku rac stało się pretekstem do zatrzymania całego tłumu. Wśród otoczonych przez policję znaleźli się także przypadkowi przechodnie oraz niewidomi wychodzący z pobliskiej siedziby Polskiego Związku Niewidomych.

 

W efekcie 688 osobom prokuratura postawiła zarzuty „czynnego udziału w zbiegowisku, którego celem jest gwałtowny zamach na osobę lub mienie” (pozostali kibice byli nieletni).

Mec. Lenkiewicz nie ma wątpliwości, że zarzuty prokuratury były kuriozalne. – Klub Polonia Warszawa ogłaszał, że przed meczem będzie można kupić bilety. Ci ludzie, a przynajmniej przeważająca większość z nich, szli zwyczajnie na mecz. Żadnych przestępstw nie zamierzali popełniać.

 

POLICYJNY WYWIADOWCA: „ZEZNANIA WYMUSZANE BYŁY BICIEM”

 

 Zanim jednak doszło do postawienia zarzutów, rozegrały się sceny mrożące krew w żyłach, do jakich nie doszło nigdy w historii III RP.

Najbardziej wstrząsające relacje zamieścił dziennik „Polska The Times”. Redakcja dziennika zebrała kilkanaście relacji o biciu w komisariatach kluczami po jądrach i pałkami po całym ciele, zmuszaniu do robienia pompek i przysiadów nago, pozbawiania snu, picia i jedzenia.

„Dostałam pałką, a kilku dosłownie przebiegło po mnie. »Na ziemię, kur…!«, krzyczeli” – opowiadała roztrzęsiona Agnieszka, 20-letnia studentka polonistyki. „Kopali nas i bili po twarzach, rzucali bluzgi. Mówili, że wreszcie się do nas dobrali” – relacjonował 23-letni student Kamil.

Pawła z Ożarowa, studenta technologii żywności w SGGW, przesłuchiwano w komisariacie przy ul. Raginisa.

„Policjant kazał mi zdjąć spodenki i majtki. Musiałem nago robić przysiady. Wyzywał mnie od spaślaków. Każdy, kto wszedł na przesłuchanie, dostawał otwartą dłonią w twarz, zanim jeszcze cokolwiek powiedział. Na krześle stawiali pałkę na sztorc i kazali mi na niej siadać. Podpisałem oświadczenie, bo jeden policjant powiedział, że za godzinę może mnie tu już nie być. A tak trafię na trzy miesiące do aresztu”.

Potwierdzały to wypowiedzi funkcjonariuszy policji, do których dotarli dziennikarze „Polski The Times”. „Szef powiedział mi wprost: masz wszystkich zmusić, by podpisali przyznanie się do winy. Wciskałem więc tym dzieciakom kit, że je zamkniemy, jeśli nie podpiszą oświadczenia. Gdy nie skutkowało, koledzy z kryminalnego brali delikwenta do siebie i tam bicie było” – mówił dziennikarzom tej gazety wywiadowca z jednej z komend w Warszawie.

„Sama nie wiedziałam, jak się zachować” – opowiadała policjantka spod Warszawy. „Komendant powiedział, że przywożą kiboli po zamieszkach, a do mnie na przesłuchania trafiły jakieś spokojne dzieci. Nie potrafiłam zmusić ich do podpisania tych oświadczeń. Ale zarzuty i tak prokurator kazał postawić”.

 

 SĘDZIA JOHANN: „ORGANIZATOR TEJ AKCJI JEST PRZESTĘPCĄ”

 

Dziennikarze ustalili też, że policja nazwała swoją akcję slangiem zaczerpniętym z języka niemieckich nazistów: „Ostateczne rozwiązanie kwestii kibiców Legii”.

– Wśród zatrzymanych byli zarówno pracownicy najemni, jak i przedsiębiorcy, a nawet pracownicy administracji państwowej wyższego szczebla. Był wśród nich pracownik klubu Legia Warszawa, trafił się nawet jeden cudzoziemiec – mówi mec. Lenkiewicz. My ustaliliśmy, że były wśród nich także dzieci byłego działacza PO oraz asystent jednego z obecnych ministrów. Prokuratura wszystkich ich uznała za przestępców.

Wiesław Johann, były sędzia Trybunału Stanu, mówi: – Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wszystko było znacznie wcześniej zaplanowane i przygotowane. Odpowiedzialnością za te wydarzenia powinno się przede wszystkim obciążyć osobę, która podejmowała decyzje i wydawała rozkazy. To, co 2 września 2008 r. zrobiła policja, jest przestępstwem ściganym przez polskie prawo karne.

Radca prawny Jacek Bąbka, prezes Fundacji Badań nad Prawem, komentuje: – „Ta akcja była nieprawdopodobnym, niebywałym naruszeniem praw człowieka i podstawowych wolności.

Władza postanowiła budować swoją popularność na walce z urojoną przestępczością. Aż ciśnie się na usta pytanie: gdzie byli wówczas obrońcy demokracji”?

 

JAK WSADZIĆ SCHETYNĘ DO WIĘZIENIA?

 

 Zdaniem mecenasa Bąbki, mieliśmy do czynienia m.in. z przestępstwem nadużycia władzy czy złamaniem art. 231 Kodeksu karnego. Ale, jak podkreśla Bąbka, doprowadzenie do tego, by Grzegorz Schetyna poniósł odpowiedzialność karną za swoje czyny, nie jest łatwe, bo trzeba by mu udowodnić sprawstwo kierownicze.

Jakie są dowody i poszlaki na kierownicze sprawstwo Schetyny?

Niemal zaraz po akcji zwołał on konferencję prasową, na której apelował o wspólną walkę z chuligaństwem. Na tej samej konferencji minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski zapowiedział, że będzie namawiał prokuratorów do twardej postawy wobec chuliganów.

Potem, gdy niektóre media zaczęły ujawniać prawdę o przebiegu wydarzeń, obaj ministrowie przycichli. Jednak rolę Schetyny w akcji potwierdził 30 czerwca 2010 r. w czasie konwencji PO Donald Tusk. „Kiedy trzeba było poskromić po raz pierwszy, z użyciem policji chuliganów na ulicach Warszawy – tę decyzję podjął, jak pamiętacie, Grzegorz Schetyna – co zrobił PiS i jego szef? Stanął w obronie chuliganów przeciwko policji” – mówił.

Grzegorz Schetyna nie odbierał telefonów od nas, nie zareagował też na SMS z prośbą o ustosunkowanie się do najnowszych wyroków sądów.

 

MINISTER BŁASZCZAK: CELEM BYŁ MARKETING POLITYCZNY

 

Mariusz Błaszczak, obecny minister spraw wewnętrznych, należał do posłów, którzy w 2008 roku interweniowali w obronie kibiców.

– „Działania policji nie miały uzasadnienia, została ona wykorzystana do celów marketingu politycznego przez ministra Grzegorza Schetynę. W absolutnie skandaliczny sposób potraktowano niewinnych ludzi, co teraz orzekł sąd,  – mówi „Gazecie Polskiej. –Oczekuję od rzecznika praw obywatelskich, by podjął działania w związku z tymi wyrokami” – dodaje.

„Bohaterowie” „Akcji Widelec” nadal pracują w policji, wielu z nich awansowało. Inspektor Piotr Owsiewski, który według naszych informatorów dowodził akcją, jest dziś zastępcą komendanta stołecznego Policji.

Chcieliśmy go zapytać o jego odpowiedzialność za tamte wydarzenia. Sekretarka po rozmowie z Owsiewskim poinformowała nas: – Pan komendant nie będzie udzielał informacji w tej sprawie.

„Akcję Widelec” chwalił wówczas rzecznik stołecznej policji Marcin Szyndler. Dziś jest p.o. rzecznika Komendy Głównej Policji. Gdy usłyszał, że pytamy o „Akcję Widelec”, postanowił skierować nas do swojego kolegi, rzecznika Mariusza Sokołowskiego, któremu kibice wysyłali później widelce pocztą.

Gdy przypomnieliśmy mu jego własne słowa, powiedział, że ustosunkuje się do sprawy po zapoznaniu się ze szczegółami dotyczącymi wyroków.

Co oprócz „marketingu politycznego” mogło kierować Schetyną? W 2008 r. klub Legia Warszawa był skrajnie skonfliktowany ze swoimi kibicami. Jego właścicielem był koncern ITI, będący jednocześnie właścicielem telewizji TVN. Zażyłość Schetyny z Walterem nie była tajemnicą, media komentowały ich bliskie relacje przy okazji meczu gwiazd TVN.

Co na policyjnej akcji mógł zyskać koncern ITI? Po pierwsze, dzięki zakazowi stadionowemu, wydanemu tak dużej liczbie kibiców, mniej gardeł wykrzykujących na meczu hasła atakujące bossa ITI. Po drugie, ITI zainteresowany był stworzeniem przychylnego klimatu dla nowej ustawy o bezpieczeństwie na imprezach masowych, pozwalającej skuteczniej represjonować kibiców. Jak pisaliśmy, jej nieformalnym współautorem był Stefan Dziewulski.

Dziewulski niegdyś odpowiadał w Legii za bezpieczeństwo na stadionie. Wcześniej pracował w policji, później w sztabie Euro 2012.

 

„GAZETA WYBORCZA” PRZYZNAJE: „TO BYŁ MONSTRUALNY BEZSENS”

 

 Michał Szadkowski i Andrzej Olejniczak z „Gazety Wyborczej” pisali 4 września

2008 r. o „udanej akcji warszawskiej policji, która sprawnie spacyfikowała kiboli Legii”. „741 spacyfikowanych kiboli Legii to tylko promyk nadziei. Sukces policji szybko może zamienić się w klęskę, jeśli bandyci unikną kary” – sugerowali.

Siedem lat później, 3 września 2015 r., Piotr Machajski z tej samej „GW” pisał już o akcji w zupełnie innym duchu, nazywając ją „monstrualnym bezsensem” i stwierdzając, iż „w aktach nie ma ani jednego dowodu (poza protokołem zatrzymania), który wskazywałby, że ktoś rzeczywiście brał czynny udział w zbiegowisku”.

Opisał on, jak sprawą akcji Schetyny musiały zajmować się sądy: „Sprawy tak bezsensownie monstrualnej jeszcze w stołecznym sądzie nie było. Prokuratura nie mogła oskarżyć 688 kibiców w jednym procesie, bo nie dałoby się go prowadzić. Podzieliła więc oskarżonych na 10-, 20-osobowe grupy. Takich aktów oskarżenia, różniących się jedynie nazwiskami, prokuratura wysłała do sądu kilkadziesiąt. Do każdego dołączyła zeznania świadków, przede wszystkim policjantów. Było ich blisko 650. Do każdego z aktów oskarżenia prokurator dołączył dokumenty dotyczące wszystkich zatrzymanych. Akta liczyły więc po 115 tomów”. Potem sędziowie „uznali, że w przypadku większości zatrzymanych w ogóle nie doszło do przestępstwa. Zaczęli masowo umarzać sprawy. Prokurator się odwołał, sąd wyższej instancji przyznał mu rację”.

W efekcie ze względu na „ekonomikę procesową” sprawy, których nie były w stanie przeprowadzić warszawskie sądy, zaczęły trafiać do innych miast: Pabianic, Ostrowi Mazowieckiej, Zambrowa, Sochaczewa, Grójca, Skarżyska-Kamiennej, Radomia, a nawet Katowic czy Poznania. Większość nie zakończyła się do dzisiaj.

 

DZIAŁACZE ANTYRASISTOWSCY POTĘPILI „AKCJĘ WIDELEC”

 

Także na łamach „Gazety Wyborczej” po latach, 20 listopada 2015 r., „Akcję Widelec” potępili działacze antyrasistowscy, wskazując, że bezsensowne działania policji przyczyniły się do radykalizacji nastrojów politycznych wśród kibiców. „Pochód kibiców Legii zakończył się gigantyczną policyjną łapanką na ponad 700 osób (…), jeśli ktoś próbował uciec, spędził potem noc w ubraniu przesiąkniętym gazem pieprzowym. Brali wszystkich, jak leci, nastolatków, dziewczyny. Ludzie nie mieścili się w celach. To odpowiedzialność zbiorowa” – mówili o akcji, którą chwalili się Tusk, Schetyna i Ćwiąkalski.

 

 Dokumenty, źródła, cytaty:

 

 http://niezalezna.pl/

 

 Piotr Lisiewicz  „Gazeta Polska” – współpraca Natalia Kozłowska, http://niezalezna.pl

 

 Łukasz Pawełek „Warszawska Gazeta” 04.02.2017

 

 http://warszawskagazeta.pl/polityka/item/4539-tylko-u-nas-szef-po-mial-na-poczatku-lat-90-bliskie-relacje-z-sowieckimi-oficerami-identyfikowanymi-jako-szpiedzy-ustalila-komisja-weryfikacyjna-wsi

 

9 WSTRZĄSAJĄCY ŻYCIORYS OJCA ALEKSANDRA KWAŚNIEWSKIEGO

 

Wstrząsający życiorys ojca Aleksandra Kwaśniewskiego. “W NKWD torturował, bił, słuchał krzyków męczonych ludzi…” Czytelniku, podaj dalej!

Ojciec Aleksandra Kwaśniewskiego był Żydem rosyjskim w stopniu pułkownika NKWD, „wcielony” w Polaka do organizowania nadzoru UB na terenach Pomorza Zachodniego i Północnego. Pod koniec lat czterdziestych zmienił nazwisko na Kwaśniewski i przyjął imię Zdzisław.

NKWD zaopatruje go w dyplom ukończenia medycyny w Poznaniu i niezbędne dokumenty dla uwiarygodnienia wykonywanego zawodu lekarza.

Izaak Stolzman oskarżony jest o mordowanie patriotycznej ludności polskiej na Kresach Wschodnich oraz grabież i popełnianie zbrodni na Żydach w gettach w okresie okupacji niemieckiej Wileńszczyzny i Białorusi.

Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski, Stolzman dowodzący oddziałem NKWD w latach 1945-1947 – dopuszcza się zbrodni ludobójstwa na jeńcach niemieckich, marynarzach szwedzkich, żołnierzach AK, NSZ i innych formacji zbrojnych.

Dokonuje egzekucji w okolicach Borne, Sulinowo (Gross Born), w nie istniejącej obecnie wsi Doderlage, w Berkniewie (Barkenbrucke) koło Bornego Sulimowa, po którym zostały szczątki fragmentów zniszczonych domów. Na terenie tym, będącym poligonem wojsk sowieckich, w okolicznych lasach grzebał swoje ofiary, których kości jeszcze obecnie są odnajdywane.

Stolzman vel Kwaśniewski pod koniec lat 40 -tych i na początku 50 -tych, z rozkazu władz NKWD nadzorował i koordynował zbrodniczą działalność powiatowych i miejskich urzędów bezpieczeństwa publicznego w Drawsku, Białogardzie, Szczecinku, Wałczu, Kołobrzegu, Połczynie, Jastrowie i Okonku.

Uczestniczył również w zbrodniach UBP w Gdańsku, Słupsku, Szczecinie, Ustce, Koszalinie i Elblągu. Oprawca ten pozbawiał życia więźniów przez rozstrzeliwanie, wieszanie, a także gazowanie, jak np. w gdańskiej siedzibie NKWD i przez wstrzykiwanie trucizny, co było wyłączną jego specjalnością.

Płk. Izaak Stolzman dał się też poznać w 1947 r. uczniom gimnazjum w Wałczu. „Nadzorował” z ramienia UB sprawę założenia nielegalnej organizacji młodzieżowej na terenie Gimnazjum Ogólnokształcącego, której przywódcą konspiracyjnym był Bogdan Szczucki.

Działalność tej grupy polegała m.in. na zdejmowaniu flag wywieszanych z okazji komunistycznych rocznic, rozrzucaniu ulotek, głośnym skandowaniu :”Precz z komuną!!!” lub „Pachołki Rosji”. Próbowali oni zwrócić uwagę na stalinowskie zbrodnie, których m.in. dopuszczał się Izaak Stoltzman.

Poczynania Izaaka Stoltzmana vel Kwaśniewskiego były częścią działań sowieckich grup operacyjnych w likwidacji członków polskiego ruchu oporu. Były to grupy kontrwywiadu sowieckiego, działające na terenie Polski zawsze i przede wszystkim przez przydzielonych specjalnie agentów.

W czasie okupacji niemieckiej wywiad sowiecki rzucił na teren Polski tysiące swoich agentów, wśród których był Stolzman. Zadaniem ich było ustalenie osób oraz danych o polskim ruchu podziemnym po to, aby mieć adresy i nazwiska osób do likwidacji po wkroczeniu wojsk sowieckich.

Byli oni nazywani „łowcami AK-owskich głów”.

Izaak Stolzman vel Kwaśniewski podejmuje się zacierania swojej zbrodniczej działalności zamykając usta świadkom pod groźbą utraty życia.

W roli lekarza zamieszkał w Białogardzie przy ul. Bohaterów Stalingradu 10 (obecnie Dworcowej). Przeistacza się w katolika, co wynika z księgi zawartych małżeństw kościoła parafialnego w Białogardzie, w którym 6 lutego 1954 r. zawarł związek małżeński.

 

 

Zdzisław Kwaśniewski, ur. w 1921 r. w ZSRR poślubił Aleksandrę Pałasz, ur. 28 grudnia 1929 r. w Wilnie, z zawodu pielęgniarkę. Z małżeństwa tego w domu przy ówczesnej ul. Bohaterów Stalingradu 10, urodził się 15 listopada 1954 r. Aleksander – były prezydent i jego siostra Małgorzata Sylwia, o której wiadomo tylko tyle, że jest w Szwajcarii dyrektorem banku.

Aleksander Kwaśniewski nie mówi o niej nic. W miejscowym kościele NMP nie ma ich metryki chrztu. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że nie zostali oni ochrzczeni.

Ojciec Aleksandra  Kwaśniewskiego zmarł w 1990 r. i bez rozgłosu został pochowany na cmentarzu żydowskim w Warszawie. Matkę pochowano w 1995 przed wyborami prezydenckimi.

Miała ona pogrzeb katolicki na cmentarzu warszawskim, dzięki uzyskaniu zaświadczenia od proboszcza kościoła parafialnego w Białogardzie. Fakt ten Aleksander Kwaśniewski, bez zachowania prywatności, sprytnie wykorzystał w kampanii prezydenckiej, by zyskać na wiarygodności jako katolik.

Były kierownik UB w Drawsku Pomorskim, Wacław Nowak, wyjawił, że Zdzisław Kwaśniewski, ojciec byłego prezydenta R.P., to sowiecki zbrodniarz wojenny winny zbrodni przeciwko narodowi polskiemu.

Wacław Nowak mieszkał jako emeryt w Koszalinie przy ulicy Powstańców Wielkopolskich 22. Kilka miesięcy przed śmiercią w 1994 roku wyznał, że UB i NKWD zamordowało AK-owców, NSZ-owców i uczestników ruchu oporu na Pomorzu Zachodnim w 1945 roku, do czego on sam się przyczynił.

Nowak kierował operacjami UB w rejonie Drawsko, Czaplinek, Jastrowie, Połczyn, Białogard i Kołobrzeg. Otrzymywał rozkazy bezpośrednio od NKWD z placówek w Gross-Born (Borne-Sulinowo), Białogardzie i Rawiczu. Występował on pod przybranym nazwiskiem „Wacław Nowak” nadanym mu przez NKWD w trakcie nominowania go na stanowisko kierownika UB w Drawsku w 1945 roku. Jego prawdziwe nazwisko zdradzało jego rodowód żydowski.

Z nakazu NKWD Nowak wyłapywał żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i organizacji antysowieckich, ukrywających się na podległym mu terenie, uczestnicząc w obławach na grupy żołnierzy Wileńskiej 5-tej Brygady AK oddziału majora Zygmunta Siendzielerza ps. „Łupaszka” (wcześniej należącego do 4-tej Brygady), które przedostawały się do lasów Pomorza Zachodniego.

Złapanych odstawiał do obozu koncentracyjnego NKWD w Barkenbryge (Barkniewo) koło Gross-Born Borne (Sulimowo). (Nowak znał tylko niemieckie nazwy miejscowości.) Był to obóz przejściowy. Stamtąd były dla AK-owcóow tylko dwa wyjścia - do Rosji albo na „rozwałkę”.

Enkawudzistą który nadzorował zbrodniczą działalność UB, w tym zbrodnie Nowaka, był Izaak Stolzman. AK-owców rozstrzelano we wsi Doberlage położonej około 5 km na północ od Nadarzyc. Wieś ta jest opuszczona od tamtego czasu, nawet jej nazwa wyszła z użycia. Zostały po niej tylko resztki murów i fundamenty. Zwłoki zakopano w okolicznych lasach. Jedne przykryto niewypałami, inne także minami i zasypano ziemią.

Nowak zapamiętał tylko trzy nazwiska spośród zamordowanych żołnierzy AK:

Jerzy Łoziński, Stanisław Subotrowicz i Witold Milwid, (ich przesłuchiwano najdłużej). UB-owcy zastrzelili ich w Doberlage w obecności Nowaka i Stolzmana.

Stolzman przygotowywał również procesy polityczne młodzieży szkolnej.

W Wałczu doprowadził do skazania uczniów Bogdana Szczuckiego, Mariana Baśladyńskiego i Feliksa Stanisławskiego, a w Białogardzie Pszczółkowskiego i Tracza na więzienie i pracę w kopalniach węgla.

Wacław Nowak spotkał Izaaka Stolzmana kilka lat później w Urzędzie Bezpieczeństwa w Białogardzie, ale on nazywał się już inaczej. Zmienił nazwisko na Zdzisław Kwaśniewski. http://www.chwalewski.pl/ (link is external)

 

Zeznanie złożone pod przysięgą przez Dominika Dzimitrowicza:

 

 

 

„Gdzieś w połowie 1945 r. wraz z rodzicami przyjechałem do Gdańska. W domu rodziców mieściła się Komorka Kontrwywiadu w dzielnicy Gdańsk-Wrzeszcz, ul. Wallenroda 4. Do Komórki przychodziły wiadomości, że w kierunku Gdańska są kierowani więźniowie, którzy nie docierają do miejsca przeznaczenia tzn. do więzienia.

Aby rozpoznać „sprawę” ojciec mój postanowił pójść do pracy UBP Gdańsk jako kierownik warsztatu krawieckiego, a mnie wziął jako ucznia. Podjęto szczegółową penetrację UBP w Gdańsku. Rzeczywistość okazała się koszmarem.

Do gdańskiego UB przywożono tygodniowo od jednej do dwóch grup żołnierzy AK. Przesłuchiwania prowadzili enkawudziści poprzez tortury łamania rak, nóg, wyrywania paznokci etc. Owe przesłuchania były nadzorowane przez Izaaka Stolzmana.

Następnie przesłuchanych „więźniów” wysyłano transportem samochodowym w kierunku Słupska. Od 1947 r. zaczęto stopniowo likwidować obóz Barkniewo, gdzie byli rozstrzeliwani żołnierze Armii Krajowej.

W związku z tym część więźniów była kierowana do podziemi przy ulicy Jaracza w Słupsku, gdzie była mordowana, następnie zasypywana wapnem, gdzie do tej pory leżą ich prochy. W związku z tym, że Izaak Stolzman znał mego ojca, z którym uzgodnił, ze w rezerwie zawsze będzie wyprasowany mundur. Gdy był w Gdańsku, dzwonił do Konsumu, żeby wysłać mundur, wtedy ojciec posyłał mnie z mundurem do Izaaka Stolzmana.

Wziąłem mundur i poszedłem do urzędu bezpieczeństwa w Gdańsku. Niosąc mundur dla Stolzmana nie spodziewałem się, ze w przeciągu 48 godzin znajdę się w przedsionku piekła.

Gdy wszedłem do pomieszczenia, gdzie znajdował się Lebe Bartkowski, który przygotował narzędzie do torturowania ludzi, zamiast zameldować swoje przybycie, to ja stanąłem i przyglądałem się, co Bartkowski robi. Tenże nie zastanawiając się uderzył mnie w twarz. Natychmiast odwzajemniłem Bartkowskiemu.

Z opresji wybawił mnie Stolzman, który wszedł prowadząc dwie kobiety, jedną młodszą, drugą starszą.

Okazało się, że były to żona i córka jednego z uciekinierów, który przyznał się, że u niego w domu przechowywana jest część narkotyków – zabrano narkotyki i obie panie.

Przez pół dnia Szwedzi i Polacy byli przesłuchiwani przez Stolzmana i Bartkowskiego.

Interesowało ich, kto i skąd dostarczył opium na statki, gdzie znajduje się miejsce składowania na terenie Trójmiasta, Ustki, Słupska. Gdy skończono ustne przesłuchiwanie i Stolzman nie dowiedział się, skąd brano tak duże ilości narkotyków, wtedy przystąpiono do fizycznego przesłuchania.

„Na tapetę” wzięto więźnia, który na piersi miał zawieszony krzyż.

Bartkowski kazał zdjąć krzyż, lecz przesłuchiwany odmówił. Stolzman kazał Bartkowskiemu powiesić go na haku na łańcuszku od krzyża.

Postawiono delikwenta na taborecie i ręce i nogi miał związane, głowę przełożono za łańcuszek powieszony na haku. Następnie Bartkowski raptownie wyrwał ławkę spod nóg. Łańcuszek pękł pod naprężeniem i jednocześnie przeciął prawdopodobnie tętnicę.

Krew zaczęła lać się jak z „kranu”. Po kilku minutach człowiek nie żył.

Kazano mi pomóc wynieść zwłoki oraz zmyć podłogę. Krzyż zmywał enkawudzista.

Osobiście słyszałem jak Stolzman mówił do Bartkowskiego, że krzyż ten weźmie do domu na pamiątkę. Następnym do przesłuchania był młody Polak. Związano mu ręce i nogi oraz powieszono jak świnię na haku. Obnażono dolną część ciała i Bartkowski szczypcami zaczął ściskać powieszonemu genitalia.

Nastąpił niesamowity krzyk bólu torturowanego człowieka. Stolzman kazał przerwać tortury i zapytał czy już sobie przypomniał, skąd mieli na statku narkotyki. Młody człowiek wskazał na małżeństwo z córką, którzy prawdopodobnie mieli się zajmować transportem narkotyków na statki.

 

W pierwszej kolejności wzięto seniora rodu. Żonę i córkę ze związanymi rękoma posadzono w bliskiej odległości od ojca i męża. Zaczęto mu zrywać paznokcie z rak i nóg, żeby nie krzyczał zaplombowano mu usta. Torturowany człowiek kilkakrotnie mdlał. Łamano mu palce u rąk i nóg, i ręce. Gdy zdjęto opaskę z ust Bartkowski zapytał go czy będzie zeznawał, odpowiedział, że tak.

Narkotyk – opium został przywieziony do  Ustki samochodem MO, a eskortę stanowili milicjanci. Gdy samochód pojechał pod statki, żołnierze, którzy pilnowali  szwedzkie statki zniknęli na czas rozładunku towaru.

Izaak Stolzman zagroził, ze jeżeli nie będzie mówił prawdy, to żona i córka zostaną zgwałcone a później zastrzelone.

Torturowany mężczyzna "przypomniał sobie", że narkotyk był przywieziony z Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Szczecinie. Stolzman jak to usłyszał, to się wściekł, zawołał dwóch enkawudzistów też Żydów, którzy zgwałcili 15-letnią córkę oraz żonę. Po zgwałceniu kobiet, Stolzman wziął ze stołu aparat, rozerwał pochwę, a Bartkowski wepchnął nagrzany pręt do czerwoności w skrwawioną pochwę dziewczyny. Nastąpił niesamowity krzyk bólu. Tak samo postąpiono z matką dziewczyny.

Niepotrzebne kobiety wyniesiono do następnego pomieszczenia, gdzie zostały zastrzelone.

Izaak Stolzman w dalszym ciągu prowadził śledztwo w stosunku do torturowanego mężczyzny, nie wierzył jego zeznaniom, że ten z uporem maniaka powtarzał, że narkotyki zostały przywiezione z UB w Szczecinie.

W pewnym momencie kazał nagrzać pręt, a Bartkowski z całą siłą wepchnął w odbytnicę, powtórzył się ten sam scenariusz – ryk człowieka mordowanego. Po zakończeniu „eksperymentu” został zamordowany strzałem w tył głowy. Wykonawcą mordu był Lebe Bartkowski.

Izaak Stolzman zarządził przerwę na obiad. Gdy chciałem opuścić przybytek zbrodni zapytałem czy mogę pójść do domu. Stolzman powiedział, że zostanę i pójdę, gdy przyjdzie czas. Po jakimś czasie powrócił z obiadu Lebe Bartkowski, stanął w rozkroku i powiedział do mnie: „Nu ty goj, czy wiesz, że nasze kamienice a wasze szubienice, za chwile zawiśniesz na tym haku”.

Po chwili przyszedł Izaak Stolzman i zarządził przesłuchanie pozostałych Polaków przez Bartkowskiego, a mnie kazał pozostać w pokoju. Natomiast Stolzman wziął dwóch pomocników i rozpoczął przesłuchania marynarzy szwedzkich, zastosował stopniowa metodę torturowania, zaczęto od zdzierania paznokci z rak i nóg oraz łamania palców. Następnie rozgrzanym prętem , prętami ciągnięto po całym ciele, plecach, nogach, brzuchu, piersiach itd.

Krzyki bólu, rozpaczy męczonych marynarzy szwedzkich. Gdy torturowano Szwedów i Polaków, Izaak Stolzman stał i przyglądał się, gdy torturowani ludzie krzyczą. On uśmiechał się, wydawało się, że Stolzman znajduje się w jakiejś „ekstazie”, która dawała mu niesamowitą przyjemność.

Lebe Bartkowski podczas przesłuchania uciekinierów polskich nie uzyskał żadnych dodatkowych wiadomości. Izaak Stolzman kazał ich odprowadzić i rozstrzelać.

Dla mnie dano siennik i koc do spania i tak przesiedziałem całą noc do następnego ranka. Rano następnego dnia Stolzman kazał Bartkowskiemu załadować do samochodu rozstrzelonych Polaków, zawieźć do Brzeźna i zakopać. Sam natomiast przy pomocy dwóch enkawudzistów rozpoczął kontynuację wczorajszych przesłuchań marynarzy szwedzkich, dochodzenie przeprowadzone było w języku niemieckim tak, że nic nie rozumiałem. Tyle mogłem zrozumieć, że gdy nie było po myśli Stolzmana, to wzmogło by się torturowanie.

Gdy przyjechał Bartkowski, polecił, aby przygotować do drogi samochód, jeżeli będą pytać, dokąd zabiera – powiedzieć, że Szwedzi są wiezieni na statek, który ich zawiezie do Królewca-Kaliningradu. Było to kłamstwo i wprowadzenie wszystkich „zainteresowanych” w błąd.

 

Następnie wszystkich porwanych Szwedów wsadzono do samochodu uprzednio wiążąc ręce i nogi. Konwojenci siedli razem z więźniami. Natomiast naczalstwo w „gaziku”, a ja z nimi ruszyliśmy w stronę Gdyni-Lęborka-Słupska.

W Słupsku po kilku minutach pojechaliśmy pod budynek. Po chwili stania na zewnątrz wyszło kilku ludzi. Bartkowski na czele ze swoimi ludźmi zaczął wyładowywać Szwedów. Po wyładowaniu ustawiono ich „gęsiego” i poprowadzono do budynku. Gdy ostatni zniknął w drzwiach, Izaak Stolzman kazał mi przejść na siedzenie obok niego.

”Dominik” – zwrócił się do mnie:

„Przekroczyłeś próg swojego bezpieczeństwa. Zobaczyłeś i usłyszałeś to, co nie powinieneś… widzieć i usłyszeć. W związku z tym musiałbym ciebie zabić, ale tego nie zrobię. Zawdzięczasz swoje życie Dyrektorowi Konsumu, panu Kamińskiemu, który wstawił się za tobą. Jeżeli zaczniesz rozpowiadać, co słyszałeś i widziałeś, to zginie cala twoja rodzina i ty w podziemiach. Teraz zejdziemy na dół do podziemi to zobaczysz, że ja ciebie nie okłamuję.”

Rozkazał, abym szedł za nim i tak mnie sprowadził do podziemia. W pierwszej kolejności poczuło się niesamowity zapach rozkładających ciał ludzkich oraz zobaczyłem leżących pokotem marynarzy szwedzkich, którzy przed kilkoma minutami zeszli do podziemi. Dobijano z pistoletów tych, którzy dawali oznaki życia.

Gdy chciałem opuścić przedsionek piekła, Stolzman złapał mnie za ramię, mówiąc mi, że muszę jeszcze zobaczyć krematorium i zwłoki, które są zasypane wapnem: „Jak ty nie będziesz posłuszny, to spotka ciebie to samo co tamtych.”

Podszedłem bliżej do zwłok zasypanych wapnem. Widok ofiar był straszny, usta otwarte, powieki nie zamknięte, wyraz twarzy wykazywał grymas – obraz był niesamowity.

Do tej pory mam obraz tego nieboszczyka. Gdy tak przyglądałem się twarzy nieboszczyka, która mnie zafascynowała, do Izaaka Stolzmana podeszło dwóch ludzi, którzy okazali się prokuratorami prokuratury powiatowej w Słupsku.

Przyszli do Stolzmana, aby uzgodnić ilu mają przysłać więźniów do zamordowania. Mordowano spaleniem lub zasypaniem wapnem.

Po uzgodnieniu z nimi, ilu ludzi-więźniów mają dostarczyć, pociągnął mnie za enkawudzistami, którzy ciągnęli zwłoki szwedzkiego marynarza.

Raptownie trafiliśmy na kotłownie, piece krematoryjne. Widok wkładającego ciała do pieca oraz drugiego palącego ciała marynarza szwedzkiego spowodował, że straciłem przytomność, dopiero odzyskałem ją w samochodzie, w drodze powrotnej do Gdańska”.

 

TYGODNIK KATOLICKO - NARODOWY "GŁOS"

 

SPRAWA STOLZMANA

 

Od kilku lat Barbara Błasińska z Niezależnego Społecznego Ruchu Kobiet toczy batalię o wszczęcie postępowania przez Instytut Pamięci Narodowej w sprawie “rzekomego udziału w latach 1941–1956 na terenie Wileńszczyzny i Pomorza Izaaka Stolzmana vel. Zdzisława Kwaśniewskiego i Leeibe Bartkowskiego w masowych zabójstwach osób narodowości polskiej i innych narodowości, a w szczególności żołnierzy Armii Krajowej i innych organizacji niepodległościowych”.

W 2000 r. Barbara Błasińska złożyła wniosek w tej sprawie. Osobne pismo do oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Gdańsku skierował Dominik Dzimitrowicz. Na podstawie własnych wspomnień i relacji osób już nieżyjących opisał zbrodnie dokonane przez hitlerowskich i komunistycznych oprawców, jednym z nich miał być Izaak Stolzman vel. Zdzisław Kwaśniewski. Według tego opisu Stolzman miał być funkcjonariuszem NKWD, który uczestniczył w zbrodni katyńskiej. Następnie pod nazwiskiem Zdzisław Kwaśniewski miał być skierowany na Wileńszczyznę, aby zwalczać AK i ludność pochodzenia żydowskiego. W czasie okupacji hitlerowskiej miał współpracować z Niemcami, NKWD i komunistyczną partyzantką. Miał kierować akcjami skierowanymi przeciwko oddziałom “Łupaszki”. Według relacji Dzimitrowicza po wojnie kierował akcją NKWD likwidowania byłych żołnierzy m.in. AK i NSZ. W czasie tej akcji zatrzymanych partyzantów umieszczano w więzieniu w Gdańsku i tam byli torturowani. Następnie więźniowie byli przewożeni do sowieckiego obozu na poligonie w Bornem-Sulinowie. W obozie tym miało zginąć ok. 5-7 tysięcy polskich jeńców. Ostatni transport miał być wysłany w 1948 r., polscy strażnicy zostali zabici przez Rosjan. W Gdańsku Stolzman miał uczestniczyć w przesłuchaniu sanitariuszki “Łupaszki” Danuty Siedzik “Inki”.

Dzimitrowicz był wtedy pracownikiem “konsumów”, sieci sklepów dla funkcjonariuszy bezpieki, do pracy miał zostać skierowany przez kontrwywiad AK. Miał często spotykać Kwaśniewskiego oraz jego znajomego Leeiba Bartowskiego. Twierdzi również, że był świadkiem niektórych ich zbrodni. Według Dzimitrowicza obaj funkcjonariusze są odpowiedzialni za zatopienie szwedzkich statków i wymordowanie marynarzy z tych okrętów. Ciała Szwedów miały zostać spalone w piecach krematoryjnych w budynku niemieckiego urzędu pracy w Słupsku. Oprócz zawiadomienia Dzimitrowicza wpłynęły także inne doniesienia, które głównie opierały się na publikacjach prasowych.

W ramach postępowania sprawdzającego skierowano pytanie do Wydziału Ekspertyz i Opracowań Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, czy w materiałach archiwalnych i źródłowych znajdują się dokumenty potwierdzające powyższe fakty i udział w nich Stolzmana vel. Kwaśniewskiego. W odpowiedzi jako źródło wskazano artykuł z “Gwiazdy Porannej”. Natomiast w źródłach historycznych nie odnaleziono wzmianek na temat tych osób. Nie potwierdzono także istnienia obozu dla żołnierzy AK w Boernem - Sulinowie. Okręgowa Komisja nie odnalazła także żadnych materiałów w okręgowych archiwach UOP, Policji i MON.

Na tej podstawie IPN odmówił rozpoczęcia śledztwa. Prokurator prowadzący śledztwo uznał, że skoro nie uzyskano potwierdzenia popełnienia przestępstwa i udziału w nich wspomnianych osób, to można odmówić wszczęcia postępowania. W uzasadnieniu znajduje się jednak potwierdzenie, że Leeibe Bartkowski istniał. Prokurator stwierdził bowiem, że jego syn - komornik sądowy - na początku lat 90. był oskarżany przez Dzimitrowicza o popełnienie przestępstwa. Prokurator nie zaprzeczył także faktu istnienia funkcjonariusza bezpieki o nazwisku Stolzman vel. Kwaśniewski.

W trakcie postępowania nie sprawdzono i nie zweryfikowano także wszystkich informacji z doniesienia, uznając, że są one prasowym powtórzeniem. IPN uznał także, że Barbara Błasińska i Niezależny Społeczny Ruch Kobiet nie były stronami postępowania i nie mają uprawnień do występowania w tej sprawie.

 

ZYGMUNT PTAK

 

 

Źródła:

 

http://glos.com.pl/Archiwum_nowe/Rok%202005/010/strona/SprawaStolzmana.html

 

Z listu Jana Krawca do redakcji tygodnika „Gwiazda Polarna”

 

Jarek Kefir w dniu 18 kwietnia 2013 Wiadomości

 

http://www.ivrozbiorpolski.pl/index.php?page=stolzman-izaak-zdzislaw-kwasniewski

 

www.3obieg.pl (link is external)

http://3obieg.pl/wstrzasajacy-zyciorys-ojca-aleksandra-kwasniewskiego (link is external)

 

http://www.ivrozbiorpolski.pl/index.php?page=stolzman-izaak-zdzislaw-kwasniewski (link is external)

 

https://www.google.pl/?gws_rd=ssl#q=enkawudzista+ojciec+aleksandra+kwasniewskiego+morderca

 

http://socjologiakrytyczna.blog.onet.pl/2011/09/17/czerwone-dynastie-aleksander-kwasniewski/

 

https://wzzw.wordpress.com/2013/08/07/kim-byl-ojciec-prezydenta-aleksandra-kwasniewskiego-zdzislaw-kwasniewski-%E2%98%9A%E2%97%99%E2%97%99%E2%97%99/

 

 

10/ POMNIKI NIE TYLKO KRAKOWSKIE,

     TWÓRCA PROF. CZESŁAW DŹWIGAJ

 

Truizmem trąci powiedzenie, iż Kraków posiada bogatą przeszłość. Bo przecież na doniosłą rolę Krakowa w historii Polski wpływały nie tylko wypadki rozgrywające się na Wawelu, bogate koronacje, barwne śluby, czy też szumne wjazdy monarchów. Przez jego dzieje przesunęły się rozmaite klasy społeczne, obce panowania, wyciskając piętno widoczne i dziś.

Wszystko to jest spięte klamrą niewielkiego terytorium, w którego granicach przebiegały te, tak różne formy ludzkiego działania. Jeżeli zaś to wszystko rozgrywało się na terenie miasta, to nie znaczy by tylko miasto z tego korzystało.

Fakt, że z Krakowem wiąże się zjednoczenie Polski w XIV wieku, że tu powstał pierwszy polski uniwersytet, że tu zaczęto drukować po raz pierwszy w Polsce i po polsku, że stąd rozprzestrzeniały się po kraju idee odrodzenia i reformacji, że tu rozpoczął się pierwszy zryw narodowowyzwoleńczy - insurekcja kościuszkowska i tu siły rewolucyjne w roku 1846 proklamowały swój demokratyczny manifest - wszystko to nadaje wydarzeniom terytorialnie umiejscowionym w Krakowie rangę ogólnopolską. Tę "ciągłość znaczenia" można i należy kontynuować po dzień dzisiejszy.

Reprezentację owego znaczenia sensu stricto stanowią i stanowiły również krakowskie pomniki. Nie zawsze przekazywały one społeczeństwu te wartości oczekiwane. Niejednokrotnie też były one symbolem gwałtu i zniewolenia, a te które dawały pełną rekompensatę patriotyczną, czy też religijną, przechodziły "drogę krzyżową". Zniknęły z pejzażu Krakowa różne pomniki braterstwa, czy "wyzwolicieli".

Niektóre z nich warto jednak przypomnieć:

 

- pomnik Lenina stanął w 1973 roku w centrum krakowskiej dzielnicy Nowa Huta pośrodku Alei Róż, nieopodal Placu Centralnego. Wybrano i zrealizowano projekt autorstwa prof. Mariana Koniecznego.

Była to gigantyczna bryła w stylu "gigantomanii socrealistycznej".

Dla chichotu historii fundatorami pomnika byli ci, którzy mu się przeciwstawiali, nowohuccy robotnicy - hutnicy, którym na ten cel zabrano trzynaste pensje /trzynastki/, w tak zwanym "czynie społecznym", jak również trzymiesięczne premie. A jaką postawę w odzewie przyjął prof. Marian Konieczny? Za darmo zapewne nie wykonywał projektu i pomnika.

 

Oczywiście pod pomnikiem odbywały się t.zw. "zbiegowiska" z "gadką szmatką" o "wodzu rewolucji" i muzyką bolszewicką w tle, z odpowiednimi sztandarami i transparentami. Nazajutrz po "zbiegowisku" wszystkie wydarzenia spod pomnika można było przeczytać "ku chwale" w ogólnokrajowych szmatławcach.

Pomnik Lenina był znienawidzony, a tuż obok niego stała również znienawidzona budka milicyjna, a nieopodal "suka milicyjna". Mieszkańcy Nowej Huty z niecierpliwością czekali na możliwość zniszczenia pomnika, jak i budki.

I tak 18 kwietnia 1979 r. doszło do próby wysadzenia pomnika przez podłożenie ładunku wybuchowego. Próba się nie powiodła. Sprawcą był Andrzej Szewczuwaniec, późniejszy lider strajku w Hucie im. Lenina. Wprawdzie do wysadzenia pomnika nie doszło, z powodu zawilgnięcia lontów, ale jednak p. Andrzej urwał Leninowi nogę, ponieważ jeden lont odpalił. Ale najbardziej ucierpiały okna w sąsiednich domach przy Alei Róż. A Lenin stał sobie nadal, chociaż kulawy.

Po 1989 roku nastąpiła próba pomalowania i zdemontowania pomnika Lenina.

Próba powiodła się częściowo. Zdołano pomnik pomalować na wiele kolorów i podpalić, do demontażu nie doszło. Natomiast znienawidzona budka milicyjna spłonęła. Próbę demontażu pomnika powtórzono i tu zaskoczenie. "Niekomunistyczny" rząd Tadeusza Mazowieckiego wysłał na odsiecz pomnikowi oddziały ZOMO, co zakończyło się awanturą uliczną.

 

W grudniu 1989 roku pomnik skręcony 1600 śrubami w 74 elementach, ważący 7 ton został zdemontowany. Pomnik zakupił szwedzki multimilioner Big Bengt Erlandsson za 100 tys. koron szwedzkich i został umieszczony w miasteczku osobliwości High Chaparral pod Sztokholmem. Przebito Leninowi ucho, do ust wetknięto papierosa i eksponuje się Lenina w pozycji leżącej.

Chociaż tyle.

 

Zniknął z Krakowa gigantyczny pomnik Iwana Koniewa, jak i pomnik braterstwa z placu Inwalidów /dawniej Wolności/.

 

Wspomniałem o innych pomnikach krakowskich. Oto dzieje kilku z nich:

 

- Pomnik Stanisława Wyspiańskiego, idea budowy pomnika powstała w grudniu 1907 roku, aby doczekać się odsłonięcia 28 listopada 1982 roku. Zatem 75 lat trwały różne kontrowersje wokół pomnika.

 

-Pomnik Adama Mickiewicza, zniszczony przez hitlerowców w 1940 r. odbudowany w 1953 r.

 

-Pomnik Grunwaldzki , hitlerowcy zburzyli pomnik w 1939 r. Został odbudowany w 1976 r.

 

Całkowicie inna historia dotyczy pomników ks. Piotra Skargi i pomnika upamiętniającego ludobójstwo na Wołyniu projektu i wykonawstwa prof . Czesława Dźwigaja.

 

- Pomnik ks. Piotra Skargi, został odsłonięty 12 maja 2001 r. na pl. Marii Magdaleny w Krakowie.

Jest to pierwszy pomnik królewskiego Kaznodziei w Krakowie i drugi w Polsce. Stanął on naprzeciw kościoła Piotra i Pawła przy ul. Grodzkiej, w którym znajduje się grób - krypta ks. Piotra Skargi.

Pomnikowa postać ks. Piotra Skargi, wysoka na blisko 3 m. jest bardzo wyrazista i ekspresyjna.

Postać została posadowiona na kolumnie o wysokości 3,6 m.

 

Fundatorem pomnika jest Arcybractwo Miłosierdzia założone przez ks. Piotra Skargę przy kościele św. Barbary w Krakowie w 1584 r. i w 1591 r. zatwierdzone przez papieża Grzegorza XIV. Jego celem było wspomaganie ubogich, którzy wstydzili się żebrać i szerzenie idei dobroczynności. Członkiem arcybractwa był m. in. kard. Karol Wojtyła.

 

- Pomnik na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, ufundowany przez Jerzego Korzenia, prezesa Towarzystwa Pamięci Narodowej im. Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego -ofiarom ludobójstwa okrutnego (genocidum atrox)  dokonanego przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów - Ukraińską Powstańczą Armię(OUN - UPA).

Pośród licznych realizacji rzeźbiarskich prof. Czesława Dźwigaja wyjątkowe znaczenie ma ten pomnik, odsłonięty w roku 2001, w rocznicę najazdu Sowietów na Polskę - poświęcony pamięci poległych na Kresach, i przypominający po wielokroć powtarzane w naszym kraju słowa:

 

Ojczyzna to ziemia i groby.

Narody tracąc pamięć, tracą życie.

 

 

Jest w tej rzeźbie krzyk i ból, bo śmierć niezwykła, i jest płomień, pośród płyt, co niby nagrobne, z napisami tworzącymi epitafium. Jest honorowa salwa i znak krzyża, kreślony w ciszy modlitwy. Jest sąsiedztwo grobów.

I wokół znicze, nie tylko w listopadowy wieczór - radość i nadzieja na życie nowe. Spojrzenie wstecz i w przyszłość. Rzeźba nagrobna, której przeznaczeniem jest nekropolia, a naturalną sferą prywatność odwiedzających to miejsce bliskich, kiedy odnosi się do osób znanych i zasłużonych "wychodzi poza obręb tej tylko prywatnej sfery pamięci", stając się pomnikiem utrwalającym los bohaterów naszej historii, pomnikiem pamięci zbiorowej.

 

Dla zobrazowania historii związanej z powstaniem tych pomników należy przypomnieć sylwetkę artystyczną ich twórcy:

Czesław Dźwigaj , ur.1950 r. w Nowym Wiśniczu, rzeźbiarz.

Studia na Wydziale Rzeźby w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Profesor Akademii Sztuk Pięknych. Od 1990 r. prowadzi pracownię rzeźby w ceramice na Wydziale Rzeźby. Jego twórczość obejmuje rzeźbę, medalierstwo, rysunek.

 

Twórca wielu medali, kilkudziesięciu pomników. Specjalizuje się w sztuce sakralnej, jest autorem kilku wnętrz kościelnych i kilkudziesięciu rzeźb, laureatem międzynarodowych konkursów rzeźbiarskich i medalierskich, m.in. II nagroda i złoty medal na VI Biennale Dantego w Rawennie. Twórca oficjalnego medalu na 18 rocznicę pontyfikatu papieża Jana Pawła II.

Tworzenie pomnika jest dla tego autora czymś wyjątkowym - decyduje o tym nie tylko rozmiar dzieła, trwałość materiału, ale także szczególna jego funkcja, decydująca o kształcie kreacji.

 

Profesor Czesław Dźwigaj, , jest twórcą kilkudziesięciu pomników, w tym licznych Ojca Świętego Jana Pawła II. Najważniejsze to:

pierwszy pomnik Jana Pawła II po Jego śmierci na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, oraz w Hanowerze, Studzienicznej k/Augustowa, w Parku Strzeleckim w Krakowie, w Szczecinie na Jasnych Błoniach, w rodzinnym autora Nowym Wiśniczu, w Rzymie - Via Cassia, w Posadas /Argentyna/, w Chicago, w Kalwarii Zebrzydowskiej, w Zakopanem na Krzeptówkach, w Nowym Sączu, w Ozorkowie, w Lubaczowie, w Limanowej, w Warszawie - Rembertów, w Dux /Lichtenstein/, Wyandotte /USA/.

 

- Z ważniejszych pomników należy jeszcze wymienić w rodzinnym Nowym Wiśniczu - Jana Matejkę, Stanisława Lubomirskiego, Stanisława Fischera, Juliusza Kossaka, "Tęczę Wolności", generała brygady Stanisława Skalskiego, polskiego asa lotnictwa z II Wojny Światowej, bohatera bitwy o Anglię zmarłego w zapomnieniu, pocho0wanego na warszawskich Powązkach, Leopolda Okulickiego, Władysława Łokietka, ks. Jerzego Popiełuszkę, Wincentego Witosa, Piotra Skargi w Stalowej Woli, oraz "Anioła Wolności" w Szczecinie poświęconego Ofiarom Grudnia 70.

 

Pomnik jest wyrazem hołdu osobie stawianej na piedestał. I jest pomnik portretem osoby przedstawianej. Najnowszy projekt - pomnik Henryka Sienkiewicza w Villa Borghese w Rzymie, miejscu w Wiecznym Mieście nadzwyczajnym, ze słynną kolekcją rzeźb znanych postaci - tezę tę unaocznia i uzmysławia.

Pomnik "pokrzepiciela serc" jest w życiorysie twórczym profesora Czesława Dźwigaja kolejnym z serii rzeźbiarskich portretów artystów. Ten szczególny poczet otwiera pomnik Jana Matejki w Nowym Wiśniczu, wzniesiony na rynku nieopodal ratusza.

 

Równie jak mistrzowie pędzla, poczytne miejsce znależli w twórczości artysty artyści słowa. Poza autorem trylogii uwieczniony został Cyprian Kamil Norwid - na ponad dwumetrowym reliefie w w Krypcie Wieszczów Katedry Wawelskiej oraz na replice tego Epitafium, w postaci tablicy w Paryżu.

 

Nowy Wiśnicz, urokliwe miasto rodzinne Czesława Dźwigaja, m.in. uhonorowało go w tamtejszym Muzeum Ziemi Wiśnickiej ekspozycją poświęconą jego twórczości, zważywszy zaś, iż z miastem tym związanych było wielu artystów, jak Jan Matejko, czy Juliusz Kossak jest to tym cenniejsze.

 

Przedstawiając czytelnikom /"Kurier Codzienny" z dnia 19 - 21 stycznia 2007/ kolejną książkę Tadeusza Zygmunta Bednarskiego z jego słynnego już cyklu "Krakowskim szlakiem.", przeprowadziłem z autorem rozmowę związaną z twórczością Józefa Mehoffera. Przypomnę tylko, iż jest to już szósta książka T. Z. Bednarskiego z owego cyklu. Cykl rozpoczęła książka "Krakowskim szlakiem Jacka Malczewskiego", a potem w kolejności autor wpisał w krakowski szlak - Jana Stanisławskiego, Juliusza Fałata, Teodora Axentowicza, Leona Wyczółkowskiego i wspomnianego już Józefa Mehoffera.

 

Oto dalszy ciąg owej rozmowy:

 

Tadeusz Zygmunt Bednarski zalicza profesora Czesława Dżwigaja do tworców wybitnych. Podkreśla on przekrój jego artystycznych dokonań jako religijno - patriotyczny. Ze szczególnym pietyzmem wymienia dokonania artysty w medalierstwie, mówiąc wręcz o fenomenie medalu.

Zapytałem wprost, czy uważa artystę jako wpisanego w krakowski szlak.

Odpowiedź brzmiała - wpisanego w polski szlak.

 

AD MAXIMAM POLONIAE GLORIAM - DLA NAJWYŻSZEJ CHWAŁY POLSKI - tak tłumaczy się łacińska maksyma na drzwiach głównych, znajdujących się na elewacji frontowej Kościoła pod wezwaniem św. Jacka w Chicago. Świątynia na Jackowie ma dla Polaków mieszkających w tym mieście, a i pewnie w całych Stanach Zjednoczonych, wymiar wyjątkowy urasta wręcz do symbolu: jednoznacznie kojarzona jest z Polonią.

 

Profesor Czesław Dżwigaj 12 maja 2007 roku został nowym królem Bractwa Kurkowego w Krakowie, jednego z najstarszych stowarzyszeń na świecie, utworzonego w XIII wieku.

 

Przed odsłonięciem pomnika ks. Piotra Skargi w Krakowie wyznaczonym na dzień 12 maja 2001 r. toczyła się kampania skierowana przeciwko pomnikowi i jego twórcy prof. Czesławowi Dźwigajowi.

Rozpętano bowiem swoistą polityczną nagonkę wobec narodowych i chrześcijańskich wartości. Sięgnięto po sprawdzone metody, znane z okresu niedawnego zniewolenia narodu. Z uporem, systematycznie i bezwzględnie urabiano opinię społeczną, czyniąć zamęt w umysłach.

 

Działania owe podjęła ogólnopolska "Gazeta Wyborcza" i jej krakowski dodatek pod redakcją Adama Michnika i Seweryna Blumsteina. Wymyślano pod patronatem "Wyborczej" jakieś plebiscyty "Archi-Szopa", aby ludziom archiszopowo mącić w głowach, przeciwko kościołowi, świętym i Narodowi.

 

Gdy pomnik odsłonięto i poświęcono, nastąpił drugi akt dramatu. Żądano przeniesienia pomnika.

 

Przebieg wydarzeń z 2001 roku, powtórzony przy wypadkach Na Skałce w sierpniu 2004 roku przed i w czasie pochówku Czesława Miłosza oraz walka radnych o inskrypcję pomnika na Cmentarzu Rakowickim potwierdzają moją tezę z "Ciosu w Polskę" /"Kurier Codzienny" 10-12 września 2004 roku:

"Stwarza się nową formę okupacji Polski, obce narodowi siły wewnętrzne dążą, aby stracił on źródło swojej spoistości i przestał być wrażliwy na własną tożsamość, ukształtowaną przez wiekowe dziedzictwo kulturowe. Te same siły czynią przygotowania do zawładnięcia Kościołem od wewnątrz".

 

LUDOBÓJSTWO NA KRESACH

 

Przeciwko budowie pomnika na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie w 2004 roku  żydowska"Gazeta Wyborcza" rozpętała następną nagonkę. W napastliwym tonie apelowano do radnych Krakowa o głosowanie przeciwko idei budowy pomnika. Następną burzę rozpoczęła "Gazeta Wyborcza" przeciwko transkrypcji tablicy pomnika. Brzmiała ona:

"Nie o zemstę, lecz o pamięć wołają ofiary; Ojczyzna to ziemia i groby - narody tracąc pamięć tracą życie; Dla narodowej pamięci oraz w hołdzie ofiarom ludobójstwa, którego dopuściły się w w latach drugiej wojny światowej na Polakach - mieszkańcach południowo - wschodnich województw Rzeczypospolitej Polskiej - Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia.

W 61 rocznicę tej tragedii - Kraków 2004". Napis ów przegłosowano - 19 za - 18 przeciw.

 

Po głosowaniu radnych przedstawiciel mniejszości ukraińskiej Włodzimierz Mokry powiedział: ".słyszę, że Ukraińcy byli gorsi od Niemców, .można postawić ten pomnik, pytanie tylko, jak to zostanie wykorzystane przez tę trzecią siłę, która trzyma w garści kurek. /"Gazeta Krakowska" - 12.III.2004 r./.

 

Ataki "Gazety Wyborczej" na profesora Czesława Dźwigaja nie ustają. W miarę upływu czasu stają się tylko coraz bardziej prymitywne, zwłaszcza po "ich" wyroku Trybunału Konstytucyjnego.

Niejaki Stanisław Mancewicz proletariackimi wołaczami "o kurcze !" naigrywa się z haseł patriotycznych, nazywając je "ideowym i historycznym rizi bizi", po czym przechodzi do "frontalnego ataku" na profesora, życząc mu, aby w konkursie "Na Dużej Krokwi" powinęła mu się narta. Wykorzystując powołanie profesora na Króla Kurkowego ten sam pan wyszydza Bractwo Kurkowe pisząc jak zwykle ordynarnie, nie do zacytowania.

 

Najskuteczniej chamom odpowiadać po chamsku.

 

Ja jednak odpowiem jego mocodawcom literacko:

 

Krytyk i eunuch z jednej są parafii

Każdy by chciał żaden nie potrafi

 

A panu M. nic nie odpowiem, jeszcze przyczepi się g... do okrętu i powie - płyniemy.

Aleksander Szumański "Kurier Codzienny" Chicago

 

11/ PAPIESKI KRZYŻ NA KRAKOWSKICH BŁONIACH

 

Aż do roku 2007 na osiedlu Teatralnym w Nowej Hucie – dzielnicy Krakowa stały trzy krzyże.

 

Pierwszy drewniany umieszczono 17 marca 1957 roku na placu, gdzie miał stanąć pierwszy w Nowej Hucie kościół. Miejsce u zbiegu ówczesnych ulic Marksa i Majakowskiego poświęcił metropolita krakowski arcybiskup Eugeniusz Baziak. Władze komunistyczne początkowo  wydały zgodę na posadowienie kościoła, ale pozwolenie cofnięto, a krzyż kazano usunąć. 27 kwietnia 1960 roku minęła trzecia rocznica wzniesienia krzyża i w tym właśnie dniu koparki wjechały na plac, by go wykopać. Doszło wówczas do walki pomiędzy ZOMO a mieszkańcami Nowej Huty, którzy w dramatyczny sposób stanęli w obronie krzyża. Krzyż drewniany pozostał, ulegał jednak zniszczeniu , posadowiono więc metalowy, a potem znów drewniany.   Wobec tysięcy manifestantów oddziały ZOMO użyły broni palnej. Polała się krew.

           

W czerwcu 1979 roku nie zabrakło Nowej Huty na pielgrzymim szlaku Jana Pawła II. Na krakowskich Błoniach odbyła się wówczas uroczystość związana z pierwszą pielgrzymką Ojca Świętego do ojczyzny, ułożono głaz upamiętniający przede wszystkim  pierwszą historyczną pielgrzymkę  papieża Polaka do swojego, wówczas zniewolonego kraju. W tym historycznym dniu  czerwcowym 1979 roku  papieskiej homilii wysłuchały setki tysięcy wiernych biorących udział w uroczystej mszy św. Papież wówczas powiedział:

„Zawsze kiedy tutaj byłem, myślałem z największym szacunkiem i czcią o tej gigantycznej pracy, której na imię Nowa Huta[…] Budowałem ją razem z wami na fundamencie Chrystusowego Krzyża[…] My wszyscy bowiem wiemy, że w pracę człowieka jest głęboko wpisana tajemnica krzyża, jest wpisane prawo krzyża[…] Nie można oddzielić krzyża od ludzkiej pracy. To właśnie potwierdziło się tutaj w Nowej Hucie[…] Współczesna bowiem problematyka ludzkiej pracy ostatecznie sprowadza się – i niech mi to darują wszyscy specjaliści – nie do techniki, a nawet ekonomii, ale do jednej podstawowej kategorii:  jest to kategoria godności pracy – czyli godności człowieka. Ekonomia i technika i tyle innych specjalizacji czy dyscyplin swoją rację bytu czerpią z tej jednej podstawowej kategorii. Jeśli nie czerpią jej stąd, jeśli kształtują się poza godnością ludzkiej pracy, poza godnością człowieka pracy, są błędne, a mogą być nawet szkodliwe, jeśli są przeciw człowiekowi”.

 

Patriotyczne Towarzystwo Parku Jordana w Krakowie postanowiło uświetnić krzyżem dzień 18 maja 2010 roku z okazji urodzin Ojca Świętego. Drewniany krzyż miał stanąć obok historycznego głazu na krakowskich Błoniach. Kazimierz Cholewa prezes Towarzystwa Parku Jordana fundator przedsięwzięcia  uprzednio złożył odpowiedni wniosek do Wydziału Architektury, posiadając wcześniej pozytywną opinię miejskiego konserwatora zabytków, decyzję prezydenta Krakowa prof. Jacka Majchrowskiego o wydzieleniu terenu dla posadowienia krzyża i objęcia tego przedsięwzięcia patronatem, jak również pozytywną opinię Krakowskiej Kurii Metropolitalnej.

Kardynał Stanisław Dziwisz miał w sobotę 15 maja odprawić przy krzyżu mszę św. i poświęcić go. Drewniany wysoki na 6,5 m. krzyż wzniesiono we czwartek 13 maja i natychmiast okrzyknięto to samowolą budowlaną. Urzędnicy Wydziału Architektury oświadczyli, iż potrzebują 30 dni na wydanie opinii czy posadowienie krzyża wymaga zezwolenia wydziału, czy w ogóle krzyż  jest budowlą. Wydział Architektury nie posiada aktualnie takiej wiedzy.

 

Krakowski „Dziennik Polski” z dnia 15 maja 2010  w artykule „Awantura o krzyż na Błoniach” w sposób nieprecyzyjny, pomijając obowiązujące przepisy ustawy – Prawo budowlane określa wzniesienie krzyża jako nielegalne. „Rzeczpospolita” z tej samej daty zamieszcza krótki opis wydarzenia pod tytułem „Nielegalny krzyż na Błoniach”.

 

Po ok. 40 minutach od zakończenia robót wzniesienia krzyża przyjechała dyrekcja Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu (ZIKiT), a straż miejska wylegitymowała pracujące osoby. Jacek Bartkiewicz rzecznik prasowy ZIKiT oświadczył, iż pomysłodawca popełnił trzykrotną samowolę, bo bez pozwolenia wylał fundament pod krzyż, podjechał na miejsce dźwigiem bez zgody i w końcu nielegalnie postawił krzyż.

Następnie prezydent Krakowa prof. Jacek Majchrowski wycofał się z patronatu i udzielenia zezwolenia o wydzieleniu terenu, podobnie wycofał się ze wszystkiego Stanisław Dziwisz i już nawet nie poświęcił krzyża.

Czy na poświęcenie Krzyża Pańskiego też potrzebna jest zgoda Powiatowego Inspektora Budowlanego i ZIKiT?

 

ZIKiT wystosował pismo do Kazimierza Cholewy aby zabrał krzyż z Błoń na koszt własny, następnie natychmiast samowolnie krzyż w nocy zdemontowano, zaledwie w cztery godziny po zakończeniu prac. Zdemontowany krzyż zniknął, a Kazimierz Cholewa zgłosił ten fakt policji.

 

Zachodzą pytania:

 

- czy została wydana przez Powiatowego Inspektora Budowlanego pisemna decyzja o samowoli budowlanej, jeżeli wniosek wpłynął w dniu 13 maja, a 14 maja krzyż został rozebrany – ucięty?

 

- Czy została wydana pisemna decyzja  Powiatowego Inspektora Budowlanego o rozbiórce – ucięciu krzyża?

 

- Jeżeli Powiatowy Inspektor Budowlany oświadczył, iż potrzebuje 30 dni aby wypowiedzieć się czy krzyż należy do obiektów budowlanych / dawniej budownictwa powszechnego /, to na jakiej podstawie prawnej stwierdzono samowolę budowlaną w dniu ucięcia krzyża?

W polskim prawie nie istnieją decyzje „a priori’ / z góry uprzedzanie faktów /. Decyzje organów administracji państwowej wyrażane są zawsze w formie pisemnej.

 

- Czy Powiatowy Inspektor Budowlany wydał pisemny nakaz usunięcia krzyża / rozbiórki obiektu /, jeżeli w cztery godziny  po zakończeniu prac 14 maja został ucięty i ukradziony, jak twierdzi Kazimierz Cholewa?

 

- Dlaczego policja odmówiła wszczęcia dochodzenia w sprawie zniknięcia w nocy krzyża?

 

 - Czy Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu przejął kompetencje Wydziału Architektury Urzędu Miasta skoro wydaje decyzje administracyjne o usunięciu krzyża?

 

 - Dlaczego lewacki prezydent Krakowa i mason kard. Stanisław Dziwisz zaangażowali się w sprawy wzniesienia krzyża na Błoniach, aby z dnia na dzień się wycofać. W mediach istnieje przekaz, że nie wiedzieli obaj o samowoli?

 

Dlaczego rzecznik Kurii Krakowskiej  Robert Nęcek wyraża się nieprzychylnie o przedsięwzięciu wzniesienia krzyża na krakowskich Błoniach, mówiąc m.in. „o pewnych grupach społecznych” związanych z ideą posadowienia krzyża, a do jakiej grupy ks. Robert Nęcek siebie zalicza, tego nie wyjaśnia?

 

Natomiast ks. Adam Boniecki redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” oświadczył, ze w tym miejscu na Błoniach nie powinien być krzyż – głaz wystarczy. Czy dla ks. Adama Bonieckiego głaz jest symbolem chrześcijaństwa?

 

W tym miejscu pragnę przypomnieć o niedawnym wycofaniu się Stanisława Dziwisza z pochówku prezesa IPN Janusza Kurtyki w uświęconym miejscu w krypcie kościoła Piotra i Pawła obok sarkofagu  Piotra Skargi w Krakowie. Dlaczego?

Bo protestował nie cieszący się przecież sławą Franciszek Ziejka TW - KO "Zebu".

Kim był Franciszek Ziejka w przeszłości?

Dlaczego Stanisław Dziwisz podawał, iż do decyzji pochówku Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego na Wawelu nakłoniła go rodzina Kaczyńskich, co w świetle jego poprzednich wypowiedzi jest nieprawdą?

Dlaczego Stanisław Dziwisz w 1999 roku  udostępnił miejsce w papa mobile Aleksandrowi Kwaśniewskiemu z małżonką bez wiedzy Ojca Świętego Jana Pawła II? Komunista Aleksander Kwaśniewski działacz PZPR  ubiegał się wówczas o prezydenturę – ujawnił na łamach dziennika.pl Marian Krzaklewski.

 

Stanisław Markowski, artysta fotografik, który wspiera inicjatywę wzniesienia krzyża jest przekonany, iż jest to walka z symbolem chrześcijaństwa.

 

Dla czytelników „Głosu Polskiego” w Toronto prezes Instytutu Katyńskiego Adam Macedoński w rozmowie ze mną powiedział:

 

- "urzędnikom nie przeszkadzają stojące niemal tuż obok głazu papieskiego toalety i śmietniki? Czy te urządzenia posiadają odpowiednie zezwolenia?" – zapytuje. Przypomnę, iż Adam Macedoński walczył pięćdziesiąt lat temu o krzyż w Nowej Hucie. Macedoński cudem ocalał, gdyż miał być uczestnikiem lotu do Smoleńska, w ostatniej chwili zatrzymały go pilne sprawy rodzinne.

 

Wczoraj  15 maja punktualnie o godz. 19 rozpoczęło się nabożeństwo majowe przy głazie papieskim na Błoniach. Mieliśmy się spotkać przy krzyżu, niestety ktoś go brutalnie zniszczył – dochodziły głosy. Sprofanowali krzyż jak ubecy – i takie komentarze było słychać. Ojciec Jerzy Pająk kapelan Towarzystwa Parku Jordana powiedział, iż nie potępia tych którzy walczyli z krzyżem na krakowskich Błoniach, bo wie, że spotka ich kiedyś kara za ich grzechy.

Kazimierz Cholewa oświadczył, iż krzyż został sprofanowany - przyszli nad ranem jak ubecy, odcięli, zniszczyli, wyrzucili za parkan i przykryli czarną plandeką jak księdza Jerzego wydobytego z wody.

Mam pretensje do Kurii Metroplitalnej, bo ludzie tam pracujący powstrzymali ten krzyż… Polska stanie za tym krzyżem! Kraków stanie za tym krzyżem! Żądamy by władze odnowiły zniszczony krzyż i jak najszybciej go tu przywiozły.

Wydział Architektury w Krakowie znany jest z załatwiania spraw związanych z samowolą budowlaną w sposób skandaliczny, niech przykładem będzie zabytkowa kamienica znajdująca się przy ul. Szerokiej 12 na krakowskim Kazimierzu.

Wykonano w niej samowolnie nadbudowę trzech pięter, aby zamienić całość budynku na hotel.

Wówczas wydano decyzję o zezwoleniu na budowę pomijając  błędy architektoniczne, konstrukcyjne i zabytkowe. Zgodę na to wydali krakowscy urzędnicy, którzy teraz nie chcąc przyznać się do winy stosują słowną żonglerkę.

Okazało się po latach, że na nadbudowę nie zgodził się ówczesny konserwator zabytków, teraz jednak przepisy już na to „pozwalają”.

Wcześniej renesansowy zabytek należał do rodziny Nissenbaumów. Główny inspektor nadzoru budowlanego wydał w tej sprawie decyzję „uchylam własną decyzję”. A budynek nadal służy gościom hotelowym, szpeci zabytkową ulicę Szeroką, właściciele hotelu śmieją się w kułaki, mieszkańcy protestują, a nadzór budowlany jak dotąd nie wydał nakazu rozbiórki nadbudowy zagrażającej bezpieczeństwu publicznemu i zabudowanej bez wiedzy i zgody konserwatora zabytków.

W maju 2009 r. Najwyższa Izba Kontroli negatywnie oceniła prowadzenie przez powiatowych inspektorów nadzoru budowlanego postępowań administracyjnych dotyczących legalizacji samowoli budowlanych oraz postępowań egzekucyjnych w tym zakresie.

Postępowania administracyjne w sprawach samowoli budowlanych prowadzono z naruszeniem prawa określonego w ustawie – Prawo budowlane, co skutkowało również wadliwymi rozstrzygnięciami podejmowanymi przez te organy – stwierdza protokół NIK.

 

Czy sprawa krzyża na krakowskich Błoniach jest niechlubną tradycją, koszmarnym dalszym ciągiem komunistycznych służb  anty - krzyżowców z Nowej Huty?

 

Czy wolność krzyżami się mierzy?

 

Aleksander Szumański "Lwowskie Spotkania"

 

 

12/ AKCJA ŚCINANIA KRZYŻY Z PREZYDENCJĄ W TLE

 

 Pierwszy krzyż po 1989 roku został ścięty na krakowskich Błoniach w nocy 17/18 maja 2010, następnie ukradziony i zbezczeszczony.

Obecnie trwa awantura wokół krzyża i kościoła w Stalowej Woli. Do postawienia wysokiego na pięć metrów dębowego krzyża doszło 27 lutego 2010 roku podczas odprawiania ulicami Stalowej Woli Drogi Krzyżowej. Przy stacji na osiedlu Młodynie, biskup Edward Frankowski poświęcił wówczas krzyż i działkę, o której powiedział, że stanie tu kościół.

Niejaki Andrzej Szlęzak prezydent Stalowej Woli, przez jedną z gazet nazwany endeckim rasistą / wywiad prezydenta z dnia 9 maja 2009 /, sprzeciwiający się uznaniu Powstania Warszawskiego za polski heroizm i nie zezwalający na syreny w dniu 1 sierpnia upamiętniające Powstanie Warszawskie, nazwał postawienie krzyża polityką faktów dokonanych i zarzucił stronie kościelnej, że doprowadziła do samowoli budowlanej, ponieważ nie dawał zgody na postawienie krzyża i - jak zapowiedział - nie da zgody na budowę świątyni w tym miejscu.

 

Inspektor nadzoru budowlanego oświadczył:

 

"nie doszło do samowoli budowlanej przy postawieniu krzyża na Młodyniu".  

 

 Sprawą zainteresował się powiatowy inspektor nadzoru budowlanego Marian Pędlowski, który umorzył postępowanie administracyjne w sprawie legalności postawienia krzyża na miejskiej działce na osiedlu Młodynie. W uzasadnieniu Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego stwierdził: "postawienie krzyża nie jest wykonywaniem robót budowlanych w rozumieniu ustawy "Prawo budowlane", nie może więc stanowić samowoli budowlanej. Wkopanie w grunt drewnianego krzyża ma charakter krzyża wotywnego istniejącego w tradycji chrześcijańskiej". Inspektor zaznaczył, że ustawienie krzyża wotywnego, nie będące robotami budowlanymi, nie wymagało żadnej czynności prawnej, to jest uzyskania pozwolenia na budowę, lub dokonania zgłoszenia.

 

Prezydent Andrzej Szlęzak zareagował godnie: " - To jest zachowanie godne śmierdzącego tchórza".

 

 Tymczasem krzyż ustawiony w lasku jest bezczeszczony, m.in. doczepiono do krzyża tabliczkę z tekstem: "Z głębokim żalem żegnamy św. p. LASEK. Zmarł tragicznie w imię ludzkiej próżności. Pamięć o nim zawsze będzie w naszych sercach. Mieszkańcy Lasku i okolic". Ktoś oblał farbą krzyż od tyłu, a z przodu porysował go czymś ostrym.

I w tym miejscu należy podkreślić - prezydenci w decyzjach związanych z posadowieniem krzyża są jak dotąd równi - prof. Jacek Majchrowski - prezydent Miasta Krakowa, Bronisław Komorowski - jako prezydent elekt, oraz z bożej łaski świecący Stalowej Woli - Andrzej Szlęzak.

 

 Ilu jeszcze prezydentów czeka na bezczeszczenie krzyży w Polsce?

 

Największy dramat rozgrywa się obecnie pod krzyżem przed Pałacem Prezdekim przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. W wyznaczonym przez prezydenta Bronisława Komorowskiego terminie nie doszło do przeniesienia krzyża. Obronił go lud Warszawy, tego Miasta wiernego polskości i Chrystusowi, nie ugiętego.

 

I chociaż obrońcy krzyża opisywani są przez serwilistyczne media jako "obrońcy", księża - patrioci - Pieronek, Nycz, "Filozof" - Życiński i inni nazywają wiernych pod krzyżem sektą, obsesjonatami, że są karłowaci, nie toczą walki o krzyż tylko z krzyżem, etc. obrońcy strzegą krzyża dzień i noc.

Z woli prezydenta elekta Bronisława Komorowskiego doszło do niespotykanych po

1989 roku wydarzeń przed krzyżem - symbolem chrześcijaństwa: policja, straż miejska, przeciw wiernym użyła przemocy fizycznej, słownej i gazu łzawiącego.

Zamieszki zostały wywołane przez rządzących motywacją polityczną - strachem przed pamięcią narodową o prezydencie Lechu Kaczyńskim.

Owa pamięć stanowi istotne zagrożenie dla politykierów PO.

Owa pamięć może odebrać im władzę!!!

Rozpaczających ponad osiem milionów Polaków, którzy głosowali na Jarosława Kaczyńskiego nazywana przez Władysława Bartoszewskiego bydłem, to potężna siła, którą politykierzy PO usiłują unicestwić, m.in. walką z krzyżem przed Pałacem Prezydenckim i jeszcze nie spotykaną nagonką medialną na PIS i jej prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Pod krzyżem przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie ważą się losy Polski!!!

Odpowiednią więc robotę edukacyjną wykonują służalcze media, wpajając opinii publicznej "prawdę" - zresztą jak zwykle - o pomysłodawcy i wykonawcy rokoszu politycznego, przepojonego nienawiścią prezesie PIS Jarosławie Kaczyńskim. Reszty dokonują serwilistyczni księża i zbałamuceni harcerze, niedopuszczeni przez wiernych do przeniesienia krzyża i wykonania planu nakreślonego przez pożal się Boże rządzących politykierów.

W poniedziałek 9 sierpnia 2010 godz. 23. 00 odbędzie się manifestacja przeciwników postawienia krzyża przed Pałacem Prezydenckim.

Na manifestację wydała zgodę prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz!!!

 

Sama postać organizatora manifestacji budzi grozę:

 

DOMINIK TARAS - ORGANIZATOR PONIEDZIAŁKOWEJ DEMONSTRACJI

 

 To zdjęcie żywcem przypomina fotki, jakie umieszczali w Internecie przyszli mordercy, którzy później dokonywali napaści na szkoły i zabijali w nich swoich kolegów.

 

Oto dotychczasowe akcje prowokatorów wykonywane przed Pałacem Prezydenckim.

 - "Z pobliskiego Gesslera /wino, wódka, piwo, wszystko za 4 zł/ natychmiast przybliża się grupa 60 osób, podpitych, z następną prowokacją. Wciskają się pomiędzy stojących tam ludzi i tubalnymi wrzaskami skutecznie zakłócają słowa modlitwy odprawianej przez ks. Stanisława Małkowskiego. Okrzyki są niewybredne: "precz z krzyżem, zimny Lech na krzyż, krzyż do kościoła", wszystkie z przekleństwami: k., h., pierd., kut. i inne. Grupa prowokatorów układa krzyż z blaszanych pojemników po piwie "Lech". Od 23.00 do 9.00 Gessler jest tak pełen ludzi, że nie mieszczą się w lokalu. Niestety nie przychodzą do niego, ale po odpowiedniej dawce alkoholu i narkotyków wszyscy udają się pod krzyż.

 

Młoda dziewczyna, lat ok. 17, podchodzi do modlących się, po kolei wrzaskliwym głosem krzycząc "masz penisa? Nie? To powiedz : penis, penis, kur. takie trudne?". I tak w kółko przez 3 godziny z takim tekstem. Każde takie zachowanie tej dziewczyny spotyka się z aplauzem kolegów spod Gesslera. Upity w belę mężczyzna około 40 lat, łazi po krzyżach, depcząc palące się znicze, tratuje kwiaty i leżące zdjęcia osób poległych w katastrofie pod Smoleńskiem. Mężczyzna woła pijanym głosem: "ruchać się pod krzyżem "kur.wasza m.", zaczynając robić obsceniczne gesty. Po chwili zataczając się depcze po krzyżach, które ludzie tam położyli. Gdy podchodzi dwóch policjantów towarzystwo skanduje: "on nic nie zrobił" i zalęknieni policjanci nie interweniując odchodzą. Ktoś z tyłu rozrywa krąg ludzi modlących się na różańcu i woła w kółko zachrypniętym głosem: "gdzie trzymacie ręce, jak się modlicie, ręce trzyma się na piersiach, a nie na jajach". Wybucha lawina śmiechu. Dwóch młodzieńców podchodzi do krzyża i zaczynają się całować, oraz obmacywać. Jest i starszy człowiek bijący kułakami w twarze modlących się.

Mur uzbrojonych policjantów spogląda na wszystko, nie interweniując. Słychać głos:"walimy tu pod pałac, bo tu policja nie goni".

 

Co będzie 9 sierpnia 2010 w konfrontacji modlących się z Dominikiem Tarasem?

 

ANTONI MACIEREWICZ ZŁOŻYŁ ZAWIADOMIENIE O PODEJRZENIU PRZESTĘPSTWA PRZEZ DOMINIKA TARASA

 

 Antoni Macierewicz, przewodniczący parlamentarnego zespołu ds. katastrofy smoleńskiej, złożył dziś zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Dominika Tarasa. Taras to inicjator "Akcji Krzyż", której uczestnicy domagają się usunięcia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego.

Zawiadomienie zostało złożone do prokuratury dziś rano - dowiedział się portal Niezależna.pl.

Przypomnijmy, że na jednej ze stron internetowych Dominik Taras zamieścił swoje zdjęcia z bronią, pozuje na nich m.in. z pistoletem i karabinem maszynowym. Na innej fotografii widać karabin automatyczny leżący na mapie, obok artykułu pt. "Zbrojny atak na szkoły".

Dziwaczne fascynacje Tarasa, jak i agresywne nawoływania innych uczestników antychrześcijańskiej akcji, mogą - zdaniem obrońców krzyża - doprowadzić do niekontrolowanego wybuchu przemocy przed Pałacem Prezydenckim.

 

13/ ISTNIEJE NAGRANIE MOMENTU EKSPLOZJI W SMOLEŃSKU

 

Moment eksplozji został zidentyfikowany, znaleźliśmy go w zapisie

jednego z rejestratorów - poinformował minister obrony narodowej Antoni

Macierewicz, zapytany przez dziennikarzy o aktualne ustalenia w sprawie katastrofy smoleńskiej.

W odpowiedzi na pytanie o aktualne ustalenia w sprawie katastrofy smoleńskiej, szef MON przypomniał wnioski, działającej przy MON podkomisji ds.

ponownego zbadania katastrofy smoleńskiej, zawarte w raporcie z kwietnia br.

- Wtedy ustaliliśmy, że doszło do eksplozji, która ostatecznie samolot zniszczyła - to sprawa zasadnicza, bo jest jeszcze wiele dodatkowych szczegółów. Obecnie wiemy dużo więcej. Znaleźliśmy w zapisie jednego z rejestratorów moment eksplozji - został

zidentyfikowany.

Zajmujemy się obecnie jego analizą i wykluczeniem wszystkich możliwości innej interpretacji tego elektronicznego zapisu - dodał. Według ministra, do końca wiosny przyszłego roku przedstawiony zostanie raport wskazujący nie tylko

przebieg wydarzeń, ale i głównych odpowiedzialnych za tragedię pod Smoleńskiem.

Podkomisja do spraw ponownego zbadania katastrofy smoleńskiej została powołana w lutym 2016 roku.

10 kwietnia 2017 r..,w siódmą rocznicę tragedii zaprezentowała ona film, w którym postawiła hipotezę, że przyczyną tragedii była seria eksplozji ładunków termobarycznych w kadłubie, centropłacie i skrzydłach samolotu, a “jeszcze przed przelotem nad słynną brzozą rozpoczęła się destrukcja lewego skrzydła, o czym świadczą odłamki leżące kilkadziesiąt metrów wcześniej”.

Według komisji, brzoza mogła zostać złamana przez “uderzające elementy konstrukcji samolotu odrywające się od rozpadającego się już wcześniej skrzydła”.

Według dotychczasowych ustaleń podkomisji, “liczne zniszczenia lewego skrzydła samolotu noszą ślady wybuchu”.

Szef MON mówił, że materiały, którymi dysponuje obecnie podkomisja “pozwalają na jasne zdefiniowanie, jak doszło do tragedii”. Jak tłumaczył wówczas, chodzi m.in. o materiały, “które związane są z analizą rejestratorów lotu” .W latach 2010-11 katastrofę smoleńską badała Komisja Badania Wypadków Lotniczych, której przewodniczącym był ówczesny szef MSWiA Jerzy Miller. W opublikowanym w lipcu 2011 r. raporcie, stwierdziła ona, że przyczyną katastrofy było zejście poniżej minimalnej wysokości zniżania, a w konsekwencji zderzenie samolotu z drzewami, prowadzące do stopniowego niszczenia konstrukcji maszyny. Komisja podkreślała, że ani rejestratory dźwięku, ani parametrów lotu nie potwierdzają tezy o wybuchu na pokładzie samolotu.

10 kwietnia 2010 r. w katastrofie samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka oraz ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski. Polska delegacja zmierzała na uroczystości z okazji 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Śledztwo w sprawie katastrofy początkowo prowadziła Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie. 4 kwietnia 2016 r. przejęła je Prokuratura Krajowa z nowym zespołem śledczym. Własne śledztwo teoretycznie prowadzi strona rosyjska, która wiele razy podkreślała, że przed jego zakończeniem nie zwróci Polsce wraku Tu-154 i jego “czarnych skrzynek”.

                                                                            

                                         "Głos" Toronto nr 48; 06. - 12. 2017

14/ ADAM MICHNIK, STRAŻNIK UKŁADU, NAJWIĘKSZY FASZYSTA W POLSCE -

POLITYCZNI I MEDIALNI GANGSTERZY ODCIĘCI OD WLADZY NIE COFNĄ SIĘ PRZED NICZYM ŻEBY JĄ ODZYSKAĆ

 

 Z Ewą Stankiewicz - dziennikarką, reżyserem, prezesem Stowarzyszenia Solidarni 2010, prozatorką, m.in. scenografem i reżyserem  filmu "Krzyż", współzałożycielką Ruchu Kontroli Wyborów, na łamach "Warszawskiej Gazety" ; nr 52 z 23 - 30 grudnia 2015 r. rozmawiała  Aldona Zaorska.

 

Aldona Zaorska. Jak Pani ocenia obecną histerię, z jaką mamy do czynienia w Polsce? Naprawdę demokracja jest zagrożona? Czy raczej przeciwnie - zagrożone są interesy wąskiej grupki ludzi poprzedniego układu politycznego?

 

 Ewa Stankiewicz. Myślę, że jest to raczej próba przeprowadzenia przez komunistów i gangsterski układ III RP, drenujący od lat Polskę, typowego puczu pod hasłem demokracji. Przecież fakt, że większość w Sejmie ma dzisiaj Prawo i Sprawiedliwość, to właśnie przejaw demokracji - ludzie w wolnych, nieskrępowanych wyborach wskazali  komu ufają i komu powierzają mandat do sprawowania władzy . I ta decyzja społeczeństwa jest dzisiaj bardzo atakowana!

Nawiasem mówiąc te wybory były wolne, ale nie wolne od fałszu!

Solidarni 2010 opublikują już wkrótce raport z ich przebiegu. Szczegółowa analiza statystyczna wskazuje, że wynik wyborczy Prawa i Sprawiedliwości był najprawdopodobniej jeszcze o kilka procent wyższy od oficjalnie podanego.

 

A.Z. To dlaczego opublikowano właśnie takie dane, jakie poznali Polacy?

 

E.S. W Polsce jest bardzo mocno ugruntowana "tradycja" fałszerstw wyborczych. Jednak dzięki coraz większej kontroli społecznej tych wyborów, pomimo licznych wysiłków nie udało się zafałszować ich na tyle, by odwrócić decyzję społeczeństwa. Dlatego to z czym mamy teraz do czynienia, te wszystkie KOD - y, mainstreamowe lamenty i występy, to po prostu krzyk, przepraszam za wyrażenie "trzody" odrywanej od koryta. Przykłady można mnożyć, zaczynając od słynnego ostatnio Trybunału Konstytucyjnego. Sędzia Andrzej Rzepliński wcale nie reprezentuje prawa. On łamie prawo. To co robi, to klasyczne zawłaszczanie władzy - przecież to on razem z Tuleją i Biernatem napisał ustawę , którą w czerwcu przepchnął przez Sejm Komorowski. W tej ustawie przygotowuje się obalenie wybranego dosłownie kilka dni wcześniej nowego prezydenta. Napisana przez sędziów poszerzających swoją własną władzę, ustawa o Trybunale Konstytucyjnym jest tworem powstałym wbrew Konstytucji. Konstytucja limituje zakres działania TK. To wtedy doszło do próby zamachu stanu, nie teraz.

 

A.Z. Czyli to Platforma Obywatelska jest odpowiedzialna za naruszanie Konstytucji, łamanie prawa i faktyczne przeniesienie ciężaru władzy z Parlamentu i prezydenta na Trybunał, powołany zresztą do istnienia przez Wojciecha Jaruzelskiego w celu usankcjonowania bezprawnie wprowadzonego stanu wojennego?

 

E.S. Nie chodzi o przeniesienie ciężaru władzy, bo TK nie jest władzą, nie ma do niej prawa. Chodzi o to, że właśnie za sprawą tej zmiany przepchniętej kolanem przez Platformę, Trybunał próbuje to zrobić - próbuje stać się władzą. Trybunał to nie jest sąd. On nie ma kompetencji sądu. Tym samym wymuszanie traktowania go i jak sądu i jako władzy jest de facto próbą zamachu stanu. Z jednej strony ma się on dokonać rękami takich sędziów jak Rzepliński, Tuleja, Biernat, czy Wróbel, przy pomocy niezlustrowanej korporacji prawniczej, będącej źródłem niesamowitej korupcji w wymiarze sprawiedliwości, a z drugiej - przy pomocy usłużnych mediów, takich jak "Gazeta Wyborcza" i kreowanie ruchów ulicznych typu Komitet Obrony Demokracji (KOD) - pod hasłami wprowadzającymi ludzi w błąd. Wszystko razem wzięte jest żałosne - postkomuniści  i te "syte koty" transformacji - ludzie, którzy przez tyle lat okradali społeczeństwo, wychodzą dzisiaj protestować, bo grozi im utrata parasola ochronnego nad ich gangsterską działalnością. Widok Romana Giertycha  podskakującego wraz z tym towarzystwem i grupa ogłupiałych ludzi "wyhodowanych" przez "Gazetę Wyborczą" jest po prosu żenujący.

 

A.Z. Ale w mediach pokazywani są inaczej. Myśli Pani, iż społeczeństwo nie da się nabrać?

 

E.S. Tak właśnie uważam - społeczeństwo przecież pokazało czerwoną kartkę układowi reprezentowanemu przez Michnika i Petru. Michnik co prawda odchodzi już do lamusa, ale media, takie jak "Gazeta Wyborcza", czy TVN usiłują wciąż manipulować społeczeństwem i mamy festiwal propagandy.

 

A.Z. A propos Michnika - nazwała go Pani największym faszysta w Polsce...

 

 E.S. Nazwałam i podtrzymuję tę opinię. Nazwałam go faszystą, bo jeżeli traktować faszyzm jako ekstremę, która wyklucza jakąś część społeczeństwa z prawa do równego traktowania, upokarza ludzi przy pomocy bardzo brutalnych metod podżegających do nienawiści za pomocą kłamstwa i propagandy, to największym, najbardziej krzywdzącym społeczeństwo i życie publiczne w Polsce  jest Adam Michnik.

 

A.Z. Michnik stosuje myślenie na zasadzie - demokracja jest dla nas i dla tych, którzy myślą tak jak my?

 

E.S. Nie tylko o to chodzi. Chodzi przede wszystkim o próby odczłowieczenia przez niego całej części społeczeństwa. Przecież to jest człowiek, który zasiał taką nienawiść w Polsce i tak zatruł umysły ludzi, szczując na siebie całe grupy społeczne w naszym kraju, że powinien za to stanąć przed sądem.

W końcu mowa nienawiści, podżeganie do nienawiści są karalne.

 

A.Z. Może powód jest bardziej przyziemny i chodzi mu tylko o kasę, którą właśnie traci? Przecież zmiana władzy to dla Agory, dla "Gazety Wyborczej" utrata paru milionów z prenumerat i publicznych ogłoszeń...

 

E.S. Oczywiście, że w tych wszystkich "protestach" i działalności Adama Michnika w istocie chodzi o wielkie pieniądze, utracone źródło drenażu kasy państwowej. "Gazeta Wyborcza" wbrew naszej woli przez lata żywiła się z naszych pieniędzy, otrzymując naprawdę gigantyczne kwoty. Natomiast Michnikowi nie tylko o kasę chodzi. Moim zdaniem jemu chodziło zawsze o rząd dusz i nie może tego ścierpieć, że go utracił. On i jego cyngle. To bardziej go boli niż utrata pieniędzy. Moim zdaniem może tu być scena  manifestacji pod siedzibą Agory na Czerskiej, kiedy 13 grudnia ludzie przyszli pod "Gazetę Wyborczą" protestować przeciwko kłamstwu, propagandzie i nienawiści, jakie on uprawia i stanęli naprzeciw kordonu policji, który odgradzał ten bogaty budynek od protestujących. A za plecami  policji stała garstka ludzi "Wyborczej", schowanych za policyjnym kordonem i ogromnej mocy zagłuszarką (sic!). To upominające się podobno o demokrację medium nie miało ochoty słuchać głosu ludu. Zagłuszarka ryczała na cały regulator nagrane wcześniej (!) hasła, skandowania oraz piosenki Jacka Kaczmarskiego (wątpię, czy podobałoby mu się śpiewanie w tych okolicznościach, ale "Gazeta" skrupułów nie miała).

Reprezentująca establishment "najedzona" do granic wytrzymałości "Wyborcza", otoczona policyjną ochroną, zagłuszająca ludzi puszczanymi  przez megafony nagrania,  zza pleców policjantów chciała nagranymi głosami zagłuszyć głosy prawdziwe.

Główni propagandyści nie mieli odwagi by stanąć z ludźmi twarzą w twarz. Moim zdaniem ten obraz mówił wszystko - kto jest kim, po której stronie stoi i kogo reprezentuje.

 

A.Z. A jak Pani ocenia taką sytuację, że dziennikarze "Gazety Wyborczej" wypisują komentarze do niemieckich gazet, a potem te gazety grzmią o "zamachu stanu w Polsce"?

 

E.S. Jeżeli chodzi o "Wyborczą", to tradycja donosu do reżimowych władz na kolegów jest tam dość mocno zakorzeniona, a jej autorzy cenieni. To są zwykli donosiciele którzy nie zawahają się - tak jak kiedyś targowiczanie - poprosić o zewnętrzną pomoc w walce o władzę w Polsce. Przede wszystkim ci ludzie kłamią. A nie można bezkarnie formułować oszczerstw ani w Polsce, ani forum międzynarodowym. Jeżeli ktoś takie oszczerstwa wygłasza powinien ponieść odpowiedzialność.

Osobną sprawą są wystąpienia o retoryce pajaca Martina Schulza. Jeżeli najwyżsi urzędnicy Unii Europejskiej ośmielają się grozić Polsce, to jest to zadanie dla polskiego rządu i dyplomacji.

Władze polskie muszą na taką propagandę ostro zareagować i nie pozwolić na jej szerzenie. W przypadku polityków UE  nie ma mowy o jakiejś głupocie - ich zachowanie jest po prostu batem, którym potrząsają w celu utrzymania swoich interesów finansowych i ideologicznych w Polsce. A na to żaden suwerenny rząd, żadnego suwerennego państwa nie może pozwolić. Musi reagować i liczę, iż będzie to czynił skutecznie. Na szczęście moim zdaniem , tak jak ludzie są uodpornieni na na propagandę "Wyborczej", czy TVN-u, tak też są już uodpornieni na propagandę tej grupy, która zagarnęła ideologicznie i strukturalnie Unię Europejską.

Dlatego takie pokrzykiwania Schulza także ich nie przekonują.

Schulz to człowiek o skrajnych poglądach, o ile się orientuję to nieuk, w normalnych warunkach byłby odsunięty zupełnie na margines. To że stoi tak wysoko w strukturach Unii niestety powoduje jej destrukcję i osłabienie. Schulz nie ma już takiego wpływu, ludzie uodpornili się także na propagandę urzędników unijnych, tylko jeszcze ostatni dinozaur "Gazeta Wyborcza"  próbuje z niego zrobić bat na Polskę. Wciąż natomiast jest problemem propaganda w mediach zagranicznych.

 

A.Z. Dlaczego?

 

E.S. Dlatego, iż w skali Europy, czy świata, sytuacja na rynku medialnym jest podobna do tej w Polsce. Panuje ogólna tendencja lewacka propagowana przez olbrzymie koncerny mające swoje tytuły prasowe w wielu krajach i realizujące ideologię politycznej poprawności. Nawet, jeżeli ideologia nie odgrywa większej roli, to doświadczenie pokazuje, że coraz trudniej o fakty, coraz łatwiej o propagandę. Takimi mediami są "BBC", "Washington Post", czy "CNN", gdzie oszczerczy wobec Polski program zrobił kolega Radosława Sikorskiego i jego żony - Fareed Zakaria, pracujący zresztą na co dzień dla "Washington Post" - tej samej gazety, co Anne Appleubaum - żona Sikorskiego. Ale pomijając te osobiste powiązania, których jest oczywiście znacznie więcej, mamy do czynienia z bardzo poważnymi sygnałami, wskazującymi, że obraz świata przekazywany przez powszechnie szanowane media, może być równie "rzetelny", jak ten pokazywany światu w sprawie Polski. Osobiście wątpię, aby kwestia mediów była tylko naszym kłopotem. Myślę, że podobnie jest w skali świata w naszym kręgu kulturowym.

 

 A.Z.  I co z tym zrobić?

 

E.S. Zacząć budować w skali świata sieć mediów, które sprzeciwią się tej propagandzie kłamstw, a jednocześnie dotrą do ludzi. Jednocześnie wypracować metody, które dadzą odpór tym medialnym oszustom i pokażą ich kłamstwa. Uczyć dzieci w szkole odwagi i samodzielnego myślenia.

 

A.Z. W Polsce byłoby najprościej przejąć media publiczne, które - nie ma co ukrywać - uprawiają dzisiaj propagandę kłamstwa w nie mniejszym stopniu, niż dwie największe stacje prywatne.

 

E.S. Moim zdaniem TVP- Info jest gorsza w tej chwili nawet od TVN24. Ludzie w niej pracujący "idą po bandzie". To nawet nie jest propaganda, to jest czysta walka, niejednokrotnie na poziomie bliskim Jerzego Urbana. Dlatego każdy dzień zwłoki w przywróceniu tego środka komunikacji społecznej Polsce i Polakom to gigantyczna strata. Tu naprawdę liczą się godziny. Trzeba odsunąć tych medialnych gangsterów od kamer i wypracować prawo przywracające TVP społeczeństwu.

 

A.Z. To niewątpliwie spotka się z atakiem. Tomasz Lis już poleciał wypłakiwać się Niemcom w rękaw, że wolność słowa jest zagrożona, bo traci pracę w telewizji publicznej...Tylko patrzeć, jak Niemcy znowu zaczną grzmieć, że tak właśnie jest...

 

E.S. Lis liczy na to, że poleci do mediów niemieckich, te podniosą larum, za nimi podniesie wrzask Unia, a polski rząd czym prędzej się ugnie. Nie ugnie się. Premier Beata Szydło wyraźnie to powiedziała. Zresztą ludzie dostrzegają propagandę mediów mainstreamowych także w innych krajach. Siła tych mediów słabnie wszędzie - ludzie po prostu mają ich dość. Lis za to szczucie powinien zostać zepchnięty na margines życia publicznego przez społeczeństwo. A grono "sierot po reżimie" może sobie budować KOD-y, pod warunkiem, że nie będą podżegać do nienawiści. Jak wiemy - miało to już miejsce i skończyło się tragicznie. Oby się nie powtórzyło. Lis jest właśnie takim medialnym imamem, który wzbudza nienawiść i może się dochować ludzi, którzy sięgną po broń. To jest moim zdaniem większe niebezpieczeństwo z jego strony niż oszczerstwa wypłakiwane w niemieckich gazetach. Demokratyczne kraje zakazują działania najbardziej agresywnym imamom.

 

A.Z. Zapytam więc nieco prowokacyjnie - nie boi się Pani, że protesty KOD-ów i tym podobnych tworów będą jednak przybierać na sile?

 

E.S.  Protesty nie. Ich organizatorzy mają nadzieję, że rozhuśtają nastroje społeczne. Może, dzięki propagandzie, w jakimś stopniu im się to uda, ale wątpię, by udało im się poderwać ludzi do protestów społecznych na większą skalę. Ludzie poprzedniego establishmentu walczą tylko i wyłącznie o własne interesy i pozostanie przy tzw. korycie. Ich nie obchodzą nawet ci, którzy na marsz KOD-owców poszli. Zresztą - patrząc na wynik wyborów udało im sie ogłupić mniej więcej 20 procent społeczeństwa, a to za mało na rewolucję. Mam nadzieję, że za chwilę z ich rąk zostanie wyrwana tuba propagandowa, którą uczynili z telewizji publicznej i stracą jeszcze więcej. Po stronie reformatorów jest ogromna determinacja.

Po stronie dawnego establishmentu jest walka na śmierć i życie. Oni nie odpuszczą i nie zrezygnują z niej. Dlatego, jeżeli się boję, to nie zorganizowania przez nich masowych protestów, tylko jakichś ekstremalnych zajść w rodzaju zamordowania śp. Marka Rosiaka. Ci polityczni i medialni gangsterzy, odcięci od władzy nie cofną się przed niczym żeby ją odzyskać.

 

Przecież to jest środowisko, które ma krew na rękach!

 

A.Z. Ma Pani na myśli 10 kwietnia i śmierć Lecha Kaczyńskiego?

 

E.S. Tak.

 

W przeprowadzeniu zamachu w Smoleńsku musiała uczestniczyć strona polska. Nie ma żadnego innego wytłumaczenia tego rozpadu samolotu, jak seria eksplozji ładunków wybuchowych na pokładzie. Wszystko wskazuje na to, że ładunki ulokowano w samolocie podczas jego remontu w rosyjskiej Samarze, a aktywowano je w Polsce przed startem 10 kwietnia z Okęcia.

 

Część przygotowań musiała mieć miejsce w Polsce. Cała grupa Sikorski, Arabski, Tusk, Miller, Klich, Kopacz, Bahr, Turowski - bez współpracy tych ludzi zamach by sie nie udał. Nie wiem, w czyim przypadku była to współpraca w pełni świadoma i ukierunkowana na mord, kto "tylko" dopuszczał, że jego działania mogą zakończyć się zamachem, a kto jedynie wierzył, że "dokopie" Kaczyńskiemu.

Ale nie mam wątpliwości, że bez ich współpracy, działań i zaniechań morderstwo by się nie powiodło. Stan faktyczny musi ustalić niezależna prokuratura.

 

A.Z. A inne działania związane z rozliczeniem tamtej ekipy? Jakie kroki powinny być podjęte w pierwszej kolejności?

 

E.S. Jak już mówiłam - ustawa w sprawie telewizji publicznej i uzdrowienie obecnej chorej sytuacji w mediach. Ale też nie wolno zapominać o telewizji prywatnej!

Nie widzę powodu dla ochrony prywatnego rynku medialnego przed Urzędem Antymonopolowym, który wchodzi, gdy tylko na rynku pojawi się monopolista.

Tymczasem de facto obie największe prywatne telewizje informacyjne mają wspólnie z TVP monopol na rynek medialny. Warto zwrócić uwagę, że wspomniane stacje reprezentują tylko 30 procent społeczeństwa. Aż 60 procent nie ma swojej mainstreamowej stacji informacyjnej. To musi się zmienić!

 

A.Z. Dalsze kroki?

 

E.S. Jestem zbudowana tym, że PiS rzeczywiście idzie do przodu i myślę, że nie ma potrzeby tu podpowiadać.

Na pewno należy rozliczyć tych kryminalistów, którzy rozkradali majątek narodowy czy podejmowali inne działania niezgodne z prawem. Nie może być tak, aby w Polsce skazywana na karę więzienia była staruszka, która z biedy ukradła kostkę masła, a przestępca, który wyprowadził miliony ze spółek Skarbu Państwa, pozostawał bezkarny. Nie może być tak, aby kary nie ponosiła osoba odpowiedzialna za przekręty prywatyzacyjne, czy sędzia łamiący prawo, tak jak to zrobił Rzepliński.

Demokracja na tym właśnie polega, że ludzie są równi wobec prawa i pora żeby tu demokrację właśnie zaprowadzić.

Konieczna jest też absolutna przejrzystość życia publicznego, w tym ujawnienie nazwisk wszystkich byłych TW, innymi słowy konieczna jest lustracja.

Trzeba też zwrócić uwagę na działalność Trybunału Konstytucyjnego, który dotychczas zablokował cały szereg ustaw mających wprowadzić demokratyzację życia publicznego w Polsce, m.in. właśnie lustrację, dekomunizację, czy otwarcie zawodów prawniczych.

Czas skończyć z sytuacją w której Trybunał Konstytucyjny jest bajpasem demokracji.

 

A.Z. Czy prezydent Andrzej Duda powinien ujawnić aneks do raportu z likwidacji WSI?

 

E.S.  Tak. Jest to absolutnIe konieczne! 

 

Z Ewą Stankiewicz - dziennikarką, reżyserem, prezesem Stowarzyszenia Solidarni 2010, na łamach "Warszawskiej Gazety" ; nr 52 z 23 - 30 grudnia 2015 r. rozmawiała  Aldona Zaorska.

15/ AKCJE POLSKIEGO PODZIEMIA - ZAMACH W BARZE „ZA KOTARĄ”

                        UL. MAZOWIECKA 2 WARSZAWA

 

Stary zegar wskazywał godzinę szóstą, gdy do baru weszły dwie zajęte rozmową pary. Czwórka przyjaciół wciąż się przekomarzając, przeszła przez pierwszą salę i zajęła miejsca na podwyższeniu. Po chwili zjawiła się kelnerka i z uśmiechem na twarzy zapytała czym może służyć.

– Cztery wódki, ser szwajcarski, porcja szynki i ogórki – powiedział młody mężczyzna, na co kobieta skinęła głową i odeszła w kierunku bufetu. Drugi z młodzieńców spojrzał ukradkiem na kraniec sali, gdzie tuż przy telefonie siedział właściciel lokalu. To on był celem zamachu.

Tak rozpoczęła się jedna z najsłynniejszych, a zapomnianych już dziś akcji Referatu 993/W – specjalnej grupy bojowej Oddziału II Informacyjno-Wywiadowczego Komendy Głównej Armii Krajowej, której celem było wykonanie wyroku kary śmierci na zdrajcy Józefie Staszauerze –  oficerze Oddziału V KG AK.

Józef Staszauer był solą w oku polskiego podziemia, konfidentem, który przez długi czas prowadził podwójną grę przyczyniając się do wielu aresztowań polskich członków podziemia. To ten człowiek, będąc oficerem Armii Krajowej i mając dostęp do wielu ważnych informacji, okazał się jednym z największych błędów wywiadu AK, za który przyszło nam drogo zapłacić.

Wielu badaczy zajmujących się sprawą Staszauera (vel Dalder , „Aston” vel „Damięcki” vel „Staniszewski”) zastanawia się, jak to możliwe, że tak dobrze funkcjonująca organizacja, jaką była bez wątpienia AK, pozwoliła sobie tak wielki błąd. Do myślenia powinno dać kilka faktów. Chociażby to, że „Aston”, Żyd o wyraźnie semickim wyglądzie, w 1943 roku, a więc w momencie, gdy niemiecka zbrodnicza machina mordowała tysiące Żydów  w piekłach getta, wciąż prowadził znajdujący się w samym centrum Warszawy lokal. Tego nie mogę zrozumieć, iż tak potężna Armia Polski Podziemnej nie zrozumiała agenturalnej postawy "Astona".

Podejrzenia powinno przede wszystkim wzbudzić również kilka innych spraw. Na przykład to, iż pewnego razu, gdy do prowadzonego przez Staszauera baru „Pod kotarą” weszło dwóch szmalcowników, a rozpoznając w nim Żyda zażądało pieniędzy, wnet pojawili się Niemcy, aresztowali szmalcowników i wszelki ślad po nich zaginął, a Staszauera pozostawiano w spokoju. Wiadomo przecież było, że szmalcownicy współpracowali z Gestapo. Kontrwywiadu Armii Krajowej dostatecznie nie poruszyło nawet to, że wspomniany lokal był jednym z ulubionych miejsc spotkań oficerów Gestapo z informatorami, jak napisał jeden z badaczy, „kłębowiskiem najgorszych żmij”, o czym ponoć Polacy doskonale wiedzieli. Czyżby?

 

ZAMACH

 

Dopiero jednak wielka wsypa z 19 sierpnia 1943 roku, podczas której zginęli na ulicy Poznańskiej dwaj żołnierze Polskiego Podziemia, a ich dowódca porucznik „Wiktor” został schwytany, uświadomiła Armii Krajowej kim naprawdę jest Józef Staszauer „Aston” i jak wielkim jest zagrożeniem. Wspomnianego dnia grupa bojowa Komedy Głównej AK miała za zadanie przeprowadzić likwidację działającego na Poczcie Głównej niezwykle groźnego konfidenta.

Akcja, jak zawsze w tego typu przypadkach, została starannie zaplanowana. Wzięła w niej udział, poza porucznikiem „Wiktorem” (Wojciech Lilienstern), „Antonem” i łączniczką „Jagodą” (Stanisława Maria Zybert), również grupa osłaniająca kierowana przez „Tadeusza” (por. Tadeusz Szuster) oraz żołnierzy grupy likwidacyjnej Okręgu Warszawskiego ppor. Aleksandera Dakowskiego „Aleksandra” (składała się z pięciu: „Małego”, „Wrzosa”, „Biegłego” oraz dwóch nieznanych żołnierzy).

Działającego na poczcie konfidenta wskazać miał przejeżdżający rikszą „Aston”. Ten jednak zamiast mającego rozpocząć akcję sygnału, wykonał niespodziewany gest. Zdjął kapelusz i skinął głową „Wiktorowi” w powitalnym geście, w czym wprawił go w zdumienie.

Jak się okazało, był to znak dla gestapowców. Do stojącego na chodniku dowódcy podjechał czarny samochód, z którego wyskoczyli Niemcy. Jednocześnie na ulicy wywiązała się strzelanina, bo czekających na rozpoczęcia akcji akowców zaskoczyli żandarmi i cywilni funkcjonariusze Gestapo.

„Wiktor”, obezwładniony i schwytany przez oficera Gestapo Hermanna Schliemanna został wciągnięty do auta, który odjechał z piskiem opon. Zamęczany podczas brutalnego śledztwa „Wiktor” został rozstrzelany 16 października 1943 roku. Nie była to jedyna ofiara wsypy „Astona”. W wyniku ulicznej strzelaniny zginął „Mały” oraz jeden z nieznanych nam konspiratorów. Dopiero teraz kontrwywiad Armii Krajowej poznał prawdziwe oblicze zdrajcy i po przeprowadzonym śledztwie wydał na niego wyrok kary śmierci.

 

BAR "ZA KOTARĄ"

 

Bar „Za kotarą” mieścił się w samym centrum Warszawy, przy ulicy Mazowieckiej 2, w pobliżu jej wylotu na ulicę Świętokrzyską. Niewielkich rozmiarów lokal był podzielony na dwie części. Wchodząc przez drzwi frontowe klient znajdował się w większym pomieszczeniu, który mieścił poza sześcioma stolikami również bufet i telefon (to przy nim bardzo często zajmował miejsce właściciel Józef Staszauer, który przebywał tu przez większą część dnia).

Druga część baru znajdowała się na lekkim podwyższeniu, mieściła tylko trzy stoliki i bardzo często była oddzielana od większej sali czerwoną kotarą (stąd wzięła się nazwa lokalu). To właśnie ten punkt został wytypowany przez ppor. Stefana Matuszczyka „Porawę” na przeprowadzenie akcji likwidacyjnej „Astona”. Głównie dlatego, że było to miejsce, w którym skazany na karę śmierci konfident przebywał najdłużej.

8 października 1943 roku w godzinach wieczornych próg baru „Za kotarą” przekroczyła czwórka członków oddziału bojowego AK. Byli to „Nina” (Danuta Hibner) „Zosia” (Zofia Rusecka), „Naprawa” (Tadeusz Towarnicki) i „Ryś” (nie ustalono prawdziwego nazwiska). Pojawienie się nowoprzybyłych gości, choć ci zachowywali się normalnie, ponoć szybko wzbudziło podejrzenia „Astona” i jego „klientów”. Młodzi udając dwie rozbawione pary, zamówili tymczasem u kelnerki wódkę oraz drogie zakąski i starali  rozeznać się w sytuacji.

Ich zadaniem było  stwierdzenie, czy cel zamachu znajduje się na miejscu i  obserwowanie pozostałych gości, którzy w chwili wkroczenia do baru grupy uderzeniowej mieli zostać wezwani do podniesienia rąk, a w przypadku braku wypełnienia polecenia, natychmiast zastrzeleni.

Ową grupę uderzeniową tworzyli: „Szlak” (Bolesław Bąk), „Burza” (Stanisław Bąk), „Doktur” (Leon Bąk), „Andrzejewski” (Andrzej Zawadzki) oraz „Clive” (Zbigniew Szubański) – każdy został uzbrojony w dwa pistolety, dodatkowo „Doktur” posiadał pistolet maszynowy Sten. Grupa miała za zadanie wejść do baru, obezwładnić ewentualnych wrogów, a po rewizji wszystkich znajdujących się w środku, wypełnić rozkaz likwidacji „Astona”.

Ich poczynania miał z kolei osłaniać zespół składający się z czternastu rozmieszczonych na zewnątrz osób (w tym dwóch granatowych policjantów współpracujących z Polakami).

Kwadrans po godzinie 18:00, gdy wszyscy uczestnicy zamachu zajęli swoje miejsca, z baru, pod byle pretekstem wyszła „Zosia” i zakomunikowała kierującemu akcją ppor. „Porawie”, że cel znajduje się w środku. Chwilę potem przyszły niestety kłopoty. Łączniczka „Teresa”, a zaraz po tym sam „Porawa” zauważyli, że w okolicznych bramach kręci się kilku Niemców oraz podejrzanie wyglądających cywili. Jeszcze większą konsternację wywołały słowa nieznanego mężczyzny, który przechodząc obok wyszeptał ukradkiem:

 

JEST WSYPA. ODWOŁAJCIE AKCJĘ

 

Dowodzący zamachem przez kilka minut łamał sobie głowę nad tym, jaką podjąć decyzję. Było dla niego jasne, iż jeśli on i jego podopieczni znaleźli się w pułapce (wszystko na to wskazywało), nie obędzie się bez ofiar.

Dziś niestety nie wiemy, co kryło się za dużą koncentracją niemieckich szpicli w okolicach baru, ale zdaniem wielu badaczy tematu najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest… przypadek.

Tego samego dnia w „Za kotarą” odbyć się ponoć miało ważne spotkanie oficerów Gestapo (wyjaśniałoby to ubezpieczenie na ulicy). Mniej prawdopodobne wydaje się natomiast to, że była to osobista ochrona „Astona”, niemożliwe bowiem, aby Niemcy poświęcili aż tylu agentów dla ubezpieczenia jednego tylko konfidenta.

 „Porawa” poinformował grupę osłaniającą o czyhającym w pobliżu zagrożeniu i możliwości kolejnej wsypy, a potem zdając sobie sprawę z gigantycznego ryzyka, zdecydował się rozpocząć akcję. „Burza”, „Doktur”, „Szlak”, „Andrzejewski” i „Clive” wpadli z odbezpieczoną bronią  do wnętrza baru.

Gdy pięciu bojowników AK wpadło do środka, z dwóch stron rozległo się donośne: „Ręce do góry!”. Polecenia posłuchało tylko dwóch gości, a ponieważ „Aston” i kilku jego „klientów” sięgnęło po broń, akowcy zaczęli strzelać z pistoletów, a "Doktur" siał seriami ze swego Stena. Wnętrze wnet wypełniły duszący dym prochu i przeraźliwy huk, od którego, jak wspominano potem, aż zatrzęsły się ściany.

Na ulicy natomiast rozbrzmiał jazgot Stena „Sokoła”, który „wpierw zgasił latarnię na rogu Mazowieckiej i Świętokrzyskiej, a następnie ogniem peemu pokrył wskazane mu wcześniej bramy”. Ubezpieczający lokal Niemcy nie mieli najmniejszych szans na przyjście z pomocą „Astonowi”.

Ten zaś już po kilkudziesięciu sekundach leżał martwy na zimnej posadzce swojego przybytku wraz z żoną, szwagrem i kilkoma gośćmi, których w również trafił ogień zamachowców. Rany odnieśli „Nina”, („Doktur” i „Szlak” włożyli ją do rikszy i zawieźli do domu, a tam napotykając i zabijając jednego własowca zdecydowali się przewieźć ją do lokalu przy ulicy Ogrodowej), a także „Naprawa” (odwiózł go do domu „Zosi” sam ppor. „Porawa”).

Według Tomasza Strzembosza w wyniku przeprowadzonej przez Armię Krajową w barze „Za kotarą” akcji zginęło 11 osób. Zlikwidowano Józefa Staszauera, jego żonę Helenę, szwagra Eugeniusza Larscha (cała trójka współpracowała z Gestapo) z żoną, a także trzech przebywających w środku Niemców, groźnego agenta Gestapo – Józefa Konarzewskiego „Torunia” oraz dwóch niezidentyfikowanych mężczyzn (podobno również agentów Gestapo).

Życie straciło niestety także trzech niewinnych ludzi, w tym aktorka Maria Malanowicz-Niedzielska, która „Za kotarą” dorabiała jako kelnerka (to ona przyjęła zamówienie czwórki, którzy na początku zajęli miejsca na podwyższeniu). Zginął również Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski. Ten ostatni jest źródłem kolejnej tajemnicy otaczającej bar „Za kotarą”.

Juliusz Kulesza w opracowanej wspólnie z Robertem Bieleckim publikacji poświęconej oddziałowi 993/W (Przeciw konfidentom i czołgom. Oddział 993/W Kontrwywiadu Komendy Głównej AK i batalion „Pięść” w konspiracji i Powstaniu Warszawskim 1944 roku, Warszawa 1996, s. 139-140) pisze:

„Niestety życie straciły też osoby, które nie miały być go pozbawione. Według Tomasza Strzembosza byli to dwaj razem siedzący Polacy – Tadeusz Zjawiński i Tadeusz Wojciechowski oraz wspomniana już kelnerka, aktorka Maria Malanowicz-Niedzielska. Strzembosz dopuszcza też możliwość nie zamierzonego zastrzelenia czwartej osoby, pisząc: „Zginął także w barze „Za Kotarą” członek komendy organizacji podziemnej Polska Niepodległa: Tadeusz Chojecki – być może był nim jeden z poległych  dwóch Tadeuszów, znanych tylko z nazwisk, występujących w dowodach tożsamości.”

Do rozwiązania tej zagadki udało się nam zbliżyć. Obaj Tadeuszowie siedzieli istotnie przy wspólnym stoliku, przy czym Zjawiński miał w dokumentach swoje rzeczywiste, rodowe nazwisko, zaś jego towarzysz w rzeczywistości nazywał się właśnie Chojecki (a nie Wojciechowski) i był właścicielem magazynu dywanów, obić, tapet itp. artykułów, mieszczącego się przy ul. Marszałkowskiej 122. Mieszkający w Grodzisku Mazowieckim T. Zjawiński był w trakcie przeprowadzania się do Warszawy, zakupując elementy wyposażenia domu u Chojeckiego.

Omówienie tych spraw było celem ich spotkania. Jest pewne, że to nie Zjawiński był tym członkiem kierownictwa Polski Niepodległej. Był nim raczej jego rozmówca – autentyczny Chojecki, posiadający przy sobie dokumenty na nazwisko Tadeusza Wojciechowskiego. To, że T. Strzembosz pisze o Tadeuszu Chojeckim (a nie Witoldzie, Wojciechu, czy Władysławie) wynikać może z błędu w ówczesnych materiałach źródłowych, polegającego na pomyleniu prawdziwego imienia z imieniem „Wojciechowskiego”. Dodajmy, że brzmienie fikcyjnego nazwiska wynikać mogło z posiadania imienia Wojciech”

Chojecki, który sam był czynnym żołnierzem podziemia (co prawda nie AK, a organizacji Polska Niepodległa), a który w skutek konspiracji, nie mógł wiedzieć nic o planowanym zamachu, z pewnością zdawał sobie sprawę, że bar „Za kotarą” to miejsce spotkań zdrajców, konfidentów i agentów Gestapo, wybrał jednak ten lokal umyślnie (tak podejrzewa kilku badaczy). Chojecki, który sam obawiał się aresztowania przez Niemców, wybrał takie miejsce spotkania ponieważ zdawało  mu się ono najbardziej bezpieczne (w końcu kto by szukał członka ruchu oporu w spelunie dla Niemców i donosicieli). Przypadek, opóźniona reakcja samego Chojeckiego w momencie wkroczenia zamachowców, a także chaos, jako po tym zapanował, spowodowały, że on, jego klient oraz kelnerka ponieśli śmierć.

 

 EFEKTY AKCJI "ZA KOTARĄ"

 

Akcja likwidacji groźnego i zasłużonego dla wroga agenta, a także zabicie kilku Niemców i konfidentów, którzy tego wieczoru przebywali w barze „Za kotarą” zostało ocenione przez Komendę Główną Armii Krajowej bardzo wysoko.

„Porawie” i „Ninie” przyznano Order Virtuti Militari V klasy, a „Zosi”, „Rysiowi”, „Naprawie”, „Andrzejewskiemu”, „Clivie”, „Szlakowi”, „Dokturowi” i „Burzy” – Krzyże Walecznych.

Istotny był również czynnik psychologiczny wywołany w skutek udanie przeprowadzonego zamachu na konfidenta. AK tym samym wysłała wszystkim zdrajcom i donosicielom jednoznaczny sygnał mówiący o tym, że Niemcy nie są w stanie ochronić swych informatorów i że AK karze za zdradę śmiercią – wyrokiem, od którego nie ma odwołania.

 

W barze „Za kotarą” zginęli:

 

1. Józef Staszauer „Aston” – cel zamachu

2. Helena Staszauer – jego żona i współpracownica

3. Eugeniusz Larsch – szwagier Staszauera

4. żona Larscha, szwagierka Staszauera

5. Agent Gestapo

6. Agent Gestapo

7. Henryk Müller – Reichsdeutsch, syn właściciela zakładów w Piastowie

8. Henryk Braun – dyrektor tych zakładów

9. Zygfryd ? – obywatel Rzeszy

10. Adolf Kuratz – Volksdeutsch, Treuhänder Hotelu „Europejskiego”

11. Jerzy Konarzewski „Toruń” – konfident Gestapo z komórki antylewicowej.

Wśród zastrzelonych znalazły się także osoby przypadkowe:

12. Tadeusz Wojciechowski (Tadeusz Chojecki?) – członek Polski Niepodległej

13. Tadeusz Zjawiński – prawdopodobnie klient Chojeckiego

14. Maria Malanowicz-Niedzielska – aktorka pracująca w barze jako kelnerka

 

W akcji „Za kotarą” wzięli udział, m.in.:

 

Porawa – ppor. Stefan Matuszczyk

Ryś – ?

Naprawa – pchor. Tadeusz Towarnicki

Nina – Danuta Hubner

Zosia – Zofia Rusecka

Szlak – Bolesław Bąk

Burza – Stanisław Bąk

Doktur – Leon Bąk

Sokół – Bronisław Gwiaździński

Andrzejewski – pchor. Andrzej Zawadzki

Clive – Zbigniew Szumański

Teresa – Iza Horodecka

Gil – Ryszard Duplicki

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

–Tropy historii Zamach w barze "Za kotarą"   http://tropyhistorii.wordpress.com/tag/konfidenci/

 

- Strona byłych działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża

https://wzzw.wordpress.com/2011/03/09/egzekucja-zdrajcow/

 

http://www.malanowicz.eu/family/biogramy/MM-NS/MMNS-19.html  Remek Piotrowski

 

– Tomasz Strzembosz „Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939-1944” PIW, 1983

 

– Robert Bielecki, Juliusz Kulesza, Remek Piotrowski

 „Przeciw konfidentom i czołgom"

 

                       Opracował Aleksander Szumański "Głos Polski" Toronto

 

 

16/ "ZIEMIAŃSKA" KRAKOWSKA CUKIERNIA - ZAMACH - DOWÓDCA AKCJI "ORLIK" ZDZISŁAW MERES.

PAMIĘCI KOSPIRATORÓW KRAKOWSKIEGO KEDYWU AK "GROM".

SZARE SZEREGI.

WŁODZIMIERZ ROZMUS, W ODDZIAŁACH PARTYZANCKICH SKAŁA.

 

Liczne akcje dywersyjne i sabotażowe oraz rozbrajanie pojedynczych Niemców spowodowały na terenie Krakowa zagrożenie i „spalenie” kilku młodych ludzi. W takich przypadkach kierowano członków ruchu oporu do leśnych oddziałów partyzanckich. Tak też powstał drugi oddział krakowskiego „Kedywu”. 18 stycznia 1944 roku pierwsza grupa partyzantów oddziału o kryptonimie „Grom” wyruszyła do lasów w okolicy Niepołomic. Liczyła ona osiem osób: Zbigniew Gawlik -„Żmija”, Jerzy Gara -„Błysk”, Wojciech Niedziałek -„Judasz”, Zbigniew Kulig -„Zbójnik”, Kazimierz Hromniak -„Leśnik”, Jerzy Tracz -„Mały”, Zdzisław Meres -„Orlik”, Kazimierz Meres -„Ryś”.

Nie byli początkującymi żołnierzami podziemia. „Judasz” wojował uprzednio przez pięć miesięcy w oddziale „Błyskawica”. Patrol pod dowództwem „Orlika” w składzie: „Leśnik”, „Ryś”, „Mały” dokonał w listopadzie 1943 roku zamachu na cukiernię „Ziemiańską” przy ul. Mikołajskiej w Krakowie.

„Orlik” - dowódca akcji był znakomitym żołnierzem i wspaniałym, kolegą, niskiego wzrostu o małych przenikliwych oczach imponował odwagą i trzeźwością umysłu. Umiał znakomicie opowiadać o swoich przeżyciach. Jego plastyczne wywody poparte gestykulacją rąk wprawiały szczególnie nowicjuszy w niemały zachwyt. Słuchacze w czasie relacji po prostu widzieli przebieg opowiadanych wydarzeń. Najbliżsi koledzy nazywali go także „Łatą”. Jemu też powierzono dowództwo nad patrolem AK w akcji na cukiernię „Ziemiańską”. Zwykli przebywać w niej częściowo już rozpracowani Żydzi, niemieccy konfidenci z terenu Krakowa. Byli to Diamand, Karolewski, Kusek, Bielecki, Apfel, Förster, Żabiński i Stefania Brandsteter, znana także jako „Krysia konfidentka”. Miała ta żydowska grupa na sumieniu kilkudziesięciu Polaków wydanych w ręce Gestapo. Nic dziwnego, że interesowały się nimi zarówno komórki AK jak i grupa bojowa PPS.

Dowództwo „Kedywu” nawiązało kontakt z PPS planując wspólną akcję w „Ziemiańskiej”. Bojowcy PPS mieli działać wewnątrz kawiarni, zaś akowcy dawali obstawę. Przed akcją PPS-owcy zostali jednak „spaleni”. Całość działań wziął na siebie patrol „Orlika”, z tym, że dowódca i „Leśnik” działać mieli wewnątrz lokalu, a „Mały” i „Ryś” ubezpieczali kolegów na zewnątrz.

Zadecydowano użyć granatów własnej konspiracyjnej roboty, które wypróbowano na Skałach Twardowskiego. W komórkach „Kedywu” przygotowano ładunek składający się z pięciu granatów oraz kilograma pociętego na małe kawałki żelastwa. Całość była opakowana i stanowiła estetyczną paczkę.

Patrol „Orlika” przebywał całymi dniami w określonych godzinach w kościele św. Barbary klęcząc w ławkach i oczekując na dogodny moment. Wreszcie łączniczka przyniosła upragniony rozkaz. Wszyscy bywalcy „Ziemiańskiej” są w komplecie. Na ulicy Mikołajskiej zapadał zmrok.

„Ziemiańska” składała się od frontu z dwóch pomieszczeń. Przez wąski i ciemny pokój wchodziło się do dużego pomieszczenia, gdzie przesiadywali żydowscy konfidenci Gestapo.

Pierwszy do cukierni wszedł „Orlik”. W drzwiach wejściowych natknął się na parę przyzwoicie wyglądających osób, którzy przypadkowo chcieli także odwiedzić lokal. Zrobiło się mu żal niewinnych ludzi i postanowił ich ostrzec .

 

 

 

- Nie wchodźcie!

- Dlaczego?

- Policja!

 

Ostrzeżenie poskutkowało. „Orlik” siadł przy małym stoliku w pierwszym pomieszczeniu i spokojnie zamówił dwa ciastka. W „Ziemiańskiej” płaciło się zazwyczaj przy bufecie. Zaczął więc szukać pieniędzy po kieszeniach. Portfel miał niestety przyciśnięty ukrywanym parabellum. W tym czasie „Leśnik” stanął przy wejściu do drugiego pokoju, pociągnął za sznurek przyczepiony do zawleczki granatu i cisnął całą paczkę na stolik konfidentów. „Orlik” trzymając pistolet w ręce ubezpieczył odwrót „Leśnika”. Kiedy spiesznie opuszczali lokal nastąpił wybuch. Wyleciały szyby i powstała na ulicy panika. Korzystając z tego chłopcy szybko oddalili się z miejsca akcji.

Jak się później okazało eksplodował tylko jeden granat. Pozostałe cztery z wiązki nie wybuchły. Prawdopodobnie przyczyną był zawilgocony proch. Wśród konfidentów był jeden ranny, reszta zaś ogłuszona i poturbowana. Lokal został zdemolowany.

Pomimo, że akcja nie w pełni się udała, miała duże znaczenie psychologiczne. Żydowskim konfidentom zajrzała w oczy śmierć i na własnej skórze odczuli, że za popełnione zbrodnie nadchodzi czas zemsty.

Zrozumieli to także Niemcy, dla których tego typu ludzie stanowili dużą wartość. Toteż po zamachu otoczyli swoich szpicli troskliwą opieką. Nie dało to jednak pozytywnych rezultatów, bowiem w dwa tygodnie później patrol „Żelbetu” zlikwidował konfidenta Żyda Kuska na ul. Strzeleckiej.

Dwaj dalsi żołnierze oddziału „Grom” - „Zbójnik” i „Błysk” nosili poprzednio mundury „Organisation Todt” i udawali Węgrów licząc na to, że musieliby mieć dużego pecha, gdyby wpadli na Niemca znającego ten język. Właśnie mundury "Organisation Todt" pomagały im w rozbrajaniu pojedynczych niemieckich żołnierzy.

Dowódca oddziału „Żmija”, to przedwojenny kpr. podchorąży. W ramach działalności konspiracyjnej prowadził szkolenie przyszłych partyzantów w dziedzinie znajomości broni i regulaminów służby wojskowej.

Gdy wyruszali do lasów w Wieliczce czekał na nich łącznik z oddziału „Błyskawica” - „Żbik”. Przeprowadził ich w rejon Puszczy Niepołomickiej do leśniczówki w miejscowości Chobot. Tam też spotkali się z kolegami z „Błyskawicy” i dostali kolację. Liczyli także na spoczynek, lecz dowódca „Błyskawicy” - „Roman” zdecydował się na natychmiastową zmianę miejsca postoju. Obawiał się dekonspiracji po przybyciu tak licznej grupy.

Jeszcze tej samej nocy oba oddziały dotarły do Woli Batorskiej, gdzie zakwaterowano się w czteroklasowej szkole. Niemiłosiernie wyczerpani chłopcy zapadli w kamienny sen, na bardzo niewygodnych ławkach.

29 stycznia 1944 r. „Błyskawica” i nowo sformowany „Grom” otrzymał rozkaz udania się do rejonu Grodkowice-Cudów w Puszczy Niepołomickiej. Ich zadaniem miało być zorganizowanie zasadzki na niemiecki pociąg wojskowy. Oczekiwała na nich grupa dywersyjna „Kedywu” w składzie: Stanisław Więckowski -„Wąsacz”, Ryszard Nuszkiewicz -„Powolny”, Henryk Januszkiewicz -„Spokojny”, Zygmunt Kawecki - „Mars”, Mieczysław Cieślik -„Koral”, Józef Borkowski -„Kruk”, Kazimierz Lorys -„Zawała”, Władysław Wiśniewski -„Wróbel”, Władysław Bajer -„Zemsta” i NN -„Marynarz”.

Na 30 stycznia 1944 r. przypadła rocznica objęcia przez Hitlera urzędu kanclerza Rzeszy. Rocznicę tę postanowili Niemcy szczególnie uroczyście obchodzić na terenach Generalnej Guberni dla podkreślenia swego niezachwianego panowania na ziemiach polskich. Było to tym bardziej istotne, że „planowane skracanie frontu” w komunikatach Wehrmachtu ze Wschodu przybliżyło działania wojenne do tych ziem.

 

Na miejsce centralnych uroczystości wyznaczono Lwów. W ich przeddzień pan i władca Generalnej Guberni dr Hans Frank wygłosił w Krakowie okolicznościowe przemówienie do młodzieży niemieckiej. Nie zabrakło w nim stwierdzeń o panującym spokoju na polskich ziemiach. O bezpodstawności tego twierdzenia mógł się Frank przekonać osobiście już następnego dnia za Podłężem w Puszczy Niepołomickiej, kiedy pociąg wiozący gubernatora wraz ze świtą wyleciał w powietrze.

Zanim do tego doszło cofnijmy się o kilka dni. W połowie stycznia 1944 r. szef „Kedywu” dr Stefan Tarnawski – „Jarema” polecił oficerowi operacyjnemu „Powolnemu” rozpracowanie projektu wysadzenia pociągu na trasie kolejowej Kraków-Tarnów wraz z ewentualną zasadzką ogniową. Pierwsza część zadania tj. wysadzenie pociągu wymagała znalezienia na szlaku kolejowym odpowiedniego zakrętu, jako czynnika decydującego o powodzeniu akcji. Druga część zadania ograniczała poszukiwania do terenów zalesionych. Z pobieżnego przejrzenia map wynikało, że tym warunkom odpowiada teren Puszczy Niepołomickiej.

Ze względu na krótki termin rozpracowania zadania „Powolny” wraz ze „Spokojnym” osobiście przejeżdżają trasę upatrując właściwego miejsca. Są jednak trudności, bowiem trasa kolejowa do Tarnowa jest wyjątkowo prosta. „Powolny” decyduje się na wybór miejsca na odcinku toru przy zalewie wodnym w połowie drogi między Podłężem a Grodkowicami. Zalew stanowi dodatkowy atut przy organizacji zasadzki, natomiast brak krzywizny toru utrudnił zadanie. „Jarema” przedłożył szkic komendantowi Okręgu AK Józefowi Spychalskiemu -„Lutemu” i uzyskał jego akceptację. Postanowiono 29 stycznia wykoleić niemiecki pociąg pospieszny z urlopowiczami tzw. „Urlaubzug”.

Na kierownika akcji wyznaczono „Wąsacza”, zagadnieniami technicznymi zajął się „Powolny”. Udział w akcji oprócz pa-trolu minerskiego miała wziąć grupa uderzeniowa złożona z partyzantów oddziału „Błyskawica” i „Grom” w sile około 25 żołnierzy. Po wykolejeniu pociągu miano go ostrzelać a następnie wycofać się na południe w rejon Łapanowa. Dla zamaskowania tego manewru postanowiono pozorować odskok na północ przez spuszczenie na wodę dwóch łodzi w porcie rzecznym na Wiśle w Niepołomicach. Dla wzmocnienia siły ognia przewidywano dostarczenie z okręgu trzech ręcznych karabinów maszynowych i stu granatów.

Wszelkie przygotowania zależne od „Kedywu” zakończono 27 stycznia. Oddziały partyzanckie kwaterowały w Woli Batorskiej. Ładunek wybuchowy ze zgranulowanego trotylu, zapalnika elektrycznego i zapalarki przygotował „Powolny” i „Mars”. Zamelinowano go w mieszkaniu tego ostatniego w Wieliczce. Patrol minerski składał się z „Marsa”, „Spokojnego”, „Zawały” i „Wróbla”. Brak było natomiast broni obiecanej w okręgu. Dopiero rano 29 stycznia „Wąsacz” otrzymał rkm i trochę granatów. Wraz z „Powolnym” i „Wrakiem” dostarczono uzbrojenie do Wrząsowic k. Libertowa, gdzie złożono je na chłopską podwodę przygotowaną przez Gustawa Bielańskiego -„Gutka”. Zabrano także kilka karabinów i butelek z benzyną. Czwórka partyzantów udała się tam wozem przez Soboniowice, Wieliczkę, Przebieczany i Brzezie do kwaterujących oddziałów partyzanckich w Puszczy Niepołomickiej koło Cudowa. 5 km od wyznaczonego miejsca akcji.

O szóstej wieczorem przybywają „Mars”, „Spokojny”, „Koral”, „Zawała”, „Wróbel”, „Zemsta” i przyszły dowódca „Huraganu” Zbigniew Kwapień - „Kuba” skierowany na przeszkolenie do „Błyskawicy”. Przybyli są uzbrojeni tylko w krótką broń. Do nieprzyjemnej niespodzianki wynikającej z niedostarczenia w pełni obiecanego uzbrojenia dochodzi jeszcze druga przeszkoda. Wskutek silnej penetracji terenu przez niemieckie patrole oddziały partyzanckie docierają na miejsce zgrupowania dopiero około dwudziestej. W tej sytuacji „Wąsacz” i „Powolny” decydują o rezygnacji z ogniowej zasadzki. Do wykonania akcji pozostają: „Wąsacz”, „Powolny”, „Spokojny”, „Mars”, „Wróbel”, „Koral”, „Wrak”, „Zawała” i „Kruk”. Reszta odmaszerowuje w kierunku Łapanowa, a „Gutek” z nierozładowanym wozem wraca do Wrząsowic.

„Wąsacz” akceptuje proponowane przez „Powolnego” miejsce założenia miny od północnej strony toru ok. 40 m na zachód od wiaduktu nad drogą polną Brzezie-Niepołomice. Nastrój wśród uczestników akcji jest trochę minorowy, liczyli na większą „robotę”. Ubezpieczenie minerów od wschodu stanowią „Koral”, „Wróbel” i „Zemsta”, od zachodu „Wrak”, „Zawała”, i „Kruk”, który ma sygnalizować latarką nadejście pociągu od Krakowa. Zakładanie i maskowanie ładunku wybuchowego trzeba było dwukrotnie przerwać, raz po pojawieniu się patrolu niemieckiego, drugi raz ok. godz. 21.30 przy przejeździe lokomotywy z Bochni. Lokomotywa przejechała po nieprawidłowym prawym torze, wówczas bowiem obowiązywał ruch lewostronny. To i brak pospiesznego pociągu dla Polaków z Krakowa do Tarnowa utwierdził partyzantów, że już niedługo pojawi się pociąg specjalny.

Rzeczywiście przed godz. 22 partyzanci usłyszeli turkot pociągu jadącego z niedużą szybkością do Krakowa. Błysk latarki „Kruka” i za chwilę hasło „Spokojnego” - „Mars” naciska rączkę zapalarki. Przed lokomotywą wyrasta słup ognia, wy-kolejone wagony składają się w harmonijkę i staczają aż do pobliskiego wiaduktu. Wybuch zerwał siedmiometrowy odcinek szyn, zniszczeniu uległo 60 m torowiska i ok. 120 podkładów kolejowych. Wykoleił się parowóz, trzy następne wagony i wa-gon służbowy.

Zaszokowana, silna i doborowa ochrona pociągu szybko oprzytomniała i otwarła huraganowy ogień z broni maszynowej i działek ppanc. na przypuszczalne stanowiska zamachowców. Dziesiątki rakiet zamieniły noc w dzień. W tej scenerii „Kruk” i „Zemsta” odskakują do Niepołomic; „Koral”, „Mars”, „Wróbel”, „Wrak”, i „Zawała” do Wieliczki, a „Powolny”, „Spokojny” i wyczerpany grypą „Wąsacz” do Raciborska k. Wieliczki. Sześcioosobowy patrol terenowy placówki „Pomost” w Niepołomicach pod dowództwem Antoniego Rojowicza -„Brzozy” oddaje kilka strzałów w powietrze i spuszcza dwie łodzie na Wiśle. Akcja jest zakończona.

Jak się później okazało gubernator Frank wraz z najbliższymi współpracownikami podróżował w salonce nr 1006, w drugiej zaś o nr 1001 przebywał m. in. obergruppenführer Wilhelm Koppe. Był to pociąg specjalnej relacji Kraków-Lwów tzw. „Urlaubzug”, wypełniony uzbrojonymi żołnierzami powracającymi z urlopu na front wschodni. Z Krakowa wyjechał ok. godz. 22.45. W następnych dniach po wysadzeniu pociągu nastąpiły liczne aresztowania wśród otoczenia gubernatora Franka, bowiem jego wyjazd był otoczony najściślejszą tajemnicą.

Jak ustalił wywiad AK, w wysadzonym pociągu zostało ciężko rannych 18 osób (trzy osoby zmarły w drodze do szpitala) i 27 lekko rannych. 350 ludzi przez 18 godzin usuwało zniszczenia. W tym czasie 61 pociągów opóźniło się od 3 do 15 godzin. Przede wszystkim gubernator Frank na własnej skórze przekonał się jaki to spokój panuje na podległych mu terenach.

Z chwilą wysadzenia pociągu przez grupę dywersyjną „Kedywu” partyzanci znajdowali się w odległości 10 kilometrów od miejsca zasadzki. Odskoczyli forsownym marszem, by zdążyć jeszcze przed świtem na przygotowane uprzednio kwatery w Jaroszówce. Prawie wszystkie drogi w promieniu ok. 40 kilometrów od miejsca wysadzenia pociągu były już w tym czasie silnie penetrowane przez samochody z niemieckimi żołnierzami. Jak się później okazało, Niemcy o świcie 30 stycznia 1944 r. odnaleźli ślady wycofujących się partyzantów i dążyli ich tropem. Partyzanci pobłądzili myląc kierunek odskoku. „Roman” ze „Żmiją” zdecydowali zawrócić na drogę i podążać do miejscowości Nieznanowice i dalej do Wieńca. Na udeptanym śniegu drogi Niemcy zgubili ślad nie przypuszczając, że parę kilometrów dalej partyzanci schronili się na strychu jednego z domów w Jaroszówce. O 8.00 rano tegoż dnia dwa samochody z SS-manami zjechały do Niepołomic, gdyż stróże nocni zgłosili, że jakaś „banda” około północy przekraczała Wisłę i ukradła dwie łodzie. Niemieckie śledztwo nie dało żadnego rezultatu.

31 stycznia 1944 r. nastąpiło rozłączenie „Gromu” i „Błyskawicy”. 4 kb i kbk, 3 pistolety Parabellum i pistolet P-38 sta-nowiły w tym czasie uzbrojenie oddziału.

W następnym dniu oddział przeniósł się do Gdowa. „Żmija” nawiązał kontakt z dowództwem miejscowej placówki AK, a w wyniku przeprowadzonych rozmów otrzymał w darze 2 pistolety maszynowe Sten i po 2 magazynki do nich. Na kwaterze „Żmija” dowiedział się, że z rozkazu „Kedywu” ma przesunąć oddział w rejon Igołomii. Maszerując tylko nocami partyzanci dotarli 5 lutego do wsi Tarnówka k. Niepołomic, gdzie zakwaterowali się na noc na skraju wsi obok wiślanych wałów. Następnej nocy przewodnicy z terenówki przeprawili oddział przez Wisłę i przekazali łączniczce dowództwa „Kedywu” Dorocie Girtler-Franaszkowej -„Stasi”. Zaprowadziła ona partyzantów na kwatery w Wawrzeńczycach. Do oddziału doszli: Stefan Jerski -„Sam” z nominacją na dowódcę, Józef Bieniasz -„Kat” i Eugeniusz Giebułtowski -„Paździerz”. Nowy dowódca był przedwojennym kapralem podchorążym saperów; przyniósł do oddziału pistolet belgijski FN-9 mm 14-to strzałowy, a „Paździerz” - parabelkę. „Kat” poprzednio należał do patrolu dywersyjnego, wywodzącego się z „Szarych Sze-regów”. Brał udział 2 stycznia 1944 r. w zamachu na znanego w Krakowie konfidenta Gestapo - Sławomira Mądralę, któ-rego tylko raniono. Po paru tygodniach dzięki troskliwej opiece wylizał się on z odniesionych ran i zachodziła obawa, że „Kat” zostanie rozpoznany przez niego na terenie Krakowa, stąd toż dowództwo „Kedywu” skierowało go do „Gromu”.

W marcu 1944 r. „Sam” otrzymał rozkaz udania się wraz z całym oddziałem do Krakowa. Miano doprowadzić do odbicia więźniów politycznych z aresztu przy ul. Czarnieckiego. Akcja ta miała być wykonana wspólnie z oddziałem dywersyjnym „Kedywu” podokręgu Rzeszowa, a dowodzić miał por. Zenon Sobota - „Świda”. „Grom” przebywał w różnych melinach w Krakowie, stale w ostrym pogotowiu. Nie wolno było opuszczać melin ani też pod żadnym pretekstem pokazywać się na ulicy. Do akcji nie doszło i 10 marca 1944 r. oddział przerzucony został do Cła, skąd już pod opieką „Stasi” przeszedł do punktu zbornego znajdującego się w restauracji należącej do ojca łączniczki - Michała Girtlera, członka AK, serdecznego przyjaciela partyzantów.

A oto jak wspomina o tym „Stasia”: „Była w tym dniu paskudna pogoda i przerażający ziąb, ale powierzone zadanie, przeprowadzenie „Jędrusiów”, napawało mnie dumą i dodatkowo trzęsło z emocji. Zgodnie bowiem z instrukcją otrzymaną od „Judasza” o umówionej godzinie stanęłam na moście. Kiedy okazało się, że nie zastałam tam „Judasza” ani oddziału, tysiące myśli tłukło mi się w głowie. Czy dobrze zrozumiałam instrukcje, czy to właśnie ta godzina, miejsce, data itd., itd. Uczucie ulgi ustąpiło, gdy usłyszałam umówiony gwizd - melodię znanej piosenki „Wojenko – wojenko”. Po chwili na szosę wyskoczył „Judasz” i stanowczo mi oświadczył: „Idziemy na odległość wzrokową, ja idę za tobą i o resztę się nie martw”. Dopiero teraz zauważyłam kilkunastu partyzantów ukrytych za przydrożnymi drzewami bocznej drogi. Zaczęło gwałtownie ściemniać się i na dodatek padać. Przyspieszyłam więc tempo marszu i już bez większych kłopotów zaprowadziłam oddział na punkt kontaktowy do restauracji w Igołomii ciesząc się ogromnie z dobrze wykonanego zadania”.

Na następny dzień oddział przeszedł do Złotnik. Z dowództwa ,,Kedywu” przybył cichociemny ppor. Henryk Januszkiewicz -„Spokojny”, który przeprowadził intensywne szkolenie partyzantów oraz zapoznał ich z zasadami instynktownego strzelania i chwytami dżiu-dżitsu. Dla partyzantów były to rzeczy nowe. Ich znajomość narzucał nowy system walki z wrogiem.

Na kwaterę w Złotnikach „Judasz” przywiózł zakupione za zaoszczędzone pieniądze z żołdu 2 pistolety maszynowe MP i po 2 magazynki do nich oraz z dowództwa „Kedywu” 30 granatów konspiracyjnej produkcji (czerepy z 1939 r. i w konspiracji wykonane zapalniki).

Ze Złotnik oddział przeniósł się do Brzeska Nowego i zakwaterował u Twardego -„Rudka”. W czasie pobytu w tej miejscowości dużą pomoc partyzantom okazała miejscowa „terenówka”, a szczególnie dr Kowal -„Kolba”, „Sokół”, „Jeleń” (nazwiska nieznane) oraz właścicielka sklepu spożywczego Cęckiewiczowa.

21 marca oddział kolejny raz zmienił zakwaterowanie i przeniósł się do miejscowości Hebdów kwaterując w niedużej chałupce nad samą Wisłą.

27 marca dowódca ponownie otrzymał rozkaz udania się do Krakowa dla wzięcia udziału w akcji oznaczonej kryptonimem „Luty”. „Sam” zarządził pogotowie bojowe i przy pomocy samochodu ciężarowego, prowadzonego przez „Blondyna” z terenówki, oddział został przerzucony 28 marca 1944 r. do Krakowa i rozlokowany w zakonspirowanych melinach. Tak sarno jak za poprzednim pobytem nie wolno było nikomu ach opuszczać i jeszcze bardziej zaostrzono dyscyplinę. Okazało się, że 24 marca Gestapo aresztowało w kamienicy przy ul. Dietla 32 płk. „Lutego” - Komendanta Okręgu Krakowskiego AK, a wraz z nim jeszcze kilku oficerów sztabu.

Po aresztowaniu „Lutego”, obowiązki komendanta Okręgu Krakowskiego AK objął ppłk. Wojciech Wajda -„Odwet”. Decyzja w sprawie akcji mającej na celu odbicie płk. „Lutego” zapadła na szczeblu Kom. Gł. AK. Na dowódcę akcji wyznaczono por. „Świdę” - szefa rzeszowskiego podokręgu „Kedywu” który z polecenia „Jaremy” (dowódca krakowskiego „Kedywu”) miał dokonać odbicia więźniów z aresztu przy ul. Czarnieckiego. W żmudnych i trudnych przygotowaniach wzięło udział wielu ludzi ze zgrupowania krakowskiego „Żelbetu”, a z „Kedywu” krakowskiego zaangażowano kpt. „Skałę”, por. „Powolnego”, ppor. „Hańczę”, ppor. „Raka”, ppor. „Czesława” oraz dwa oddziały partyzanckie: „Grom” i „Błyskawica”. Z terenu podokręgu rzeszowskiego por. „Świda” ściągnął oddział dywersyjny pod dowództwem pchor. Stanisława Panka -„Gila”, swojego zastępcę cichociemnego ppor. Władysława Mićka -„Mazepę” i adiutanta podchorążego Stanisława Kostkę -„Dąbrowę”.

Powołano również sztab akcji „Luty”, który z miejsca przystąpił do pracy. Opracowano wiele wariantów, lecz brak zgody KG AK ze względu na spodziewane represje mieszkańców Krakowa po akcji, nie pozwolił na realizację żadnego z nich. Utrzymywanie w stałym pogotowiu wielu oddziałów na terenie miasta przez dłuższy czas było także ryzykowne. Tak więc po pewnym czasie odwołano stan alarmowy w oddziałach partyzanckich „Grom” i „Błyskawica” i polecono im wrócić z powrotem do lasu.

Zanim jednak „Grom” wrócił do lasu „Sam” postanowił dozbroić oddział i zorganizować w tym celu kilka akcji na terenie Krakowa. I tak: patrol w składzie: „Judasz”, „Orlik”, „Leśnik” i „Mały” rozbroili kpt. SS na ul. Kopernika zabierając mu pistolet FN-7,65 (jak się później okazało miał on uszkodzoną iglicę) patrol w składzie „Kat” i „Błysk” rozbroili podoficera niemieckiego w Cichym Kąciku, zabierając mu pistolet Parabellum. Za parę dni „Orlik” i „Leśnik” obezwładnili oficera niemieckiego na Azorach, zabierając mu pistolet Walther wraz z kaburą. Następną była akcja na niemiecki sklep z papierem przy ul. św. Marka. Tu patrol w składzie „Judasz”, „Leśnik”, „Orlik”, „Mały”, „Kat” i „Ryś” zarekwirowali 3 maszyny do pisania i powielacz, a „Judasz” dodatkowo jeszcze zarekwirował żonie właściciela sklepu złote kolczyki i inne wartościowe przedmioty, wystawiając zaświadczenie ze stemplem „Armia Krajowa O.P. Grom” z uwagą, że kosztowności te przeznaczone zostaną na dozbrojenie oddziału. Jeszcze lepiej powiodło się w niemieckim sklepie z artykułami żelaznymi przy ul. Stradom (róg, al. Dietla). Patrol w składzie „Kat”, „Błysk”, „Ryś”, „Orlik” zabrali bez żadnego oporu całodzienny utarg i dodatkowo na drugi dzień wyznaczony okup w wysokości 10 tys. zł, który właściciel sklepu wręczył „Orlikowi” na ul. Franciszkańskiej obok siedziby niemieckiej policji. Niemiec ten również otrzymał pokwitowanie odbioru pieniędzy z pieczątką - „O.P. Grom”. Jeszcze przed samym wyjściem oddziału z Krakowa patrol w składzie: „Orlik”, „Leśnik” i „Mały” wzbogacił się o pistolet Parabellum rozbrajając na ul. Grzegórzeckiej żołnierza Wehrmachtu. Nic więc dziwnego, że wymieniona trójka ciesząc się z udanej akcji i żywo ją komentując zapomniała, że było już po godzinie policyjnej, a do meliny przy ul. Gęsiej mieli jeszcze kawał drogi. Przyspieszyli kroku, ale daleko jednak nie uszli, bowiem niespodziewanie ukazali się dwaj granatowi policjanci.

 

- Zatrzymają nas czy też nie - zapytał szeptem „Leśnik”.

 

- Za chwilę będziesz miał okazję osobiście się przekonać - odparł „Orlik” - „granatowi” bowiem wyraźnie skierowali kroki w ich kierunku. - Stój! - pada energiczna komenda. - Panowie mają przepustki?

 

- Tak jest - odparł posłusznie „Orlik”.

 

- Proszę okazać!

 

Najwyższy wzrostem z zatrzymanej trójki „Leśnik” wyjmuje zza pasa pistolet i kierując go w stronę „granatowych” spokojnie odpowiada:

 

- Proszę, oto przepustka. Czy panowie mają życzenie zapoznać się bliżej z danymi?

 

Na widok wycelowanego pistoletu policjantom zrzedła mina i na moment zapomnieli „języka w gębie”. „Orlik” szybko doskoczył do nich i zabrał pas z kaburą i pistoletem (tylko jeden z nich był uzbrojony).

 

- A teraz w tył zwrot i odmarsz, tylko bez żadnych kawałów - wycedził przez zęby „Leśnik”.

 

Co sobie pomyśleli o tym nieoczekiwanym spotkaniu, trudno przypuszczać, a nawet prawdę mówiąc nikt nie był ciekaw, bo ostatecznie zatrzymana trójka partyzantów, ciesząc się z dodatkowo zdobytej broni, już bez dalszych przygód dotarła szczęśliwie na melinę.

Oddział przebywając na terenie Krakowa w związku z akcją „Luty” powiększył się o dalszych pięciu partyzantów. Na melinę przy ul. Bonerowskiej 6 przybyli do oddziału: Bolesław Fiszer -„Bolek”, autor niniejszych wspomnień Włodzimierz Rozrnus -„Buńko”, Jan Fiszer - „Łęczyc”, Bolesław Gąsiorek - „Ponury”, Zdzisław Jabłoński - „Szczupak”. Byliśmy przeważnie młodymi ludźmi, którzy na skutek „spalenia” na terenie Krakowa zostali skierowani przez dowództwo „Kedywu” do oddziału.

Dzisiaj po przeszło czterdziestu latach od tamtych wydarzeń lakoniczne stwierdzenie, że na skutek „spalenia” na terenie Krakowa zostaliśmy skierowani do lasu, w zasadzie nic w sobie nie zawiera. Ot, po prostu, zostali skierowani do lasu. Wtedy natomiast, za każdym takim skierowaniem kryła się osobista tragedia i głębokie przeżycie. Gestapo bowiem stale węszyło i „deptało po piętach” członkom podziemnych organizacji. Jeśli nie wpadło na trop poszukiwanego to mściło się na rodzinie. Tak właśnie było w moim przypadku. Działając w patrolu dywersyjnym na terenie parowozowni przy ul. Bosackiej w Krakowie, dokonywałem znacznych sabotaży kolejowych. Po przeszło półrocznej działalności na terenie parowozowni Gestapo wpadło na nasz trop i aresztowało dowódcę grupy Jana Szywałę -„Czarnego” (był on umieszczony na tzw. „liście śmierci” i został rozstrzelany w maju 1944 r. przy ul. Botanicznej w Krakowie). Mnie natomiast udało się w ostatniej chwili zbiec. Gestapo w odwecie za ucieczkę wpadło w nocy do mieszkania przy ul. Topolowej 6, aresztowało rodziców i wywiozło na ul. Pomorską 2, a następnie do więzienia przy ul. Montelupich. Po serii bolesnych przesłuchań Matka została wywieziona do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, a Ojciec do Gross-Rosen, gdzie zaraz po przybyciu został rozstrzelany. Ja natomiast, jak już na początku wspomniałem, zostałem skierowany przez dowództwo do „Gromu”.

Ostatnią akcją jaką oddział przeprowadził w Krakowie był skok na Bank Spółek Rolnych przy ul. Szpitalnej. „Sam” wyznaczył patrol w składzie: „Łęczyc”, „Bolek”, „Orlik” i jako dowódcę „Judasza”. Wtargnęli oni do banku zaraz po jego otwarciu i opanowali poszczególne pomieszczenia, odłączyli uprzednio wskazaną im przez pracowników banku (zakonspirowanego żołnierza AK), instalację alarmową i czekali na przybycie najważniejszej osoby kasjera. Obsada banku składała się z polskich pracowników i dlatego nie było większych kłopotów z nawiązaniem kontaktu. „Judasz” 'wytłumaczył, że są partyzantami AK, a zdobyte pieniądze przeznaczone zostaną na zakup broni. Do rozmowy włączył się nieopatrznie „Łęczyc”, odchodząc od drzwi wejściowych, które miał pilnować. W tym właśnie czasie wszedł kasjer i widząc siedzących pod ścianą urzędników zorientował się, że coś tu nie jest w porządku. Błyskawicznie wybiegł na ulicę wydzierając się, że „bandyci” opanowali bank. „Judasz” dał sygnał do odwrotu. Po paru zaledwie minutach nadjechała niemiecka policja, która na podstawie przesłuchań personelu stwierdziła, że nie byli to „bandyci”, lecz autentyczni partyzanci. Po tych „występach” na terenie Krakowa, część oddziału odpłynęła wiślanym statkiem 21 kwietnia 1944 r. do Nowego Brzeska, a po przejściu około 6 kilometrów wzdłuż Wisły zakwaterowała w miejscowości Hebdów u „Wira” -członka Batalionów Chłopskich. Natomiast druga część oddziału, która melinowała przy ul. Bonerowskiej 6 w pokoju na parterze, wyjechała dopiero 30 kwietnia. Ostatnia noc przed opuszczeniem Krakowa o mało co nie skończyła się przypadkowym starciem z Niemcami. Na tej melinie przebywali „Judasz”, „Bolek”, „Ponury”, „Łęczyc” i ja. Przezorny jak zwykle „Judasz” wydał jeszcze przed spa-niem krótką broń. Kiedy położyliśmy się, aby odpocząć przed jutrzejszą wyprawą, około północy poderwał nas na równe no-gi pisk hamującego samochodu, a za chwilę odgłosy niemieckiej mowy. Działo się to wszystko dosłownie naprzeciw pokoju, w którym przebywaliśmy. „Judasz” natychmiast zarządził cichy alarm i po zorientowaniu się w sytuacji dodał, że w przy-padku ataku obrzucamy ich granatami i robimy odskok przez pobliski nasyp kolejowy w kierunku Grzegórzek i dalej na Dąbie i nad Wisłę. Pewne odprężenie nastąpiło, gdy wśród niemieckich krzyków usłyszeli również głosy kobiece. Oddalały się one w kierunku kamienicy po przeciwnej stronie ulicy.

Na następny dzień cała grupa udała się na przystań wiślaną i stąd odpłynęła statkiem wraz z naszą bronią do Nowego Brzeska. Zakwaterowaliśmy u „Rudka" z terenówki. Przed opuszczeniem statku „Judasz" zarządził jeszcze zarekwirowanie całego utargu na statku. Odbyło się to bez żadnych trudności, bowiem nasz dowódca oświadczył kapitanowi statku, że jesteśmy polskimi partyzantami i otrzyma pokwitowanie odbioru z pieczątką „O.P. Grom”.

Pierwsza grupa oddziału pod dowództwem „Sama” przeniosła się z kwater w Hebdowie do Bobina, gdzie czekał już łącznik z placówki terenowej, oznaczonej kryptonimem „Drozd” podchor. Adolf Gołębiowski -„Sokół”. Miał on przeprowadzić „Grom” do Nowego Bieglowa. Jakież było jego zdziwienie, gdy wśród partyzanckiej braci rozpoznał kolegę z ławy szkolnej -„Orlika”. W domu rodziców „Sokoła” znajdował się punkt kontaktowy i przerzutowy dla partyzantów „Gromu” i „Błyskawicy” powracających z Krakowa. Była to rodzina na wskroś polska pomagająca wszystkim partyzantom, którzy mieli okazję gościć w ich domu.

W Bieglowie 10 maja dogoniła oddział nasza grupa pod dowództwem „Judasza”, która przyniosła „załatwione” przez niego w dowództwie „Kedywu”: 8 kb i kbk, 3 pistolety Walther, Parabellum i Vis, 10 granatów zaczepnych polskich z 1939 r. oraz ponad 2 tysiące sztuk pocisków do kb.

W Bieglowie do oddziału doszli dalsi partyzanci skierowani przez dowództwo „Kedywu”. Byli to: Jan Tryszczała - „Batko", Jerzy Baster - „Gala”, Czesław Ciepiela -„Karp”, Tadeusz Janiak -„Kropka”, NN - „Mściciel”, Jan Kałucki -„Zając”, NN -„Zemsta”. W tym czasie stan oddziału wynosił 23 partyzantów. Zastępcą dowódcy oddziału został kpr. podch. rez. artylerii „Karp”. Uzbrojenie było następujące: 12 kb i kbk, 2 pistolety maszynowe MP i po 2 magazynki do nich, 2 pistolety maszynowe Sten i po 2 magazynki, l pistolet 14-to strzałowy, 11 pistoletów (Parabellum, Walther, Vis, FN-7,65), 40 granatów. Umundurowanie oddziału było w zasadzie jednolite. Dzięki zapobiegliwości „Judasza” każdy partyzant „Gromu” ubrany był w zielone spodnie i bluzę-wiatrówkę z kapturem, szyte z nieprzemakalnych celt namiotowych. Wiatrówkę wpuszczało się do spodni. Zamiast guzików z przodu miała sznurowania, a na lewym rękawie odznakę na biało-czerwonym trójkątnym emblemacie: zielona sosna i napis „O.P. Grom”. Spodnie dołem były spięte spinaczami. Pas wojskowy skórzany, buty wojskowe włoskie z podwójnym noskiem i furażerka z orłem dopełniały umundurowania. Zaopatrzenie w żywność dostarczane było przez punkty organizacyjne terenówki tzw. K.O.S. (Komitet Opieki Społecznej) i uzupełniane w niemieckich liegenschaftach.

Na terenie powiatu miechowskiego oddział znalazł się po raz pierwszy. Miejscowa ludność i terenówka ostrzegła dowódcę, że ze względu na liczne niemieckie „Stützpunkty” i gęsto kręcące się w okolicy grupy „bandziorów”, niejednokrotnie podające się za partyzantów, należy zachować dużą ostrożność. Grupy te składały się najczęściej z 2-4 ludzi uzbrojonych w karabiny ze ściętą lufą, zwane popularnie „urzynami”. Były one postrachem okolicznych wsi, a szczególnie zamożniejszych gospodarzy. Napadali nocą, grabiąc skrzętnie przechowywany dobytek i wartościowe przedmioty. W przypadku nieznalezienia lub odmowy wydania pieniędzy katowano ofiarę do nieprzytomności oraz poddawano przeróżnym torturom. Ukazanie się dobrze wyszkolonego oddziału partyzanckiego miejscowa ludność przyjęła z ulgą i dużą radością. Często bowiem patrole wysyłane nocą do odległych wsi pozwoliły uwolnić ten teren od zmory bandytyzmu. A że był to problem dużej wagi może świadczyć fakt, że już 16 września 1943 r. Komendant Główny AK wydał rozkaz podległym sobie oddziałom mówiący o zwalczaniu bandytyzmu na ziemiach polskich.

Na tego rodzaju akcję oddział nie czekał długo, bowiem już 12 maja 1944 r. dowódca otrzymał zadanie z terenówki zlikwidowania „bandziorów”, którzy sterroryzowali służbę leśną i jak popadnie wycinają drzewa sprzedając je po wygórowanych cenach przygodnym gospodarzom w Sypowie. Zarządzono alarm i „Sam” na czele patrolu w składzie „Leśnik”, „Orlik”, „Karp”, udał się natychmiast w teren w przebraniu chłopskim z ukrytą bronią maszynową i krótką. Reszta oddziału pod dowództwem „Żmii” udała się lasem w stronę Sypowa - od tyłu dla odcięcia odwrotu bandytom. Ukazanie się patrolu w miejscu, gdzie urzędowały „bandziory” wzbudziło ich niepokój. Natychmiast bez uprzedzenia otworzyli ogień z „urzynów” i zaczęli wycofywać się w stronę lasu, korzystając z popłochu i ogólnego rozgardiaszu. Około 250 furmanek zaczęło nagle rozjeżdżać się na wszystkie strony, co wprost uniemożliwiło dalsze działanie patrolu. Reszta oddziału pod dowództwem „Żmii” w momencie oddania pierwszych strzałów znajdowała się jeszcze w odległości 2 km od miejsca akcji. Po jej przybyciu okazało się, że „bandziory” ulotnili się w niewiadomym kierunku. Następnego dnia kiedy to „Grom” kwaterował jeszcze w Nowym Bieglowie, ukazał się w godzinach popołudniowych silny oddział niemiecki na koniach. Było ich ponad 60-ciu. „Sam” zarządził alarm i natychmiastowe zajęcie stanowisk. Przewaga wroga była przygniatająca, dlatego „Sam” ostrzegł, że ogień może być otwarty tylko na jego rozkaz. Zdawał sobie bowiem sprawę, że w przypadku wywiązania się nierównej walki możemy ponieść duże straty. Dlatego „Sam” z niecierpliwością oczekiwał odjazdu Niemców. A kiedy to nastąpiło, w obawie by czasem w drodze powrotnej znów nie zahaczyli o Bieglów, zarządził natychmiastową zmianę kwater. 13 maja 1944 r. wyruszyliśmy na Kopanine koło Grodziska w Stradowie.

Na tej kwaterze „Grom” spotkał się z przybyłą z Podhala „Błyskawicą”, która przebywała wówczas w Stradowie. Na kwaterę na Kopanine przybyła delegacja miejscowej ludności, aby złożyć partyzantom podziękowanie za uwolnienie terenu z grasujących band.

Na Kopaninie do „Gromu” przybyło dwóch nowych partyzantów: Kazimierz Stelmach -„Cień” przysłany z „Kedywu” i Zbigniew Basiński -„Czort”, którego przyprowadził dowódca. Zdezerterował natomiast NN -„Zemsta”. „Cień” nie należał do żadnej organizacji. Ukrywał się od początku wojny przed Niemcami z uwagi na żydowskie pochodzenie. W oddziale dał się poznać jako odważny partyzant i dobry kolega. „Czort” pracował w Liegenschafcie Sielec. Znał doskonale teren, dzięki czemu rozpracował kilka akcji na majątki niemieckie i na magazyn broni w Skalbmierzu.

W trzeciej dekadzie maja „Grom” wspólnie z „Błyskawicą” przeszedł szkolenie dywersyjne i minerskie. Prowadzili je ci-chociemni: „Powolny” i „Spokojny”. Po ich wyjeździe „Sam” postanowił zdobyć rozpracowany przez „Czorta” magazyn broni w Skalbmierzu. Dzień akcji wyznaczono na 31 maja. Postanowiono, że patrol w składzie „Czort”, „Leśnik”, „Orlik” pod dowództwem „Sama” wyruszy pod wieczór z zadaniem zlikwidowania po cichu niemieckich wartowników, a pozostała część oddziału pod dowództwem „Karpia”, wedrze się do środka celem zdobycia broni. Ubezpieczenie niemieckie tym razem nie dało się zaskoczyć. Któryś z partyzantów uderzył przypadkowo automatem w jakiś metalowy przedmiot płosząc wartownika. Posypały się strzały. Niemcy ogłosili alarm w całej okolicy. Strzelanina stawała się coraz większa i zrobiło się widno jak w dzień. To Niemcy zaczęli oświetlać rakietami cały teren. Nie było innej rady, jak tylko wycofać się skokami z pola rażenia pociskami, wykorzystując każdy moment wygaśnięcia rakiety. A kiedy oddział odskoczył w bezpieczne miejsce i opadły emocje walki dał się odczuć niesamowity smród łajna krowiego. Okazało się, że łąka, po której wycofywaliśmy się, normalnie służyła za pastwisko i w momencie wystrzelania przez Niemców rakiety każdy padał gdzie stał. Łajna było co nie miara, stąd ten smród. Nie było innej rady jak pomaszerować do najbliższych stawów budziszowskich i zmyć nieczystości oraz wyprać mundury.

2 czerwca wywiad terenówki doniósł dowódcy, że w następnym dniu Niemcy mają przewozić z Czarnocina produkty żywnościowe zabrane w ramach obowiązkowych kontyngentów. Trafiła się dobra okazja, więc po krótkiej naradzie postanowiono przygotować zasadzkę na drodze między Czamocinem a Ciuślicami. Po rozpoznaniu terenu i uzyskaniu dodatkowych informacji odnośnie dnia i godziny przejazdu samochodu, wyruszył z samego rana silny patrol w składzie: „Błysk”, „Kat”, „Łęczyc”, „Ponury”, „Ryś”, „Szczupak”, „Zbójnik” pod dowództwem „Żmii”. Wyznaczono - ubranych w mundur organizacji „Todt” - „Błyska” i „Zbójnika” do zatrzymania samochodu. Po bardzo długim oczekiwaniu, bo dopiero około godz. 13.30 dał się słyszeć warkot samochodu, a po chwili ukazała się rozklekotana ciężarówka na cywilnych numerach rejestracyjnych. Chwila konsternacji, czy to właśnie ten samochód, na który przygotowano zasadzkę? Na wszelki wypadek „Błysk” wychodzi na drogę i podniesioną ręką daje znak do zatrzymania samochodu, następnie udając Niemca żąda dokumentów, a „Zbójnik” tymczasem sprawdza kto jest na skrzyni pod plandeką. Po przekonaniu się, że jedzie tylko trzech Polaków - konwojentów, krzyczy: Wychodzić z krzaków i brać się do roboty! Na uprzednio przygotowana podwodę konną załadowano 6 beczek masła, 5 beczek śmietany i ponad 1000 szt. jaj.

8 czerwca wysłano następny patrol w ramach dezorganizacji zaplecza niemieckiego do „zrobienia” Liegenschaftu, położonego około 3 km za Działoszycami. Wysłano silny patrol dwoma podwodami pod dowództwem „Karpia”.

W jego skład wchodzili: „Błysk”, „Cień”, „Gala”, „Kropka”, „Mały”, „Mściciel”, „Ryś”, „Zając”, „Żmija” i ja - autor tych wspomnień. Trzeba było przejechać koło samych Działoszyc, gdzie przebywała w tym czasie dość silna załoga niemiecka. Rządca Liegenschaftu według posiadanych informacji był Niemcem i do tego niezbyt przychylnie ustosunkowany do Polaków. Miał on telefoniczne połączenie z Działoszycami. Przed samym Liegenschaftem „Karp” polecił wysiąść z wozów i dalszą drogę przebyć niepostrzeżenie wśród obowiązującej ciszy. Należało jeszcze przeciąć na słupie druty telefoniczne. „Zając” przy pomocy kolegów wdrapał się na słup telegraficzny i z braku odpowiednich narzędzi postanowił przy pomocy bagnetu okręcić druty i tym sposobem zerwać je.

„Karp” ciągle przynaglał i przypominał o bezwzględnej ciszy. „Zającowi” jednak coś nie wyszło, bo dał się słyszeć, chyba nawet w samych Działoszycach, charakterystyczny dźwięk uderzających o siebie drutów, potęgujący się jeszcze w nocnej ciszy. „Karp” nakazał natychmiast przerwać robotę. Odczekał chwilę i po sprawdzeniu, że się w okolicy nic nie dzieje, postanowił podejść z patrolem pod sam Liegenschaft i niespodziewanym wypadem zaskoczyć obsługę tak, by nie dopuścić do użycia telefonu. Zaczęły jednak ujadać psy wyczuwające kogoś obcego. „Zającowi” udało się dopaść stróża nocnego, który jak tylko dowiedział się, że są to partyzanci pootwierał pomieszczenia i wskazał pokój zarządcy. „Zając” rozbił szybę i wezwał rozpartego w fotelu Niemca do podniesienia rąk. Pozostali partyzanci wskoczyli do środka i uszkodzili telefon. „Karp” za znęcanie się nad Polakami skazał zarządcę na karę chłosty. Zarekwirowaliśmy wieprzka, mąkę, kaszę i inne produkty żywnościowe. Trochę żywności i dwa wieprzki zostawiono polskiej obsłudze, potwierdzając to zaświadczeniem z pieczątką „O.P. Grom”.

Za zgodą dowództwa 8 czerwca opuścił oddział „Paździerz” i został przeniesiony do patrolu dywersyjnego w Krakowie.

10 czerwca 1944 r. „Grom” bierze udział w akcji ochrony konwoju, który chronił polskich wysiedleńców z Zamojszczyzny. Akcję tę na prośbę miejscowego wójta organizowała „Błyskawica”, natomiast zadaniem „Gromu” było przecinanie drogi konwoju przez dwuosobowe patrole. Robiły one wrażenie dużej liczebności partyzantów. Fortel udał się znakomicie, toteż nic dziwnego, że już w nocy z 14 na 15 czerwca łącznik z terenówki powiadomił „Żmiję”, („Sam” i „Karp” przebywali na odprawie), że około 4 tysięcy Niemców wyjeżdża rano na obławę w lasy chroberskie. Zarządzono natychmiast alarm. „Żmija” wysłał „Kata” i mnie jako pełniących tej nocy służbę do „Błyskawicy” kwaterującej w Zagajach Stradowskich z zadaniem zawiadomienia o obławie i uzgodnieniu spotkania obu oddziałów w ciągu godziny w wąwozie koło Grodziska.

Deszcz tej nocy lał niemiłosiernie. Przemoknięci do cna, wśród egipskich ciemności dotarliśmy do „Błyskawicy” i po ogłoszeniu alarmu w tym oddziale natychmiast wyruszyliśmy na spotkanie z „Gromem”. Dochodziła już godzina pierwsza w nocy. Wszyscy czekamy przemoknięci do ostatniej nitki na decyzję „Żmii” i „Błyskawicznego”, który zastępował „Romana”. Dowódcy zdecydowali odskoczyć jak najdalej od lasów chroberskich, właśnie w kierunku, z którego spodziewano się Niemców. Mokrzy i ubłoceni maszerujemy gęsiego, najczęściej na przełaj przez pola i docieramy wreszcie przed samym świtem do Opatkowiczek. Zalegliśmy w dość obszernej zagrodzie w domu na strychu. Nikt nie miał suchej nitki na sobie. Na domiar złego obowiązywał kategoryczny rozkaz zakazujący rozbierania się i opuszczania ciasnego i bardzo zimnego strychu. Jedynie wartownik przebrany w chłopską kapotę z pistoletem maszynowym pod nią i widłami w ręku kręcił się po podwórku bacznie obserwując okolicę. Rano około godz. 5.00 partyzanci ze strychu zauważyli ciągnące się kolumny niemieckiego wojska i policji w kierunku lasów chroberskich. Wieczorem po przeczesaniu terenu, na którym mieli znajdować się partyzanci, wracali nikogo nie znajdując i nie wiedząc, że znajdujemy się tuż obok nich. Tak to 50 polskich partyzantów wiązało około 4 tysiące żołnierzy niemieckich tak bardzo potrzebnych na innych frontach. Według niemieckich danych lasy chroberskie oznaczone były na mapach jako teren szczególnie niebezpieczny ze względu na przebywających tam „polskich bandytów”.

Wraz z „Łęczycem” i „Ponurym” udaliśmy się z Opatkowic na trzy dni do Krakowa, by złożyć egzaminy z ukończonej jeszcze przed skierowaniem do oddziału Szkoły Podchorążych. Zaraz po pomyślnym zdaniu egzaminów i nadaniu nam stopni kaprali podchorążych wróciliśmy z powrotem utartym już szlakiem na wiślanym statku do Nowego Brzeska. W drodze napotkaliśmy nieoczekiwanie „Judasza”, który od paru dni przebywał służbowo w Krakowie.

Przed przystanią w Brzesku „Judasz” zaproponował zarekwirować kasę na statku. Trzeba zaznaczyć, że pływające stat-ki były w czasie wojny pod zarządem niemieckim, a wpływy szły dla Niemców. Po uzgodnieniu planu działania „Judasz” i „Łęczyc” weszli do kabiny kapitana d zażądali wydania gotówki. „Ponury” i ja pozostaliśmy w pobliżu ubezpieczając akcję. Kapitan wezwał kasjera i polecił wydać partyzantom pieniądze. Nie były to wprawdzie duże kwoty, ale takie akcje powodowały ciągłe zagrożenie dla Niemców i jednocześnie podnosiły na duchu rodaków.

W międzyczasie z 21 na 22 czerwca oddział zmienił kwaterę i przeniósł się z Opatkowiczek z powrotem w rejon lasów chroberskich do Zagai Dębiańskich. Tam też przybył dowódca krakowskiego „Kedywu” kpt. „Skała”, a wraz z nim kpt. „Powolny”, por. „Spokojny”, podchor. „Zawała” i podchor. „Wilk”. Wraz z ich przyjazdem nastąpiła radykalna zmiana w trybie codziennych zajęć. Oddział przeszedł raz jeszcze gruntowne przeszkolenie dywersyjne. Zapoznano partyzantów teoretycznie i praktycznie z arkanami minerki, powtórzono chwyty dżiu-dżitsu i przetrenowano instynktowne strzelanie. Jednym słowem partyzanci dostali tak w kość przez blisko dwa tygodnie zajęć, że długo pamiętali pobyt gości w oddziale. Szaleństwo to polegało na przyswojeniu metod walki nieotwartej, pozwalającej uzyskiwać duże efekty przy zastosowaniu małych sił. Szkolenie prowadzili skoczkowie spadochronowi zwani cichociemnymi „Powolny” i „Spokojny”, a praktyczne zajęcia z minerki organizowali „Zawała” i „Wilk”. Zajęcia miały między innymi wyrobić u partyzantów przeświadczenie, że mała grupa odpowiednio przeszkolonych partyzantów może sobie poradzić z regularnym wojskiem. Prócz tego uczono partyzantów posługiwania się wszelką dostępną bronią, cichego likwidowania wartowników, niepostrzeżonych wejść do obiektów strzeżonych i tuneli kolejowych. Całość uzupełniały ćwiczenia w wychodzeniu na piętra bez drabiny, skakanie z dużych wysokości, przejścia po linie nad przepaścią, pokonywanie wysokich płotów, rzucanie do celu nożem oraz codzienny bieg szturmowy na odległość dwóch kilometrów.

Następnym bardzo ważnym elementem szkolenia było tzw. instynktowne strzelanie. Polegało ono na tym, że strzelało się z pistoletu noszonego za paskiem spodni. Po wyszarpnięciu jednocześnie wprowadzało się pocisk do lufy i nie celując oddawało się błyskawicznie po dwa strzały w stronę przeciwnika.

Po zakończeniu szkolenia w oddziale pozostał Witold Leśniak -„Wilk". Opuścił natomiast nas „Bolek”, przeniesiony na własną prośbę do oddziału partyzanckiego „Huragan”. Do „Gromu” zameldował się Edward Słówko -„Sokół” przeniesiony z oddziału „Skok” oraz Edward Nowacki -„Soroka” z patrolu dywersyjnego z Krakowa. „Sokół” przyniósł ze sobą pistolet Mauser z drewnianą kaburą służącą jednocześnie jako kolba.

8 lipca 1944 r. patrol „Gromu” w składzie „Ryś”, „Łęczyc”, „Szczupak”, „Kropka” i autor tych wspomnień przyjął ucieka-jącego Zbigniewa „Grocholskiego (prawdziwe nazwisko Zbigniew Gertych). Zatrzymano go w tym dniu w czasie łapanki na stacji kolejowej w Kocmyrzowie. Pochodził on z Poznania i po wysiedleniu z Wielkopolski przez Niemców, ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem w Budziszowicach. Na pytanie, co robi na stacji odpowiedział, że handluje skórami. Nie chciał narażać właściciela majątku w tej miejscowości Włodzimierza Dobrzańskiego i swojej narzeczonej.

 

- Skąd jesteś? - pada pytanie gestapowca.

 

- Z Budziszowic.

 

- No to jedziemy i sprawdzamy.

 

Po przyjeździe do Budziszowic „Grocholski” wyparł się wszystkiego oświadczając, że znalezione przy nim zaświadczenie pracy w Budziszowicach jest lewe.

 

- Czy zna pan tego człowieka? - zapytał gestapowiec właściciela majątku Dobrzańskiego.

 

Ten zgodnie z danym znakiem przez zatrzymanego, również zaprzeczył. Inni domownicy łącznie z narzeczoną oświadczyli to samo.

 

Rozwścieczeni gestapowcy wypędzili wszystkich przed dom, „Grocholskiego” osobno wyprowadzono do starego parku otaczającego dwór.

 

- Masz tu łopatę i kop sobie grób, abyśmy nie mieli kłopotu z tobą - rzekł rosły gestapowiec.

 

Domownicy patrzyli z dala, przejęci do głębi na to co za chwilę nieuchronnie nastąpi. „Grocholski” zaczął się modlić. To dało mu chwilowe odprężenie i czas do namysłu.

 

- Tak czy inaczej zaraz mnie zastrzelą - pomyślał - muszę podjąć szybką decyzję jeszcze przed wykopaniem grobu.

 

Nadeszła chwila, gdy Niemiec odwrócił się, a w tym momencie „Grocholski” zawinął łopatą i rąbnął w łeb gestapowca. Momentalnie odskoczył i puścił się pędem wykorzystując naturalną przeszkodę jaką stanowiły stare dworskie drzewa w parku. Gestapowiec szybko oprzytomniał i puścił za nim kilka serii, na szczęście niecelnych. „Grocholski” natomiast w pełnym biegu wydostał się z parku na pole i wśród nieściętego jeszcze zboża pędził w stronę lasów chroberskich. Trzech Niemców widząc, że „Grocholski” im umknie, wskoczyło do samochodu i ruszyli w pogoń nie przypuszczając, że za chwilę wpadną w zasadzkę, którą zorganizowała „Błyskawica”. Fortuna kołem się toczy. Ci, którzy przed chwilą chcieli zgładzić niewinnego człowieka, już nie będą mieli okazji mordować Polaków. Ich ciała leżą koło palącego się jeszcze samochodu. A „Grocholski”, ledwo żywy, pobiegł dalej na oślep i nie zważając na niedawną strzelaninę natknął się wreszcie na nasz patrol.

 

- Stój, gdzie biegniesz! Zatrzymaj się! Tu partyzanci! - krzyczę do niego.

 

„Grocholski” wreszcie ochłonął i zatrzymał się.

 

- To dobrze, to bardzo dobrze, że jestem wśród partyzantów. Chcecie to wierzcie, ale ja przed chwilą uciekłem graba-rzowi spod łopaty. Miałem już własnoręcznie wykopany dla siebie grób.

 

- No nic, uspokój się już. Ci, którzy chcieli ciebie zgładzić, już sami gryzą trawę. Patrz, tam płonie ich samochód!

 

- No co? Zostaniesz chyba u nas w Oddziale? - zapytałem zbiega.

 

- A przyjmiecie mnie?

 

- No pewnie!

 

- To zgoda, zostaję, a pseudonim mój będzie „Dąbrowa”.

 

Po tej akcji dowódcy obu oddziałów zarządzili alarm, została także zmobilizowana terenówka. Oczekiwano na niemiecki odwet i postanowiono dla ochrony ludności przyjąć walkę. Akcja odwetowa jednak nie nastąpiła i po trzech dniach przebywania w terenie oddziały wróciły na kwatery.

W drugiej połowie lipca do oddziału przybył z Krakowa Józef Fiszer -„Myśliński”, najmłodszy brat „Bolka” i „Łęczyca”. Razem z nim stan „Gromu” wynosił 27 partyzantów.

Kiedy wiadomym już było, że Niemcy nie podejmą żadnych represji za akcję „Błyskawicy” pod Turnawcem, „Grom” w okresie od 12 do 20 lipca 1944 r. wykonał jeszcze kilka akcji jak: rozbicie mleczarni w Dzierążni i zarekwirowanie produktów żywnościowych, wypad do Liegenschaftu Chroberz połączone z zabraniem dwóch wieprzków i żywności, ubezpieczenie pogrzebu poległego w Dębianach partyzanta „Tygrysa” z oddziału ppor. „Pazura”. Akcja na Liegenschaft Hebdów, prze-prowadzona 20 lipca przez patrol w składzie: „Karp” (dowódca) oraz „Batko”, „Cień”, „Gala”, „Mściciel”, „Łęczyc”, „Kropka”, „Ryś”, „Soroka”, „Zając” i „Zbójnik” zakończyła się zdobyciem dwóch pięknych koni - arabów, stanowiących własność gubernatora Franka. „Karp” pozostawił w Liegenschafcie zaświadczenie dla gubernatora z pieczątką „Gromu”.

26 lipca 1944 r. stał się pamiętnym dniem dla Miechowskiego. Na terenie o powierzchni ponad tysiąca km kwadra-towych, sięgającym od Pińczowa do biegu Wisły, a dalej do Opatkowa, Koszyc, Nowego Brzeska, a na południu poprzez Kocmyrzów, Kazimierze Wielką, Skalbmierz, Działoszyce do drogi warszawskiej między Miechowem a Jędrzejowem, powstała Rzeczpospolita Kazimiersko-Proszowicka (zwana też na początku Rzeczypospolitą Miechowską). Teren ten został oswobodzony na krótko z okupacji, zajęły go oddziały partyzanckie. Poczta, telefony, władza terenowa - wszystko to znowu było polskie. Żywot Rzeczypospolitej był krótki, zaledwie dwutygodniowy, ale jakże radosny dla uczestników tych wydarzeń. Byłem jednym z nich. Wraz z oddziałem partyzanckim krakowskiego „Kedywu” - „Grom”, wspólnie z kolegami z oddziału terenowego ppor. Franciszka Pudo - „Sokoła”, rozbiliśmy niemieckie siły w akcji pod Sielcem

26 lipca 1944 r.

Była druga połowa lipca. Lato w pełni, dzień po dniu niemiłosiernie praży słońce. W nocy zza Wisły wyraźnie słychać grzmot armat. Dochodzą do nas coraz bardziej pocieszające wieści. Rozwija swoje natarcie I Front Ukraiński, Armia Radziecka dotarła w rejon Rzeszowa i Wiślicy. 20 lipca pojawiają się wieści o zamachu na Hitlera w jego kwaterze polowej. Niektóre oddziały terenowe zaczęły rozbrajanie niemieckich posterunków na swoim terenie.

I tak 24 lipca oddział Tadeusza Jędryka -„Ryszarda” z LSB rozbił granatową policję w Racławicach. Kilka godzin później w nocy oddział BCh ppor. „Pazura” wraz z żołnierzami AK rozpędził 60 policjantów z posterunku w Działoszycach. Oddział sierżanta Mieczysława Jońca -„Lota” zdobył 25 lipca posterunek w Nowym Korczynie.

Z godziny na godzinę nasz oddział „Grom” - wyczekiwał niecierpliwie na rozkaz do działania. 25 lipca o piątej po południu zadyszany łącznik przybył do dowódcy „Sama”. Tej nocy jeszcze mamy zaatakować więzienie w Kazimierzy Wielkiej i oswobodzić ni. in. ppor. „Maratona” - dowódcę kompanii w 120 pp AK. Siadamy na podwody i ruszamy w nakazanym kierunku. Koło wsi Topola dołącza do nas oddział „Skok”, także podległy „Kedywowi”. Wkrótce jesteśmy u rogatek miasteczka. W głębokiej ciszy, zamaskowani, oczekujemy na rozkaz do natarcia. Zakaz rozmów i palenia tytoniu niemiłosiernie przedłuża chwile oczekiwania. Rozkaz do natarcia jednak nie nadchodzi, atak odwołano.

„Skok” odjeżdża do lasów chroberskich. Nasz dowódca postanawia pokręcić się wzdłuż dróg, na których można spotkać Niemców. Jest już całkiem jasno i dzień zapowiada się znów upalnie. Tarcza słoneczna rozpoczyna swoją codzienną wędrówkę. Po krótkim marszu docieramy do wsi Topola, stamtąd do folwarku Ostrów. Nie jest on jednak kresem rozpoczętej nocą wędrówki. Docieramy do wsi Kobylniki, gdzie dowódca postanowił zakwaterować oddział. Po śniadaniu wiara przenosi się do stodoły i układa do snu na słomie. Nie dane było nam jednak odpocząć. Zdyszany łącznik z „terenówki” melduje podniesionym głosem: trzy samochody Niemców mają wyruszać na Skalbmierz dla dokonania penetracji terenu.

Dowódca zarządza alarm i oddział wyrusza ubezpieczonym marszem w kierunku Liegenschaftu Sielec. Docieramy tam między godz. 10 a 11. Na miejscu jest oddział „terenówki” pod dowództwem „Sokoła”. Nasz dowódca - „Sam” i „Sokół” oceniają sytuację. „Sokół” zaprasza na śniadanie. Takiej propozycji nikt nie odmawia. Ale wojna rządzi się innymi prawami. Kolejny łącznik melduje o jadących od Skalbmierza trzech niemieckich samochodach. Śniadanie pozostaje nietknięte. Oddział w biegu rozwija się w kierunku szosy Kazimierza-Skalbmierz. Samochody niemieckie stoją, a w pierwszym z nich pod otwartą maską szofer grzebie w silniku. Wykorzystujemy ten fakt na zajęcie odpowiednich, stanowisk.

Wróg ma nad nami przewagę. W każdym z trzech samochodów jest po ok. 20 dobrze uzbrojonych Niemców. Nasz oddział liczy 24 partyzantów zasobnych w 14 karabinów, 2 Steny, 2 pistolety maszynowe MP, 8 pistoletów i około 30 niepewnych granatów, wykonanych w warunkach konspiracyjnych prymitywnymi metodami. Na każdy automat przypadają tylko 2 magazynki i 120 pocisków luzem, na każdy karabin około 60 pocisków. Oddział „Sokoła” liczy 14 partyzantów uzbrojonych w karabiny, Steny, granaty i ręczny karabin maszynowy Browning. Z amunicją u nich też krucho. Mimo to wszyscy są w doskonałym nastroju, każdy pała chęcią zadania ciosu hitlerowcom.

Tymczasem, jak się później okazało, 24 lipca 1944 r. SS-Obersturmführer Carl, dowódca kompanii 2/I. Poi. Wach.-Batl. XXI zur Bandenbekämpfung otrzymał w Miechowie od hauptmanna Haaslera polecenia ściągnięcia niemieckich posterunków z Brzeska Nowego, Koszyc i Skalbmierza do Kazimierzy Wielkiej. Obersturmführer Carl gorliwie wziął się do dzieła. Rozkaz wykonał do godz. 6 w dniu 26 lipca. Następnie przejął pod swoją komendę posterunek w Kazimierzy Wielkiej i w południe załadował swoje siły na trzy ciężarówki. Kolumna wyruszyła w kierunku Skalbmierza zamierzając połączyć się z żandar-merią jadącą z tej miejscowości. To właśnie te ciężarówki zachowując duże odstępy dla bezpieczeństwa, zbliżały się do Sielca z drugiej strony.

Wraz z „Katem” i „Szczupakiem” znajdujemy się na brzegu skrzydła partyzanckiego ugrupowania. Pierwsi więc meldujemy po linii: na szosie widać trzy niemieckie samochody z około 60 hitlerowcami. Tężeją nasze twarze, zaciskamy palce na spustach, karabinów. Co robić? Przewaga jest bardzo duża. Czekać czy atakować? Chwile, niepewności przerywa spokojny głos dowódcy, który zajął miejsce koło przydrożnej kapliczki: zmienić front i czekać na otwarcie ognia przez rkm!

Nadjeżdżające samochody od strony Kazimierzy Wielkiej zrównują się z lewym skrzydłem naszych pozycji. Seria rkm rozpoczyna bój. Natychmiast wtórują jej nasze pistolety i karabiny. Kierowca pierwszego samochodu osuwa się na kierownicę, a ciężarówka z impetem wpada do przydrożnego rowu i zaczyna płonąć. Niemcy wysypują się z samochodów i zajmują stanowiska po przeciwnej stronie drogi. Natychmiast otwierają silny ogień przykuwając nas do ziemi.

 

W jazgocie karabinów „Karp” krzyczy w moją stronę oraz do „Kata” i „Szczupaka” leżących obok: rzucajcie granaty!!! W kierunku drugiego samochodu rzucam granat. Upada na maskę i toczy się powoli. Czekamy wtuleni w ziemię na wybuch. Niestety nic z tego. Nikt się temu nie dziwi, konspiracyjne granaty mają zapalniki z lanego żelaza i „lubią” się łamać po zetknięciu z twardymi przedmiotami nie dopuszczając iskry do materiału wybuchowego.

„Sam” postanawia wycofać całe lewe skrzydło na bezpieczniejszą odległość. Dosłownie 8-9 metrów dzieli nas od Niemców. W tej sytuacji mogą nas roznieść granatami.

Tymczasem Niemcy przybywający od strony Skalbmierza, a czekający dotychczas na ukończenie naprawy zepsutego samochodu, zorientowali się, że zasadzka była przygotowana na nich. Pragnąc przyjść z pomocą kamratom zaczęli prażyć ogniem z karabinów i pistoletów maszynowych po naszych stanowiskach. Kilka zawieruszonych pocisków zapalających wznieca pożar dwóch domów stojących po przeciwnej stronie szosy. Bure kłęby dymu przysłaniają stanowisko obu walczących stron.

Niemcy od strony Kazimierzy Wielkiej nie orientując się w sytuacji, a wykorzystując zadymienie, wsiadają na dwie ocalone ciężarówki i wycofują się prowadząc huraganowy ogień. Zostawiają na drodze siedmiu zabitych żołdaków. Wkrótce są już na posterunku żandarmerii w Kazimierzy Wielkiej. Obersturmführer Carl próbuje gorączkowo dodzwonić się do Krakowa. Wreszcie jest połączenie. Zdenerwowany prosi swoich zwierzchników o pomoc, gdyż został zaatakowany przez „przeważające siły bandytów”. Otrzymuje obietnicę odsieczy kompanii z ciężką bronią maszynową. Gdy ta pomoc nie nadejdzie do pierwszej, Niemcy wycofają się do Krakowa pozostawiając Kazimierze Wielką na pastwę losu, a właściwie we władaniu partyzantów.

Dzień 26 lipca 1944 r. jest w pełni. W boju pod Sielcem odparliśmy cześć atakujących sił niemieckich od Kazimierzy Wielkiej. Tymczasem ogień hitlerowców zgrupowanych wokół ciężarówek, które nadjechały od strony Skalbmierza, nieco słabnie. „Orlik” i „Zając” starają się podczołgać do trupów niemieckich żołnierzy pozostawionych przez oddział, który wycofał się w stronę Kazimierzy Wielkiej. Obaj partyzanci chcą zabrać broń leżącą przy zabitych. Mimo niezbyt dużej odległości czas czołgania wydłuża się do nieskończoności. Wokół bzykają pociski niczym osy szukające swoich ofiar. „Orlik” i „Zając” szczęśliwie wypełniają zadanie i ich łupem stają się dwa Bergmanny, dwa karabiny, dwa pistolety i po sześć magazynków do każdego pistoletu maszynowego. W chwilę później do innego trupa Niemca dociera młody, odważny harcerz Zygmunt Zagrodzki z Warszawy. Przebywa na wakacjach u swojego wuja - dowódcy oddziału terenowego „Sokół”. W akcji bierze udział dobrowolnie i właśnie zdobywa łup w postaci karabinu, dwóch granatów, ładownicy i hełmu.

Jego dalsze losy są tragiczne. Zagrodzki niestety nie wróci nigdy do Warszawy. W kilka dni później zginie podczas pacyfikacji Skalbmierza.

Tymczasem na szosie do Skalbmierza widać jakiś ruch. Okazuje się, że to Niemcy wysyłają dwie ciężarówki po posiłki do Miechowa. Po drodze w Skalbmierzu część Niemców wysiada i ustawia karabin maszynowy na wieży kościelnej. Jego ogień jest niecelny.

Całą swoją uwagę skupiamy na pozostałych Niemcach. Wzmocnieni już tylko czwórką żołnierzy z oddziału terenowego „Sokół”: „Lotnym”, „Lechem”, „Rawiczem” i „Ćmokiem” atakujemy z trzech stron. Hitlerowcy bronią się zaciekle oczekując na posiłki z Miechowa. Brak amunicji ponagla nas. Esesmańskie panterki Niemców doskonale harmonizujące z terenem, utrudniają nasze zadanie. Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Słoneczny żar dosłownie zalewa nas, a unoszący się dym dusi i gryzie w oczy. Słupy iskier i popiołu z palących się obok budynków, co chwilę opadają na nas. Język przysycha do podniebienia, pot cienkimi stróżkami ścieka z czoła i skroni. Wypijamy brudną wodę z fosy.

 

I znów podrywa nas głos „Karpia”: Czołgać się w kierunku stanowisk niemieckich! „Sam”, „Łęczyc”, Kat”, „Ryś” i „Myśliński” docierają na odległość kilkunastu metrów do hitlerowców, rzucają się do przodu, pozostali partyzanci także ruszają do szturmu. Osaczeni hitlerowcy widząc beznadziejną sytuację wychodzą z zamaskowanych stanowisk z podniesionymi rękami. Załamani na duchu oddają się w partyzancką niewolę. Brudni, okopceni dymem, z maskującymi zielonymi siatkami na twarzach wyglądają strasznie. Niczym nie przypominają butnych okupantów sprzed kilku godzin. Jest ich tylko dwunastu, w tym dwóch ciężko rannych. Trupy dalszych jedenastu leżą w przydrożnym rowie. Strat w ludziach nie mamy. Jedynie „Wilk” jest ranny w brzuch i łokieć prawej ręki.

Naszym łupem stał się samochód terenowy, karabin maszynowy MG-42 Spandau, 14 skrzynek amunicji, 3 Bergmanny, 5 PM, 18 pistoletów Parabellum i P-38 z magazynkami, 28 karabinów, sporo granatów, miny do granatnika oraz wyposażenie bojowe w postaci pasów, ładownic i panterek.

Niemcy trzymają ręce do góry, stoją koło samochodu. „Kat”, „Sam” i „Łęczyc” podchodzą do nich. Ich dowódca - hauptmann - sądząc po posiadanych przez partyzantów mundurach przypuszcza, że są to brytyjscy spadochroniarze i przemawia po angielsku. Na to „Kat” odpowiada po niemiecku, że mają do czynienia z polskimi partyzantami. Mając świadomość co hitlerowcy wyprawiali z każdym pojmanym partyzantem, Niemcy zaczynają dygotać. Wtrąca się „Sam” i oświadcza:

 

— Nie znaczy to, że jesteśmy bandytami i mordercami jak wy!

 

Częściowo uspokojony niemiecki dowódca nieśmiało wdaje się w rozmowę z „Samem”:

 

- Czy tylko tylu was tu jest i z taką bronią?

 

- Tylko tylu i nie mamy zabitych d ciężko rannych.

 

- Niemcy nie mogą pojąć, jak przegrali z tak słabo uzbrojonym przeciwnikiem!

 

W trakcie tej rozmowy przybywa pomoc z lasów chroberskich - oddział partyzancki „Skok”. Z zaciekawieniem oglądają jeniecką „zdobycz”. „Zając” uruchamia zdobyty samochód i wraz z rannymi Niemcami odjeżdża do wsi. Pozostali jeńcy z rękami na karku wloką się pieszo.

W czasie marszu do wsi napotykamy na spieszący nam na pomoc kurs podchorążych 120 pp AK pod dowództwem rtm. Wiesława Żakowskiego -„Zagraja. Teraz już wspólnie docieramy do Sielca. Mieszkańcy witają nas entuzjastycznie. Dostajemy od dziewcząt polne kwiaty, brzmią okrzyki na cześć partyzantów i naszego oddziału. Gospodynie częstują mlekiem, chlebem i wszystkim co jest pod ręką. Tak dochodzimy do szkoły, gdzie znajduje się cały sztab „terenówki” pod dowództwem rtm. „Zagraja”. Oficerowie w polskich mundurach przyjmują niemieckich jeńców. Jako celowniczy, ze zdobycznym karabinem maszynowym, oraz amunicyjnymi „Kropką” i „Katem” obejmujemy posterunek na skrzyżowaniu dróg w odległości 50 m od szkoły. Do Kazimierzy Wielkiej wyrusza zdobycznym samochodem silny patrol. Ma za zadanie pobrać kilka beczek benzyny z opuszczonych magazynów. Wkrótce są z powrotem. Nasz oddział ładuje się do wozu i rusza w kierunku lasów chroberskich.

Na skrzyżowaniu drogi sieleckiej z traktem z Działoszyc napotykamy spieszący nam jeszcze na pomoc oddział AL z grupy Zygmunta Bieszczanina -„Adama”. Wtem na niebie pojawiają się dwa niemieckie samoloty zwiadowcze Storch.

Na komendę „Lotnik! Kryj się” wszyscy rozpraszamy się i maskujemy. Samoloty po kilku okrążeniach odlatują. Nie otwarły ognia co może oznaczać, że nas nie zauważyły.

Dalej podążamy bez przeszkód i wkrótce jesteśmy na swojej kwaterze u Rejdaka w lasach chroberskich. Otrzymujemy skromną kolację składającą się z chleba, małego kawałka kiełbasy i zbożowej czarnej kawy. Niewiele jak na nasze zgłodnia-łe żołądki.

Do oddziału wstępują nowi ochotnicy z rezerwy stanowiącej „Grom B”: „Rudy”, „Tatar”, „Korsarz”, „Lew”, „Sulima” i „Jaksa”.

Kolejny alarm następuje w czasie spożywania posiłku. Przyczyną jest meldunek o spodziewanym przyjeździe Niemców od strony Miechowa przez Działoszyce lub Skalbmierz. „Sam” robi zbiórkę. Pada krótki rozkaz:

 

- „Batko”, „Rudy”, „Myśliński” zostają na melinie!

 

- My jedziemy zrobić zasadzkę na Niemców!

 

Oddział ładuje się na zdobyty samochód i rusza w stronę Skalbmierza. Na skrzyżowaniu z drogą Działoszyce-Czarnocin „Sam” rozkazuje zatrzymać samochód. Wysiadamy i maskujemy się w przydrożnych, rowach. Oczy na próżno wypatrują w ciemności mających przejeżdżać Niemców. Na drodze panuje spokój. Na bezskutecznym oczekiwaniu upływa również reszta nocy. Zaczyna świtać. Naszą uwagę przykuwają dymy unoszące się nad Działoszycami. To Niemcy dokonali nalotu i zbombardowali miasteczko uprzednio zajęte przez oddziały Batalionów Chłopskich. W ten sposób lotnictwo niemieckie mści się na bezbronnej ludności polskiej.

Mijają dwie godziny. Na drodze z Działoszyc ukazuje się pierwsza furmanka z uciekinierami z palącego się miasteczka. Na wozie stoi niepozorny chłop i pogania batem chudą szkapinę. Za nim siedzi kobiecina z naprędce zarzuconą chustką na głowie oraz małe płaczące dziecko. Kobieta podtrzymuje podskakujące na furmance tobołki z uratowaną częścią dobytku. Po chwili ukazują się dalsi uciekinierzy. Są mocno przestraszeni i trudno z nich wydobyć jakąś konkretną wiadomość. Niektórzy pokazują ulotki rzucone przez Niemców w czasie nalotu. Czytamy w nich: „Niemieckie lotnictwo odpowiada ban-dytom i ich pomocnikom w powiatach Miechów i Busko, którzy zakłócają bezpieczeństwo i porządek”.

W tym okresie dowództwo 106 DP AK zaczęło mobilizować swoich członków, których uzbrajano i tworzono z nich regularne oddziały wojskowe. Terenówka przejęła również całą władzę cywilną w powstałej Rzeczypospolitej Kazimierzowsko-Proszowickiej. Wreszcie po czterech latach okupacji wszystkie urzędy na tym małym skrawku Polski znalazły się w naszych rękach. Uruchomiono zaraz kolejkę wąskotorową. Udekorowana biało-czerwonymi flagami kursowała ona na trasie Działoszyce-Skalbmierz-Kazimierza Wielka-Proszowice. Ludność okolicznych miasteczek opanowanych przez polskich partyzantów, wyciągała ze schowków przechowywane z narażeniem życia przez przeszło cztery lata flagi narodowe i dekorowała nimi ważniejsze urzędy i domy. Cała Rzeczpospolita wyglądała odświętnie. Ludzie radowali się i na każdym kroku okazywali partyzantom wdzięczność za przyniesioną wolność.

Oddziały partyzanckie patrolowały cały oswobodzony od okupanta teren. Również i „Grom” na samochodzie z wymalowanym na chłodnicy białym orłem kontrolował ważniejsze szlaki komunikacyjne, na których spodziewano się przychwycić Niemców. Ale hitlerowcy po porażce jaką ponieśli pod Sielcami nie bardzo kwapili się pokazywać na terenie opanowanym przez polskich partyzantów. Ograniczali się jedynie tylko do częstego wysyłania samolotów zwiadowczych, które przeprowadzały rozpoznanie lotnicze.

 

Oddział jeżdżąc po terenie zatrzymał się na krótki wypoczynek w parku należącym do dworu w Drożejowicach. Rozłożyli-śmy się pod ogromnymi stuletnimi dębami i klonami. Nie każdy mógł jednak wypoczywać. „Sam” wyznaczył kilku ludzi do ubezpieczenia oddziału. Już po chwili koledzy zameldowali o krążeniu niemieckiego samolotu na niewielkiej wysokości. I znów trzeba było przerwać upragniony wypoczynek. Otrzymałem rozkaz otwarcia ognia z karabinu maszynowego do nie-przyjacielskiego samolotu. Nie namyślając się wiele nad wyszukaniem odpowiedniego stanowiska, oparłem karabin na ra-mieniu „Kropki” i z takiej pozycji strzelałem krótkimi seriami do niemieckiego lotnika. Ten zorientował się, że jest ostrzeliwany, szybko wzniósł się wyżej, a następnie odleciał w stronę Krakowa.

Duży entuzjazm i powszechną radość wśród braci partyzanckiej oraz miejscowej ludności wywołała wiadomość o wybuchu zbrojnego powstania w Warszawie. Okoliczna ludność sądziła, że na teren Rzeczypospolitej Kazimierzowsko-Proszowickiej już nigdy nie powróci znienawidzony okupant.

Na dowódcę „Gromu” został przydzielony rozkazem kierownictwa „Kedywu” skoczek spadochronowy ppor. „Wierzba”, zrzucony na terytorium Polski w maju 1944 r. Na kwaterze Rejdaka „Wierzba” zebrał wszystkich partyzantów i palnął im krótką mowę:

- Od dzisiaj będę waszym dowódcą. Rozkazem dowództwa „Kedywu” mam doprowadzić oddział na koncentrację pod Kraków, gdzie mamy się przygotować wraz z (innymi grupami partyzanckimi do akcji oznaczonej kryptonimem „Burza”.

Już tego samego dnia „Wierzba” zarządził wyjazd w kierunku Krakowa. Wsiedliśmy do zdobytego pod Sielcem samochodu i ruszyliśmy przez Skalbmierz, Małoszów, Klimontów, wszędzie serdecznie żegnani przez oswobodzoną ludność. Gdy od-dział dojeżdżał do stacji kolejowej Proszowice, miejscowa ludność dała znać o przebywających na rynku okupantach, którzy przyjechali przed chwilą i mordują bezbronnych mieszkańców. „Wierzba” natychmiast zarządził ostre pogotowie. Wysiedliśmy z samochodu i gęsiego, po obu stronach drogi, ruszyliśmy w kierunku rynku proszowickiego. Powoli zbliżaliśmy się do pierwszych zabudowań. Miasteczko wyglądało jak wymarłe. Na ulicach nie było żywej duszy. Od czasu do czasu złowrogą ciszę przerywały wystrzały karabinów dochodzących z rynku. Idziemy pochyleni trzymając w rękach broń gotową do strzału. „Wierzba” ponagla:

 

- Pospieszcie się, żeby nam nie zwiali!

 

Jednak faszyści zauważyli widocznie zbliżających się partyzantów, gdyż wskoczyli na samochód ciężarowy z przyczepą i ostro ostrzeliwując się uciekali na pełnym gazie w kierunku Słomnik. Echo odbijało jeszcze od ścian kamieniczek ostatnie strzały gdy oddział wkroczył na rynek. Na środku leży zabity Polak. Z głowy wąską stróżką cieknie krew, tworząc powoli w zagłębieniu bruku czerwoną kałuże. To uciekający hitlerowcy zdążyli jeszcze zastrzelić przed odjazdem ostatnią ofiarę.

Oddział obstawia rynek i wszystkie wylotowe uliczki. Po chwili za jedną z brani słychać łoskot. Może to jakaś inna grupa Niemców? Mocniej przyciskamy broń. Brama zgrzytając powoli, uchyla się i wychodzi z niej zalany w trupa mieszkaniec. Idzie chwiejnym krokiem w stronę partyzanckiego samochodu. Nagle zatrzymuje się, z niedowierzaniem patrząc na białego orła wymalowanego na chłodnicy samochodu. Gość wykrzywia głowę, przeciera oczy i patrzy to na orzełki na furażerkach, to znów na auto. Widocznie jakoś skojarzył sobie ten obraz, gdyż zaczyna wrzeszczeć przepitym chrapliwym głosem:

 

- Jak Boga kocham, to Polacy!

 

 

Facet podchodzi jeszcze bliżej, opiera się o samochód i patrząc na orła drze się dalej:

 

- Ludzie wychodźcie! To partyzanci, polscy partyzanci!

 

Ludność zwabiona krzykiem powoli wychodzi z domów, nie dowierzając własnym oczom. Gdy jednak przekonują się, że to naprawdę polscy partyzanci, okazują entuzjazm i szczerą gościnność. Szybko zapomnieli już o niedawnej trwodze. Cieszą się z przegonienia okupanta i przyjazdu partyzantów. Chcą nas ugościć. Jednak „Wierzba” zarządza natychmiastowy wyjazd w kierunku ucieczki nieprzyjaciela. Wskakujemy szybko na samochód i rozpoczyna się szaleńczy pościg. Jednak na dogonienie wroga nie mamy już szans, toteż samochód skręca w polną drogę i kieruje się do punktu koncentracji w Goszczy.

Ciężarówka telepie się i podskakuje na wybojach. Niebo zaciąga się czarnymi, bałwaniastymi chmurami. W dole wiatr przelatuje ponad wierzchołkami drzew, szarpiąc je i wyginając. Zmrok zapada szybko. Nadchodzi ciemna bezksiężycowa noc. Spadają pierwsze krople deszczu, które po chwili przechodzą w nieustającą ulewę. Polna droga stopniowo zamienia się w grzęzawisko. Co chwilę samochód boksuje i wpada w głębokie koleiny z lepkim błotem. Wysiadamy i w strugach deszczu przepychamy go z trudem. Od czasu do czasu ktoś wywraca się na błotnistej mazi. W takich warunkach okropnie zmazana, błotem, głodni, przemoknięci, docieramy po północy do Goszczy. We wskazanej stodole walimy się na siano obok przebywających już tam partyzantów z oddziału „Skok”.

Niemcy w tym czasie zaczęli przygotowywać uderzenie na Rzeczpospolitą Kazimiersko-Proszowicką. Hitlerowcy nie mogli pogodzić się z istnieniem silnych grup partyzanckich na swoim zapleczu. Na wieść o tym „Wierzba” wysłał siedmioosobowy patrol „Gromu” dla zbadania sytuacji.

5 sierpnia 1944 r. Niemcy uderzyli z północy i południa na Rzeczpospolitą Kazimiersko-Proszowicką. Grupa ponad 900 uzbrojonych po zęby żołdaków zaatakowała o świcie Skalbmierz, a nieco później dwie kompanie Wehrmachtu wzmocnione samochodami pancernymi ruszyły z Brzeska Nowego w kierunku Kazimierzy Wielkiej i Skalbmierza. Wywiązała się bitwa o Skalbmierz. Udało się im zepchnąć przeszło dwudziestoosobowy oddział ubezpieczający ppor. „Sokoła” i zająć dzielnicę Za-moście. Niemcy wpadają do rynku, podpalają domy i mordują ludność. W bitwie ginie wraz z częścią swego oddziału ppor. „Brzoza”, który przybył na pomoc walczącym. Ppor. „Sokół”, odważny i bojowy dowódca wpada ciężko ranny w ręce hitlerowców, którzy go dobijają. Ginie również w walce większość żołnierzy z obydwu oddziałów. Sytuacja zaczyna być groźna. Kiedy wydawało się, że to już koniec, do bitwy włączają się dalsze grupy i cała kompania z Kazimierzy Wielkiej 120 p.p. Romana Zawarczyńskiego -„Sewera”. O godz. 14.00 przybywa na pomoc także oddział AL pod dowództwem Zygmunta Bieszczanina - „Adama”. Partyzanci nawiązują łączność z radzieckimi czołgami, które przedostały się w rejon Wiślicy. Rosjanie nie odmawiają pomocy i wkrótce zjawiają się pod Skalbmierzem. Teraz nastąpił silny kontratak partyzantów, w którym bierze udział również wysłany uprzednio patrol „Gromu” w składzie: „Zając”, „Ryś”, „Zbójnik”, „Błysk”, „Mściciel”, „Czort” i „Batko”. W bitwie ginie „Batko”. Około godz. 20.00 miasteczko ponownie zostało opanowane przez partyzantów. W walce zginęło 22 żołnierzy AK, a 75 osób cywilnych zostało wymordowanych przez Niemców w Skalbmierzu i pobliskiej Szarbi. Niemiecki wypad na Rzeczpospolitą od strony południowej okazał się również daremny.

Były to już jednak ostatnie dni Rzeczypospolitej Kazimiersko-Proszowickiej, bowiem Niemcy, skierowali na te tereny jednostki pancerne, które kolejno zajęły Skalbmierz, Kazimierze Wielką i zepchnęły na wschód oddziały partyzanckie. Historia Rzeczypospolitej zakończyła się około 10 sierpnia.

 

Dla zachowania ciągłości historii oddziału „Grom” muszę cofnąć się do dnia przyjazdu na punkt zborny do Goszczy t j. l sierpnia 1944 r. Nie danym było wypocząć partyzantom „Gromu” po truciach jakie przeszli w drodze do Goszczy, bowiem zaledwie po 3 godzinach seria karabinu maszynowego poderwała nas na nogi. „Gospodarze” stodoły chcieli ugościć bratni „Grom” lepszym śniadaniem, i wysłali patrol dla zdobycia żywności. Przechodząc przez biegnący w pobliżu tor kolejowy Warszawa-Kraków natknęli się oni na przeszło 30 Bannschutzów. Około godz. 5.00 rano wywiązała się strzelanina, która poderwała na nogi resztę „Skoku” i nowoprzybyły „Grom”. W obu oddziałach zarządzono alarm bojowy i wymarsz tyralierą w kierunku nasypu kolejowego, skąd prażyli Niemcy. Por. „Wierzba” natychmiast wyznaczył stanowiska dla dwóch karabinów maszynowych: mojego MG-42 i MG-34 „Szydły” ze „Skoku”. Sam zajął stanowisko obok, ocenił odległość do nasypu kolejowego i ryknął na cały głos:

 

- Celownik 200, seriami ognia!

 

Lawina pocisków bluznęła na stanowiska niemieckie. Strzały z nasypu ucichły. Wykorzystał to „Wierzba” i poderwał oby-dwa oddziały do ataku. Pod naporem atakujących, Niemcy zaczęli wycofywać się wzdłuż torów w kierunku Słomnik, docie-rając do dość wysokiego wzgórza za stacją kolejową Niedźwiedź. Tu zatrzymali się dla złapania oddechu i zajmując do-godne stanowiska zaczęli szczególnie ostro ostrzeliwać atakujących partyzantów. Zależało im, aby trzech rannych oraz dwóch zabitych odstawić w bezpieczne miejsce. Ogień partyzancki karabinów maszynowych był jednak silniejszy i skuteczniejszy, ponieważ zajęliśmy wzgórze, z którego rozpościerał się widok na Słomniki i na resztę chowających się już w opłotkach tego miasteczka Bahnschutzów. To był morderczy atak. Prawie przez 5 kilometrów atakowaliśmy uchodzących i ostrzeliwujących się gęsto Niemców. Brakowało nam tchu. Niemiłosiernie wyczerpane były obsługi karabinów maszynowych, bowiem prócz własnego wyposażenia dochodził jeszcze ważący przeszło 14 kg karabin maszynowy z bębnem, a amunicyjny miał prócz broni osobistej jeszcze po dwie skrzynki z taśmami po 250 szt. pocisków każda. „Wierzba”, który od początku akcji jako najstarszy stopniem przejął dowództwo nad obu oddziałami dał rozkaz do przerwania ataku i powrotu do Goszczy. Umęczeni do ostatnich granic ku swemu chyba wybawieniu spotykamy akurat furmankę powożoną przez starszego już wiekiem gospodarza.

 

- No co dziadek? - pytam - Podwieziecie nam karabin maszynowy i te skrzynki z amunicją w stronę Goszczy?

 

- A wy kto?

 

- Partyzanci!

 

- O la Boga! Panocki! Jak wy partyzanci, to ja z wami pojechałbym nawet na koniec świata.

 

Szczęście jednak nie trwało długo, bowiem wycofujący się Niemcy zdążyli jeszcze wezwać na pomoc samoloty zwiadowcze „Storch”. Trzeba było szybko zabrać karabin oraz amunicję i odskoczyć w jeszcze miejscami nieskoszone zboże i przydrożna zarośla. Gdy samolot odlatywał wychodziliśmy z ukrycia i kontynuowaliśmy marsz.

 

Kiedy byliśmy już niedaleko kwatery w Goszczy ukazał się w dali jadący w stronę Krakowa pociąg osobowy. „Wierzba” znów dał rozkaz ukrycia się w zbożu. „Belfort” ze „Skoku” nie zdążył, nie miał już czasu żeby uciekać, zresztą nie chciał, gdyż ucieczka zwróciłaby uwagę. Stanął więc jak najbliżej toru, wychodząc z założenia, że w ten sposób będzie najmniej widoczny. Pociąg zapchany był cywilami, a w dwóch ostatnich wagonach jechali żołnierze z frontu najprawdopodobniej na urlop. Pech chciał, że semafor był zamknięty i pociąg zatrzymał się, a akurat ostatni wagon stanął na wysokości „Belforta”. Znajdujący się na pomoście kapitan SS przyglądał się badawczo, gdyż „Belfort” miał typowo partyzancką sylwetkę. Był w polskim mundurze z dystynkcjami st. sierżanta. Nie namyślając się wiele „Belfort” wyszarpuje swój pistolet zza pasa i oddaje dwa strzały. SS-owiec osuwa się na podłogę. Huk strzałów zagłuszył charakterystyczny stuk semafora wskazującego wolną drogę. Pociąg ruszył i zanim ktokolwiek w wagonie zorientował się co się stało, „Belfort” odskoczył w bok i schronił się w zaroślach obok torów.

Dalszą drogę odbyliśmy już bez przeszkód docierając szczęśliwie na kwaterę. Oczekiwała nas pełna podziwu i uznania, licząca około 60 osób, grupa uciekinierów z Krakowa, przyszłych partyzantów 3 kompanii „Grom-Skok”. Byli oni świadkami akcji, która zrobiła na nich duże wrażenie. Początkowo, gdy Niemcy nie strzelali w stronę partyzantów zdawało im się, że są na spokojnych i bezpiecznych ćwiczeniach. A gdy kule zaczęły gwizdać nad głowami spokój szybko ustąpił. W ich oczach można było wyczytać strach, nie wiedzieli co z sobą zrobić, gdzie się podziać. Czekali w napięciu jak zachowamy się. Kiedy w spokoju i sprawnie przystąpiliśmy na rozkaz „Wierzby” do ataku, humory ich poprawiły się i podniosło to ich na duchu. Widzieli na własne oczy, że pomimo silnego ognia można iść do przodu, że nie każda kula zabija i co najważniejsze, widzieli chyba po raz pierwszy w czasie okupacji jak uciekają Niemcy.

Było w tej grupie kilku, którzy jednak nie wytrzymali nerwowo i oświadczyli, że zbyt słabe mają serce i nerwy, za to silne mają papiery i wolą wrócić do domu. Nikt nie miał im tego za złe.

2 sierpnia 1944 r. rozkazem dowództwa „Kedywu” z oddziałów „Grom” i „Skok” powstała 3 kompania „Grom-Skok”. „Grom” zameldował się na punkcie zbornym w Goszczy w składzie: Jan Tryszczała -„Batko”, Jerzy Gara -„Błysk”, Włodzimierz Rozmus -„Buńko”, Kazimierz Stelmach -„Cień”, Zbigniew Basiński -„Czort”, Zbigniew Gertych -„Dąbrowa”, Jerzy Baster -„Gala”, Józef Grodzicki -„Jaksa”, Wojciech Niedziałek -„Judasz”, Czesław Ciepiela -„Karp” (zastępca dowódcy), Józef Bieniasz -„Kat”, Andrzej Frycz -„Korsarz”, Tadeusz Janiak -„Kropka”, Kazimierz Hromniak -„Leśnik”, Franciszek Piaskowik -„Lew”, Jerzy Tracz -„Mały”, NN -„Mściciel”, Józef Fiszer -„Myśliński”, Zdzisław Meres -„Orlik”, Bolesław Gąsiorek -„Ponury”, Kazimierz Sułowski -„Rudy”, Kazimierz Meres -„Ryś”, Julian Dobrzański -„Sas”, Edward Słówko -„Sokół”, Edward Nowacki -„Soroka”, Feliks Skrochowski -„Sulima”, Zdzisław Jabłoński -„Szczupak”, Ryszard Wańkowski -„Tatar”, Jan Kałucki -„Zając”, Zbigniew Kulig -„Zbójnik”, Zbigniew Gawlik -„Żmija”. Pod koniec lipca na kwaterę w Zagajach Dębiańskich doszli jeszcze do oddziału Franciszek Skrochowski - „Aga” i Andrzej Wiechliński -„Cyrus”.

31 lipca 1944 r. z rozkazu kierownictwa „Kedywu” dowódcą oddziału partyzanckiego „Grom” został cichociemny ppor. Maksymilian Klinicki -„Wierzba”. Dotychczasowy dowódca ppor. „Sam” pozostał w terenówce, a ranny pod Sielcem „Wilk” przekazany został na punkt sanitarny, który mieścił się u państwa Tatarczuchów w Sielcu. Był to dom, w którym panowała zawsze wspaniała polska atmosfera. Pani Stefania Tatarczuchowa ps. „Troska”, długoletnia nauczycielka, znana i ceniona od lat patriotka, była wychowawczynią wielu pokoleń młodzieży. W okresie okupacji nie bacząc na różne niebezpieczeństwa kontynuowała tajne nauczanie z zakresu gimnazjum. Wraz z trzema dorosłymi córkami „Jutrzenką”, „Sokolicą” i „Samą”, zaangażowała się w czynną pracę konspiracyjną.

W mieszkaniu „Troski” odbywały się miedzy innymi odprawy sztabowe 106 DP AK i inne ważne spotkania organizacyjne. Zaraz po akcji pod Sielcem został tu zorganizowany polowy szpital, w którym ulokowano „Wilka” i gorączkującego po akcji w Skalbmierzu „Rysia”. Ten ostatni rozchorował się na zapalenie płuc. Wiele dni przebywali oni pod troskliwą opieką sanitariuszki Janiny Tatarczuch -„Sokolicy”. Jednak 5 sierpnia na skutek ataku Niemców na Skalbmierz szpitalik został zagrożony i „Sokolica” ewakuowała rannych do Dębian, gdzie umieszczono ich u gospodarzy Kwapińskich. Za parę tygodni również „Sokolica” musiała opuścić dom i ukrywać się przed poszukującymi ją Niemcami.

Poległy w bitwie o Skalbmierz „Batko” został pochowany na miejscowym cmentarzu 6 sierpnia 1944 r.

Od chwili powołania kompanii „Grom-Skok” w funkcji celowniczego karabinu maszynowego MG-42 zastąpił mnie „Kropka”. Natomiast „Karp”, „Leśnik”, „Gala”, „Cień”, „Ryś”, „Czort”, „Lew”, „Tatar” zostali przeniesieni do zwiadu konnego. Doświadczeni starsi partyzanci „Gromu” zostali mianowani dowódcami pododdziałów kompanii „Grom-Skok”.

Uzbrojenie oddziału w chwili przybycia na koncentrację do Goszczy było następujące: karabin maszynowy MG-42 z zapa-sowym zamkiem i lufą oraz 12 skrzynek z taśmowaną amunicją, 2 pistolety maszynowe Sten i po 2 magazynki do nich, 3 pistolety maszynowe Bergmann i po 6 magazynków, 7 pistoletów maszynowych MP i po 2 magazynki, 40 karabinów kb i kbk, 31 pistoletów (Parabellum, Vis, P-3-8, FN, Mauser), 50 granatów i jedną skrzynkę min do granatnika.

 

Aleksander Szumański "Kurier Codzienny" Chicago grudzień 2011

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

http://www.kedyw.info/wiki/Cz%C4%99%C5%9B%C4%87_I:_%22Grom%22

 

17/ AMERYKAŃSKO -  ŻYDOWSKI CIOS W POLSKĘ

 

Według „The Jewish Daily Forward” żydowskiego pisma w USA, wysuwanie roszczeń dotyczących restytucji mienia pożydowskiego w Polsce mają dziś jednoczyć Żydów i Niemców.

Dotychczasowe powodzenie żydowskiego ruchu roszczeniowego skłania ludzi biorących w nim udział do dalszych działań wymierzonych w Polskę.

„The Jewish Daily Forward”, powszechnie znana jako  „Forward” (spotyka się także nazwy: „Forverts” oraz „The Yiddish Forward”) – to lewacka gazeta żydowska wydawana w Stanach Zjednoczonych.

Pierwotnie był to dziennik wydawany w jidysz, a dziś jest to tygodnik wydawany w języku angielskim i w jidysz. Istnieje także portal internetowy, który jest uaktualniany codziennie na serwerze w Nowym Jorku.

W pewnym momencie gazeta miała więcej czytelników niż „The New York Times”. Pisało do niej wielu znanych autorów, takich jak Moris Rosenfeld, laureat literackiej Nagrody Nobla Isaac Bashevis Singer, jego brat Israel Joszua Singer, czy też Elie Wiesel.

Dziennik założył Abraham Cahan 22 kwietnia 1897 roku. Gazeta miała orientację umiarkowanie lewicową. Czytelnikami byli głównie żydowscy imigranci z Europy Środkowo-Wschodniej. W czasie I wojny światowej codziennie wydawano 200 tys. egzemplarzy, a w 1930 roku -  275 tys. egzemplarzy dziennie.

Od 1983 roku „The Jewish Daily Forward” ukazuje się jako tygodnik.

Wydawca gazety jest właścicielem stacji radiowej, która nadaje programy radiowe w języku jidysz.

Artykuł Nathaniela Poppera w  "Forward" z 6 sierpnia 2014 roku nawołuje Żydów i Niemców, by wspólnymi siłami zaspokajali swoje roszczenia przeciw Polsce. Tekst nosi znamienny tytuł: "Bitwa roszczeniowa rozszerza się na polski front".

Nathaniel Popper pisze, że "wspólna walka Żydów i etnicznych Niemców stwarza nową sytuację w historii roszczeń tych, którzy przeżyli Holocaust...”

Nowe światło pada na opór Polski w zaspakajaniu  „żydowskich majątkowych roszczeń". W tym artykule znalazł się uderzający zwrot o tych, "którzy przeżyli Holocaust" jako kategorii obejmującej wspólnie Żydów i Niemców.

Do niedawna, według żydowskich historyków, wyłącznie Żydzi mieli prawo być uznani jako "Holocaust survivors", czyli ci, którzy przeżyli Holokaust. Teraz w tej samej kategorii Popper umieszcza  Żydów i Niemców - dzięki temu, że łączy ich w ruchu roszczeniowym przeciw Polsce. Popper cytuje Żyda, doradcę prezydenta Clintona, Stuarta Eizenstata:

"Jest rzeczą wysoce niemoralną, że rząd USA nie poparł żydowskich roszczeń wtedy, kiedy Polska przystępowała do NATO i do Unii Europejskiej".

 

Podobny antypolski artykuł opublikował Jabeen Bhatti w "The Wall Street Journal" z 11 sierpnia 2014 roku z podróży do Legnicy, pod tytułem "Echa wojny”. Wypędzeni z Polski w 1945 roku Niemcy chcą odzyskać majątki. Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej zgłoszono ogrom roszczeń majątkowych; wielu Polaków jest przerażonych".

Autor pisze, że polscy żołnierze „wypędzili" Niemców z ich domów i nie wspomina faktu, że rząd niemiecki nie tylko rozpoczął  wojnę, ale również podpisał bezwarunkową kapitulację, przyjmując również decyzje zwycięskich aliantów z 2 sierpnia 1945 roku powzięte na konferencji w Poczdamie. Ustalono wówczas prawnie usunięcie Niemców z terenów położonych na zachód od granicy na Odrze i Nysie oraz z Prus Wschodnich i włączenie do Polski Zachodniego Pomorza i Dolnego Śląska.

Na terenach tych dziś mieszka ponad 10 milionów Polaków. W 1940 roku na ziemiach tych mieszkało 8 milionów 850 tysięcy obywateli niemieckich. Około 5 milionów Niemców uciekło przed zbliżającym się frontem sowieckim, a 3,5 miliona zostało ewakuowanych z Polski na podstawie decyzji aliantów.

 

Natomiast 20 lutego 1946 roku został podpisany protokół brytyjsko-polski o zakazie powrotu Niemców na wschód od granicy na Odrze i Nysie. Tak więc wszelkie roszczenia obywateli niemieckich ma obowiązek zaspokajać rząd niemiecki.

Wprawdzie kanclerz Schroeder powiedział w Warszawie podczas obchodów 60. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, że żądania Niemców zwrotu mienia z Polski to „stawianie historii na głowie", ale jest to niestety osobista opinia kanclerza, a nie wiążący układ.

Faktem jest, że komunistyczny rząd Niemiec Wschodnich (NRD) nie płacił odszkodowań Niemcom przesiedlonym z Polski i Czech, jak to czynił rząd Niemiec Zachodnich, ale teraz za odszkodowania te jest odpowiedzialny rząd zjednoczonych Niemiec, a nie rząd Polski - kraju, który najbardziej ucierpiał w czasie wojny, a następnie został zdradzony przez aliantów i oddany w niewolę sowiecką.

Krzywdy, straty i cierpienia Polaków muszą być uznane, w ich świetle żydowski i niemiecki ruch roszczeniowy jest nielegalny. Rację ma poseł Antoni Macierewicz, cytowany w artykule Bhattiego, że ludzie mieszkający poza granicami Polski nie mają prawa do specjalnych przywilejów, których nie posiadają Polacy mieszkający we własnym kraju.

Bhatti pisze, że mogą być potrzebne nowe traktaty i prawa, żeby powstrzymać powódź roszczeń i zapobiec fatalnemu pogorszeniu się stosunków Niemiec z ich wschodnimi sąsiadami.

Obecne żądania roszczeniowe - tak niemieckie, jak żydowskie - są tylko szczytem góry lodowej. Jest znamienne, że kierownicy żydowskiego ruchu roszczeniowego zawarli między sobą zgodę, żeby nie kłócić się o już zdobyte fundusze, ale powiększać żydowskie roszczenia. Teraz z typową dla siebie hucpą dziennikarze żydowscy nawołują do połączenia sił żydowskiego ruchu roszczeniowego z roszczeniami niemieckimi.

Bhatti cytuje bardziej ugodową wypowiedź niemieckiego adwokata w Berlinie Stefana von Raumera, że „lepiej nie szukać prawnych wybiegów i zawrzeć układ polityczny" wykluczający roszczenia (zarówno Niemców, jak i Żydów) wobec Polski.

Europejski Trybunał Praw Człowieka nie ma podstawy prawnej do zasądzania roszczeń na szkodę Polaków, jak gdyby Naród Polski był mniej pokrzywdzony niż Niemcy i Żydzi, zwłaszcza żyjący poza granicami Polski.

Trzeba pamiętać, że w XX wieku na terenach zamieszkałych przez Polaków toczyły się niszczące bitwy I wojny światowej, inwazji bolszewickiej w latach 1919-1920 oraz II wojny światowej, wraz z ludobójstwem popełnianym na Narodzie Polskim przez Niemców.

Od roku 1914 do 1945 zginęło więcej Polaków niż Żydów. Natomiast w skali światowej tragedia Żydów zamordowanych przez rząd niemiecki jest tylko małą częścią tragedii masowych mordów XX wieku, „wieku śmierci", podczas którego zostało zabitych ponad 200 milionów ludzi. Żydzi stanowili 2,5 procent tych ofiar.

Żydowski ruch roszczeniowy chce, aby chciwość zjednoczyła Żydów i Niemców przeciwko Polakom.

Rząd Niemiec nie dąży do poprawnych stosunków z Polską stwarzając wspólny antypolski żydowsko – niemiecki front wobec żydowskiego ruchu roszczeniowego.

Na stronie internetowej Światowego Kongresu Żydów został zamieszczony artykuł Menachema Rosensafta, nowojorskiego prawnika, wzywający Amerykanów pochodzenia żydowskiego do bojkotu Polski, polegającego na wstrzymaniu wydawania dolarów w Polsce, ponieważ nie została dotąd rozwiązana kwestia restytucji w Polsce mienia żydowskiego. Szef tej organizacji Michael Schneider uważa jednak, że najpierw należy prowadzić w tej sprawie rokowania z polskim rządem, czyli domyślnie dopiero potem bojkotować Polskę .

Sekretarz generalny Światowego Kongresu Żydów mówi, iż jego organizacja docenia fakt okazywania przyjaźni przez polski rząd Izraelowi, licząc, że rząd Polski usiądzie do stołu i rozpocznie rokowania o sposobie restytucji przejętego mienia, lub wypłaty ofiarom Holocaustu i ich spadkobiercom odpowiedniego odszkodowania.

Mamy nadzieję na szybkie i pomyślne decyzje rządu polskiego w sprawie uchwalenia odpowiedniej ustawy o restytucji mienia żydowskiego w Polsce, tym bardziej, iż problem ten wisi nad Polską od czasu zakończenia II wojny światowej - przekonuje Schneider. Takie argumenty przedstawił oficjalnie kilka tygodni temu Światowy Kongres Żydów. Stanowisko tej wpływowej organizacji poparł również rząd Stanów Zjednoczonych wzywając oficjalnie polskie władze do restytucji mienia żydowskiego. Całkowicie zostały zignorowane ustalenia, iż restytucja mienia pozostawionego w Polsce przez osoby, które później otrzymały obywatelstwo amerykańskie została uregulowana przez układ z 16 lipca 1960 roku. Stroną zobowiązaną do zaspokojenia roszczeń obywateli amerykańskich wobec rządu polskiego, pochodzących sprzed tej daty, jest rząd amerykański.

Obowiązki państwa polskiego do restytucji mienia utraconego przez obywateli polskich na przejętych przez Litwę, Białoruś i Ukrainę terenach II Rzeczypospolitej zostały określone w Układach republikańskich z 1944 roku. http://pl.wikipedia.org/wiki/Uk%C5%82ady_republika%C5%84skie_(1944)

 

Wiele tekstów z „The Jewish Daily Forward” wymierzonych w Polskę, jej patriotyzm narodowy, fałszowanie historii Polski i jej martyrologii w czasie trwania II wojny światowej, negowanie ludobójstwa na Kresach II RP, zaprzeczanie istnienia polskiego Holocaustu, dokonanego również na Polakach  w okresie z przed wybuchu II wojny światowej,  szkalowanie Polaków jako morderców trzech  milionów Żydów polskich, przedstawianie Polaków jako  antysemitów i szmalcowników, powiela od wielu lat również żydowska „Gazeta Wyborcza” ukazująca się w Polsce.

Redaktor naczelny tej gazety, Adam Michnik, polski Żyd, zaciekły wróg Kościoła, twierdzi, iż „Polacy są jak Kościół rzymsko-katolicki, uczący obłudy, fałszu, konformizmu i hipokryzji”.

http://www.youtube.com/watch?v=QlSsg7QkjrY

 

Owa wypowiedź Michnika wygłoszona w czasie promocji grafomańskiego tytułu „Strach”, kłamstwa historycznego, histerycznej, antypolskiej „literatury” fałszu, pióra żydowskiego adwersarza wszystkiego co polskie, michnikowego „Drogiego Janka”, naczelnego fałszerza historii Polski okresu II wojny światowej, zamienia polskie przedmurze chrześcijaństwa na przedmurze mongolskie. 

Tego typu gazety, jak żydowskie „Gazeta Wyborcza” i „Forward”, „The New York Times”, z sekundującym im polonijnym nowojorskim „Nowym Dziennikiem” uknuły nową fałszywkę historyczną – unikającą określenia  „niemieckie  ludobójstwo”  – zastępując je zamiennie nazistowskim, lub hitlerowskim.

 

„Gazeta Wyborcza” triumfalnie obwieszcza : „Patriotyzm jest jak rasizm”. http://www.archiwum.wyborcza.pl/Archiwum/1,0,4927451,20070817RP-DGW,PATRIOTYZM_JEST_JAK_RASIZM,.html

 

Antypolską amerykańsko – żydowską nagonkę medialną wieńczą „polskie obozy koncentracyjne”.

Tym haniebnym poczynaniom skierowanym przeciwko Polsce, Polakom i polskości biernie przygląda się tuskowizna, komoroszczyzna, z niejednokrotnie skompromitowanym „ideologiem Radkiem” wraz z małżonką Anne Applebaum  – amerykańską dziennikarką żydowskiego pochodzenia, laureatką Nagrody Pulitzera  (nagrody przyznanej również dla Arta Spiegelmana za chamski „żartobliwy” komiks „Maus” o męczeństwie Żydów w czasie Holocaustu) , publicystką polakożerczego „The New York Times’a” i antypolskiego rządowego  „The Washington Post”.

 

Parlamentarna partia „niepodległej” faszystowskiej Ukrainy „Swoboda”, pod wodzą neobanderowców,  bandytów Oleha Tiahnyboka – lekarza chirurga (specjalność - chirurgia na narodzie polskim)  i syna Romana Szuchewycza, osławionego mordercy Polaków „Tarasa Czyprynki”, Jurija Szuchewycza, urządza liczne marsze i wiece m.in. we Lwowie pod starymi banderowskimi hasłami „Smert Lachom” „Lachy za San”, Komorowskiego zaś „klepie” się na Ukrainie jajkiem po „bratersku” z myślą przewodnią faszystowskiej  partii Swoboda: „Myśmy za mało was, Polaków, wywieszali”.

Partia „Swoboda” ze swoją misją i myślą przewodnią „ Myśmy za mało was, Polaków, wywieszali” zorganizowała w Stanisławowie konferencję prasową, na którą został ze strony polskiej zaproszony Adam Michnik.

W czasie owej konferencji w Stanisławowie (Iwanofrankiwsk) redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik m.in. powiedział:

 

„…MOJE MARZENIE: stwórzmy coś na kształt Beneluxu np. POLUKR, lub „UKRPOL” 

 

i dalej:

 

„…MARZĘ BYŚMY POTRAFILI RAZEM ZBUDOWAĆ COŚ WSPÓLNEGO. JEŻELI ZROBILIBYŚMY WSPÓLNY TWÓR PAŃSTWOWY COŚ NA KSZTAŁT BENELUXU np. POL-UKR, lub UKR-POL, TO BĘDZIEMY PAŃSTWEM, Z KTÓRYM BĘDZIE MUSIAŁ SIĘ LICZYĆ KAŻDY I NA WSCHODZIE I NA ZACHODZIE. TO JEST OLBRZYMIA SZANSA…ONA JEST REALNA…Z MOJEGO PUNKTU WIDZENIA ONA JEST ZASKAKUJĄCA, BOWIEM OBSERWUJĄC NASZ KRAJ, JEGO TRADYCJĘ, JEGO HISTORIĘ, NIE OCZEKIWAŁEM, ŻE POLSKA POTRAFI PROWADZIĆ TAK MĄDRĄ, TAK KONSEKWENTNĄ POLITYKĘ W STOSUNKU DO NASZYCH WSCHODNICH SĄSIADÓW…NIGDY RELACJE NASZE Z WSCHODNIMI SĄSIADAMI NIE BYŁY TAK DOBRE JAK DZIŚ…” (”KURIER GALICYJSKI”LWÓW - STANISŁAWÓW 18 – 28 września 2009  nr 17/2009).

 

Zaprzaństwo narodowe , hańba, to zdradziecka napaść  Adama Michnika, publicznie nawołującego  do rozbioru Rzeczpospolitej , do jej likwidacji, na drodze połączenia z innym, wrogim Polsce, faszystowskim krajem.

Owa konferencja odbyła się w dniu 17 września 2009 roku dla „upamiętnienia „ okrągłej 70 rocznicy napadu bolszewików w porozumieniu z Hitlerem  na Rzeczpospolitą Polską, otwierającą a priori michnikowe (szechterowskie) i partii Swoboda marzenia o ponownym, piątym, rozbiorze Polski.

W tym miejscu należy przypomnieć działalność ojca Michnika, Ozjasza Szechtera członka  Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy dążącej do przyłączenia Rzeczpospolitej do ZSRS. Za tę działalność Ozjasz  Szechter został w II RP skazany w tzw. procesie łuckim  na 8 lat więzienia za próbę zmiany przemocą ustroju Państwa Polskiego i zastąpienia go ustrojem komunistycznym  oraz oderwania od państwa polskiego południowo-wschodnich województw.

W dniach 2 - 4 lipca 2010 roku., a więc  w czasie trwania ciszy wyborczej przyjechała do Polski ponad setka politycznych VIP-ów, wśród nich sekretarz stanu USA Hillary Clinton, aby spotkać się z p.o. prezydenta RP Bronisławem Komorowskim. Rzecznik MSZ Piotr Paszkowski wizytę potwierdził, nie podał jednak celu wizyty. Cel wizyty był oczywisty. Pani Hillary Clinton wysłana została przez wpływowe samozwańcze grupy organizacji żydowskich w USA (lobby żydowskie), aby załatwiła z / nowym!/ prezydentem RP wypłatę polskiego narodowego majątku na rzecz owych grup w kwocie przekraczającej 65 miliardów dolarów USA, a więc 4,2 razy więcej niż wynosił ówczesny deficyt budżetowy (52 miliardy zł tj. 16 miliardów dolarów amerykańskich ), przy długu zagranicznym państwa polskiego wynoszącym wówczas ponad 185 miliardów euro.

 

Bezprecedensowa wizyta przypadająca w czasie kampanii prezydenckiej i ciszy wyborczej dla pokazania się Komorowskiemu 100 politycznym VIP-om na czele z sekretarzem stanu USA Hillary Clinton stanowiła jawne pogwałcenie suwerenności Polski z obrazą przez USA polskiej racji stanu. Nie informowanie opinii publicznej o zaplanowanej wizycie i jej nie przypadkowy przecież termin stanowił następny krok w serwilistycznej, aroganckiej, antypolskiej, polityce rządu Donalda Tuska. Wizytę Hillary Clinton w tym wyborczym terminie należy uznać za niedopuszczalną i bezpardonową ingerencję w wewnętrzne sprawy Polski z arogancją prezydenta Stanów Zjednoczonych włącznie.

 

Dokumenty, źródła, cytaty

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/The_Forward

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Uk%C5%82ady_republika%C5%84skie_(1944)

 

http://www.rodaknet.com/rp_szumanski_78.htm

 

- prof. Iwo Cyprian Pogonowski, Blacksburg, USA „Nasz Dziennik” 19-08-2014

„Roszczenia przeciw Polsce mają jednoczyć Żydów i Niemców”?

 

18 /KIM BYŁ I JEST WŁADYSŁAW FRASYNIUK?

SKĄD WZIĘŁA SIĘ LEGENDA I MAJĄTEK WŁADYSŁAWA FRASYNIUKA?

 

 ANDRZEJ ROZPŁOCHOWSKI WYJAŚNIA.

 

Hej Władek, przebrała się miarka. Ponieważ należysz do tych, co to lubią publicznie

pozować na ludzi prawych, teraz zatroskanych o stan rzekomo zagrożonej w Polsce demokracji i praw obywatelskich, czego jak słucham, to mi się nóż otwiera w kieszeni,

opowiedz - w jaki to sposób po przemianach „okrągłego stołu” - z kierowcy miejskiego autobusu stałeś się właścicielem dużej firmy transportowej?

Prawda na ten temat najlepiej charakteryzuje cwaniaczków takich jak ty. W latach 80. ludzie we Wrocławiu za ciebie się modlili, bo byłeś dla nich ikoną „Solidarności” i ich bohaterem, ale kim ty naprawdę już wtedy byłeś?

Bo czy można aż tak skrajnie się zmienić? W to nie wierzę, łatwiej udawać człowieka o dwóch twarzach. Pamiętam rok chyba już 1981, kiedy pierwszy raz zjawiłeś się na obradach KKP, czyli władz krajowych NSZZ „Solidarność”.

Byłeś nieśmiałym i ugrzecznionym synkiem, który dziwnie od zaraz stał się pupilkiem „Bolka”, czyli Lecha Wałęsy.

Nie zdajesz sobie może nawet z tego sprawy, że tak widzieli to ludzie, którzy w tej „krajówce” byli od samego początku. Tworzyliśmy ją i walczyliśmy z komuną, kiedy tobie o takich działaniach jeszcze się nie śniło. Dlatego z prawdziwym zdumieniem reagowałem na to, jak po wprowadzeniu stanu wojennego kreowano twój wizerunek jako wojowniczego przywódcę wrocławskiego podziemia, którego akurat nie internowano.

Jak wiemy, innego ulubionego twojego towarzysza działania, Zbigniewa Bujaka, też jakoś nie internowano, dzięki czemu i on znalazł się w podziemiu i rósł z podobną tobie legendą dzielnego opozycjonisty regionu „Mazowsze”.

Ale jeszcze wtedy nikt niewtajemniczony nie wiedział, że ta legenda „ukrywa się" np. u… Mieczysława Rakowskiego - jednego z głównych bandytów komunistycznej

dyktatury Jaruzelskiego.

Ludzie nie znając prawdziwych kulis wydarzeń, powierzchowne pozory biorą za rzeczywistość i w takich warunkach łatwo jest ich oszukiwać. Kiedyś jak i dzisiaj. Przypomnę, jak nikczemnie Zbigniew Bujak i spółka zagarnęli przed laty dolary nagrody od amerykańskiej senator, która pośmiertnie przyznana została również

bł. księdzu Jerzemu Popiełuszce.

Byłem już wówczas na uchodźstwie w Stanach Zjednoczonych i opublikowałem tam na ten temat felieton, który głośnym echem odbił się w kraju i poza jego granicami. I jeszcze jeden wymowny przykład z głębokiej przeszłości, która cieniem kładzie się także na dniu dzisiejszym, ponieważ ci sami ludzie dzisiaj są wśród KOD - owców.

Z udostępnionych mi przez IPN archiwów SB i MSW PRL związanych z moją antykomunistyczną działalnością, wyłaniają się bardzo ciekawe obrazy. W 1984 r. zostałem wraz z innymi zwolniony warunkowo z więzienia mokotowskiego, jako jeden ze słynnej 11-tki czołowych więźniów politycznych. I oczywiście zaraz włączyłem się w dalszą jawną i konspiracyjną działalność antykomunistyczną. Jeżeli mnie pamięć nie myli, to albo jeszcze w  1984 r. lub jednak w 1985 r. w kraju wybuchła nagle głośna sprawa.

Aresztowano niedawno uwolnionych kilku czołowych działaczy opozycji po tym, jak prasa podziemna oraz rozgłośnie zachodnie podały, że osoby te spotkały się potajemnie z TKK, czyli podziemnym kierownictwem „Solidarności” i podpisały imieniem i nazwiskiem wspólny komunikat. Nie mam czasu sprawdzać detali, ale był to Władysław Frasyniuk, Adam Michnik i Bogdan Lis oraz ktoś jeszcze. Junta Jaruzela i Kiszczaka podeszła do tego z wielkim zadęciem w peerelowskich mediach. Grożono wielkim procesem itd. W tym czasie otrzymałem propozycję, czy jestem gotów powtórzyć to samo, za co teraz z takim rozmachem propagandowym chcą sądzić kolegów. Odpowiedziałem, że oczywiście tak i tak się stało.

Nie pamiętam tylko kulis, od kogo i jak przyszła do mnie ta propozycja. Określonego dnia, u mnie na Śląsku odbyło się konspiracyjne spotkanie TKK ze mną, po którym znowu opublikowano komunikat, podpisany wspólnie przez ukrywających się członków TKK oraz moim imieniem i nazwiskiem.

I co się działo po tym fakcie? Czy zostałem podobnie jak tamci z hukiem aresztowany? Nie. Absolutnie nic się nie stało! Władza ani mnie nie usiłowała przesłuchać, ani zatrzymać lub aresztować!

Jakby nic nie miało miejsca. Byłem tym wówczas bardzo zaskoczony, gdyż psychicznie przygotowałem się na represje wobec mnie, na nowe aresztowanie. Dopiero po latach, z udostępnionych mi teczek bezpieki i MSW dowiedziałem się, dlaczego tak było. Otóż z Warszawy do prokuratury w Katowicach została przekazana dyrektywa, że owszem, mają zbierać na mnie dalsze materiały, mają otworzyć nowe śledztwo, ale… po cichu, i pod żadnym warunkiem nie wolno mnie oficjalnie wzywać na przesłuchania, zatrzymywać lub więzić, aby… bardziej nie nagłaśniać publicznie mojego nazwiska! Ale przecież właśnie odwrotnie postąpiono z panami opozycjonistami Frasyniukiem, Michnikiem, Lisem i kimś jeszcze. Dlaczego?

W mojej opinii, sprawa się wyjaśniła w roku 1989, w związku z haniebnym spektaklem „okrągłego stołu”. Zmuszani przez ekipę Gorbaczowa do pierestrojki, władcy PRL-u przygotowywali grunt pod te wydarzenia. I jak wiemy, znaleźli się w nich… wszyscy bohaterowie ówczesnego głośnego aresztowania.

Władza więc już wcześniej przygotowywała im jak najmocniejszą legendę „niezłomnych opozycjonistów”, z którymi jako tzw. stroną społeczną, będzie zawierała oszukańczy kontrakt tzw. końca komunizmu. A dlaczego mnie miano za wszelką cenę bardziej nie nagłaśniać? Bo było komunistom wiadomo, że od 1980 roku zawsze

należałem do tzw. extremy „Solidarności”. Wiedzieli, że dla mnie w procesie „okrągłego stołu” miejsca być nie mogło, bo nigdy bym nie poszedł na zdradę ideałów „Solidarności” i wolnej Polski oraz na zapewnienie komunistom bezkarności i miękkiego lądowania po okresie PRL.

Z nimi mogłem rozmawiać tylko o warunkach ich kapitulacji. Dlatego po wypuszczeniu mnie z więzienia, w interesie takiego kontraktu było, aby wokół mojej osoby panowało jak największe milczenie.

Nawet za cenę oficjalnego nie reagowania na moją dalszą antykomunistyczną działalność. Takich ludzi jak ja, w Polsce jest z pewnością więcej. „Największymi bohaterami opozycji” mieli być (i są do dziś) ci, którzy w latach 80. gotowi byli do tego, co zamierzano zrobić i co zrobiono, a owoce tej III RP spożywamy do dnia dzisiejszego. I do dzisiaj też wobec mojej osoby w przestrzeni publicznej panuje największa możliwa cisza. Bez względu na to co robię, jakby mnie dalej w Polsce nie było, choć jestem już od prawie sześciu lat. Pilnuje tego krajowy i zagraniczny układ zamknięty postkomunizmu, czyli liberalnego socjalizmu, którego aktywiści oraz naiwni użyteczni idioci demonstrują dzisiaj na ulicach Polski i zagranicą. W interesie tego układu dążą do obalenia obecnej władzy bez względu na jej plusy i minusy, jak w przeszłości obalili rząd Jana Olszewskiego i pierwszy rząd Prawa i Sprawiedliwości. Bez względu na pozory cząstkowe, naprawdę toczy się walka o naszą wolność. I na nowo jest ważne, kto po jakiej stoi dzisiaj stronie. Gdzie jest Władysław Frasyniuk i jemu podobni, już wiemy i wiemy dlaczego.

 

FRASYNIUK WCZORAJ I DZISIAJ

 

Władysław Frasyniuk po tym co zrobił i co go za to spotkało 10 czerwca 2017 r. w Warszawie grzmi, że dzisiaj czuje się jak w stanie wojennym i że "Lech Kaczyński byłby po naszej stronie".

Jest to cynicznie absurdalna i nikczemna retoryka tego byłego działacza "Solidarności" z lat 80., powtarzana teraz również przez obóz tzw. totalnej opozycji.

Frasyniuk 2 dni temu wystąpił jako członek bojówki Obywatele RP, która publicznie zapowiedziała, że będzie tego dnia łamała prawo.

I Frasyniuk razem z nią to prawo łamał, okupując jezdnię na trasie przemarszu uczestników legalnej uroczystości religijno-patriotycznej.

Zachował się więc jak prowokator, który po niezastosowaniu się do wezwań policji, został przez nią usunięty w inne miejsce. Ale w trakcie tych wydarzeń zachował się on również jak pospolity przestępca, bo naruszył nietykalność osobistą policjanta na służbie.

Został więc spisany i grozi mu za to odpowiedzialność karna. I taką sytuację ten człowiek śmie porównywać do realizowanego w Polsce przez komunistów stanu wojennego lat 80., w którym i ja siedziałem w więzieniu, dłużej od Frasyniuka.

Za to, co zrobił 2 dni temu, zostałby on tak samo potraktowany w Stanach Zjednoczonych Ameryki, a myślę nawet, że w chwili naruszania nietykalności osobistej interweniujących policjantów, mógłby dostać od nich solidne pały.

I słusznie. Frasyniuk posuwa się nawet do tego, iż twierdzi, że Lech Kaczyński rzekomo byłby po ich stronie. Nikczemność ta polega na tym, że śp. Prezydent RP nie może temu zaprzeczyć. Za to z całą pewnością trzeba powiedzieć, że Frasyniuk jest po stronie TW "Bolka" i jemu podobnych oraz wszystkich innych pogrobowców komuny.

Uważam też panie Frasyniuk, że nie po waszej stronie byłby Marszałek Józef Piłsudski i gdyby on mógł zmartwychwstać, szybko byłby z wami porządek. Frasyniuk jest dzisiaj po stronie już nie jakiejś dopuszczalnej opozycji, ale jawnych wrogów wewnętrznych Polski. Jest z nimi od czasu "okrągłego stołu", a może i dłużej?

Poznałem fragment wspomnień lidera "Solidarności" z lat 80. Mirosława Krupińskiego, który do 13 grudnia 1981 r. był wiceprzewodniczącym Komisji Krajowej związku, a parę lat temu zmarł na uchodźstwie w Australii. Napisał on, że w pewnym okresie stanu wojennego siedział sam na sam w jednej celi więzienia z Władysławem Frasyniukiem, który usilnie namawiał go do... podjęcia kolaboracji z reżimem PRL!

Trzeba iść tym tropem i starać się zweryfikować wiarygodność politycznej przeszłości Frasyniuka i jemu podobnych "opozycjonistów" PRL.

Nie wiem, czy już to zrobili, dlatego jeżeli chcą oni dalej mieć czystą kartę przynajmniej za tamten okres, na wszelki wypadek wzywam Frasyniuka i innych, aby natychmiast wystąpili do Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych z wnioskiem o nadanie im statusu działacza opozycji antykomunistycznej i/lub osoby represjonowanej. Na ich piersiach jeszcze nigdy nie widziałem również Krzyża Wolności i Solidarności. Można było dotąd otrzymać różne inne, nawet wysokie odznaczenia państwowe, ale tylko procedura nadania statusu oraz Krzyża Wolności i Sprawiedliwości przewiduje wcześniejszą lustrację w zasobach archiwalnych IPN w oparciu o ich stan aktualny. Dopóki ktokolwiek z was tego nie zrobi, waszą przeszłość opozycyjną z lat 80. należy traktować z należytą ostrożnością.

                                                                                   

                                                                                          Andrzej Rozpłochowski

 

                                                                                  Katowice, 5 czerwca 2016

 

Andrzej Ryszard Rozpłochowski (ur. 7 września 1950 w Gdańsku) –  działacz opozycji w okresie PRL i jeden ze współtwórców śląskiej „Solidarności”. Odznaczony m.in. Srebrnym Krzyżem Zasługi przez prezydenta RP na uchodźstwie. W 2010 r. prezydent Bronisław Komorowski wyróżnił go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Andrzej Rozpłochowski zwrócił go prezydentowi w styczniu 2012 r. w proteście przeciwko wyrokowi w sprawie sprawców stanu wojennego.

W 2015 został odznaczony przez prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Wolności i Solidarności.

 

 

 

 

 

SZOKUJĄCE ZACHOWANIE FRASYNIUKA NA MIESIĘCZNICY SMOLEŃSKIEJ.

ZAMIESZKI W WARSZAWIE W CZASIE OBCHODÓW 86 ROCZNICY SMOLEŃSKIEJ.

LIDERZY OPOZYCJI USUNIĘCI SIŁĄ.

 

W sobotę, 10 czerwca rano odbyła się msza św. w intencji ofiar katastrofy smoleńskiej. Następnie przez Krakowskie Przedmieście przeszedł Marsz Pamięci, by wreszcie przed Pałacem Prezydenckim złożyć kwiaty. W obchodach 86. miesięcznicy smoleńskiej wzięli udział: Jarosław Kaczyński, marszałkowie Sejmu i Senatu oraz członkowie rządu. Na czele marszu niesiony był transparent z napisem "Smoleńsk - pamiętamy".

Do kolejnych zamieszek doszło podczas obchodów 86. miesięcznicy smoleńskiej.

Niestety przemarsz postanowili zakłócić Obywatele RP, którzy zorganizowali kontrmanifestajcję. Najpierw doszło do słownych przepychanek między uczestnikami obu marszów.

Obywatele RP zorganizowali kontrmanifestację, której celem było  zablokowanie comiesięcznego marszu pamięci. Policjanci byli zmuszeni siłą usuwać demonstrujące osoby z trasy marszu. Wśród nich byli przedstawiciele opozycji.

Policja zaczęła siłą usuwać demonstrantów, którzy zablokowali trasę Marszu Pamięci. "Podczas tzw. kontrmiesięcznicy organizowanej przez nas tj. Obywateli RP na placu Zamkowym, zostały z ulicy ściągnięte siłą dziesiątki osób m.in. Ewa Siedlecka, Paweł Kasprzak, Władysław Frasyniuk i Joanna Scheuring-Wielgus" - napisali w oświadczeniu Obywatele RP.

Wśród ściągniętych z ulicy kontrmanifestantów w czasie miesięcznicy smoleńskiej był też legendarny działacz Solidarności, Władysław Frasyniuk. Jego zdjęcie niesionego przez policję obiegło media. Sam Frasyniuk komentował sprawę: -  "Jarek, widziałeś te filmy? Widziałeś? Byłeś kiedyś w takiej sytuacji? Ja już jestem kolejny raz. Zastanów się co robisz. Dewastujesz polskie państwo" - odnosząc się do Jarosława Kaczyńskiego. Teraz w Internecie pojawiło się nagranie, na którym widać, jak Frasyniuk zachowywał się wobec policji.

W sobotę doszło do zamieszek na Krakowskim Przedmieściu w czasie miesięcznicy smoleńskiej. Policja musiał siłą usunąć kontrmanifestantów z ulicy. Najbardziej znaną osobą, która znalazła się tej grupie był były działacz Solidarności, Władysław Frasyniuk. Jak podała policja: -Władysław Frasyniuk będzie odpowiadał za naruszenie nietykalności cielesnej policjanta. Czy tak faktycznie było? W Internecie pojawiło się nagranie rozmowy Frasyniuka z funkcjonariuszami. Widać na nim i słychać, jak Władysław Frasyniuk w lekceważący sposób odnosi się do mundurowych, a jednego z nich łapie za ramię.

Pytany przez policjanta o personalia Frasyniuk najpierw mówi, że nazywa się Jan Kowalski PiS i sprawiedliwość, a potem dodaje: -  Proszę pana, ja panu powiem tak. Przeżyłem 4 lata dlatego, że tamta władza miała w d**** prawo. Ta władza też ma w d**** prawo. Też mam w d**** prawo. Po czym mówi, by policjant uśmiechnął się do kamery, to wtedy łapie za rękę mundurowego.

- Proszę mnie nie dotykać - stanowczo reaguje funkcjonariusz. Policjant chcący dowiedzieć się prawdziwego imienia i nazwiska Frasyniuka dowiaduje się, że jest to Jan Józef Grzyb. Nie daje się jednak zwieść żartom Frasyniuka i mówi, że to nie jest jego prawdziwe nazwisko. W końcu wspomina Jarosława Kaczyńskiego. Jak wyglądała cała sytuacja?

 

 JAREK PLUJESZ W TWARZ WŁASNEMU BRATU - POWIEDZIAŁ FRASYNIUK.

 TERAZ GO BĘDZIE ŚCIGAĆ POLICJA.

 

 Podczas obchodów 86. miesięcznicy smoleńskiej wielokrotnie musiała interweniować policja. Władysław Frasyniuk był jedną z osób, wobec której funkcjonariusze musieli użyć siły.

Teraz rzecznik stołecznej policji zapowiedział, że były opozycjonista odpowie za naruszenie nietykalności policjanta. Całą sytuację skomentował także sam Frasyniuk.

Obchody 86. miesięcznicy smoleńskiej upłynęły pod znakiem zamieszek. Policja wielokrotnie musiała interweniować, ponieważ dochodziło do starć między uczestnikami Marszu Pamięci i kontrmanifestacji, zorganizowanej przez Obywateli RP. Funkcjonariusze siłą usunęli demonstrantów, którzy zablokowali trasę marszu. Wśród nich był Władysław Frasyniuk, który, jak wynika z relacji policjantów, miał popychać mundurowego. - Władysław Frasyniuk będzie odpowiadał za naruszenie nietykalności cielesnej policjanta - powiedział rzecznik Komendy Stołecznej Policji.

Głos w sprawie zabrał też sam zainteresowany, Władysław Frasyniuk. -" Plujesz w twarz swojemu bratu, plujesz w twarz polskiej Solidarności" - powiedział o Jarosławie Kaczyńskim. - "Jarek, widziałeś te filmy? Widziałeś? Byłeś kiedyś w takiej sytuacji? Ja już jestem kolejny raz. Zastanów się co robisz. Dewastujesz polskie państwo. Dewastujesz państwo prawa. Dewastujesz nasz szacunek dla Lecha Kaczyńskiego. Lech Kaczyński, gdyby żył, byłby po tej stronie. Lech Kaczyński nie pozwoliłby na to, co ty wyprawiasz z policją. Szczujesz tych młodych ludzi na obywateli polskiego państwa. Skandal" - dodał zbulwersowany Frasyniuk.

 

Opracował Aleksander Szumański  "Głos" Toronto nr 24 14.06 - 20 06.2017

 

Aleksander Szumański , świadek historii - dziennikarz niezależny, korespondent światowej prasy polonijnej, akredytowany (USA) w Polsce w latach 2005 - 2012, ścigany i skazany na śmierć przez okupantów niemieckich.

Kombatant - Osoba Represjonowana - zaświadczenie o uprawnieniach Kombatantów i Osób Represjonowanych nr B 18668/KT3621

 

19/ KTO ZAMORDOWAŁ GENERAŁA PETELICKIEGO?

DLACZEGO GENERAŁ SŁAWOMIR PETELICKI POPEŁNIŁ "SAMOBÓJSTWO"?

 

LIST GENERAŁA PETELICKIEGO ZNALEZIONY W SIECI

 

Warszawa 19 kwietnia 2010

 

 LIST OTWARTY DO PREMIERA DONALDA TUSKA

 

 Panie Premierze!

 

Zakończyła się Żałoba Narodowa po największej Tragedii w historii powojennej Polski. W wyniku karygodnych zaniedbań, niekompetencji i arogancji staliśmy się jedynym na świecie krajem, który w jednym momencie stracił całe Dowództwo Wojska, ze Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej na czele. Apeluję do Pana o podjęcie radykalnych kroków mających na celu ratowanie Polskich Sił Zbrojnych i systemu antykryzysowego Państwa.

 

W trybie pilnym należy:

 

1. Rozwiązać Wojskową Prokuraturę i powierzyć prowadzone przez nią sprawy Prokuraturze Cywilnej. Będzie to zgodne z wcześniejszymi wnioskami Prawa i Sprawiedliwości popartymi przez Platformę Obywatelską, których orędownikami byli między innymi Świętej Pamięci Poseł Zbigniew Wassermann i Generał Franciszek Gągor.

 

2. Ustanowić pełnomocnika Rządu d/s ratowania naszych Sił Zbrojnych i powołać na to stanowisko generała dywizji Waldemara Skrzypczaka (byłego dowódcę Wojsk Lądowych, który miał odwagę głośno mówić o zaniedbaniach w MON), cieszącego się ogromnym autorytetem w Wojsku Polskim.

 

3. Odwołać Ministra Obrony Narodowej i do czasu wybrania Prezydenta powierzyć kierowanie Resortem przewodniczącemu Ko-misji Obrony Senatu Maciejowi Grubskiemu z Platformy Obywatelskiej, który broniąc żołnierzy z Nangar Khel wykazał się zaangażowaniem i dobrą znajomością problematyki wojskowej. Ministerstwem Obrony może skutecznie kierować tylko osoba nie związana z panującymi tam od lat „betonowymi układami”.

 

4. Przywrócić na stanowisko Szefa Rządowego Centrum Antykryzysowego doktora Przemysława Gułę.

 

Ponad rok temu w obecności byłego wiceprezesa Narodowego Banku Polskiego, profesora Krzysztofa Rybińskiego, przekazałem ministrowi Michałowi Boniemu notatkę na temat karygodnych zaniedbań w Ministerstwie Obrony Narodowej. Zdecydowałem się na to, gdyż Bogdan Klich wysłuchiwał moich rad popartych ekspertyzami specjalistów polskich i amerykańskich, a następnie postępował wbrew logice!

Wszyscy Polacy widzieli tragiczną katastrofę wojskowego samo-lotu CASA C-295M, w której zginęło dwudziestu znakomitych lotników. Tłumaczyłem Ministrowi Klichowi, dlaczego tak się stało, prezentując mu procedury NATO. Minister zapewniał, że wyciągnie z tego wnioski. Nie wyciągnął! Nastąpiła katastrofa wojskowego samolotu BRYZA, w której zginęła cała załoga. Była jeszcze katastrofa wojskowego śmigłowca Mi-24. Pytałem publicznie B. Klicha, ilu jeszcze dzielnych żołnierzy musi zginąć, żeby zaczął konieczne reformy w Wojsku?

 W sierpniu 2009 roku bohaterską śmiercią zginał kapitan Daniel Ambroziński, którego patrol w Afganistanie Talibowie ostrzeliwali przez sześć godzin, a nasze Lotnictwo nie mogło tam dolecieć, bo miało za słabe silniki (MI24). Co więcej, jak już doleciało – było nieuzbrojone (Mi-17). Minister Klich zapewniał wtedy publicznie, że w trybie nadzwyczajnym dostarczy do Afganistanu odpowiedni sprzęt. Nie zrealizował tych obietnic, za to wodował uroczyście kadłub Korwety Gawron (który kosztował ponad miliard sto milionów złotych), komunikując zdumionym uczestnikom uroczystości, że na tym kończy się program budowy tak potrzebnego Marynarce Wojennej okrętu, gdyż nie ma środków na jego dokończenie.

W ubiegłym roku Bogdan Klich mówił, że robi coś, co nikomu dotąd się nie udało – leasinguje od LOT-u nowoczesne samoloty dla VIP, w miejsce awaryjnego sprzętu z poprzedniej epoki. Teraz twierdzi, że to się nie udało, bo przeszkadzali posłowie.

Gdy Bogdan Klich leciał dwukrotnie do Afganistanu, w niepotrzebną PR-owską podróż, wyleasingował dla siebie Boeinga Rumuńskich Linii Lotniczych za 150 tys. zł. Dodać należy, że za boeingiem leciał wojskowy samolot CASA, który dla Ministra Klicha była za mało wygodny. Dlaczego Minister Obrony Narodowej nie zdecydował się na leasing nowoczesnego samolotu dla tak ważnej delegacji państwowej, do składu której zatwierdził podsekretarza stanu w MON, szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i dowódców wszystkich rodzajów wojsk. Jak można było umieścić kluczowe dla bezpieczeństwa Państwa osoby w jednym samolocie z poprzedniej epoki i wysłać ten samolot w czasie mgły na polowe lotnisko, bez wyznaczenia z góry zapasowego wariantu lądowania i scenariusza pozwalającego na przesuniecie terminu uroczystości.

Tłumaczyłem B. Klichowi kilkakrotnie, co to jest nowoczesne zarządzanie ryzykiem, którego od 1990 roku uczyli nas Amerykanie. Przekonywałem, że nowoczesne samoloty pasażerskie są niezbędne nie tylko do przewozu VIP, ale dla ratowania Obywateli Polskich, gdy znajdą się na zagrożonych terenach. Teraz Minister Obrony twierdzi, że nie było pieniędzy na te samoloty, a jednocześnie wydawał dużo więcej na sprzęt, który okazał się nieprzydatny, że wspomnę tylko bezzałogowe Orbitery za 110 mln USD.

W maju 2009 roku Sejm RP powołał podkomisję do zbadania zaniedbań w Lotnictwie Wojskowym RP. Jej ekspert, znakomity pilot Major Arkadiusz Szczęsny napisał:  "Świadome narażanie przez MON naszych Żołnierzy na niebezpieczeństwo utraty życia jest niedopuszczalnym łamaniem prawa”!

Gdy Major Szczęsny poprosił podkomisję o przekazanie sprawy Prokuraturze, został odwołany z funkcji eksperta.

Jeden z najdzielniejszych komandosów GROMU, ranny w walce z terrorystami i odznaczony Krzyżem Zasługi za dzielność, napisał do mnie po katastrofie: „Czymże jest narażenie bezpieczeństwa Państwa, jak nie sabotażem. A kto tego nie rozumie, popełnia grzech zdrady!”.

Reakcja Ministra Obrony Narodowej na tragiczną katastrofę, polegająca na chwaleniu się wzorowymi procedurami w Wojsku, którymi może on się podzielić z innymi resortami, wywołała zapytania ze strony moich wojskowych kolegów ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, którzy nie zrozumieli o co ministrowi chodzi.

Mijają się z prawdą zapewnienia, że w Wojsku jest wszystko w porządku bo zastępcy płynnie przejęli dowodzenie. Podobnie jest w Centrum Antykryzysowym Rządu. W nawale obowiązków mógł Pan nie zauważyć, że po odwołaniu doktora Przemysława Guły ze stanowiska Szefa Rządowego Centrum Antykryzysowego, na znak protestu odeszło dziesięciu najlepszych specjalistów od zarządzania Państwem w sytuacjach nadzwyczajnych.

Jestem Panu bardzo wdzięczny, za uratowanie Narodowej Jednostki Operacji Specjalnych GROM, która przez trzy miesiące pozostawała bez dowódcy i miała być „wdeptana w ziemię” przez „MON-owski beton”. Proszę, aby postąpił Pan podobnie w obecnej tragicznej sytuacji Lotnictwa Wojskowego, Marynarki Wojennej i Wojsk Lądowych.

Sugerowane na początku listu rozwiązania inicjujące niezbędne reformy konsultowałem z wybitnymi polskimi i amerykańskimi specjalistami od zarządzania ryzykiem i ochrony infrastruktury krytycznej Państwa.

Jestem Naszą Tragedią tak przybity, że mimo licznych zaproszeń, nie będę na razie występował w mediach. Życzę, żeby nie zmarnował Pan Premier szansy zbudowania na wzór GROMU nowoczesnego Polskiego Wojska i systemu antykryzysowego Naszego Kraju.

 

                                                                       Czołem,

 

                                                                                              generał Sławomir Petelicki

 

 GENERAŁ SŁAWOMIR PETELICKI NIE ŻYJE

 

Generał Sławomir Petelicki," Grom", "Komisja Badania Wypadków Lotniczych" nie żyje. Walczył o prawdę o Smoleńsku, krytykował władzę, domagał się zmian w wojsku.

Generał Sławomir Petelicki walczył o prawdę o Smoleńsku. Czy śmierć generała Sławomira Petelickiego (+ 66 l.) mogła mieć związek z katastrofą smoleńską?

To właśnie Petelicki ostro krytykował ustalenia Komisji Badania Wypadków Lotniczych i opieszałość polskiego rządu przy wyjaśnianiu przyczyn katastrofy.

Według oficerów służb specjalnych wynikało to z rozgoryczenia, które przeżywał twórca "GROM" po odsunięciu go przez polityków PO od władzy.

Jest kwiecień 2010 roku. Kilka dni po katastrofie smoleńskiej generał Sławomir Petelicki ujawnia, że politycy partii rządzącej dostali SMS o treści:

“Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił”.

Zdaniem Petelickiego autorem SMS-a miał być ktoś z trójki:

premier Donald Tusk (55 l.), szef Kancelarii Premiera Tomasz Arabski (44 l.) bądź rzecznik rządu Paweł Graś (48 l.).

 

 POLITYCY PO STANOWCZO ZAPRZECZAJĄ TYM OSKARŻENIOM

 

Kiedyś popierałem Platformę, ale widząc zakłamanie rządu, nie mogę milczeć. SMS do członków Platformy świadczy o tym, że premier Tusk spanikował i autentycznie się przestraszył – mówił wtedy gen. Petelicki.

O tym, że Petelicki mógł mieć wtedy rację, mówi dzisiaj były szef Biura Ochrony Rządu płk Antoni Pawlikowski (43 l.), który sam krytykował zabezpieczenie lotu do Smoleńska i organizację prezydenckiej wizyty.

To niepokojące, że samobójstwo popełnia generał, twórca jednostki "GROM", ostro wypowiadający się w sprawie nieprawidłowości przy locie do Smoleńska. Ten wątek prokuratura szczególnie powinna zbadać. Gen. Petelicki dysponował ogromną wiedzą, która często była dla rządzących niewygodna. Potrafił mówić o tym wprost – stwierdza płk Antoni Pawlikowski.

 

 KTO ZAMORDOWAŁ GENERAŁA PETELICKIEGO?

 

 Źródła:

 

 http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/gen-petelicki-walczy-o-prawde-o-smolensku-krytykowal-wladze-domagal-sie-zmian-w-wojsku_264429.html (link is external)

 

20/ KTO ZAMORDOWAŁ JÓZEFA SZANIAWSKIEGO?

WIELKI LWOWIANIN "SPADŁ"? W TATRACH ZE ŚWINICY

 

Józef Szaniawski, politolog, sowietolog, dziennikarz  i pełnomocnik płk. Ryszarda Kuklińskiego, zginął w Tatrach, spadając w przepaść. Miał 68 lat.

"Józef Szaniawski zginął w Tatrach, schodząc ze Świnicy. Spadł w przepaść w kierunku Doliny Pięciu Stawów" - powiedział syn zmarłego, Filip Frąckowiak. Wypadek miał miejsce ok. godz. 11. Reanimacja prowadzona przez ratowników TOPR trwała około godziny, Józef Szaniawski zginął na miejscu.

Szaniawski od lat 70. był konspiracyjnym współpracownikiem Radia Wolna Europa. Dla rozgłośni w ciągu 11 lat napisał i przesłał ponad pół tysiąca tajnych korespondencji.

Działał przeciw wpływom sowieckim w Polsce i na rzecz integracji Polski z NATO. W 1985 r. został aresztowany i oskarżony o współpracę z CIA. Sąd wojskowy skazał go na 10 lat więzienia.

W celi przebywał z mordercami bł. ks. Jerzego Popiełuszki.

W latach 1985-1990 był przetrzymywany w więzieniach na warszawskim Mokotowie przy ul. Rakowieckiej i w Barczewie.

Uniewinniony przez Sąd Najwyższy. Wyszedł na wolność 22 grudnia 1989 r. Sąd Najwyższy określił go jako ostatniego więźnia politycznego PRL.

W III RP został pełnomocnikiem płk Ryszarda Kuklińskiego. W 1998 r. przygotował wizytę pułkownika w Polsce. Był też jednym z inicjatorów budowy Pomnika Katyńskiego w Warszawie.

Publikował w wielu pismach prawicowych, konserwatywnych i katolickich.

Był wykładowcą w założonej przez o. Tadeusza Rydzyka toruńskiej Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej oraz na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

W zagadkowym wypadku w Tatrach zginął Józef Szaniawski, człowiek, który walczył o prawdę o misji pułkownika Kuklińskiego - podaje portal http://wpolityce.pl/ (link is external)

Ta informacja dotarła do nas kilka godzin temu. Ale brzmiała tak tragicznie, tak niepokojąco, była tej wagi iż nie zdecydowaliśmy się na jej opublikowanie bez oficjalnego potwierdzenia.

Ta śmierć, jej okoliczności, kontekst nie mieszczą się w głowie. Znowu mnożą się pytania jak to możliwe. Podobnie jak wiele innych w ostatnich latach, zwłaszcza od czasu smoleńskiej tragedii.

 

I znów nie ma świadków...

 

Józef Szaniawski, politolog, sowietolog, publicysta, wykładowca UKSW, zginął we wtorek w Tatrach. Rzekomo spadł w przepaść. Świadków nie ma.

Miał 68 lat. O śmierci Józefa Szaniawskiego PAP poinformował jego syn, Filip Frąckowiak.

Józef Szaniawski zginął w Tatrach, schodząc ze Świnicy, spadł w przepaść w kierunku Doliny Pięciu Stawów- powiedział PAP syn zmarłego. Wypadek miał miejsce we wtorek około godziny 11. Reanimacja prowadzona przez ratowników TOPR trwała około godziny, Józef Szaniawski zginął na miejscu.

W marcu tego roku w rozmowie z portalem http://pomniksmolensk.pl/ (link is external) tragedii smoleńskiej mówił tak:

 

"Gdy dowiedziałem się o tym nie ulegało dla mnie żadnej wątpliwości, że to był zamach. W historii istnieje tak zwany związek przyczynowo-skutkowy. I dzisiaj, dwa lata po tej tragedii narodowej, na podstawie tej mozaiki danych, którą mamy, z tego co robią Rosjanie, z tych matactw, widać, ze to nie była przypadkowa katastrofa"- stwierdził.

Wskazywał też na skokowy wzrost wpływów rosyjskich na szczytach władzy w Polsce po 10 kwietnia 2010 roku.

Józef Szaniawski urodził się w 1944 r. we Lwowie. W latach 1970-1985 był redaktorem PAP w Warszawie. Od 1973 r. intensywnie współpracował z Radiem Wolna Europa. Dla rozgłośni w ciągu 11 lat napisał i przesłał ponad pół tysiąca korespondencji.

W latach 70. i 80. prowadził działalność niepodległościową.

W 1985 r. sąd wojskowy skazał go na 10 lat więzienia. Był przetrzymywany w więzieniach na warszawskim Mokotowie przy ul. Rakowieckiej i w Barczewie. Uniewinniony przez Sąd Najwyższy, wyszedł na wolność 22 grudnia 1989 r. Sąd Najwyższy określił go jako ostatniego więźnia politycznego PRL.

Był pełnomocnikiem i przyjacielem płk Ryszarda Kuklińskiego, swoimi staraniami doprowadził do rehabilitacji w świetle prawa płk Ryszarda Kuklińskiego. Był też założycielem izby pamięci pułkownika Ryszarda  Kuklińskiego.

Wypowiadał się i działał na rzecz integracji Polski z NATO.

W latach 1990-2003 publikował w prasie polskiej i polonijnej w USA, m.in. w "Tygodniku Solidarność", "Wprost", "Polsce Zbrojnej", "Nowym Świecie", "Gazecie Polskiej", "Dzienniku Chicagowskim", "Nowym Dzienniku", "Dzienniku Związkowym".

Józef Szaniawski wykładał w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego; był prorektorem w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza.

Od 2001 r. prowadził zajęcia w Wyższej Szkole Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki oraz na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Był również wykładowcą w założonej przez o. Tadeusza Rydzyka toruńskiej Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej oraz publicystą i felietonistą "Naszego Dziennika", "Naszej Polski", Radia Maryja, Telewizji "Trwam" i internetowego SIM Radia.

Wśród publikacji Szaniawskiego wymienić można takie pozycje, jak "Samotna misja pułkownik Kukliński i zimna wojna" (2003), "Pułkownik Kukliński - Misja Polski"

( 2005), "Victoria Polska. Marszałek Piłsudski w obronie Europy", "Grunwald pole chwały".

Publikował także na naszych łamach, na portalu wPolityce.pl, bijąc się o sprawy ważne i słuszne. Wielokrotnie dawał wyrazy sympatii dla naszej redakcji, środowiska, naszych Czytelników, naszej linii programowej.

Zawsze, także w ostatnich latach, stał po polskiej stronie, wskazywał na sowieckie i rosyjskie wpływy w Polsce. Był wielkim patriotą, człowiekiem odważnym. To co robił wielu przeszkadzało.

Jego śmierć przychodzi w momencie kryzysu obozu władzy. Cisną się pytania czy ma odwrócić uwagę od afer? Od ujawnianego złodziejstwa?

Niestety, pod obecnymi rządami nie mamy większych szans na wyjaśnienie tej śmierci jak i innych tragedii dotykających obóz niepodległościowy i ludzi z nim powiązanych.

Był prawdziwym przyjacielem płk Ryszarda  Kuklińskiego, popularyzatorem jego dokonań.-  

“Józef Szaniawski był przyjacielem i wielkim popularyzatorem dokonań płk Kuklińskiego".

Dawał temu wyraz nie tylko w swoich wykładach czy audycjach, ale również w publikacjach, albumach, które przybliżają postać pułkownika i jego role, co dokonało się nie tylko w Polsce i Europie, ale i na świecie. Stąd też ta odwaga i determinacja z jaką przybliżał dokonania płk Ryszarda Kulińskiego zasługują na największy szacunek i uznanie.” – powiedział prof. dr hab. Piotr Jaroszyński.

Dziennikarze piszą: "Ta śmierć, jej okoliczności, kontekst nie mieszczą się w głowie. Znowu mnożą się pytania, jak to możliwe. Podobnie jak wiele innych w ostatnich latach, zwłaszcza od czasu smoleńskiej tragedii. I znów nie ma świadków... Rzekomo spadł w przepaść".

Dziwne bo 29.08.2012 r. opublikował w różnych gazetach apel do Polaków o uczestnictwo w ogólnopolskim marszu przeciw rządowi Tuska w Warszawie który miał się odbyć 29,09,2012 r , Natomiast parę dni później 4.09.2012 r. zginął w Tatrach. Czy to zbieg okoliczności ? Cześć jego pamięci!

KATASTROFA SMOLEŃSKA - ZGONY PO 10 KWIETNIA 2010 ROKU.

BĘDĄ ZNIKAĆ LUDZIE?

 

Oprócz 96 ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, warto zwrócić uwagę na śmierć osób powiązanych z wizytą w Katyniu, wyjaśnianiem przyczyn tragedii lub związanych z Prawem i Sprawiedliwością. Żaden z poniższych ludzi nie umarł z przyczyn naturalnych (tzn. śmierć nie była konsekwencją podeszłego wieku):

 

Grzegorz Michniewicz [zgon nastąpił 23 grudnia 2009 roku].

 

Dyrektor generalny kancelarii premiera, osoba mająca najwyższy status dostępu do informacji tajnych. Jego przełożonym był Tomasz Arabski. Zginął tego samego dnia, kiedy do Polski z remontu w Rosji, w zakładach Olega Deripaski powrócił tupolew. Wedle oficjalnej wersji, popełnił samobójstwo wieszając się na kablu.

 

Biskup Mieczysław Cieślar [18 kwietnia 2010 roku] zginął w wypadku samochodowym.

 

Miał być następcą ks. Adama Pilcha, pełniącego obowiązki Naczelnego Kapelana Ewangelickiego Wojska Polskiego, który poniósł śmierć w Smoleńsku. Miał po katastrofie otrzymać smsa od ks. Adama Pilcha.

 

 

Krzysztof Knyż [2 czerwca 2010 roku].

 

 Moskiewski operator „Faktów” TVN. Zdawkowe komunikaty TVN mówiły o chorobie. Prasa zagraniczna pisała, iż został zamordowany we własnym mieszkaniu. Był operatorem, który sfilmował podchodzenie do lądowania polskiego samolotu prezydenckiego na lotnisku w Smoleńsku. Był jednym z pierwszych reporterów, któremu udało się znaleźć w miejscu wypadku zanim rosyjskie siły specjalne zmusiły do jego opuszczenia. Materiały telewizyjne z pierwszych chwil, gdy nie było wiadomo jeszcze co się stało i tuż sprzed katastrofy – zniknęły.

 

 Prof. Marek Dulinicz [6 czerwca 2010 roku].

 

 Wybitny polski archeolog. Zginął w wypadku samochodowym. Szef ekipy archeologów, która miała w czerwcu wyjechać do Smoleńska. Dulinicz był pomysłodawcą wyprawy oraz osobą aktywną w staraniach o wyjazd.

 

Siergiej Tretiakow [13 czerwca 2010 roku].

 

Śmierć byłego funkcjonariusza rosyjskich służb wywiadowczych Siergieja Tretjakowa może mieć związek z katastrofą smoleńską – pisze włoski tygodnik „L’Espresso”. W e-mailu z 22 kwietnia 2010 roku. Fred Burton z firmy Stratfor cytował opinię Siergieja Trietiakowa, który w rozmowie z nim twierdził, że: „Rosjanie celowo nie pozwolili na lądowanie samolotu, wiedząc, że polski prezydent albo zmusiłby pilota do lądowania, albo samolot zawróciłby i nie wylądował na miejscu”. W ten sposób pokrzyżowaliby plany uroczystości rocznicy mordu katyńskiego. W odpowiedzi inny analityk Stratforu Marko Papic pisze, że pokrywa się to z tym, co powiedziały mu „jego źródła”. Trietiakow miał twierdzić również, że Rosjanie mają różne gotowe scenariusze które mogą być ściągnięte z półki, jeżeli zechce tego Putin.

 

 Eugeniusz Wróbel [15 października 2010 roku].

 

Minister w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. Ekspert od spraw lotniczych. Specjalista od komputerowych systemów sterowania lotem samolotów.

Specjalista od precyzyjnej nawigacji satelitarnej dla lotnictwa. Zaginął 15 października. Jego poćwiartowane zwłoki zostały wyłowione z Zalewu Rybnickiego. Został zamordowany przez rzekomo chorego psychicznie syna (żona Wróbla jest psychiatrą i przez 20 lat nie zauważyła choroby syna). Syn nie zdradzający zaburzeń umysłowych początkowo przyznał się do winy, po czym wyparł się jej. Podobno niepoczytalny syn poćwiartował piłą zwłoki ojca, lecz w pokoju – gdzie miało się to odbyć – nie ma śladów makabrycznego czynu.  Minister Wróbel mówił w prywatnych rozmowach, że wrak znajdujący się na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj nie jest wrakiem tupolewa, którym lecieć miała polska delegacja.

 

Marek Rosiak [19 października 2010 roku].

 

Pracownik biura poselskiego posła Janusza Wojciechowskiego (Prawo i Sprawiedliwość) w Łodzi. Zamordowany przez byłego członka Platformy Obywatelskiej. Sprawca Ryszarda C. zamordował Marka Rosiaka i poważnie ranił drugą osobę z tej partii. Jak sam powiedział, jego „celem” był Jarosław Kaczyński. Morderstwo nastąpiło w bezpośrednim następstwie medialnej nagonki na polityków i zwolenników Prawa i Sprawiedliwości po katastrofie smoleńskiej.

 

gen. Konstantin Moriew [sierpień 2011 roku].

 

Szef FSB (Rosyjska Służba Bezpieczeństwa) z Tweru. 53-letni Moriew zginął w końcu sierpnia 2011 roku. Ciało znaleziono w jego gabinecie. Jak uznano, zastrzelił się z broni służbowej. Choć nie pozostawił listu pożegnalnego, śledczy przyjęli wersję samobójstwa. To właśnie Moriew przesłuchiwał smoleńskich kontrolerów po katastrofie. Moriew został przydzielony do Tweru, któremu podlega lotnisko Siewiernyj w Smoleńsku, w 2007 roku. Na jego terenie służyli oficerowie, którzy 10 kwietnia 2010 roku znajdowali się w wieży lotniska w Smoleńsku – mjr Wiktor Ryżenko i płk Nikołaj Krasnokutski.

 

Nazwisko utajnione [w 2011 roku].

 

Samobójstwo przez powieszenie popełnił oficer Służby Kontrwywiadu Wojskowego, służący w Centrum Wsparcia Teleinformatycznego i Dowodzenia Marynarki Wojennej w Wejherowie. Żołnierz posiadał najwyższą klauzulę dostępu do materiałów niejawnych.

 

Dariusz Szpineta [2 grudnia 2011 roku],

 

ekspert i prezes spółki lotniczej, został znaleziony martwy (powieszony) w łazience ośrodka wczasowego w Indiach. Wcześniej parokrotnie wypowiadał się w mediach w sprawie Smoleńska, wskazując, że lot Tu-154M był lotem wojskowym.  Wypowiedź Szpinety dla TVN:

 

Generał Sławomir Petelicki [16 czerwca 2012 roku]. Patrz http://niepoprawni.pl/blog/aleszumm/kto-zamordowal-generala-petelickiego

 

Były dowódca jednostki „Grom”. Ujawnił m.in. kwestię SMS-a rozsyłanego przez Sikorskiego z instrukcjami na temat „oficjalnej” wersji przyczyn katastrofy. Według oficjalnej wersji popełnił samobójstwo.

Gen. Sławomir Petelicki nie zostawił jednak listu pożegnalnego, nie był chory, nie miał problemów rodzinnych ani finansowych, nie pozostawił też testamentu. Biegli nie stwierdzili na ciele Petelickiego śladów wskazujących na gwałtowną obronę, ale nie potrafili wyjaśnić pochodzenia pojedynczych siniaków w okolicach kolan i na plecach. Na pistolecie, z którego padł strzał znaleziono odcisk palca lewej ręki gen. Sławomira Petelickiego, choć był on praworęczny. Na magazynku i nabojach nie znaleziono odcisków palców, a monitoring garażu, w którym znaleziono ciało Sławomira Petelickiego nie obejmował miejsca, w którym miało dojść do samobójstwa.

 

 Prof. Józef Szaniawski [4 września 2012 roku].

 

Historyk, dziennikarz, sowietolog, wykładowca Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, ostatni więzień PRL. Zginął w Tatrach, spadł w przepaść. Niezłomny człowiek walczący z komunizmem, krytycznie podchodzący do ustaleń przyczyny katastrofy smoleńskiej, otwarcie mówiący o zamachu.

 

Remigiusz Muś [27 października 2012].

 

Chorąży Wojska Polskiego. Bardzo ważny świadek w śledztwie smoleńskim. Fakty przez niego podawane przeczyły oficjalnym ustaleniom: ujawnił między innymi, że kontroler z wieży na smoleńskim lotnisku wydał pilotom TU 154 M komendę o zejściu na wysokość 50 metrów (oficjalne raporty mówią o komendzie 100 m. ze strony kontrolerów). Chorąży Muś mówił także o odgłosie 2 wybuchów, które słyszał w momencie katastrofy. Powieszone ciało znaleziono w piwnicy bloku, w którym mieszkał. Z przeprowadzonych badań wynika m.in., że tylko na lince, na której znajdowało się ciało chorążego, nie stwierdzono żadnych odcisków palców. Ślady DNA Remigiusza Musia zabezpieczono jedynie na krótszym fragmencie linki, gdzie wykonano pętlę.

Dwa miesiące przed śmiercią Remigiusz Muś uległ dziwnemu wypadkowi, jadąc samochodem zjechał z drogi i uderzył w płot. Policja stwierdziła, że był trzeźwy, jednak z powodu dziwnego zachowania został przewieziony do szpitala psychiatrycznego. Wyszedł na własną prośbę po trzech dniach. Przeprowadzone badania psychiatryczne i psychologiczne nie ujawniły u niego choroby psychicznej, w tym depresji, ani innych zakłóceń czynności psychicznych. We krwi nie stwierdzono też alkoholu ani narkotyków.

 

Krzysztof Zalewski [10 grudnia 2012 roku].

 

Ekspert lotniczy, który wielokrotnie wypowiadał się na temat katastrofy smoleńskiej. Był jednym z bohaterów filmu „10.04.10” red. Anity Gargas.

Krytykował raporty komisji MAK i komisji Jerzego Millera. Był gościem Konferencji Smoleńskiej. 10 grudnia 2012 roku do siedziby wydawnictwa Magnum-X przy ulicy Grochowskiej na warszawskiej Pradze wtargnął mężczyzna, który zadał kilka ciosów nożem 46-letniemu Krzysztofowi Zalewskiemu.

Mężczyzna zmarł na miejscu. 48-letni napastnik odpalił również ładunek wybuchowy. Doszło do eksplozji, ale siła rażenia nie była duża. Ranny zabójca (jak się okazało, prezes wydawnictwa) trafił do szpitala.

 

 Źródła:

 

https://www.google.pl/?gws_rd=ssl#q=kto+zamordowa%C5%81+jozefa+szaniawskiego (link is external)

 

http://wpolityce.pl/polityka/139443-w-zagadkowym-wypadku-w-tatrach-zginal-jozef-szaniawski-czlowiek-ktory-walczyl-o-prawde-o-misji-pulkownika-kuklinskiego (link is external)

 

http://www.bliskopolski.pl/katastrofa-smolenska/zgony-poza-katastrofa/ (link is external)

 

JAK UMARŁ ANDRZEJ LEPPER? ZBIGNIEW STONOGA UJAWNIA SZOKUJĄCE INFORMACJE

 

Uprawomocnił się wyrok skazujący Zbigniewa Stonogę na rok pozbawienia wolności. Przedsiębiorca poinformował więc na swoim facebooku, że ujawni informacje mające być dowodami na to, iż Andrzej Lepper nie zginął w wyniku samobójstwa.

Stonoga zaczyna od wspomnienia swojej wizyty w szpitalu w Aninie. Miał go tam odwiedzać śp. Andrzej Lepper. Kiedy mimo specjalistycznych zabiegów Zbigniew Stonoga wciąż odczuwa ból spowodowany usunięciem migdałków, wraca do szpitala.

We wrześniu 2011 r. po śmierci  Andrzeja .Leppera trafiam ponownie do Pani dr i skarżę się na utrzymujący się ból. Otrzymuję stosowną pomoc ale Pani dr jest jakaś zmieszana, nienormalna, (pochodzi z rodziny Powstańczej)

– ja Panu muszę coś powiedzieć

- słucham

- Pan znał się z Andrzejem Lepperem i wie Pan…..

- no niechże Pani powie o co chodzi!

- moja koleżanka z roku pracuje na oczkach i ta sekcja była w piątek, a raczej już w sobotę o godz. 2.07 ona wykryła śladowe ilości skoliny, pęknięty worek osierdziowy i niewidoczną bruzdę wisielczą-oni ją poprawiali…

- a co to jest skolina?

- to taki preparat zwiotczający mięśnie.

- on konał świadomie, a ten worek osierdziowy pękł najprawdopodobniej ze strachu.

 

- Pani Doktor to jak ta koleżanka się boi a taka jest prawda niech weźmie video z sekcji i chodźmy do notariusza sporządzić stosowne oświadczenie z datą pewną – pisze Zbigniew Stonoga na swoim profilu.

W dalszej części przedsiębiorca wspomina, iż śp. Andrzej Lepper bardzo chciał się spotkać z Jarosławem Kaczyńskim.

Na trzy dni przed śmiercią Lepper chce się spotkać bardzo z Jarosławem Kaczyńskim w ręku kurczowo trzyma kasetę VHS dostał ją od Łukaszenki za pośrednictwem białoruskiego ministra Siemaszko, którego syn jest na ów czas Attache handlowym ambasady Republiki Białorusi w Polsce.

Na kasecie jest nagrane miejsce katastrofy smoleńskiej i strzały do trzech ciał niby w zgodzie z jakimś prawem- aby ulżyć w cierpieniu konającej tkance ludzkiej.

 

Zakończenie ujawnionej przez Stonogę historii jest równie szokujące.

 

Po jakimś czasie….

 

Mój wieloletni przyjaciel, znany warszawski notariusz nocą zostaje wezwany w Polskę, że niby jego syn malował graffiti na wagonach kolejowych (chłopak 35 lat po studiach?!)

Jedzie do Bydgoszczy i odbiera Daniela z tym że jest pewien problem. Dziwni panowie pytają o oświadczenie i depozyt…

Andrzej nie udziela żadnej odpowiedzi, powie mi to za kilka dni.

Prośby o zwrot dokumentu powtarzają się jeszcze w niecodziennych odwiedzinach o charakterze nieprocesowym.

Żona notariusza wypada z okna w centrum Warszawy z wysokości 2 metrów i ginie.

Koleżanka z roku Pani dr. zniknęła i nikt jej już nigdy nie widział.

 

Źródło:

 

"GŁOS POLSKI" TORONTO NR 35 - 26.08. - 8.09.2015

 

 

STONOGA ZNOWU SZOKUJE: LEPPER ZOSTAŁ ZAMORDOWANY!

KUMPEL LEPPERA ZATRZĄSŁ POLSKĄ

 

Zbigniew Stonoga twierdzi, że były wicepremier i lider Samoobrony Andrzej Lepper wcale nie popełnił samobójstwa, ale został zamordowany. Według Stonogi w ciele Leppera odkryto ślady substancji zwiotczającej mięśnie, a bruzda na szyi polityka została... "poprawiona". - Andrzej Lepper został zamordowany - napisał na Facebooku Stonoga.

Kontrowersyjny biznesmen twierdzi, że istnieje kaseta z nagraniem sekcji zwłok polityka. Stonoga pisze też o innej kasecie VHS zawierającej nagranie ze Smoleńska, którą Lepper chciał pokazać Kaczyńskiemu.

 

WERSJA OFICJALNA

 

Oficjalna wersja jest taka:

Andrzej Lepper popełnił samobójstwo w sierpniu 2011 roku, wieszając się w warszawskiej siedzibie Samoobrony. Po roku prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie śmierci polityka.

- Nie stwierdzono, aby ktokolwiek nakłaniał bądź też udzielił pomocy pokrzywdzonemu w celu doprowadzenia go do targnięcia się na własne życie - mówił rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Dariusz Ślepokura.

Trzy miesiące po śmierci polityka "Super Express" dotarł do nagrania wywiadu, jakiego trzy dni przed śmiercią udzielił Andrzej Lepper. Polityk mówił tam o tym, że czuje się zagrożony i jest śledzony.

- Panie, pana wykończą, oni panu nie podarują, niech pan uważa... - relacjonował Lepper. Trzy dni po wypowiedzeniu tych słów ciało Leppera znaleziono w siedzibie partii.

 

UMIERAŁ ŚWIADOMIE

 

Teraz do sprawy śmierci lidera Samoobrony wraca Zbigniew Stonoga, jego wieloletni przyjaciel, który pomagał mu finansowo w trudnych chwilach. - Sekcja zwłok A. Leppera (.) "Poprawiano" bruzdę wisielczą, miał pęknięty worek osierdziowy, a we krwi stwierdzono śladowe ilości skoliny (substancja zwiotczająca mięśnie - red.) - pisze Stonoga. Szokujące szczegóły ujawniła Stonodze lekarka, której koleżanka uczestniczyła w sekcji zwłok Leppera. - On konał świadomie, a ten worek osierdziowy pękł najprawdopodobniej ze strachu - mówiła kobieta. Według Stonogi istnieje nagranie z sekcji zwłok polityka. - Teraz będę ich cisnął o opublikowanie kadru z wideo z sekcji. Odpowiem Wam, jaka będzie odpowiedź prokuratury: plik został uszkodzony podczas śledztwa lub sekcji nie utrwalano - przewiduje Stonoga.

 

NAGRANIE ZE SMOLEŃSKA

 

Komu mogło zależeć na śmierci przywódcy Samoobrony, który w tamtym okresie miał poważne problemy finansowe?

Lepper na trzy dni przed śmiercią miał dostać od białoruskiego dyplomaty kasetę VHS z nagraniem ze Smoleńska. - Na kasecie jest nagrane miejsce katastrofy smoleńskiej i strzały do trzech ciał niby w zgodzie z jakimś prawem - aby ulżyć w cierpieniu konającej tkance ludzkiej - pisze Stonoga.

Według relacji biznesmena Lepper chciał tę kasetę pokazać Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Sprawę śmierci Leppera Stonoga ujawnił po tym, jak media napisały, że biznesmen ma niebawem trafić za kraty za oszustwo.

Jak dowiedział się "Super Express", warszawski sąd na Pradze sporządza właśnie uzasadnienie wniosku o osadzenie Zbigniewa Stonogi w więzieniu. Co jeszcze do tego czasu ujawni Stonoga?!

 

CO TO JEST SKOLINA

 

Skolina to lek powodujący zwiotczenie mięśni. Bezpośrednio po jego podaniu pojawia się krótkotrwałe drżenie mięśniowe, a następnie występuje zwiotczenie mięśni. Lek stosuje się na przykład do przeprowadzenia intubacji dotchawiczej podczas krótkich zabiegów chirurgicznych.

Jest przeznaczony wyłącznie dla lecznictwa zamkniętego i może być stosowany jedynie przez wykwalifikowany personel medyczny.

 

BIAŁORUŚ PYTA: KTO ZABIŁ LEPERRA?

 

Komu przeszkadzał nieugięty polityk i kto zabił Andrzeja Leppera? - pyta białoruska państwowa telewizja i domaga się "przejrzystego śledztwa od Polski i Europy". - Gdy w zagadkowych okolicznościach umarł główny opozycyjny polityk, zapadła cisza. Policja wydała dziwne, pośpieszne oświadczenia - powiedział przedstawiciel białoruskiej telewizji Jury Prakopau.

Pytanie "kto zabił Andrzeja Leppera?" zabrzmiało w materiale białoruskiej telewizji państwowej nadanym w niedzielę wieczorem. Wystąpił w nim wiceszef uznawanego przez władze w Mińsku Związku Polaków na Białorusi Mieczysław Łysy, który powiedział, że rozmawiał z Lepperem ok. godz. 22 w czwartek. Wówczas szef Samoobrony spytany, co u niego, odpowiedział, że wszystko jest znakomicie.

Pojawiają się teraz dwa główne pytania: komu przeszkadzał nieugięty polityk i kto zabił Andrzeja Leppera?

 

BIAŁORUSKA TELEWIZJA

KOMU PRZESZKADZAŁ NIEUGIĘTY POLITYK

 

- Od pierwszych minut po znalezieniu ciała władze polskie, media i Internet uparcie narzucają jedną wersję - samobójstwo - mówił komentator Jury Prakopau w cotygodniowym programie publicystycznym "W centrum uwagi".

Następnie w materiale zabrzmiała ocena, że pojawiają się teraz "dwa główne pytania: komu przeszkadzał nieugięty polityk i kto zabił Andrzeja Leppera?".

Telewizja oznajmiła, że w mediach polskich "przemilczane jest główne pytanie - czy Andrzej Lepper odszedł z własnej woli?". Zacytowano wypowiedzi byłych współpracowników szefa Samoobrony: Wandy Łyżwińskiej, Janusza Maksymiuka i Renaty Beger, które były przekazywane przez polskie media. Prakopau dodał: - Są to świadectwa bliskich i kolegów, ale ich słów nie przekazuje centralna prasa demokratycznej Polski i w śledztwie nie są one słyszane.

Andrzej Lepper nie żyje. Popełnił samobójstwo

"Nie sądzę, żeby człowiek tak obowiązkowy zostawił wszystko"

Wiceszef ZPB Mieczysław Łysy powiedział prowadzącemu program, że rozmawiał z Lepperem około godz. 22 w czwartek. Jak relacjonował, zapytał na koniec: - A jak w ogóle, panie Andrzeju, jak osobiste sprawy? Lepper wówczas odpowiedział: - Wszystko znakomicie, wszystko dobrze, wszystko w porządku.

Umówili się na telefon w piątek. Jak mówił Łysy, po całodziennym oczekiwaniu otrzymał telefon z polskiego numeru, ale głos w słuchawce powiedział: "Andrzej Lepper nie żyje".

Kiedy politycy polscy przypisywali samobójstwa i zabójstwa polityczne Rosji i Białorusi, eksperci ostrzegali: jeśli Warszawa mówi o politycznej rozprawie z oponentami, to znaczy, że sama jest do tego zdolna, że dopuszcza, iż można tak działać w polityce.

 

BIAŁORUSKA TELEWIZJA

 

Łysy wskazał, że spotykał się z Lepperem za każdym razem, kiedy szef Samoobrony był na Białorusi, przyjeżdżał on tam także na zaproszenie Łysego. Ostatni raz był na tydzień przed śmiercią. - Wówczas nie było w ogóle żadnych oznak, że coś może się wydarzyć. Nie sądzę, żeby człowiek tak obowiązkowy, który tak troszczył się o swoją rodzinę, nagle zostawił wszystko - dodał.

Zapytany o możliwe tło śmierci Leppera, zauważył, że w Polsce "w czwartek wieczorem ogłoszono datę wyborów prezydenckich" (chodzi o wybory parlamentarne, red.), a w piątek "wydarza się taka tragedia".

 

ZAGADKOWEE OKOLICZNOŚCI

 

Prakopau porównał śmierć Leppera do śmierci opozycyjnego białoruskiego dziennikarza Aleha Biabienina, którego znaleziono powieszonego we wrześniu 2010 roku. Eksperci OBWE, którzy badali w 2011 r. materiały śledztwa białoruskiego ws. śmierci Biabienina orzekli, że popełnił on samobójstwo; współpracownicy dziennikarza nie wierzyli, by to zrobił.

- Co się wówczas zaczęło - żądano śledztwa międzynarodowego, obwiniano władze, o co popadnie. A tutaj, gdy w zagadkowych okolicznościach umarł główny opozycyjny polityk, zapadła cisza; policja wydała dziwne, pośpieszne oświadczenia - mówił.

Lepper nie zostawił listu. "To nielogiczne"

 

JEDYNA WERSJA KONTROLOWANIE PRASY

 

W programie poinformowano, że w odpowiedzi na głosy o domniemanych zabójstwach politycznych na Białorusi i w Rosji kraje te "zapraszały ekspertów, kryminologów i prasę".

- Czas teraz, by żądać tego samego od Warszawy. Póki co, tam panuje milczenie. Skąpe słowa policji i prokuratury, jedyna wersja, kontrolowanie prasy - tak nie zachowują się partnerzy, tak nie postępuje się wtedy, kiedy nie ma nic do ukrycia. Jest moralne prawo, by żądać przejrzystego śledztwa od Polski i Europy - mówił Prakopau.

I dodał: - Kiedy politycy polscy przypisywali samobójstwa i zabójstwa polityczne Rosji i Białorusi, eksperci ostrzegali: jeśli Warszawa mówi o politycznej rozprawie z oponentami, to znaczy, że sama jest do tego zdolna, że dopuszcza, iż można tak działać w polityce.

W materiale białoruskiej telewizji Andrzej Lepper był nazywany "najbardziej znanym opozycyjnym polskim politykiem" i "szczerym przyjacielem Białorusi"; przypomniano jego pozytywne wypowiedzi o Białorusi.

 

LEPPER NIE ŻYJE

 

Szef Samoobrony, b. wicepremier rządu PiS-LPR-Samoobrona, został znaleziony martwy w piątek w warszawskiej siedzibie partii. Na miejscu nie znaleziono listu pożegnalnego. Niektórzy byli współpracownicy Leppera nie wierzą w samobójstwo.

   

Źródła:

 

https://www.google.pl/?gws_rd=ssl#q=kto+zamordowal+andrzeja+leppera

 

http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/stonoga-znowu-szokuje-lepper-zosta-zamordowany_631978.html

 

http://beata.neon24.pl/post/124328,kto-zlecil-zamordowanie-andrzeja-leppera-1954-2011

   

http://www.wykop.pl/link/2099418/sensacyjne-informacje-o-smierci-andrzeja-leppera/

 

http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/bialorus-pyta-kto-zabil-leppera,180503.html

 

 

21/ FALA ŚMIERCI U POLSKI WRÓT.

W ŚRODĘ 16 WRZEŚNIA 2015 ROKU POLSKI SEJM ZADECYDUJE ILE POLEK ZOSTANIE ZGWAŁCONYCH I ILU POLAKÓW ZOSTANIE BESTIALSKO ZAMORDOWANYCH.

 

SEJMOWI APOLOGECI PRZYJĘCIA IMIGRANTÓW TEŻ MOGĄ BYĆ PRZEZ NICH  BESTIALSKO POMORDOWANI.

 

POBITA I ZGWAŁCONA W WARSZAWSKICH ŁAZIENKACH TO PIERWSZA I NIE OSTATNIA OFIARA MUZUŁMAŃSKICH IMIGRANTÓW

 

W środowe popołudnie Magda, jak zwykle wracała z pracy przez Warszawskie Łazienki, jednak tym razem została zaczepiona przez dwóch muzułmanów.

Nasza bohaterka nigdy nie była źle nastawiona do wyznawców tej religii, więc gdy oni poprosili ją o wskazanie drogi, postanowiła ich zaprowadzić.

Gdy jeden z nich zaczął się przystawiać do kobiety, ta grzecznie powiedziała, że dalej sami trafią i zamierzała się oddalić w swoim kierunku.

Było jednak już za późno, jeden z napastników powalił ją na ziemię kamieniem, następny rozciął ubranie.

Kobieta próbowała wydostał się z sideł napastników, została jednak uderzona po raz kolejny i straciła przytomność.

Dalsza część tego dramatu jest jeszcze straszniejsza.

Nieprzytomną, zakrwawioną kobietę napastnicy jeden po drugim zgwałcili i pozostawili nieprzytomną.

Kobieta znajduję się obecnie w szpitalu w stanie ciężkim, jej życiu na całe szczęście  nie zagraża niebezpieczeństwo.

 

CZTERECH MIGRANTÓW MUZUŁMAŃSKICH W BUDAPESZCIE USIŁOWAŁO ZGWAŁCIĆ STUDENTKĘ.

MIGRANCI ZALEWAJĄ EUROPĘ - FALA UCHODŹCÓW ZMIERZA DO POLSKI.

 

W Budapeszcie czterech migrantów próbowało zgwałcić studentkę. Schwytali ją w bocznej uliczce, obezwładnili i próbowali się do niej dobierać.

Na szczęście spłoszył ich przejeżdżający przypadkiem patrol policji. Sprawcy szybko uciekli.

Dziewczyna nie zgłosiła sprawy policji. Uznała, ze nie ma to sensu, gdyż znalezienie tych czterech mężczyzn jest nierealne.

Kryzys imigracyjny wciąż narasta, a Komisja Europejska planuje, aby kraje członkowskie przyjęły znacznie większą liczbę uchodźców, niż zakładano jeszcze w czerwcu.

 

USIŁOWANIE GWAŁTU

 

Dziennikarz "Wprost" Jarosław Giziński na swoim Facebooku zamieścił post, w którym powołując się na węgierską prasę przytacza historię pewnej studentki. Dziewczyna pomaga imigrantom, którzy koczują na dworcu w Budapeszcie, codziennie nosi im jedzenie i ciastka.

Pewnego dnia spotkała ją nieprzyjemna sytuacja. Czterech imigrantów złapało ją i zaciągnęło w jedną z bocznych uliczek.

Tam dwóch z nich ją obezwładniło, a dwóch pozostałych zaczęło się do niej dobierać. Na szczęście przypadkiem przejeżdżał tamtędy patrol policji, który spłoszył sprawców. Zaatakowana dziewczyna uznała, że nie zgłosi sprawy na policję, ponieważ według niej odnalezienie sprawców w tym tłumie uchodźców graniczy z cudem, więc nie ma to najmniejszego sensu.

 

SIEDMIOLETNIA DZIEWCZYNKA ZGWAŁCONA BRUTALNIE PRZEZ MUZUŁMAŃSKIEGO IMIGRANTA - OBŁAWA NA ZWYRODNIALCA.

 

Obława na zwyrodnialca. 7-letnia dziewczynka brutalnie zgwałcona przez muzułmańskiego imigranta.

Uchodźca z Afryki Północnej brutalnie zgwałcił 7-letnią białą dziewczynkę z Niemiec. Ataku dokonał w środku dnia w parku, gdzie dziecko bawiło się pod okiem matki.

Dramatyczne wydarzenia rozegrały się w miejscowości Chemnitz w południowo-wschodnich Niemczech.

Muzułmański napastnik rzucił się na dziewczynkę, kiedy zbliżyła się do zarośli w parku, do którego przyszła na spacer z matką. Mężczyzna złapał dziecko za głowę, zakneblował jej usta i pociągnął za sobą w krzaki.

Imigrant brutalnie zgwałcił 7-latkę, po czym puścił ją wolno, a sam oddalił się w nieznanym kierunku. „Niektórzy świadkowie mówią o dworcu kolejowym w Chemnitz” – piszą niemieckie media.

Wszystko stało się tak szybko, że siedząca nieopodal matka dziewczynki niczego nie zauważyła. O ataku opowiedziała jej córeczka, która zapłakana i w poszarpanym ubraniu wróciła do niej z zagajnika o własnych siłach.

Policja publikuje rysopis zwyrodnialca i apeluje o pomoc w jego poszukiwaniach. „Napastnik miał ok. 30 lat. Był południowej urody, najprawdopodobniej pochodził z Afryki Północnej. Miał na sobie dżinsy, szarą koszulkę i brązowe buty sportowe. Nosił ze sobą biały telefon komórkowy” – opisują lokalne media.

Każdy, kto może posiadać informacje w tej sprawie proszony jest o kontakt z niemieckimi służbami.

 

NA GRANICY AUSTRIACKO-WŁOSKIEJ POWIAŁO GROZĄ.

IMIGRANCI NAPADLI NA AUTOBUS Z POLAKAMI.

 

Opublikowano: Sobota, 05 września 2015 o godz. 20:08:18

 

Na granicy z Austrią imigranci napadli autobus z Polakami. W sieci znalazła się relacja.

Poniżej publikujemy fragment facebookowego wpisu Kamila Bulonisa:

Półtorej godziny temu na granicy Włoch i Austrii na własne oczy widziałem ogromne zastępy imigrantów... Przy całej solidarności z ludźmi znajdującymi się w ciężkiej sytuacji życiowej muszę powiedzieć, że to co widziałem budzi grozę... Ta potężna masa ludzi - przepraszam, że to napiszę - ale to absolutna dzicz... Wulgaryzmy, rzucanie butelkami, głośne okrzyki "Chcemy do Niemiec" - czy Niemcy to obecnie jakiś raj? Widziałem jak otoczyli samochód starszej Włoszki, wyciągnęli ją za włosy z samochodu i chcieli tym samochodem odjechać. Autokar w którym się znajdowałem z grupą próbowano rozhuśtać.

Rzucano w nas gównem, walili w drzwi żeby je kierowca otworzył, pluli na szybę... Pytam się w jakim celu?

Jak ta dzicz ma się zasymilować w Niemczech?

Czułem się przez chwilę jak na wojnie... Naprawdę tym ludziom współczuję, ale gdyby dotarli do Polski - nie sądzę by otrzymali u nas jakiekolwiek zrozumienie...

Staliśmy trzy godziny na granicy przez którą ostatecznie nie przejechaliśmy. Cała grupa w kordonie policji została przetransportowana z powrotem do Włoch.

Autokar jest zmasakrowany, pomazany fekaliami, porysowany, wybite szyby. I to ma być pomysł na demografię?Te wielkie potężne zastępy dzikusów?

Wśród nich właściwie nie było kobiet, nie było dzieci - w przeważającej większości byli to młodzi agresywni mężczyźni...

 

Jeszcze wczoraj czytając newsy na wszystkich stronach internetowych podświadomie litowałem się, martwiłem ich losem a dzisiaj po tym co zobaczyłem zwyczajnie się boję a zarazem cieszę, że nie wybierają naszej ojczyzny jako celu swojej podróży.

My Polacy zwyczajnie nie jesteśmy gotowi na przyjęcie tych ludzi - ani kulturowo, ani finansowo.

Nie wiem czy ktokolwiek jest gotowy. Do UE kroczy patologia jakiej dotychczas nie mieliśmy okazji nigdy oglądać, I wybaczcie jeśli kogokolwiek obraziłem swoim wpisem...

Dodam jeszcze, że podjechały auta z pomocą humanitarną - przede wszystkim jedzeniem i wodą a oni te auta zwyczajnie przewracali...

Z megafonów Austriacy nadawali komunikat, że jest zgoda by przeszli przez granicę - chcieli ich zarejestrować i puścić dalej - ale oni tych komunikatów nie rozumieli. Nic nie rozumieli.

I to było w tym wszystkim największym horrorem...

Na tych kilka tysięcy osób nikt nie rozumiał ani po włosku, ani po angielsku, ani po niemiecku, ani po rosyjsku, ani hiszpańsku...

Liczyło się prawo pięści... Walczyli o zgodę na przejście dalej i na to zgodę mieli - ale nie rozumieli, że ją mają!

W autokarze grupy francuskiej pootwierali luki bagażowe - wszystko co znajdowało się w środku w ciągu krótkiej chwili zostało rozkradzione, część rzeczy leżała na ziemi... Jeszcze nigdy w swoim krótkim życiu nie miałem okazji oglądać podobnych scen i mam poczucie, że to dopiero początek.

Na koniec dodam, że warto pomagać, ale nie za wszelką cenę.

 

 

 

GWAŁT NA DWUNASTOLATCE IMIGRANTA Z SOMALII.

"CZARNY KUTAS MUSI BYĆ DROGI" KOMPROMITUJĄCY WYROK SĄDU

 

Kompromitujący wyrok sądu dla imigranta za gwałt na 12-latce – 18-letni Mohamed, pochodzący z Somalii imigrant, zwabił do swojego domu 12-letnią Szwedkę i brutalnie ją zgwałcił.

Młody mężczyzna otrzymał żenująco niski wyrok. Został skazany na zaledwie 180 godzin prac społecznych!

W listopadzie 2014 roku 17-letni imigrant z Somalii zwabił do swojego domu w Sundsvall w środkowej Szwecji 12-letnią Idę pod pretekstem zwrócenia jej kompromitujących zdjęć.

Jego intencje okazały się zgoła odmienne - młodzieniec zaczął dobierać się do dziewczynki. Nastolatka została brutalnie pobita i zgwałcona.

Oprawca zasłonił jej usta dłonią, by nikt nie usłyszał jej krzyków, jednocześnie wielokrotnie powtarzając zdanie "czarny kutas musi być drogi".

Po dramatycznych przeżyciach dziewczynka poinformowała o sprawie swoich rodziców.

Matka i ojciec złożyli odpowiednie zawiadomienie do Ośrodka Pomocy Społecznej, ten jednak nie przekazał sprawy policji. Szwedzi zbierają żniwa swojej "tolerancji".

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SCHULZ GROZI POLSCE UŻYCIEM SILY - CO NA TO DONALD TUSK I EWA KOPACZ?

ZMUSIMY WAS DO PRZYJĘCIA IMIGRANTÓW - BEZCZELNIE OŚWIADCZYŁ PRZEWODNICZĄCY PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO MARTIN SCHULZ.

PARLAMENT EUROPEJSKI WPROWADZA MOŻLIWOŚĆ UŻYCIA SIŁY PRZECIWKO "NACJONALISTOM"

 

W wywiadzie dla niemieckiej telewizji ZDF przewodniczący parlamentu Europejskiego Martin Schulz zagroził, że kraje, w tym Polska i Węgry, które sprzeciwiają się narzuconym przez Brukselę tzw. kwotom imigracyjnym zostaną siłą zmuszone do przyjęcia kilkunastu tysięcy uciekinierów z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Kwestia podziału nielegalnych imigrantów na większość krajów członkowskich Unii Europejskiej  była głównym tematem wywiadu, którego przewodniczący PE Martin Schulz udzielił we wtorek niemieckiej stacji telewizyjnej ZDF. - Jeżeli w Europie zwyciężą ultranacjonaliści, to otrzymamy taką Europę nie tylko w kwestii imigrantów, ale także w wielu innych dziedzinach - stwierdził niemiecki polityk.

Dodał, że w imię ducha europejskiej wspólnoty należy...zmusić kraje UE do zaakceptowania tzw. kwot, czyli narzuconej przez Brukselę liczby imigrantów.

-Jesteśmy w XXI wieku, globalne problemy nie mogą być rozwiązywane poprzez nacjonalizm.

W pewnym momencie trzeba walczyć i powiedzieć w razie konieczności, również walką przeciwko innym.

Postawimy na swoim - zagroził przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz.

Kontrowersyjna wypowiedź Schulza odnosi się bezpośrednio do krajów, które nie chcą zaakceptować propozycji przewodniczącego Komisji Europejskiej

J e a n a - C l a u d e'a - J u n c k e r a, dotyczącej nowego podziału nielegalnych imigrantów, którzy od kilku miesięcy masowo przybywają do Węgier, Włoch i Grecji.

 

ZGODNIE Z PLANEM EUROURZĘDNIKÓW  POLSKA MIAŁABY PRZYJĄĆ OK. 12 TYSIĘCY PRZYBYSZÓW.

 

- Po wypowiedzi Martina Schulza Polska jeszcze bardziej powinna wyrazić sprzeciw w tak ważnej sprawie, jak podział imigrantów i nie zgadzać się na ustawioną retorykę Brukseli.

Warto dodać, że sprzeciw wobec decyzji Komisji Europejskiej wyraziły również Węgry, Czechy, Słowacja i Rumunia.

Jak poinformowała "GP Codziennie", w środę wiceprzewodniczący węgierskiego Fideszu Gulyas Gergely stwierdził, że zaakceptowanie pomysłów Brukseli jest niemożliwe do momentu, aż zostanie zatrzymana nielegalna imigracja do Europy.

Przeciwny rozwiązaniom zaproponowanym przez Brukselę. łącznie z groźbami Martina Schulza jest również prezydent Rzeczypospolitej Andrzej Duda.

 

"Nie zgadzam się na dyktat silnych w Unii Europejskiej, gdy wykorzystując przewagę gospodarczą i ludnościową, narzuca się rozwiązania bez uwzględnienia specyfiki danego kraju. Takie działanie prowadzi do dezintegracji Unii" - stwierdził polski prezydent podczas wtorkowej inauguracji Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Stanowisko Niemiec w sprawie  bezkrytecznego przyjmowania uchodźców wyraźnie osłabiło międzynarodową i wewnętrzną pozycję Angeli Merkel - twierdzą politycy.

Przez analogię historyczną przychodzi  myśl 17 września 1939 roku kiedy skutkiem tajnego protokołu paktu Ribbentrop-Mołotow Armia Czerwona zadała Polsce cios w plecy pod pretekstem "wyzwolenia ludów spod jarzma rodzimych kapitalistów", w wyniku którego spowodowało to bestialstwo mordów 6 milionów obywateli polskich, Polaków, Żydów, Niemców, Rosjan, Ormian, Czechów, Ukraińców.

 

W tej sytuacji bieżącej i analogii historycznej nazywanie polskich oportunistów imigracji "nacjonalistami" jest skrajną niewiedzą historyczną i lewicową bezczelnością, graniczącą z ideałami bolszewizmu i hitleryzmu.

Jeszce krok do nazwania Polaków "szabes gojami" przez żydowskich polityków Unii Europejskiej, jak uczynił to zwolennik morderczego banderyzmu i neobanderyzmu Dawid Wildstein dziennikarz "Gazety Polskiej" i "Gazety Polskiej Codziennie".

Patrz http://waldemar-rajca.blog.onet.pl/2013/02/15/europejski-parlament-zydowski/ (link is external)

 

Martin Schulz (ur. 20 grudnia 1955 w (Eschweiler-) Hehlrath) – niemiecki polityk, eurodeputowany z ramienia Socjaldemokratycznej Partii Niemiec(SPD), przewodniczący socjalistów w Parlamencie Europejskim. Od 17 stycznia 2012 r. do 18 czerwca 2014 r. i od 1 lipca 2014 r. przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

 

Źródła:

 

http://demotywatory.pl/4532450/Smieszny-wyrok-dla-imigranta-za-gwalt-na-12-latce (link is external)

 

http://www.kresy.pl/wydarzenia,spoleczenstwo?zobacz/na-granicy-z-austria-imigranci-napadli-autobus-z-polakami-w-sieci-znalazla-sie-relacja-jednego-z-nich (link is external)

 

facebook.com/kamil.bulonis?fref=nf

 

http://niezalezna.pl/70607-granica-z-austria-wstrzasajaca-relacja-polaka-z-autokaru-napadnietego-przez-imigrantow.JU ż kilka godzin temu zamieściłem link o tym wydarzeniu.Raf66

 

http://www.se.pl/wiadomosci/swiat/budapeszt-czterej-imigranci-probowali-zgwalcic-studentke_677025.html (link is external)

 

http://www.polishexpress.co.uk/oblawa-na-zwyrodnialca-7-letnia-dziewczynka-brutalnie-zgwalcona-przez-muzulmanskiego-imigranta/ (link is external)

 

https://www.facebook.com/andrzej.michalewski.1/posts/1016249721752949?from_close_friend=1 (link is external)

 

http://waldemar-rajca.blog.onet.pl/2013/02/15/europejski-parlament-zydowski/ (link is external)

 

- Konrad Wysocki "Gazeta Polska Codziennie" 12-13/09/2015

 

Zapraszam na moja stronę autorską i facebooka:

 

http://aleksanderszumanski.pl/index.php?option=com_content&task=blogcategory&id=1&Itemid=2 (link is external)

 

https://www.facebook.com/profile.php?id=100009664654533 (link is external)

 

 

 

22/ KIM NAPRAWDĘ  JEST  PROF. ANDRZEJ RZEPLIŃSKI? O  CO  GRA  SZEF  TRYBUNAŁU  KONSTYTUCYJNEGO?

 

RZEPLIŃSKI ZHAŃBIŁ PAMIĘĆ BŁ. KS. JERZEGO POPIEŁUSZKI - ZATAJAJĄC SWOJĄ WIEDZĘ O GŁÓWNYCH SPRAWCACH MORDU BEZPIEKI Z ATAKIEM NA RADIO MARYJA W TLE.

 

66-letni prof. Andrzej Rzepliński, szef Trybunału Konstytucyjnego chce uchodzić za apolitycznego obrońcę Konstytucji. Prestiżowe funkcje zawdzięcza jednak głosom polityków Platformy Obywatelskiej i postkomunistów z SLD. Cieniem na jego wizerunku kładzie się milczące przyzwolenie na bezkarność faktycznych sprawców mordu na bł. ks. Jerzym Popiełuszce, przez wycofanie się Fundacji Helsińskiej z monitorowania śledztwa, a także firmowanie przez niego zapisów w ustawie lustracyjnej z 1998 roku, które chroniły najważniejszych konfidentów peerelowskich tajnych służb.

 

MARSZAŁEK TRZECIEJ IZBY STRAŻNIK III RP

 

Trybunał Konstytucyjny pełni w polskim systemie politycznym funkcję bezpiecznika III RP.

Profesor Rzepliński dużo czasu poświęcił w ostatnich tygodniach, aby podkreślać przynależność członków TK do korporacji sędziowskiej. Faktycznie TK w polskim ustroju jest trzecią izbą parlamentu, tyle, że wybieraną przez polityków. Szef TK pełni w nim rolę zbliżoną do Marszałka Sejmu lub Senatu. W zamyśle komunistycznych twórców TK (powstał on w latach 1982 - 1985, a więc w apogeum stanu wojennego) miał on zagwarantować obronę ich pozycji, wpływów, majątków po dokonaniu transformacji.

Stabilności tego "bezpiecznika" miały służyć długie 9 - letnie kadencje sędziów TK. Aby móc zmienić III RP, trzeba było zdobyć większość , pozwalającą zmienić Konstytucję, albo utrzymać się przy władzy minimum dwie kadencje, by obsadzić swoimi ludźmi TK. Czyli scenariusz bardzo trudny do zrealizowania.

Rzepliński do TK trafił w 2007 roku dzięki głosom koalicji PO - PSL. Na początku grudnia 2010 roku dzięki wskazaniu prezydenta Bronisława Komorowskiego został prezesem TK. To bardzo odpowiedzialna funkcja, bo to szef TK decyduje o priorytetach prac Trybunału, a także ustala składy sędziowskie. Tuż po nominacji w wywiadzie udzielonym Robertowi Mazurkowi otwarcie przyznał: mój system wartości konserwatywnego liberała  jest bliski systemowi wartości Platformy Obywatelskiej.

Zanim Rzepliński został sędzią TK, Platforma próbowała bezskutecznie uczynić go w 2005 roku Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Dwukrotnie przegrywał głosowania w 2005 roku. Najpierw w Sejmie, a przy drugim podejściu w Senacie zdominowanym wówczas przez SLD. W obu wypadkach przeciwko jego kandydaturze głosowali także politycy PiS. Platforma zgłosiła po raz pierwszy kandydaturę Rzeplińskiego na członka TK, ale nie uzyskało to aprobaty większości sejmowej.

Przez 8 lat bycia sędzią TK Rzepliński starał się budować wizerunek bezstronnego strażnika Konstytucji. Czasem jednak ponosił go wrodzony temperament lub konieczność spłaty politycznych długów. Gdy w 2014 roku po kompromitujących wpadkach  Państwowej Komisji Wyborczej przy wyborach samorządowych (trwające tygodnie obliczanie wyników, ogromna liczba nieważnych głosów, bardzo duża różnica między sondażami przed lokalami wyborczymi a podanymi wynikami) podniosły się głosy opozycji  (PiS, SLD, Korwin), domagające się powtórzenia wyborów, Rzepliński wszedł w rolę komentatora politycznego. To był dobry moment, żeby zejść, a nie został wykorzystany - powiedział, odnosząc sie do apeli szefa SLD Leszka Millera, kwestionujących uczciwość wyborów.

 

Dowód, że pamięta o sympatiach politycznych dał tuż po nominacji  na szefa TK w kwietniu 2011 roku, gdy zażądał zmiany prowadzącego debatę poświęconą pamięci Rzecznika Praw Obywatelskich, która miała się odbyć w siedzibie Trybunału.

Grożąc odmową goszczenia uczestników, zmusił organizatorów do rezygnacji z zaproszenia dla krytykującego rząd PO - PSL publicysty Łukasza Warzechy.

Największy popis lojalności partyjnej Rzepliński dał jednak patronując skokowi PO na Trybunał Konstytucyjny po przegranych wyborach prezydenckich w maju 2015 roku. PO, czując zbliżającą się kolejną klęskę wyborczą, postanowiło zadbać o ugruntowanie swoich wpływów i przegłosowało nowelizację ustawy o TK . Jednocześnie dokonało wyboru pięciu nowych sędziów , którzy mieli zastąpić w TK tych, którym w końcu tego roku upływała kadencja.

W wypadku dwóch sędziów kadencja miała się skończyć się dopiero w grudniu, ale zmiana prawa  umożliwiła dokonanie wyborów na "zapas".

W ten sposób PO chciało uczynić z TK skuteczny miecz do waliki z prezydentem Andrzejem Dudą i przyszłym rządem PiS.

Rzepliński nie tylko nie bronił TK przed zawłaszczeniem go przez koalicję PO - PSL, ale odegrał w tej operacji kluczową rolę. To on był prawdziwym twórcą projektu PO dotyczącego nowelizacji ustawy o TK i to on akceptował ostatecznie wszystkich kandydatów na nowych sędziów, jakich zgłosiła koalicja PO - PSL.

Czy powinno to być zaskoczeniem? Raczej nie!

Rzepliński od początku narodzin III RP zajmował się technicznym "doglądaniem" trwałości jej konstytucyjnej konstrukcji po to, aby odpowiadała ona potrzebom jej elit.

 

FUNDACJA HELSIŃSKA UMYWA RĘCE, ZBRODNIA ESBECKA DOKONANA NA KSIĘDZU JERZYM POPIEŁUSZCE.

 

Wraz z ukonstytuowaniem się rządu Tadeusza Mazowieckiego duża część społeczeństwa miała nadzieję na wyjaśnienie zbrodni komunistycznej bezpieki. Również tych najgłośniejszych, np. na ks. Jerzym Popiełuszce - kapelanie "Solidarności". I początkowo nadzieje te wydawały się mieć realne podstawy. W sierpniu 1989 roku powołano Sejmową Komisję Nadzwyczajną do Zbadania Działalności MSW na czele której stanął poseł Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (OKP) Jan Maria Rokita.

Wiosną 1990 roku w Departamencie Prokuratury ówczesnego Ministerstwa Sprawiedliwości powołano specjalny zespół prokuratorów, który miał zająć się śledztwami w sprawie zbrodni komunistycznej bezpieki. W zespole tym znalazło się m.in. dwóch doświadczonych prokuratorów: Józef Gurgul i Andrzej Witkowski, którym w lipcu 1990 roku powierzono do prowadzenia sprawę kierowania wykonaniem zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki. Od początku było jasne, że kluczowymi osobami  w tym śledztwie będą skazani w procesie toruńskim z 1985 roku czterej esbecy: Grzegorz Piotrowski, Adam Pietruszka, Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski. Sprawą tego śledztwa od początku interesowało się wiele organizacji, w tym przede wszystkim działacze  polskiego Komitetu Helsińskiego w osobach Marka Nowickiego i Andrzeja Rzeplińskiego. Uczestniczyli oni prowadzonych przez Gurgula i Witkowskiego przesłuchaniach skazanych w toruńskim procesie. Głównie dlatego, że do Komitetu Helsińskiego dotarły informacje o tym, że ich prawa jako więźniów są od wielu lat nagminnie łamane. Chodziło zwłaszcza o Pietruszkę, który najbardziej nie mógł pogodzić się z werdyktem, jaki zapadł w jego sprawie. Najważniejsze przesłuchanie miało miejsce w dniu 8 czerwca 1990 roku w Zakładzie Karnym w Barczewie. Odpytywany przez prokuratora Gurgula Pietruszka bardzo precyzyjnie opisał wówczas w jaki sposób szef MSW Czesław Kiszczak zmuszał go do przyjęcia na siebie winy za zbrodnię na ks. Jerzym Popiełuszce. Fakty, jakie wyjawił w czasie tego przesłuchania Pietruszka, dawały podstawę do postawienia byłemu szefowi MSW zarzutu manipulowania śledztwem w sprawie zbrodni na księdzu, jakie MSW prowadziło na przełomie listopada i grudnia 1985 roku.

Na protokole ze wspomnianego przesłuchania widnieje następująca adnotacja: stosownie do prośby Adama Pietruszki przy wykonywaniu niniejszej czynności procesowej są obecni przedstawiciele Komitetu Helsińskiego: panowie Marek Nowicki i Andrzej Rzepliński , zamieszkali w Warszawie.

W ten sposób Rzepliński stał się powiernikiem kluczowej wiedzy na temat tuszowania tej zbrodni przez gen. Kiszczaka.

Ale uczestnictwo w tamtym przesłuchaniu stało się dla Rzeplińskiego sygnałem do tego, aby...wycofać się z udziału w czynnościach procesowych. Mogło to wydawać sie dziwne, albowiem Rzepliński jako działacz walczącego o prawa człowieka Komitetu Helsińskiego powinien czuć się szczególnie zobligowany do zbadania sprawy w aspekcie praw, jakie przysługują wszystkim więźniom, a byłych esbeków ewidentnie szykanowano, ograniczając widzenia z rodziną i uniemożliwiając korespondencję z otoczeniem. Skąd taka postawa?

Bardzo szybko okazało się, że w sprawie tuszowania zbrodni na księdzu Jerzym Popiełuszce, obok szefa MSW, zamieszane były także inne ważne osoby. Chodziło przede wszystkim o ówczesnego Rzecznika Praw Obywatelskich (RPO) prof. Ewę Łętowską, a także sędziów Sądu Najwyższego, prokuratorów Prokuratury Generalnej. Kiszczak najzwyczajniej w świecie przesyłał im informacje o ustawianym przez siebie śledztwie, dzieląc się z nimi przy okazji odpowiedzialnością za swoje ustalenia. Rzepliński zachował się pragmatycznie. Nie chciał walczyć z wpływowymi ludźmi "po fachu". Zapewne ocenił, że to mogłoby zwichnąć całą jego zawodową  karierę. Musiał też mieć świadomość, że rewizja "prawdy" ustalonej na procesie toruńskim mogłaby rozsadzić fundamenty na których zbudowano Polskę po roku 1989. Tym fundamentem była bezkarność Kiszczaka i jego szefa gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

Właśnie te czynniki przesądziły ostatecznie o porzuceniu przez niego roli bezstronnego  obserwatora śledztwa z ramienia Komitetu Helsińskiego.

Zresztą los tego śledztwa został ostatecznie przesądzony latem 1991 roku, gdy Witkowski postanowił postawić zarzuty Kiszczakowi.

Został wówczas odsunięty od prowadzenia sprawy, a całe śledztwo zablokowane na ponad dekadę. Trzeba było wielu lat, aby pojawiła się szansa na ponowne jego podjęcie.

Taka szansa zaistniała z chwilą powołania Instytutu Pamięci Narodowej.

Formalne śledztwo w sprawie zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki(dotyczyło istnienia związku przestępczego w strukturach MSW) zostało wznowione w 2002 roku, a jego prowadzeniem zajął się powołany w ramach lubelskiego IPN zespół kierowany przez wspomnianego prokuratora Witkowskiego.

Początkowo wszystko w tym śledztwie szło dobrze. Ale po dwóch latach atmosfera wokół śledztwa zaczęła znów się zagęszczać. Latem 2004 roku, kiedy Witkowski zamierzał postawić zarzuty byłemu szefowi MSW, zaczęły się dziać "dziwne rzeczy".

Członkowie kolegium IPN - ciała doradczego prezesa Leona Kieresa(obecny sędzia TK) - zaczęli zarzucać Witkowskiemu ,iż  prowadzi śledztwo wbrew historii. A ta, jak można było się domyślać z ich słów, została już dawno napisana.

Swoje zastrzeżenia wobec śledztwa zaczął również formułować  Andrzej Rzepliński - doradca ówczesnego prezesa IPN Leona Kieresa, zarzucając Witkowskiemu m.in. to, że formułuje zbyt  radykalne wnioski i że jest zbyt blisko...Radia Maryja.

13 października 2004 roku prof. Witold Kulesza szef pionu śledczego IPN , w latach 2000–2006 dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu po konsultacjach z Rzeplińskim podjął decyzję o odsunięciu Witkowskiego od śledztwa. Formalnym powodem tej decyzji miało być to, że w 1993 roku został on w nim przesłuchany w charakterze świadka. Ów pretekst był całkowicie nieprawdziwy, bowiem Witkowski został przesłuchany jedynie w związku z pobocznym wątkiem sprawy ks. Popiełuszki, który został wyłączony ze śledztwa głównego do odrębnego postępowania. W ten sposób po raz drugi nie doszło do postawienia zarzutów Kiszczakowi, a prof. Rzepliński miał w tym swój udział.

 

W późniejszych latach prof. Rzepliński dał dowód ogromnego, autentycznego, pozytywnego zaangażowania w sprawy śledztw, z którymi wymiar sprawiedliwości, w jego ocenie, sobie nie radził. Potrafił np. w ostrych słowach łajać prokuratorów, którzy w sprawie śmierci Jarosława Ostapkowicza przyjęli wersję wypadku. Rzepliński konsekwentnie domagał się rewizji ustaleń kilku śledztw prowadzonych w tej sprawie i uznanie, że doszło do morderstwa, piętnując je z pasją i swadą godną publicysty, a nie poważnego prawnika. Nie wnikając w szczegóły tej skomplikowanej sprawy można zauważyć tylko różnicę w podejściu prof. Rzeplińskiego do sprawy obu śledztw. Z jednej strony duże zaangażowanie w sprawę o znaczeniu lokalnym, z drugiej brak zainteresowania i zaangażowania w wyjaśnienie i ukaranie winnych jednej z najważniejszych zbrodni popełnionej w imieniu władz PRL.

 

LUSTRACJA KONCESJONOWANA

 

Po zwycięstwie wyborczym Akcji Wyborczej  "Solidarność" stało się jasne, że dalsze próby blokowania w Polsce procesu lustracji są niemożliwe. Wiadomo było, że odpowiednia ustawa musi powstać. I tutaj było jak w słynnej powieści Giuseppe Tornasi di Lampedusa  "Lampart", opisującej transformację Włoch po zjednoczeniu w XIX wieku: wiele się musiało zmienić, aby wszystko zostało po staremu. A rolę tego, który zadbał o odpowiednie zapisy, wziął na siebie właśnie Rzepliński. To on był głównym twórcą ustawy o IPN, którą 18 grudnia 1998 roku przegłosował Sejm. Zawierała ona zapis chroniący najbardziej wpływową agenturę PRL. Na mocy art. 39 ustawy szef Urzędu Ochrony Państwa (dla służb cywilnych) i minister obrony narodowej (dla służb wojskowych) mogli zastrzec, że do przekazywanych przez nich do powstającego IPN-u dokumentów, nikt , poza wskazanymi przez nich osobami, nie będzie miał dostępu. Na podstawie tych przepisów  w 2003 roku szef IPN Leon Kieres (późniejszy senator z list Platformy Obywatelskiej, a obecnie sędzia Trybunału Konstytucyjnego) zawarł specjalne porozumienie z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencją Wywiadu ( powstały po zreformowaniu   UOP w 2001 roku) oraz Wojskowymi Służbami Informacyjnymi.

 

Na mocy tych umów polskie tajne służby mogły od tej pory zastrzegać znajdujące się w IPN dokumenty, które uważały za "istotne dla bezpieczeństwa państwa". Owo "bezpieczeństwo państwa" nigdy jednak nie zostało zdefiniowane. W praktyce oznaczało to, że nie wszyscy byli tajni współpracownicy komunistycznych służb mogli zostać zlustrowani. Aby tego uniknąć wystarczyło, że nawiązali współpracę ze służbami specjalnymi III RP. Bardzo często nie musieli spełniać nawet tego warunku, bo same służby decydowały o tym, kogo umieścić w tzw. zbiorze zastrzeżonym IPN. W ten sposób w czasach III RP lustracji uniknęła spora część agentury, z reguły ta, która dalej funkcjonowała  zawodowo na różnych poziomach struktur polskiego państwa. Miało to zasadnicze konsekwencje dla przebiegu  lustracji w Polsce. Gdy odpowiedzialny za lustrację Rzecznik Interesu Publicznego  sędzia Bogusław Nizieński zwracał się do IPN o akta lustrowanych osób publicznych otrzymywał informacje wyłącznie na podstawie zbioru ogólnego IPN. Skutek był taki, że wielu agentów pełniących funkcje publiczne pozytywnie przeszło cały proces lustracyjny. Materiałów ze zbioru zastrzeżonego nie ujawniano także prowadzącym śledztwo prokuratorom.

Prowadzącemu śledztwo w sprawie morderstwa ks. Popiełuszki prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu odmówiono kwerendy w zbiorze zastrzeżonym.

Rzepliński tworząc ustawę o IPN, nie mógł nie wiedzieć, że wprowadzony do niej zapis będzie kneblował nie tylko lustrację, ale i cały proces rozliczania komunistycznej przeszłości.

Rzepliński odpowiadał zresztą nie tylko za regulacje prawne, ale również za pierwsze lata działalności IPN.

Został bowiem najważniejszym doradcą prezesa IPN prof. Leona Kieresa, człowieka o słabym charakterze, który kierował instytutem w latach 1998 - 2005.Nie jest tajemnicą, że najważniejsze decyzje w IPN podejmował wówczas nie Kieres, a właśnie Rzepliński. Ta ich "współpraca" przeniosła się później do TK, w którym dzięki poparciu Rzeplińskiego znalazł się Kieres.

W 2005 roku, gdy rząd PiS próbował zmienić ustawę lustracyjną, tak aby była ona bardziej powszechna i realna, jednym z jej głównych krytyków z ramienia fundacji Helsińskiej był właśnie prof. Rzepliński. Kres ustawie położyło orzeczenie TK z maja 2007 roku, w której zakwestionowano zakres lustracji, przychylając się do poglądów prof. Rzeplińskiego. TK zakwestionował wówczas m.in. lustrację rektorów, prokuratorów i dyrektorów szkół niepublicznych, a także objęciem lustracją naukowców ze szkół prywatnych, szefek spółek będących wydawcami oraz szefów spółek giełdowych i...ogółu dziennikarzy.

Pogląd, że uczestnicy życia publicznego nie mogą być zmuszani do składania oświadczeń lustracyjnych, jest delikatnie mówiąc bardzo kontrowersyjny.

Służy po prostu ochrony interesów agentury służb PRL.

 

PIROMAN STRAŻAKIEM

 

Obrona interesów wąskiej prawniczej kasty III RP, do której sam Rzepliński przynależy zawsze była jego najważniejszym celem. Być może ma to związek z jego pochodzeniem. Rzeplinski należał do pokolenia, które awans społeczny wiązało z powstaniem PRL.. Urodził się w chłopskiej rodzinie pod Ciechanowem , w której jako jedyny z trójki dzieci zaczął się uczyć na wyższym poziomie.

- Mój ojciec jest przykładem ówczesnego awansu społecznego; jedno z dzieci się uczy, reszta pozostaje na gospodarce - opowiadała w jednym z wywiadów jego córka Róża.

W 1971 roku Rzepliński wstąpił do PZPR, w której pozostawał do 1982 roku. Gdy do partii wstępował Rzepliński nikt nie mógł mieć wątpliwości, czym jest komunizm w PRL, było to przecież kilka miesięcy po masakrze robotników na wybrzeżu w 1970 roku. Z partii Rzeplinski  nie wystąpił też po pacyfikacji protestów robotniczych w Radomiu w 1976 roku i zmianach Konstytucji PRL w tymże roku, polegającej na wpisaniu wieczystej przyjaźni z ZSRR. Z partii usunięto go w 1982 roku, jeżeli wierzyć "Gazecie Wyborczej", to za spalenie legitymacji partyjne. Tej historii nie towarzyszą jednak żadne konkrety.

Charakterystyczne jest, że w CV Rzeplińskiego jest infnormacja, że doradzał też Zbigniewowi Siemiątkowskiemu, koordynatorowi służb specjalnych w czasie rządów SLD, konsekwentnemu przeciwnikowi lustracji.

Analiza kariery prof. Rzeplińskiego pozwala postawić tezę, że jest oportunistą i koniunkturalistą, gotowym dla osiągnięcia swoich celów tworzyć prawo, manipulować faktami, wywierać brutalne naciski, a jeśli i to zawodzi to "wzniecić pożar", aby potem wystąpić w roli strażaka zbierającego pochwały za jego gaszenie.

Dokładnie tak jest obecnie w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. To prof. Rzeplinski odpowiada w największej mierze za powstanie kryzysu wokół TK. Jego rola wydaje się być kluczową w operacji zdominowania Trybunału przez Platformę Obywatelską.

Gdyby rzeczywiście Rzeplińskiemu  zależało na zachowanie bezstronności i autorytetu Trybunału, podniósł by larum już wówczas, gdy Platforma Obywatelska ujawniła  zamiar jego bezprawnego opanowania i kiedy szykowała nowelizację ustawy o TK, a potem forsowała niezgodnie z prawem wybór swoich sędziów. Ale Rzepliński tego nie zrobił. Wymownie milczał. Zrobił to nie tylko w imię interesów Platformy Obywatelskiej, ale także dlatego, że PiS i prezydent Andrzej Duda otwarcie mówią o konieczności zmiany konstytucyjnej konstrukcji Polski, a to niewątpliwie zagraża interesom obecnych elit, do których zalicza się prof. Rzepliński.

 

A te są gotowe - niczym komuniści - uciąć każdą rękę, która podnoszona jest na ich przywileje.   

 

 Źródła:

 

https://wirtualnapolonia.com/2016/01/09/aleksander-szumanski-kim-naprawde-jest-prof-andrzej-rzeplinski/

 

Leszek Pietrzak, Jan Piński "Warszawska Gazeta" ; 31 grudnia 2015 - 7 stycznia 2016 r.

24/ BOHATEROWIE NARODOWI - KAZIMIERZ ŚWITOŃ

 

Kazimierz Antoni Świtoń (ur. 4 sierpnia 1931 r. w Katowicach, zm. 4 grudnia 2014 r. tamże) – polski związkowiec, radiomechanik, działacz opozycji w okresie PRL, poseł na Sejm I kadencji.

W 1950 r. ukończył Zasadniczą Szkołę Zawodową w Katowicach. Pracował jako elektromonter m.in. od 1946 r. do 1948 r. w Hucie Ferrum, od 1948 r. do 1955 r. w Szpitalu Miejskim w Katowicach, od 1955 r. do 1960 r. w Fabryce Superfosfatu, a od 1960 r. do 1968 r. w Zakładach Usług Radiowo-Telewizyjnych w Siemianowicach Śląskich. W 1967 r. w swoim mieszkaniu otworzył prywatny warsztat naprawy sprzętu RTV. W 1978 r. został pozbawiony koncesji na prowadzenie tej działalności ze względu na zaangażowanie opozycyjne. W 1982 r. przeszedł na rentę inwalidzką, następnie na emeryturę.

Był członkiem Stronnictwa Demokratycznego, z którego został wykluczony w 1977 roku. W tym samym roku zaangażował się w działalność opozycyjną, przyłączając się do zainicjowanej przez KOR głodówki w kościele św. Marcina w Warszawie. Następnie był współtwórcą Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela na Śląsku, w swoim mieszkaniu zorganizował punkt konsultacyjno-informacyjny ROPCiO. 23 lutego 1978 r. wziął udział w powołaniu pierwszego w Polsce komitetu Wolnych Związków Zawodowych, redagował drugoobiegowy periodyk „Ruch Związkowy”.

Za podjęcie takiej działalności był zatrzymywany, tymczasowo aresztowany. 14 października 1978 r., wychodząc z Kościoła Świętych Piotra i Pawła w Katowicach, został napadnięty przez czterech nieumundurowanych milicjantów. Pobito go, aresztowano i skazano na karę roku pozbawienia wolności za rzekome pobicie tych funkcjonariuszy. Sprawa została nagłośniona przez organizacje opozycyjne, wywołując zagraniczne protesty. Zwolniono go warunkowo 3 marca 1979 r.

Kontynuował działalność w podziemnych strukturach WZZ (do 31 sierpnia 1980 r.), następnie przystąpił do „Solidarności”. Był sekretarzem zarządu Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ „S” (do czasu usunięcia w związku z konfliktem z jego przewodniczącym Andrzejem Rozpłochowskim) i członkiem zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Po wprowadzeniu stanu wojennego internowano go na okres około trzech miesięcy, zwolniono go z uwagi na stan zdrowia. W 1983 r. został na krótko aresztowany po podjęciu próby wstawienia tablicy upamiętniającej poległych w trakcie pacyfikacji kopalni Wujek.

Pod koniec lat 80. ponownie włączył się w działalność związkową, wchodząc w skład władz śląsko-dąbrowskiej „Solidarności”. W 1989 został przewodniczącym rady naczelnej Chrześcijańsko-Demokratycznego Stronnictwa Pracy. Bez powodzenia kandydował do Sejmu kontraktowego z rekomendacji tego ugrupowania (w okręgu tym wybory wygrał Adam Michnik z Komitetu Obywatelskiego).

W 1990 r. został przewodniczącym lokalnej partii – Górnośląskiej Chrześcijańskiej Demokracji. W wyborach w 1991 roku, jako jej kandydat, uzyskał mandat posła na Sejm I kadencji z ramienia Ruchu Autonomii Śląska. Zasiadał w Komisji Handlu i Usług, Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych oraz w Komisji Stosunków Gospodarczych z Zagranicą i Gospodarki Morskiej.

4 czerwca 1992 r. w trakcie debaty nad odwołaniem popieranego przez niego rządu Jana Olszewskiego powiedział z mównicy: "Prezydent Lech Wałęsa jest na drugiej liście jako agent SB".

Wypowiedź tę wykreślono z oficjalnego stenogramu na wniosek Jana Rokity. W tym samym roku przystąpił do klubu parlamentarnego Ruchu dla Rzeczypospolitej.

W 1993 r. bezskutecznie ubiegał się o reelekcję z ramienia komitetu wyborczego Porozumienie Centrum-Zjednoczenie Polskie.

 

W 1998 r. wystąpił przeciwko planowanemu usunięciu z terenu otoczenia obozu KL Auschwitz, tzw. żwirowiska, krzyża upamiętniającego wizytę Jana Pawła II. Prowadził głodówkę, zainicjował akcję stawiania nowych krzyży. Z terenu żwirowiska został usunięty w 1999 r. przez funkcjonariuszy policji po wejściu w życie nowej ustawy o ochronie miejsc pamięci, regulującej m.in. kwestie ich otoczenia. 27 maja 1999 r. został zatrzymany pod zarzutem posiadania materiałów wybuchowych. Na bazie tych wydarzeń powstał film dokumentalny "Żwirowisko – ostatnia niedziela" w reżyserii Magdaleny Łazarkiewicz.

W 2000 r. został w pierwszej instancji wyrokiem Sądu Rejonowego w Oświęcimiu skazany na karę 6 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania na dwuletni okres próby i karę grzywny za znieważenie Sejmu RP oraz za znieważanie innych narodów (Niemców i Żydów).

W 2001 r. bezskutecznie kandydował do Senatu z ramienia KWW Ruch Obywateli Krzywdzonych przez Władzę.

W 2008 założył i stanął na czele Stowarzyszenia Pamięci Polaków Pomordowanych przez Niemców w KL Auschwitz im. św. Maksymiliana Marii Kolbego.

3 sierpnia 2010 r. brał udział w proteście przeciw przeniesieniu do jednego z kościołów krzyża postawionego przez grupę harcerzy przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie po katastrofie lotniczej w Smoleńsku z 10 kwietnia 2010 r.

W wyborach samorządowych w 2010 r. bez powodzenia ubiegał się o mandat radnego sejmiku śląskiego z listy Narodowego Odrodzenia Polski, a w 2014 r. z rekomendacji KWW Oburzeni. W wyborach parlamentarnych w 2011 r. był kandydatem do Senatu z ramienia Konfederacji Godność i Praworządność (komitetu wyborczego zorganizowanego z inicjatywy Adama Słomki).

Zmarł 4 grudnia 2014 w Katowicach. 5 grudnia 2014 r. jego pamięć uczcił minutą ciszy Sejm RP VII kadencji.

11 listopada 1990 r. został odznaczony przez prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

 

NASZA PRZYJAŹŃ - DOPIERO PO 10 KWIETNIA 2010 ROKU

 

Kazimierza Świtonia poznałem osobiście dopiero po 10 kwietnia 2010 roku. Wraz z Adamem Macedońskim odwiedzili nas wówczas w moim krakowskim mieszkaniu. Celem wizyty były planowane przez Kazimierza Świtonia założenie stowarzyszenia walczącego o posadowienie Krzyża Pańskiego przed Pałacem Prezydenckim, po haniebnej decyzji prezydenta Bronisława Komorowskiego usunięcia istniejącego krzyża z przed pałacu.

Stowarzyszenie miało również oprotestować  nocne zajścia przed pałacem, akceptowane przez prezydent Warszawy Hannę - Gronkiewicz Waltz.

 

Układaliśmy  wspólnie treść owego protestu przeciwko  zajściom prowadzonym przez przestępcę kryminalnego Dominika Tarasa organizatora chamskich manifestacji przeciwko krzyżowi na Krakowskim Przedmieściu, w akcji bezczeszczenia krzyża, poniewierania Obrońców krzyża, łącznie z publicznym oddawaniem moczu na krzyż przez pijaną hołotę i wulgarnymi wrzaskami m.in. siedemnastolatki: "masz penisa, pokaż, pokaż".

 

 FRAGMENT LISTU KAZIMIERZA ŚWITONIA DO BRONISLAWA KOMOROWSKIEGO

 I DONALDA TUSKA

 

(...) W dniu 3 sierpnia usiłowaliście usunąć Krzyż sprzed pałacu prezydenckiego i wymazać z pamięci Polaków morderstwo dokonane w Smoleńsku dnia 10 kwietnia na osobie prezydenta RP z małżonką wraz z 94 wybitnymi Rodakami. Pomimo wielu protestów przed takim działaniem Wy jednak za namową satanistów rozpoczęliście wojnę z Krzyżem na naszej Polskiej Ziemi. Przegraliście z kretesem pierwszą bitwę z Polakami o usunięcie Krzyża(...).

 

Odszedł od nas opozycjonista PRL i III RP. Zmarł 4 grudnia – w Barbórkę, święto patronki górników....

Kazimierz Świtoń był pierwszym mieszkańcem Śląska, który nawiązał oficjalnie kontakt z KOR. Potem związał się z ROPCiO.

Gdy w 1980 roku wybuchły na Śląsku strajki, Służba Bezpieczeństwa urządziła mu areszt domowy.

To strajkujący w Hucie Katowice pojechali do Katowic i wykradli bezpiece Świtonia.

Jacek Jagiełka - wiceprzewodniczący Komitetu Strajkowego znał Świtonia i współpracował z nim w ramach ROPCiO.

Kazimierz Świtoń założył też pierwsze w Polsce Wolne Związki Zawodowe (WZZ).Te z Wybrzeża powstały nieco później i przybrały nazwę „WZZ Wybrzeża”.

Kazimierz Świtoń w Hucie Katowice został natychmiast dokooptowany do Komitetu Strajkowego jako Sekretarz. Dawało mu to ochronę przed aresztowaniem.

MKZ Katowice, podobnie jak Rzeszowski z Antonim Kopaczewskim na czele, traktowany był jako niepodległościowy i był zwalczany przez środowisko „doradców”- Geremków, Kuroniów.

 Po latach, okazało się, że Kazimierza Świtonia otaczało 265 tajnych współpracowników SB. Był objęty całodobową kontrolą.

Po transformacji wstąpił do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, był prekursorem wolnej prasy na Śląsku.

Pamiętamy Świtonia jako obrońcę Krzyża w Oświęcimiu. Bronił też klasztoru sióstr karmelitanek.

Cała Polska pamięta Świtonia z jego wystąpienia w Sejmie 4 czerwca 1991 roku, gdy ogłosił, że Lech Wałęsa to TW „Bolek”. Spośród 460 posłów okazał się jeden odważny – Ślązak - Świtoń.

 

Z WYSTĄPIEŃ KAZIMIERZA ŚWITONIA

 

(...) Apeluję do Wysokiej Izby, apeluję do was, koledzy z okresu walki z komunizmem, nie bójmy się prezydenta. Nas również wybrało społeczeństwo i pokazało, że nie chce dalej być rządzone przez poprzedni rząd. Pokażmy Polakom, że chcemy im służyć. Służenie jest naszym obowiązkiem wobec narodu. Przestańmy wreszcie ulegać naciskom z zewnątrz. Kiedyś musieliśmy słuchać towarzyszy ze Wschodu, a teraz narzuca się nam wolę Zachodu. Czyżbyśmy nie mieli zdolnych Polaków? Jednym z nich jest mecenas Jan Olszewski.

Bronię krzyży od 12 lat, nie pozwolę żeby sataniści usuwali krzyże.

Kto walczy z krzyżem, ten pod krzyżem ginie. Zginął prezydent, który podpisał traktat lizboński odbierający suwerenność naszej ojczyźnie. Podobny los wybrał Bronisław Komorowski.

Najwyższa Izba Kontroli kontroluje finanse państwa, dlatego na jej czele powinien stanąć człowiek prawy, niezależny, człowiek nieugięty, odważny, który nie jest uwikłany w żadne układy, który nie pozwoli się przekupić. Człowiek twardy, zahartowany w walce z komunizmem, człowiek, który zna metody szantażu stosowane przez byłą nomenklaturę PZPR. Dlatego uważam, że najlepszym spośród tych 4 kandydatów jest senator Zbigniew Romaszewski. To przecież on zainicjował działania, jeszcze na długo przed Solidarnością, i utworzył Biuro Interwencji, które pomagało nam, opozycjonistom, przeżyć trudne chwile.

Nasze Stowarzyszenie Pamięci Polaków Pomordowanych przez Niemców w KL Auschwitzw im. Maksymiliana Marii Kolbego w Katowicach i obrońcy krzyża na żwirowisku pragniemy głosować na pana, bo jest pan katolikiem.

Nie wolno nam pozwolić, aby prezydent stał się dyktatorem. Dyktatorem chcącym służyć swojemu narodowi trzeba się urodzić. Nie wystarczy mówić na każdym kroku o demokracji i służeniu, trzeba w czyn wprowadzać te słowa, a tego ze strony Wałęsy nie widać. Dosyć mamy demagogii, Polacy oczekują od nas działania, oczekują faktów,

zmiany sytuacji. Społeczeństwo ma dosyć kłótni na górze, działania w celu skłócenia elit politycznych. Polska potrzebuje silnego rządu na czele z silnym premierem.

Prezydent Lech Wałęsa jest na drugiej liście jako agent SB.

Sprawa ujawniania agentów Służby Bezpieczeństwa jest niewygodna, bo minister Parys ujawnił spisek przeciwko państwu w Kancelarii Prezydenta. Tak, w Kancelarii Prezydenta działa mafia na rzecz odbudowy struktur dawnego systemu, od czasu kiedy kancelarią kieruje Wachowski.

Odszedł od nas Bohater Narodowy. W Katowicach powinna powstać ulica Kazimierza Świtonia.

 

Żegnaj, Przyjacielu.

 

Święta Barbara wzięła Cię w objęcia….

 

Jak w tekście wspomniałem miałem zaszczyt poznać Kazia osobiście w Krakowie, dzięki Adamowi Macedońskiemu. Niestety przez te lata nie bywałem w Katowicach i spotkaliśmy się z Kaziem przypadkowo w Krakowie. To był uroczy człowiek, pełen wiary w Polskę, Polaków i polskość. Co ciekawe, pierwsze jego pytanie na kawie u "Noworola" dotyczyło naszych domowych "milusińskich":

"jak tam twoje koteczki, czy są zdrowe, bo wiem, że o nie z Alusią dbacie". Był miłośnikiem tych zwierzątek i i w jednej z wielu rozmów telefonicznych powiedział, że kotom na pewno można zaufać, gorzej z ludźmi. Pomimo tak wielu przejść należał do ludzi pogodnych i ufnych. Miał poczucie humoru, opowiadał niezłe "kawały" z moim rewanżem. Pracował na komputerze, miał chyba swoją stronę a mejlowaliśmy często. Kochał sztukę, preferował klasykę, szczególnie romantyczną. Podobały mu się wiersze Jana Lechonia i pozostałych Skamandrytów. Nie zachwycał się prozą liryczną chociaż do takiej należy biblijna "Pieśń nad pieśniami". Był głęboko wierzący, nie rozmawiałem z nim o wierze, ale odnoszę wrażenie, że był uczestnikiem kultu Maryi.

 

Napisał  do mnie 29 grudnia 2008 r.

 

Drogi Panie Aleksandrze!

 

Przesyłam Panu materiały Stowarzyszenia.

Serdecznie Pana Pozdrawiam.

Do zobaczenia w Krakowie

Kazimierz Świtoń

 

Opracowali:

 

Adam Macedoński i Aleksander Szumański 5 grudnia 2014 roku.

24/ FUNDACJA "OTWARTY DIALOG" Z KONCESJĄ NA BROŃ!

PREZESEM FUNDACJI JEST LYUDMYŁA KOZŁOWSKA ŻONA BARTOSZA KRAMKA KTÓRY WYDAŁ INSTRUKCJĘ "WYŁĄCZENIA RZĄDU".

 

WNIOSEK O POZWOLENIU NA BROŃ POPARŁ B. SZEF SKW PIOTR PYTEL Z ZARZUTAMI PROKURATORSKIMI WSPÓŁPRACY Z FSB.

 

Z dokumentów, do których dotarli dziennikarze TVP Info, wynika, że za rządów PO-PSL fundacja „Otwarty Dialog” uzyskała koncesję na handel bronią. Wniosek pozytywnie zaopiniował były szef Służby Kontrwywiadu za rządów PO-PSL Piotr Pytel, który obecnie ma postawione zarzuty karne ws. nielegalnej współpracy z FSB. Koncesję na broń dla fundacji cofnął 12 czerwca 2017 roku minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Błaszczak.

Fundacja „Otwarty Dialog” dała się poznać z zaangażowania w antyrządowe protestów totalnej opozycji. Powstała nawet specjalna instrukcja nawołująca do „wyłączenia rządu” Beaty Szydło oraz destabilizacji sytuacji w kraju. Jej autorem okazał się... właśnie Bartosz Kramek, którego żona jest prezesem „Otwartego Dialogu”.

Teraz na temat działania fundacji „Otwarty Dialog” wychodzą nowe fakty. W radzie fundacji zasiada mec. Jacek Świeca, biznesowo powiązany z gen. Markiem Dukaczewskim, byłym szefem WSI i prezesem Stowarzyszenia „Sowa”, które zrzesza byłych oficerów WSI związanych z rosyjskimi służbami specjalnymi. Prezesem Fundacji Otwarty Dialog jest Lyudmyla Kozlowska, Ukrainka, działaczka banderowska, prywatnie żona Kramka.

Jak wynika z ustaleń TVP Info, w 2014 roku, za rządów koalicji PO-PSL Fundacja „Otwarty Dialog” zwróciła się do ówczesnej szefowej MSW Teresy Piotrowskiej o koncesję na wykonywanie działalności gospodarczej „w zakresie obrotu wyrobami o przeznaczeniu wojskowym lub policyjnym”.

Koncesję opiniował pozytywnie były szef SKW Piotr Pytel, któremu teraz prokuratura postawiła zarzuty ws. nielegalnej współpracy z FSB. Minister Piotrowska wydała zgodę. Fundacja, która otwarcie nawołuje do „stworzenia polskiego Majdanu” uzyskała zatem koncesję na broń.

Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji Mariusz Błaszczak 12 czerwca 2017 roku wydał decyzję o cofnięciu Fundacji Otwarty Dialog koncesji na handel bronią.

To nie jedyna fundacja, zaangażowana w antyrządowe protesty, której działania budzą poważne zaniepokojenie.

W najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska” opisane zostały kulisy działalności fundacji „Akcja Demokracja”.  Dziennikarskie śledztwo sugeruje, że wątpliwa jest bezinteresowność zagranicznych fundatorów i sponsorów we wspieraniu antyrządowej fundacji „Akcja Demokracja”, która była organizatorem wielu ostatnich antyrządowych protestów. Chodzi między innymi o „Łańcuch Światła” (manifestację niezwykle podobną do protestów, które całkiem niedawno miały miejsce w USA, oraz na Węgrzech).

 

 KTO FINASUJE FUNDACJĘ "OTWARTY DIALOG".

 

„Naczelna Rada Adwokacka finansuje Fundację, której członkowie nawołują później do obalenia rządu. To byłoby możliwe gdziekolwiek indziej?”.

Organizacja Fundacja Otwarty Dialog, która współtworzyła ukraiński Majdan, teraz włączyła się w działania totalnej opozycji przeciwko polskiemu rządowi. Bartosz Kramek, szef rady fundacji, nawoływał do głośnych i licznych protestów przeciwko reformie wymiaru sprawiedliwości, także przed domami parlamentarzystów. Namawiał do ostracyzmu wobec polityków PiS, do strajku generalnego, urzędniczego buntu, do niepłacenia podatków i przeciągnięcia na swoją stronę samorządów.

Zalecał uruchomienie kwest i pozyskania sponsorów, ludzi biznesu, agencji PR oraz wykorzystania portali społecznościowych do szerzenia antypisowskiej propagandy. Nawet pobieżna analiza sprawozdań finansowych fundacji budziła wątpliwości. Nic dziwnego, że minister Mariusz Kamiński, koordynator służb specjalnych, zwrócił się do ministra spraw. zagranicznych z prośbą o wszczęcie kontroli w FOD. Szef MSZ przystąpił do natychmiastowych działań i – jak donosił portal wPolityce.pl – dał fundacji tydzień na przedstawienie sprawozdania z działalności — pisze Marzena Nykiel red. nacz. wpoilityce.pl.

Dziennikarka zastanawia się, kto może finansować działania Fundacji i pokazuje komu szczególnie zależy na destabilizowaniu sytuacji w Polsce. Redaktor naczelna wPolityce.pl sugeruje trop rosyjski.

Z informacji, do których dotarliśmy, wynika, że działalność fundacji kryje w sobie wiele niepokojących wątków. Brak przejrzystości finansowej, budzące wątpliwości powiązania władz fundacji z ludźmi prowadzącymi współpracę biznesową z Rosją. Wokół organizacji pojawiają się oligarchowie i biznesmeni, których w Kazachstanie i na Ukrainie oskarża się o oszustwa finansowe i działania wywrotowe. Wnikliwa analiza skłania do wniosku, że za FOD mogą stać działania rosyjskie. Lista wątpliwości jest długa —pisze Nykiel.

Autorka zauważa, że ostatnie protesty noszą wszelkie znamiona astroturfingu, kontrolowanego i zmanipulowanego buntu.

W imię „obrony demokracji i wolności”. Wszystko miało wyglądać na oddolną, spontaniczną inicjatywę. W rzeczywistości akcja nosiła wszelkie znamiona astroturfingu – zjawiska zwanego „sianiem sztucznej trawy”, polegającego na tworzeniu fałszywych ruchów społecznych i sterowaniu nimi z ukrycia. Łatwo było dostrzec, że protesty nie były spontaniczne, choć oczywiście spontanicznie włączała się w nie część zdezorientowanych i zmanipulowanych manifestantów. Sceny histerycznego płaczu, które oglądaliśmy po przyjęciu przez Sejm ustawy o Sądzie Najwyższym, pokazały, że pole oddziaływania było potężne. Dezinformacji uległa spora grupa ludzi. Należało ją tylko odpowiednio ukierunkować i użyć jako oręża przeciwko władzy — wyjaśnia publicystka.

Artykuł Marzeny Nykiel demaskujący skalę manipulacji, jaka miała miejsce podczas ostatnich protestów ulicznych w najnowszym numerze tygodnika „Sieci”, dostępnym w sprzedaży od 31 lipca 2017,

 

 SŁUŻBY SPRAWDZĄ FUNDACJĘ "OTWARTY DIALOG" NAWOŁUJĄCĄ DO AWANTUR I "WYŁĄCZENIA RZĄDU".

 

Minister koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński zwrócił się do ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego z wnioskiem o kontrolę Fundacji Otwarty Dialog. Kamiński uzasadnił swoją prośbę działaniami Fundacji oraz Bartosza Kramka, które mogą - w ocenie ministra - nie tylko naruszać statut Fundacji, ale i polskie prawo. Wniosek ma też bezpośredni związek z opublikowanym przez zasiadającego we władzach Fundacji Bartosza Kramka wpisem, nawołującym do obalenia rządu.

25 lipca 2017 roku Minister Mariusz Kamiński skierował do Ministra Spraw Zagranicznych pismo z wnioskiem o skontrolowanie działalności Fundacji Otwarty Dialog" - poinformował rzecznik prasowy ministra Stanisław Żaryn.

Ostatnie działania Fundacji oraz Bartosza Kramka, zasiadającego w jej władzach, budzą wątpliwości dotyczące naruszania statutu Fundacji, a nawet polskiego prawa - uzasadnił wniosek do MSZ Mariusz Kamiński

Kamiński napisał w tej sprawie do Witolda Waszczykowskiego, ponieważ to MSZ sprawuje ustawowy nadzór nad Fundacją.

Jak powiedział Żaryn, minister koordynator prosi w liście do szefa MSZ

o "podjęcie działań kontrolnych, a także informacje, czy Fundacja Otwarty Dialog korzysta z wsparcia finansowego MSZ lub innych instytucji publicznych".

 

Rzecznik zaznaczył, że wniosek do ministra Waszczykowskiego ma związek z działaniami zasiadającego we władzach fundacji Bartosza Kramka, który jest autorem skandalicznego wpisu nawołującego do przewrotu w Polsce.

Tekst Bartosza Kramka został powielony przez Fundację, co rodzi podejrzenie, że działania Fundacji wykraczają poza statutowe zapisy - uzasadnił.

O wpisie Bartosza  Kramka pod tytułem "Niech państwo stanie: wyłączmy rząd!" informowały między innymi telewizyjne "Wiadomości". Pojawiła się ona w Internecie i zawierała instrukcje na temat tego co należy robić, aby obalić polski rząd.

W materiale "Wiadomości" podkreślono, że Bartosz Kramek jest członkiem rady Fundacji "Otwarty Dialog". Podano też, że w radzie jest mec. Jacek Świeca, biznesowo powiązany z gen. Markiem Dukaczewskim, byłym szefem WSI i prezesem Stowarzyszenia "Sowa", które zrzesza byłych oficerów WSI. Z kolei prezesem Fundacji Otwarty Dialog jest Lyudmyla Kozlowska, prywatnie żona Kramka.

 

ASTROURFING. DO POLSKI WSZEDŁ BARDZO NIEBEZPIECZNY PRZECIWNIK, KTORY NIE ZJAWIŁ SIĘ TU PRZYPADKIEM.

 

ASTROTURFING

 

Astroturfing, astroturf marketing – anglojęzyczny eufemizm służący do nazwania pozornie spontanicznych, obywatelskich organizacji czy inicjatyw podejmowanych w celu wyrażenia poparcia lub sprzeciwu dla idei, polityka, usługi, produktu czy wydarzenia. Kampania tego typu ma sprawiać wrażenie niezależnej reakcji społecznej, podczas gdy rzeczywista tożsamość jej inicjatora i jego intencje pozostają ukryte. Astroturf marketing nazywany jest czasami green marketingiem.

Określenie to wywodzi się od słowa astroturf, marki popularnej w USA sztucznej trawy, dlatego termin astroturfing bezpośrednio rozumieć można jako sianie sztucznej trawy.

Działania określane mianem astroturfingu polegają zwykle na udawaniu przez niewielką grupę ludzi rzeszy aktywistów bądź konsumentów. Zdarzały się zarówno przypadki prowadzenia ich przez pojedyncze osoby, jak i całe zorganizowane grupy specjalistów, za którymi stało potężne zaplecze finansowe korporacji albo organizacji pozarządowej. Celem astroturfingu jest wywołanie określonego wrażenia, np. szerokiego poparcia dla danego polityka i jego programu albo dużego zainteresowania pewnym produktem. Zamiarem może być również zyskanie poparcia społecznego dla określonej inicjatywy, lub przeciwnie, zdyskredytowanie jakiejś idei.

Gdy Internet nie był jeszcze powszechnie dostępny, działania tego typu sprowadzały się np. do wysyłania dziesiątek listów do redakcji, organizowania pikiet czy inspirowania publikacji. W dobie Internetu astroturfing stał się łatwiejszy i tańszy. Obecnie, gdy każdy może stworzyć przekonująco wyglądającą stronę, blog albo podcast, astroturferom bardzo łatwo stworzyć wrażenie prawdziwej organizacji o szczerych intencjach, równocześnie ukrywając swoją prawdziwą tożsamość.

Polska jest dziś obiektem zmasowanej akcji dezinformacyjnej ze strony środowisk opozycyjnych - ocenił Jacek Sasin, poseł PiS, mówiąc o zjawisku tzw. astroturfingu, jakie jego zdaniem pojawiło się polskim internecie.

Sasin był dziś gościem TVP Info. Jak wyjaśniono w programie „Woronicza 17”, określenie astroturfing służy do nazywania pozornie spontanicznych obywatelskich inicjatyw podejmowanych w celu wyrażenia poparcia lub sprzeciwu dla idei, usługi, produktu lub wydarzenia. Podkreślono, że jest to usługa, którą można kupić.

W programie powołano się na raport portalu politykawsieci.pl, który stwierdza, że do polskiego Internetu i polskiej polityki wszedł nowy gracz, jakim jest właśnie astroturfing. Jako przykład portal podaje komentarze uruchomiane/instalowane w jednym momencie. Pochodzą one z kont prawdziwych osób mieszkających w Ameryce Południowej, w tym Wenezueli i Chile, a także Afryce, Pakistanie i Korei Południowej. Najczęstszym takim wpisem było: „Precz z kaczorem dyktatorem!” (pisownia oryginalna).

Według Sasina, Polska jest dziś obiektem zmasowanej akcji dezinformacyjnej ze strony środowisk opozycyjnych.

Przykładem jest analiza opublikowana przez Fundację Inicjatyw Obywatelskich, organizację pozarządową, jakoby PiS przygotował ustawę dotyczącą Państwowej Komisji Wyborczej, która ma na celu jej upolitycznienie, co spowodowało zaniepokojenie na świecie, że w Polsce próbuje się stworzyć mechanizm do nierzetelnych wyborów parlamentarnych i jest to kolejny w naszym kraju zamach na demokrację - wyjaśnił poseł.

Jego zdaniem pokazuje to, jak przygotowywane są prowokacje przeciwko Polsce.

To szkodzi Polsce na arenie międzynarodowej i ma wywołać niepokój. Te mechanizmy były już stosowane na Węgrzech. Trudno jednak udowodnić związane z tym przepływy finansowe. Wystarczy jednak odpowiedzieć sobie, na czyją korzyść są podejmowane, wtedy będziemy wiedzieć, kto za tym stoi - powiedział.

Według portalu politykawsieci.pl, bez względu na to, kto jest tym graczem uczestniczącym, włączonym do polskiego Internetu, obie strony polskiego dyskursu politycznego muszą zdać sobie sprawę, że w ich świat wszedł bardzo niebezpieczny przeciwnik, „który nie zjawił się tutaj przypadkiem i zdecydowanie nie jest niczyim przyjacielem”. Część kont, z których korzystano, brała udział wcześniej w kampanii wyborczej w USA oraz Wielkiej Brytanii (Brexit) i Turcji.

Astroturfing można tłumaczyć jako „sianie sztucznej trawy”. Termin pochodzi od słowa astroturf, marki popularnej w USA sztucznej trawy.

Sprawa jest szeroko komentowana w mediach społecznościowych.

 

 KTO STOI ZA FUNDACJĄ "OTWARTY DIALOG"? WYCHODZĄ NA JAW KOLEJNE FAKTY.

 

– Jeśli jest tak, że jakaś instytucja, trzeciosektorowa ma większość finansowania spoza Polski, to ona nie jest emanacją grup interesów w obrębie kraju. Nie jest emanacją społecznej troski. Jest wyrazem czyichś interesów, które próbują w ramach przestrzeni demokratycznej ugrać coś w Polsce – podkreślił doradca prezydenta prof. Andrzej Zybertowicz.

Goście niedzielnego programu „Woronicza 17” w TVP Info rozmawiali m.in. o tym „kto płaci za Fundację Otwarty Dialog”. O kontrolę fundacji zwrócił się do MSZ, które sprawuje nad nią ustawowy nadzór, koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński. Jego zdaniem ostatnie działania fundacji oraz Bartosza Kramka, zasiadającego w jej władzach, budzą wątpliwości dotyczące naruszania statutu fundacji, a nawet polskiego prawa. MSZ wystąpił do warszawskiej Izby Administracji Skarbowej o przeprowadzenie w organizacji kompleksowej kontroli skarbowej.

Podczas programu przywołano sprawozdania finansowe fundacji oraz jej darczyńców.

Autentyczne ruchy społeczne, trzeci sektor i społeczeństwo obywatelskie jest potrzebne. Ale jeśli jest tak, że jakaś instytucja, trzeciosektorowa ma większość finansowania spoza Polski, to ona nie jest emanacją grup interesów w obrębie kraju. Nie jest emanacją społecznej troski. Jest wyrazem czyichś interesów, które próbują w ramach przestrzeni demokratycznej ugrać coś w Polsce. Odróżniajmy autentyczne ruchy społeczne, które biorą się ze składek, z czasu wolontariuszy, od ruchów społecznych, które są opłacane przez rozmaite podmioty zagraniczne, które propagują pewne wizje kulturowe, niewyrastające z naszej tradycji – powiedział w programie doradca prezydenta prof. Andrzej Zybertowicz.

W jego ocenie, „na pewno jest to sprawa bezpieczeństwa państwa, w tym także bezpieczeństwa kulturowego”. Zybertowicz zwrócił uwagę na „pewnego rodzaju powiązanie jakby tych dwóch kierunków wpływów”.

 

Z jednej strony wyłaniają się tu jakieś dziwne pieniądze ze Wschodu, a z drugiej strony pewnego podmiotu gospodarczego amerykańskiego, który jednak jest związany ze środowiskami lewackimi, lewicowymi. Tam jest taka wizja lewicowego przebudowania całego świata. Ta sprawa musi być poddana bardzo pogłębionej analizie. Czy na przykład dane osobowe naszych rodaków nie były wykorzystywane i przekazywane tej fundacji w celu bardziej precyzyjnego targetowania, czyli celowania, a przekazami do tych środowisk, które są podatne na mobilizację pod kątem pewnych haseł politycznych– mówił Zybertowicz.

 

Poseł Prawa i Sprawiedliwości Marek Suski, odnosząc się do reakcji koordynatora służb specjalnych w sprawie fundacji, uznał, że jeśli są uzasadnione podejrzenia, iż „pojawiają się wpływy z zagranicy na sytuację w Polsce, to ze względu bezpieczeństwa naszego kraju, należy to zweryfikować”.

Takie są zadania służb. One mają na celu sprawdzać sygnały i potwierdzić je lub odrzucić. A więc to jest zadanie, jakie jest nałożone konstytucyjnie na ministra koordynatora służb. A Polska jest dużym europejskim krajem, w którym ścierają się bardzo wielkie interesy, a te wielkie interesy bardzo często są wspierane przez działania służb specjalnych kraju, które te interesy mają – powiedział.

Media informowały, że Bartosz Kramek z Fundacji Otwarty Dialog jest autorem instrukcji „Niech państwo stanie: wyłączmy rząd!”. Pojawiła się ona w Internecie i zawierała informacje co robić, aby obalić polski rząd.

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

http://niezalezna.pl/200084-fundacja-otwarty-dialog-z-koncesja-na-bron-opinie-wydal-byly-szef-skw-piotr-pytel (link is external)

 

 http://niezalezna.pl/103030-nawolywal-do-awantur-i-wylaczenia-rzadu-sluzby-sprawdza-fundacje-otwarty-dialog (link is external)

 

http://niezalezna.pl/102770-astroturfing-do-polski-wszedl-bardzo-niebezpieczny-przeciwnik-ktory-nie-zjawil-sie-tu-przypadkiem (link is external)

 

http://m.niezalezna.pl/103194-kto-stoi-za-fundacja-otwarty-dialog-wychodza-na-jaw-kolejne-fakty (link is external)

 

 https://wpolityce.pl/polityka/351111-kto-finansuje-polski-pucz-marzena-nykiel-w-tygodniku-sieci-fundacja-otwarty-dialog-wlaczyla-sie-w-dzialania-totalnej-opozycji (link is external)

 

26/ CZERWONA MORDOWNIA NA KRESACH II RP

 

ZABÓJCZE DONOSY

 

Najbardziej zmasowaną formą zbrodniczych działań antypolskich ze strony prosowieckich Żydów była wielka fala skierowanych przeciwko Polakom zabójczych donosów. Były one nieustannym zjawiskiem lat 1939-1941 na Kresach II RP.

Zbolszewizowani Żydzi, znający doskonale lokalne stosunki w poszczególnych miejscowościach, okazali się dla NKWD bezcennymi wręcz agentami i informatorami przeciwko różnym patriotycznym środowiskom polskim. Wiele żydowskich donosów przyniosło najtragiczniejsze skutki dla schwytanych na ich podstawie Polaków.

Niektórzy z nich bywali natychmiast zabijani w rezultacie tych donosów, tak jak stało się w opisanym w  przypadku grodzieńskiego nauczyciela Jana Kurczyka. W przypadku bardzo wielu innych Polaków donos kończył się zamknięciem w sowieckim więzieniu i późniejszym zakatowaniem na śmierć. Bardzo wielu oficerów schwytanych na podstawie żydowskich donosów znalazło się później na listach katyńskich.

Ta nadzwyczaj ponura, donosicielska rola znacznej części Żydów na Kresach Wschodnich została wymownie opisana między innymi w znakomicie udokumentowanej książce żydowskiego autora Bena-Ciona Pinchuka. Pisał on m.in.: "Nie ulega wątpliwości, iż lokalni komuniści żydowscy grali ważną rolę w rozpoznaniu dawnych działaczy politycznych i zestawieniu listy "niepożądanych" i "wrogów klasowych". NKWD próbowało, często z sukcesem rekrutować ludzi, którzy przedtem byli aktywni w żydowskich instytucjach i politycznych organizacjach, i w ten sposób stworzyli oni atmosferę wzajemnych podejrzeń o strachu wśród przyjaciół i kolegów" (por. Ben-Cion Pinchuk Shtetl Jews under Soviet Rule. Eastern Poland on the Eve of the Holocaust, Cambridge, Mass, 1991, s. 35).

 

SPONTANICZNIE WITALI SOWIETÓW

 

Z różnych miejscowości na Kresach odnotowywano po latach takie same, identycznie brzmiące skargi na donosicielską rolę części zbolszewizowanych, antypolskich Żydów. Oto kilka typowych, przykładów.

Władysław Hermaszewski tak opisywał dramatyczne wydarzenia, jakie nastąpiły po 17 września 1939 r. w jego rodzinnym Bereźnie (pow. Kostopol, woj. wołyńskie): "Spontanicznie witający czerwonoarmistów liczni Ukraińcy i część biedoty żydowskiej zaczęli okazywać swą wrogość wobec nas, Polaków, stanowiących tu mniejszość. Wyszukiwali i wskazywali przybyłym enkawudzistom funkcjonariuszy i urzędników polskich instytucji państwowych