18.06.2019.
Start
CUCHNĄCY PANTEON (RZECZ O SZAMBIE LITERACKIM ZLP) Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Autor: Aleksander Szumanski   
30.10.2013.

CUCHNĄCY PANTEON

AUTOR TADEUSZ WITKOWSKI

http://www.rodaknet.com/rp_witkowski_21.htm

W polskiej kulturze literackiej drugiej połowy XX wieku (i to nie tylko tej kwitnącej w ogrodzie państwowego mecenatu) obowiązywało w pewnych okresach coś w rodzaju niepisanego prawa: gdy pisarz wypowiadał się na tematy polityczne, natychmiast - w zależności od tego, czy stawał po stronie władzy czy opozycji - zyskiwał lub tracił w oczach czytelników.

Działo się tak, oczywiście, nie bez przyczyny. 45 lat rządów komunistycznych w Polsce sprawiło, że w mentalności rządzących elit utrwaliła się właściwie tylko jedna klasyfikacja "estetyczna": podział na literaturę politycznie popieraną, tolerowaną bądź zwalczaną. Nie miało to bezpośredniego przełożenia na idee piękna, ale zdecydowanie zaważyło na decyzjach natury etycznej poszczególnych pisarzy i na długo utrwaliło instytucjonalny kształt życia literackiego. Podziały środowiskowe, do których doszło w ostatnich latach istnienia PRL, przetrwały właściwie do dziś.

Jedno szczególnie wydarzenie z tamtych czasów pozostawiło po sobie ślad. Po wprowadzeniu stanu wojennego władze komunistyczne zawiesiły i następnie rozwiązały na decyzji administracyjnej Związek Literatów Polskich kierowany przez bezpartyjnych, prosolidarnościowych pisarzy i w jego miejsce (w roku 1983) powołano pod tą samą nazwą nowy związek, dyspozycyjny wobec tych władz. Większość zasłużonych twórców nie przystąpiła wówczas do nowej organizacji. W 1989 roku utworzyli oni Stowarzyszenie Pisarzy Polskich.

Wielu młodych członków dzisiejszego ZLP może nie znać tej wstydliwej prehistorii. Prawdopodobnie nie zdają sobie również sprawy z tego, że powołanie do życia ich organizacji w nowym wcieleniu w roku 1983 było dziełem Służby Bezpieczeństwa, która najpierw wszechstronnie konsultowała sprawę ze swoimi literackimi "ekspertami", a następnie bardziej lub mniej skutecznie kierowała związkiem przez swoich współpracowników. Z czasem, wraz z pojawianiem się nowych trendów pokoleniowych, konflikty zmieniły podłoże i uległy przeobrażeniom, ale nagle po 20 latach okazało się, że w ZLP wróciło stare.

13 listopada 2008 roku "Gazeta Polska" opublikowała artykuł pióra Juliana Kasprowskiego i Macieja Marosza "Obecne władze Związku Literatów Polskich w aktach IPN". Zdaniem autorów badających dokumenty wszyscy członkowie najwyższych władz szczebla centralnego tegoż związku byli swego czasu uwikłani we współpracę z bezpieką. Wśród wymienionych z nazwiska współpracowników komunistycznych służb znaleźli się Marek Wawrzkiewicz, Krzysztof Gąsiorowski, Jacek Kajtoch, Wacław Sadkowski, Grzegorz Wiśniewski, Andrzej Zaniewski i Leszek Żuliński, a także były członek władz ZLP Aleksander Nawrocki. Wnioski dotyczące ich współpracy z SB ujawniono, bazując głównie na zapisach ewidencyjnych.

W kilka dni później w księgarniach pojawiła się jednak książka Joanny Siedleckiej "Kryptonim >Liryka<. Bezpieka wobec literatów", która prezentuje bogaty materiał dowodowy bardziej lub mniej obciążający większość bohaterów artykułu. Znam wiele z tych dokumentów i mogę tylko potwierdzić, że praca Siedleckiej, choć ma charakter publicystyczny, jest w doborze faktów i nazwisk przyzwoicie wyważona i wiarygodna.

Nie da się w sposób niebudzący wątpliwości orzec, czym zasłużyły się SB osobowe źródła informacji i jakie były motywy współpracy, jeżeli zachowały się tylko zapisy ewidencyjne. Przypadków, gdy poza takim zapisem nie ma innego śladu, jest jednak stosunkowo niewiele. Nawet jeśli teczki współpracowników niszczono, oprócz ewidencji pozostawały dowody w teczkach osób, na które donosili. Rzecz w tym, że najgłośniej zaprzeczają dziś faktom "właściciele" teczek wypełnionych dokumentami. Sprawa Wacława Sadkowskiego, który pozostawił po sobie pięć grubych teczek pracy, jest stosunkowo dobrze znana. Znacznie mniej wiadomo o byłym członku władz ZLP Aleksandrze Nawrockim.

Wbrew rozpowszechnianej wersji o zbieżności nazwisk i braku dowodów teczka pisarza Aleksandra Nawrockiego istnieje. Jest przechowywana pod sygnaturą IPN BU 00200/959. Z materiałów w niej zgromadzonych wynika, że bezpieka uznała red. Nawrockiego za użyteczne źródło informacji znacznie wcześniej, niż można by wnosić z publikacji w "Gazecie Polskiej". Spotkania z nim relacjonowane są w raportach SB od 5 stycznia 1982 r. W pierwszych raportach jest wymieniany z nazwiska jako "kandydat", później jako kontakt operacyjny "AN" i (od 19 sierpnia 1982) "Aleksander". Od 7 listopada 1985 występuje w roli konsultanta o tym samym pseudonimie. Z ewidencji zdjęto "Aleksandra" 31 lipca 1989 r. Oczywiście, pseudonimy mogły mu zostać nadane bez jego wiedzy, trudno jednak wyobrazić sobie, że przez siedem lat się nie zorientował, komu przekazuje informacje.

Aleksander Nawrocki nie pojawia się w książce Joanny Siedleckiej z bardzo prostej przyczyny: jako kontakt operacyjny "AN"/"Aleksander" i następnie konsultant MSW nie występuje w teczkach innych osób. Swoim rozmówcom z ministerstwa "AN" dostarczał przede wszystkim ekspertyzy dotyczące ogólnej sytuacji w środowisku literackim (m.in. na okoliczność reaktywowania ZLP). Tylko sporadycznie wplatał w nie złośliwe uwagi o pisarzach, których nie lubił (głównie o poetach Nowej Fali). Jeśli jednak nadal utrzymuje, że nie współpracował ze służbami specjalnymi PRL, powinien na poparcie swojego stanowiska przedstawić stosowne zaświadczenie z Instytutu Pamięci Narodowej. Miał dużo czasu, by tę sprawę załatwić, jako że od upublicznienia listy Wildsteina, na której znalazło się jego nazwisko, upłynęły cztery lata. Dokładnie to samo można by zalecić innym "pomówionym".

Czytająca publiczność zdążyła przywyknąć do zapachu postkomunistycznego panteonu i wie, że pisarstwo wcale nie musi być "kwestią moralności". Jeden z pionierów studiów teoretycznych w dziedzinie biografistyki, sowiecki historyk literatury Borys Tomaszewski, zauważył już wiele lat temu, że "w dwudziestym wieku pojawił się specjalny typ pisarza z ostentacyjną biografią, pisarza, który wykrzykiwał: >Patrzcie, jaką jestem zuchwałą kanalią. Patrzcie i nie odwracajcie głów, gdyż każdy z was jest równie podły, tyle że wszyscy jesteście tchórzliwi i ukrywacie swoją nikczemność<". Leszek Żuliński najwyraźniej idzie tym samym "estetycznym" tropem, gdy pisze w swoim blogu (http://www.zulinski.pl/strona.php?id=blog): "Zawód agenta jest tak samo stary jak zawód kurwy i jego nagłe demonizowanie to po prostu akt zbiorowej hipokryzji. [.] Trzeba by w ocenach moralnych oddzielić małych, żałosnych kapusiów od świadomych agentów".

Nie sądzę, by dla pisarzy młodszej generacji miały dziś większe znaczenie motywy agenturalnej działalności kolegów. Zasada jest prosta: nie oddaje się władzy ani w ręce świadomych agentów obcej sprawy, ani w ręce tuzinkowych kapusiów. I to z wielu względów, począwszy od pragmatyki finansowej. Żadna z organizacji zrzeszających pisarzy nie jest dziś materialnie samowystarczalna. Każda musi szukać wsparcia instytucji, które posiadają środki na działalność kulturalną. Samo tylko Ministerstwo Kultury przeznaczało w ostatnich latach na projekty realizowane przez SPP i ZLP po około 70 tys. złotych rocznie (w bieżącym roku budżet zmniejszono). Należy się spodziewać, że po wspomnianych publikacjach dotacje sponsorów będą znacznie uważniej monitorowane. Istotny jest bowiem nie tylko sam projekt, na który przeznacza się pieniądze, ale również to, kto je wydatkuje. Choćby z tego powodu utrzymanie dzisiejszego status quo we władzach ZLP może mieć żałosne skutki.

Po ukazaniu się artykułu w "Gazecie Polskiej" niektórzy pisarze zrzeszeni w oddziałach ciechanowskim i rzeszowskim zareagowali spontanicznie, domagając się ustąpienia skompromitowanych kolegów i zwołania nadzwyczajnego zebrania zarządu ZLP. (W kilkanaście dni później do zbuntowanych dołączył oddział katowicki). W odpowiedzi, 2 grudnia, prezydium Zarządu Głównego ZLP wysłało do oddziałów terenowych, Głównej Komisji Rewizyjnej i Głównego Sądu Koleżeńskiego pismo z oświadczeniem, iż opublikowane materiały pochodzą "z całkowicie niewiarygodnych źródeł", przeto nie zamierza "podawać się do dymisji". Znalazło się tam m.in. następujące zdanie: "Obecne prawo nie przewiduje lustracji w odniesieniu do członków i władz stowarzyszeń twórczych, w związku z czym postulaty ww. osób uznać można za przejaw tzw. >dzikiej< lustracji, której nie mamy zamiaru się poddawać ani też dopuścić do jej uprawiania na terenie Związku".

rchiwów, w których figurują i publikowania wyników badań. Innymi słowy, współpracownicy bezpieki będą tak czy inaczej ujawniani. Szczególnie ci, którzy pełnią funkcje publiczne, jako że tacy właśnie mogą się stać obiektem szantażu ze strony zapomnianych znawców ewidencji peerelowskich tajnych służb (w tym również ekspertów rezydujących dziś w Moskwie). Środowiska literackie niewiele, co prawda, wiedzą o sprawach istotnych z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego, niemniej jednak stanowią idealną bazę dla tworzenia agentury wpływu.

Warto zwrócić uwagę na pewien szczegół. Wybory do władz ZLP bieżącej kadencji odbyły się pod koniec maja 2007 roku, w kilka dni po tym, gdyTrybunał Konstytucyjny zakwestionował projekt lustracji przyjęty przez Sejm i zablokował pracownikom naukowym oraz dziennikarzom dostęp do archiwów IPN. Ani Wacław Sadkowski, ani Leszek Żuliński, co do których nie ma cienia wątpliwości, że aktywnie współpracowali z SB, bo zachowały się ich teczki pracy, nie byli członkami władz ubiegłej kadencji. Jestem przekonany, że gdyby do owej blokady nie doszło, nie odważyliby się kandydować. Bo skąd mogli mieć pewność, że kompromitujące ich dokumenty nie ujrzą lada dzień światła dziennego. Najwyraźniej mieli pecha, gdyż po kilku miesiącach archiwa ponownie zostały otwarte. Może więc ich przygoda stanie się przestrogą dla innych wychowanków generała Majchrowskiego, spragnionych "rządu dusz".

Pod naciskiem oddziałów terenowych prezydium Zarządu Głównego ZLP postanowiło w końcu zwołać zebranie zarządu w pełnym (33-osobowym?) składzie z udziałem prezesów poszczególnych oddziałów. 20 lutego doszło do spotkania, które wszakże okazało się tylko swego rodzaju sondażem opinii. Nie wszyscy zbuntowani i przy tym uprawnieni do głosowania członkowie związku mogli przybyć (zabrakło Teresy Kaczorowskiej z Ciechanowa i Marcina Hałasia z Katowic). Pomimo iż ideę rozliczenia władz poparli prezesi oddziałów krakowskiego, poznańskiego, bydgoskiego, gorzowskiego i szczecińskiego, wszystko zostało po staremu. Według Wiesława Zielińskiego z Rzeszowa, który na znak protestu oficjalnie wystąpił już ze związku, jedynie wiceprezes Andrzej Zaniewski zachował się w sposób godny. Przyznał się do współpracy i zadeklarował gotowość ustąpienia z władz związkowych, jeśli uczynią to samo inni koledzy. Do współpracy przyznał się już wcześniej Leszek Żuliński, ale podczas zebrania utrzymywał podobno, że donosząc, zrobił więcej dobrego niż złego. Inni zaprzeczali faktom bądź mętnie wyjaśniali swoje kontakty z bezpieką, a prezes Wawrzkiewicz usiłował przekonać zebranych, że w czasach PRL "ludzie donosili na innych, bo musieli to czynić" (cyt. za listem p. Zielińskiego do prezydium ZG ZLP z 21.02.2009 r.).

Marek Wawrzkiewicz się myli. Nikt nie musiał donosić i nie wszyscy członkowie związku, któremu prezesuje, godzili się na współpracę z SB. Bohdana Urbankowskiego bezpieka rozpracowywała jako "figuranta" (Kwestionariusz Ewidencyjny nr 7414 krypt. "Romantyk", mikrofilm IPN BU 01222/314 ). Jerzy Niemczuk pozostaje do dziś (przynajmniej oficjalnie) członkiem ZLP, ale kiedy w roku 1981 zaproponowano mu współpracę, zdecydowanie odmówił. W jego teczce zachował się następujący zapis funkcjonariusza SB: "W celu podtrzymania dialogu wysunąłem propozycję spotkania za kilka dni w innym, neutralnym miejscu. Ta oferta spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem. J. Niemczuk oświadczył kategorycznie, że >delatorem< nie będzie. Motywował swoje stanowisko tym, że jako twórca musi być swobodny, nie zamierza wiązać się z nikim, a tym bardziej ze Służbą Bezpieczeństwa" (notatka służbowa z 15.12.1981 r., mikrofilm IPN BU 001134/659).

A więc zanosi się na to, że ze Związku Literatów Polskich odejdą odważni i uczciwi, a pozostaną w nim tylko bezwolni, tudzież prominentni konfidenci peerelowskich służb, którzy od tej pory będą mogli do woli donosić na siebie. I nikt już nie odbierze im władzy. Bo któż mógłby to uczynić, skoro okazuje się, że w 20 lat po upadku komunizmu pieczę nad umysłami większości ludzi pióra zrzeszonych w ZLP sprawuje komunistyczna Służba Bezpieczeństwa.

Tadeusz Witkowski
Autor jest doktorem nauk humanistycznych, badaczem akt z archiwów IPN oraz byłym członkiem komisji weryfikacyjnej do spraw Wojskowych Służb Informacyjnych

Artykuł ukazał się w Rzeczpospolitej 06-03-2009

08.03.2009 r.
RODAKpress
http://www.rodaknet.com/rp_witkowski_21.htm

Przedruk ze strony http://www.rodaknet.com/  Aleksander Szumański

NOTA BIOGRAFICZNA TADEUSZA WITKOWSKIEGO http://www.rodaknet.com/rp_witkowski.htm

Tadeusz Witkowski studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim oraz slawistykę
i technologię informacji na Uniwersytecie Michigańskim w Ann Arbor, USA. W latach siedemdziesiątych był doktorantem Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Represjonowany przez władze komunistyczne za udział w protestach przeciwko projektowi wprowadzenia do konstytucji określenia o sojuszu ze Związkiem Radzieckim (1975), internowany w czasie stanu wojennego, opuścił Polskę wraz z rodziną w 1983 roku.

Po uzyskaniu stopnia doktora nauk humanistycznych (Ph.D.) w dziedzinie języków i literatur słowiańskich (1989) pracował jako instruktor języka polskiego w University of Michigan
w Ann Arbor i w Saint Mary's College w Orchard Lake. W latach osiemdziesiątych był członkiem Rady Północnoamerykańskiego Studium Spraw Polskich i redaktorem angielskojęzycznego kwartalnika "Studium Papers" a od połowy lat dziewięćdziesiątych redaktorem naczelnym rocznika "Periphery: Journal of Polish Affairs".

Dr Witkowski jest autorem rozprawy na temat nurtów moralistycznych w powojennej poezji polskiej i ponad stu artykułów o charakterze krytycznoliterackim bądź publicystycznym, tudzież opracowań, komentarzy politycznych, wywiadów i recenzji opublikowanych
w książkach zbiorowych oraz w pismach literackich i społeczno-kulturalnych w Polsce
i w Stanach Zjednoczonych. Obecnie pracuje nad własnym projektem badawczym w oparciu o materiały archiwalne Instytutu Pamięci Narodowej.

Autor jest doktorem nauk humanistycznych, badaczem akt z archiwów IPN oraz byłym członkiem komisji weryfikacyjnej do spraw Wojskowych Służb Informacyjnych

 

 

 

 

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 
Copyright © 2019 . All rights reserved