20.01.2018.
Start arrow Poezja arrow NIE TYLKO WE LWOWIE CZERWONY PAŹDZIERNIK
NIE TYLKO WE LWOWIE CZERWONY PAŹDZIERNIK Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 3
KiepskiŚwietny 
Autor: Aleksander Szumanski   
28.12.2017.
Znalezione obrazy dla zapytania CZERWONY PAŹDZIERNIK

TYTUŁ KSIĄŻKI "NIE TYLKO WE LWOWIE CZERWONY PAŹDZIERNIK".

 

1/ NIE TYLKO WE LWOWIE CZERWONY PAŹDZIERNIK

 

Czerwony październik usiłował wyważyć otwarte drzwi wiodące do Europy. Wcześniej jednak u siebie rozpoczął masowe mordy "wrogów ludu", niszczenie świątyń, wiernych i duchowieństwa, upatrując w nich największego zagrożenia, największych "wrogów czerwonej gwiazdy". Wizerunek tych rewolucyjnych działań i nowego porządku obrazuje precyzyjnie Antoni Ferdynand Ossendowski w swojej książce "Lenin". Oto fragmenty owych poczynań z udziałem samego Włodzimierza Uljanowa Lenina:

 

"(...)" Antychryst przyszedł i państwo na ziemi zakłada. Ów Antychryst posiada dwa oblicza: jedno Lenina, drugie Trockiego. Boże zmiłuj się ! Boże zmiłuj się nad nami ! - wzdychali chłopi.

Towarzysze włościanie! Ci ludzie są zakładnikami i będą rozstrzelani, jeżeli nie wydacie swoich sąsiadów. Jak to! wrzasnął dowódca oddziału - nie wiecie, że własność prywatna została zniesiona na zawsze? Wszystko jest wspólne. Będę liczył do trzech. Powiadajcie kto z was brał udział w bitwie? Raz.. dwa, liczył przejezdny komisarz wyjmując z pochwy rewolwer. Trzy ! Stojący przy zakładnikach agent "czeki" przyłożył lufę rewolweru do ucha włościanina i wystrzelił. Chłop z roztrzaskaną głową runął na ziemię.

- Jacyś ludzie bili kogoś, wlokąc go po kamieniach bruku i co chwila wybuchając bezmyślnym śmiechem. Głowa bitego człowieka tłukła się i podskakiwała na kamieniach, a za nią ciągnął się krwawy ślad. Niech żyje socjalna rewolucja ! - krzyknął Lenin - niech żyje władza Rad, robotników, żołnierzy, wieśniaków ! Ho! Ho! Ho! - odpowiedział mu tłum i biegł dalej znęcając się nad zabitym.

Lenin odprowadzał oddalających się morderców dobrotliwym wejrzeniem czarnych oczu. Zachodzące słońce zapaliło ognie i blaski na złotym krzyżu godle męki. Lenin przyjrzał się mu zmrużonymi oczami i rzekł: - no i cóż ? Gdzież potęga Twoja i Twoja nauka miłości ? Milczysz i nie sprzeciwiasz się ? I będziesz milczał, bo my zatwierdzamy prawdę !

Codziennie rozstrzeliwano ludzi bez sądu, dopuszczano się prowokacji, wyłudzano pieniądze za zwolnienie z więzienia, bito aresztowanych, znęcano się w taki sposób, o jakim w najbardziej ponurych czasach caratu nie słyszano nigdy.

"W Boga i Syna Bożego wierzysz?"

Boga nie znam, a Jezusa z Nazarei poważam, bo strachu napędził możnym i nieprawym - odparł Lenin.

Dlatego to się dzieje, że każdy człowiek jest Synem Bożym, bratem Chrystusowym. - i Zbawicielem, do którego modły zanoszą ludzie ciemni, ulegli namowom popów! - dodał Lenin ze złym uśmiechem.O, ja będę sądził bez litości, bez żalu,karał całą potęgą nienawiści.

- Towarzysze! Zajrzyjmy w oczy ciemiężców naszych!

 - Do katedry!

Lenin wkroczył do kościoła w czapce, a za nim szli komisarze, fińscy strzelcy i żołnierze i nikt nie obnażał głowy.

Tłum skamieniał i ze zgrozą patrzył na bezbożników. Otwarły się złote podwoje "bramy cesarskiej" w wielkim ołtarzu i duchowieństwo w rytualnych szatach, z krzyżami w rękach i ewangelią, niesioną na głowie przez opasłego arcydiakona, wyszło na spotkanie nowych władców stolicy.

Albowiem rzekł Chrystus, Zbawiciel nasz: "każda władza od Boga jest." - zaczął proboszcz katedralny przemówienie swoje, ze zgorszeniem i strachem patrząc na małego barczystego człowieka w robotniczej czapce, spod daszka, której pytająco i przenikliwie błyskały zmrużone oczy mongolskie. - Dość tej komedii! - dobitnie rzekł Lenin. 

-Władza pracujących nie jest od żadnego z istniejących bogów, tylko - od warsztatów i pługów, z potu i krwi! Dość tego! Nie znamy waszych bajek o bogach.

Nie potrzebujemy tego opium, tego haszyszu, krępującego wolę ludu! Bogów nie ma ani w niebie, ani na ziemi! Nigdzie! Nigdzie!

Duchowieństwo w lęku cofać się zaczęło; jeden z popów, zakasawszy ciężką szatę, biegł, plącząc się w jej połach. Lenin wybuchnął śmiechem, a za nim komisarze, żołnierze i tłum, przed chwilą zgorszony i strwożony.

Ta zmiana nastroju nie uszła uwagi Lenina, więc zwracając się do popów zawołał: - gdyby wasz Bóg istniał, to i wtedy odstąpiłby od was - służalców carskich, pasibrzuchów, pijaków, rozpustników, ciemiężycieli pracującego ludu.

Lecz nie ma Go nigdzie! Pokarałby mnie za słowa moje, a tymczasem widzicie? Cofacie się i uchodzicie, usłyszawszy prawdę!

Lenin spostrzegł, że ten i ów z tłumu wcisnął czapkę na głowę, a stojąca w pobliżu kobieta, zamierzająca zrobić znak krzyża, nagle opuściła rękę i uśmiechnęła się zagadkowo.

Otoczony eskortą i komisarzami Lenin poszedł dalej.

Wzdłuż ścian ciągnęły się grobowce carów i ich małżonek. Biały i różowy marmur , korony, krótkie złocone napisy. Zatrzymał się przy jednym grobowcu i uderzył weń kolbą karabinu..

Żołnierze i tłum rzucili się do rozbijania pobliskich grobowców, wywlekali trumny z zabalsamowanymi resztkami dawnych władców, otwierali je, zrywali złote przedmioty, drogie tkaniny i wlekli sztywne, zabalsamowane zwłoki po posadzce, śmiejąc się, krzycząc i dopuszczając się sprośnych, bezwstydnych żartów.

Wrzućcie te lalki do Newy! - poradził Lenin, dobrotliwie patrząc na rozzuchwalony, rozbawiony tłum, niby ojciec na dzieci swawolne. Wyciągnięto ciała i trumny na plac i wleczono dalej, aż do murów; wśród gwizdu, wycia, krzyku i śmiechu strącono wszystko do rzeki.

Tłum z wesołymi okrzykami powracał do katedry, lecz baczny na wszystko Lenin zjawił się na krużganku. Twarz mu się śmiała. Wołał , wyciągając ręce do biegnących ku niemu ludzi.

Wyrzuciliście te niepotrzebne śmieci, te relikwie burżuazji! Pokazaliście całemu światu, co myślicie o koronowanych katach. Był niezmiernie szczęśliwy.

Dziś pierwszego zaraz dnia zrozumiał, że jest stworzony na wodza ludu. Wiedział do jakiego celu poprowadzi te masy ślepe w nienawiści; miał wolę nieugiętą, aby czynić to; dziś przekonał się, że potrafi wolę swoją narzucić. Wyniosły go na szczyt fali siły żywiołowe, nie będzie się im opierał, jednak ulegając potędze mas, część tej potęgi skieruje w łożysko przez siebie przygotowane.

Na  placu dobijano jeszcze ostatnich obrońców rządu tymczasowego, gdy Lenin wchodzil już do Pałacu Zimowego.

Żólnierze, robotnicy, złodzieje, bandyci, wypuszczeni przez powstańców z więzień kryminalnych, żebracy, zapominający nagle o swoim kalectwie, służba pałacowa, dozorcy z sąsiednich domów, prostytutki, wyrobnice i nawet dzieci; tłumy wyjących i ryczących, śmiejących się obłędnie ludzi przebiegały nieskończone amfilady wspaniałych sal o wybitych kulami oknach i odłupanych gzymsach marmurowych sufitów.

Pijany chłop, otoczony gromadką roześmianych kobiet stał przed olbrzymim zwierciadłem w rzeźbionej, złoconej ramie. Przeglądał sie sobie długo, z poważną twarzą, poprawiając barankową czapkę i gładząc brodę.

Po chwili przyszła mu do głowy myśl wesoła. Zaczął tupać nogami, podśpiewywać i nagle puścił sie w tan, przysiadając i bijąc hołupce. Podsunął się tak blisko do lustra, że otarł się o szklaną taflę rękawem kożucha. Rozgniewało go to. Przystanął i złymi oczami przyglądał się chwilę, a później  rzygnął potokiem zgniłych przekleństw i z całej siły kopnął szkło nogą. Rozprysnęło się w kawały, rozsypało się z brzękiem. Tłum zaryczał, wybuchnął śmiechem i wyciem.

Rzucono się do niszczenia.

Rozbijano lustra, wazy rzeźbione, zrywano ze ścian obrazy i deptano nogami; kilku wyrostków, połamawszy krzesło, trzaskało odłamkami drzewa w żyrandol wenecki, zasłaniając twarze i głowy przed sypiącymi się kawałkami barwnego szkła i lampek elektrycznych;kobiety zdzierały draperie, szarpały obicia kanap, zdzierały jedwabne tkaniny, okrywające ściany.

- Grabcie, brachy, zagrabione! - wrzeszczał blady robotnik bagnetem dziobiąc posążek amora z malachitu.

Trzask niszczonych mebli, łoskot zrzucanych obrazów, w kamieniu rzeźbionych wazonów, posągów, zegarów z brązu łączyły się z krzykiem i przekleństwami rabusiów, wszczynających kłotnie i bijatykę o zdobycz.

Żołnierze strzelali do pięknych głowic marmurowych, selenitowych i malachitowych, bili kolbami w zwierciadła i obrazy, w kamienne blaty stołów, w połyskujące emalią i mozajką szafki, biurka, bagnetami rozpruwali kobierce, makaty chińskie, japońskie, tureckie, strącali na posadzkę porrety w ciężkich ramach złotych, uwieńczonych koronami cesarskimi.

W małym gabineciku wisiał samotny portret Aleksandra III.

Tłum wbiegłszy, stanął, zdjęty przerażeniem.

Z mroku spoglądało ciężkie, nieruchome oblicze cara.

Zimne, niebieskie oczy zdawało się, żyły.

W czarnym mundurze z samotnym, białym Krzyżykiem Świętego Jerzego na piersi, na którą spadała długa szeroka broda, car stał z ręką w zanadrzu i patrzył surowo, przenikliwie.

- Alekander Aleksandrowicz, imperator...- rozległ się głos, w którym brzmiał strach. Srogi był car...Aleksander III, ojciec Mikołajki...

- Kat. Morderca chłopów i robotników...Tyran! - krzyknęli inni.

- Bić go!

- Zwleczono portret ze ściany, połamano ramy. Dziesiątki rąk chwytały płółno malowidła, wpijały weń palce, drapały, łamiąc i wykręcając sobie paznokcie, aż krew zaczęła plamić blade oblicze cara.

Rozwścieczona tym stara baba, owinięta w jedwabną kotarę, zrabowaną przed chwilą, skoczyła obydwiema nogami i przerwała płótno. Ze zgrzytem odrywały się twarde pasma portretu. Pozostał tylko skrawek z kawałkiem czoła i jednym surowym przenikliwie połyskującym okiem.

Patrzysz jeszcze na nas? Grozisz?! - piskliwym, wścieklym głosem krzyknął stary robotnik z karabinem na ramieniu.

- Tyś mnie posłał na Sybir, kacie, wypiłeś całe moje zdrowie, moją krew. Ja ci się odwdzięczę...Czekaj! Czekaj!

Szerokim ruchem odsunął tłum i zaczął odpinać rzemyk, podtrzymujący spodnie. Obnażył się i usiadł nad portretem, bezmyślny, ciemny jak noc.

Tłum ryczał, wybuchając śmiechem. żartami wykrzykując sprośne słowa.

- Lenin! Lenin przemawia! Spieszcie się towarzysze! - doniosły się głośne nawoływania biegnacych przez sąsiednią salę ludzi.

- Lenin przemawia! Lenin! - powtarzał tłum.

Wybiegli wszyscy, pracując łokciami i pięściami, przeklinając i wrzeszcząc oszalałymi,ochrypłymi głosami.

Na zmiętym kobiercu wśród drzazg połamanych ram i kawałków złocenia pozostały skrawki cesarskiego portretu, znieważonego tym, czym tylko mogła bluznąć ślepa i dzika zemsta niewolnika.

W ogromnej sali malachitowej, zapełnionej dymem cuchnącej machorki, zaśmieconej łupinami ziaren słonecznikowych, zawzięcie gryzionych przez zwycięzców, na stole stał, górując nad tłumem, barczysty Lenin. Miał na sobie rozpięte palto, miotał się na wszydtkie strony, wymachiwał rękami i bił słowaami niby młotem w twardy kamień niepodatny.

- Towarzysze, bracia! - krzyczał mrużąc oczy. Towarzysze, bracia! Zwyciężyliście w stolicy. Pracujący proletariat całego świata nie zapomni nigdy waszej odwagi i porywu! Założycie teraz nowe państwo. Państwo proletariatu!. Musi się ono stać maszyną do zgniecenia wszystkich wrogów waszych...Jeszcze długo będzie trwała walka. Nie cofajcie się, pamiętajcie, że w tej chwili towarzysze wasi zdobywają Moskwę, a inni przelewają krew we wszystkich miastach Rosji. Zwycięstwo należy do was, towarzysze! Wy, tylko wy będziecie rządzić, sądzić i korzystać z bogactw kraju! Nie ma więcej praw krępujących wolność robotników, żołnierzy i wieśniaków! Nie ma przywilejów! Precz z wojną!

Grzmiące okrzyki, ryk i wycie przerwały mowę Lenina. On stał niewzruszony i bacznie jak czujny zwierz patrzył, słuchał i mrużąc oczy, swoim instynktem wchłaniał ukryte, niewyrywające się na zewnątrz myśli i żądze tego tłumu. Podniósł rękę i uciszył zebranych.

Fabryki, banki, koleje, statki wezmą robotnicy i będą odtąd kierowali wszystkim!

Lenin! Niech żyje Lenin! - targnęły powietrzem burzliwe okrzyki, brzmiące radością i zachwytem(...).

 

(...)Do gabinetu weszła Helena. Miała bladą wzburzoną twarz, usta jej drżały, w oczach migotały iskry gniewu. Przychodzę do pana ze skargą! - zawołała bez powitania.

Co się stało! - zapytał Lenin, uśmiechając się ironicznie.

Byłam w cerkwi ze swoimi wychowańcami. Ach! To wprost straszne! Wierzyć się nie chce!

Raptem wdzierają się żołnierze czeki, zaczynają wypędzać modlących się, szukających ukojenia i pocieszenia.

Proszę pomyśleć, że teraz Boże Narodzenie! Żołnierze biją ludzi, bluźnią straszliwie, strącają ze ścian obrazy, wyłamują podwoje prowadzące do ołtarza, zwlekają z jego stopni biskupa, znęcają się nad nim, a później strzelają do obrazów i krzyży.To straszne! To może wywołać wybuch oburzenia ludu, wojnę domową!

A czy lud się sprzeciwiał, odgrażał, wszczynał bunt? - spytał Lenin.

- Nie! W popłochu uciekał, tłocząc się i w ścisku walcząc ze sobą na pięści - odparła na to wspomnienie wzdrygając się cała.

No widzi pani, że wszystko idzie jak najlepiej! - zauważył ze śmiechem.

Ależ były dokonane rzeczy straszne, bluźniercze, świętokradzkie! Wybuchła. I wszystko pod płaszczykiem rozkazów Lenina! Po cóż pani mówi w imieniu

 Boga? Czy Bóg się bardzo gniewał? Czy grzmiał? Czy pokarał żołnierzy "czeki"? Pani milczy?

Więc znaczy nie gniewał się i nie karał? Wyśmienicie! Dlaczego jest pani tak oburzona."?(...)".

 

- Tyle we fragmentach "Lenin". A potem? Wojna sowiecko - polska. Nie sposób pisać o czerwonej okupacji Polski do 1989 roku bez kontekstu lat po I Wojnie Światowej, z przerwą na dwudziestolecie międzywojenne.

Wojnę sowiecko - polską rozpoczęła agresja Rosji Sowieckiej na Polskę, która była przecież tym korytarzem wiodącym do bolszewickiego podboju Europy. Wojna zaczęła się już na początku 1918 roku, aby rozszerzyć rewolucję bolszewicką w Europie. O wojnie zadecydowało Biuro Polityczne partii bolszewickiej - Włodzimierz Lenin, Józef Stalin, Lew Trocki, Lew Kamieniew. Istniała jedyna droga aby swój cel osiągnęli; droga na Berlin i połączenie sił sowieckich z potęgą niemieckiego proletariatu i uprzemysłowionej gospodarki.

A właśnie Polska stanęła w tych zdawałoby się otwartych drzwiach do Europy. Polskę, stanowiącą przedmurze chrześcijaństwa, siły rewolucji bolszewickiej zamierzały zmienić na przedmurze mongolskie, zaprowadzić swoje komunistyczne porządki. Już w listopadzie 1918 roku Józef Stalin drogę do Europy określił jako biegnącą przez "polskie przepierzenie", które miała Armia Czerwona sforsować za jednym zamachem.

Profesor Andrzej Nowak uważa w "Dziedzictwie roku 1920" -/"Nasz Dziennik" 13 - 15 sierpnia 2011 /, iż należy postawić pytania:

O co walczyło Wojsko Polskie? O utrwalenie odzyskanej po wieku rozbiorów niepodległości i o granice. Ale granice czego? Czy tylko granice Polski?

Czy czegoś więcej w rezultacie? Granice ideologicznej pychy komunizmu? Granice wolności mniejszych, położonych między Rosją, a Niemcami, narodów? Granice Europy? Jakiej Europy? Odpowiedź na te pytania stała się najbardziej dramatyczna wiosną i latem 1920 roku.

Wojna sowiecko-polska weszła wtedy w decydującą fazę.

Armia Czerwona szykowała od stycznia potężne uderzenie , które miało w maju rozbić Wojsko Polskie na froncie białoruskim. Naczelnik państwa Józef Piłsudski chciał uprzedzić to uderzenie i podjąć próbę realizacji najambitniejszego zadania. Pragnął utrwalić niepodległość Polski poprzez ostateczne rozbicie imperialnego więzienia narodów na wschód od niej. Uzyskanie niepodległości przez Ukrainę miało zabezpieczyć nie tylko Polskę, ale także pozwolić na wolny rozwój mniejszych narodów od Kaukazu do Bałtyku. Tego celu nie udało się jednak w pełni osiągnąć. Żywioł niepodległościowy na Ukrainie okazał się zbyt słaby, a i siły Polski nie wystarczające do prowadzenia samotnej walki o przyszłość całej Europy Wschodniej nie tylko przeciw Rosji Sowieckiej, ale także wbrew stanowisku głównych mocarstw zachodnich ( Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych ), które przyzwyczaiły się widzieć na tym obszarze jeden czynnik siły: Rosję. Wielka Brytania w szczególności chciała się wówczas porozumieć z Moskwą nawet z "czerwoną", Moskwą, jako jedynym na wschód od Niemiec istotnym partnerem w układaniu nowego ładu Europy po wielkiej wojnie. Brytyjski premier David Lloyd George dążył od kwietnia 1929 roku do bezpośredniego porozumienia z Leninem, jako rzeczywistym gospodarzem nie tylko Rosji, ale także patronem owego nowego ładu w Europie Wschodniej. Polska niepodległa polityka, uwzględniająca istnienie innych, mniejszych państw na tym obszarze, a także zwracająca uwagę na ideologiczny charakter sowieckiego niebezpieczeństwa dla całej Europy - była w tej perspektywie także tylko przeszkodą.

Jednak w miarę odzyskiwania militarnej inicjatywy w wojnie z Polską i postępów Armii Czerwonej na zachód korciło Lenina rzucenie rękawicy całemu systemowi wersalskiemu w Europie. Front Zachodni Michaiła Tuchaczewskiego miał ruszyć „przez trupa białej Polski” na Berlin. Nie tylko Polska miała być zsowietyzowana.

 

Skalę ambicji bolszewickiego kierownictwa latem 1920 roku oddaje najpełniej wymiana depesz między Leninem a Stalinem ( który bezpośrednio nadzorował wówczas natarcie Armii Czerwonej na Lwów ). 23 lipca Lenin pisał do Stalina: „Uważam ,że należałoby w tej chwili pobudzić rewolucję we Włoszech. Uważam osobiście, że należy w tym celu sowietyzować Węgry, a być może także  Czechy i Rumunię”.

Stalin, który obiecywał w ciągu tygodnia zająć Lwów, następnego dnia odpowiedział: "Teraz kiedy mamy Komintern, pokonaną Polskę i mniej, czy bardziej przyzwoitą Armię Czerwoną (…) byłoby grzechem nie pobudzić rewolucji we Włoszech. (…).

Należy postawić kwestię organizacji powstania we Włoszech i w takich jeszcze nieokrzepłych państwach jak Węgry, Czechy, (Rumunię przyjdzie rozbić) (…). Najkrócej mówiąc trzeba podnieść kotwicę  i puścić się w drogę, póki imperializm nie zdążył jako tako podreperować swojej rozwalającej się fury".

Stalin, zanim ruszył pod Lwów, zdążył już zająć się opracowaniem teoretyczno – ustrojowych rozwiązań, aby poszerzyć sowieckie imperium. We wcześniejszym liście do Lenina zwracał uwagę, że przyszłe sowieckie Niemcy, sowiecka Polska, Węgry, czy Finlandia nie powinny być od razu przyłączone do sowieckiej Rosji na takiej samej federacyjnej zasadzie jak Baszkiria, czy Ukraina, ale zasługują na wprowadzenie dla nich zasady konfederacji, czasowo honorującej tradycje ich odrębności państwowe. Trocki z kolei nalegał   17 lipca na zwiększoną agitację wśród polskich robotników i chłopów w celu zaszczepiania  w ich świadomości nowych bohaterów narodowych których dotąd nie znali - „towarzyszy Dzierżyńskiego, Marchlewskiego, Radka, Unszlichta i in. Oni to mieli zastąpić Piłsudskiego, Dmowskiego, Witosa, czy Paderewskiego w nowej Polsce.

Próba sowietyzacji Polski rozbiła się o to, co Richard Pipes nazwał europejskim nacjonalizmem, a co tak korzystnie odróżniło sytuację Polski od anomii społecznej, na której bolszewicy zbudowali swój sukces w Rosji, na Ukrainie, czy Białorusi

Nie było już mowy przez następnych dwadzieścia lat – o sowieckiej Czechosłowacji na terenie kolonii, natomiast wykluczone zostało na długie lata bezpośrednie angażowanie militarne państwa sowieckiego w eksporcie rewolucji. W każdym razie na terenie Europy. System wersalski został na 20 lat ocalony w Bitwie Warszawskiej, a później niemeńskiej.  Wraz z nim ocalała szansa niepodległego rozwoju Europy Środkowo – Wschodniej. Przynajmniej jej części i przynajmniej na pewien czas. Cena nie była mała.

Blisko sto tysięcy poległych i zmarłych w tej wojnie żołnierzy, młodych ochotników, których symbolem stali się akademicy warszawscy  walczący pod Radzyminem pod duchowym przywództwem  księdza Ignacego Skorupki, akademicy lwowscy - Orlęta Lwowsskie  z polskich Termopil – Zadwórnej, ochotniczki broniące bohatersko Płocka i Włocławka. Polscy jeńcy którzy nigdy nie wrócili z sowieckiej niewoli.

Tak oto Polska ocaliła siebie i Europę przed klęską „Widma krążącego po Europie, widma komunizmu”, deklaracji programowej Związku Komunistów (niemieckiej partii komunistycznej) napisanej przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa na przełomie lat 1847 i 1848 i ogłoszona w lutym 1848 w Londynie.

Kierowana z zagranicy działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN ) w okresie międzywojennym polegała na aktach terrorystycznych , dywersyjnych i sabotażowych skierowanych przeciwko polskiej władzy. Zamordowany został m.in. poseł Tadeusz Hołówko, minister Bronisław Pieracki i szereg policjantów.

Z rąk Romana Szuchewycza / "Tarasa Czuprynki" / zginął kurator szkolny Stanisław Sobiński. OUN posiadała na terenie Polski swoje laboratoria chemiczne w których produkowano bomby i posiadała składy broni, prowadziła na szeroką skalę akcje sabotażowe - jej członkowie podpalali folwarki, niszczyli zboże, linie telefoniczne i telegraficzne. Celem zdobycia pieniędzy dokonywali napadów rabunkowych na urzędy i ambulanse pocztowe, a nawet na pojedynczych listonoszy. Obok tego dokonywane były zabójstwa również Ukraińców, którzy lojalnie wykonywali obowiązki wobec państwa polskiego. Z rąk ukraińskich zginął poeta ukraiński Sydir Twerdochlib, dyrektor gimnazjum ukraińskiego we Lwowie - Iwan Babij, dyrektor seminarium nauczycielskiego w Przemyślu - Sofron Matwijas, ginęli wójtowie ukraińscy.

17 września 1939 roku w porozumieniu z Hitlerem Armia Czerwona wtargnęła do Polski.

Do opanowania Polski potrzebny więc był wrogi Polsce układ i tak doszło do czwartego jej rozbioru.

Czerwoną okupację Polski rozpoczęto od mordów. Wiadomo bowiem, iż zgładzenie inteligencji - mózgu narodu pozbawia naród siły przywódczej.

W środowisku polskich historyków panuje opinia, że z dniem 17 września 1939 r. kampania wrześniowa została ostatecznie przegrana. Trudno się z tym nie zgodzić. Do agresora z zachodu, dysponującego prawie 2 milionami żołnierzy, 10 tys. dział, 2800 tys. czołgów oraz 2 tys. samolotów, dołączył nieprzyjaciel, który rzucił do walki ponad 300 tys. żołnierzy, 4 tys. dział, 5 tys. czołgów oraz tysiąc samolotów.

Wojsko Polskie, poważnie osłabione walkami na zachodzie nie miało fizycznych szans powstrzymania takiej siły. Lecz czy rzeczywiście tak było? Czy na wschodzie naprawdę nie było wojsk, mogących jeżeli nie powstrzymać, to chociaż stawić twardy opór Armii Czerwonej?

 

"Długośmy na ten dzień czekali, z nadzieją niecierpliwą w duszy, kiedy bez słów towarzysz Stalin na mapie fajką strzałki ruszy..."

 

Tysiąckilometrowa granica Rzeczypospolitej ze Związkiem Radzieckim, wyznaczona w 1921 roku na mocy postanowień pokojowych w Rydze, niemal cały czas zwracała uwagę polskich władz oraz dowództwa armii. Obronę jej powierzono, utworzonemu w 1924 roku Korpusowi Ochrony Pogranicza (KOP), który skupiał się na walce z "rajdami" i dywersją małych sowieckich oddziałów, przekraczających granice, zwykle w celu porywania i mordowania przedstawicieli polskich władz oraz podpalania wiosek czy posterunków granicznych. Dopiero podpisanie między dwoma państwami w 1932 roku paktu o nieagresji oraz protokołu

"o dobrosąsiedzkich stosunkach" w listopadzie 1938 roku unormowało sytuację.

Uległa jednak ona gwałtownemu pogorszeniu pod koniec sierpnia następnego roku, kiedy to III Rzesza oraz Związek Radziecki ku zaskoczeniu całego świata podpisały pakt o nieagresji, nazwany od nazwisk sygnatariuszy Paktem Ribbentrop-Mołotow. Stanowiło to kres francusko-angielskich zabiegów o pozyskanie do koalicji antyniemieckiej Związku Radzieckiego i w zasadzie przesądziło o wybuchu wojny. Tajna klauzula jaką zawierała owa umowa określała podział stref wpływów obydwu państw w Europie Środkowej i Wschodniej. W radzieckiej strefie interesów znalazły się Finlandia, Estonia oraz Łotwa, a także pośrednio Rumunia i Polska.

Niemcy zaakceptowały pretensje Sowietów do Besarabii i Północnej Bukowiny - części Rumunii, które przed I Wojną Światową znajdowały się w granicach Cesarstwa Rosyjskiego. W Polsce granice radzieckich interesów stanowiły rzeki Wisła, Narew i San. Niemcy zadowolili się terenami zachodniej części Rzeczypospolitej oraz wpływami na Litwie.

Znaczenie paktu oraz zagrożenie jaki ze sobą niósł zostało przez Polskę zignorowane. Minister spraw zagranicznych Józef Beck nie mógł uwierzyć, że dwaj najzagorzalsi wrogowie gotowi są porozumieć się w jakiejkolwiek politycznej kwestii. Zbagatelizowano fakt, iż tego typu umowy podpisywane są przez państwa mające wspólne granice, a przecież Związek Sowiecki nie graniczył z III Rzeszą. Jeszcze...

Zaledwie cztery miesiące przed napaścią  Stalina i Hitlera na Polskę 5 maja 1939 roku minister spraw zagranicznych RP Józef Beck wygłosił w Sejmie przemówienie o sytuacji międzynarodowej i zawartych sojuszach obronnych. Powiedział wówczas:

„(…) z jednymi państwami kontakt nasz stał się głębszy i łatwiejszy, w innych wypadkach powstały poważne trudności. Biorąc rzeczy chronologicznie, mam tu na myśli w pierwszej linii naszą umowę ze Zjednoczonym Królestwem, z Anglią. Po kilkakrotnych kontaktach w drodze dyplomatycznej które miały na celu określenie zakresu naszych przyszłych stosunków, doszliśmy przy okazji mej wizyty w Londynie do bezpośredniej umowy, opartej o zasady wzajemnej pomocy w razie zagrożenia bezpośredniego lub pośredniego niezależności jednego z naszych państw… formuła umowy znana jest panom w deklaracji premiera Neville Chamberlaina z dn. 6 kwietnia / 1939 r. /, deklaracji, której tekst został uzgodniony i winien być uważany za układ zawarty miedzy obydwoma Rządami.

Uważam za swój obowiązek dodać tu, że sposób i forma wyczerpujących rozmów, przeprowadzonych w Londynie, dodają umowie wartości szczególnej. Pragnąłbym, aby polska opinia publiczna wiedziała, że spotkałem ze strony angielskich mężów stanu nie tylko głębokie zrozumienie ogólnych zagadnień polityki europejskiej, ale taki stosunek do naszego państwa, który pozwolił mi z cała otwartością i zaufaniem przedyskutować wszystkie istotne zagadnienia, bez niedomówień i wątpliwości. Szybkie ustalenie zasady współpracy angielsko - polskiej możliwe było przede wszystkim dlatego, że wyjaśniliśmy sobie wyraźnie, iż tendencje obu Rządów są zgodne w podstawowych zagadnieniach europejskich; na pewno ani Anglia, ani Polska nie żywią zamiarów agresywnych w stosunku do nikogo, lecz również stanowczo stoją na gruncie respektu dla pewnych podstawowych zasad w życiu międzynarodowym.

Równoległe deklaracje kierowników politycznych strony francuskiej stwierdzają, że jesteśmy zgodni między Paryżem, a Warszawą co do tego, że skuteczność działania naszego obronnego układu nie tylko nie może być osłabiona przez zmianę koniunktury międzynarodowej, lecz przeciwnie, że układ ten stanowić powinien jeden z najistotniejszych czynników w strukturze politycznej Europy.

Porozumienie polsko - angielskie przyjął pan kanclerz Rzeszy Niemieckiej za pretekst do jednostronnego uznania za nieistniejący układu, który pan Kanclerz Rzeszy zawarł z nami w roku 1934. Zanim przejdę do dzisiejszego stadium tej sprawy, pozwolą mi panowie na krótki rys historyczny. Fakt, że miałem zaszczyt brać czynny udział w zawarciu i wykonaniu tego układu, nakłada na mnie obowiązek jego analizy. Układ z 1934 r. był wydarzeniem wielkiej miary.

Była to próba dania jakiegoś lepszego biegu historii między dwoma wielkimi narodami, próba wyjścia z niezdrowej atmosfery codziennych zgrzytów i szerszych wrogich zamierzeń, w kierunku wzniesienia się ponad narosłe od wieków animozje, w kierunku stworzenia głębokich podstaw wzajemnego poszanowania.

Próba sprzeciwiania się złemu jest zawsze najpiękniejszą możliwością działalności politycznej. Polityka polska w najbardziej krytycznych momentach ostatnich czasów wykazała respekt dla tej zasady. Pod tym kątem widzenia, proszę Panów, zerwanie tego układu nie jest rzeczą mało znaczącą. Natomiast każdy układ jest tyle wart, ile są warte konsekwencje, które z niego wynikają. I jeśli polityka i postępowanie partnera od zasady układu odbiega, to po jego osłabieniu, czy zniknięciu nie mamy powodu nosić żałoby. Układ polsko - niemiecki z 1934 r. był układem o wzajemnym szacunku i dobrym sąsiedztwie, i jako taki wniósł pozytywną wartość do życia naszego państwa, do życia Niemiec i do życia całej Europy. Z chwilą jednak, kiedy ujawniły się tendencje, ażeby interpretować go bądź to jako ograniczenie swobody naszej polityki, bądź to jako motyw do żądania od nas jednostronnych, a niezgodnych z naszymi żywotnymi interesami koncepcji stracił swój prawdziwy charakter. Przejdźmy teraz do sytuacji aktualnej. Rzesza Niemiecka sam fakt porozumienia polsko - angielskiego przyjęła za motyw zerwania układu z 1934 r. Ze strony niemieckiej podnoszono takie, czy inne obiekcje natury jurydycznej. Jurystów pozwolę sobie odesłać do tekstu naszej odpowiedzi na memorandum niemieckie, która  dziś jeszcze będzie Rządowi Niemieckiemu doręczona. Nie chciałbym również zatrzymywać panów dłużej nad dyplomatycznymi formami tego wydarzenia, ale pewna dziedzina ma tu swój specyficzny wyraz. Rząd Rzeszy, jak to wynika z tekstu memorandum niemieckiego, powziął swoją decyzję na podstawie informacji prasowych, nie badając opinii ani Rządu Angielskiego, ani Rządu Polskiego co do charakteru zawartego porozumienia. Trudne to nie było, gdyż bezpośrednio po powrocie z Londynu okazałem gotowość przyjęcia ambasadora Rzeszy, który do dnia dzisiejszego z tej sposobności nie skorzystał. Dlaczego ta okoliczność jest tak ważna? Dla najprościej rozumującego człowieka jest jasne, że nie charakter, cel i ramy układu polsko - angielskiego decydowały, tylko sam fakt, że układ taki został zawarty.

A to znów jest ważne dla oceny intencji polityki Rzeszy, bo jeśli wbrew poprzednim oświadczeniom Rząd Rzeszy interpretował deklarację o nieagresji zawartą z Polską w 1934 r., jako chęć izolacji Polski i uniemożliwienia naszemu państwu normalnej, przyjaznej współpracy z państwami zachodnimi - to interpretacje taką odrzucili byśmy zawsze sami. Wysoka Izbo! Ażeby sytuację należycie ocenić, trzeba przede wszystkim postawić pytanie, o co właściwie chodzi? Bez tego pytania i naszej na nie odpowiedzi nie możemy właściwie ocenić istoty oświadczeń niemieckich w stosunku do spraw Polskę obchodzących. O naszym stosunku do Zachodu mówiłem już poprzednio. Powstaje zagadnienie propozycji niemieckiej co do przyszłości Wolnego Miasta Gdańska, komunikacji Rzeszy z Prusami Wschodnimi przez nasze województwo pomorskie i dodatkowych tematów poruszonych jako sprawy, interesujące wspólnie Polskę i Niemcy. Zbadajmy tedy te zagadnienia po kolei. Jeśli chodzi o Gdańsk, to najpierw kilka uwag ogólnych. Wolne Miasto Gdańsk nie zostało wymyślone w Traktacie Wersalskim. Jest zjawiskiem istniejącym od wielu wieków, i jako wynik, właściwie biorąc, jeśli się czynnik emocjonalny odrzuci, pozytywnego skrzyżowania spraw polskich i niemieckich. Niemieccy kupcy w Gdańsku zapewnili rozwój i dobrobyt tego miasta, dzięki handlowi zamorskiemu Polski.

Nie tylko rozwój, ale i racja bytu tego miasta wynikały z tego, że leży ono u ujścia jedynej wielkiej naszej rzeki, co w przeszłości decydowało, a na głównym szlaku wodnym i kolejowym, łączącym nas dziś z Bałtykiem. To jest prawda, której żadne nowe formuły zatrzeć nie zdołają. Ludność Gdańska jest obecnie w swej dominującej większości niemiecka, jej egzystencja i dobrobyt zależą natomiast od potencjału ekonomicznego Polski.

Jakież z tego wyciągnęliśmy konsekwencje? Staliśmy i stoimy zdecydowanie na platformie interesów naszego morskiego handlu i naszej morskiej polityki w Gdańsku.

Szukając rozwiązań rozsądnych i pojednawczych, świadomie nie usiłowaliśmy wywierać żadnego nacisku na swobodny rozwój narodowy, ideowy i kulturalny niemieckiej ludności w Wolnym Mieście. Nie będę przedłużał mego przemówienia cytowaniem przykładów. Są one dostatecznie znane wszystkim, co się tą sprawą w jakikolwiek sposób zajmowali.

Ale z chwilą, kiedy po tylokrotnych wypowiedzeniach się niemieckich mężów stanu, którzy respektowali nasze stanowisko i wyrażali opinię, że to „prowincjonalne miasto nie będzie przedmiotem sporu między Polską a Niemcami” - słyszę żądanie aneksji Gdańska do Rzeszy, z chwilą, kiedy na naszą propozycję, złożoną dnia 26 marca wspólnego gwarantowania istnienia i praw Wolnego Miasta nie otrzymuję odpowiedzi, a natomiast dowiaduję się następnie, że została ona uznana za odrzucenie rokowań - to muszę sobie postawić pytanie, o co właściwie chodzi? Czy o swobodę ludności niemieckiej Gdańska, która nie jest zagrożona, czy o sprawy prestiżowe, czy też o odepchnięcie Polski od Bałtyku, od którego Polska odepchnąć się nie da! Te same rozważania odnoszą się do komunikacji przez nasze województwo pomorskie. Nalegam na to słowo „województwo pomorskie”. Słowo „korytarz” jest sztucznym wymysłem, gdyż chodzi tu bowiem o odwieczną polską ziemię, mającą znikomy procent osadników niemieckich. Daliśmy Rzeszy Niemieckiej wszelkie ułatwienia w komunikacji kolejowej, pozwoliliśmy obywatelom tego państwa przejeżdżać bez trudności celnych czy paszportowych z Rzeszy do Prus Wschodnich. Zaproponowaliśmy rozważenie analogicznych ułatwień w komunikacji samochodowej. I tu znowu zjawia się pytanie, o co właściwie chodzi? Nie mamy żadnego interesu szkodzić obywatelom Rzeszy w komunikacji z ich wschodnią prowincją. Nie mamy natomiast żadnego powodu umniejszania naszej suwerenności na naszym własnym terytorium.

W pierwszej i drugiej sprawie, to jest w sprawie przyszłości Gdańska i komunikacji przez Pomorze, chodzi ciągle o koncesje jednostronne, których Rząd Rzeszy wydaje się od nas domagać.

Szanujące się państwo nie czyni koncesji jednostronnych. Gdzież jest zatem ta wzajemność? W propozycjach niemieckich wygląda to dość mglisto. Pan kanclerz Rzeszy w swej mowie wspominał o potrójnym kondominium w Słowacji. Zmuszony jestem stwierdzić, że tę propozycję usłyszałem po raz pierwszy w mowie pana kanclerza z dn. 28 kwietnia. W niektórych poprzednich rozmowach czynione były tylko aluzje, że w razie dojścia do ogólnego układu sprawa Słowacji mogłaby być omówiona. Nie szukaliśmy pogłębienia tego rodzaju rozmów, ponieważ nie mamy zwyczaju handlować cudzymi interesami. Podobnie propozycja przedłużenia paktu o nieagresji na 25 lat nie była nam w ostatnich rozmowach w żadnej konkretnej formie przedstawiona. Tu także były nieoficjalne aluzje, pochodzące zresztą od wybitnych przedstawicieli Rządu Rzeszy. Ale, proszę panów, w takich rozmowach bywały także różne inne aluzje, sięgające dużo dalej i szerzej niż omawiane tematy. Rezerwuję sobie prawo w razie potrzeby do powrócenia do tego tematu. W mowie swej pan kanclerz Rzeszy jako koncesje ze swej strony proponuje uznanie i przyjęcie definitywne istniejącej między Polską a Niemcami granicy. Muszę skonstatować, że chodziłoby tu o uznanie naszej de jure i de facto bezspornej własności, więc co za tym idzie, ta propozycja również nie może zmienić mojej tezy, że dezyderaty niemieckie w sprawie Gdańska i autostrady pozostają żądaniami jednostronnymi.

W świetle tych wyjaśnień Wysoka Izba oczekuje zapewne ode mnie, i słusznie, odpowiedzi na ostatni passus niemieckiego memorandum, który mówi: „gdyby Rząd Polski przywiązywał do tego wagę, by doszło do nowego umownego uregulowania stosunków polsko - niemieckich, to Rząd Niemiecki jest do tego gotów”. Wydaje mi się, że merytorycznie określiłem już nasze stanowisko. Dla porządku zrobię resumé. Motywem dla zawarcia takiego układu byłoby słowo „pokój”, które pan kanclerz Rzeszy z naciskiem w swym przemówieniu wymieniał.

Pokój jest na pewno celem ciężkiej i wytężonej pracy dyplomacji polskiej.

Po to, aby to słowo miało realną wartość, potrzebne są dwa warunki : 1) pokojowe zamiary, 2) pokojowe metody postępowania. Jeżeli tymi dwoma warunkami Rząd Rzeszy istotnie się kieruje w stosunku do naszego kraju, wszelkie rozmowy, respektujące oczywiście wymienione przeze mnie uprzednio zasady, są możliwe.

Gdyby do takich rozmów doszło - to Rząd Polski swoim zwyczajem traktować będzie zagadnienie rzeczowo, licząc się z doświadczeniami ostatnich czasów, lecz nie odmawiając swej najlepszej woli. Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor”.

 

WRZESIEŃ 1939

 

1 września 1939 roku o godzinie 4:45 Wojska niemieckie, realizując plan "Fall Weiss" przekroczyły granice Rzeczypospolitej. Wybuchł konflikt polsko-niemiecki, który wkrótce przerodził się w II Wojnę Światową. Wojsko Polskie stanęło do z góry przegranej batalii o młodą, bo zaledwie dwudziestoletnią niepodległość.

Biło się dzielnie o czym świadczą przykłady takich bitew jak: Westerplatte, Węgierska Górka, Mokra, Wizna, Bzura, czy wiele innych bardziej lub mniej znanych batalii. Jednak na skutek błędów w rozmieszczeniu wojsk, spóźnionej mobilizacji, przyjęcia fatalnej doktryny wojennej, oraz przygniatającej przewagi technicznej wroga, po dwóch tygodniach walk sytuacja była niemalże krytyczna: Warszawa - główny punkt oporu - została okrążona; w "korytarzu pomorskim", ostatnimi siłami broniły się odcięte od reszty kraju wojska Lądowej Obrony Wybrzeża; Niemcy po rozgromieniu polskich armii w centrum kraju podchodziły pod Chełm i Lwów, a polskie armie "Poznań" i "Pomorze" po początkowych sukcesach kontrataku pod Kutnem zostały niemal całkowicie unicestwione. 12 września (9 dni po wypowiedzeniu wojny Niemcom) na konferencji w Abbeville, przedstawiciele Sztabów Generalnych zachodnich sojuszników Polski - Anglii i Francji uznali, że żadna pomoc materialna nie ma sensu wobec szybkości z jaką wojska niemieckie posuwały się w głąb terytorium państwa polskiego. Stanowiło to pogwałcenie traktatów sojuszniczych, jakie Anglicy i Francuzi zawarli z Polską tym bardziej, że o wynikach tych rozmów nie powiadomiono rządu walczącego kraju...

Stalin, który od swych agentów na zachodzie dowiedział się o postanowieniach konferencji w Abbeville zrozumiał, iż dostał zielone światło do wypełnienia zobowiązań zawartych w Pakcie Ribbentrop-Mołotow. Niemcy już od 8 września nalegali na szybkie włączenie się ZSRR do walki. Lecz 8 września wojna nie była jeszcze rozstrzygnięta. Tydzień późnej już tak...

 

    "...Krzyk jeden pomknął wzdłuż granicy i zanim zmilkł zagrzmiały działa, to w bój z szybkością nawałnicy Armia Czerwona wyruszała..."

 

O 3:00 nad ranem, 17 września 1939 r. wojska sowieckie przekroczyły granicę polską.

Wejście to różniło się całkowicie od tego "niemieckiego" sprzed dwóch tygodni. Mijając posterunki graniczne, czerwonoarmiści wymachiwali do zaskoczonych żołnierzy KOP-u białymi flagami, czołgiści w otwartych wieżyczkach czołgów wykrzykiwali: Wpieriod ! Na Germanca ! Rebiata ! Mimo tego wiele strażnic KOP-u stawiło zacięty opór. Najdłużej broniły się placówki "Ludwikowo", "Sienkiewicze", oraz "Dawidówek". Do Sztabu Generalnego pierwsze wiadomości o przekroczeniu granicy przez Sowietów nadeszły około godziny 6:00. Tak brzmiał meldunek dowódcy pułku KOP "Podole", ppłk Marceli Kotarba: "Przewaga bardzo duża, bijemy się uporczywie i będę się starał jak najdłużej moje kierunki osłaniać..." W podobnym tonie przybywało innych meldunków z pozostałych odcinków nowego, wschodniego frontu. Naczelne dowództwo - co zrozumiałe - wpadło w panikę. Mnożyły się przesadzone informacje o postępach wojsk radzieckich: w południe nadeszły wiadomości o przekroczeniu przez Armię Czerwoną Dniestru pod miejscowością Uśnieczek, 40 kilometrów od Kołomyi. Pomimo, iż okazało się to nieprawdą, w obliczu całkowitego chaosu i niemal beznadziejnej sytuacji szef francuskiej misji wojskowej w Polsce gen. Faury naciskał na marszałka Rydza-Śmigłego - Wodza Naczelnego, by jak najszybciej wyruszył w stronę granicy rumuńskiej. Było to zachowanie uzasadnione. Widmo pochwycenia przedstawicieli polskich władz i wojska przez Sowietów stawało się coraz bardziej realne, a gdyby ziściło się stanowiłoby całkowitą katastrofę.

W wyniku narady z ministrem spraw zagranicznych, Józefem Beckiem oraz premierem Felicjanem Sławoj-Składkowskim, marszałek Rydz-Śmigły zrezygnował z planów utworzenia obrony na linii Dniestru, na tzw. "przedmościu rumuńskim" - gdzie zamierzał czekać na ofensywę sojuszników na zachodzie - i wydał kontrowersyjny do dziś rozkaz:

"Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry, najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony lub prób rozbrajania oddziałów. Zadanie Warszawy i miast, które miały się bronić przed Niemcami - bez zmian. Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii".

W nocy z 17 na 18 września Naczelny Wódz wraz z polskimi władzami przekroczył granicę Rumunii, gdzie został internowany.

Rozkaz ten pogłębił chaos jaki powstał w wyniku wkroczenia wojsk sowieckich.

Wielu dowódców liniowych nie wiedziało jak zachować się w obliczu nowego zagrożenia zwłaszcza, że czerwonoarmiści celowo dezinformowali Polaków, głosząc, iż przekroczyli granicę w charakterze sojuszników w walce z Niemcami. Wiele jednostek podjęło jednak próby oporu przeciw przeważającemu pod każdym względem nieprzyjacielowi. W północno-wschodnich regionach kraju w rezultacie ciężkich walk rozbite zostały Baony KOP "Krasne", "Budosław" oraz "Iwieniec".

W Wilnie, przygotowywanym od połowy września do odparcia ataku niemieckiego skoncentrowano 8 batalionów piechoty wspartych 14 lekkimi działami oraz dwoma działami przeciwlotniczymi.

17 września do Wilna wycofały się oddziały pułku KOP "Wilno", 20 Bateria oraz Baon Obrony Narodowej "Postawy". Łącznie garnizon miasta stanowiło prawie 7 tys. żołnierzy, jednak pozbawionych artylerii i broni przeciwpancernej. Funkcję dowódcy obrony objął najstarszy stopniem oficer - pułk dypl. Jarosław Okulicz-Kozaryn. Wieczorem 18 września, po otrzymaniu meldunków o zbliżaniu się czołgów radzieckich wydał on rozkaz odwrotu na granice litewską, po czym sam opuścił Wilno.

Zamieszanie jakie powstało w wyniku wydania takiego rozkazu sprawiło, iż doszło do szeregu nieskoordynowanych walk z wkraczającą do miasta Armią Czerwoną. Do końca walczyli harcerze i warta honorowa przy grobie z sercem marszałka Piłsudskiego na Rossie. Zdecydowana większość improwizowanego garnizonu Wilna wycofała się z miasta i w dniach 19-20 września przekroczyła granicę Litwy.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Grodnie. Stacjonowały tutaj tylko słabo uzbrojone oddziały rezerwowe, oraz wartownicze, dowodzone przez płk. w stanie spoczynku. Bronisława Adamowicza. Dowódca Okręgu Warownego "Grodno" zamierzał wykonać rozkaz gen. Olszyny-Wilczyńskiego i ewakuować wojsko z miasta w razie pojawienia się Armii Czerwonej. Całkowicie inne stanowisko prezentował wiceprezydent Grodna Roman Sawicki, który wezwał ludność cywilną do budowy umocnień oraz walki z nieprzyjacielem.

20 września do miasta od południowego zachodu wjechało około 20 czołgów XV Korpusu Pancernego. Bez przeszkód pokonały most na Niemnie i dotarły do centrum. Tu natrafiły na twardy opór: celny ogień działka, oraz młodzież szkolna uzbrojona w butelki z benzyną unieszkodliwiły 8 czołgów. Pozostałe zostały zmuszone do odwrotu.

Obrońców wzmocnili żołnierze zgrupowania "Wołkowysk" gen. w stanie spoczynku Wacława Przeździeckiego (Rezerwowa Brygada Kawalerii), którzy weszli do miasta w nocy z 20 na 21 września. Dowodzenie objął gen. Przeździecki. Następnego dnia Sowieci ponowili atak. Piechota wsparta czołgami oraz silną artylerią w ciągi kilku godzin dotarła do mostu na Niemnie i opanowała go. Czołgi ponownie wjechały do centrum. Wobec beznadziejnej sytuacji Polacy zdecydowali się na odwrót. Walki trwały do późnych godzin wieczornych. Ich złowrogim epilogiem było wymordowanie przez Sowietów wziętych do niewoli obrońców Grodna (ich masowe groby odkryto dopiero w roku 1992...). Większość Rezerwowej Brygady Kawalerii, stanowiącej trzon obrony Grodna, wkrótce przekroczyła granicę Litwy. Generał Olszyna-Wilczyński został 22 września zatrzymany pod Spockiniami przez zmotoryzowaną kolumnę sowiecką i wraz ze swym adiutantem kpt. w stanie spoczynku. Mieczysławem Skrzemeskim zamordowany...

 

   

"...Zwycięstw się szlak ich serią znaczy, sztandar wolności okrył chwałą, głowami polskich posiadaczy brukują Ukrainę całą. Pada Podole, w hołdach Wołyń, lud pieśnią wita ustrój nowy, płoną majątki i kościoły i Chrystus z kulą w tyle głowy..."

 

Na znacznie twardszy opór natrafiła Armia Czerwona na południe od bagien Prypeci, na Polesiu, Wołyniu i Podolu. Znajdowały się tam większe zgrupowania wojsk polskich, przygotowujących się do walki z Niemcami. Na Polesiu dowódca OK nr IX gen. Franciszek Kleeberg skoncentrował podległe sobie wojska na linii Brześć - Pińsk.

Dysponował on siłą 20 batalionów piechoty, które jednak wspierało tylko 10 dział polowych i niewiele więcej przeciwpancernych. Część tych sił już toczyła walki z Niemcami (Zgrupowanie "Kobryń" płk Adama Eplera, w sile 7 batalionów, 10 dział oraz 4 działa ppanc.) w rejonie Kobrynia, gdzie podeszła 2 Dywizja Zmotoryzowana.

Na Polesiu Wołyńskim stacjonowało (w garnizonach, ośrodkach zapasowych, czy w trakcie przemarszu) dalsze 30 batalionów , 40 dział polowych, kilkanaście ppanc., 11 czołgów i 3 pociągi pancerne. To była już dosyć znaczna siła, z którą tak Wehrmacht idący od zachodu jak i Armia Czerwona musiały się liczyć.

Gdy późnym wieczorem 18 września gen. Kleeberg otrzymał rozkaz Naczelnego Wodza postanowił skoncentrować podległe sobie oddziały w rejonie na zachód od Kowla. Stamtąd zamierzał wyruszyć w kierunku granicy rumuńskiej i zgodnie z otrzymanym rozkazem przekroczyć ją. Jego grupa oderwawszy się od Niemców ze śpiewem na ustach pomaszerowała na Kowel, gdzie jak mówiono było "wiele wojska, dużo sprzętu i olbrzymie zapasy amunicji i środków do dalszej walki". Po dotarciu w zamierzony rejon, oddziały te zostały zreorganizowane i nazwane Samodzielną Grupą Operacyjną (SGO) "Polesie". Nawiązano kontakt z wojskami sowieckimi, które już dotarły do Kowla, w celu zapewnienia swobodnego przemarszu do granicy.

Wobec fiaska negocjacji, gen. Kleeberg rozkazał marsz na Włodawę. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wykorzystując pas "ziemi niczyjej" jaki nagle wytworzył się między wycofującymi się Niemcami, a prąca na zachód Armią Czerwoną umożliwi mu swobodny dostęp do Bugu pod Włodawą. Dalej planował marsz na pomoc jedynemu pewnemu punktowi oporu - Warszawie...

22 września SGO "Polesie" w rejonie miejscowości Maloryt napotkała zgrupowanie ppłk Ottokara Brzozy-Brzeziny, które po zreorganizowaniu utworzyło 50 Dywizję Piechoty "Brzoza". Pięć dni później oddziały Kleeberga wkroczyły do Włodawy, entuzjastycznie witane przez ludność cywilną.

Do SGO "Polesie" dołączyły kolejne jednostki, m.in. dwubrygadowa Dywizja Kawalerii "Zaza" (utworzona z niedobitkow Suwalskiej Brygady Kawalerii oraz oddziałów Podlaskiej Brygady Kawalerii), pod dowództwem gen. Podhorskiego.

Tego też dnia do żołnierzy dotarły wieści o kapitulacji Warszawy, co postawiło dalszy marsz na zachód pod wielkim znakiem zapytania... Po długiej i burzliwej naradzie generałowie zdecydowali się poprowadzić swe wojsko w kierunku na Dęblin, a stamtąd przebić się w Góry Świętokrzyskie i zainicjować wojnę partyzancką. 29 września podjęto marsz na Radzyń-Łuków. Zanim jednak doszło do kontaktu z wojskami niemieckimi, stoczono szereg zwycięskich bitew z Armią Czerwoną, usiłującą zniszczyć siły polskie. 60 Dywizja Piechoty "Kobryń" płk Adama Eplera pokonała wojska sowieckie pod Jabłonią, a dzień później również pod Milewem. Godny odnotowania jest fakt, iż wzięto znaczną liczbę jeńców radzieckich, którzy na własną prośbę zostali wcieleni do jednostek polskich, gdyż odmówili powrotu do swoich. Brali oni udział w dalszych walkach aż do końca kampanii...

Dużo trudniejsze zadanie miał dowódca KOP-u,

gen. Wilhelm Orlik-Rückeman. Dysponował on siłą 16 batalionów piechoty (w tym jednym batalionem saperów), 7 szwadronami kawalerii oraz 14 działami.

Nie były to małe siły, lecz zostały one rozciągnięte na długości prawie 250 km, co nie dawało szans skutecznej obrony. Minęły trzy dni zanim wojska te skoncentrowały się w wyznaczonym przez generała rejonie. 22 września wyruszyły w kierunku przeprawy na Bugu pod Szackiem, gdzie dotarły 27 września tylko po to by dostrzec sowieckich żołnierzy z 52 Dywizji Strzelców.

Doszło do bitwy. Zupełnie zaskoczeni Sowieci ponieśli ciężkie straty (zniszczono lub zdobyto 20 czołgów, oraz wzięto do niewoli 300 jeńców) i zmuszeni zostali pozostawić pole Polakom. Grupa gen. Wilhelma Orlika-Rückemana przekroczyła Bug. Kolejnym celem było przedostanie się do lasów na południe od Parczewa.

Niestety 1 października Polaków pod Wytycznem zaatakowały sowieckie czołgi. Walki trwały przez kilka godzin. Wobec kończącej się amunicji, żołnierze Grupy oderwali się od nieprzyjaciela i odeszli w rejon lasów pod Sosnowicą, gdzie Grupa została rozwiązana.

Pod Włodzimierz na Wołyniu Armia Czerwona podeszła już 19 września. W samym mieście otoczyła siły polskie w koszarach Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii. Polski dowódca wysłał parlamentariuszy z warunkami kapitulacji, które zapewniały zachowanie broni osobistej oraz swobodny przemarsz do Rumunii. Radziecki dowódca, komdiw Bogomołow zgodził się na te warunki, ale gdy tylko żołnierze polscy opuścili koszary oznajmił, iż "na skutek zmian zaszłych w sytuacji międzynarodowej oficerowie muszą złożyć broń i od tej chwili są uważani za jeńców wojennych." Później ich nazwiska znalazły się na listach katyńskich...

Zupełnie nie powiodły się plany obrony Równego przez oddziały KOP-u. Na miasto uderzały czołgi 5 Armii komdiwa Sowietnikowa, które z łatwością łamały obronę pułku KOP "Równe". Baon "Ostróg" został zniszczony już na granicy, baon "Dederkały" zmuszony do odwrotu na Poczajów i Brody.

Bez walki oddano Tarnopol mimo iż miasto posiadało silny kilkutysięczny garnizon, który mógł bronić się nawet do tygodnia.

Jedynie mała grupka oficerów i szeregowców ostrzelała z wieży kościoła wkraczające oddziały sowieckie. Zostali natychmiast schwytani i rozstrzelani na miejscu...

Już 19 września Armia Czerwona podeszła pod Lwów, który w tym czasie opierał się od zachodu atakom wojsk niemieckich. Dowódca Samodzielnej Brygady Pancernej płk Iwanow wystosował do dowódcy obrony Lwowa, gen. Władysława Langnera żądanie poddania miasta.

Nie czekając na odpowiedź, Sowieci przypuścili 20 września próbę wkroczenia do Lwowa. Zostali jednak odparci tracąc jeden czołg.

Pomimo, iż nastroje wśród żołnierzy garnizonu, oraz ludności cywilnej były dobre, zapasów żywności starczyłoby na trzy miesiące, a amunicji na około dwa tygodnie obrony, gen. Langnner oraz jego sztab byli przeciwni kontynuowaniu walki ze względu na "brak możliwości poprawy ogólnego położenia kraju", które po dwudziestu dniach wojny było beznadziejne. Rano 22 września polska delegacja podpisała w Winnikach dokument, na mocy którego przekazano miasto

Armii Czerwonej.

Punkt 8 gwarantował oficerom wolność osobistą i nietykalność własności. Gen. Langner po podpisaniu dokumentu miał powiedzieć: "Z Niemcami prowadzimy wojnę. Miasto biło się z nimi przez 10 dni. Oni, Germanie, wrogowie całej Słowiańszczyzny. Wy jesteście Słowianie..."

Sowieci złamali postanowienia zapisane w punkcie 8 i wielu z oficerów broniących Lwowa zostało wymordowanych w Starobielsku.

 

    "...Już starty z map wersalski bękart, już wolny Żyd i Białorusin, już nigdy polska ręka ich do niczego nie przymusi. Nową wolność głosi Prawda, świat cały wieść obiega w lot, że jeden odtąd łączy sztandar gwiazdę, sierp,

hackenkreuz i młot !"

 

 

29 września w Moskwie po burzliwych negocjacjach (Niemcy proponowali pozostawić kadłubowe państwo polskie bez Pomorza, Wielkopolski i Śląska, ze wschodnią granicą od Grodna po Przemyśl. Na takie rozwiązanie nie godził się Stalin, argumentując, że może to stanowić w przyszłości niebezpieczeństwo dla dobrych stosunków między III Rzeszą a Związkiem Radzieckim), podpisano trzy protokoły regulujące nową granice między obydwoma państwami. Niemcy w zamian za ziemie między Wisłą, Bugiem i Sanem zgodzili się przekazać Litwę sowieckiej strefie wpływów.

Obie strony zobowiązały się wspólnie walczyć z polskim podziemiem niepodległościowym, oraz nie tolerować żadnej polskiej agitacji dotyczącej terytorium drugiej strony.

 

"...Tych dni historia nie zapomni, gdy stary ląd w zdumieniu zastygł..."

 

W 1992 roku Rosyjskie Ministerstwo Obrony wydało w Moskwie książkę "Grif siekrietnosti snjat", w którym podaje dokładną ilość sprzętu wojennego zdobytego we wrześniu i październiku 1939 roku w Polsce.

Oto bilans: 247325 karabinów, 8566 ciężkich karabinów maszynowych, 12783 szable, 740 dział różnych kalibrów, 36 czołgów, 64 samochody pancerne, 131 samolotów oraz 4579 innych pojazdów mechanicznych.

Łącznie stanowi to uzbrojenie co najmniej trzech armii polowych z 1939 roku !

W oparciu o prawie 30 ośrodków zapasowych przeniesionych z centrum kraju można było zorganizować twardą obronę. Dodatkowo na wschodzie stacjonowały liczne garnizony kresowe ze znaczną ilością rezerw uzbrojenia.

To na wschód wycofywały się wojska pobite przez Niemców by zreorganizować się i podjąć na nowo walkę. Podjęcie obrony na "przedmościu rumuńskim" było jak najbardziej możliwe.

 

Stacjonowały już tam czołgi płk Stanisława Maczka, brygada zmotoryzowana, oraz batalion czołgów mjr. Jerzego Łuckiego, liczący łącznie 50 maszyn, z których ani jeden nie oddał strzału...

Lecz tego typu błędów podczas ostatniej fazy kampanii popełniono znacznie więcej. Jeden być może jest tutaj kluczowy. Gdyby siły KOP-u generałów Franciszka Kleeberga i Wilhelma Orlika-Rückemana wycofały się na południe, a nie podjęły zgubnego marszu na zachód, to najprawdopodobniej w rejonie Kowla doszło by do wielkiej bitwy z Armią Czerwoną. Oprócz samych wojsk obu generałów znajdowały się tam znaczne siły polskie m.in. batalion kolarzy ze Śląska, dywizjon 36 moździerzy 81mm kpt. J. Cebuli, kilka baterii artylerii lekkiej oraz 18 czołgów. Zgrupowanie to odeszło na Krasnystaw zamiast podjąć próbę obrony w rejonie Łucka.

W samym Łucku znajdowało się 9 tys. żołnierzy w tym tysiąc oficerów, którzy poddali się Sowietom bez walki.

Bardzo prawdopodobne, że wsparte jednostkami KOP-u Franciszka Kleeberga i Wilhelma Orlika-Rückemana mogłoby stanowić twardy orzech do zgryzienia dla wojsk sowieckich.

Rodzi się jednak pytanie czy w obliczu całkowitej klęski na froncie zachodniej i centralnej Polski, wielka bitwa na wschodzie miałaby jakieś znaczenie. Zapewne nie. Przedłużyło by to kampanię o kilka tygodni lecz na jej wynik nie było by w stanie wpłynąć.

Spalono by więcej sowieckich czołgów, zabito więcej czerwonoarmistów, lecz i polskie straty były by zdecydowanie większe. Część z tych wojsk podjęła udaną próbę przebicia na Węgry i Rumunię, gdzie po długiej odysei wzmocniły skład polskiej armii we Francji, a później Wielkiej Brytanii. Część zrzuciła mundury i zakopała broń, która mogła się przydać w późniejszej walce partyzanckiej. Nie mamy prawa dziś oceniać decyzji dowódców walczących wtedy z Armią Czerwoną.

Ich rozkazy nawet te najbardziej kontrowersyjne miały jakąś podstawę i zostały wydane z myślą o dobru kraju oraz armii.

Pomimo, iż w większości były one fatalne, to w skutkach  okoliczności w jakich je wydano, w całości zmazują winę z tych, którzy te decyzje podejmowali.

 

"...I święcić będą nam potomni po pierwszym września siedemnasty..."

 

"(...) 22 czerwca 1941 roku wojska hitlerowskie zaatakowały Rosjan. Jak przyznają sowieckie źródła, atak Niemców zaskoczył całkowicie kierownictwo polityczne i wojskowe ZSRR, choć przygotowań do takiej akcji Niemcy nie potrafili ukryć i były one oczywiste dla dowództwa ZWZ w Warszawie, a także we Lwowie, o czym świadczy korespondencja radiowa ppłk. Macielińskiego i Zycha. Jeszcze 14 czerwca agencja TASS twierdziła, że (...) pogłoski o zamiarze Niemiec zerwania paktu i przedsięwzięcia napaści na ZSRR są pozbawione wszelkich podstaw (...)".

 

Dopiero 21 czerwca późno wieczorem Komisarz Ludowy Obrony marsz. Siemion Timoszenko oraz szef sztabu generalnego gen. Żukow skierowali do przygranicznych okręgów wojskowych rozkaz uprzedzający o możliwości nagłego ataku niemieckiego na ZSRR w ciągu następnych dwóch dni. Do wielu jednostek nie zdołał on dotrzeć, gdyż już o godz. 4 rano wojska niemieckie otwarły na całej linii ogień artyleryjski, a lotnictwo rozpoczęło bombardowanie lotnisk, w tym lwowskiego lotniska  w Skniłowie. Śródmieście Lwowa już pierwszego dnia po południu zostało dwukrotnie zbombardowane (o godz. 13 i 15.30). Bomby spadły na pocztę główną i w jej pobliżu, uszkodziły trzy kamienice na ul. Sykstuskiej, trafiły w pasaż Mikolascha, gdzie zginęło wiele osób, w kawiarnię De la Paix, plac Świętego Ducha, kilka kamienic przy ul. Brajerowskiej i fabrykę wódek (Baczewskiego?) na Zamarstynowie. Bomby dokonały jednak niewielkich zniszczeń w budynkach, ale spowodowały duże straty w ludziach - podobno do 300 osób.

Rozeszły się pogłoski, że zostały zniszczone zbiorniki wody wodociągowej w Karaczynowie.

Już w pierwszym dniu wojny, a szczególnie w drugim, ludność Lwowa stała się świadkiem panicznej ewakuacji Armii Czerwonej i napływowej ludności sowieckiej. Podobno dla ewakuacji wykorzystano pociągi przygotowane dla kolejnej czwartej już "wywózki", która miała nastąpić w nocy z 22 na 23 czerwca i objąć - we Lwowie i okolicy - 70 tysięcy ludzi. Czoło odwrotu stanowiły oddziały NKWD i milicji. Opuściły one swoje posterunki, komisariaty, urzędy, straże opuściły więzienia, zamknąwszy szczelnie ich bramy. Więzień tych było we Lwowie cztery: przy ul. Kazimierzowskiej  Brygidki, dawne więzienie wojskowe przy ul. Zamarstynowskiej oraz zamienione na więzienia dawne budynki policyjne przy ul. Łąckiego (ul. Sapiehy 1) i przy ul. Jachowicza.

Przed swą ucieczką NKWD - w pierwszym dniu wojny - zdołało jeszcze ewakuować 800 więźniów z któregoś z więzień lwowskich; pędzono ich piechotą aż do Moskwy, dokąd przybyli 28 sierpnia. Po drodze, kto nie mógł iść, ten został przebity bagnetem, po czym konwojent badał puls, czy skonał, jeśli nie, to powtórnie przebijał. Z Moskwy ewakuowano ich dalej, już koleją. Gdy w połowie listopada zostali dowiezieni do Pierwouralska, okazało się, że przeżyło tylko 248 osób. Ewakuowano też obozy jeńców.

We wtorek 24 czerwca mieszkańcy ul. Łyczakowskiej i przypadkowi przechodnie byli świadkami, jak wczesnym rankiem, a potem ponownie po południu, pędzono tą ulicą na wschód jeńców polskich.

Przed kolumną jechali kawalerzyści sowieccy i zapędzali ludzi z chodników do bram domów, potem szli piesi żołnierze z bronią gotową do strzału, a za nimi kolumna jeńców, niosących kuferki, które niektórzy porzucali, widocznie nie mając siły ich nieść. Ten smutny pochód zamykały karetki z więźniami.

Ewakuowano zdaje się wszystkie obozy jeńców.

Rozbiegli się jedynie, przynajmniej częściowo, jeńcy z obozu pod Przemyślem. Pracujących przy budowie lotniska w Olszanicy pędzono pieszo do Wołoczysk, zabijając po drodze słabnących. W Wołoczyskach załadowano po 100 osób do wagonów towarowych i wieziono do Starobielska, dając po drodze po 150 g chleba i po słonej rybie, bez wody. Z kamieniołomów w Bolesławiu koło Skolego 600 jeńców pognano 27 czerwca do Doliny. Stamtąd koleją, po 65 ludzi w wagonie, jechali 24 dni, również do Starobielska. Tam zwolniono wszystkich 31 lipca.

W tym samym dniu, 24 czerwca, w centrum Lwowa zaczęła się strzelanina. Okazało się, że była to próba - przedwczesna - opanowania Lwowa przez Ukraińców.

Wojsko sowieckie szybko opanowało sytuację, przeprowadzając rewizje i rozstrzeliwując na miejscu mężczyzn napotkanych z bronią w ręku.

W związku z tym nieudanym "powstaniem" ukraińskim, którego celem było opanowanie miasta i wydanie go w ręce Niemców, władze sowieckie nakazały, by wszystkie okna były pozamykane, bramy przymknięte.

Zdarzały się wypadki, że do otwartych okien żołnierze sowieccy strzelali, a jednocześnie byli ostrzeliwani ze strychów. Te, raczej tylko pojedyncze incydenty, a nie większe akcje ukraińskie stały się podłożem dla wyrosłych potem legend o "rozgorzałym powstaniu zbrojnym" ukraińskim we Lwowie i walkach wojsk sowieckich z bojówkami OUN.

Pierwsze tego rodzaju wiadomości (np., że Stepan Bandera schronił się do katedry greckokatolickiej św. Jura i broniąc się tam dzielnie, doczekał przybycia Niemców) pojawiły się w warszawskim "Biuletynie Informacyjnym" z 1941 r. (z 21 sierpnia i 2 października), a następnie w publikacjach powojennych zarówno Ukraińców na Zachodzie, jak i sowieckich.

Dopiero 24 czerwca w "Czerwonym Sztandarze" zamieszczono tekst przemówienia radiowego Mołotowa z 22 czerwca oraz dekrety o stanie wojennym i mobilizacji. Następnego dnia dowództwo wojskowe ogłosiło stan wojenny we Lwowie i w obwodzie lwowskim, co powtórzono w rozkazie nr 1 (i ostatnim) naczelnika garnizonu, wojskowego komendanta miasta. Rozkaz ten wprowadzał zakaz wychodzenia na ulice w godzinach od 22 do 5.

W Brygidkach przy ul.Kazimierzowskiej, opuszczonych wieczorem 23 czerwca przez funkcjonariuszy NKWD, więźniowie zaczęli się dobijać do drzwi cel, gdy nikt ich nie otwierał dla wyniesienia przepełnionych "paraszy" (kiblów).

Nad ranem, zaniepokojeni, dojrzeli przez szpary między deskami "kozyrków" (blind), że na "wyszkach" (kogutkach - wieżach strażniczych) nie ma strażników.

W jednej z cel wyrwali deski z podłogi i używając ich jako taranu wyłamali drzwi, w innej - wylali "paraszę" na podłogę, rozbili ją i obręczami wyłamali drzwi. ,

Potem otworzyli inne cele. Tłum więźniów zebrał się na podwórzu więzienia, ale nie mogli oni sforsować zewnętrznych bram.

Część tylko zdołała znaleźć wyjście i wydostała się z więzienia - przez wyważoną z zewnątrz bramę i przez dach. Jeszcze w nocy z wtorku na środę, 24 na 25 czerwca, krótko po północy uwolniono z jednej z cel wielu księży, a wśród nich ks. Bogdanowicza.

Nie opuścił on jednak więzienia, chcąc nieść pomoc innym.

Około godz. 4 rano powróciła jednak załoga więzienia i z dwu stron otworzyła ogień z karabinów maszynowych na zgromadzonych więźniów.

Niektórzy uciekający zginęli już na ulicy.

Ci, których nie dosięgły na podwórzu kule, powrócili do swoich cel, do współwięźniów, którzy bali się je przedtem opuścić. Cele zamknięto, więźniom kazano ułożyć się na podłodze, nie pozwalając się podnosić, a następnie zaczęto wywoływać po trzech, czterech i rozstrzeliwać przy warkocie zapuszczonych silników samochodowych. Zwalniano z więzienia jedynie więźniów kryminalnych.

Pozostający jeszcze w więzieniu przy życiu więźniowie nie dostawali już odtąd jedzenia. Tak trwało przez wszystkie dni aż do soboty. W sobotę zapadła w więzieniu cisza.

Z jednej z ocalałych cel na piętrze zobaczono odjeżdżających samochodami funkcjonariuszy NKWD. Zdołano jakoś otworzyć klapę "karmuszki" - otworu w drzwiach, przez który podawano do celi jedzenie - i jakiś chudy więzień przedostał się tędy na korytarz. Otworzył drzwi swej celi i celi naprzeciwko, gdzie jeszcze pozostali żywi więźniowie. Zaczęli ostrożnie schodzić na dół. Dostali się do kuchni, gdzie w kotłach była jeszcze gorąca zupa. Potem uwolnili jeszcze zamknięte w jednej z cel siedzące tam przerażone, półnagie kobiety.

Spod jakichś drzwi spływał na korytarz strumyk krwi.

Gdy drzwi otwarto, oczom ukazały się ułożone w stosy ciała pomordowanych więźniów.

Krew płynęła spod bramy więziennej ulicą Byka i spływała do ścieku podwórzowego po drugiej stronie ulicy, gdzie był skład żelaza.

Spośród kilku tysięcy więźniów trzymanych w Brygidkach ocalało - poza tymi, którym udało się zbiec wcześniej - zaledwie około stu mężczyzn z dwu cel i garstka kobiet.

Wśród tych ostatnich znalazły się warszawskie kurierki ZWZ: aresztowana jeszcze w pierwszej połowie 1940 r. Helena Wiślińska "Ala" ("Kinga"), idąca we wrześniu do Lwowa z "Marcyniukiem", "Hanka" Nehrebecka oraz Maria Masłowska "Mura", ujęta przy przekraczaniu granicy w 1941 r. Więźniowie, opuszczając gmach więzienia, podpalili wewnętrzny budynek, w którym mieściła się kancelaria więzienna aby zniszczyć akta, nie chcąc, by dostały się w ręce Niemców.

Z więzienia w Brygidkach wydostał się też - jako jedyny ocalały z grupy Weissów - młodszy Sklarczyk. "Hanką", ciężko chorą, zajęły się serdecznie ocalałe wraz z nią więźniarki kryminalne.

Trzeba tu wspomnieć o szczególnej tragedii prof. Romana Renckiego, czołowego lwowskiego internisty.

Uratowany z Brygidek, wyczerpany i chory - miał 74 lata - został po kilku dniach aresztowany przez Niemców i 4 lipca 1941 r. rozstrzelany na Wzgórzach Wuleckich wraz z innymi profesorami.

W więzieniu zamarstynowskim nie potrafiono wykorzystać krótkiego okresu, gdy we wtorek pozostało ono niestrzeżone. W czwartek, 26 czerwca, zaczęto w południe wywoływać więźniów z cel. W celi, w której znalazła się kurierka ppłk. Macielińskiego, Wanda Ossowska, została tylko ona jedna. "Czekałam [...] miotając się po celi - wspomina - niezdolna do myślenia, do skupienia się na modlitwę. Nic, tylko obłędny strach i chaos. Tak upłynęła godzina, może dwie. Słyszałam z oddali stłumione głosy wielu ludzi, zdawałam sobie sprawę, że ten tłum więźniów czeka na samochody, czy może ustawiają ich w grupy i prowadzą na dworzec kolejowy.

Ale nagle ten gwar ludzi przerwał szum motorów, a więc jadą, już się pewno ładują, stłoczeni pod brezentem wozów, obstawieni strażą [...]. I nagle w szum motorów wdziera się krzyk [...j. Ten krzyk goni detonacja, strzelają [...]. Boże, znów strzelają [...]. Całą noc słyszę ten hałas. Zmieszane dźwięki motorów, krzyków, strzałów. Czasem ponad ten gwar wyrywa się krzyk rozpaczy, strachu, bólu [...]. Już świt, gwar przycicha [...]".

W całym więzieniu pozostało wśród żywych 5 kobiet i 65 mężczyzn. a wśród nich towarzysz Ossowskiej, Roman Fedas. W sobotę w południe przybyli do więzienia ludzie z miasta, opuszczonego już przez Armię Czerwoną, i pomogli więźniom wydostać się. Lekarz, który prowadził Ossowską przez korytarz więzienia, po drodze zaglądał do cel i pokoi. Wejście do jednego zasłonił przed Ossowską, było bowiem pełne zmasakrowanych zwłok, na podłodze były ślady zakrzepłej krwi, dochodził mdły zapach.

W trzecim więzieniu przy ul. Łąckiego ocalało zaledwie kilka osób, które udając zabitych upadły między trupy. Tak przypuszczalnie ocalili się dwaj radiotelegrafiści - "druciki" - przydzieleni płk. Okulickiemu w drodze do Lwowa.

W więzieniu tym pastwiono się nad mordowanymi więźniami, przybijano ich do ścian, kobietom obcinano piersi...

Mieszkańcy Lwowa, żyjący ostatnio w obawie przed nowymi wywozami, które dotknęły już północne Kresy, z pewną satysfakcją obserwowali wycofywanie się Armii Czerwonej i paniczną ucieczkę Sowietów, urzędników i ich rodzin.

Niczego dobrego nie można było spodziewać się po Niemcach, ale zanim się zagospodarują...

Od środy lub czwartku - wspomina A. Rzepicki - nastrój ten gasić poczęły obiegające miasto, coraz to pewniejsze wieści, że we wszystkich więzieniach słyszano strzały, że więźniowie są w nich rozstrzeliwani.

W nocy z soboty na niedzielę ostatnie oddziały

krasnoarmiejców, krążąc ciężarówkami po mieście, podpalały publiczne gmachy. Ostatnie wycofujące się małe grupki żołnierzy sowieckich widziano jeszcze w niedzielę rano, potem miasto zostało bezpańskie i wreszcie w poniedziałek 30 czerwca nad ranem wkroczył do Lwowa prawie bez wystrzału ukraińsko - niemiecki batalion "Nachtigall"("Słowiki"), a w kilka godzin później, również bez walki, wtoczyły się niemieckie wojska zmotoryzowane;, zaczęły płynąć ulicami miasta na wschód piechota i kawaleria.

Zaraz po odejściu Sowietów - pisze A. Rzepicki - ruszono  ławą do więzień i zgodnie ze strasznym przewidywaniem znaleziono w nich tylko zwłoki, pełno zwłok. Przez następne dni, począwszy już od niedzieli, do wszystkich więzień ciągnęły nie kończące się procesje lwowian, którzy wśród zamordowanych poszukiwali swoich bliskich, starając się ich rozpoznać. Często było to niemożliwe, bo w upalną pogodę zwłoki gwałtownie rozkładały się. Potworny zaduch, wyczuwalny na setki metrów, mniej wytrzymałym nie pozwalał nawet na zbliżenie się do zwłok układanych rzędami na więziennych podwórzach.

Straszliwa ta hekatomba zdawała się sprawiać hitlerowcom satysfakcję. Oficerowie nadjeżdżali samochodami, fotografowano, kręcono filmy. Dopuszczono wszystkich do oględzin, starano się je ułatwić przez uporządkowanie ciał.

A jak się do tego zabrano? Mamy dotychczas przed oczami - pisze dalej A. Rzepicki - wstrząsające wspomnienie: Na podwórzu więziennym długi szereg poczerniałych, obrzmiałych zwłok, - pośród nich jedne - straszne jak wszystkie inne - w pozycji półsiedzącej. Nagle, co to? Ofiara zaczyna się poruszać, wstaje! Okazało się, że był to zmasakrowany, ale wciąż jeszcze żywy Żyd!

Do wynoszenia zamordowanych i układania ich na podwórzach zatrudniono bowiem skompletowane w łapankach grupy lwowskich Żydów, których tak skatowano, że nie różnili się prawie od umarłych. Do spełnienia tego okrucieństwa, do zapędzania Żydów użyto żołnierzy ukraińskich, jak sądzę, z oddziału "Nachtigall" - pisze A. Rzepicki.

Wspomina Wanda . Ossowska:

"W poniedziałek weszli Niemcy do Lwowa i zaczęły się nowe okrucieństwa i terror. Pierwsi oczywiście byli Żydzi. Byłam w mieście i widziałam, jak na Wałach Hetmańskich Żydzi na czworakach byli pędzeni do więzień, aby tam pracować przy rozkładających się zwłokach pomordowanych.

Niemcy otwierali cele i bardzo starali się, żeby wszyscy mieszkańcy zobaczyli, co się tam dzieje. A działy się rzeczy straszne.

W Brygidkach były cele zamurowane z ludźmi tak upchanymi, że umarli stojąc.

Stosy ciał bestialsko pomordowanych były we wszystkich więzieniach. Żydzi mieli co robić. A zaduch był taki, że na ulicy nie można było oddychać, co dopiero obmyć takie zwłoki i ułożyć je na podwórzu więziennym".

Wanda Ossowska poszła też na Zamarstynów i odnalazła zwłoki swych towarzyszek niedoli z celi, z której tylko ona jedna ocalała.

Do więzienia wojskowego na Zamarstynowie wybrał się też w ów poniedziałek ppłk Sokołowski ze swą współtowarzyszką Jadwigą Tokarzewską "Teresą":

"Bramy więzienia były szeroko otwarte. Wewnątrz na dziedzińcu więziennym pełno ludzi.

W domku strażniczym przy bramie zobaczyłem moc skrzynek wyglądających na kartotekę".

Znalazł tu m.in. kartę swego syna Andrzeja, aresztowanego w lutym 1940 r., z adnotacją, że został wywieziony (pchor. Andrzej Sokołowski poległ pod Monte Cassino 13 V 1944 r.). I dalej relacjonuje ppłk Sokołowski:

"Weszliśmy na dziedziniec. Powitał nas straszliwy odór gnijących ciał, idący z otwartych drzwi parteru. W tym smrodzie, zapierającym dech, pracowali Żydzi.

Wynosili na plecach z otwartych drzwi okropne, nagie, zmasakrowane ciała ludzkie. Umazane krwią i ociekające posoką, pogryzione prawdopodobnie przez szczury, pozbawione oczu, bez twarzy, rozdęte, były już nie do poznania i miały przerażający wygląd. ,

Jedyne, co im jeszcze pozostało z ludzkiego wyglądu, to włosy. Były tam trupy mężczyzn i kobiet. Żydzi wynieśli ze dwadzieścia zwłok i hitlerowcy przerwali dalsze wynoszenie. Teresa podbiegła do otwartych drzwi i jeszcze szybciej powróciła półprzytomna. Poszedłem i ja.

W dużej sali, wyglądającej na wozownię, leżały rozrzucone pod sufit zwłoki ludzkie. A na oko, była ich chyba  setka".

Jak pisze A. Rzepicki; "brak ścisłych danych o liczbie zamordowanych. Musiała być wielka, bo więzienia lwowskie zapełnione były przez NKWD po brzegi, nawet w małych celach siedziało po kilkudziesięciu więźniów, a z Brygidek w pierwszych dniach wojny wydostała się ich zaledwie garstka. Najczęściej powtarzano liczbę około 5000 ofiar i nie mogło być ich mniej ".

Według danych niemieckich w więzieniu na Zamarstynowie zamordowano ok. 3 tys. więźniów, przy ul. Łąckiego - 4 tys.

W Brygidkach zginęło również wielu więźniów - przypuszczalnie podobna liczba - ale większość zwłok spłonęła w pożarze wznieconym przez uciekających NKWD-zistów.

 

 

Z budynku przy ul. Jachowicza nie zdołano wynieść rozkładających się zwłok; cele na razie zamurowano i opróżniono je dopiero w zimie. W sierpniu zwłoki z więzień chowano we wspólnych grobach na Cmentarzu Janowskim.

Wspominał ks. Banach: "Kapłan kropił wodą święconą zwłoki pomordowanych i co pewien czas intonował pieśń żałobną, którą podchwytywano i wśród szlochania płynęła pieśń - Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie!"

Wśród zwłok pomordowanych więźniów poszukiwano uczestników procesu grupy braci Weissów i Kobylańskiego. Zwłok ich jednak nie odnaleziono, ale też - poza młodym Sklarczykiem - nie powrócili oni nigdy do rodzin.

Przypuszczalnie więc zdołano ich wywieźć ze Lwowa i zamordowano w drodze lub w którymś z prowincjonalnych więzień. Nie odnaleźli się też, nie osadzeni, dr Kultysówna i kpt. Rutkowski "Smrek".

Znaleziono jedynie zwłoki adwokata Antoniego Konopackiego, następcy Kobylańskiego, którego pochowano na Cmentarzu Łyczakowskim. Szczęśliwie natomiast wydostała się z więzienia przy ul. Kazimierzowskiej znaczna część nie osadzonych jeszcze harcmistrzów i działaczy harcerskich, w tym por. Adamcio, por. Feja i Szczęścikiewcz.

Uszedł z pogromu też Leopold Ungeheuer, ale miał odbite nerki i zmarł niedługo po powrocie do domu. Przyniósł on wiadomość o dr. Czamiku, którego widział w więzieniu w ostatnia noc przed masowym mordem; dr Czamik jednak zaginął - zwłok nie odnaleziono.

Lwowskie więzienia nie były jedynymi, w których wymordowano w okrutny sposób więźniów.

Wszędzie zdążyły dotrzeć rozkazy w tym względzie - z kijowskiej, jeśli nie z moskiewskiej centrali. Nie zdołano zaalarmować wszystkich garnizonów wojskowych, ale za to, nawet w położonych tuż przy linii demarkacyjnej Oleszycach k. Lubaczowa 22 czerwca rano spalono żywcem trzymanych tam w zamku Sapiehów więźniów. Dokonała tego straż graniczna.

W Samborze, w ostatnich dniach przed zajęciem tego miasta przez wojska niemieckie, co nastąpiło 29 czerwca, wymordowano również część więźniów.

Pisał w swych wspomnieniach jeden z ocalałych tamtejszych więźniów, Stefan Duda:

"Bez przerwy wyciągano z cel więźniów, po 5-10 zawlekano do piwnic , tam mordowano, rozstrzeliwano w tył głowy i składano trupy w pryzmę, a gdy już wszystkie piwnice były załadowane, wówczas wyprowadzano po 50 i więcej na plac więzienny i strzelano do nich z okien z karabinów maszynowych, a nawet zaczęto rzucać ręczne granaty.

W jednej z cel rozbili wówczas więźniowie drzwi "kiblem" i zaczęli otwierać inne cele, rozpoczynając walkę ze strażnikami, uzbrojeni w deski, "kible", znalezione żelazo.

NKWD-ziści wycofali się, próbowali jeszcze wprowadzić do akcji wojsko, ale wobec zbliżania się Niemców opuścili miasto.

W ten sposób część więźniów ocalała. Wśród pomordowanych były harcerki, które zostały zgwałcone, obcięto im także piersi.

Nawet w małym miasteczku, w Szczercu, więźniów pomordowano, wyprowadziwszy ich z więzienia. Po wkroczeniu Niemców rozpoczęto ich poszukiwanie. Ukraińcy w tej sprawie porozumieli się z Niemcami, a ci wyłapali miejscowych Żydów i kazali im w ciągu godziny odnaleźć więźniów lub ich zwłoki. Okazało się, że zwłoki zakopano płytko w stodole probostwa. Wypływała stamtąd krew. Niemcy zmusili Żydów, by rękami rozgrzebali jamę, wyciągnęli i obmyli zwłoki, składając na prześcieradła. Zamordowani mieli poobcinane nosy, uszy, powykręcane do tyłu stopy... Wszystkich, Polaków i Ukraińców, pochowano uroczyście we wspólnej mogile koło cerkwi. Zginęło tam około 30 osób".

W Drohobyczu - jak pisze A. Chciuk: " 22 czerwca 1941 NKWD powiedziało więźniom, ze ich wypuszczają, zabierajcie się

"s wieszczami". Gdy tłum więźniów stał na dziedzińcu więzienia, z wież wartowniczych zaczęły strzelać karabiny maszynowe".

Znajoma Chciuka upadła zanim dosięgły ją serie i przeleżała pod trupami cały dzień. Gdy w nocy wydostała się i przyszła do domu, powitały ją słowa: "Boże, tyś zupełnie siwa..."- Działo się to w drohobyckich "Brygidkach".

Z Borysławia jest relacja jednego z tamtejszych Żydów, których po wkroczeniu wojsk niemieckich zapędzono do usuwania zwłok z aresztu:

"Zaprowadzili nas  na NKWD. Tam już było z 300 Żydów i stamtąd z piwnic kazali wyciągać i segregować trupy. Masy trupów. Część z tych trupów kazali myć. Te trupy nie były zakopane. Były one przysypane ziemią na 5, 10 cm.

To wszystko były poza tym świeże trupy. To byli  ludzie zaaresztowani tydzień lub 10 dni wcześniej.

Tam był też Kozłowski i jego starosta. Siostra, ona miała jakieś 16 lat, miała wyrwane sutki, jakby obcęgami, twarz miała spaloną.

Natomiast on jednego oka w ogóle nie miał, a drugie miał zapuchnięte, usta też miał zszyte drutem kolczastym, ręce miał spalone, a zarazem zmiażdżone, W sumie tych trupów było jakieś kilkadziesiąt.

W Stryju więzienie ewakuowano 2 lipca i więźniów samochodami odwożono na dworzec kolejowy. Ale przedtem, w nocy z 1 na 2 lipca, rozstrzelano w piwnicach i na podwórzu tych, którzy mieli większe wyroki.

W Stanisławowie, w czasie gdy NKWD  chwilowo opuściło więzienie, pomoc z zewnątrz zorganizował kpt. Ignacy Lubczyński. Pod Nadworną, w Bystrzycy Nadwórniańskiej, w lipcu 1941 r. odkopano masowe groby pomordowanych w więzieniu w Nadwornej - ostatni z pochowanych tam byli zabijani uderzeniem młotka w tył głowy.

W Złoczowie, dokąd Niemcy wkroczyli l lipca, NKWD na zamku zamienionym na więzienie zamordowało też wielu więźniów. Również tu Niemcy i Ukraińcy zmusili Żydów do odkopywania zwłok, a następnie ich zamordowali. Pogrzeb pomordowanych więźniów odbył się 6 lipca. W Brzeżanach od 26 czerwca zaczęto rozstrzeliwać więźniów, wyprowadzanych pojedynczo na dziedziniec więzienia, zagłuszając odgłos strzałów warkotem motoru traktora. Zwłoki wywożono do przygotowanych i maskowanych potem dołów. Po nalocie niemieckim na miasto, od nocy 29 czerwca do następnego dnia zwłoki nadal rozstrzeliwanych wrzucano z mostu do rzeki Złota Lipa.

W sumie zginęło ponad 300 więźniów, reszta - około 80 - uratowała się, gdy straż opuściła więzienie podczas nowego bombardowania. Masowy mord więźniów miał miejsce i w Tarnopolu. Część więźniów - około tysiąca - ewakuowano jednak 30 czerwca, pędząc ich piechotą do Podwołoczysk. W czasie marszu ludzie padali ze zmęczenia i pragnienia, a NKWD-ziści kolbami zmuszali ich do dalszej drogi. Usiłujących uciekać rozstrzeliwano na miejscu.

Dalej tarnopolskich więźniów wieziono koleją. Koleją ewakuowano też więźniów z Czortkowa, ładując po 135 osób do nie oczyszczonych wagonów kolejowych.

Podróż trwała 17 dni. W jednym z wagonów, w którym jechał relacjonujący, spośród 135 osób zmarły w drodze 34.

Trupy usuwano z wagonów co parę dni, a więc jechały z żywymi w lipcowym upale. To samo działo się i na Wołyniu. W Łucku zamordowano około 2 tys. więźniów, w Równem - 500, w Dubnie - 450.

Oprócz pomordowanych w więzieniach, wiele osób zginęło z rąk cofających się w panice i strzelających na oślep i bez powodu żołnierzy sowieckich - a może i z rąk ukraińskich nacjonalistów. We Lwowie w ostanim dniu wycofywania się Armii Czerwonej, 29 czerwca, zginęli na ulicy kurierzy ppłk. Macielińskiego, Jan Lutze-Birk i Jerzy Mędrzecki. Mieli po 21 lat. Po wkroczeniu Niemców na murach Lwowa ukazały się ich klepsydry".

 

DRAMATYCZNE WSPOMNIENIA WŁASNE

 

Lwowskie "Brygidki" przy ul. Kazimierzowskiej, po ucieczce Sowietów stały otworem, w czerwcu 1941 roku wszedłem na podworzec. Na ścianach ujrzałem maź z mózgów i krwi.

 

STOWARZYSZENIE "PAMIĘĆ I NADZIEJA" DR LUCYNA KULIŃSKA PRZYPOMINA:

 

"(...)po ponad 60 latach przemilczania faktów większość Polaków ulega propagandzie wybielania katów i obwiniania ofiar. Dzieje się tak pomimo jednoznacznych ustaleń prokuratorów z Komisji d/s Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu, wiedzy zawartej we współczesnych wydarzeniom dokumentach i świadectw zawartych w tysiącach relacji ocalałych.

Operacja "odpolszczenia" Kresów została przygotowana przez OUN i UPA perfekcyjnie pod względem militarnym i organizacyjnym.

Przeprowadzono ją z dyscypliną i przy umiejętnym wykorzystaniu aparatu represji obydwu okupantów.

Najpierw Ukraińcy pomagali Sowietom w eksterminacji i zsyłaniu polskiej inteligencji i osadników, potem we współpracy z Niemcami przyczynili się do zgładzenia polskich profesorów Lwowa, Krzemieńca, nauczycieli Stanisławowa i innych miejscowości kresowych, a wreszcie niemal wszystkich potencjalnych lokalnych polskich przywódców. Kiedy wyniszczenie polskich elit dobiegło końca, OUN, a następnie UPA z pomocą ukraińskich chłopów przystąpiły do fizycznego unicestwienia polskiej ludności wołyńskich i małopolskich wsi. Działania te przyniosły pełne powodzenie: Polacy, żyjący na tych ziemiach od 600 lat, zostali niemal w całości wymordowani lub wypędzeni. Jedynie większe miasta z niemieckimi czy potem sowieckimi garnizonami dawały szansę przetrwania.

W dokumentach Rady Głównej Opiekuńczej (RGO), która starała się obejmować opieką uchodźców, znajdziemy opinię, że na skutek niespodziewanej i okrutnej akcji ukraińskich szowinistów na wsi wołyńskiej nie została w komplecie ani jedna większa polska rodzina! Ludobójcza akcja antypolska została poprzedzona Holokaustem kresowych Żydów, których wyniszczenie dokonane zostało wprawdzie z inspiracji niemieckiej, ale rękami policji ukraińskiej i innych ukraińskich formacji pomocniczych. W wielu wsiach mordowaniem żydowskich mieszkańców zajmowały się lokalne placówki OUN. Częstokroć przy egzekucjach nie było żadnego Niemca. Łupy dzielono między siebie. Część trafiała do miejscowej ludności, wzmagając w niej żądzę zawłaszczenia mienia polskich sąsiadów.

Zachęceni łatwością, z jaką pozbyli się Żydów, nacjonaliści ukraińscy przystąpili do fizycznego usunięcia z Kresów pozostałych nacji: Polaków, Ormian, Czechów, Rosjan, Cyganów, a także tych Ukraińców, którzy nie godzili się na ich okrutne rządy. Nie zapominajmy, że zarówno ofiary, jak ich oprawcy, byli obywatelami polskimi, państwa, które przecież nadal istniało, choć jego rząd był na wygnaniu i co ważniejsze, było członkiem antyhitlerowskiej koalicji.

Od wiosny 1943 roku eksterminowana ludność wiejska Wołynia chroniła się w pobliskich miasteczkach i miastach. Latem i jesienią 1943 r. terror ukraiński osiągnął niespotykane rozmiary: płonęły całe wsie, a ludność polską, nie szczędząc kobiet, dzieci i starców, mordowano w bestialski sposób. Wśród Polaków wybuchła panika. Interwencje u władz niemieckich, które wyraźnie sprzyjały Ukraińcom, najczęściej nie odnosiły żadnego skutku.

W tej rozpaczliwej sytuacji część Polaków skupiła się w wybranych wsiach, tworząc samoobrony i odpierała ataki. Nie wszystkie przyniosły ocalenie. Część samoobron została pokonana, a ludność tam skupiona wymordowana.

Uciekający do miast stanęli przed innym problemem - głodu. Miasta były przepełnione, a próby powrotu po pozostawioną żywność częstokroć kończyły się mordowaniem śmiałków.

Do tego organizacje ukraińskie zakazywały sprzedawania jedzenia Polakom grożąc represjami, a nawet śmiercią. Pomimo to zdarzały się przypadki udzielania pomocy. Najczęściej w stosunku do krewnych lub powinowatych. Ostatnio w Polsce podnoszą się głosy, aby owych odważnych ludzi uhonorować. Niestety zbyt duże wpływy pogrobowców OUN-UPA na Ukrainie powodują, że inicjatywa taka budzi obawy samych zainteresowanych i ich rodzin.

Z tragicznej sytuacji, w jakiej znaleźli się Polacy, korzystali Niemcy. Teren był "oczyszczany" z niechcianej ludności, a zdesperowanych Polaków masowo wywożono do niewolniczej pracy do Niemiec. Okupanci podstawiali pociągi ewakuacyjne, najczęściej węglarki, wydając równocześnie oświadczenia, że nie odpowiadają za bezpieczeństwo osób, które pozostaną. Była to przysłowiowa "propozycja nie do odrzucenia". W Niemczech poddawano ich eksploatacji, głodowali i ginęli pod bombami alianckich nalotów. Informacje na ten temat docierały z Niemiec do Rady Głównej Opiekuńczej ( RGO) w Krakowie. Część transportów trafiała m.in. do budowy sieci podziemnych schronów na Dolnym Śląsku. Warto zwrócić uwagę, że sieroty z Kresów przekazane do sierocińców w Polsce centralnej, a nawet do prywatnych rodzin w Krakowie umierały jeszcze kilka lat później od choroby sierocej, gruźlicy i innych dolegliwości, mimo starań nowych opiekunów.

Podobno dokumenty tematyczne znajdują się w Archiwum Miasta Krakowa. Gdyby nie zbrodnia ludobójstwa, dzieci te zapewne by żyły, podobnie jak duża liczba przymusowych uchodźców, którzy, przywiezieni niemieckimi transportami z Wołynia, a potem z Małopolski Wschodniej do Krakowa, przedwcześnie kończyli życie w schroniskach i byli chowani na krakowskich cmentarzach. To oczywiście również banderowskie ofiary.

We Lwowie i Przemyślu zorganizowano dla uciekinierów obozy przejściowe, które bardziej przypominały obozy koncentracyjne niż obozy ratunkowe.

Ci, którzy chcieli uniknąć wywiezienia i nie mieli dokąd wracać, próbowali samodzielnie przekraczać granice Generalnego Gubernatorstwa ( GG ), często jednak byli zawracani i ostrzeliwani przez ukraińską policję.

Jednak rosnących mas uchodźców sterroryzowanych przez OUN i UPA w pewnym momencie nie dało się już powstrzymać. Pieszo i furmankami ruszali na zachód, na Chełm, Lublin i Warszawę, rozpraszając się w centralnej Polsce i na południe, na Lwów i Przemyśl, a potem do Małopolski Zachodniej. Większość była w położeniu wręcz katastrofalnym. Pełno było rannych i chorych, półnagich i bosych, sierot i rodziców poszukujących zaginionych dzieci.

Chłopi polscy na Kresach najczęściej do ostatniej chwili trzymali się kurczowo swego dobytku i opuszczali go dopiero wtedy, gdy było już za późno na jakąkolwiek sensowną i zorganizowaną ewakuację. Najczęściej z pożogi nie udawało im się ocalić dosłownie nic. Zresztą nawet wtedy, gdy cokolwiek uratowali, musieli to porzucać, bo inaczej nie przeżyliby tak długiej drogi w terenie opanowanym przez zorganizowane bandy napastników. Dlatego uchodźcy byli kompletnymi nędzarzami. Bezpieczniej mogli poczuć się dopiero w większych miastach, a zwłaszcza w samym Lwowie, do którego większość się kierowała.

Tam dopiero był czas na wytchnienie i ochłonięcie z przerażenia. Mogli liczyć na pomoc RGO i mieszkańców, którzy choć wielu przygarniali pod swój dach, nie byli w stanie ich karmić, leczyć, ani ubrać. Mimo wysiłków nie udało się zapobiec wielu nieszczęściom. Z opowieści uciekinierów wielu Polaków dowiedziało się po raz pierwszy o bestialstwie oprawców. Stereotyp nacjonalisty ukraińskiego - rizuna nabrał nowego wydźwięku.

Dopiero lata programowej propagandy i przemilczania spowodowały, że zaczął on blednąc, pozwalając na manipulowanie prawdą historyczną.

Od początku roku 1944 mordy przeniosły się do trzech województw Małopolski Wschodniej: tarnopolskiego, stanisławowskiego i lwowskiego. Zrozpaczeni Polacy na próżno wyglądali jakiejkolwiek pomocy.

Wszelka obrona była bezcelowa, gdyż nie tylko Ukraińcom, ale także dwóm pozostałym okupantom sytuacja taka była na rękę. Każdy z nich dążył do wyniszczenia ludności polskiej. Nie było więc dobrych rozwiązań. Samoobrony nie były wystarczająco silnie uzbrojone - o to zadbał okupant niemiecki. Tak charakteryzował to autor jednego z raportów opisujących sytuację w Małopolsce Wschodniej:

"Przewaga Ukraińców wobec żywiołu polskiego jest tak przygniatająca, że Polacy skutecznie bronić się nie mogą. Tylko tam, gdzie Polacy są w znacznej większości, organizowanie obrony może mieć widoki powodzenia, lecz i to nie zawsze, ponieważ w tych wypadkach Ukraińcy występują w znacznej sile, przy odpowiednim uzbrojeniu, którego Polakom brak [...] Ukraińcy są dobrze zorganizowani, mają na swoje usługi całą policję ukraińską. Dlatego wymienione wypadki skutecznej obrony (Jacowce, Kołtów, Łuka, Kozaki itp.) należy raczej przypisać indywidualnej inicjatywie. Również zamiarów odwetowych ze strony polskiej nie można w tych warunkach traktować poważnie. Rezultaty tak prowadzonej antypolskiej operacji ludobójczej okazały się przerażające. Dziesiątki, setki tysięcy zamieszkujących Wołyń, Małopolskę Wschodnią, a także część Polesia i Lubelszczyzny, bądź zginęły, bądź znalazły się bez dachu nad głową i bez środków do życia. Sen o "Ukrainie czystej jak szklanka wody" spełniał się"...

Społeczność kresowa czuła się rozgoryczona przemilczaniem przez władze Polskiego Państwa Podziemnego trwającego ludobójstwa. Dotyczy to także braku reakcji na ukrywanie się w Generalnym Gubernatorstwie Ukraińców winnych zbrodni.

Polskie władze podziemne popełniły w tej dziedzinie również inne błędy.

Oficjalne ogłoszenie przez Polskie Państwo Podziemne współpracy z Rosją Sowiecką było wydaniem wyroku na małopolskie samoobrony. Niemcy dali deklarującym współpracę nacjonalistom ukraińskim wolną rękę w tępieniu Polaków, mało tego, zaczęli dostarczać im broń.

Oczywiście Polacy byli skrępowani w swych działaniach umowami koalicyjnymi, natomiast Ukraińcy bez skrupułów manewrowali pomiędzy dwoma okupantami, by wykonać swój jedyny cel: zlikwidowanie kresowych Polaków. Wobec trzech wrogów ludność polska okazała się bezradna. To zaś, że dla ocalenia musiała sporadycznie oddawać się pod opiekę okupantów, jest zrozumiałe.

Za skrajną hipokryzję i nieuczciwość należy uznać twierdzenie pogrobowców OUN-UPA, że była to "współpraca". Konieczność szukania ratunku u wrogów świadczy jedynie o tym, że Ukraińcy bestialstwem przebili wszystkich. Zachowane dokumenty i relacje, z którymi zetknęła się Autorka , w sposób jednoznaczny wskazują na odpowiedzialność strony ukraińskiej za dokonaną akcję ludobójczą. Spory dotyczyć mogą jedynie proporcji, w jakich inspiracja rozkładała się na poszczególne nacjonalistyczne organizacje ukraińskie i Cerkiew greckokatolicką. Nie może być mowy o usprawiedliwianiu sprawców i kwalifikowaniu band OUN i UPA jako oddziałów partyzanckich czy wojskowych. Nie było też żadnego "konfliktu polsko-ukraińskiego".

Żadna formacja wojskowa ani partyzancka nie może dopuszczać się ludobójstwa.

Używanie takich określeń w odniesieniu do OUN i UPA jest niemoralne i nieuprawnione. Oznacza tylko jedno: lekceważenie ofiar w imię polityki. Ale ani Polska ani Ukraina nie osiągną pożytku z "heroizacji" banderowców. Faszyzm zawsze obraca się w końcu przeciwko własnym obywatelom, a ukraiński nacjonalizm jest jednym z najstraszniejszych i najokrutniejszych w dziejach ludzkości.

Mając to na uwadze należy pamiętać o tysiącach (według Wiktora Poliszczuka 60 tysiącach) Ukraińców, którzy zginęli z ręki lub na rozkaz OUN-UPA.

Analizując zachowane dokumenty i relacje w żadnym wypadku nie wolno zgodzić się z twierdzeniem, że na Kresach doszło do "wybuchu masowej samowoli i nienawiści wobec Polaków".

Niemniej taką wygodną tezę, bo znoszącą odium zbrodni z OUN-UPA na "czerń ukraińską" , prezentuje dzisiaj wielu ukraińskich historyków.

Tymczasem nacjonaliści z OUN i UPA mieli w tym czasie nie tylko absolutny "rząd dusz", wśród ukraińskiej młodzieży, ale stosowali wobec wszystkich pozostałych Ukraińców przymus fizyczny i terror. Kto nie chciał z nimi współpracować w dziele "oczyszczania" Ukrainy z "obcoplemieńców", albo krytykował metody owego "oczyszczania", ten stawał się wrogiem "Samostijnej" i ginął, często śmiercią męczeńską. Egzekutorami były oddziały siepaczy z osławionej "Służby Bezpeky" UPA.

Nie wolno pomijać kwestii formalnej odpowiedzialności władz okupacyjnych (niemieckich i sowieckich), które zobowiązane były do zapewnienia bezpieczeństwa na okupowanych przez siebie terenach, ale nie ma wątpliwości, że inspiratorami i wykonawcami opisywanych masowych mordów byli Ukraińcy rodem z Małopolski Wschodniej i Wołynia.

Scenariuszowi zakładającemu nieuchronność ludobójczej akcji antypolskiej przeczą prawie wszystkie zachowane relacje polskich mieszkańców Wołynia i Małopolski Wschodniej. W ich świetle przeciętny Ukrainiec nie żywił do swych sąsiadów-Polaków nienawiści.

Polacy nie nienawidzili Ukraińców - bo nie mieli za co. Zwalczali jedynie, chociaż niekonsekwentnie, członków organizacji komunistycznych i nacjonalistyczno-terrorystycznych z UWO i OUN na czele, jako zagrażających integralności państwa i bezpieczeństwu obywateli. Istotne znaczenie miała tu współpraca komunistów i nacjonalistów z wrogami Polski - Rosjanami i Niemcami.

Państwo polskie miało do tego pełne prawo. Współżycie z resztą ludności było w większości powiatów poprawne. Sąsiedzi pomagali sobie nawzajem, zapraszali się na uroczystości rodzinne, święta religijne, częste były mieszane małżeństwa. Oczywiście zdarzały się odstępstwa od tych zachowań, ale głębię skrywanej zawiści, urazów i chęci rewanżu ujawnił dopiero upadek Polski.

Ale nawet wtedy, gdyby nie katalizator w postaci zbrodniczej agitacji sfanatyzowanych przywódców OUN, UPA i dużej części greckokatolickiego kleru, nie doszłoby do tragedii o takich rozmiarach.

Akcja ludobójcza zrealizowana przez OUN-UPA z pomocą lokalnego chłopstwa, jako działanie polityczne, została zaplanowana z zimną krwią, a zrealizowana z konsekwencją i okrucieństwem.

Chodziło o to, by w chwili zakończenia wojny nie było już Polaków na Kresach. Wtedy nie trzeba by było przeprowadzać żadnego plebiscytu, dzielenia ziemi jak po I Wojnie Światowej.

Zwycięzca brałby wszystko.

Wiktor Poliszczuk w swych pracach zwraca uwagę, że jeżeliby OUN Bandery chciała wykorzystać konflikt niemiecko-rosyjski do zbudowania państwa ukraińskiego, to w roku 1944, gdy przegrana Niemiec była już tylko kwestią czasu, a nadzieja na choćby namiastkę samodzielności państwowej upadła, masowe mordowanie ludności polskiej traciło jakikolwiek sens polityczny. Nieprzerwanie tej operacji w przededniu wkroczenia Armii Czerwonej i kontynuowanie jej pod sowiecką okupacją ujawniło, o co naprawdę chodziło bandom OUN-UPA. Celem było fizyczne unicestwienie Polaków.

Zrealizowanie tej operacji, podjętej z najniższych, grabieżczych pobudek pod przykrywką wzniosłych haseł dążenia do niepodległego państwa wyczerpuje wszystkie znamiona zbrodni nieprzedawnialnej, zrealizowanej w oparciu o ideologię faszystowską.

Wszystkich polskich ofiar nacjonalistów ukraińskich w latach 1939-1947 nie sposób dziś policzyć, co jest niezwykle wygodne dla chcących ukryć prawdę.

Szacując je na 150-200 tysięcy osób nie popełnimy błędu. Wielu oprawców, w tym esesmanów z SS-Galizien, żyło i żyje wygodnie na Zachodzie. Czasem "papiery" pomordowanych Polaków służyły mordercom, mówiącym przecież po polsku, do urządzenia sobie życia, wyłudzania świadczeń w Polsce, w Zachodniej Europie, USA, Kanadzie.

Dla większości z nich właśnie znienawidzone polskie obywatelstwo stało się przepustką do wolności i bezkarności.

Według ustaleń badaczy bezpośrednio odpowiedzialne za zbrodnie popełnione na Polakach były następujące osoby z kierownictwa OUN-UPA:

- Mykoła Łebed ps. "Ruban" - główny autor i realizator idei ludobójczej przed wojną, terrorysta z UWO i OUN odpowiedzialny za najpoważniejsze zamachy w międzywojennej Polsce;

- Roman Szuchewycz ps. "Taras Czuprynka" - przywódca UPA, będący równocześnie na żołdzie hitlerowców, współodpowiedzialny za mord profesorów lwowskich, autor przechwyconego przez Armię Krajową rozkazu o konieczności przyspieszenia likwidacji ludności polskiej w związku ze zbliżaniem się Armii Czerwonej. Przed wojną, podobnie jak Łebed, odpowiedzialny za zamachy terrorystyczne, członek UWO i OUN;

- Rostisław Wołoszyn ps. "Horbenka" - zastępca Szuchewycza, szef Służby Bezpieczeństwa (SB) UPA, przed wojną związany z terrorystyczną UWO-OUN;

- Dymytr Hrycaj ps. "Perebinis" - szef sztabu głównego UPA, przed wojną związany z terrorystyczną UWO i OUN;

- Wasyl Sidor ps. "Szełest" - jeden z twórców UPA.

 

Bezpośrednimi organizatorami i kierownikowi ludobójstwa na Wołyniu byli:

 

    - Roman Kłaczkiwśkyj ps. "Kłym Sawur"7” - razem z Wasylem - Sidorem ps. "Szełest" scalił bandy na Polesiu, tworząc z nich pierwszy oddział UPA, który przystąpił od razu do mordowania ludności polskiej. W 1943 roku został dowódcą okręgu UPA-Północ, obejmującego swym zasięgiem cały Wołyń;

- Leonid Stupnićkyj ps. "Honczarenko" - był szefem sztabu UPA-Północ;

- Mykoła Omelusik - naczelnik oddziału operacyjnego planującego akcje eksterminacyjne.

Dowódcą pierwszego zgrupowania eksterminującego powiaty: Sarny, Kostopol i Pińsk był Iwan Łytwynczuk ps."Dubowyj" - jeden z najokrutniejszych morderców Polaków.

Zgrupowaniem drugim, prowadzącym antypolską akcję w powiatach: Łuck, Horochów, Włodzimierz, Kowel oraz części Polesia, dowodził Jurij Stelmaszczuk ps. "Rudyj".

Zgrupowanie to robiło też wypady za Bug, gdzie dopuszczało się także morderstw na ludności polskiej i podpaleń.

Zgrupowaniem trzecim, południowym, obejmującym swym zasięgiem powiaty: Równe, Zdołbunów, Dubno, Ostróg dowodził lekarz Petro Olijnyk ps. "Enej". Przed wojną członek terrorystycznej OUN.

Odpowiedzialni za zbrodnie ludobójstwa, wszyscy oni są obecnie uznawani za ojców Ukrainy i bohaterów. Otacza się kultem nawet takich zbrodniarzy wojennych jak Roman Szuchewycz i Roman Kłaczkiwśkyj. Architektowi zbrodni Stepanowi Banderze buduje się panteony.

Pomnika we Lwowie doczekała się nawet Dywizja SS-Galizen, której członkowie wymordowali setki mieszkańców Huty Pieniackiej, Podkamienia, Palikrowy. Jest to chyba jedyny pomnik essesmanów w Europie.

Należy podkreślić, że wielu ukraińskich mieszańców II RP w mordach nie uczestniczyło i nawet pod presją nie chciało mordować swych sąsiadów lub krewnych. Ryzykując życie ostrzegali lub ukrywali Polaków. Wielu autorów relacji właśnie im zawdzięcza ocalenie.

Historycy zdają się nie zauważać, jak istotny wpływ na przebieg późniejszych negocjacji repatriacyjnych i dyktat Stalina miało to ludobójstwo i wypędzenie Polaków.

Jak można mówić o "wolnym wyborze", skoro do połowy 1944 roku ludność polską zamieszkującą wsie zmuszono do opuszczenia ziemi ojczystej. Inaczej odnosi się do kwestii wyjazdu człowiek, którego rodzinę zdziesiątkowali, a gospodarstwo spalili Ukraińcy. On się poddaje, bo nie ma już do czego wracać! Zresztą, jak żyć obok sąsiadów, dawnych przyjaciół, którzy okazali się mordercami?

Do dzisiaj pokrzywdzeni nie doczekali się żadnego zadośćuczynienia za swoje zniszczone życie i mienie. Ale przecież nie polskie władze, ale rząd kraju, który oprawców uznaje oficjalnie za "bohaterów Ukrainy", winien krzywdy te uznać.

Dlaczego tak mało Polaków wie o tej zbrodni?

Wszak bezmiar sadystycznego okrucieństwa, które przekroczyło wszelkie znane przeszłości doświadczenia, każe postawić kresową zagładę Polaków na równi z najokrutniejszymi przykładami ludobójczego barbarzyństwa w dziejach świata.

Jednak na próżno szukać wiedzy o tej tragedii w podręcznikach i encyklopediach. Trudno pojąć, dlaczego Polacy nie okazują tu elementarnej solidarności ze swymi pokrzywdzonymi rodakami. Skazując na zapomnienie dramat polskiej ludności kresowej nie tylko odcinamy te doświadczenia od zbiorowej wiedzy historycznej ludzkości, nie tylko dajemy oprawcom przyzwolenie do wejścia na pomniki chwały , ale godzimy się na powtórzenie zrealizowanego z powodzeniem scenariusza (…)".

 

A tak zabrzmiał głos poety umęczonego narodu - Józefa Szczepańskiego "Ziutka":

 

CZERWONA ZARAZA

 

Czekamy ciebie, czerwona zarazo,

Byś wybawiła nas od czarnej śmierci,

Byś nam kraj przedtem rozdarwszy na ćwierci,

Była zbawieniem witanym z odrazą.

 

Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu,

Zbydlęciałego pod twych rządów knutem,

Czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem,

Swego zalewu i haseł poszumu.

  

Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,

Morderco krwawy tłumu naszych braci,

Czekamy na ciebie nie żeby zapłacić,

Lecz chlebem witać na rodzinnym progu.

 

 

 

 Żebyś ty widział nienawistny zbawco,

Jakiej ci śmierci życzymy w podzięce,

 I jak bezsilnie zaciskamy ręce,

 Pomocy prosząc podstępny oprawco.

   

 Żebyś ty wiedział, dziadów naszych kacie,

 Sybirskich więzień ponura legendo,

 Jak twoją dobroć wszyscy tu kląć będą,

 Wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia.

 

Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli

 Nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej,

 Świętej, skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,

 Cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.

 

Legła twa armia zwycięska czerwona

U stóp łun jasnych płonącej Warszawy

I ścierwią duszę syci bólem krwawym,

Garstki szaleńców co na gruzach kona.

 

Miesiąc już mija od powstania chwili,

Łudzisz nas czasem dział swoich łomotem,

Wiedząc jak znowu będzie strasznie potem,

Powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.

 

Czekamy ciebie nie dla nas żołnierzy,

Dla naszych rannych - mamy ich tysiące,

I dzieci są tu i matki karmiące,

I po piwnicach zaraza się szerzy.

 

 Czekamy Ciebie - ty zwlekasz i zwlekasz,

 Ty się nas boisz i my wiemy o tym,

 Chcesz, byśmy wszyscy tu legli pokotem

 Naszej zagłady pod Warszawą czekasz.

 

 

 

Nic nam nie zrobisz - masz prawo wybierać,

 Możesz nam pomóc, możesz nas wybawić,

 Lub czekać dalej i śmierci zostawić...

 Śmierć nie jest straszna, umiemy umierać.

 

 Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły

 Nowa się Polska - zwycięska - narodzi

 I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić,

 Czerwony władco rozbestwionej siły.

 

  Aleksander Szumański, Bożena Rafalska, "Lwowskie Spotkania". Lwów 2012 r.

 

Od Autorów "Od Niepodległości do Niepodległości"

Adama Dziuroka, Marka Gałęzowskiego, Łukasza Kamińskiego, Filipa Musiała:

 

"MARZENIE PREZESA INSTYTUTU PAMIĘCI NARODOWEJ (JANUSZA KURTYKI)

było podarowanie młodzieży polskiej przystępującej do matury popularnego wykładu najnowszej historii Polski, w którym ujęto by szerzej niż w szkolnych podręcznikach zagadnienia szczególnie ważne dla narodowej pamięci. Wybrani przez Niego do realizacji  tego zamierzenia historycy przedstawili osiągnięcia i niepowodzenia niepodległego państwa polskiego, odbudowanego w 1918 r. po ponadwiekowej niewoli, zmagania obywateli Rzeczypospolitej z niemieckim nazizmem i sowieckim komunizmem. Janusz Kurtyka uważał, że książkę tę powinni napisać młodzi historycy, którzy urodzili się w latach siedemdziesiątych i w dorosłość wkroczyli już w niepodległej Rzeczypospolitej, w których jednak problematyka najnowszej historii Polski budzi emocje, wrażliwość i przekonanie o konieczności upamiętnienia ludzi walczących o niepodległość przeciw totalitarnemu zniewoleniu.

                                              

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

- Adam Dziurok, Marek Gałęzowski, Łukasz Kamiński, Filip Musiał

"Od Niepodległości do Niepodległości" Historia Polski 1918 - 1989 Instytut Pamięci Narodowej Warszawa 2011 r.

 

- Jerzy Węgierski "Lwów pod okupacją sowiecką 1939 - 1941"

http://www.lwow.com.pl/wegierski.html

 

- Stowarzyszenie "Pamięć i nadzieja" dr Lucyna Kulińska

 

 - Wanda Ossowska "Przeżyłam"

 

 

2/ CZAS APOKALIPSY - KTO ZAMORDOWAŁ PROFESORÓW

 LWOWSKICH?

UKRAIŃSKIE SŁOWIKI MORDÓW.

SONDERACTION LEMBERG

 

Batalion „Nachtigall” (niem. "Słowiki") – niemiecki batalion złożony z Ukraińców, działający w 1941roku, w czasie II Wojny Światowej. Oficjalna nazwa niemiecka: "Sondergruppe Nachtigall". Przez propagandę ukraińską wraz z batalionem „Roland” określany był mianem Drużyn Ukraińskich Nacjonalistów.

Inicjatywa powstania zbrojnego oddziału wywodzi się z II walnego kongresu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN-R), który uchwalił, że „[…] dla wykonania swych planów OUN organizuje i szkoli własną wojskową jednostkę”.

Na utworzenie jednostki 25 lutego 1941 r. wyraził zgodę admirał Wilhelm Canaris, na początku marca zgodę wydało dowództwo Wehrmachtu.

Jednostkę utworzono pod dowództwem niemieckim por. Hansa-Albrechta Herznera. Zastępcami dowódcy byli: por. Theodor Oberländer – oficer łącznikowy Abwehry i Roman Szuchewycz ("Taras Czuprynka"). W skład dowództwa wchodzili również: ks. Iwan Hrynioch – kapelan jednostki i Jurij Łopatynśkyj. Dowódcami kompanii byli oficerowie niemieccy. Zdaniem historyka niemieckiego Dietera Schenka batalion składał się z byłych jeńców wojennych narodowości ukraińskiej pozostających w niewoli niemieckiej, którzy początkowo służyli w Wojsku Polskim, a których następnie Niemcy werbowali do tego batalionu.

Inicjatywa związana była również z grupą cywilów z kierownictwa OUN-B: Jarosławem Stećko (desygnowanym przez Stepana Banderę na szefa rządu „wyzwolonej” Ukrainy), Lwem Rebetem, Jarosławem Staruchem, Iwanem Rawłykiem, Stepanem Pawłykiem, Stepanem Łenkawśkym, Dmytro Jaciwem.

Nabór do jednostki prowadziły lokalne komórki organizacyjne, kandydatów wysyłały do Krakowa, gdzie przechodzili przez kontrolę specjalnej komisji OUN oraz badania lekarskie. Kandydaci rekrutujący się spośród sympatyków OUN-B, którzy pozytywnie przeszli weryfikację wysłani zostali w dwóch grupach na przeszkolenie m.in. do Krynicy i Barwinka. Po 4 – 5 tygodniach wstępnego szkolenia rekrutów przewieziono do Neuhammer (Świętoszów koło Wrocławia), gdzie odbywało się przeszkolenie wojskowe z bronią. Tam też żołnierze batalionu w kwietniu 1941 roku złożyli przysięgę „na wierność Ukrainie, OUN i jej dowództwu”.

"Nachtigall" jako zbyt mała jednostka wszedł w skład jednostki dywersyjnej Brandenburg 800 (w sile pułku), który podlegała Abwehrze.

W sumie batalion liczył 350 żołnierzy, z czego 150 przeszło szkolenie w batalionie Brandenburg, 100 w Krynicy, a reszta w Dukli, Barwinku i Komańczy.

Żołnierze nosili umundurowanie Wehrmachtu, na którym mogli, na naramiennikach naszywać niebiesko-żółtą wstążkę.

W przededniu ataku Niemców na ZSRS, batalion przerzucono do Rzeszowa, stamtąd pieszo dotarł w okolice Radymna. 27 czerwca 1941 roku Niemcy przerzucili go w rejon Lwowa. 30 czerwca o godzinie 4:30 nad ranem jako pierwsza zwarta jednostka wkroczył do Lwowa, zajmując bez oporu sowieckiego ratusz, katedrę Świętego Jura i lwowskie więzienia. O 6:30 delegacja żołnierzy batalionu została przyjęta przez greckokatolickiego metropolitę lwowskiego Andrija Szeptyckiego. Część batalionu stanowiła ochronę lwowskiej radiostacji podczas ogłaszania aktu państwowości ukraińskiej, dlatego też dowództwo niemieckie utraciło zaufanie do żołnierzy batalionu. Po dokonaniu zbrodni na Wzgórzach  Wuleckich we Lwowie dokonane 4 lipca 1941 roku na profesorach lwowskich wyższych uczelni, 7 lipca 1941 roku batalion został wraz z 1 dywizją strzelców górskich Wehrmachtu skierowany w kierunku Kijowa przez Złoczów, Tarnopol, Satanów, Płoskirów i Winnicę.

Pod Winnicą żołnierze batalionu rozstrzelali w co najmniej dwóch miejscach nieznaną ilość Żydów.

Również zdaniem Per. A. Rudlinga batalion pod dowództwem Romana Szuchewycza wziął udział w masowych rozstrzeliwaniach Żydów w Winnicy.

Po otrzymaniu informacji o aresztowaniu przez Niemców składu rządu Jarosława Stećki żołnierze batalionu otwarcie żądali zwolnienia uwięzionych lub wycofania z frontu. 30 lipca Wilhelm Canaris podjął decyzję o rozwiązaniu batalionu. 13 sierpnia 1941 batalion został wycofany z walk i poprzez Kraków (gdzie go rozbrojono) odtransportowany do Neuhammer, a następnie do Frankfurtu nad Odrą, gdzie skierowano również Batalion "Roland".

W październiku 1941 roku oba bataliony zostały zlikwidowane i przekształcone w Batalion Policyjny nr 201, który został wyjęty spod komendy Wehrmachtu i podporządkowany Ordnungspolizei (Ukraińskie Bataliony Policyjne).

Część żołnierzy zdezerterowała, większość podjęła funkcje policyjne (podpisując w grudniu 1941 jednoroczne kontrakty) w 201 batalionie policyjnym.

Po zajęciu Lwowa przez Wehrmacht 30 czerwca 1941 w różnych częściach miasta rozpoczęły się pogromy Żydów. Pretekstem do ich rozpoczęcia była masakra więźniów dokonana przez NKWD i odkrycie zwłok kilku tysięcy pomordowanych więźniów w więzieniach lwowskich.

Żydzi obwiniani przez Niemców za kolaborację z okupantem sowieckim i zbrodnie NKWD stali się celem zemsty części ludności miasta Lwowa, podburzanej przez Niemców. Zdaniem Kershawa było to zgodne z dyrektywami Reinharda Heydricha o prowadzeniu wojny na terenie ZSRR, nakazującymi zachęcanie i inspirację pogromów antyżydowskich przez miejscową ludność. Warunki dla przeprowadzenia pogromu zorganizowali Niemcy, oni też dokonywali masowych morderstw na Żydach. W czasie trwania pogromu przywództwo w nim objęli członkowie OUN-B, dla których wspieranie działań Niemców było środkiem zdobywania ich poparcia dla niepodległej Ukrainy, łączącym się z antysemickimi przekonaniami przywódców organizacji. Autor ten pisze, że „miejski tłum”, złożonych  z Ukraińców,  skorzystał jedynie z sytuacji, by dokonywać przestępstw i grabieży.

Według meldunku sytuacyjnego Związku Waliki Zbrojnej (ZWZ) z lipca 1941 r. oraz wspomnień Filipa Friedmana natychmiast po wejściu Niemców milicja ukraińska i grupy z marginesu społecznego miasta rozpoczęły plądrowanie miasta poszukując Żydów. Byli oni doprowadzani do punktów zbiorczych, a stamtąd wysyłani do różnych upokarzających prac. Część z nich zapędzona została do lwowskich więzień. Z relacji świadków wiadomo, że w więzieniu Brygidki i w więzieniu NKWD żołnierze "Nachtigall" wzięli aktywny udział w pogromie: podjudzali do okrucieństwa a również bili i rozstrzeliwali Żydów.

W Brygidkach ukraińscy żołnierze nadzorujący wynoszenie i grzebanie ciał strzelali na dziedzińcu do pracujących Żydów.

Również w więzieniu NKWD, żołnierze "Nachtigall" popędzali i bić wywożących ciała Żydów. Potem na rozkaz niemieckiego oficera utworzyli szpaler i kłuli przebiegających Żydów bagnetami zabijając wielu z nich.

Według „Kroniki 2350 dni wojny i okupacji Lwowa” wieczorem Einsatzkommando rozstrzelało grupę czołowych osobistości żydowskich. Wśród zabitych był naczelny rabin Lwowa dr Jecheskiel Levin, któremu przed śmiercią oprawcy wyrwali brodę. Zdaniem Dietera Schenka egzekucję wymienionych osób przeprowadzili żołnierze „Nachtigall”. Specjalna ekipa filmowa Wehrmachtu filmowała pogrom, filmy były pokazywane później w oficjalnej kronice filmowej Ministerstwa Propagandy Rzeszy: "Die Deutsche Wochenschau". 1 lipca, kiedy pogrom osiągnął apogeum, pojedynczy żołnierze niemieccy dołączali na ulicach do mordujących. Niektórzy żołnierze "Nachtigall" wzięli udział w pogromie Żydów we Lwowie, nie jako zwarty oddział, ale pojedynczo dołączając się do bojówkarzy. Mogli to być żołnierze uprzednio zwolnieni na przepustki.

Sprawę zamordowania lwowskich profesorów na Wzgórzach Wuleckich  opisali po raz pierwszy już w roku 1944 sowieccy pisarze Władimir Bielajew i Mychajło Rudnycki.

Już kilkanaście dni od zbrodni w lipcu 1941 r. zbieranie jej świadectw rozpoczął Zygmunt Albert, wówczas adiunkt Uniwersytetu im.Jana Kazimierza, współpracownik i przyjaciel wielu z zamordowanych.

W  1946 roku mord profesorów lwowskich był przedmiotem badania na procesie norymberskim. Świadkiem oskarżenia (prowadzonego przez prokuraturę ZSRR) był jedyny ocalały po aresztowaniu profesor Franciszek Groër, który stanowczo twierdził, że aresztowania profesorów dokonali gestapowcy i że on sam został aresztowany przez gestapowców o nazwiskach Hacke i Keller..

Żołnierze batalionu" Nachtigall" byli wymienieni jako sprawcy w liście Związku Potomków Lwowskich Profesorów Zamordowanych przez Gestapo w lipcu 1941 do prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki z kwietnia 2005 r.. Jednak śledztwo IPN w tej sprawie, prowadzone przez oddział w Rzeszowie, zostało zamknięte w czerwcu 2006 z powodu niewykrycia sprawców.

Anice Anderson, Vivian Head, Anne Williams w pracy „Rzezie, masakry i zbrodnie wojenne od starożytności do współczesności” twierdziły, że zbrodnia została dokonana przy pomocy ukraińskiego batalionu "Nachtigall", który wyłapywał profesorów i ich rodziny, podczas gdy do żydowskich mieszkańców miasta strzelał od razu. Studenci lwowskich wyższych uczelni narodowości ukraińskiej przygotowywali listy do aresztowań.

Nazwa batalionu "Nachtigall”pochodzi od chóru składającego się z żołnierzy batalionu, założonego przez Jewhena Bilińskiego w Neuhammer.

Żołnierzy batalionu ludność cywilna nazywała „Ptasznikami”. Nazwa pochodziła prawdopodobnie od symboli ptaków wymalowanych na jej wozach i motocyklach, a symbole od nazwy batalionu ("Nachtigall – Słowiki").

W 2011 roku jedną z ulic we wsi Rajliw (Obwód lwowski, Ukraina) przemianowano na „Żołnierzy Batalionu Nachtigall”. Stało się to z inspiracji radnego nacjonalistycznej partii Swoboda Mariana Berezdeckiego.

Batalion "Nachtigall” ( niem. "Słowiki") Niemcy utworzyli w ramach przygotowań do napaści na Związek Sowiecki.

Wywiad Armii Krajowej sugerował, że "profesorów aresztowało Gestapo na skutek donosów ukraińskich”. Pierwsze opublikowane relacje i wspomnienia pochodzące z 1944 r. również jako autorów zbrodni podawały tę najbardziej znienawidzoną przez okupowane narody jednostkę policyjną. W. Bielajew pisał obrazowo: "krwawe łapy Gestapo wyrywają wybitnych uczonych spośród świata medycznego.

Ten sam autor w grudniu 1944 r. konstatował , że "ogólnie znanym jest fakt, że oddziały gestapowców wdarłszy się do miasta, miały na długo jeszcze przed wojną 1941 r. gotową listę wybitnych działaczy nauki i sztuki podlegających natychmiastowej likwidacji. W miarę upływu lat zarówno publicyści, jak i historycy przestali się kontentować samym określeniem — "Gestapo" i zaczęli poszukiwać odpowiedzi na pytania: jaka konkretnie jednostka policyjna dokonała mordu i kto stał na jej czele. W. Bielajew pisał, że już jesienią 1944 roku, kiedy zaznajomił się ze znalezionym w jednym ze schronów UPA dokumentem-instrukcją pt. "Walka i działalność OUN podczas wojny" pojął, że daje mu ona klucz do wykrycia morderców. Stepan Bandera nakazywał w instrukcji swym współpracownikom "zbierać personalne dane o wszystkich wybitnych Polakach i zestawiać czarne listy. Zrobić spis wybitnych Ukraińców, którzy w określonym momencie mogliby próbować realizować swoją politykę". W sposób pośredni potwierdzony został więc współudział nacjonalistów ukraińskich w wymordowaniu lwowskich uczonych".

W swoich trzech kolejnych książkach W. Bielajew konsekwentnie stawiał tezę, że listy profesorów przygotował banderowski odłam OUN, a oddział "Nachtigall" brał udział w samym morderstwie. Jego opinie podzielali liczni sowieccy historycy w swych pracach dotyczących okupacji hitlerowskiej na terenie Ukrainy.

Tezę W. Bielajewa potwierdził Sąd Najwyższy NRD, który w dniu 29 kwietnia 1960 roku po zaocznym procesie skazał Theodora Oberländera (ówczesnego ministra w rządzie RFN) na karę dożywotniego ciężkiego więzienia i utratę obywatelskich praw honorowych na zawsze. W sentencji wyroku stwierdzono, że batalion "Nachtigall" został przez Oberländera zorganizowany, wyszkolony i pod jego dowództwem użyty podczas agresji na ZSRR.

Zgodnie z ustaleniami Sądu Najwyższego NRD Oberländer był komendantem batalionu "Nachtigall", co zostało ustalone na podstawie zeznań świadków i dokumentów przedłożonych Sądowi podczas rozprawy.

Ukraińskim dowódcą batalionu "Nachtigall" był Roman Szuchewycz("Taras Czuprynka"), który stale towarzyszył Oberländerowi i przekazywał do wykonania jego rozkazy. Zaraz po zajęciu Lwowa z batalionu wydzielono specjalny oddział w liczbie około 80 osób, który użyty został do masowych mordów. Według świadków zeznających na procesie, a należących do batalionu "Nachtigall", ich koledzy, którzy należeli do wspomnianej 80-osobowej grupy twierdzili po powrocie do batalionu, że otrzymywali od Oberländera i Szuchewycza imienne listy osób, które należało rozstrzelać. Theodor Oberländer był uważany w okresie II Wojny Światowej przez część osób z kierowniczych kół III Rzeszy za niekwestionowany autorytet w sprawach polskich i całej słowiańszczyzny. Jego życiorys predestynował go zresztą w pełni do tej opinii. Piastując od października 1940 roku funkcję profesora zwyczajnego na niemieckim Uniwersytecie im. Karola w Pradze (do końca wojny) oraz od stycznia 1941 r. dziekana Wydziału Nauk Politycznych i komisarycznego zarządcy zamkniętego Wydziału Prawa, miał już za sobą rozległe doświadczenia w politycznej, propagandowej i organizatorskiej walce z polskością.

Od czasu pierwszej podróży-praktyki — do ZSRR w 1928 r. podjął współpracę z placówkami "Ostforschung", pełniąc w latach 1933—1937 kierownicze funkcje w Bund-Deutscher Osten — organizacji podlegającej zastępcy führera — Hessowi, mającej za zadanie prowadzenie na wschodnich terenach pogranicznych Rzeszy walki narodowościowej, walki pogranicznej, propagowanie problematyki wschodniej, zajmowanie się osadnictwem i kierowanie pracą ziomkostw byłych osadników i urzędników niemieckich, którzy po 1918 roku znaleźli się w Niemczech.

W tym samym czasie zajmował się również organizowaniem siatki wywiadu politycznego wśród mniejszości słowiańskich na wschodnim pograniczu Niemiec. W drugiej połowie 1937 roku służył w centrali Abwehry w Berlinie, a w 1939 roku w Abwehrstelle Breslau — głównym ośrodku działalności sabotażowo-dywersyjnej niemieckiego wywiadu wojskowego przeciw Polsce. Od listopada 1940 roku służył w Abwehrstelle Krakau jako oficer odpowiedzialny za sprawy ukraińskie. Wtedy przebywał również kilkakrotnie we Lwowie w związku z repatriacją Niemców z tego miasta.

Zimą 1940/41 brał udział w rokowaniach między przedstawicielami Abwehry i OUN-B, by od marca 1941 roku wrócić do czynnej służby wojskowej w Abwehrze i brać udział w przygotowaniach agresji na ZSRR, a zwłaszcza gospodarczej eksploatacji okupowanych terenów przez Związek Sowiecki. To ostatnie zagadnienie wiązało się z jego zainteresowaniami naukowymi, które zawsze oscylowały wokół problemów polityki ludnościowej, osadnictwa i polityki rolnej. Miał także ścisłe kontakty z "Nord-und Ostdeutsche Forschungsgemeinschaft" — tajną agendą ministerstwa spraw zagranicznych i ministerstwa spraw wojskowych oraz z SS w ramach tzw. "SS Umsiedlungskommando", czyli specjalnego sztabu do przygotowania planowanych wielkich akcji osiedleńczo-przesiedleńczych na terenach okupowanych.

T. Oberländer, były profesor nadzwyczajny w Politechnice Gdańskiej i Uniwersytetu w Królewcu, człowiek ściśle współpracujący z dużą liczbą placówek zajmujących się Wschodem, oberleutnant Abwehry, nadawał się doskonale na reprezentanta interesów niemieckiego wywiadu w Zachodniej Ukrainie. Ambitny, przekonany o własnej wartości i swego rodzaju misji do spełnienia, usiłował pogodzić realizację swych własnych planów — awansu w hierarchii III Rzeszy

— z zadaniami zleconymi przez Abwehrę oraz z dążeniami nacjonalistów ukraińskich.

Podczas agresji III Rzeszy na ZSRR najpierw współdziałał z oddziałami ukraińskich nacjonalistów, później z oddziałami "ochotników" złożonymi z jeńców mieszkających uprzednio na Kaukazie, a upadek Rzeszy obserwował wspólnie z własowcami.

W 1946 roku T. Oberländer powrócił z obozu jenieckiego w Wielkiej Brytanii, przybrał pozę opozycjonisty wobec "Ostpolitik" Himmlera i rozpoczął działalność polityczną. Zmieniając przynależność partyjną, na stałe związał się z organizacjami przesiedleńczymi. Z ramienia "Bund der Heimatrertriebenen und Entrechten" (BHO — partia przesiedleńców) zdobył w 1953 roku mandat do Bundestagu i od października tego roku wszedł w skład rządu kanclerza K. Adenauera jako minister federalny do spraw przesiedleńców. Koniec lat pięćdziesiątych przyniósł jednak kres kariery politycznej T. Oberländera. Opinia publiczna została poinformowana o jego udziale w eksterminacji ludności okupowanych obszarów, co w rezultacie doprowadziło do jego ustąpienia z rządu w 1960 roku. Udzielając wywiadu bońskiemu korespondentowi gazety "The Guardian", Oberländer odrzucił oskarżenia kierowane przeciw niemu w sprawie zamordowania profesorów lwowskich mówiąc: "Nie tylko nie brałem udziału w żadnych aktach gwałtu, ale nie widziałem niczego w tym rodzaju w ciągu siedmiu dni, które spędziłem we Lwowie. Nie słyszałem ani jednego wystrzału w mieście (...)".

Admirał Canaris (...) "rozkazał, aby oddziały policji ukraińskiej zachowywały się w sposób wzorowy. Oddział "Nachtigall" wykonywał w ciągu swego tygodniowego pobytu we Lwowie tylko funkcje wartownicze".

T. Oberländer wykazał tutaj — zresztą nie on jeden spośród niemieckich zbrodniarzy — zadziwiająco słabą pamięć. Zarówno przewód sądowy przed Międzynarodowym Trybunałem w Norymberdze, jak i zeznania tych, którzy przeżyli, przechowywane w Archiwach Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, całkowicie podważają wiarygodność jego wypowiedzi.

A oto przykładowe relacje na temat pobytu we Lwowie batalionu "Nachtigall":

 

"... u bramy więziennej (...) stał podwójny szpaler składający się wyłącznie z Ukraińców ubranych w niemieckie mundury. Mieli oni karabiny z nasadzonymi bagnetami. Przez ten szpaler pędzono nas na podwórze więzienne. Bito nas przy tym i kłuto, nie zważając czy trafiało to w kobiety, mężczyzn czy dzieci. Tylko niewielu przeżyło to wejście i wielkie więzienne podwórze było pokryte niezliczoną ilością trupów".

"Nazwy "Ptasznicy" używano w stosunku do oddziału Ukraińców w mundurach Wehrmachtu; powstała ona wkrótce po wejściu tej grupy do akcji na terenie miasta."Ptasznicy" tworzyli zwarte kompanie w mundurach niemieckich i z niemieckimi oznakami stopni. Mówili po ukraińsku, a do rękojeści bagnetów mieli uczepione tasiemki z guzami koloru niebiesko-żółtego...".

Egzekucje masowe (pogromy Żydów i Polaków) trwały mniej więcej do 2 lipca. Później trwały egzekucje poszczególnych osób i grup. Ludzie później mówili, że "Ptasznicy" zabijali w cztery różne sposoby – „rozstrzeliwali, zabijali młotem, bagnetem, lub bili do zabicia".

Relacje te, oraz wiele innych umieszczonych w pracy A. Drożdżyńskiego i J. Zaborowskiego, wymownie zaprzeczają słowom T. Oberländera, jakoby "Nachtigall" pełnił tylko funkcje wartownicze. Trudno zresztą się dziwić, że człowiek, który był instruktorem i współpracownikiem (jeśli nie zwierzchnikiem) tego "krwawego oddziału" starał się przedstawić go z jak najlepszej strony, zwłaszcza że pełnił wówczas wysokie odpowiedzialne stanowisko w rządzie RFN.

W 1960 roku ukazała się w Polsce książka A. Drożdżyńskiego i J. Zaborowskiego pt. „Oberländer.” Autorzy udowadniali w niej, że T. Oberländer był nie tylko dowódcą batalionu "Nachtigall", ale faktycznie zwierzchnikiem całej grupy operacyjnej, w skład której wchodziły następujące jednostki: I batalion pułku "Brandenburg" pod dowództwem mjra Heinza (odpowiedzialnego równocześnie za wojskową stronę operacji), batalion ukraiński "Nachtigall" dowodzony przez por. dra Herznera (dowódca ukraiński Roman Szuchewycz), jednostka "Geheime Feldpolizei" pod dowództwem kpt. Krügera oraz "Abwehrtruppe II" kierowana przez ppor. prof. Mittelhaure. Cywilną część grupy Oberländera stanowiła sześcioosobowa grupa członków kierownictwa OUN-B.

Autorzy twierdzą, że Oberländer jako "osobisty przedstawiciel admirała Canarisa" (szefa Abwehry) jest bezpośrednio odpowiedzialny za zbrodnie dokonujące się we Lwowie podczas swego pobytu w tym mieście (do nocy z 6 na 7 lipca), gdyż dokonywały się "tylko na jego rozkaz lub za jego zgodą".

Żołnierze batalionu "Nachtigall" od swych niemieckich przełożonych nie otrzymywali żadnych rozkazów wzięcia udziału w pogromach, ale nie można wykluczyć, że część z nich samowolnie to uczyniła wspólnie z nacjonalistami ukraińskimi.

Opierając się na umorzeniu śledztwa przez bońską prokuraturę T. Oberländer uzyskał pozytywne dla siebie wyroki w procesach przeciw "Die Tat" we Frankfurcie, "Die Volkstimme" w Wiedniu, prezesowi Związku Literatów Niemieckich Berntowi Engelmannowi i Seppowi Barankowi w Monachium. Inną tezę o odpowiedzialności za mord uczonych lwowskich przedstawił w 1964 roku Zygmunt Albert. W artykule zamieszczonym w "Przeglądzie Lekarskim" twierdził, że mord uczonych nastąpił na skutek rozkazu Himmlera, a: "grupa "Słowików" Oberländera była wykorzystana do tej haniebnej roboty, ale panem życia i śmierci profesorów pamiętnej nocy lipcowej był Krüger, późniejszy kat inteligencji polskiej w Stanisławowie... Nie ulega wątpliwości, że otrzymał on bezpośrednio odpowiedni rozkaz od Himmlera". Swe tezy Z. Albert precyzował na podstawie artykułów K. Lanckorońskiej.

W 1948 r. emigracyjna gazeta "Orzeł Biały" w numerach 45—47 opublikowała duży artykuł zatytułowany Niemcy we Lwowie.

Jego autorką była hr. Karolina Lanckorońska, przed wojną docent Uniwersytetu Lwowskiego, w czasie wojny aktywna działaczka Rady Głównej Opiekuńczej (RGO).

K. Lanckorońska przyjechała do Lwowa w styczniu 1942 r. z mandatem RGO zorganizowania w woj. stanisławowskim filii RGO, zwanej Komitetem Polskim. Podczas wykonywania tego zadania w maju 1942 r. została aresztowana w Stanisławowie przez Gestapo.

Szefem Gestapo w Stanisławowie był kpt. Hans Krüger. Podczas przesłuchania K. Lanckorońskiej Krüger pewien, że aresztowana nie wyjdzie na wolność pochwalił się jej, że brał udział w likwidacji profesorów lwowskich, że to jego dzieło. Twierdził, że gdy "Feldgestapo" wkraczało na nowo zdobyte tereny, posiadało gotowe spisy osób, które miały być aresztowane. Krüger na ich podstawie wymordował profesorów we Lwowie, a następnie inteligencję polską w Stanisławowie. "Feldgestapo" nie zatrzymywało się na dłużej w jednej miejscowości, posuwało się za linią frontu, wykonując zadania porównywalne tylko do wypełnianych przez "Einsatzkommando SS". Po pięciu tygodniach pobytu w więzieniu stanisławowskim K. Lanckorońską w dniu 8 lipca zawieziono do Lwowa i osadzono w więzieniu na ul.Łąckiego. W następnych dniach przesłuchiwał ją w urzędzie Gestapo przy ulicy Pełczyńskiej komisarz do spraw politycznych — Walter Kutschmann. Powiedział on K. Lanckorońskiej, iż jej krewni z włoskiej rodziny panującej interweniowali u H. Himmlera i dzięki temu została ona przywieziona do Lwowa mimo gwałtownych sprzeciwów Krügera.

Karolina Lanckorońska wyczuwając u Kutschmanna niechęć do Krügera zdecydowała się opowiedzieć o okrucieństwie i wręcz patologicznym sadyzmie, który cechował stanisławowskiego szefa Gestapo. Podczas przesłuchania powiedziała również o wymordowaniu przez niego lwowskich uczonych.

Zdumiony tym oświadczeniem K. Lanckorońskiej, po upewnieniu się, że mówił jej o tym sam Krüger, potwierdził słowa szefa Gestapo w Stanisławowie mówiąc: "Przecież ja byłem przy tym. Służyłem pod nim.

Kazał mi owej nocy przyprowadzić drugą grupę profesorów według spisu, który mieliśmy od Ukraińców studiujących w Krakowie. Powiedziałem Krügerowi, że nikogo nie zastałem w domu, dlatego ci ludzie nie zostali zamordowani".

Zamieszana w rozgrywkę między dwoma gestapowcami Lanckorońska złożyła obszerne zeznania i czekała na dalszy rozwój wypadków. Dopiero w listopadzie 1942 roku Kutschmann wrócił z Berlina i oświadczył, że wygrał batalię o Krügera i Lanckorońska wyjedzie do Berlina jako świadek w rozprawie przeciw szefowi Gestapo w Stanisławowie oskarżonemu o to, że zdradził jej tajemnicę zamordowania uczonych lwowskich. Do rozprawy jednak nie doszło. W styczniu 1943 r. Karolina Lanckorońska została przewieziona do obozu koncentracyjnego w Ravensbrueck, skąd 5 kwietnia 1945 r. została zwolniona dzięki interwencjom w jej sprawie czynionym przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Po wojnie w początkach 1946 r. K. Lanckorońska przesłała byłemu rektorowi Uniwersytetu Lwowskiego Stanisławowi Kulczyńskiemu, z którego rodziną była zaprzyjaźniona, swą opowieść-raport o przeżyciach w latach 1941 — 1945. Żona rektora — Maria Kulczyńska — zdecydowała się go opublikować łącznie ze swymi wspomnieniami i uwagami w 1977 roku. Od tej pory tzw. Raport Karoliny Lanckorońskiej jest częściej niż artykuły Lanckorońskiej w prasie emigracyjnej wykorzystywany w różnorodnych publikacjach i opracowaniach. Wartość Raportu polega na ujawnieniu nazwisk dwu hitlerowców bezpośrednio odpowiedzialnych za zamordowanie lwowskich uczonych, a równocześnie wyjaśnia również sprawę gotowych list, którymi posługiwali się gestapowcy.

Wydarzenia z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych potwierdziły wiarygodność Raportu w dość nieoczekiwany sposób.

W 1967 r. odbywał się w Münster proces przeciwko esesmańskim ludobójcom ludności Stanisławowa. Jednym z głównych oskarżonych był Hans Krüger, który — jak się okazało — przeżył wojnę i w RFN uchodził za antyfaszystę.

W czasie przewodu sądowego H. Krüger przyznał się, że należał do SS i przebywał w Stanisławowie, ale już w 1942 roku został ukarany za wydanie tajemnic Gestapo pewnej Polce. Niestety osoba ta została w 1943 roku wywieziona do Ravensbrück i tam zmarła.

Pewien, że Karolina Lanckorońska nie przeżyła obozu, podał sądowi jej imię i nazwisko. Prokuratura RFN stosunkowo łatwo odnalazła we Włoszech przebywającą tam Karolinę Lanckorońską i wzięła ona udział w procesie jako świadek. Redaktor Marian Podkowiński, który relacjonował ten proces w "Trybunie Ludu" pisał, że konfrontacja ze świadkiem, który zjawił się jakby duch zza grobu, wywarła wstrząsające wrażenie. Oskarżony stracił pewność siebie, załamał się i zrezygnował z prób przekonania sądu o swej niewinności. W rezultacie udowodniono mu, wg. M. Podkowińskiego, zbrodnie w Stanisławowie oraz skazanie na śmierć i uczestniczenie w egzekucji uczonych lwowskich.

Faktycznie jednak Sąd Przysięgłych w Munster uniewinnił H. Krügera od zarzutu popełnienia zbrodni zabójstwa na profesorach lwowskich z braku dostatecznych dowodów winy. Dając wiarę zeznaniom K. Lanckorońskiej sąd nie wykluczył, że Krüger mógł się przed nią przechwalać twierdząc, że jest sprawcą zbrodni we Lwowie, a to w celu, by wzbudzić w niej strach, albo zyskać w jej oczach na znaczeniu. Krüger w sierpniu 1942 r. został usunięty ze stanowiska szefa Gestapo w Stanisławowie, zdegradowany i skazany na 1 rok aresztu za ujawnienie tajemnicy państwowej. W lipcu 1943 roku Krüger w stopniu zaledwie Unterstumführera został przeniesiony do Chalon we Francji. Wojnę zakończył w Holandii w stopniu Hauptsturmführera (kapitana). Władze brytyjskie zwolniły go z obozu w 1948 roku z braku dowodów winy. Osiadł w miejscowości Luedingshaussen koło Munster (Westfalia) i stworzył wokół siebie legendę antyfaszysty. Otoczony szacunkiem współmieszkańców został wybrany do zarządu ziomkostwa brandenburskiego, a następnie został przewodniczącym tej organizacji w Nadrenii-Westfalii i kandydował nawet do parlamentu krajowego.

Zgubiła go zbytnia pewność siebie, został rozpoznany jako kat ludności polskiej i żydowskiej Stanisławowa, a proces sądowy pośrednio wykazał jego związek ze zbrodnią lwowską.

Patrz Karolina Lanckorońska "Wspomnienia wojenne".

Długo nie były znane losy drugiego gestapowca — Waltera Kutschmanna.

Według Raportu Lanckorońska prosiła o ochronę jego życia generała Bora-Komorowskiego w tajnym meldunku wysłanym do Warszawy z więzienia we Lwowie, ale nie było wiadomo, czy przeżył wojnę. Szymon Wiesenthal, kierownik żydowskiego ośrodka dokumentacyjnego w Wiedniu, rozpoczął intensywne poszukiwania W. Kutschmanna, które zakończyły się powodzeniem. Ustalił, że były gestapowiec lwowski mieszka w Argentynie pod nazwiskiem Ricardo Olmo. Twierdząc, że jest on odpowiedzialny za zbrodnię lwowską domagał się od władz prokuratorskich RFN, by wystąpiły o ekstradycję W. Kutschmanna i wytoczyły mu proces sądowy. Starania jego zakończyły się niepowodzeniem, mimo zatrzymania W. Kutschmanna przez policję argentyńską.

Zbigniew Kustosik, korespondent PAP, w sierpniu 1975 r. przekazał depeszę z Berlina, która wyjaśniła losy Kutschmanna. Jej treść była następująca:

 

"... sąd zachodnioberliński uchylił wydany w 1967 r. nakaz aresztowania byłego oficera SS Kutschmanna, który został ostatnio rozpoznany w Buenos Aires. Decyzję tę wytłumaczono przedawnieniem nakazu w wyniku zmiany kodeksu karnego. Na Kutschmannie ciąży m. in. zarzut współudziału w zamordowaniu profesorów lwowskich 4 lipca 1941 roku".

 

Pomijając tutaj zwyczaje zachodnioberlińskiego sądownictwa, uznającego zbrodnię ludobójstwa za przedawnioną, należy stwierdzić, że i drugi gestapowiec bezpośrednio zamieszany w likwidację lwowskich uczonych przeżył wojnę i żył spokojnie na kontynencie, który stał się oazą poszukiwanych przez sądy europejskie zbrodniarzy hitlerowskich.

W 1974 r. siostrzeniec zamordowanego profesora Władysława Boya-Żeleńskiego — Władysław Żeleński wspólnie z kilku innymi uczonymi polskimi na Zachodzie rozpoczął tzw. "Akcję lwowską".

Była to kolejna próba wyjaśnienia śmierci uczonych w oparciu o prywatne dochodzenia i informacje, które spodziewano się otrzymać po opublikowaniu apelu w prasie. Adwokat Robert Kempner, znany z publikacji o procesie norymberskim, pozyskany do prowadzenia sprawy domagał się ponownego postawienia w stan oskarżenia Hansa  Krügera , ale władze niemieckie nie wyraziły na to zgody motywując to tym, że już jest skazany na najwyższą karę — dożywotniego więzienia. W sumie "Akcja lwowska" przyniosła nikłe rezultaty i nie spełniła oczekiwań, jakie pokładali w niej jej inicjatorzy.

Egzekucji profesorów w dniu 4 lipca dokonał mały oddział dowodzony przez esesmana i składający się z 6 — 7 Hilfspolizisten, którzy byli Ukraińcami, chodzili w niemieckich mundurach i pełnili funkcję tłumaczy.

W szeregach "Einsatzkommando Galizien" była również grupa folksdojczów i Ukraińców batalionu "Nachtigall".

 

CZAS APOKALIPSY

SONDERAKTION LEMBERG

 

W sobotę 4 lipca 2017 roku obchodzliśmy  76 rocznicę kaźni profesorów lwowskich na zboczu Kadeckiej Góry, obok ul. Wuleckiej, tzw. Wzgórz Wuleckich we Lwowie.

W miejscu zbrodni gdzie istniał krzyż brzozowy postawiono skromny krzyż metalowy na niewielkim betonowym cokole, aby w terminie późniejszym, zamiast należytego upamiętnienia męczeństwa pomordowanych naukowców właściwym pomnikiem, wykonać tablice z wyrytymi nazwiskami pomordowanych profesorów, nie rozumiem dlaczego akuratnie w języku ukraińskim współwykonawców mordu.

 Każdego roku odbywa się w tym miejscu krótkie nabożeństwo, po którym jako część oficjalną stanowią przemówienia. Nie ma wspomnień rodzin pomordowanych, nie istnieją groby straconych profesorów, jako, że nastąpiło w październiku 1943 roku całospalenie (holocaust - holocaustos) zwłok.

W  1943 roku  na rozkaz Heinricha Himmlera utworzono specjalne brygady, których zadaniem było niszczenie śladów masowych morderstw oraz ostateczne likwidowanie obozów żydowskich.

Do dzisiaj, nawet pracami historycznymi chroni się  ukraińsko hitlerowski batalion "Nachtigall" wykonawców tego zbiorowego mordu dokonanego na 45 profesorach lwowskich wyższych uczelni.

8 października 1943 roku jedna z takich grup (tzw. "Sonderkommando 1005", które tworzyli Żydzi z obozu Janowskiego, zwanego przez nich Uniwersytetem Zbirów), odkopała grób rozstrzelanych w 1941 roku lwowskich profesorów.

9 października w święto Jom Kipur (Sądny Dzień) w obozie znajdującym się w lesie Krzywczyńskim podpalono kolejny stos ponad dwóch tysięcy następnych pomordowanych, po czym popiół rozsiano po lesie i okolicznych polach.

Więźniowie "Brygady Śmierci" chcąc rozpoznać zwłoki, szukali dokumentów. Odnaleźli m. in. przedmioty należące do profesorów Włodzimierza Stożka i Tadeusza Ostrowskiego.

Dane te podał Leon Weliczker, jedyny któremu udało się zbiec z „Brygady Śmierci” w spisywanym przez siebie pamiętniku.

Relacjonował on dalej:

„Ziemia była sucha, więc trupy nie były rozłożone, ubrania mało zbutwiałe. Z ubrań było widać, że to ludzie z lepszej sfery. U jednego wystawał złoty kieszonkowy zegarek z ładnym łańcuszkiem, u innych wypadły złote pióra”.

Zwłoki wywieziono do lasu Krzywczyńskiego, dorzucając je do ogromnego stosu z innych masowych grobów.

Istnieje domniemanie, że w lesie Krzywczyńskim, spalono  zwłoki mojego śp. Ojca doc. med. Maurycego Mariana Szumańskiego asystenta prof. Adama Sołowija na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza .

Mój Ojciec został aresztowany przez gestapo po 4 lipca 1941 roku (4 listopada 1941 roku) w swoim (naszym) mieszkaniu przy ul. Jagiellońskiej 4 we Lwowie i osadzony w więzieniu przy ul. Łąckiego we Lwowie wraz z innymi lwowskimi intelektualistami.

Być może został rozstrzelany w drugiej egzekucji na dziedzińcu Zakładu Abrahamowiczów, a zwłoki z tej egzekucji wywieziono ciężarówką za miasto, gdzie spalono je w pobliskim lesie, jak dwa tysiące innych ofiar.

W ten sposób hitlerowcy, nauczeni odkryciem stalinowskich dołów śmierci w Katyniu, usiłowali zatrzeć ślady własnych zbrodni. Podpalony stos, zawierający około dwa tysiące zwłok, pochłonął ciała lwowskich uczonych i ich towarzyszy. Popiół przesiany ze spalonych zwłok i zmielone resztki kości rozrzucono na pobliskich polach.

Specjalistą w tuszowaniu tych zbrodni batalionu "Nachtigall" jest historyk niemiecki Dieter Schenk, który w swojej pracy „Noc morderców”, usiłuje udowodnić niewinność batalionu „Nachtigall”, równocześnie podając:

„Jako Niemiec wstydzę się nie tylko za zabijanie niewinnych ludzi, ale także za sądownictwo powojennych Niemiec, które uczyniło wszystko, aby mordercy nie ponieśli kary”.

Jednak w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” red. Aleksandrze Solarewicz „Nieukarani zbrodniarze” („RP” 03. 12. 2011 r.) Dieter Schenk przyznaje, iż zbrodni na Wzgórzach Wuleckich dokonali Ukraińcy z Niemcami:

Rzeczpospolita "- Kto zidentyfikował najważniejszych sprawców?

Dieter Schenk - Pani Karolina Lanckorońska, która została aresztowana przez dwóch oficerów SS. Jednym z nich był Hans Krüger. Powiedział do niej:

„Ci profesorowie to było moje dzieło. Rozstrzelałem ich w jakiś dzień tygodnia o czwartej”.
Jedynym, który przeżył „noc morderców“, był profesor Franciszek Groër. Po wojnie w zeznaniach podał nazwiska sprawców należących do SS, którzy uprowadzili go z mieszkania. Byli to: Hacker, Köllner, Keller. Według ustaleń Centrum im. Szymona Wiesenthala, dowodził egzekucją SS-Unterführer, Walter Kutschmann. Komando składało się z pięciu folksdojczów – członków SS oraz dwóch ukraińskich policjantów. Dwie osoby strzelające SS to – jak miał ustalić Wiesenthal „z pewnością” – bracia Johann i Wilhelm Maurer.

Egzekucji profesorów lwowskich wyższych uczelni na Wzgórzach Wuleckich dokonali żołnierze ukraińskiego batalionu "Nachtigall" pod dowództwem faszysty i nacjonalisty ukraińskiego Romana Szuchewycza ("Tarasa Czuprynki").

Roman Szuchewicz „wsławił się" m.in. strzałem w tył głowy w 1926 roku przy ulicy Zielonej we Lwowie wykonując swój wyrok śmierci na osobie kuratora ziemi lwowskiej Stanisława Sobińskiego.

Stanisław Sobiński (ur. 12 czerwca 1872 r. w Złoczowie, zamordowany 19 października 1926 r. we Lwowie) – polski pedagog, społecznik, kurator okręgu szkolnego lwowskiego.

Roman Szuchewycz(„Taras Czuprynka") sprawował wówczas urząd referenta bojowego OUN-UPA. Był jednym z organizatorów zamachów na posła Tadeusza Hołówkę zamordowanego w Truskawcu w 1930 roku, Bronisława Pierackiego - Ministra Spraw Wewnętrznych, oraz szeregu policjantów.

Zabójstwo Bronisława Pierackiego, polityka sanacji, ministra spraw wewnętrznych w rządzie Leona Kozłowskiego miało miejsce 15 czerwca 1934 przed budynkiem Klubu Towarzyskiego przy ulicy Foksal w Warszawie. Pieracki został postrzelony przez członka Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), Hryhorija Maciejkę. Przewieziono go do szpitala, ale zmarł tego samego dnia.

Poseł Tadeusz Hołówka zginął w Truskawcu zamordowany przez nacjonalistów ukraińskich (Dmytro Danyłyszyn i Wasyl Biłas) z OUN. Decyzję o zamachu podjęła trójka Iwan Gabrusewycz - Roman Szuchewycz - Zenon Kossak . Na elewacji bocznej polskiej szkoły im. św. Marii Magdaleny we Lwowie istnieje żeliwna płaskorzeźba poświęcona mordercy OUN-UPA Romanowi Szuchewyczowi („Tarasowi Czuprynce”), którą uważam za prowokację uwłaczającą polskiej racji stanu. Dyrektor szkoły nie protestował, jak również władze Rzeczypospolitej.

Armia niemiecka wkroczyła do Lwowa 30 czerwca 1941 roku wypierając z niego pierwszych sowieckich okupantów.

Niemcy witani byli gorąco przez część Ukraińców.

Już następnego dnia do miasta weszło Einsatzkommando pod dowództwem SS- Brigadenfurhera dra Eberharda Schongartha, człowieka osławionego akcją aresztowania profesorów krakowskich (Sonderaction Krakau), w dniu 6 listopada 1939 roku.

Równocześnie z oddziałami niemieckimi do miasta wkroczył ukraiński batalion SS "Nachtigall" pod dowództwem Theodora Oberländera. Grupa Schongartha rozpoczęła swoją działalność już następnego dnia po wkroczeniu do Lwowa, ściśle według zaleceń Hitlera:

"Polacy będą mieli tylko jednego Pana - Niemców. Dwaj panowie obok siebie nie mogą, i nie powinni istnieć. Dlatego wszystkich przedstawicieli polskiej inteligencji należy zgładzić".

Generalny gubernator Hans Frank w przemówieniu do SS i policji w dniu 30 maja 1940 roku powiedział:

" Nie da się opisać ile mieliśmy zawracania głowy z krakowskimi profesorami. Gdybyśmy sprawę tę (Sonderaktion Krakau) załatwili na miejscu miałaby ona całkiem inny przebieg.

Proszę więc panów usilnie, by nie kierować już nikogo do obozów koncentracyjnych w Rzeszy, lecz podjąć likwidację na miejscu, względnie wyznaczyć karę zgodnie z przepisami. Każdy inny sposób stanowi obciążenie dla Rzeszy i dodatkowe utrudnienie dla nas. Posługujemy się tutaj (Sonderaktion Lemberg) całkiem innymi metodami, które będziemy stosować nadal".

Pierwszym aresztowanym wśród inteligencji polskiej w dniu 2 lipca 1941 roku we Lwowie był pięciokrotny premier II Rzeczpospolitej Polskiej prof. Kazimierz Bartel.

Niemcy posiadali imienne listy osób przeznaczonych do likwidacji, sporządzone przez ukraińskich studentów-nacjonalistów, dokonywane z książek telefonicznych na zlecenie morderców z batalionu "Nachtigall".

Aresztowani po rewizji, tzn. grabieży pieniędzy i wartościowych przedmiotów przewożeni byli do Bursy im. Abrahamowiczów na szczycie Wzgórz Wuleckich.

Tam po krótkim przesłuchaniu wprowadzani byli grupami na pobliskie wzgórze Wuleckie i rozstrzeliwani przez ukraiński oddział "Nachtigall".

Zbocza wzgórza stanowią górną część Góry Kadeckiej, powyżej ulicy Wuleckiej.

Istnieją opisy świadków mordu obserwujących egzekucję z okien pobliskich zabudowań.

Wstrząsająca jest relacja prof. Franciszka Groëra wybitnego lwowskiego pediatry, który ocalał, dzięki temu, iż żona profesora była Angielką.

Franciszek Józef Stefan Groër (ur. 19 kwietnia 1887 w Bielsku, zm. 16 lutego 1965 w Warszawie) - polski lekarz pediatra, profesor Uniwersytetu im.Jana Kazimierza we Lwowie, dyrektor Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

 

Oto fragmenty owej relacji:

 

"…brutalnie popychając wtłoczono nas do budynku i ustawiono w korytarzu twarzą do ściany. Jeżeli ktoś się poruszył, uderzali go kolbą lub pięścią w głowę.

Była może 12.30 w nocy, a stałem tak nieruchomo do godziny 2 00. Mniej więcej co 10 minut z piwnicy budynku dobiegał krzyk i odgłosy wystrzałów.

Wezwano mnie jako dziesiątego, może dwunastego z rzędu. Jednym z zabitych w Bursie był młody inżynier Adam Ruff, zabrany wraz z matką i ojcem z mieszkania profesora Ostrowskiego.

Gdy w trakcie przesłuchania doznał ataku epileptycznego, rozwścieczony oficer niemiecki bez wahania zastrzelił go. Krwawiące zwłoki wynieśli później czterej profesorowie, prowadzeni na własną egzekucję, a matce Ruffa i profesorowej Ostrowskiej kazano zmyć krew z posadzki Bursy…"

 

Około 3.00 rano 4 lipca 1941 roku, w płaskiej wnęce na stoku wzgórza żołnierze batalionu wykopali prostokątny dół. Miał on kilkanaście metrów kwadratowych i był przedzielony w poprzek nie przekopanym wałem.

Skazanych przyprowadzano z Bursy i ustawiono na płaskiej części zbocza, prawdopodobnie tam, gdzie obecnie znajduje się krzyż i tablice z nazwiskami pomordowanych.

Po obu stronach grupy stali żołnierze ukraińscy i niemieccy oficerowie z rewolwerami w ręku. Skazanych sprowadzano kilkanaście metrów niżej do miejsca egzekucji. Pluton egzekucyjny składał się z 4 - 6 umundurowanych Ukraińców. Skazanych czwórkami ustawiano na wale.

Po salwie plutonu wszyscy, przodem lub tyłem wpadali do dołu. Wśród rozstrzelanych 4 lipca 1941 r. były 4 kobiety i ksiądz. Ostatnią rozstrzelaną była kobieta w długiej czarnej sukni. Schodziła sama, słaniając się.

Gdy przyprowadzono ją nad jamę pełną trupów, zachwiała się, ale oficer przytrzymał ją, żołnierz strzelił i wpadła do jamy.

Po egzekucji żołnierze zdjęli płaszcze, zakasali rękawy i łopatami zasypywali grób. Następnie ubito ziemię. Robiono to ostrożnie, aby się nie zabrudzić, bo ziemia była silnie zbryzgana krwią.

Niektórzy skazani mogli zostać zasypani żywcem, gdyż po salwie nie dobijano rannych. Zamordowano wtedy 40 osób, a dzień później dalsze dwie. Najstarszy miał w chwili rozstrzelania 82 lata. Dopiero 26 lipca 1941 roku zgładzono prof. Politechniki Lwowskiej Kazimierza Bartla - pięciokrotnego premiera Rządu II Rzeczypospolitej.

Aresztowany najwcześniej, bo 2 lipca, przebywał w więzieniu na Łąckiego do 26 lipca, gdzie usiłowano zrobić z niego konfidenta Gestapo. Profesor Kazimierz Bartel oddał życie z honorem.

Na Wzgórzach Wuleckich ukraińsko - niemieccy zbrodniarze zamordowali 45 polskich uczonych. Batalion "Nachtigall" wchodził w skład Legionu Ukraińskiego, utworzonego przez hitlerowców z ukraińskich nacjonalistów.

Batalion "Nachtigall"  ubrany był w mundury niemieckie stąd dociekania, iż byli to wyłącznie niemieccy żołnierze.

W okresie poprzedzającym wojnę ze Związkiem Sowieckim był specjalnie szkolony do zadań sabotażu i dywersji w Neuhammer.

Szkolenia te nadzorował osobiście profesor niemieckiego uniwersytetu im. Karola IV w Pradze, dziekan wydziału nauk politycznych, porucznik Abwehry - Theodor Oberländer. Po zajęciu Lwowa przez Niemców nastąpił szczególnie okrutny pogrom ludności, zwłaszcza żydowskiej. Na terenie Lwowa działały niezależnie od siebie - dwie grupy: jednostki Abwehry, wspomagane przez nacjonalistów ukraińskich z batalionu "Nachtigall", formacje "Sicherheistdienstu", wspomagane przez milicje ukraińską i oddziały Wehrmachtu.

Milicja ukraińska występująca po cywilnemu, jedynie z żółto - niebieskimi opaskami na ramionach stanowiła organ terroru samozwańczego rządu Stećki, powołanego do życia dekretem wodza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Stepana Bandery.

Po wybuchu wojny niemiecko - sowieckiej Lwów został zajęty przez hitlerowców jak wspomniałem 30 czerwca 1941 roku, lecz już na 7 godzin przed zajęciem miasta przez dywizję strzelców alpejskich wkroczyła do miasta niemiecko-ukraińska grupa Abwehry, pozostająca pod osobistym dowództwem Theodora Oberländera.

W skład grupy oprócz oddziałów wojska i policji niemieckiej wchodził również batalion ukraiński "Nachtigall" pod dowództwem Romana Szuchewicza - ("Tarasa Czuprynki") i por. Herznera z oficerami będącymi w ścisłym kontakcie ze Stepanem Banderą, Iwanem Hryniochem i Jurijem Łopatynśkim, a także grupą cywilów z kierownictwa radykalnego skrzydła OUN: Jarosławem Stećko, Iwanem Radłykiem, Stepanem Pawłykiem, Stepanem Łemkowśkym, Dmytro Jaciwem.

Nastały straszne, tragiczne dni i noce dla miasta. Ślepa nienawiść, okrucieństwo, bestialstwo zaczęły prześcigać się w masowych zbrodniach na bezbronnej, niewinnej ludności Lwowa - wspomina tamte dni prof. Jacek Wilczur świadek tamtych wydarzeń.

Morderstwa pojedyncze i grupowe rozpoczęły się nazajutrz po zajęciu Lwowa przez hitlerowców. Razem z Niemcami wkroczyli do Lwowa Ukraińcy w mundurach niemieckich.

Była to grupa wyjątkowo wrogo odnosząca się do w stosunku do ludności polskiej i żydowskiej. Ich to właśnie nazywano "Ptasznikami"(Słowiki). Nazwa ta pochodziła od symboli ptaków wymalowanych na jej wozach i motocyklach.

Powszechnie wiadomo było, iż grupy nacjonalistów ukraińskich, ukraińska milicja i Niemcy dokonują aresztowań z uprzednio przygotowanych list.

Aresztowano w pierwszych dniach inteligencję - profesorów, artystów, nauczycieli szkół powszechnych, młodych księży.

Aresztowanych wożono do gmachu gestapo przy ulicy Pełczyńskiej, do Brygidek, do więzienia przy ul. Łąckiego, lub więzienia na Zamarstynowie. Osoby aresztowane już wieczorem 30 czerwca i w następne dni wywożono do kilku miejsc i rozstrzeliwano.  Aresztowanych bito przed egzekucją.

Miejscami straceń były Winniki pod Lwowem, Wzgórze Kortumówki, Żydowski Cmentarz, ul. Zamarstynowska. Egzekucje masowe (pogromy Polakow i Żydów) trwaly do 2 lipca.

Później nadal trwały egzekucje poszczególnych osób i grup. Mówiono, iż „Ptasznicy" mordowali czterema sposobami: rozstrzeliwali, zabijali młotem, bagnetem, bądź bili, aż do zabicia.

Od ludzi którzy byli świadkami aresztowań zamieszkałymi przy ul. Arciszewskiego, Kurkowej, Teatyńskiej, Legionów i Kazimierzowskiej wiadomo było, iż "Ptasznicy" w czasie aresztowań nosili mundury Wehrmachtu kończy swą opowieść prof. Jacek Wilczur.

 

A tymczasem ?

 

Nieopodal kościoła św. Elżbiety we Lwowie stoi pomnik ludobójcy i polakożercy Stepana Bandery, ul. Leona Sapiehy we Lwowie nosi nazwę Stepana Bandery, a b. prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko wyniesiony do prezydentury przez Wałęsę i Kwaśniewskiego weteranom OUN - UPA przyznaje prawa kombatanckie, przywożąc wcześniej garść ukraińskiej ? (- czytaj lwowskiej) ziemi która urodziła Jacka Kuronia na jego grób, równocześnie określając Kuronia jako wielkiego Polaka i wielkiego Ukraińca!

 

            Aleksander Szumański "Lwowskie Spotkania" Lwów

 

 "Kurier Codzienny" Chicago

"Głos Polski" Toronto

"Dziennik Związkowy" Chicago

  "Warszawska Gazeta"Warszawa

"Nasza Polska" Warszawa

"Kresowy Serwis Informacyjny" Warszawa

"Raptularz Kulturalny" Dąbrowa Górnicza

"Wiadomości Polonijne" Johannesburg

 

3/ ATAK ŚWIATOWEJ MASONERII NA KOŚCIÓŁ I POLSKĘ.

ZACIEŚNIA SIĘ ATAK NA POLSKĘ.

REAKTYWACJĄ  ŻYDOWSKIEJ LOŻY MASOŃSKIEJ B;NAI B'RITH.

 

Wiedza społeczna w Polsce o wolnomularstwie (masonerii) jest praktycznie żadna. Media w Polsce zupełnie nie podejmują tego tematu, a mówić o masonerii dzisiaj, to narażanie się na wyzwiska typu „oszołom”, „moher” etc, posądzanie o fobie antymasońskie, o chęć polowań na czarownice, w najlepszym przypadku oskarżanie o wskrzeszanie dawno nie istniejących mitów.

A tymczasem masoneria, to cząstka naszej współczesności, pozornie niezbyt widoczna, ale za to niezwykle aktywna, niebezpieczna i agresywna.

Wolnomularstwo, inaczej masoneria, lub sztuka królewska – międzynarodowy ruch mający na celu duchowe doskonalenie jednostki i braterstwo ludzi różnych religii, narodowości i poglądów.

Ruch ten charakteryzuje się istnieniem trójkątów masońskich, lóż wolnomularskich, obediencji (spiskowej praktyki dziejów) oraz rozbudowanej symboliki i rytuałów. Masoneria to także zespół bractw o charakterze elitarnym i dyskretnym. Inną cechą wolnomularstwa są legendy i teorie spiskowe na jej temat.

Nauka badająca historię wolnomularską i idee wolnomularskie nazywa się masonologią.

 

 

 

CYRKIEL I WĘGIELNICA - SYMBOLE WOLNOMULARSTWA

 

Wolnomularstwo nie jest jedną organizacją, lecz swoistym nurtem wyznającym pewne przekonania metafizyczne oraz dążącym do zmiany człowieka i społeczeństwa według zasad uznawanych przez masonów za ważne.

Wolnomularstwo jest wewnętrznie bardzo zróżnicowane - tworzą je zarówno organizacje umiarkowanie liberalne, mistyczno-ezoteryczne, jak i konserwatywno

tradycjonalistyczne.

Nie można wskazać uznawanego przez wszystkich wolnomularzy kierowniczego centrum, choć istnieją wspólne fora, federacje, które jednak na ogół skupiają organizacje najbardziej do siebie zbliżone.

Wspólnym ideowym łącznikiem wszystkich organizacji masońskich jest przekonanie o konieczności pracy nad wewnętrznym rozwojem człowieka i społeczeństw – wg zasad bliskich temu ruchowi – oraz imperatyw braterstwa – łączenia ponad podziałami (zwłaszcza religijnymi i politycznymi).

Punktem wyjścia do rozmów o odrodzonym po II Wojnie Światowej polskim wolnomularstwie powinna być nie sama wojna, lecz mające miejsce jeszcze 22 listopada 1938 roku wejście w życie dekretu prezydenta RP o zakazie działalności struktur wolnomularskich w Polsce.

Był to moment przełomowy, po którym wolnomularstwo tworzyło się  niejako od nowa.

 Po „likwidacji” masonerii w Polsce dyskusje trwały nadal i aż do wybuchu wojny wyrażano wątpliwości co do skuteczności tego przedsięwzięcia. Faktem jest, że część członków warszawskiej loży masońskiej „Kopernik” nadal zbierała się w warunkach konspiracyjnych w świątyni na Rynku Starego Miasta.

Józef Ziabicki wspominał, że „mniejszość, złożona z ludzi wolnych zawodów nie zrywała łączących ich wzajemnie więzów, aby na poufnych zebraniach mniejszych grup obradować na krzepiące ducha tematy”.

Organ francuskich wolnomularzy sugerował nawet, iż pomimo oficjalnego zakazu działalności wolnomularskiej w 1938 roku praca lóż toczyła się nadał. Rada Najwyższa i Wielka Loża istniały jednak od 1939 roku, niektóre loże pracowały nieprzerwanie pod okupacją niemiecką.

Ta ostatnia opinia nie znajduje potwierdzenia w materiałach, choć faktem jest, że działalność niewielkich kółek masońskich przetrwała w Warszawie aż do Powstania Warszawskiego, a w Krakowie do momentu wkroczenia tam armii sowieckiej.

 W rok po antymasońskim dekrecie nastąpił wybuch II Wojny Światowej i Polska po raz kolejny zniknęła z mapy Europy.

Wolnomularze znaleźli się na obszarze panowania władz Niemiec hitlerowskich, które jak pisze Ludwik Hass „zinstytucjonalizowały walkę ze „sztuką królewską” w skali nie tylko krajowej, lecz i międzynarodowej”.

 Po tzw. „upadku komunizmu” w Polsce ponownie ulokowały się loże masońskie. Okres od zawiązania pierwszej loży masońskiej dla narodu polskiego jest niebytem.

Jak długo będziemy lekceważyć masonerię, tak długo będzie trwał niebyt.

Przed masonerią przestrzegali Polaków św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Józef Sebastian Pelczar i wielu innych.

 

ŻYDOWSKA LOŻA MASOŃSKA B'NAI B'RITH

 

Masonka, polska lekarka psychiatra, Żydówka Maria Orwid, komunistka, była członkinią, założycielką żydowskiej loży masońskiej w Polsce B'nai B'rith reaktywowanej w 2007 roku.

Uczęszczała ona regularnie na t. zw. marsze tolerancji, wspierała kampanie przeciw homofonii, czyli homoseksualizm, parady gejów i lesbijek, przyczyniając się do moralnego rozkładu narodu polskiego.

Była zwolenniczką antypolskiego, grafomańskiego pisarstwa Jana Tomasza Grossa i jego przyjaciela Adama Michnika.

Wystawiała publicznie, w czasie swoich spotkań w Centrum Kultury Żydowskiej na krakowskim Kazimierzu, pozytywne opinie o polakożerczych treściach w tytułach grafomańskich, ahistorycznych książek Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej - Gross "Sąsiedzi", "Strach", "Złote żniwa", szkalujących Polskę, Polaków i polskość.

Polaków, którzy uratowali jej życie, po ucieczce z przemyskiego getta, podobnie jak Jerzy Kosiński nazywała publicznie antysemitami, również w czasie swoich wystąpień w Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie, przy ul. Meiselsa 17 a.

Byłem świadkiem owych skandalicznych wystąpień dr Marii Orwid.

Żydowska loża masońska B’nai B’rith jest zorganizowana na wzór ruchu wolnomularskiego, gdyż składa się z lóż, chociaż nie uważa się za organizację masońską. Na jej czele znajduje się Prezydium Wielkiej Loży B'nai B'rith. Główna siedziba mieści się w Waszyngtonie w Stanach Zjednoczonych.

 Żydowskie Stowarzyszenie B'nai B'rith w Rzeczypospolitej Polskiej (B'nai B'rith – Loża Polin) – międzynarodowa organizacja założona w Polsce 22–23 października 1922 r.

w Krakowie jako XII okręg polski, będąca filią międzynarodowych stowarzyszeń B'nai B'rith.

Stowarzyszenie powstało na bazie wcześniejszych organizacji działających w Galicji. ,

Pierwszym prezydentem sekcji polskiej został dr Adolf Ader z Krakowa, natomiast wiceprezydentem urodzony w Przemyślu Moses Schorr, wcześniej pełniący funkcję prezydenta XII okręgu Leopolis (Lwów).

Do chwili rozwiązania organizacji w roku 1938 przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej  Ignacego Mościckiego, skupiała kilkuset członków będących przedstawicielami elity intelektualnej ówczesnej Polski.

 B'nai Brith została restaurowana ponownie w Polsce 9 września 2007.

Obecnie nosi nazwę B’nai B’rith – Loża Polin. Głównymi ojcami odrodzenia tej organizacji w Polsce są Maria Orwid, Michel Zaki z Antibes oraz Witold Zyss z Paryża.

 Siedziba stowarzyszenia znajduje się w Warszawie, w budynku Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich, przy ulicy Twardej 6.

 

"ZACZĘŁO SIĘ"

 

Waldemar Łysiak „Zaczęło się” („Do Rzeczy” nr 36/036 30 września – 6 października 2013 ):

 „[…] sternikami modernistycznej frakcji Soboru zostały trzy wpływowe ”szare eminencje” : kardynał Agostino Bea (jezuita, szef soborowego sekretariatu), amerykański jezuita John Murray i arcybiskup Annibale Bugnini ( później ujawniono papiery dowodzące, że wszyscy trzej hierarchowie byli sabotażystami: Bugnini okazał się utajnionym wolnomularzem wysokiego stopnia; Bea – agentem żydowskiej loży masońskiej B’nai B’rith; Murray – kryptokomunistą, którego już papież Pius XII karał za szerzenie lewackich poglądów) […]”.

 

 

PLAN SZATANA

 

Szatan wezwał światowy zjazd demonów. W swoim przemówieniu na wstępie powiedział: “Nie możemy zabronić chrześcijanom chodzić do kościoła.

Nie możemy zakazać im czytać Biblii. Nie możemy zakazać im komunikować się z Bogiem w modlitwie".

Kiedy tylko zaczynają się modlić i nawiązują kontakt z Chrystusem – natychmiast tracimy władzę nad nimi. Więc niech chodzą do swoich kościołów, a my ukradniemy u nich – ich czas, tak aby, będąc zawsze zajętym, nie mogli się modlić i pokutować za grzechy i rozwijać swojego związku z Chrystusem.

 Nie będą też mieli czasu na czytanie Biblii. „Oto, co należy zrobić – powiedział diabeł. – Trzeba zapobiec ich spotkaniom z Bogiem i utrzymać ten stan rzeczy przez cały dzień".

 "Jak to zrobić? – zawołały demony. Trzeba wymyślić dużo ciekawostek, próżności i wiele sposobów okupujących ich umysły wszelkiego rodzaju niepotrzebnymi rzeczami. A co najważniejsze trzeba zaszczepić w nich pragnienie dóbr materialnych, chęć wzbogacania się – i służenia dla mamony.

Niech będą przepojeni pragnieniem, aby zarabiać jak najwięcej ilości pieniędzy, żeby kupić własne samochody, mieszkania, wille. Niech zarabiają więcej i więcej pieniędzy dla chęci pójścia do restauracji i kawiarni, chęci kupowania drogich, modnych ubrań, aby urządzać kosztowne remonty w mieszkaniach i dostarczać tam modne meble i luksusowy wystrój.

Kuście ich, uczcie wydawać i brać pożyczki - długoterminowe kredyty, a tym samym popadać w zależność - niewolę od banków. A gdy będą zapaleni pragnieniem osobistego wzbogacenia się, pogonią za mamoną – i nie będzie im już wtedy potrzebny Chrystus!

Przekonajcie ich żony do pozostania dłużej w pracy, a mężczyzn – do pracy 6-7 dni w tygodniu, najlepiej po 10-12 godzin dziennie, żeby nie mieli czasu na zajmowanie się rodziną i wychowaniem dzieci.

Nie pozwólcie im spędzać czasu z dziećmi – po to, by ich dzieci włóczyły się od rana do nocy po ulicy i kolegowały i wpadły w złe towarzystwo, przez to przestały się uczyć, zaniedbały szkołę i aby nic z nich dobrego dzięki temu nie wyrosło.

Wtedy ich rodziny rozpadną się, oni staną się samotni, a my pomożemy im z żalu upić się i stać się alkoholikami.

Stymulujcie ich umysły tak, żeby dzięki temu telewizory i komputery w domach pracowały stale, a oni jak najwięcej czasu spędzali oglądając telewizję i ślęcząc przed komputerem, a przez to nie mieli czasu na modlitwę.

Upewnijcie się, by w każdym sklepie i restauracji na świecie stale brzmiała niechrześcijańska bluźniercza-omamiająca muzyka.

To będzie blokować ich umysły i niszczyć ich jedność z Chrystusem i przynależność do Niego. 

Rozłóżcie na stole w kawiarni dużo czasopism i gazet. Bombardujcie ich umysły wiadomościami i reklamami 24 godziny na dobę. Niech po drodze uderza w nich morze oślepiających reklam z billboardów.

Napełnijcie im reklamą skrzynki pocztowe, katalogami do zamówienia towarów dostępnych w Internecie, biuletynami i ofertami bezpłatnych towarów, usług i innych złudzeń.

Pokazujcie im, w czasopismach i telewizji szczupłe, wysportowane piękne modelki, żeby mężczyźni uwierzyli , że zewnętrzne piękno jest najważniejsze, a przez to stali się niezadowoleni ze swoich żon.

Zróbcie tak, żeby ich żony były zbyt zmęczone, aby spełniać swoje małżeńskie obowiązki. Jeśli nie spełnią ich żony tego czego oczekują, to zaczną szukać tego gdzie indziej.

To doprowadzi szybko do zniszczenia rodzin! Na Boże Narodzenie i Wielkanoc trzeba odwrócić ich uwagę pustotą, dajcie koncerty, filmy w telewizji, aby te święta były spędzone za stołem, z obżarstwem i pijaństwem. Dzięki temu nie nauczą oni dzieci prawdziwej wymowy świąt i ich Bożego znaczenia.

Niech wracają z urlopu zmęczeni. Zróbcie to tak, żeby też nie mieli czasu wybrać się na łono natury i cieszyć się Bożym stworzeniem.

Zamiast tego kuście ich wyjściem do parków rozrywki, na imprezy sportowe, spektakle, koncerty czy do galerii. Tak żeby ich umysł ciągle był zajęty tą pustotą nie przynoszącą nic dobrego i pożytecznego dla zbawienia.

Macie czynić pełną izolację ich od Chrystusa! Niech wszyscy chrześcijanie będą wiecznie zajęci, zajęci, zajęci! Zalejcie ich życie tak wieloma pozornie dobrymi rzeczami, żeby nie mieli czasu na zastanowienie nad poszukiwaniem pomocy u Jezusa, a wkrótce będą żyć i pracować, opierając się tylko na sobie, poświęcając swoje zdrowie i rodziny. To działa! To wspaniały plan!"

 Diabły chętnie poszły do pracy, zmuszając chrześcijan wszędzie by byli bardziej zajęci i pędzili tu i tam, nie pozostawiając czasu dla Boga, na modlitwę i dla rodziny.

 Czy plan diabła odniósł sukces? Możesz osądzić!!

A może i ty zbyt jesteś zajęty!?

Warto przeczytać, pomyśleć i przyjrzeć się swojemu życiu.

 

QUAESITUM EST 26.11.1983

DEKLARACJA O STOWARZYSZENIACH MASOŃSKICH

 

Zwrócono się z zapytaniem, czy uległa zmianie opinia Kościoła w sprawie stowarzyszeń masońskich, ponieważ w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego (w przeciwieństwie do poprzedniego) zagadnienie nie zostało wprost poruszone.

Święta Kongregacja Nauki Wiary może odpowiedzieć, że taka okoliczność jest podyktowana kryterium redakcyjnym, co dotyczy także innych stowarzyszeń podobnie nie wspomnianych, ujmowanych w szerszych kategoriach.

 Pozostaje jednak niezmieniona negatywna opinia Kościoła w sprawie stowarzyszeń masońskich, ponieważ ich zasady zawsze były uważane za niezgodne z nauką Kościoła i dlatego przynależność do nich pozostaje zakazana.

Wierni, którzy należą do stowarzyszeń masońskich, są w stanie grzechu ciężkiego i nie mogą przystępować do Komunii Świętej.

Nie należy do lokalnego autorytetu eklezjalnego wypowiadanie się o naturze stowarzyszeń masońskich sądem, który implikowałby uchylenie tego, co wyżej ustalono, i to, co jest zawarte w Deklaracji Świętej Kongregacji Nauki Wiary z dnia 17 lutego 1981 r.

 W czasie audiencji, udzielonej niżej podpisanemu Kardynałowi Prefektowi, Jego Świątobliwość św. Jan Paweł II zatwierdził niniejszą Deklarację, uchwaloną na zebraniu plenarnym Kongregacji i nakazał jej opublikowanie.

 

Rzym, w siedzibie Świętej Kongregacji Nauki Wiary, 26 listopada 1983 r.

 

                                            JOSEPH Kard. RATZINGER prefekt

                                                                                                      

 

W 1983 roku Kongregacja Doktryny Wiary wydała deklarację podpisaną przez prefekta kard.  Józefa  Ratzingera, przyjętą przez św. Jana Pawła II i upublicznioną na Jego polecenie. Czytamy w niej:

 

„Negatywna ocena Kościoła o wolnomularskich zrzeszeniach pozostaje wciąż niezmienna, ponieważ ich zasady były zawsze uważane za nie do pogodzenia z nauką Kościoła i dlatego też przystąpienie do nich pozostanie nadal zabronione. Wierni którzy należą do wolnomularskich zrzeszeń znajdują się w stanie grzechu ciężkiego i nie mogą przyjmować Komunii św.”.

 

W „Rzeczpospolitej” z 22 grudnia 2011 ukazał się wywiad z przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski abp Józefem Michalikiem „Kościół nie przegrał”.

Zapewne tak, ale abp Józef Michalik w obszernym wywiadzie - rzece nie stwierdza z kim Kościół w Polsce nie przegrał, ergo - z jakimi siłami toczył ( toczy) walkę, a jeżeli ma potężnego przeciwnika, to dlaczego  odwołuje się jedynie do „pobożności ludowej” stwierdzając:

„…owoce tej pobożności i moc wiary sprawdzonej przez krwawe masońskie prześladowania w  Meksyku pokazują jej wartość”.

W owym wywiadzie możemy przeczytać o posłuszeństwie ks. Adama Bonieckiego i „za to chwała mu”.

O niszczeniu w Polsce symbolu wiary chrześcijańskiej Krzyża Chrystusowego - de iure, ale  i de facto, oraz o anty krzyżowych poczynaniach polityków z głową państwa na czele przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski w owym wywiadzie nie wspomina.

 

A więc kto walczy z Kościołem rzymsko katolickim w Polsce?

 

- Czy Adam Michnik z Janem Tomaszem Grossem i Ireną Grudzińską-Gross stwierdzający w czasie promocji polakożerczej książki „Strach” iż „taka będzie Polska, jaki jest Kościół rzymsko-katolicki, uczący obłudy, fałszu, zakłamania, hipokryzji, konformizmu”?

 

https://www.youtube.com/watch?v=QlSsg7QkjrY (link is external)

 

- Czy też Obrońcy Krzyża zwani „obrońcami – oszołomami” na Krakowskim Przedmieściu z modlącym się  bohaterskim księdzem Stanisławem Małkowskim, któremu nie wolno się modlić z nakazu warszawskiej kurii metropolitalnej?

Dlaczego księdzu nie wolno się modlić, tego abp Józef Michalik nazywający krzyż meblem (!) nie wyjaśnia.

Za to „chwała” ks. Adamowi Bonieckiemu.

 

- A może wrogami Kościoła rzymsko  - katolickiego w Polsce są nowi „księża patrioci”, ciągnący sznurem w apelu likwidacji krzyża na Krakowskim Przedmieściu?

 

- A może Dominik Taras kucharz,  zbój internetowy, który za zezwoleniem HGW prezydent Warszawy zbezcześcił krzyż zwołując pijaną swołocz oddającą mocz na krzyż,  wywołując  burdy  przed Pałacem Prezydenckim?

 

- A może pijana 17 – latka do modlących się pod krzyżem przed Pałacem Prezydenckim: „masz penisa?

Pokaż, pokaż” ! ?

 

- A może „polityczny” Komitet Budowy Pomnika Ofiar Katastrofy samolotu, w której zginął prezydent RP prof. Lech Kaczyński z małżonką?

 

- A może bp Pieronek, abp Życiński, ks. Sowa, którzy są przeciwnikami posadowienia krzyża upamiętniającego ofiary katastrofy?

 

- A może mason kard. Stanisław Dziwisz, który zmienił decyzję pochówku prezesa IPN Janusza Kurtyki w krypcie Piotra Skargi w Krakowie i w tym samym czasie podjął decyzję usunięcia krzyża papieskiego z krakowskich Błoń?

 

- A może prezydent Stalowej Woli który nakazał usunięcie krzyża z miejsca gdzie ma zostać  wybudowany kościół?

 

-A może odpowiedzialni za usunięcie 3 krzyży ze Wzgórza Trzech Krzyży w Przemyślu?

 

- A może osoby które podjęły decyzję usunięcia krzyża z tatrzańskich Rysów – szczytu Polski?

 

- A może policja i straż miejska zbierająca do wora znicze, pałująca siwych starszych ludzi modlących się pod krzyżem i trucia ich niebezpiecznym dla życia i zdrowia gazem pieprzowym?

 

-„Na pewno” zaś prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński, który ośmiela się w rocznicę 10 kwietnia 2010 roku przed Pałacem Prezydenckim „politycznie” zapalać znicze i składać kwiaty i modlić się pod Krzyżem Chrystusowym.

 

REAKCJA POLICJI I STRAŻY MIEJSKIEJ NA PIJACKIE AWANTURY PRZED PAŁACEM PREZYDENCKIM

 

Policja i straż miejska z polecenia prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz - Waltz  na nocne burdy pod krzyżem nie reagowała, przypatrując się biernie.

Dlaczego prezydent RP Bronisław Komorowski, nakazał usunięcie krzyża z przed Pałacu Prezydenckiego?

 

KRZYŻE MĘKI PAŃSKIEJ W POLSCE TO NARZĘDZIA MANIFESTACJI POLITYCZNYCH, CZY SYMBOLE WIARY KOŚCIOŁA RZYMSKOKATOLICKIEGO?

 

W wywiadzie „Kościół nie przegrał” metropilita warszawski abp Józef Michalik uważa, iż „katolicyzm ludowy jest przyszłością Kościoła, natomiast „Radio Maryja” stało się drzazgą w oku ze względów polityczno-ideologicznych, a nie z powodu niejasności w sprawach etyki czy doktryny”.

Papież Paweł VI twierdził, iż przez jakąś szczelinę do świątyni Boga przedostał się „dym szatana”.

Pius XII, a także kilku kardynałów, którzy zapoznali się z trzecią tajemnicą fatimską także mówili, że dotyczy ona wielkiej apostazji w Kościele.

Kardynał Ciappi dodawał, iż rozpocznie się ona od samych jego szczytów. Także słowa ostatniego wykładu św. Jana Pawła II o Fatimie interpretowane są tak, że papież uważał „że jedna trzecia kardynałów, biskupów i kapłanów pracuje dla szatana". („Zawsze wierni” nr 113).

 Niepokojące informacje o polskim Kościele podał w tygodniku „Głos” z 2008 r. prof. Jan Żaryn z Instytutu Pamięci Narodowej.

Stwierdził on, iż wśród księży diecezjalnych było 2142 tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa (TW), wśród zakonników - 46, zakonnic - 12, na KUL - 24, w ATK - 16, a w wyższych seminariach duchownych - 39 („Nasza Polska” nr 438).

Światowa masoneria stanowi w dobie obecnej największe zagrożenie dla Kościoła rzymsko-katolickiego, niepodległości i suwerenności Polski.

Masoneria polska działa równolegle na kilku płaszczyznach.

Masoni w Polsce funkcjonują podobnie jak w Unii Europejskiej. Uważają, że zmasonizowanie Polski jest faktem dokonanym. Pisali: „Gwiazda masońska niedługo będzie nową gwiazdą betlejemską dla Polaków”.

 

MASOŃSKA ANTYKOŚCIELNA  UNIA EUROPEJSKA.

PRZEDSTAWICIELE UNII EUROPEKSKIEJ - JOSE BARROSO, HERMAN VAN RUMPUY, JERZY BUZEK NA KAWCE Z MASONAMI.

 

Przedstawiciele najwyższych władz Unii Europejskiej spotkali się  z reprezentantami masonerii.

Nastąpiło to w ramach corocznego spotkania szefów Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej i Parlamentu Europejskiego z organizacjami filozoficznymi i ruchami nie wyznaniowymi.

Jose Barroso, Herman Van Rompuy i Jerzy Buzek rozmawiali z członkami tej największej na świecie i najbardziej zaciekłej organizacji antykatolickiej, aby - jak wyjaśniono - dyskutować na temat walki z biedą i wykluczeniem społecznym.

Przedstawiciele Brukseli spotkanie z masonami uzasadniali koniecznością dialogu między unijnymi instytucjami, a wspólnotami religijnymi, Kościołem, oraz stowarzyszeniami nie wyznaniowymi.

Jose Barroso jako szef Komisji Europejskiej od wielu już lat spotyka się z najwyższymi władzami masonerii. Za każdym razem, kiedy w Brukseli przyjmowana jest delegacja tego stowarzyszenia, towarzyszy temu niezwykłe zainteresowanie, grzeczność, a wręcz spolegliwość unijnych polityków wobec jej przedstawicieli.

Wcześniej masoni przyjmowani byli zazwyczaj na prywatne zaproszenie któregoś z wysoko postawionych unijnych oficjeli aż do roku 2008, kiedy już oficjalnie Barroso jako przewodniczący KE zaprosił do Brukseli władze Międzynarodowego Mieszanego Zakonu Wolnomularskiego „Le Droit Humain”.

Wówczas po raz pierwszy przedstawiciel masonerii mógł przemawiać na tak wysokim szczeblu instytucji europejskich, korzystając z ich niezwykłej gościnności. Tym razem spotkali się  Buzek i Barosso  na kawce z masonami.

Taka postawa jednak nie dziwi, zwłaszcza w kontekście słów przewodniczącego Barroso, który na każdym kroku zapewniał masońskich delegatów o swoim głębokim przywiązaniu do „ducha laickości” oraz zasady rozdzielenia państwa od religii.

 W czasie owego  spotkania przywołano zasady patronujące filozofii masonerii , które odbijają się w jasny sposób w postępowaniu władz Unii Europejskiej.

Wspomniano o konieczności podkreślania roli epoki oświecenia w ukształtowaniu się współczesnej Europy, o deprecjacji w jej historii jakichkolwiek powiązań z religią, aż do zlikwidowania w świadomości społecznej faktu o chrześcijańskich korzeniach Starego Kontynentu.

Przywiązanie najważniejszego z polityków  UE do masońskich zasad pokazuje, jak daleko dzisiejsza Unia Europejska odbiega od koncepcji, którą stworzyli jej „ojcowie założyciele”- Schumann, Adenauer, De Gasperi.

Barroso podczas pierwszego spotkania z masonami w Brukseli złożył obietnicę zwrócenia szczególnej uwagi na „wartości bronione przez wolnomularzy” i przysłuchiwanie się ich opinii w każdej kwestii, która ich niepokoi.

Przedmiotem rozmów była m.in. walka z ubóstwem, a ich interlokutorami byli przedstawiciele organizacji światopoglądowych i nie wyznaniowych.

Na 30 osób aż 17reprezentowało loże masońskie, które w wielu krajach UE  są głównymi wyrazicielami światopoglądu ateistycznego.

Jose Barroso, szef Komisji Europejskiej tak liczną obecność przedstawicieli światowej masonerii tłumaczył, iż do spotkań tych instytucje unijne obliguje traktat lizboński. Barroso przypomniał, że w jego kraju  (Portugalia ) w czasach dyktatury, za członkostwo w organizacjach wolnomularskich groziło więzienie, dlatego opowiedział się za prawem ludzi do nieujawniania swojej przynależności.

Kto zachował wizerunek masonerii z przełomu XIX i XX wieku z jej agresywnością antykościelną, kampaniami prasowymi i nagonkami np. wokół objawień w Fatimie - ten może mniemać, że masonerii obecnie nie ma.

A ona jest i działa, lecz inaczej. Od tamtego czasu masoneria zmieniła taktykę. Rosnący autorytet moralny i intelektualny Kościoła katolickiego w XX wieku przekonał ją, iż walcząc z otwartą przyłbicą przysparza sobie więcej wrogów niż sympatyków, a jej wpływy w kołach i środowiskach katolickich maleją.

Zaprzestała więc oficjalnej walki, przeciwnie, zaczęła dążyć do porozumienia z władzami kościelnymi, zabiegała o to, aby mieć swoje komórki w organizacjach międzynarodowych, na wyższych uczelniach, w Kościele także.

Władze masońskie zabiegają o to, aby ich członkom umożliwić karierę zawodową, lub społeczną i w ten sposób uzależniają ich od siebie. Zaciągnąwszy takie zobowiązania wobec organizacji, mason, który chciałby opuścić jej szeregi napotyka na trudności. Oprócz loży do której należy, czuwa nad nim loża sekretna składająca się z niewielkiej, ale wpływowej liczby mistrzów; z niej wychodzą ostrzeżenia, groźby, do utraty życia włącznie.

Taktyką masonerii jest m.in. tworzenie organizacji o celach charytatywnych i innych szlachetnych intencjach, jak pomoc humanitarna, pomoc niepełnosprawnym, pomoc tzw. trudnej młodzieży, etc.

Masoneria, chociaż deklaruje swoją chęć porozumienia z Kościołem, to naprawdę uważa go za główną przeszkodę na drodze swojego rozwoju, dokonując licznych prób dostania się do jego struktur wewnętrznych, aby móc manipulować nim od wewnątrz. Solą w oku masonerii był św. Jan Paweł II i jego nauka.

Masoneria polska obecnie przesiąknięta jest obcą i rodzimą agenturą. Sprecyzować to można i tak, iż w Polsce agentura obca i rodzima przesiąknięte są masonerią.

Te dwie siły wrogie narodowi polskiemu i Kościołowi katolickiemu w Polsce do tej pory działające w ukryciu, rozpoczęły jawną działalność, pod hasłem; „masonerii nie ma”.

„To spiskowa teoria wymyślona przez grupkę antysemicko nastawionych oszołomów”. „To nie jest żaden problem” itp. Doprowadzono polskie społeczeństwo do tego, że wiele tematów i problemów nie staje się przedmiotem publicznej dyskusji. Wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy z istniejących zagrożeń, jakie niesie idea wolnomularska.

Mason dalej kojarzy się w Polsce z jakimś złem, z szatanem, z totalitaryzmem, bądź sekciarstwem. Im bardziej się ujawniali, tym bardziej rosło antymasońskie nastawienie. Powrócili więc do starej propagandy. Ten problem nadal nie funkcjonuje w polskiej świadomości zbiorowej. I owa rodzima niewiedza jest dla Polski katastrofalna.

Przykładem działania obcej agentury w Polsce jest oficjalny agent wywiadu izraelskiego w Polsce Prism Groupe w kancelarii prezesa Rady Ministrów doradca Ewy Kopacz Michał Kamiński.

Rodzą się więc pytania:

- Czy w kancelarii Ewy Kopacz usadowiła się masoneria?

- Czy premier polskiego rządu jest agentem Izraela w Polsce?

Przeciętny Polak nie posiada żadnej wiedzy w tym przedmiocie, bo też i środki masowego przekazu przemilczaniem stoją na usługach masońskich.

Któż to w Polsce wie, iż od każdego, kto wstępuje do masonerii wymaga się w imię wolności odrzucenia wszelkiego dogmatu.

A więc katolik powinien w tym momencie zaprzeć się Jezusa Chrystusa jako Boga - Człowieka, Trójcy Świętej, Odkupienia, Zmartwychwstania.

Choć masoneria, jak sama deklaruje nie jest religią stworzyła pewna wizję.

Zamiast Boga; jest to Wielki Architekt, który zbudował świat, ale jednocześnie życie człowieka go nie interesuje.

Mamy sobie radzić sami. Nie ma łaski Odkupienia, Miłosierdzia.

W praktyce masoneria służy rozwijaniu trzech podstawowych pożądań człowieka: wiedzieć, posiadać, mieć władzę.

Nie ma w niej miejsca na Boga osobowego, nie ma nieba, jest pustka kosmiczna, nie ma wiecznego udziału w szczęściu Bożym, jest po śmierci jakiś wieczny Orient, bliższy nicości niż życiu.

Chrystus jest uznawany, ale  jako człowiek, postać historyczna, twórca systemu filozoficzno - moralnego, inspiracja artystyczna, nic więcej.

Masoneria chociaż deklaruje chęć porozumienia z Kościołem, to naprawdę uważa go za główną przeszkodę na drodze swojego rozwoju.

Karol Marks i Fryderyk Engels zachęcali robotników do czytania dzieł masona Voltaire’a, a był on także jednym z najwyżej cenionych filozofów w Związku Sowieckim.

Eugene Pottier ( autor socjalistycznej Międzynarodówki ) był masonem i jego pieśń była od 1917 do 1944 roku  hymnem ZSRS.

W odniesieniu do wczesnych lat dziewięćdziesiątych żyjemy w zupełnie innej Polsce. Tamta, chociaż skażona już pogańskim i liberalnym złem jeszcze była Polską, jeszcze była katolicka, jeszcze reprezentowała cywilizację chrześcijańską. Wtedy Polska próbowała budować niepodległość i suwerenność.

O niepodległości, czy suwerenności już nie można dzisiaj nawet mówić, a stało się to swoistym tabu w wyniku propagandowej aktywności polityków i mediów z nimi związanych, a co jest  najgorsze, znacznej części społeczeństwa już na tym nie zależy. To  co kiedyś było krytykowane jako masońskie dzisiaj staje się normą i rzuca się wprost w oczy wszystkim  tym, których nie dotknęła ta nowa ślepota, u której podłoża leży strach, wygodnictwo, albo poddanie się pogańskiej i agenturalnej manipulacji.

Efektem tej manipulacji jest np. rozrastanie się przedziwnej schizofrenicznej formacji, którą masoni nazywają chrześcijaństwem wodnikowym, formacji, która jest bardzo krytyczna wobec wszystkiego co katolicko - tradycyjne i bardzo otwarta na to, co w istocie masońskie.

Tak więc np. homoseksualizm przestaje być traktowany jako zboczenie, a staje się czymś normalnym.

Jego negatywna ocena jest postrzegana jako fanatyzm i ciemnota. W struktury Kościoła katolickiego w Polsce oficjalnie już przenikają masoni, chociaż zmowa milczenia medialnego trwa. Triumfuje ideologia gender traktowana jako filozofia.

Dla przykładu masoński „Rotary Club” który zrzesza m.in. masona prof. Andrzeja Zolla,  (szefa Rady Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się” - instytucji kościelnej ), którego na stanowisko kościelne powołał mason kard. Stanisław Dziwisz.

O wpływie nauk św. Jana Pawła II na pokolenie w czasach jego pontyfikatu dyskutują przedstawiciele Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się”, fundacji „Pro Publico Bono” oraz duszpasterze i członkowie tzw. środowiska Karola Wojtyły.

Zdaniem prof. Andrzeja Zolla „pokolenie Jana Pawła II dotyczy nie tylko młodych, ale także całej generacji Polaków dla których data pontyfikatu stała się przełomowa. Konsekwencje tego wydarzenia wszyscy nosimy" - podkreśla mason Andrzej Zoll.

Następuje tu paradoksalne zjawisko; apostoł niechęci, ba , nawet nienawiści do Kościoła katolickiego w rozumieniu doktryny wolnomularskiej, staje się nagle jego reprezentantem, szefującym Radzie Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się” w bogobojnej misji beatyfikacyjnej papieża Polaka, sygnatariusza wspomnianej wyżej deklaracji. I dalej mason Andrzej Zoll:

 „…niestety Kaczyńscy nastawieni są na budowę państwa opiekuńczego, …totalitaryzm nie zawsze sprowadza się do obozów koncentracyjnych… państwo opiekuńcze też jest pewną formą totalitaryzmu… odnoszę wrażenie, że zbliża się godzina powrotu na scenę polskiej inteligencji…”  „Wodzowie” „profesorskiej rewolucji” ( „Nasza Polska” nr 18 - 19  30.04 - 8.05. 2007 ).

 Kierunek dążenia masonerii wyznacza przede wszystkim walkę z religią chrześcijańską i Kościołem katolickim przyjmującej znamiona imperialistyczne, nacjonalistyczne, faszystowskie, komunistyczne.

 Proces „odkatolicyzowania” świata jest przewlekle prowadzony przez umacnianie zdobytego przez masonerię establishmentu.

Instrukcja Wysokiej Wenty ( tajne stowarzyszenie włoskiej masonerii ) stwierdza: „nasz ostateczny cel jest  ten sam co Woltera, oraz Rewolucji Francuskiej: unicestwienie raz na zawsze katolicyzmu, a nawet samej idei chrześcijańskiej, która stanąwszy na ruinach Rzymu, stała później jego przedłużeniem”.

Walka masonerii z Kościołem przybiera różne formy. Pośród nich należy wyróżnić działalność bezpośrednią ( przy pomocy przymusu fizycznego ), oraz pośrednią zazwyczaj prowadzoną przy pomocy środków intelektualnych, sugestywnych i medialnych.

Działalnością bezpośrednią masonerii był m.in. jej udział w Rewolucji Francuskiej, w Meksyku i Hiszpanii. Po II Wojnie Światowej masoneria skoncentrowała swoje działania na sferze życia intelektualnego i społecznego świata.

Konflikt o krzyż przed Pałacem Prezydencki na Krakowskim Przedmieściu upamiętniający Tragedię Smoleńską, w którym Kuria Warszawska poparła decyzję prezydenta Bronisława Komorowskiego nakazującą przenieść krzyż z przestrzeni publicznej do zamkniętego kościoła przypomina zachowanie niektórych hierarchów Kościoła katolickiego w Polsce na przestrzeni ostatnich lat.

 

I tak:

 

BISKUP TADEUSZ PIERONEK

 

Biskup Tadeusz Pieronek  pochodzi wprawdzie z krakowskiej ziemi, studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale trudno w nim dostrzec miłość do kraju rodzinnego, niełatwo też przywiązanie do tradycyjnego rzymsko-katolickiego Kościoła.

Jest on stałym komentatorem „Dziennika Zachodniego”, polskojęzycznego pisma dla Ślązaków, wydawanego przez Niemców.

Ponadto jest członkiem fundacji Batorego, która jak wiadomo zajmuje się kształtowaniem społeczeństw „otwartych”, wspiera kampanie przeciw homofonii, czyli homoseksualizm, parady gejów i lesbijek.

Słowem przyczynia się do moralnego rozkładu narodów. Przed referendum, w sprawie akcesji (właściwie aneksji) Polski do Unii Europejskiej biskup opracował broszurę w wydawnictwie „Wokół Nas”, w której upominał: nie głosować na populistów i demagogów, polskich hitlerków .

Przeciwników akcesji nazywał Władywostokiem.  Na niezbyt przychylne Unii Europejskiej Radio Maryja pojechał z donosem do Parlamentu Europejskiego i krytykował go na tym forum. 

Zresztą toruńska rozgłośnia jest krytykowana przez biskupa przy każdej okazji. W wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” wręcz oskarżał episkopat, o to, że nie radzi sobie z „Radiem Maryja”, że nie przyłączył się do wersji Jana Tomasza Grossa o mordzie Żydów w Jedwabnem, rzekomo dokonanym przez Polaków.

Po śmierci Bronisława Geremka hierarcha informował w  „Dzienniku Zachodnim”, że w Warszawie słuchacze „Radia Maryja” zawiesili transparent o treści: "dzięki Ci Boże, że go od nas zabrałeś" i dodawał: „widocznie dzięki temu radiu nauczyli się takiego humanizmu i takiego chrześcijaństwa”.

Zarzutu tego nie popierał żadnym dowodem, po prostu inkryminował słuchaczom toruńskiej rozgłośni takie przewinienie.

Krytykowane przez biskupa „Radio Maryja” oraz TV „Trwam" istotnie zapraszają do siebie polityków, naukowców i dziennikarzy, którzy mają krytyczny stosunek do  rządu, a także do niektórych partii politycznych. Na antenie telewizji "Trwam" istnieje obowiązek debaty i wymiany poglądów społeczno - politycznych.

Niemniej jednak większość czasu antenowego poświęcają te media przede wszystkim obrzędom religijnym, a także wydarzeniom historycznym,  sprawom codziennej egzystencji, nauce gotowania, doskonaleniu jazdy samochodem, wędkowaniu itp. Papież św. Jan Paweł II wyrażał wielokrotnie wdzięczność Bogu za fakt  istnienia „Radia Maryja” i TV „Trwam”.

Także Papież Benedykt XVI przyjął i pobłogosławił

w 2008 roku pielgrzymkę toruńskiej rozgłośni.

Biskup Pieronek jest zdecydowanym przeciwnikiem lustracji. W wywiadzie dla "Linii specjalnej" w którym abp Józef Życiński TW "Filozof" proponował mu objęcie przewodnictwa komisji do uniewinnienia duchowieństwa, stwierdził, że należy całkowicie utajnić akta IPN na 50 lat.

W dwa lata później, za rządów PIS - u, stwierdzał już tylko, że katolickie uczelnie winny być w ogóle wyjęte spod ustawy lustracyjnej. Przy okazji dodał, że w „Radiu Maryja” obserwuje objawy pewnego zdziczenia.

W szczęśliwym wydawałoby się roku akcesji Polski do UE zanotował hierarcha pewne niepowodzenia; nie wybrano go ponownie ani rektorem Papieskiej Akademii Teologicznej, ani do komisji wspólnej rządu i episkopatu.

Toteż w książce "Kościół bez znieczulenia" poddał polski Kościół ostrej krytyce, w szczególności zarzucał, że za mało wspierał agitację pro-unijną.

Działając w komisji wspólnej gorąco popierał opodatkowanie wiernych na rzecz Kościoła, jakkolwiek doskonale zdawał sobie sprawę, że podobne rozwiązanie w Niemczech spowodowało odejście od katolicyzmu w latach 1990-2002 około dwóch milionów wiernych.

Wobec obrońców krzyża przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu zajął stanowisko jednoznaczne,  dziennikarzom „Polska The Times” powiedział: „ci, którzy bronią krzyża to fanatyczna sekta”. Na pytanie: „czy prezydent powinien nakazać krzyż po cichu usunąć” odpowiedział twierdząco. W parę dni później zalecał wykorzystanie do tej operacji  brygady antyterrorystycznej.

 

ARCYBISKUP JÓZEF ŻYCIŃSKI

 

Abp Józef  Życiński  - TW „Filozof” - był najgorliwszym "reformatorem" polskiego Kościoła i zwolennikiem obecności Polski w Unii Europejskiej. Po otrzymaniu święceń kapłańskich w 1972 roku w Częstochowie poświęcił się dalszym studiom teologicznym. Abp Józef Życiński był przewodniczącym Rady Programowej Katolickiej Agencji Informacyjnej (członkami Rady są ponadto abp Gądecki, oraz biskupi Pieronek i Tyrawa).

Agencja zajmuje się programowaniem "Kościoła otwartego" i  zwalczaniem toruńskiej rozgłośni.

W 2005 roku do walki ze znienawidzonym o. Rydzykiem utworzył ponadto przy Konferencji Episkopatu Polski - Krajową Radę Katolików Świeckich i Radę Apostolatu Świeckich. Krytykę toruńskich redemptorystów i ich dzieł prowadził hierarcha przy każdej okazji: Podczas pobytu w Toronto w styczniu 2008 r. informował, że liczba powołań do zakonu ciągle spada i że przełożony może wszak usunąć nieodpowiednie osoby z Radia Maryja. Arcybiskup wspierał deprawującą imprezę Jerzego Owsiaka "Przystanek Woodstock" propagujący permisywizm moralny pod hasłem "róbta co chceta".

 W 2007 roku wziął w niej osobiście udział. Nic więc dziwnego, że za swoją działalność zbiera nagrody i wyróżnienia od bliskich mu światopoglądowo organizacji jak np. Fundacji "Nowego Tysiąclecia", czy redakcji „Tygodnika Powszechnego” i jest  reklamowany przez środki masowego przekazu.

W audycji telewizyjnej „Kropka nad i” na pytanie Moniki Olejnik: „czy Polska jest antysemicka?” odpowiedział: „wszyscy Polacy to antysemici”.

Laureat medalu św. Jerzego wraz z Adamem Michnikiem i innymi różowo - czerwonymi,  który ustanowił  ks. Adam Boniecki  wieloletni współredaktor "Gazety Wyborczej".

Ów medal ks. Adam Boniecki przyznał również rozmaitym osobom, znanym powszechnie komunistom, których pragnął w ten sposób uhonorować.

Wyróżnieni, pasowani na "rycerzy" laureaci mieli zasłużyć się m.in. w zwalczaniu "ksenofobii, rasizmu i antysemityzmu" (ale nie antypolonizmu) oraz propagowaniu tolerancji i dialogu.

I tu powstaje problem. Dlaczego pismo, prezentowane nie wiadomo w jakiej intencji jako katolickie, będące de facto niskonakładowym organem lewicy laickiej podejmuje godny pożałowania wybryk.

Bowiem dekoracja owa nie zasługuje nawet na przypadkowe utożsamianie z tradycją, pamięcią, rangą i znaczeniem autentycznych odznaczeń św. Jerzego.

 Medal św. Jerzego nie istnieje w prawodawstwie polskim, a więc nie uzyskał akceptacji Sejmu i odpowiednich agend rządowych. "Tygodnik Powszechny" zapisał się więc precedensem bezprawia ośmieszającym nasz kraj. Zapewne niedługo redaktorzy "Gazety Wyborczej", "Polityki", "Nie", lub "Trybuny", będą odznaczać się wzajemnie pod znanym hasłem: "Proletariusze wszystkich krajów łączcie się".

 

ARCYBISKUP TADEUSZ GOCŁOWSKI

 

Arcybiskup Tadeusz Gocłowski był zakonnikiem; śluby zakonne złożył w 1951 roku, święcenia kapłańskie otrzymał w 1956 roku, a sakrę biskupią z rąk kardynała Józefa Glempa w 1983 r.

Od 1983 roku był biskupem diecezji gdańskiej, a od 1992 roku arcybiskupem, metropolitą diecezji Jeszcze w 1988 roku kroczył na czele strajkujących stoczniowców.

Jako osoba zaangażowana w "transformację ustrojową" został zaproszony przez gen. Czesława Kiszczaka jesienią 1988 roku do rozmów w Magdalence. Cieszył się widać zaufaniem generała, gdyż był jednym z trzech przedstawicieli Kościoła (obok niego uczestniczyli też abp Dąbrowski i Orszulik). 

Toteż niebawem zmienił się jego stosunek do „ludzi pracy".

W 2003 roku na usuwanych z pracy, zrozpaczonych robotników grzmiał:  wolność trzeba mądrze zagospodarować, nie awanturnictwem”.

Wrogiem biskupa stał się  dawny przywódca stoczniowców, prałat Henryk Jankowski.

W wywiadzie dla Rzeczypospolitej zatytułowanym „Ksiądz musi odejść” hierarcha zarzucał mu demoralizujący tryb życia i antysemityzm. 

Skrytykował też księdza za opublikowanie imiennej listy 37 agentów, którzy inwigilowali go w ramach tzw. akcji „Zorza” bo” „nie podał żadnych argumentów". Hierarcha nie kryje swych sympatii politycznych; na początku lat 90. celebrował w kościele mariackim w Gdańsku mszę w intencji Kongresu Liberalno - Demokratycznego.

W 2005 roku na Jasnej Górze nawoływał do głosowania na Platformę Obywatelską, mutanta tamtej formacji.

Argumentował:

„Tusk to prawy chrześcijanin, wszak teraz wziął ślub” ( w wieku 48 lat i oczywiście, u arcybiskupa).

 Za porażkę Platformy obciążył  toruńską rozgłośnię. Groził: „opowiadanie się niektórych mediów po stronie określonego nurtu politycznego jest zjawiskiem niepokojącym i problem ten należy omówić w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej”.

 Żenującym postępkiem było wysłanie do Watykanu w 2008 roku pisma - donosu na swego następcę abp  Głódzia. 

Donosił wówczas: „z racji społecznych i historycznych diecezja gdańska potrzebuje biskupa o innym niż Głódź modelu duszpasterstwa”. Swój stosunek do lustracji wyraził w wywiadzie dla radia "Zet": „biskup Pieronek miał rację by zabetonować na 50 lat akta IPN. Lepiej nie wiedzieć niż wiedzieć.”

U boku hierarchy niesławną działalność prowadziło wydawnictwo „Stella Maris”. Dyrektorem wydawnictwa był osobisty kapelan arcybiskupa Zbigniew Bryk. Drukowano tam m.in.  gazetę Jerzego Urbana "Nie".

Niebywałe dochody osiągało wydawnictwo z tytułu fikcyjnych ekspertyz dla "zaufanych" zleceniodawców. „Stella Maris” otrzymywała 8-10% zlecenia, reszta wracała do zlecającego. Śledztwo w tej sprawie trwało od 2002 do 2007 roku. Uwięziono 5 osób. Wyznawano zasadę, że pieniądz nie zna ideologii.

 Jednym z głównych kontrahentów był eks - wojewoda gdański i szef rady wojewódzkiej pomorskiego SLD, a zarazem wydawca "Głosu Wybrzeża" Jerzy Jędykiewicz, który z Energobudowy „wyprowadził” w ten sposób 31 milionów złotych. Straty Skarbu Państwa ocenił sąd na 68 milionów złotych.

Zresztą jak informuje ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski  w Stella Maris „pracowało" 26 działaczy partyjnych i pracowników cenzury. Mieszkańców Wybrzeża bulwersował też fakt pochówku i to osobiście przez arcybiskupa, słynnego gangstera Nikodema Skotarczaka ("Nikosia") na najpiękniejszej nekropolii Trójmiasta - Srebrzysko i do tego na poczesnym miejscu.

 

Stworzono nową formę okupacji Polski agenturalno - masońską. Obce narodowi siły zewnętrzne przy pomocy podporządkowanych sobie służbom rządzącym spowodowały, iż utracił on źródło swojej spoistości i przestał być wrażliwy na własną tożsamość ukształtowaną przez wiekowe dziedzictwo kulturowe i religijne. Te same siły zawładnęły Kościołem od wewnątrz.

 

W Polsce działają loże masońskie:

-Loża Matka „Kopernik”-Warszawa,

-„Rotary Club”-Warszawa,

-Loża „Walerian Łukasiński”- Warszawa,

-Loża „Przesąd Zwyciężony” Kraków,

-Loża „Świątynia Hymnu Jedności” –Poznań,

-Loża „Eugenia Pod Ukoronowanym Lwem” –Gdańsk,

-Loża „Pod Szczęśliwą Gwiazdą”-Warszawa.

-Loża Żydowska "B'nai B'irth"

 

Według prof. Ludwika Hassa do polskich masonów należą m.in.targowiczanie:

Stanisław August Poniatowski, Adam Jerzy Czartoryski i Adam Kazimierz Czartoryski, Konstanty Adam Czartoryski.

 

M.in. do polskich masonów należą Zbigniew Gertych, Bronislaw Wildstein, Jan Józef Lipski, Aleksander Małachowski, , Antoni Słonimski, Hanna Suchocka, Maria Szyszkowska, Wojciech Żukrowski, Andrzej Zoll.

 

 

ZBIGNIEW GERTYCH

 

Należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W latach 1975–1981 był członkiem CKR PZPR. W latach 1980–1982 był przewodniczącym Komisji Planu Gospodarczego, Budżetu i Finansów w rządach: Edwarda Babiucha, Józefa Pińkowskiego i Wojciecha Jaruzelskiego. W latach 1985–1987 był wicepremierem w rządzie Zbigniewa Messnera. Pełnił też funkcję ambasadora w Wielkiej Brytanii.

W Polsce ukazuje się pismo „Wolnomularz Polski”.

 „Wolnomularz Polski – wydawane w Warszawie od początku lat 90 XX wieku niezależne pismo wolnomularskie związane z Wielkim Wschodem Polski i Universala Framasona Ligo. Wydawcą i redaktorem naczelnym jest Adam Witold Odrowąż-Wysocki.

 Radę Programową pisma tworzą: Ludwik Hass, Maria Szyszkowska, Andrzej Nowicki oraz Bożena Mirosława Dołęgowska-Wysocka.

 W 1997 został wydany niemieckojęzyczny numer "Wolnomularza Polskiego" pod nazwą "Polnischer Freimaurer".

 

Od X rocznicy ukazywania się pisma redakcja „Wolnomularza Polskiego” przyznaje nagrodę:

"Złote pióro Wolnomularza Polskiego", będące wyróżnieniem dla najlepszego autora piszącego na temat masonerii.

Dotychczasowymi laureatami tej nagrody przyznawanej przez środowiska masońskie byli dwaj nie-wolnomularze Ludwik Hass (2004) i Norbert Wójtowicz (2005). Po dwóch latach regulamin przyznawania "Złotego Pióra" uległ modyfikacji i wyróżnienie to przyznawane jest również wolnomularzom i otrzymał je Zbigniew Gertych (2006).

 

Źródła:

 

https://www.google.com/search?q=ASONERIA+ATAKUJE+KOSCIOL&gws_rd=ssl (link is external)

 

- Ksiądz Sławomir Kostrzewa,

 

- Waldemar Łysiak „Zaczęło się” („Do Rzeczy” nr 36/036 30 września – 6 października 2013 )

 

https://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/2013/05/21/ks-sl-kostrzewa-odebrac-dzieciom-niewinnosc-czas-na-swiadectwa-czy-wiesz-ze-walt-disney-nalezal-do-masonerii/ (link is external)

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/B%E2%80%99nai_B%E2%80%99rith_%28Polska%29 (link is external)

 

http://www.bibula.com/?p=1190

 

 

4/ POLSKIE DROGI DO NIEPODLEGŁOŚCI

Z BOHATERSTWEM ORLĄT LWOWSKICH

 

NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI

 

11 listopada 1918 roku po 123 latach niewoli rozbiorowej Rzeczpospolita Polska odzyskała należne jej miejsce w Europie jako niepodległe i suwerenne państwo i w tym Dniu odzyskała niepodległość. Droga do odzyskania niepodległości była żmudna, trudna i długa.

Przed Polską piętrzyły się niebywałe trudności, a przede wszystkim antypolskość przywódców światowych liczących się państw.

Niepodległość Polski.  Mołotow nazwał ją „potwornym bękartem traktatu wersalskiego”.

Stalin mówił o niej jako „ o, przepraszam za wyrażenie - państwie”, a dla J.M. Keynesa, teoretyka współczesnego kapitalizmu była „ekonomiczną niemożliwością, której jedynym przemysłem jest "żydożerstwo”.

Lewis  Namler uważał,  że jest „patologiczna”.

E. H. Carr nazwał ją „farsą”.

David Lloyd George mówił o „defekcie  historii” , twierdząc, że „zdobyła sobie wolność nie własnym wysiłkiem, ale ludzką krwią” i że jest krajem, który „narzucił innym narodom tę samą tyranię, jaką sam przez lata znosił".

 Polska powiedział, jest „pijana młodym winem wolności, które jej podali alianci i uważa się za nieodparcie uroczą kochankę środkowej Europy”.

W 1919 roku Lloyd George powiedział, „że prędzej oddałby małpie zegarek, niż Polsce Górny Śląsk”, zaś w 1939 roku oświadczył, „iż Polska zasłużyła na swój los”.

Adolf Hitler nazywał ją „państwem, które wyrosło z krwi niezliczonej ilości pułków, państwem zbudowanym na sile i rządzonym przez pałki policjantów i żołnierzy, śmiesznym państwem, w którym sadystyczne bestie dają upust swoim perwersyjnym instynktom, sztucznie poczętym państwem, ulubionym pokojowym pieskiem zachodnich demokracji, którego w ogóle nie można uznać za kulturalny naród, tak zwanym państwem, pozbawionym wszelkich podstaw narodowych, historycznych, kulturowych, czy moralnych”.

Zbieżność tych uczuć, a także sposobów ich wyrażania, jest oczywista.

Rzadko – jeżeli w ogóle kiedyś – kraj, który właśnie uzyskał niepodległość, bywał przedmiotem równie krasomówczych i równie nieuzasadnionych zniewag.

Rzadko – jeżeli w ogóle kiedyś – brytyjscy liberałowie bywali równie beztroscy w formułowaniu opinii lub dobieraniu sobie towarzystwa. Kiedy wybuchła I Wojna Światowa, jeden ze współpracowników Józefa Piłsudskiego zapisał: „nikt na całym świecie Polski nie chce”.

Premier brytyjski Herbert Asquith mówił krótko przed wojną wybitnemu pianiście i orędownikowi sprawy polskiej na Zachodzie, Ignacemu Paderewskiemu: „nie ma żadnej nadziei na przyszłość dla ojczyzny pana”.

Oznaczało to, że w chwili wybuchu wojny sprawę polską uważano w Europie za wewnętrzny problem zaborców, Rosji, która z Francją i Wielką Brytanią znalazła się w obozie ententy oraz walczących z tym sojuszem państw centralnych – Niemiec i Austro - Węgier. Niezależnie od tego, dowództwa wojujących ze sobą na ziemiach polskich armii państw zaborczych chciały zapewnić sobie przychylność Polaków.

Rosjanie wydali odezwę, w której odwołali się do odwiecznej, rzekomo wspólnej walki Słowian z agresją germańską i obiecywali zjednoczenie ziem polskich „swobodnych w wierze, języku i samorządzie”.

Deklaracja nie miała najmniejszej wartości, a wydał ją stryj cara Mikołaja II – Mikołaj Mikołajewicz – wódz naczelny armii rosyjskiej. 

Jeszcze bardziej ogólnikowe obietnice składały państwa centralne, ograniczając się do wezwania do walki ze wschodnim barbarzyństwem. Z tej trudnej sytuacji zdawali sobie sprawę przywódcy dwóch głównych polskich obozów  politycznych, z których narodowodemokratyczny reprezentował orientację antyniemiecką, a irredentystyczny – antyrosyjską.

Dmowski poparł państwa ententy, które walczyły z Niemcami. Liczył na zjednoczenie wszystkich ziem przez Rosję, w następstwie czego Polska miałaby szansę odzyskania niepodległości. Wybuch wojny nie wpłynął jednak na zmianę polityki rosyjskiej wobec Polaków, którzy zarówno przez administrację carską, jak i elity polityczne byli uznawani za część społeczeństwa rosyjskiego.

Opanowanie Królestwa Polskiego przez państwa centralne w sierpniu 1915 roku nie zmieniło stosunku władz rosyjskich do polskich aspiracji. W tej sytuacji Dmowski, którego działania w Rosji nie przyniosły rezultatów wyjechał na zachód, gdzie aż do rewolucji lutowej (1917) bezskutecznie starał się zainteresować władze francuskie i brytyjskie sprawą polską.

Józef Piłsudski natomiast, zgodnie z przedwojennymi  deklaracjami stanął po stronie państw centralnych, nie wykluczał jednak zmian kierunku działania w przyszłości. Zorganizowane i dowodzone przez Piłsudskiego oddziały strzeleckie za zgodą Austrii i Niemiec na początku sierpnia 1914 roku wkroczyły na teren Królestwa Polskiego, aby wywołać powstanie przeciw Rosji.

Próba ta zakończyła się fiaskiem, żołnierze Piłsudskiego nie zyskali poparcia społeczeństwa polskiego, które wezwanie do walki o niepodległość przyjmowało obojętnie, a bywało, że niechętnie. Akcję niepodległościową strzelców potępił biskup kielecki Augustyn Łosiński.

Źródła antypolonizmu należy upatrywać w polityce germanizacji i rusyfikacji prowadzonej przez zaborców.

Otto von Bismarck, premier Prus i późniejszy kanclerz Rzeszy, powiedział o Polakach:

"Bijcie Polaków tak długo, dopóki nie utracą wiary w sens życia. Współczuję sytuacji, w jakiej się znajdują. Jeżeli wszakże chcemy przetrwać, mamy tylko jedno wyjście – wytępić ich".

Według późniejszej teorii  niemieckiej , Polacy należą do kategorii podludzi niezdolnych do samodzielnego rządzenia.

Antypolonizm z antysemityzmem powiązał także Edmund Osmańczyk w wydanej w 1947 roku książce „Sprawy Polaków”.

Używany także m.in. przez Jana Józefa Lipskiego w analogicznym kontekście w latach Solidarności.

Na początku lat 90. termin antypolonizm pojawił się w polskiej publicystyce prawicowej i skrajnie prawicowej jako odpowiedź na oskarżenia o antysemityzm ze strony środowisk żydowskich.

Określenie zyskało popularność w trakcie sporu o pogrom w Jedwabnem.

Obecnie termin antypolonizm wszedł do obiegu językowego, używany jest powszechnie w prasie, pojawia się w oficjalnych dokumentach  Konferencji Episkopatu Polski.

Dyrektywa nr 1306 Ministerstwa Propagandy Rzeszy z dnia 24 października 1933 roku nakazywała oficjalne traktowanie Polaków jako podludzi . - "Nawet dojarka musi mieć jasność sytuacji, że polskość jest równoznaczna z niższą ludzką wartością".

 

ODZYSKANA NIEPODLEGŁOŚĆ

11 LISTOPADA 1918 ROKU POLSKA ODZYSKUJE NIEPODLEGŁOŚĆ

 

11 listopada 1918 roku był przełomowym dniem w dziejach całej Europy i Polski.

W lasku Compiégne pod Paryżem Niemcy podpisali rozejm kończący I Wojnę Światową. W tym samym dniu w Warszawie Rada Regencyjna przekazała władzę Józefowi Piłsudskiemu. Po 123 latach niewoli Polska odzyskała niepodległość.

Już przed wybuchem wojny Polacy zdawali sobie sprawę z tego, że światowy konflikt, który dotknie zaborców, może stanowić niepowtarzalną okazję do wyzwolenia kraju. Wykorzystali szansę, jaka powstała w związku z sytuacją międzynarodową.

Listopadowe wydarzenia poprzedził sukces, jakim było uwzględnienie 8 stycznia 1918 roku w 14-punktowym programie pokojowym prezydenta USA Woodrowa Wilsona punktu trzynastego, zakładającego konieczność przywrócenia Polsce niepodległości. Podpisanie rozejmu w Compiégne oznaczało, że w nowym, powojennym świecie znajdzie się miejsce dla Polski.

Tego samego dnia  oswobodzono Warszawę od Niemców. Był to osobisty sukces Józefa Piłsudskiego, który nawiązał rokowania, z przedstawicielami stacjonującego w stolicy Polski trzydziestotysięcznego garnizonu niemieckiego. Na mocy porozumienia Niemcy nie tylko musieli opuścić Królestwo Polskie, lecz także pozostawić znaczną część broni, oraz innego sprzętu wojskowego.

We wszystkich ośrodkach władzy powstających na ziemiach polskich z wyjątkiem Wielkopolski, zgadzano się, że najwłaściwszą osobą do objęcia zwierzchnictwa nad państwem jest Józef Piłsudski, który 18 listopada 1918 roku powołał pierwszy rząd Rzeczypospolitej Polskiej, którego premierem został Jędrzej Moraczewski.

Piłsudski został Tymczasowym Naczelnikiem Państwa – powoływał rząd i wyższych urzędników, oraz zatwierdzał dekrety wydawane przez rząd.

22 stycznia 1917 roku prezydent Stanów Zjednoczonych (które wkrótce przystąpiły do wojny po stronie ententy), Woodrow Wilson wydał orędzie , w którym stwierdził m.in. że wszędzie mężowie stanu są zgodni, iż powinna powstać zjednoczona i niezależna Polska.

Stanowisko prezydenta było wynikiem zabiegów wybitnego męża stanu i pianisty Ignacego Jana Paderewskiego. 8 stycznia 1918 roku prezydent Wilson wydał orędzie, w którym wymienił 14 warunków przyszłego pokoju, w punkcie 13 uznano konieczność  stworzenia niepodległego państwa polskiego z dostępem do morza. Kolejnym, niezwykle istotnym wydarzeniem była deklaracja wersalska wydana 3 czerwca 1918 roku przez premierów Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch. Stwierdzono w niej, że powstanie niepodległego państwa polskiego jest warunkiem trwałego pokoju w Europie. Wcześniej, w kraju, 12 września 1917 roku została powołana przez okupantów niemieckich i austriackich Rada Regencyjna, która miała pełnić funkcję tymczasowej polskiej władzy państwowej.

7 października Rada Regencyjna wydała manifest do narodu polskiego, w którym za główny cel Polaków uznała powstanie niepodległego państwa polskiego. 10 listopada po zwolnieniu  z więzienia w Magdeburgu przybył do Warszawy Józef Piłsudski. Powrót  komendanta I Brygady Legionów do kraju zbiegł się z zawieszeniem broni pomiędzy Niemcami, a ententą 11 listopada, które zakończyło I Wojnę Światową i równocześnie okazało się utworzeniem polskiej państwowości, z powierzeniem przez Radę Regencyjną, Józefowi Piłsudskiemu dowództwa nad Polską Siłą Zbrojną.

Tego samego dnia  oswobodzono Warszawę od Niemców. Był to osobisty sukces Józefa Piłsudskiego, który nawiązał rokowania, z przedstawicielami stacjonującego w stolicy Polski trzydziestotysięcznego garnizonu niemieckiego. Na mocy porozumienia Niemcy nie tylko musieli opuścić Królestwo Polskie, lecz także pozostawić znaczną część broni, oraz innego sprzętu wojskowego.

We wszystkich ośrodkach władzy powstających na ziemiach polskich z wyjątkiem Wielkopolski, zgadzano się, że najwłaściwszą osobą do objęcia zwierzchnictwa nad państwem jest Józef Piłsudski, który 18 listopada 1918 roku powołał pierwszy rząd Rzeczypospolitej Polskiej, którego premierem został Jędrzej Moraczewski.

Piłsudski został Tymczasowym Naczelnikiem Państwa – powoływał rząd i wyższych urzędników, oraz zatwierdzał dekrety wydawane przez rząd.

Tymczasem trwała wojna polsko-ukraińska (1918-1919) będąca  konfliktem zbrojnym o przynależność państwową zamieszkałej przez Polaków i Ukraińców Galicji Wschodniej.

Stronami konfliktu były proklamowana 1 listopada 1918 roku przez społeczeństwo ukraińskie Galicji Wschodniej  - Zachodnio Ukraińska  Republika Ludowa po jednej stronie, oraz polskie społeczeństwo Lwowa i lokalny lwowski Komitet Ochrony Dobra i Porządku Publicznego (Tymczasowa Komisja Rządząca), a po 11 listopada (w rzeczywistości 22 listopada) odrodzone Państwo Polskie, po drugiej.

7 października 1918 roku Rada Regencyjna ogłosiła manifest do narodu polskiego, ogłaszający powstanie niepodległego Państwa Polskiego. Zarząd miasta Lwowa wysłał więc 11 października 1918 roku do Rady Regencyjnej list zapewniający, że mieszkańcy miasta wezmą aktywny udział w budowie niepodległej Rzeczpospolitej. Na mocy dekretów Rady i rozkazu jej Komisji Wojskowej płk Władysław Sikorski rozpoczął organizację we Lwowie z byłych oficerów i szeregowych Polskiego Korpusu Posiłkowego oddziałów Wojska Polskiego, powołując Komendę Okręgową. Od lata 1918 roku istniały ponadto Polskie Kadry Wojskowe powiązane z Narodową Demokracją. Na ich czele stał kpt. armii austriackiej Czesław Mączyński, członek Ligi Narodowej.

W tym czasie nastąpiło też ożywienie działalności niepodległościowych organizacji ukraińskich.

 

OBRONA LWOWA - ORLĘTA LWOWSKIE

 

W pierwszej połowie października 1918 roku zwołano do Lwowa delegatów z ziem należących przed wojną do Austro - Węgier, na których mieszkali Ukraińcy – Galicji Wschodniej, Bukowiny i Rusi Zakarpackiej. 19 października utworzyli oni Ukraińską Radę Narodową, która ogłosiła utworzenie państwa ukraińskiego z ziem wschodniej Galicji aż po rzekę San.

20 października podczas posiedzenia Rady Miejskiej Lwowa przyjęto rezolucję o przyłączeniu miasta do Polski. Aktowi sprzeciwili się radni ukraińscy, uznając go za bezprawny.

30 października komendant lwowskiego okręgu Polskiej Organizacji Wojskowej  (POW) – por. Ludwik de Laveaux podczas odprawy komendantów grup poinformował, że następnego dnia planuje zbrojne zajęcia Lwowa w imieniu Rzeczypospolitej, uprzedzając podobną akcję ze strony Ukraińców.

Przewidywał zajęcie Dworca Głównego wraz z magazynami wojskowymi, obsadzenie rogatki Łyczakowskiej, oraz zajęcie Ratusza, Poczty Głównej i komendy wojsk austriackich w gmachu namiestnictwa. Tego samego dnia ogłoszono także mobilizację, która spotkała się z szerokim odzewem, zwłaszcza wśród młodzieży.

Powstały wówczas Orlęta Lwowskie, rekrutujące się z chłopców i dziewcząt, którzy nie ukończyli 18 roku życia, reprezentujących wszystkie warstwy społeczne.

Mieli po kilkanaście lat, a nawet mniej. Zamiast zabawy w ciepłym, przytulnym pokoju wybrali nocne warty, służbę w okopach w śniegu i błocie. Bez rodziców, samotnie czuwali z karabinem w ręku na placówkach. Orlęta Lwowskie - ukochane dzieci swego miasta. Na ich grobach na cmentarzu Obrońców Lwowa, popularnie na Cmentarzu Orląt, zawsze leżą kwiaty i palą się znicze. Do nieba płynie modlitwa za bohaterów, którzy zginęli za Polskę.

Lwów był prastarym polskim i katolickim miastem, urzekająco pięknym, bogatym w zabytki, dzieła sztuki i ducha.

Miastem semper fidelis - zawsze wiernym, które najdzielniej broniło Polski. Lwów nigdy się nie poddawał. O jego mury rozbijały się najazdy Tatarów, Turków... Żyli tu obok siebie w zgodzie Polacy i Ukraińcy, szanując się nawzajem. Tak było do 1 listopada 1918 r.

Tego dnia rano lwowiacy obudzili się jakby w innym mieście: Ukraińcy zajęli Lwów. Zaskoczeni Polacy natychmiast podjęli obronę. Niestety, nie mogli liczyć na szybką pomoc z innych części kraju, bo wtedy jeszcze nie było niepodległej Polski. Musieli więc sami się zorganizować. Nikt nie miał wątpliwości: trzeba odzyskać Lwów dla Polski!

To nic, że mieszkańcy mieli niewiele broni, a jeszcze mniej doświadczenia, jak się z nią obchodzić. Najważniejsze, że były gorące serca pałające miłością do Ojczyzny. Ponieważ dorośli przebywali na innych frontach - wciąż trwała I Wojna Światowa - w zaszczytnym obowiązku walki o wolność i niepodległość postanowili zastąpić ich najmłodsi mieszkańcy Lwowa.

Do szeregów obrońców pospieszyły lwowskie dzieci, nazwane Orlętami Lwowskimi. Dumne i wolne jak te królewskie ptaki. To oni rzucili hasło: Nie damy Lwowa! Ten pomysł mógł wydawać się szalony: dzieci miały zmierzyć się z zaprawionymi w bojach żołnierzami ukraińskimi, świetnie uzbrojonymi, z doświadczonymi dowódcami. Czy to się mogło udać? Tak, bo Orlęta Lwowskie  oddały swoje życie Panu Bogu, jedynie w Nim pokładając ufność i nadzieję. Zanim młodzież polska wzięła do ręki broń, udała się do jednego z kościołów. Chłopcy i dziewczęta gorąco modlili się, by Pan Jezus przyjął ich ofiarę z samych siebie w zamian za uwolnienie Lwowa. Czy Niebo może odmówić takiej prośbie? Nie. Za taką ofiarę Pan Bóg zsyła wielkie łaski, daje moc, która jest ponad karabiny i armaty. Tak było i tym razem.

Uczniowie, studenci, tłumnie pospieszyli w szeregi obrońców. Poszli uczniowie w mundurkach szkolnych, studenci, ale także słynne lwowskie batiary - dzieci ulicy od najmłodszych lat zarabiające na chleb. Wesołe to, płatające psikusy i zawsze radosne towarzystwo. Wszędzie ich było pełno.

Po kryjomu wymykali się z domów, nie pytając rodziców o zgodę. Jeszcze niedawno sami bawili się ołowianymi żołnierzykami, z wypiekami na twarzy czytali o polskich bohaterach - rycerzach, hetmanach, wodzach. A teraz sami stanęli w obronie ukochanego miasta.

Najmłodszy obrońca Lwowa miał 9 lat, siedmiu - po 10, trzydziestu trzech - po 12, siedemdziesięciu czterech - po 13, stu dwudziestu siedmiu - po 14, sześciuset czterdziestu jeden - po 15-16, i pięćset trzydziestu sześciu - po 17 lat.

Jurek Bitschan - 14 lat. Symbol wszystkich Orląt Lwowskich - i tych znanych z nazwiska, i tych bezimiennych. Wychodząc z domu, napisał:

"Kochany Tatusiu, idę dzisiaj zameldować się do wojska. Chcę okazać, że znajdę na tyle siły, by móc służyć i wytrzymać. Obowiązkiem moim jest iść, gdy mam dość sił, a wojska brakuje ciągle do oswobodzenia Lwowa. Z nauk zrobiłem już tyle, ile trzeba było. Jerzy".

Na jego biurku pozostała otwarta książka pt. "Śpiewy historyczne" autorstwa Juliana Ursyna Niemcewicza na stronie z fragmentem:

 

    "(...) Słuchajcie, rycerze młodzi

    Żałosnej lutni jęczenia

    Niech w was chęć do sławy rodzi

    Dawnego męstwa wspomnienia

    Słuchajcie, jak sławny wieniec

    Walcząc w ojczyźnie obronie

    Zyskał odważny młodzieniec

    I w szlachetnym poległ zgonie(...)"

 

Walczył w pierwszym szeregu. Został trafiony dwoma kulami na cmentarzu Łyczakowskim, tuż przed nadejściem odsieczy dla Lwowa. W tym samym czasie mama Jurka walczyła na innym odcinku jako komendantka Ochotniczej Legii Kobiet.

Tadzio Jabłoński - 14 lat. On też uciekł z domu, by dołączyć do obrońców Lwowa. Bił się jak bohater. Szedł zawsze w pierwszym szeregu, nawet bez rozkazu, gdyż jak mówił kolegom, "chciałby być jak najbliżej mamy", która została w części miasta zajętej przez Ukraińców. Już nigdy jej nie zobaczył na ziemi. Zginął od kuli 18 listopada.

Antoś Petrykiewicz - 13 lat. Był uczniem drugiej klasy gimnazjum. Walczył na Górze Stracenia - na placówce szczególnie mocno atakowanej przez wroga. A potem poszedł ze swoim dowódcą bronić Persenkówki. Tam został ciężko ranny. Zmarł po trzech tygodniach cierpień w szpitalu.

Antoś Petrykiewicz jest najmłodszym kawalerem Orderu  Virtuti Militari.

W rejonie szkoły im. Henryka Sienkiewicza 5 listopada zginął piętnastoletni Wilhelm Haluza, o którego odwadze dowódca odcinka wyrażał się z najwyższym uznaniem.

Czternastoletni Tadeusz Wiesner  walczył na Kulparkowie. Aresztowany w domu rodziców, po przejściowej utracie tej dzielnicy przez Polaków, został rozstrzelany przez żołnierzy ukraińskich.

W natarciu na Szkołę Kadecką poległ jak wspomniałem czternastoletni Tadeusz Jabłoński. To tylko nieliczne przykłady heroizmu najmłodszych obrońców Lwowa. miasta Zawsze Wiernego – Semper Fidelis. 

Obok chłopców - dziewczęta. Helenka Grabska - uczennica, poległa razem ze swoim bratem Jankiem. Janeczka Prus-Niewiadomska zginęła, ratując rannego żołnierza.

Orlęta Lwowskie nie tylko walczyły ramię w ramię z dorosłymi. Były doskonałymi łącznikami - przenosiły meldunki, rozkazy, sprawdzały pozycje wroga. Dzięki ich odwadze i męstwu odzyskano najpierw część miasta, a 23 listopada, po nadejściu odsieczy, cały Lwów.

Jako jedyne miasto w Polsce, Lwów został odznaczony przez Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego Orderem Virtuti Militari - za niespotykane męstwo i dzielność. Poległym w walce Orlętom Lwowskim  Polacy wystawili przepiękny cmentarz, z rzędami jednakowych mogił, z kolumnadą, przez którą biegnie napis: "Polegli, abyśmy żyli wolni". Bezimienne  Orlę Lwowskie spoczywa natomiast w Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie, wzniesionym w hołdzie wszystkim obrońcom Ojczyzny.

 

PRZEBIEG WALK O LWÓW

 

1 listopada 1918 roku nad ranem, żołnierze podlegający Ukraińskiemu Komitetowi Wojskowemu, uprzedzając polską akcję, opanowali większość gmachów publicznych we Lwowie.

W odpowiedzi powstały spontanicznie, w zachodniej części miasta, dwa polskie punkty oporu z bardzo nieliczną początkowo i słabo uzbrojoną załogą.

Były to - szkoła im. Henryka Sienkiewicza, w której znajdował się batalion kadrowy Wojska Polskiego pod dowództwem kpt. Zdzisława Trześniowskiego i Dom Akademicki przy ul. Isakowicza z niewielką grupą żołnierzy Polskiej Organizacji Bojowej (POW). Obie placówki rozpoczęły akcję obronną. Wkrótce powołano Naczelną Komendę Obrony Lwowa na czele z kpt. Czesławem Mączyńskim.

17 listopada 1918 roku rozkazem Józefa Piłsudskiego, na własne życzenie, na czele Naczelnego Dowództwa Wojsk Polskich w Galicji Wschodniej, potocznie nazywanego Armią Wschód, stanął gen. Tadeusz Rozwadowski.

Walki we Lwowie trwały do 21 listopada 1918 roku, kiedy to Polacy uzyskali znaczną przewagę.

Aby uniknąć otoczenia, dowodzący wojskami ukraińskimi płk Hnat Stefaniw rozkazał wojskom ukraińskim opuścić Lwów w nocy 22 listopada 1918 roku. Miasto było wolne ale nadal oblężone.

Podobne wystąpienia miały miejsce w Drohobyczu, Borysławiu, Samborze i Przemyślu.

W nocy z 24/25 listopada do oblężonego Lwowa przybył gen. Rozwadowski i przejął dowodzenie od gen. Bolesława Roi. Rozkazy nowego dowódcy nakazywały kontynuowanie ofensywy. Rozwadowski po rozpoznaniu sytuacji stwierdził, że polskie siły są na to zbyt słabe.

Generał przystąpił do przekształcania nierównych liczebnie i niezdyscyplinowanych grup ochotników w oddziały regularnego wojska.

Po wycofaniu się ze Lwowa Kwatera Głównej Ukraińskiej Armii Halickiej (UHA) wykorzystała na organizowanie oddziałów wojskowych. W połowie grudnia 1918 roku front polsko-ukraiński ustalił się na linii od Cisnej do Chyrowa, potem wzdłuż linii kolejowej Przemyśl - Lwów do Przemyśla, z powrotem wzdłuż tej samej linii na przedpola Lwowa, następnie do Jarosławia, przez Lubaczów, Rawę Ruską, Bełz do Kryłowa.

Z początkiem stycznia 1919 roku wojska polskie zdobyły Uhnów i Bełz, oraz zdobyły linię kolejową Jarosław - Rawa Ruska, co dało im dobrą pozycję do kolejnych operacji zaczepnych.

Pod koniec grudnia 1918 roku Naczelna Komenda Ukraińska przystąpiła do ofensywy mającej na celu zajęcie Lwowa i wyparcie  wojsk polskich za San. Gen. Rozwadowski w porę doskonale odgadł te zamiary. Według jego rozkazu grupa mjr Józefa Sopotnickiego uderzyła na tyły wojsk ukraińskich oblegających miasto.

Straty zadane Ukraińcom, spowodowały, że obrońcom Lwowa, mimo trudnej sytuacji w mieście udało się odeprzeć ofensywę. Kolejny nieudany atak na Lwów miał miejsce na początku stycznia 1919 roku. Po jego załamaniu dowództwo UHA zaplanowało przerwać połączenie pomiędzy Lwowem a Przemyślem. Była to tzw. „operacja wowczuchowska”, trwająca od 15 lutego do 19 marca 1919 roku. Początkowo zakończyła się ona sukcesem (połączenie przerwano), jednak w niekorzystnej dla armii polskiej sytuacji, przerwania walk zażądała Misja Wojskowa Ententy pod przewodnictwem gen. Josepha Barthelemy (linia Barthelemy).

Walki wznowiono 2 marca 1919 roku, a 19 marca wojska polskie odbiły linię kolejową Przemyśl - Lwów.

Nową propozycję rozejmu Rady Czterech (pod przewodnictwem gen. Bothy – linia Bothy) przyjęła Kwatera Głowna UHA, ale odrzuciły ją władze polskie, i przerzuciły oddziały armii Hallera w sile 35.000 żołnierzy na front polsko-ukraiński.

Pod koniec kwietnia 1919 roku Naczelne Dowództwo Wojsk Polskich opracowało plan ofensywy przeciwko armii zachodnio - ukraińskiej w Galicji Wschodniej.

Celem operacji było rozbicie wojsk ukraińskich operujących na Wołyniu i Galicji Wschodniej, zapewnienie bezpieczeństwa polskiej ludności zamieszkującej te tereny, odzyskanie obszarów Galicji Wschodniej, oraz uzyskanie bezpośredniego połączenia Polski z Rumunią.

Pod rozkazami gen. Józefa Hallera zgrupowano znaczne siły. Ich trzon stanowiły I korpus gen. Daniela Odry, 1 i 2 Dywizje Strzelców z Armii Polskiej we Francji, Grupa Operacyjna gen. Aleksandra Karnickiego, Lwowska Dywizja Piechoty oraz zgrupowanie gen. Wacława Iwaszkiewicza z podległą mu Grupą Operacyjną gen. Władysława Jędrzejowskiego i nowo sformowane 3 i 4 Dywizja Piechoty. Łącznie stan bojowy oddziałów polskich przewidzianych do działań wynosił około 50. 000 żołnierzy, 200 dział i 900 karabinów maszynowych.

Siły armii zachodnio-ukraińskiej zebrane pod dowództwem gen. Mychajła  Omelianowicza - Pawlenki, posiadały w tym czasie około 44 000 żołnierzy, 552 karabiny maszynowe i 144 działa.

W połowie maja 1919 roku wojska polskie rozpoczęły ofensywę w Galicji i na Wołyniu. 14 maja jako pierwsze uderzyły oddziały I Korpusu Armii Hallera, Grupa Operacyjna gen. Aleksandra Karnickiego, oraz Lwowska Dywizja Piechoty. 15 maja weszło do akcji zgrupowanie gen. Wacława Iwaszkiewicza, uderzając z trzech stron na Sambor.

25 maja oddziały polskie doszły do linii Bolechów - Chodorów - Bóbrka - Busk. W tym samym czasie, 25 maja, armia rumuńska wraz z 4 Dywizją Strzelców Polskich rozpoczęła zajmowanie południowo-zachodnich terenów ZURL (Pokucia) z Kołomyją i Śniatyniem.

Część oddziałów ukraińskich (1 Brygada Górska UHA i Grupa „Hłyboka”) utraciły styczność z głównymi siłami, i zmuszone były przejść na Zakarpacie, gdzie zostały internowane przez władze czechosłowackie.

Zmusiło to dowództwo UHA do przesunięcia oddziałów na południowy wschód Galicji, ograniczony rzekami Zbrucz-Dniestr. Po odpoczynku i reorganizacji 7 czerwca oddziały Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej (UHA)  pod dowództwem gen. Ołeksandra  Hrekowa  przystąpiły do kontrofensywy („ofensywa czortkowska”).

W ciężkich bojach udało im się odrzucić wojska polskie na linię Dniestr - Gniła Lipa – Przemyślany - Podkamień, co obudziło nadzieję na zwycięstwo, i w konsekwencji spowodowało odrzucenie polskiej propozycji przymierza i utworzenia linii demarkacyjnej, zwanej linią Delwiga.

W niedługim czasie jednak siły UHA zostały ponownie wyparte na pozycje wyjściowe nad Dniestrem i Zbruczem. 28 czerwca 1919 roku armia polska przełamała front pod Jazłowcem i 16 lipca  zmusiła siły UHA do wycofania się za Zbrucz, na teren Ukraińskiej Republiki Ludowej.

Oddziały UHA zostały użyte w celu wsparcia wojsk URL w walce z bolszewikami. Już 25 lipca na przeciw bolszewickiego frontu ruszył II Korpus Halicki, a reszta UHA wyruszyła 2 sierpnia 1919 (operacja kijowska).

Po zajęciu Lwowa, 22 listopada 1918 polskie władze wojskowe zatrzymały jako zakładników ukraińskich polityków:

Juliana Romanczuka, Kyryła Studynśkiego, Wołodymyra Ochrymowycza, Wołodymyra Starosolskiego, Iwana Kiweluka, Wołodymyra Baczynśkiego, Iwana Kurowcia.

Następnie rozpoczęto akcję internowania w obozach Ukraińców "podejrzanych o działalność na szkodę państwa polskiego", w tym urzędników Zachodnio Ukraińskiej Republiki Ludowej ( ZURL), oraz żołnierzy Armii Halickiej.

Utworzono obozy internowania m.in. w Brześciu, Dąbiu, Dęblinie, Kaliszu, Lwowie, Modlinie, Pikulicach, Przemyślu, Strzałkowie, Szczypiornie, Tarnopolu, Tomaszowie, Wadowicach, Wiśniczu.

W końcu 1919 roku w obozach przebywało ogółem ok. 23 - 24 tysiące internowanych Ukraińców, a w sumie  przebywało w nich około 100 tysięcy Ukraińców. Około 20 - 25 tysięcy zmarło w obozach, głównie wskutek epidemii tyfusu i czerwonki.

Dekretem Naczelnika Państwa z 10 stycznia 1919 roku zlikwidowano Polską Komisję Likwidacyjną.

Na jej miejsce powołano Komisję Rządzącą dla Galicji, Śląska Cieszyńskiego, Orawy i Spisza.

7 marca 1919 roku rozporządzeniem Rady Ministrów ustanowiono Generalnego Delegata Rządu, który posiadał uprawnienia dawnego namiestnika Galicji, wyłączając z jego jurysdykcji radę szkolną, dyrekcję skarbu, zarząd lasów i dóbr państwowych. Ustawą z 30 stycznia 1920 roku rozwiązano Sejm Krajowy Galicji i Wydział Krajowy, wprowadzając tymczasowy samorząd. Ustawą z 3 grudnia 1920 roku wprowadzono nowy podział administracyjny byłego Królestwa Galicji i Lodomerii z Wielkim Księstwem Krakowskim oraz obszarem Spisza i Orawy na 4 województwa: krakowskie, lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie.

Poważne niebezpieczeństwo  zagrażało również ziemiom północno-wschodnim Rzeczypospolitej (m.in. Wileńszczyźnie), które po wycofaniu wojsk niemieckich zajęli bolszewicy.

 

AGRESJA ROSJI SOWIECKIEJ ZATRZYMANA – POLSKA RATUJE EUROPĘ

 

Wojnę sowiecko - polską rozpoczęła agresja Rosji Sowieckiej na Polskę, która była przecież tym korytarzem wiodącym do bolszewickiego podboju Europy.

Wojna zaczęła się już na początku 1918 roku, aby rozszerzyć rewolucję bolszewicką w Europie. O wojnie zadecydowało Biuro Polityczne partii bolszewickiej - Włodzimierz Lenin, Józef Stalin, Lew Trocki, Lew Kamieniew.

Istniała jedyna droga aby swój cel osiągnęli; droga na Berlin i połączenie sił sowieckich z potęgą niemieckiego proletariatu i uprzemysłowionej gospodarki.    A właśnie Polska stanęła w tych zdawałoby się otwartych drzwiach do Europy.

 

PRZEDMURZE CHRZEŚCIJAŃSTWA - ANTEMURALE  CHRISTIANITATIS

 

Polskę stanowiącą Przedmurze Chrześcijaństwa, siły rewolucji bolszewickiej zamierzały zmienić na przedmurze mongolskie, zaprowadzić swoje komunistyczne porządki.

Przedmurzem Chrześcijaństwa nazywano także Bizancjum oraz Węgry.

Polskę zaczęto określać w ten sposób w XV w. Wydaje się, że polska dyplomacja posługiwała się tym pojęciem, by dowodzić, że Rzeczypospolita Obojga Narodów, broniąc swych granic przed Tatarami i Turkami, działa na korzyść całego świata chrześcijańskiego.

Sława Polski – antemurale christianitatis – rosła głównie dzięki obcym pisarzom, takim jak: humanista i dyplomata Filip Buonacorsi, zwany Kallimachem, wybitni humaniści Sebastian Brant, Niccolò Machiavelli i Erazm z Rotterdamu. Może to dowodzić powszechnego wśród europejskich elit przekonania, że Polska stoi na straży chrześcijańskiej Europy.

Już w listopadzie 1918 roku Józef Stalin drogę do Europy określił jako biegnącą przez "polskie przepierzenie", które miała Armia Czerwona sforsować za jednym zamachem.

Wojna sowiecko-polska weszła wtedy w decydującą fazę.

Armia Czerwona przygotowywała od stycznia potężne uderzenie , które miało w maju rozbić Wojsko Polskie na froncie białoruskim. Naczelnik państwa Józef Piłsudski chciał uprzedzić to uderzenie i podjąć próbę realizacji najambitniejszego zadania.

Pragnął utrwalić niepodległość Polski poprzez ostateczne rozbicie imperialnego więzienia narodów na wschód od niej. Uzyskanie niepodległości przez Ukrainę miało zabezpieczyć nie tylko Polskę, ale także pozwolić na wolny rozwój mniejszych narodów od Kaukazu do Bałtyku. Tego celu nie udało się jednak w pełni osiągnąć. Żywioł niepodległościowy na Ukrainie okazał się zbyt słaby, a i siły Polski nie wystarczające do prowadzenia samotnej walki o przyszłość całej Europy Wschodniej, nie tylko przeciw Rosji Sowieckiej, ale także wbrew stanowisku głównych mocarstw zachodnich ( Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych ), które przyzwyczaiły się widzieć na tym obszarze jeden czynnik siły - Rosję.

Wielka Brytania w szczególności chciała się wówczas porozumieć z Moskwą nawet z „czerwoną" Moskwą jako jedynym na wschód od Niemiec istotnym partnerem w układaniu nowego ładu Europy po wielkiej wojnie.

Brytyjski premier David Lloyd George dążył od kwietnia 1920 roku do bezpośredniego porozumienia z Leninem jako rzeczywistym gospodarzem nie tylko Rosji, ale także patronem owego nowego ładu w Europie Wschodniej.

Polska niepodległa polityka, uwzględniająca istnienie innych, mniejszych państw na tym obszarze, a także zwracająca uwagę na ideologiczny charakter sowieckiego niebezpieczeństwa dla całej Europy - była w tej perspektywie  tylko przeszkodą.

Lenin wysłał do Londynu Lwa Kamieniewa, członka Politbiura, aby podtrzymał iluzję porozumienia państwa sowieckiego z Zachodem  za cenę oddania pod kontrolę Moskwy całej Europy Wschodniej.

Jednak w miarę odzyskiwania militarnej inicjatywy w wojnie z Polską i postępów Armii Czerwonej na zachód korciło go rzucenie rękawicy całemu systemowi wersalskiemu w Europie. Front Zachodni Michaiła Tuchaczewskiego miał ruszyć "przez trupa białej Polski" na Berlin. Nie tylko Polska miała być zsowietyzowana.

Skalę ambicji bolszewickiego kierownictwa latem 1920 roku oddaje najpełniej wymiana depesz między Leninem, a Stalinem ( który bezpośrednio nadzorował wówczas natarcie Armii Czerwonej na Lwów ).

23 lipca Lenin pisał do Stalina: "Uważam ,że należałoby w tej chwili pobudzić rewolucję we Włoszech. Uważam osobiście, że należy w tym celu sowietyzować Węgry, a być może także Czechy i Rumunię".

Stalin, który obiecywał w ciągu tygodnia zająć Lwów, następnego dnia odpowiedział - "teraz kiedy mamy Komintern, pokonaną Polskę i mniej, czy bardziej przyzwoitą Armię Czerwoną , byłoby grzechem nie pobudzić rewolucji we Włoszech.

Należy postawić kwestię organizacji powstania we Włoszech i w takich jeszcze nieokrzepłych państwach jak Węgry, Czechy, (Rumunię przyjdzie rozbić). 

Najkrócej mówiąc trzeba podnieść kotwicę i puścić się w drogę, póki imperializm nie zdążył jako tako podreperować swojej rozwalającej się fury".

Stalin, zanim ruszył pod Lwów, zdążył już zająć się opracowaniem teoretyczno - ustrojowych rozwiązań, aby poszerzyć sowieckie imperium. We wcześniejszym liście do Lenina zwracał uwagę, że przyszłe sowieckie Niemcy, sowiecka Polska, Węgry, czy Finlandia nie powinny być od razu przyłączone do sowieckiej Rosji na takiej samej federacyjnej zasadzie jak Baszkiria, czy Ukraina, ale zasługują na wprowadzenie dla nich zasady konfederacji, czasowo honorującej tradycje ich jako odrębności państwowe.

Trocki z kolei nalegał 17 lipca na zwiększoną agitację wśród polskich robotników i chłopów w celu zaszczepiania w ich świadomości nowych bohaterów narodowych których dotąd nie znali towarzyszy Dzierżyńskiego, Marchlewskiego, Radka, Unszlichta i innych.

Oni mieli zastąpić Piłsudskiego, Dmowskiego, Witosa, czy Paderewskiego w nowej Polsce.

W Moskwie trwał II kongres Międzynarodówki Komunistycznej. Delegaci z entuzjazmem patrzyli na wielką mapę, na której codziennie przesuwały się na zachód czerwone chorągiewki.

Izaak Babel, wielki pisarz, a w lecie 1920 roku politruk towarzyszący 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego w wielkim rajdzie na Polskę tak zapisywał na gorąco swoje wrażenia z tego momentu:

- „moskiewskie gazety z 29 lipca. Otwarcie II kongresu Kominternu, nareszcie urzeczywistnia się jedność ludów, wszystko jasne ; są dwa światy i wojna jest wypowiedziana. Będziemy wojować w nieskończoność. Rosja rzuciła wyzwanie. Ruszamy w głąb Europy aby zdobyć świat.

Czerwona Armia stała się czynnikiem o znaczeniu światowym".

Podniecony otwierającymi się perspektywami Lenin jeszcze 12 sierpnia nawoływał ze zniecierpliwieniem na posiedzenie Politbiura.

 

DOBIĆ POLSKĘ

 

 „Z politycznego punktu widzenia jest arcyważne, aby dobić Polskę".

Polska jednak dobić się nie dała. Rozczarowanie Lenina było wielkie.

Zderzenie z siłą ugruntowanego w zdecydowanej większości społeczeństwa dojrzałego patriotyzmu było dla bolszewików zjawiskiem nowym.

Próba sowietyzacji Polski rozbiła się o to, co Richard Pipes nazwał europejskim nacjonalizmem, a co tak korzystnie odróżniło sytuację Polski od anomii społecznej, na której bolszewicy zbudowali swój sukces w Rosji, na Ukrainie, czy Białorusi.

 

PRZEKLĘTA CIEMNA POLSKA

 

„Przeklęta ciemna Polska", jak pisał 4 września Kliment Woroszyłow, towarzysz Stalina z walk pod Lwowem - wykazała „szowinizm i tępą nienawiść do „ruskich". Nie było już mowy przez następnych dwadzieścia lat - o sowieckiej Czechosłowacji, Węgrzech, Rumunii, w mocy pozostały traktaty pokojowe bolszewików z „burżuazyjnymi" rządami małych republik bałtyckich. Lenin zweryfikował stanowczo całość swojej strategii: pomoc "moralna" i materialna dla sprawy rewolucji w państwach imperialistycznych miała być utrzymana, a nawet zintensyfikowana, w szczególności na terenie kolonii, natomiast wykluczone zostało na długie lata bezpośrednie angażowanie militarne państwa sowieckiego w eksporcie rewolucji.

W każdym razie na terenie Europy. System wersalski został na 20 lat ocalony w Bitwie Warszawskiej, a później niemeńskiej.

Wraz z nim ocalała szansa niepodległego rozwoju Europy Środkowo - Wschodniej. Przynajmniej jej części i przynajmniej na pewien czas. Cena nie była mała.

Blisko sto tysięcy poległych i zmarłych w tej wojnie żołnierzy, młodych ochotników, których symbolem stali się akademicy warszawscy walczący pod Radzyminem pod duchowym przywództwem  księdza Ignacego Skorupki, akademicy lwowscy - Orlęta Lwowskie, z polskich Termopil - Zadwórnej, ochotniczki broniące bohatersko Płocka i Włocławka.

Ne zapominajmy o polskich jeńcach, którzy nigdy nie powrócili z sowieckiej niewoli.

Wykazujący się najwyższym poświęceniem młodzi członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), którzy zbierali informacje wywiadowcze na zapleczu sowieckiego frontu.

Racje w tej wojnie były podzielone. Na pewno nie w lipcu i sierpniu 1920 roku. Agresywny, totalitarny imperializm sowiecki niósł przemoc fizyczną i cywilizacyjną.

Narzucał siłą zmianę tożsamości swoim nowym poddanym.

Mieli stać się wyznawcami komunistycznej ideologii, opartej w swym rdzeniu na klasowej nienawiści, na stałym resentymencie wobec tych którym powodzi się lepiej, wobec tych którzy wierzą w coś lepszego niż partia. Rację mieli tylko ci którzy bronili Ossowa, bronili Polski, bronili Europy, bronili Boga.

Nie ci, którzy chcieli przygnieść Ossów, Polskę, Europę i Boga ciężarem czerwonej gwiazdy.

I o tej racji, racji polskiej z sierpnia 1920 roku, nie wolno nam zapominać.

Nie wolno nam zapominać jeśli mamy pozostać Polakami, a także jeżeli Europa ma zachować rdzeń swej duchowej tożsamości, tej w której jest wolność i chrześcijaństwo. W maju 1920 roku, kiedy żołnierz polski zmagał się z Armią Czerwoną o przyszłość Europy Wschodniej, w Wadowicach urodził się Karol Wojtyła.

Wyobraźmy sobie, że Polska poddaje się dyktatowi Lenina w sierpniu 1920 roku. Że powstaje nowa, skrojona według projektu Stalina, polska republika sowiecka.

Czy młody Karol mógłby usłyszeć o Bogu? Mógłby stać się Polakiem?

Te pytania dotyczą całego pokolenia - najwspanialszego bodaj w XX wieku pokolenia Polaków, urodzonych i wychowanych w wolnej Ojczyźnie.

Te pytania dotyczą także nas, dzieci i wnuków tego pokolenia. Owe pytania, pytania o pamięć roku 1920 przekształcają się dzisiaj w pytania jeszcze poważniejsze: czy chcemy nadal być Polakami, czy chcemy walczyć (walczyć naszą pracą, naszą odwagą dawania świadectwa swojej tożsamości) o Polskę i Europę wierną swym najlepszym duchowym tradycjom?

Czy chcemy Polski suwerennej, niepodległej, gotowej wspierać wolność mniejszych narodów naszej części kontynentu, czy godzimy się z rolą pionków ustawianych na geopolitycznej mapie przez mocarstwa lekceważące mniejszych i słabszych i narzucające im bezwzględnie dyktat swoich ideologicznych preferencji?

 

BITWA WARSZAWSKA STRATEGIA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

 

Bitwa Warszawska – „Cud nad Wisłą”– stoczona w dniach 13 - 25 sierpnia 1920 roku w czasie wojny polsko  -bolszewickiej - uznana za osiemnastą na liście przełomowych bitew w historii świata, zdecydowała o zachowaniu niepodległości przez Polskę i nierozprzestrzenieniu się rewolucji komunistycznej na Europę Zachodnią.

Kluczową rolę odegrał manewr Wojska Polskiego oskrzydlający Armię Czerwoną przeprowadzony przez Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego, wyprowadzony znad Wieprza 16 sierpnia, przy jednoczesnym związaniu głównych sił bolszewickich na przedpolach Warszawy.

 Tak oto Polska ocaliła siebie i Europę przed klęską "Widma krążącego po Europie, widma komunizmu", deklaracji programowej Związku Komunistów (niemieckiej partii komunistycznej) napisanej przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa na przełomie lat 1847 i 1848 i ogłoszoną w lutym 1848 roku w Londynie.

Edgar Vincent,  wicehrabia D'Abernon (ur. 19 sierpnia 1857, zm. 1 listopada 1941) – brytyjski polityk, dyplomata, pisarz, Bitwę Warszawską (Pod Warszawą 1920 roku) ocenił jako „ osiemnastą decydującą bitwę w dziejach świata” W swojej książce „ Osiemnasta decydująca bitwa w dziejach świata” rok wydania 1932  napisał m.in.:

„(…)współczesna historia cywilizacji zna mało wydarzeń, posiadających znaczenie większe od bitwy pod Warszawą w roku 1920. Nie zna zaś ani jednego, które byłoby mniej doceniane.

Gdyby bitwa pod Warszawą skończyła się zwycięstwem bolszewików, nastąpiłby punkt zwrotny w dziejach Europy, nie ulega bowiem najmniejszej wątpliwości, iż z upadkiem Warszawy środkowa Europa stanęła by otworem dla propagandy komunistycznej i dla sowieckiej inwazji… w wielu sytuacjach historycznych Polska była przedmurzem Europy przeciw inwazji azjatyckiej… w żadnym momencie zasługi, położone przez Polskę nie były większe, w żadnym wypadku niebezpieczeństwo nie było groźniejsze… zwycięstwo zostało osiągnięte dzięki strategicznemu geniuszowi jednego człowieka i dzięki przeprowadzeniu przez niego akcji tak niebezpiecznej, że wymagała ona nie tylko talentu, ale i bohaterstwa(…)”.

Po obronie Warszawy wojna nie była jednak jeszcze rozstrzygnięta. Pod koniec sierpnia na froncie południowym pod Komarowem Wojsko Polskie  pokonało   Armię Konną Budionnego, a w drugiej połowie września 1920 roku na froncie północnym rozbiło bolszewików w bitwie nad Niemnem.

Nieocenione zasługi w zwycięstwo nad bolszewikami wniósł polski radiowywiad – najdoskonalsze źródło wiedzy o działaniach Armii Czerwonej, który rozszyfrował nadawane drogą radiową depesze o planach nieprzyjaciela (m.in. polscy kryptolodzy przed bitwą warszawską łamali szyfr „Rewolucja”, który służył do szyfrowania rozkazów armii nacierających na Warszawę).

 

POLSKIE LEGIONY OFIARNY STOS

 

Marszałek Józef Piłsudski po 123 latach zaborów odzyskał dla Polski niepodległość. 

 

"Obserwowałem zawsze, że w mieście, gdzie leguni się zjeżdżają, ludzie dzielą się na smutnych i wesołych ludzi, co przy dźwiękach "My Pierwsza Brygada" zatykają uszy, i na tych, co melodię podśpiewują lub chociażby nucą. Życzyłbym bardzo, by w Lublinie

tych drugich było więcej niż pierwszych"

 

Józef Piłsudski, 9 sierpnia 1924 r.

 

Marszałek Józef Piłsudski stwierdził, iż "kulturę polską ożywiły pieśni żołnierskie. Jeżeli pieśń ma jakieś znaczenie, jeżeli to, co jest piękne, co odpowiada głębokiej potrzebie duszy, ma jakiś wpływ - to pieśń żołnierska".

Pieśń żołnierska i legionowa zajmuje w historii miejsce szczególne. Jest ona doskonałym źródłem poznania odczuć i nastrojów tych, którzy 3 sierpnia 1914 roku poszli "czynem wojennym budzić Polskę do zmartwychwstania", choć "nie grały im surmy bojowe i nie huczał im róg".

Bo czyż ta pieśń powstająca w tak różnych miejscach na "Drodze ku Niepodległości": w marszu i bitwie, w okopach i przy ogniskach leśnych nie oddaje najlepiej klimatu wydarzeń, których świadkami i twórcami byli żołnierze Komendanta Józefa Piłsudskiego a później ich następcy w walce o Wolność?

Istotnie, pieśń w sposób niezwykle pełny oddaje to, "co się komu w duszy śni", jak pisał w "Weselu" Stanisław Wyspiański.

Pieśń legionowa i żołnierska to pełna gama nastrojów duszy żołnierskiej: to radość "Pierwszej Kadrowej", ale i smutek za Jasieńkiem, co "tam nad jarem gdzieś w wojence padł".

To werwa i humor ułanów - "malowanych dzieci", ale i zaduma nad "wojenką - cudną panią". To także duma rycerska "Pierwszej Brygady"...

 

Adam Mickiewicz w "Konradzie Wallenrodzie" napisał: "Płomień rozgryzie malowane dzieje, skarby mieczowi spustoszą złodzieje. Pieśń ujdzie cało". Pieśń żołnierska, legionowa, ułańska uszła cało, przeżyła zawieruchy wojenne, okupację i ponure lata zniewolenia komunistycznego, kiedy to tworzyła specjalny gatunek "piosenki zakazanej"... "

 

Polskie Legiony – I Kadrowa pod Jego dowództwem śpiewały  hymn:

 

Legiony to – żołnierska buta

Legiony to – ofiarny stos

Legiony to – rycerska nuta

Legiony to – straceńców los!

 

Refren

 

My Pierwsza Brygada

Strzelecka gromada

Na stos rzuciliśmy swój życia los

Na stos – na stos!

 

Nie chcemy już od was uznania

Ni waszych mów ni waszych łez

Skończyły się dni kołatania

Do waszych dusz do waszych serc

 

Refren 

My Pierwsza Brygada…

 

Umieliśmy w ogień zapału

Młodzieńczych wiar rozniecić skry

Niech życie swe dla ideału

I swoją krew i marzeń sny

 

Refren  

My Pierwsza Brygada…

 

Potrafim dziś dla potomności

Ostatki swych poświęcić dni

Wśród fałszów siać siew szlachetności

Miazgą swych ciał żarem swej krwi

 

 

Refren

 My Pierwsza Brygada…

 

Krzyczeli żeśmy stumanieni

Nie wierząc nam że chcieć to móc

Laliśmy krew osamotnieni

A z nami był nasz drogi wódz

 

Refren.

My Pierwsza Brygada…

 

Autorami hymnu Legionów są Tadeusz „Kostek” Biernacki, lub Andrzej  Hałaciński. Jak twierdził Biernacki ułożył tekst wspólnie z kolegami w nocy z 16 na 17 lipca 1917 roku, gdy przewożeni byli jako internowani przez Niemców do Szczypiorna w związku z kryzysem przysięgowym.

Andrzej Hałaciński także przyznawał się do pieśni i podawał, że powstała w Tyrolu w tym samym 1917 roku.

Pierwszy Marszałek Polski Józef Piłsudski nazwał ją „najdumniejszą pieśnią jaką kiedykolwiek Polska stworzyła”.

 

  Aleksander Szumański "Głos Polski" Toronto 09.11. 2011

 

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

- dr Lucyna Kulińska – wykłady,

 

- prof. Andrzej Nowak wykład „Solidarni 2010”,

 

- prof. Andrzej Nowak  „Dziedzictwie roku 1920" -"Nasz Dziennik" 13 - 15 sierpnia 2011,

 

- prof. Lech Wyszczelski „Wojna o Kresy Wschodnie 1918 – 1920,

 

- prof. VHR. D’Abernon „Osiemnasta decydująca bitwa w dziejach świata pod Warszawą 1920 r.” PWN Warszawa 1932 rok,

 

- Adam Dziurok, Marek Gałęzowski, Łukasz Kamiński (prezes IPN) , Filip Musiał „Od niepodległości do niepodległości” historia Polski 1918 - 1989 wyd. IPN Warszawa 2011

 

- Norman Davies              „Boże igrzysko”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

5/ MY CHCEMY BOGA

 

MY CHCEMY BOGA - HISTORYCZNA WIZYTA  PREZYDENTA STANÓW ZJEDNOCZONYCH DONALDA TRUMPA NA PLACU KRASIŃSKICH W WARSZAWIE 6 LIPCA 2017 ROKU.

DONALD TRUMP W OBJĘCIACH NARODU POLSKIEGO, W TYM POWSTAŃCÓW WARSZAWSKICH.

 

Opisując wydarzenia współczesne należy odwoływać się do historii.

Tak właśnie uczynił prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump w czasie swojej wizyty w Polsce 6 lipca 2017 roku gdzie znalazł się w objęciach Narodu Polskiego, w tym Powstańców Warszawskich na placu Krasińskich w Warszawie.

To co wydarzyło się dzisiaj 6 lipca 2017 roku na placu Krasińskich w Warszawie przejdzie do historii Polski. Ale nie tylko. Dzisiejsze wydarzenia warszawskie oglądali widzowie w telewizji światowej. I nie tylko Polacy na całym świecie kryli łzy wzruszenia, nie tylko światowa Polonia, ale również Polacy we Lwowie i w innych miastach rozsianych po całym świecie. Wzruszeni byli również mieszkańcy innych krajów. Poznali prawdziwą historię Polski. Martyrologię Narodu Polskiego w czasie II Wojny Światowej, Holokaust obywateli polskich Polaków i Żydów, Katyń, Oświęcim - symbole polskiej narodowej gehenny lat 1939 - 1945. Ale nie tylko tego okresu. Donald Trump prezydent Stanów Zjednoczonych przybliżył światu wieloletni dramat Polaków uciemiężonych reżimem komunistycznym w latach powojennych.

Donald Trump podkreślił bohaterstwo Polaków w czasie Powstania Warszawskiego, przypominając walki w Alejach Jerozolimskich polskich bohaterów z niemieckim nazizmem. W czasie gdy jego córka Ivanka Trump składała kwiaty pod pomnikiem Bohaterów Getta, przypomniał bohaterstwo powstańców w getcie warszawskim .

W Holokauście zginęło 6 milionów obywateli polskich, w tym 3 miliony Żydów.

Te wydarzenia historycznego dnia warszawskiego 6 lipca 2017 roku powstały za przyczyną Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski i jej modlitwy do Pana Boga.

Niedawno obchodziliśmy setną rocznicę objawień fatimskich. To umocniło naszą wiarę i nasz Kult Maryjny. My chcemy Boga - pragną Polacy. I wszyscy mamy Pana Boga w sercach naszych. Módlmy się w dalszym ciągu o dobro naszej Ojczyzny Polski.

 

"Polski etos wystrzelił w górę. Polska sercem Europy. Donald Trump w Warszawie 6 lipca 2017 roku. Polska pierwszym krajem podróży europejskiej prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Donald Trump w objęciach narodu polskiego. Pierwsza Dama Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej Melania Trump składa wieniec kwiatów pod pomnikiem Powstańców Warszawy. To Donald Trump wskazał właśnie plac Krasińskich w Warszawie  jako miejsce swojego wystąpienia. Córka Donalda Trumpa Ivanka Trump składa wieniec kwiatów pod pomnikiem Bohaterów Getta".- Oto tytuły prasy światowej USA, Niemiec,  Wielkiej Brytanii, krajów Międzymorza, krajów Unii Europejskiej, krajów z całego świata.

 

WYSTĄPIENIE PREZYDENTA USA DONALDA TRUMPA NA ZAMKU KRÓLEWSKIM

 

"Dziękuję bardzo, Panie Prezydencie, naprawdę dziękuję za bardzo uprzejmą gościnę, której zaznaliśmy. Naprawdę gościnność była wspaniała. Jesteśmy tu krótko, ale naród polski jest absolutnie fantastyczny. I jak wiecie, Amerykanie polskiego pochodzenia bardzo licznie popierali mnie podczas ostatnich wyborów i bardzo byłem z tego zadowolony. I chciałem podziękować. Dla mnie jest to prawdziwy zaszczyt, że mogę być tutaj w Polsce. To wspaniały naród, wspaniały kraj, naprawdę. Absolutnie spektakularne miejsce. Naprawdę bardzo inspirujące. Jesteście bogaci historią i macie absolutnie niezłomnego ducha.

Jest to coś, o czym przekonaliśmy się na przestrzeni wielu lat. Pan prezydent i ja właśnie zakończyliśmy bardzo owocne spotkanie, podczas którego potwierdziliśmy trwałe więzi przyjaźni, które od wieków łączą naszych obywateli. Nigdy chyba z Polską bliżej nie byliśmy związani. Polska to nie tylko wielki przyjaciel Stanów Zjednoczonych, ale też naprawdę ważny sojusznik oraz partner. Jeśli chodzi o współpracę wojskową, umocniła ona nasze kraje, a świat uczyniła bezpiecznym. Szczególnie jesteśmy zadowoleni z roli, jaką Polska odegrała w pokonaniu tak zwanego Państwa Islamskiego i innych organizacji terrorystycznych, o czym Państwo niedługo usłyszą. Polska wraz z nami walczy, prowadząc misje rozpoznawcze i szkoląc żołnierzy w Iraku i w Afganistanie. W imieniu wszystkich Amerykanów chciałem tym żołnierzom i ich rodzinom wyrazić uznanie za ich służbę. Chciałem również podziękować narodowi polskiemu za życzliwość dla ponad 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy, którzy stacjonują w waszym kraju. Nasz silny sojusz z Polską i NATO pozostaje nadal kluczowym elementem niedopuszczania do konfliktów i do zapewnienia, że wojna pomiędzy supermocarstwami już nigdy nie spustoszy Europy i świata, tak ja to miało miejsce w poprzednim stuleciu. Ameryka jest oddana sprawie utrzymania pokoju i bezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej. Wraz z Polską wypracowujemy reakcje na agresywne działania i destabilizujące zachowania Rosji. Jesteśmy wdzięczni za przykład, jaki Polska daje wszystkim członkom Sojuszu Północno-Atlantyckiego. Polska jest jednym z niewielu krajów, które wypełniają swoje zobowiązania finansowe. Jak Państwo wiecie, bardzo mocno krytykowałem niektórych członków NATO, że nie uiszczają tych składek. Byłem krytykowany za swoje wystąpienia, ale na szczęście w NATO już mnie nie krytykują, bo pieniądze naprawdę zaczęły spływać, większe niż kiedykolwiek to było możliwe. Już najwyższy czas, aby wszystkie kraje Sojuszu Północnoatlantyckiego ponosiły koszty, wypełniały swoje zobowiązania.

Polska tym swoim zobowiązaniom sprostała, a nawet je przekracza. Raz jeszcze pogratulowałem panu prezydentowi Dudzie niedawnego wyboru Polski do Rady Bezpieczeństwa ONZ. Również omówiliśmy nasze wzajemne oddanie takim wartościom, jak wolność, suwerenność i rządy prawa. Polska została członkiem Rady Bezpieczeństwa w naprawdę kluczowym momencie. Jest to kluczowy moment dla całego świata, bo wiecie, co się dzieje. Nie tylko musimy zagwarantować bezpieczeństwo naszym narodom zagrożonym terroryzmem, ale również stawić czoła zagrożeniu ze strony Korei Północnej. Jest to zagrożenie. I my stawimy mu czoła w sposób naprawdę bardzo stanowczy. Pan Prezydent Duda i ja wzywamy wszystkie narody do przeciwstawienia się temu globalnemu zagrożeniu i do publicznego zademonstrowania Korei Północnej, że poniesie konsekwencje dążenia do uzyskania broni jądrowej. Omówiliśmy również katastrofę humanitarną w Syrii oraz konieczność pokonania tak zwanego Państwa Islamskiego oraz innych grup terrorystycznych kontrolujących terytoria i ludność tam żyjącą. Walczymy bardzo mocno przeciwko Państwu Islamskiemu, odkąd objąłem urząd, i muszę przyznać, że zrobiliśmy ogromne postępy, jak nigdy wcześniej. Rakka i Mosul wkrótce zostaną wyzwolone z rąk tych morderczych przestępców i rzeźników. Zdajemy sobie sprawę, że Syria wymaga rozwiązania politycznego, które nie będzie wspierać niszczycielskich zamiarów Iranu i nie pozwoli na powrót organizacji terrorystycznych. Potwierdziliśmy, że żaden kraj, który ceni sobie życie ludzkie, nie będzie tolerować użycia broni chemicznej, i my też nie będziemy tego tolerować. No i na koniec zgodziliśmy się, że będziemy współpracować na rzecz rozszerzenia wymiany handlowej pomiędzy naszymi krajami. Mocno popieramy inicjatywę Trójmorza. Ameryka gotowa jest pomagać Polsce oraz innym narodom europejskim dywersyfikować dostawców energii, abyście nigdy już nie byli zakładnikami jednego tylko dostawcy, który był monopolistą.

Cieszę się, że pierwsza dostawa amerykańskiego skroplonego gazu ziemnego dotarła w zeszłym miesiącu do Polski. Być może trochę podniesiemy cenę, ale jesteście trudnym negocjatorem. Już cieszymy się na zacieśnienie więzi gospodarczych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską, związki handlowe, które są zrównoważone i wzajemne.Stany Zjednoczone wcześniej zawierały niekorzystne umowy handlowe. Teraz to się zmieni. Przyjaźń pomiędzy naszymi narodami sięga czasów wojny o niepodległość. Cieszę się, że dzisiaj będę mógł jeszcze więcej powiedzieć o tych trwałych więziach wiary i wolności podczas mojego przemówienia do całego narodu polskiego. Już niedługo. Zdaje się, że będzie naprawdę spory tłum, myślę, żeby wysłuchać Pana, a nie mnie. Panie Prezydencie, raz jeszcze dziękuję za powitanie Melanii i mnie w swoim ukochanym kraju. Razem będziemy mogli uczynić partnerstwo między naszymi krajami mocniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Jest to wyjątkowy kraj, wyjątkowy naród. To prawdziwy zaszczyt, że tu jestem".

 

Żona Donalda Trumpa, Pierwsza Dama Melania Trump, zlożyla kwiaty pod pomnikiem Powstańców Warszawy.

Córka Donalda Trumpa, Ivanka Trump,  zlozyla  kwiaty pod pomnikiem Bohaterów Getta.

Doradcą Donalda Trumpa d/s bezpieczeństwa jest jego zięć, potomek ofiar Holokaustu, obywateli polskich pochodzenia żydowskiego.

Prezydent USA Donald Trump w przemówieniu wygłoszonym na placu Krasińskich w Warszawie, podkreślił, że Amerykanie, Polacy i narody Europy cenią „indywidualną wolność i suwerenność”.

 

Fragmenty przemówienia udostępnił dziennikarzom Biały Dom.

 

 - "Musimy pracować razem, by przeciwstawić się siłom, czy to pochodzącym ze środka, czy to z zewnątrz, z Południa czy ze Wschodu, które grożą osłabieniem tych wartości i wymazaniem związków z kulturą, wiarą i tradycją sprawiających, że jesteśmy tym, kim jesteśmy" - mówił Donald Trump.

 

Prezydent USA Donald Trump nawiązał do wyjątkowej historii Polski:

 

 - "Przez 4 dekady rządów komunistycznych Polska i inne kraje regionu walczyły z próbami wymazania waszej natury, kultury i ludzkości, ale przez to wszystko nigdy nie straciliście ducha. Najeźdźcy starali się was złamać, ale Polski nie da się złamać. Kiedy nadszedł 2 czerwca 1979 roku, kiedy milion Polaków zgromadziło się na pl. Zwycięstwa z polskim papieżem, każdy komunista musiał wiedzieć, że opresyjny system niedługo się zwali. Musieli wiedzieć, właśnie wtedy, gdy milion Polaków wzniósł modły wspólnie z papieżem, kiedy milion Polaków nie prosiło o bogactwo, ani przywileje. Milion Polaków wypowiedziało proste słowa: „My chcemy Boga!”. Te słowa to była obietnica lepszej przyszłości. Znaleźli siłę by przeciwstawić się opresji. Stwierdzili, że Polska, będzie Polską. Jestem tutaj przed tym tłumem, tego wiernego narodu. Nadal słyszymy te słowa, które niosą się echem w historii. Ich przesłanie jest tak samo prawdziwe jak wtedy. Polacy, europejczycy nadal krzyczą: „My chcemy Boga!”. Wspólnie z papieżem św. Janem Pawłem II, Polacy wzmocnili tożsamość narodu oddanego Bogu. Tą deklaracją zrozumieliście co trzeba zrobić i jak należy żyć. - mówił Donald Trump.

 

Prezydent USA wezwał również kraje Europy do wspólnej walki z terroryzmem i obrony podstawowych wartości:

 

- "Stoi przed nami inna opresyjna ideologia, która stara się eksportować ekstremizm i terroryzm na cały świat. Ameryka i Europa ucierpiały. Jeden atak po drugim. Sprawimy, że to się skończy. Podczas historycznego spotkania w Arabii Saudyjskiej wezwałem aby przeciwstawić się temu wrogowi. Musimy pozbawić tego wroga jakiegokolwiek zaplecza technologicznego i wsparcia. Nasze granice będą zamknięte dla terroryzmu i ekstremizmu jakiejkolwiek odmiany. Walczymy przeciwko radykalnym terrorystom islamskim i zwyciężymy. Nie pogodzimy się z ludźmi, którzy odrzucają nasze wartości i nienawiścią motywują przestępstwa przeciwko naszym obywatelom. Zachód jest testowany, rzuca mu się wyzwanie w postaci propagandy, przestępstw finansowych i wojny w cyberprzestrzeni. Musimy dostosować się do walki na nowym polu walki" - mówił Donald Trump.

 

Sporą część swojego przemówienia, Donald Trump poświęcił również kwestii walki z machiną biurokracji:

 

 - "Po obu stronach Atlantyku nasi obywatele stoją przed jeszcze jednym zagrożeniem. To pełzająca rządowa biurokracja, która pozbawia naród żywotności i bogactwa. Zachód stał się wielki nie dzięki papierkowej robocie i regulacjom, ale dlatego, że ludzie mieli swobodę podążania za swoimi marzeniami i przeznaczeniem. Musimy walczyć z siłami, które zagrażają wartościom, skądkolwiek by one nie były, które starają się zaszkodzić kulturze, wierze i tradycji, temu co czyni, że jesteśmy kim jesteśmy. Jeśli nie stawimy im czoła, te siły odbiorą nam ducha. Tak jak napastnicy z przeszłości dowiedzieli się tutaj w Polsce, te siły poniosą klęskę, jeśli tak będziemy chcieli, a my chcemy, żeby poniosły klęskę. Stawimy im czoła nie tylko dlatego, że mamy mocny sojusz. Nasi przeciwnicy poniosą klęskę, bo nigdy nie zapomnimy kim jesteśmy. Jeśli nie zapomnimy kim jesteśmy, po prostu nie da się nas pokonać. Jesteśmy największą wspólnotą. Nie ma takiej wspólnoty narodów jak nasza. Świat nie znał nigdy czegoś takiego jak nasza wspólnota. Piszemy symfonie, realizujemy wynalazki, badamy i odkrywamy nowe granice. Wynagradzamy doskonałość, szukamy tej doskonałości i cieszymy się dziełami sztuki. Cieszymy się rządami prawa i chronimy swobodę wypowiedzi. Uprzedmiotawiamy kobiety jako filar naszych społeczeństw. Wierzymy w rodzinę, nie w rząd, nie biurokrację. O wszystkim rozmawiamy, rzucamy wyzwanie, chcemy wszystko wiedzieć, żebyśmy lepiej znali siebie samych. Ponad wszystko cenimy prawo do ochrony ludzkiego życia. Łączy nas wiara, że wszyscy mamy żyć w wolności. To są nierozerwalne więzi, które nas łączą jako narody, jako cywilizację. Mamy coś, co odziedziczyliśmy po przodkach. To coś, czego nigdy wcześniej nie było na taką skalę. Jeśli tego nie obronimy, to już nigdy w przyszłości się nie odrodzi. Mamy jeszcze jedną wartość. To ludzie, są fundamentem tej wspólnoty, a nie możnowładcy. To ludzie są fundamentem tu w Polsce i to ludzie są fundamentem od samego początku w Ameryce. Ludzie nie stawili czoła złu, by stracić to wszystko z powodu braku dumy czy braku pewności. Nigdy się nie poddamy. Znamy naszą historię, tak długo jak o niej pamiętamy, będziemy wiedzieli jak budować przyszłość. Amerykanie wiedzą, że sojusze z wolnymi narodami to najlepsza inwestycja w celu zapewnienia bezpieczeństwa - mówił amerykański prezydent.

 

Donald Trump podkreślił również, że to właśnie Polska jest przykładem poszukiwania wolności. Prezydent USA wezwał Polskę i innych sojuszników USA w Europie do przeciwstawienia się ekstremizmowi.

 

 - "Polska jest przykładem dla innych poszukujących wolności i tych, którzy chcą wykazać się odwagą i wolą obrony cywilizacji. Historia Polski jest historią narodu, który nigdy nie stracił nadziei, który nigdy nie dał się złamać i który nigdy nie zapomniał, kim jest. [...] Doświadczenie Polski przypomina nam: obrona Zachodu opiera się w ostateczności nie na środkach, ale na woli jego narodu, by zwyciężyć. Fundamentalnym pytaniem naszych czasów jest to, czy Zachód ma wolę, by przetrwać". – mówił Trump.

 

Donald Trump wspomniał o polskich bohaterach w historii Stanów Zjednoczonych Tadeuszu Kościuszce, Kazimierzu Pułaskim.

 

NIE TYLKO TADEUSZ KOŚCIUSZKO.

POLACY, KTÓRZY RYZYKOWALI ŻYCIEM ZA AMERYKĘ.

 

Polscy bohaterowie Ameryki - Włodzimierz Krzyżanowski i Kazimierz Pułaski.      

Na pytanie o Polaków znanych w USA, wielu odpowiada niemal odruchowo: Jan Paweł II i Lech Wałęsa. Gdy zawęzimy pytanie do wskazania tych rodaków, którzy w Ameryce uchodzą za bohaterów, usłyszymy: Tadeusz Kościuszko, jeden z twórców potęgi elitarnej akademii West Point, walczący w wojnie o niepodległość USA. Kto jeszcze ryzykował życiem za Amerykę?

 

KAZIMIERZ PUŁASKI (1745-1779)

 

Kazimierz Pułaski to za Oceanem bohater pokroju Kościuszki. "Pułaski – bohaterski Polak, poległ śmiertelnie ugodzony, walcząc o wolność Ameryki w ataku pod Savannah w dniu 9 października 1779 r." – napis tej treści wyryli Amerykanie na wzniesionym w XIX wieku pomniku w hołdzie przybyszowi z dalekiego kraju.

Ale nie tylko ten monument, w którym złożono także szczątki polskiego dowódcy, przypomina o jego poświęceniu "za wolność waszą i naszą". Pułaski ma też pomniki w innych amerykańskich miastach, począwszy od Waszyngtonu, przez Baltimore i Detroit, po niewiele mówiące Utica, Stevens Point czy Nilwantee.

 

 

 

 

 

Kazimierz Pułaski - bohater wojny o niepodległość USA.• Muzeum im. Kazimierza Pułaskiego w Warce.

Jak czytamy na stronie fundacji jego imienia, Pułaski jest też patronem wielu gmachów użyteczności publicznej, ulic, organizacji i stowarzyszeń, a nawet autostrad. W dniu, w którym zmarł w wyniku odniesionych ran po bitwie pod Savannah, 11 października 1779 r. przypomina się o tym niezwykłym bohaterstwie. "Pulaski Day" kojarzy każdy Amerykanin.

 

WŁODZIMIERZ KRZYŻANOWSKI (1826-1881)

 

W Polsce chyba mało kto, poza pasjonatami przeszłości i samymi historykami, słyszał o tym człowieku. Tymczasem jego kuzyna, Fryderyka Chopina, zna każdy. Krzyżanowski poszedł jednak zupełnie inną drogą. Bez reszty poświęcił się wojaczce.

Włodzimierz Krzyżanowski, uczestnik wojny secesyjnej.

– Być świadkiem długu, jaki ten kraj zaciągnął u ludzi polskiej krwi, to przywilej. (...) Człowiek, któremu oddajemy dziś honory, przyniósł nam, podobnież jak jego rodacy przybyli tu przed nim i po nim, aspirację wolności, której wszyscy jesteśmy dzisiaj uczestnikami – można było usłyszeć w amerykańskim radiu z okazji powtórnego pogrzebu polskiego generała. Spoczął na cmentarzu wojskowym w Arlington w 1937 roku, żegnały go tłumy. A przemawiał nie byle kto – sam amerykański prezydent, Franklin Delano Roosvelt.

Czym wielkopolski szlachcic zaskarbił sobie taki szacunek? Po przypłynięciu do brzegów Ameryki, nic nie zapowiadało, że będzie bohaterem. Miał za sobą co prawda już karierę konspiratora, był m.in. uczestnikiem wielkopolskiego zrywu z 1848 roku, ale ówczesne Stany Zjednoczone dalekie były od wojny domowej. Ale i ta stała się faktem – już w 1861 roku Krzyżanowski, zwolennik prezydenta Abrahama Lincolna, zaciągnął się do Armii Potomaku (główna siła wojska "Północy"). Walczył m.in. pod Chancellorsville.

 

HIPOLIT OLADOWSKI (1798-1878)

 

Po przeciwległej stronie konfliktu stał wtedy inny Polak, Hipolit Oladowski. Ten miał za sobą udział w powstaniu listopadowym i zesłanie przez Rosjan na katorgę.

Wydostanie się z nieludzkiej ziemi, za jaką uchodziła Syberia, okazało się na szczęście możliwe.

Oladowski wyjechał do USA. Miał fach w ręku – znał się na rzemiośle wojskowym jak mało kto, był ekspertem od uzbrojenia. Gdy w 1846 roku wybuchła wojna amerykańsko-meksykańska, polski weteran stał się wielce przydatny. Nie pozostawał dłużny i szybko odwdzięczył się nowemu pracodawcy – armii Stanów Zjednoczonych.

Trudno się więc dziwić, że kiedy Ameryka pogrążyła się w krwawej bratobójczej walce, Oladowski niemal "od ręki" otrzymał wojskową posadę, a następnie awans. Stanął po stronie Konfederatów, cieszył się dobrą opinią i odpowiadał głównie za zaopatrzenie na froncie. Został nawet szefem służby uzbrojenia w całej Armii Missisipi.

 

ZYGMUNT ŻUŁAWSKI (1791 - 1886?)

 

Życiorys tego Polaka jest doprawdy wyjątkowy, ale jednocześnie smutny, bo nasz rodak – niegdyś walczący po stronie samego cesarza Napoleona, pod koniec życia obracał się w kręgu amerykańskiej biedoty. Nie mając stałego dochodu, włóczył się tu i ówdzie, usłyszał nawet zarzuty karne. Któż by wtedy pomyślał, że nędzarz był bohaterem wojny secesyjnej. Kiedy chwycił za broń, miał... 70 lat.

W jego życiu wiele jest białych plam. Nie wiadomo nawet do końca, czy Żuławski walczył w powstaniu listopadowym, choć niekiedy mu się to przypisuje. Z całą pewnością jednak wiadomo, że w latach 30. i 40. XIX stulecia przebywał na Węgrzech. Tam poślubił Emilię Kossuth, siostrę późniejszego przywódcy rewolucji Lajosa Kossutha.

W 1852 roku wraz z rodziną stanął na amerykańskiej ziemi. Wkrótce zaczął się rodzinny dramat – Żuławski zostawił żonę i... nagle się ulotnił. Co się działo z nim dalej, nie wiadomo. Aż do momentu, gdy w 1861 roku zaciągnął się na służbę do armii secesjonistów. Najpierw służył w kawalerii, potem jako artylerzysta. W międzyczasie jego czterej synowie założyli mundury armii Unii...

 

                         Aleksander Szumański - dziennikarz niezależny

 

6/ ANTYPOLONIZM

 

Już od zarania państwowości Polska musiała toczyć walkę o swój byt, istnienie, niezależność. Napastnikami byli nie tylko Mongołowie, czy Tatarzy pustoszący  wielkie

połacie Europy, ale nade wszystko zaborczy sąsiedzi. Świadczą o tym liczne pamiątki historyczne, jak chociażby niszczejący pomnik zwycięskiej bitwy pod Cedynią, jaką stoczył Mieszko I z margrabią Hodonem w 972 roku. 

Potem przez lata zagrażali nam nieopatrznie sprowadzeni w 1226 roku przez Konrada Mazowieckiego Krzyżacy, którym dopiero zwycięstwo pod Grunwaldem zjednoczonych sił słowiańskich pod dowództwem króla polskiego Władysława Jagiełły odniesione 15 lipca 1410 roku przetrąciło na długo kręgosłup.

Silna i demokratyczna Rzeczpospolita przeszkadzała sąsiadom, co ostatecznie skutkowało nie notowanymi na taką skalę w Europie trzema  rozbiorami Polski, jakich dokonały Prusy, Rosja i Austria w latach 1772, 1793 i 1795.

Na zagrabionych ziemiach polskich rozpoczął się we wszystkich zaborach, z różnym nasileniem proces wynaradawiania Polaków. Szczególny przebieg miała germanizacja Polaków w zaborze pruskim, tj. na Pomorzu i w Wielkopolsce.

Symbolem nasilających się pogromów Polaków w XIX w. stał się polakożerca Otto von Bismarck, kanclerz zjednoczonego cesarstwa niemieckiego, który powołał m. in. Komisję Kolonizacyjną, powszechnie znaną Hakatę (Hakata — potoczna nazwa niemieckiej organizacji nacjonalistycznej „Deutscher Ostmarkenverein” (Niemiecki  Związek Marchii Wschodniej), która miała wykupywać ziemię z rąk Polaków i osadzać na niej kolonistów niemieckich.

To za jego rządów wypędzono z ojcowizny ok. trzydziestu tysięcy Polaków, którzy nie przyjęli pruskiego obywatelstwa. Rugowano język polski w szkołach i urzędach do tego stopnia, że zabroniono dzieciom polskim modlitwy w języku ojczystym, co doprowadziło do strajków szkolnych. Symbolem tego protestu pozostał do dziś strajk Dzieci Wrzesińskich o polską mowę w modlitwie z maja 1901 roku, zakończony wyrokami sądowymi.

Zainspirował on Marię Konopnicką do napisania Roty, w której znalazły się m. in. słowa: „....Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz ni dzieci nam germanił...”

Bezpośrednio przed wybuchem I Wojny Światowej prześladowano w Niemczech wszystko co polskie.

Pozbawiano Polaków własności, ingerowano nawet w prawo spadkowe, likwidowano szkolnictwo polskie i czytelnictwo polskich książek, katowano dzieci, które nie chciały uczyć się religii po niemiecku, karano młodzież za potajemną naukę historii Polski, odbieraniem ich rodzicom i umieszczaniem w sierocińcu. Polityka władz niemieckich sprawiła, że kilkaset tysięcy mieszkańców Pomorza i Wielkopolski zostało zmuszonych do emigracji i osiedlenia się w Westfalii i Nadrenii oraz Francji i Ameryce.

Ogólno niemiecki entuzjazm wojenny sprzed I Wojny Światowej, zakończył się klęską i podpisanym 28 czerwca 1919 roku Traktatem Wersalskim, w wyniku którego zmartwychwstała Polska po 123 latach niewoli.

Z ustaleniami traktatu nie chcieli się pogodzić zarówno Niemcy jak i Związek Sowiecki. Czynią to konsekwentnie do dzisiaj, nazywając go dyktatem. Trzecia Rzesza domagała się  Pomorza , Wielkopolski i części Śląska. Polityka polakożercy - kanclerza Otto von Bismarcka, który budował Prusy jako państwo potęgi i mocy, uczył Niemców kultu przemocy i pogardy dla słabszych, stworzył mentalność „wszech Niemca”,  drzemała  w narodzie niemieckim, aby obudzić się w postaci upiora, jakim okazał się kanclerz III Rzeszy Adolf Hitler, który opisał tę politykę stwierdzając, że opiera się na trzech elementach:

-" Drang nach Osten" - Parcie na Wschód,

-"Lebensraum" - Przestrzeń życiowa,

- "Deutschland, Deutschland Über alles, Über alles in der Welt" - Niemcy, Niemcy ponad wszystko, ponad cały świat.

I konsekwentnie tę politykę realizował, co skutkowało hekatombą ludzkości na niespotykaną skalę. A rozpoczął ten barbarzyński eksperyment na narodzie polskim. Jak już w historii bywało, znalazł pomocnika - Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich, który zaraz po traktacie wersalskim pomagał Niemcom omijać jego postanowienia, udostępniając swój przemysł, surowce i terytorium do szkolenia przyszłych sił zbrojnych.

ZSRS, tak jak Niemcy nie chciał się pogodzić z istnieniem suwerennego państwa polskiego i pałał żądzą odwetu za przegraną wojnę z Polską w 1920 roku, która uchroniła Europę Zachodnią przed zalewem bezbożnego komunizmu. Realizację tej polityki miał zagwarantować „Generalplan Ost” – Generalny Plan Wschód – Plan zagłady Słowian, opracowany na długo przed rozpoczęciem działań wojennych.

Szerokim echem odbił się strajk dzieci wrzesińskich – strajk uczniów we Wrześni, w latach 1901–1902. Skierowany był przeciw germanizacji szkół, głównie przeciw modlitwie i nauce religii w języku niemieckim. Obejmował również protest rodziców przeciw biciu dzieci przez pruskie władze szkolne. Powstałą sytuację charakteryzuje anonimowy wiersz napisany przez dzieci wrzesińskie w 1901 roku:

 

"My z Tobą Boże rozmawiać chcemy,

lecz "Vater unser" nie rozumiemy

i nikt nie zmusi nas Ciebie tak zwać,

boś Ty nie Vater, lecz Ojciec nasz".

   

 

Do najgłośniejszych i brzemiennych w skutki wydarzeń doszło 20 maja 1901 roku, kiedy niemiecki nauczyciel Schölzchen wymierzył karę cielesną 14 dzieciom za odmowę odpowiadania w języku niemieckim na lekcji religii. W reakcji na to przed szkołą zebrał się wzburzony tłum. Uczestników tych zajść władze niemieckie ukarały więzieniem i grzywnami. Przywódcą duchowym strajku był ks. Jan Laskowski. Przedłużeniem obowiązku szkolnego ukarane zostały następujące dzieci: Klasa I (ostatnia): Roman Biały, Wacław Drzewiecki, Franciszek Gadziński, Bronisław Klimas, Józef Latanowicz, Władysław Podsędek, Józefa Bednarowicz, Jadwiga Bulczyńska, Stefania Chełmikowska, Franciszka Chromińska, Leonarda Dynkowska, Stefania Janiszewska, Anna Jażdżewska, Józefa Nowaczyk, Walentyna Nowakowska, Jadwiga Porosa, Bronisława Śmidowicz, Jadwiga Suszczyńska, Tekla Tomaszewska, Seweryna Wagner, Anastazja Wojciechowska, Józefa Woźniak, Melania Zaremba.

 

Klasa IIa: Stanisław Jankowiak, Stanisław Ziółkowski, Pelagia Gawlak, Pelagia Jankowiak, Czesława Kwiatkowska, Maria Niesuchorska, Balbina Sikorska, Waleria Ziętek, Jadwiga Kuchta.

 

Klasa IIb: Aleksander Szumiłowski, Wawrzyniec Tabaka, Antoni Topolewski, Władysław Tyksiński, Maksymilian Walczak, Wiktoria Kaliszewska, Maria Suszczyńska.

 

PROCES GNIEŻNIEŃSKI

 

W procesie tym państwo pruskie pozwało strajkujące dzieci oraz występujących w ich obronie rodziców do sądu w wyniku którego zasądzono kary więzienia. Skazano łącznie 25 osób, a 4 uwolniono od zarzutu. Minimalny czas kary wyniósł 2 miesiące aresztu, maksymalny 2,5 roku więzienia. Najsurowiej ukarano Nepomucenę Piasecką. Po apelacji od zarzutów uwolniono tylko jedną osobę. Za winnego został uznany nawet fotograf z Wrześni, Szymon Furmanek, którego skazano na 200 marek grzywny z zamianą na 40 dni więzienia.

Postawiono mu zarzut „wykonania i rozpowszechniania trzech fotografii osób związanych ze sprawą wrzesińską". Zdjęcia te były rozchwytywane przez Polaków daleko poza Księstwem Poznańskim, były także reprodukowane przez prasę polską i zagraniczną. Pruski prokurator dopatrzył się w nich „gloryfikacji przestępców" i „zachęcania" do ich naśladowania. Sąd ukarał także Marcelego Piaseckiego za rozpowszechnianie tych fotografii, a Kazimierza Kaczmarka za samo ich przechowywanie.

Cesarz Wilhelm II w mowie malborskiej stwierdził, że: „...znów doszło do tego, że polska buta chce ubliżyć niemczyźnie..."

Brutalne prześladowania dzieci polskich we Wrześni przez pruski rząd spowodowały jednak odwrotny skutek.

Polski opór przeciwko germanizacji wzmocnił się jeszcze bardziej, a Polacy we wszystkich zaborach zjednoczyli się. Przeciw brutalnej germanizacji polskich dzieci protestowali, Maria Konopnicka, autorka "Roty""...nie będzie Niemiec pluł nam  w twarz ni dzieci nam germanił..." oraz Henryk Sienkiewicz. Maria Konopnicka napisała emocjonalny wiersz „O Wrześni”, a Henryk Sienkiewicz w krakowskim czasopiśmie „Czas" opublikował dwa listy: w listopadzie 1901 roku – „O gwałtach pruskich” oraz list otwarty do J.C.M. Wilhelma II, króla pruskiego, w listopadzie 1906 roku. W listach tych piętnował postępowanie władz pruskich

wobec polskich dzieci, a także antypolską politykę pruską. List z 1906 roku wydrukowały wszystkie polskie gazety w zaborach austriackim i rosyjskim oraz wiele czasopism zagranicznych, ponieważ w roku 1905 Sienkiewicz otrzymał literacką nagrodę Nobla za całokształt pracy artystycznej, stając się osobą znaną na świecie. Sienkiewicz apelował:

„Szkoła, a w niej nauczyciel, w Królestwie Pruskim nie jest przewodnikiem, który dziecko polskie oświeca i prowadzi do Boga, ale jakimś bezlitosnym ogrodnikiem, którego urzędowym obowiązkiem jest zdrową polską latorośl przemocą przerobić, choćby na krzywą i skarlałą płonkę niemiecką. I oto z każdym rokiem więcej w tych szkołach łez, więcej świstu rózeg, więcej męczeństwa. (...) W dzisiejszych czasach wysuwa się, jako największa, tylko jedna wojna: całego państwa, całej potęgi pruskiej z dziećmi". –Henryk Sienkiewicz 19 listopada 1906 roku "List otwarty Henryka Sienkiewicza do Wilhelma II , króla pruskiego”.

Szeroko rozszerzyła się także akcja strajkowa. Surowe wyroki więzienia, które miały złamać opór Polaków, spowodowały odwrotny skutek. Za przykładem dzieci wrzesińskich poszli uczniowie w innych szkołach zaboru pruskiego. W 1906 roku opór dzieci, podtrzymywany przez rodziców, przybrał postać powszechnego strajku. W fazie największego nasilenia strajkowało ok. 75 tys. dzieci w ok. 800 szkołach (na łączną liczbę 1100 szkół).

Pomnik Dzieci Wrzesińskich - znajduje się we Wrześni na miejscu gdzie ul. Henryka Sienkiewicza przechodzi w ul. Harcerską. Jako upamiętnienie wydarzeń ze strajku Dzieci Wrzesińskich w latach 1901-1902 został ufundowany przez Społeczeństwo Ziemi Wrzesińskiej w 75 rocznicę tych wydarzeń pomnik. Jego odsłonięcie nastąpiło 31 maja 1975 roku. Autorem pomnika jest poznański rzeźbiarz i plastyk Jerzy Sobociński. Zajął on miejsce znajdującego się tu wcześniej obelisku z tablicą pamiątkową odzyskania Niepodległości posadowionego 28 grudnia 1918 roku oraz umieszczonej na szczycie skromnej rzeźby orła polskiego. Został wykonany z szarego betonu. Pomnik przedstawia grupę 9 dzieci. Umieszczono na nim napis w brzmieniu:

"Bohaterskim dzieciom wrzesińskim broniącym mowy polskiej w strajku szkolnym 1901 - 1902. Społeczeństwo miasta i powiatu wrzesińskiego w hołdzie - 1975".

Przy pomniku znajduje się mniejszy obelisk upamiętniający powstanie wielkopolskie 1918-1919 oraz powstanie wielkopolskie 1848 roku z okresu Wiosny Ludów. Znajduje się na nim Wielkopolski Krzyż Powstańczy oraz napisy w brzmieniu: Września - Zdziechowa -  Dolina Noteci 1918 - 1919 i Mirosław - Sokołowo 1848.

U stóp pomnika znajduje się tablica upamiętniająca złożenie hołdu Dzieciom Wrzesińskim w 100 rocznicę strajku (2001) przez ówczesnego Marszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej Macieja Płażyńskiego.

Odsłonięcie pomnika nastąpiło 31 maja 1975 roku. W uroczystościach wzięli udział przedstawiciele władz wojewódzkich i lokalnych . Przybyły także dwie uczestniczki strajku: Walentyna Wyrwas - Klimas i Kazimiera Mularczyk - Głębocka.

Harcerzy, młodzież szkolną oraz społeczeństwo przywitał komendant Hufca ZHP Września im. Dzieci Wrzesińskich, harcmistrz Jan Majewski.

Układem Ribbentropp - Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku, Rosja sowiecka umożliwiła Hitlerowi napaść na Polskę 1 września 1939 roku i rozpętanie II Wojny Światowej, której skutki ponosimy do dzisiaj. Realizację tej polityki miał zagwarantować „Generalplan Ost” –  Generalny Plan Wschód – plan zagłady Słowian, opracowany na długo przed rozpoczęciem działań wojennych. Plan ten przewidywał zniemczenie obszarów na wschód od granic III Rzeszy Niemieckiej sprzed marca 1939 roku, drogą zniewolenia, deportacji i eksterminacji „małowartościowych"  narodów tam zamieszkałych, a następnie osiedlenia Niemców i Germanów z innych krajów Europy i stworzenie "Wielkogermańskiej Rzeszy".

Cele i metody obłędnego systemu „cywilizacji śmierci” jakim przesiąknięte były tuż przed wybuchem wojny niemieckie umysły, przedstawia „potworny, polakożerczy dokument historyczny” w postaci wiersza, jaki opublikowany został w Niemczech, tuż przed wybuchem II Wojny Światowej, w hitlerowskim  wydawnictwie „Veretinung zum Schutze Oberschlesiens”, a który na swoich łamach zamieścił również polski dwutygodnik kobiecy „Moja Przyjaciółka” z dnia 25.08.1939 roku, zatytułowany: „Modlitwa do niemieckiego Boga”.

Tekst ukazał się na krótko przed 1 września 1939 roku nakładem „Veretinung zum Schutze Oberschlesiens”, ( Niemiecki Komisariat Plebiscytowy (niem. Plebiszitkomissariat für Deutschland) − utworzony 4 kwietnia 1920 roku.

 

MODLITWA DO NIEMIECKIEGO BOGA

 

„Poraź o Panie, bezwładem ręce i nogi Polaków,

Zrób z nich kaleki, poraź ich oczy ślepotą,

Tak męża, jak kobietę ukarz głupotą i głuchotą.

Spraw, żeby lud polski gromadami całymi zamieniał się w popiół,

Ażeby z kobietą i dzieckiem został zniszczony,

sprzedany w niewolę.

 

Niech nasza noga rozdepcze ich pola zasiane!

Użycz nam nadmiernej rozkoszy mordowania dorosłych, jak też i dzieci.

 

Pozwól zanurzyć nasz miecz w ich ciała

I spraw, że kraj polski w morzu krwi zniszczeje!

Niemieckie serce nie da się zmiękczyć!

Zamiast pokoju niech wojna zapanuje miedzy oboma państwami.

 

A jeśli kiedyś będę się zbroił do walki na śmierć i życie

To będę wołał umierając:

„Zamień, o Panie, Polskę w pustynię”!

 

Autorem wiersza jest prawdopodobnie Hans Lukaschek (ur. 22 maja 1885 r. we Wrocławiu, zm. 26 stycznia 1960 r. we Fryburgu Bryzgowijskim) – niemiecki urzędnik państwowy, działacz polityczny, doktor nauk prawnych, hitlerowiec, niemiecki polakożerca, minister do spraw wypędzonych w pierwszym rządzie Konrada Adenauera. Już w pierwszych godzinach wojny, te tereny Polski, które miały zostać wcielone do Rzeszy, w tym Pomorze, stały się miejscem szczególnie natężonej eksterminacji ludności polskiej.

W ramach "Generalplan Ost" okupanci przeprowadzili m. in. takie operacje jak: "Unternehmen Tannenberg" (od VIII 1939 do X 1939 - zagłada polskiej inteligencji z "listy gończej": "Sonderfahndungsbuch"); akcje przeciwinteligenckie –"Intelligenzaktionen", czy Generalny Plan Przesiedleńczy ("Generalsiedlungsplan"). Odpowiedzialnym za to na początku okupacji był „rycerski” Wehrmacht oraz  "Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei und des Sicherheitsdienst" (grupy operacyjne policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa), a następnie oddziały organizacji paramilitarnej tzw. grupy samoobrony – "Selbstschutz"  i „wymiar sprawiedliwości”. Utworzyły one 70. obozów dla „internowanych”, w tym 65. na Pomorzu Gdańskim. Rozkazy władz centralnych dotyczyły „przesiedlania”, „oczyszczania” z zastosowaniem metody „bezwzględności” i „odstraszania”. Wszystkich księży i nauczycieli poddano „badaniom” pod względem stosunku do nowych władz i osadzano ich w obozach dla internowanych m. in. w 

Chojnicach, Bydgoszczy, Koronowie i Tucholi. Zaraz po wkroczeniu niemieccy okupanci podjęli akcję germanizacyjną.

Dokonywali tzw. „dzikich” wypędzeń ludności polskiej ze swoich siedzib na masową skalę. Odbywały się one z polecenia władz lokalnych i trwały do końca listopada. Punktami zbornymi mogły być kościoły, szkoły, hale fabryczne, więzienia, koszary, gdzie po zgromadzeniu większej ilości osób formowano transport na teren tzw. Generalnego Gubernatorstwa. Takie „obozy przejściowe” powstały m. in. w Bydgoszczy, Gdańsku, Witominie koło Gdyni, Piastoczynie k. Tucholi, Tczewie, Gniewie, później w Toruniu, Potulicach i Smukale. Od początku 1940 roku rozpoczęły się planowe akcje wypędzeń dokonywane na skale masową, w które były zaangażowane władze centralne. 21 września 1939 roku na konferencji w Berlinie u Reinhardta Heydricha nakazano dowódcom grup operacyjnych przesiedlenie ludności żydowskiej z Pomorza, Wielkopolski i Śląska do Polski centralnej. 11 października 1939 roku Himmler jako Komisarz Rzeszy dla Umacniania Niemczyzny niezależnie od tego, że wysiedlenia trwały od początku wojny, upoważnił policję bezpieczeństwa i służbę bezpieczeństwa do rozpoczęcia wysiedleń ludności polskiej i żydowskiej  z Gdańska, Gdyni i Poznania.

Lokalne władze wzywały ludność polską, do opuszczania miejsca zamieszkania w ciągu 24 godzin. Otaczano całe dzielnice miast kordonami wojska i policji, a następnie usuwano ich mieszkańców. Zezwalano na zabranie jedynie niezbędnej odzieży i żywności. Niektórzy zostali usunięci z własnych domostw na wniosek miejscowych Niemców, chcących zagarnąć nieruchomości Polaków. Akcje wysiedleńcze na Wybrzeżu Gdańskim, w Bydgoszczy i okolicy, Poznaniu, czy Kaliszu stanowiły wstęp do przygotowań tych terenów dla nowych osadników, tzw. Niemców bałtyckich.

Wypędzenie Polaków z Gdyni – mieście ważnym strategicznie,  wiązało się z przygotowaniem miejsca dla jak największej liczby Niemców.

Z materiałów zgromadzonych przez „Stowarzyszenie Gdynian Wysiedlonych”, które powstało w 1998 roku, miasto Gdynia 31 sierpnia  1939 roku liczyło 127 tys. mieszkańców, z tego 98 % narodowości polskiej. Było to zatem najbardziej polskie miasto II Rzeczypospolitej Polskiej. Już we wrześniu 1939 roku niemiecki okupant osiedlił w Gotenhaven , jak nazwano Gdynię, około 51 tysięcy  Niemców przesiedlonych z Litwy, Łotwy, Estonii oraz Białorusi, Ukrainy i Mołdawii (Besarabii). W 1941 roku Gdynię zamieszkiwało już 80 tysięcy Niemców.  Szacuje się, że  w latach 1939 - 1945 niemiecki okupant wypędził z tego miasta co najmniej 80 tysięcy Polaków.   Wielka fala wywózek ludności cywilnej Gdyni rozpoczęła się około 15 października 1939 roku i była kontynuowana w latach następnych.

 

Perfidię Niemców oddaje ogłoszenie niemieckiego - okupacyjnego Prezydenta Policji Gdyni z dnia 15 października 1939 roku o brzmieniu:

 

1.Dla bezpieczeństwa policyjnego ludność polska opuści w najbliższym czasie miasto Gotenhaven, o ile nie posiada pozwolenia na pobyt ze strony policji bezpieczeństwa lub Prezydenta Policji.  (...)

 

2.W najbliższych dniach istnieje możliwość dobrowolnego powrotu do innych obszarów polskich. Ze strony administracji wojskowej zestawi się zatem w krótkim czasie pociągi transportowe:

a) w kierunku do Częstochowy – Kielc,

b) w kierunku do Siedlec,

c) w kierunku do Lublina,

3.Każda osoba może na podróż zabierać ze sobą pakunek ręczny o wadze

do 25 kg. Poza tym istnieje dla każdej osoby możliwość nadania pakunku o wadze nie przewyższającej 50 kg. Pakunek nadawczy nie może być walizką itp. Należy dobrze zasznurować i w każdym przypadku zaopatrzyć w szyld właściciela.

 

4.Podróż pociągiem jest bezpłatna.

 

5.Na pierwsze 36 godzin należy zabrać ze sobą środki żywnościowe. Po przybyciu pociągów przewozowych na miejsce przeznaczenia ludność zostanie zaopatrzona przez władzę wojskową.

 

6.Pomieszczenie na stacji końcowej jest przygotowane.

 

7.Zabieranie ze sobą mebli i zwierząt żyjących jest zabronione.

 

8.Przy opuszczeniu mieszkania wszystkie klucze należy pozostawić w drzwiach.

 

9.Zgłoszenia do podróży pociągami przewozowymi mogą nastąpić w kompetentnych posterunkach policyjnych przy podaniu ilości osób i pociągu. Posterunki policyjne wydają numerowane bilety, zawierające ilość osób i miejsce przeznaczenia i uprawniające do wzięcia udziału w podróży.

 

10.Dzień i czas odjazdu specjalnych pociągów ogłosi się przez wywieszenie plakatów. Do używania specjalnego pociągu przewozowego uprawnione są wyłącznie osoby posiadające bilety z numerami, podanymi na plakatach.

 

Podobnie postępowano na całym Pomorzu Gdańskim, które po wkroczeniu okupanci zamienili na Okręg Gdańsk- Prusy Zachodnie. Jeszcze na długo przed rozpoczęciem wojny, obywatele polscy narodowości niemieckiej przygotowywali listy Polaków, nieprzychylnie nastawionych do Niemców i Rzeszy  lub aktywnych przedstawicielach miejscowej inteligencji. Listy uzupełniano na miejscu na podstawie zdobytej dokumentacji polskiej i wskazówek członków "Selbschutzu", organizacji mniejszości niemieckiej o charakterze policyjnym. Represje objęły polskich kolejarzy, celników, funkcjonariuszy policji i różnego szczebla urzędników, nauczycieli i księży, sołtysów, a także członków Polskiego Związku Zachodniego.

Ziemia Pomorska usłana jest grobami,  miejscami kaźni i martyrologii Polaków. Do największych na Pomorzu należą m. in. : Stutthof,  Piaśnica koło Wejherowa, Szpęgawsk koło Starogardu Gdańskiego.

Po wielu osobach aresztowanych przez niemieckiego okupanta, do dnia dzisiejszego nie ma śladu. Do takich osób należy również Józef Glaza – sołtys  z okolic Tczewa, aresztowany za obronę polskości i przynależność do Polskiego Związku Zachodniego. Wskazali go niemieccy sąsiedzi, a jego gospodarstwo po wypędzeniu zagrabił miejscowy Niemiec Johann Wiens, o czym świadczą cudem ocalałe dokumenty. Walerię (Mariannę ) Glaza wraz z piątką dzieci najpierw osadzono w obozie przejściowym zlokalizowanym w byłej fabryce opakowań „Arkona” w Tczewie, a później przez „obóz przejściowy” w Toruniu mieszczący się w dawnej fabryce smalcu, wywieziono do Międzyrzeca Podlaskiego (mieszkali przy ul. Piłsudskiego 125) w t.zw.Generalnym Gubernatorstwie.

Nieludzkie warunki życia spowodowały, że nie doczekali końca wojny i zmarli w Miedzyrzecu Podlaskim w  lipcu 1944 roku.

Gehenna Polaków wypędzonych ze swoich stron ojczystych przez niemieckiego okupanta jest prawie całkowicie nieznana i zapomniana.

Jeszcze do niedawna na budynku dawnej fabryki „Arkona”,  w  którym mieści się obecnie Muzeum Wisły, a które jest filią Muzeum Morskiego w Gdańsku, była niewielka tabliczka z nic nie mówiącym, lakonicznym napisem:

1939 – 1942  Miejsce obozu przejściowego”  z elementem drutu kolczastego. Kilka lat trwała interwencyjna wymiana korespondencji z władzami miasta Tczewa, aby na murze znalazła się tablica o treści oddającej całą prawdę o tym miejscu oraz aby było to miejsce pamięci.

Ostatecznie obok wspomnianej tabliczki, ostatecznie znalazła się tam równie niewielka tabliczka o następującej treści: „Na terenie dawnej fabryki „Arkona” w latach 1939-1942 mieścił się zorganizowany przez okupanta niemieckiego „obóz przejściowy” o charakterze przesiedleńczym, gdzie czasowo przetrzymywano Polaków, których pozbawiano mieszkań i dobytku, następnie wywożono ich do obozu w Gniewie i dalej do generalnej Guberni oraz na przymusowe roboty do III Rzeszy, skąd wielu nigdy nie powróciło”. Niestety, miejsce to nie jest dla władz miasta Tczewa Miejscem Pamięci Narodowej, chociażby takim, jakim jest upamiętnienie ofiar niemieckiego obozu przejściowego w dawnej fabryce smalcu przy ul. Grudziądzkiej w Toruniu.

Również i władze Międzyrzeca Podlaskiego, do którego trafiło wiele osób z Pomorza i Wielkopolski, w tym wiele dzieci, o czym świadczą chociażby dokumenty miejscowej szkoły z lat 1939-1944, o wypędzonych Polakach zupełnie zapomniały. Obszerna monografia miasta Międzyrzec Podlaski wydana kilka lat temu, pomija ten fakt milczeniem, poświęcając wiele miejsca martyrologii osób innych narodowości.

Wśród Polaków wypędzonych z Pomorza, którzy ostatecznie dotarli do Międzyrzeca Podlaskiego byli m. in. Anna i Halina Grzemkiewicz z okolic Wejherowa, Lidia Babińska z Rokitna k. Starogardu Gdańskiego, Wacław, Jan i Stanisław  Kiedrowicz z Mostów koło Gdyni, Jan Czech z Bydgoszczy oraz  rodzina Konkol z Połchowa koło Gdyni.  

 

Siostra Leokadia Konkol – werbistka (Werbiści – Polska Prowincja Księży Werbistów Zgromadzenie Słowa Bożego ) tak wspomina po latach tamte dni:

 

„W dniu 19 listopada 1940 roku wczesnym rankiem, gdy było jeszcze ciemno,   o godz. 4 lub 5 rano weszli do domu  gestapowcy, drzwi nie były zamknięte, gdyż ojciec wyszedł do chlewa, aby  nakarmić konia. Weszli do pokoju gdzie spała mama i ja z młodszą siostrą Marysią. Kazali nam wstać i ubrać się oraz zabrać jedzenia na pięć dni, i że mamy być gotowi za  godzinę. Nasza rodzina wraz z rodzicami liczyła 11 osób. Powodem wysiedlenia było to, że rodzice nie chcieli przyjąć obywatelstwa niemieckiego, które było poprzednio oferowane.  Z  ubrania zabraliśmy tylko to co mieliśmy na sobie, bielizny zapasowej też niewiele. Ojciec prosił by mógł zabrać choć jedno wiadro na wodę i stojącą bańkę z mlekiem. Gestapowiec powiedział, że to nie jest potrzebne, bo to wszystko dostaniemy. Najmłodsza siostra, tak jak zawsze rano po ubraniu się, uklękła i głośno odmawiała pacierz, a gestapowiec stał i przyglądał się jej. Ten obraz mam w oczach jeszcze do dzisiaj.

Było jeszcze ciemno, kazano nam wyjść z mieszkania na drogę, gdzie stał ciężarowy samochód, w którym byli już ludzie z wioski z bagażami. Zakrytymi samochodami zawieźli nas do Pucka do starego hangaru.  W Pucku prowadzono nas pomiędzy dwoma szpalerami gestapowców, którzy podśmiewali się i kpili z nas. Zaprowadzono nas do starego hangaru nad Zatoka Pucką. Trzymano nas tam przez cały dzień i ciągle przywożono więcej wysiedleńców z różnych wiosek powiatu puckiego. Wieczorem, gdy  było już  ciemno podstawiono wagony osobowe. Kazano nam do nich wejść. Przed południem dojechaliśmy do pewnego miasta na duży ogrodzony plac. Nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Kazano nam zejść do dużej piwnicy, bez okien, gdzie w kilku rzędach była rozłożona słoma. Słoma służyła nam do siedzenia i  jako posłanie. Spaliśmy w ubraniu. Na rzędach słomy ludzie kładli się z obu stron. Jak już ulokowaliśmy się, to z starszą siostrą Bronisławą wyszłyśmy na dwór i był tam mały ogród przylegający do ulicy. Siostra zapytała przechodzącą panią chodnikiem o nazwę tego miasta. Był to Toruń, obóz w fabryce smalcu. Toaleta była tylko jedna na górze.

O myciu się nie było mowy. Tu właśnie  w Toruniu odbywała się pewnego rodzaju selekcja. Osoby o blond włosach zabierali do Niemiec, a pozostałych do Generalnej Guberni. W ten sposób niektóre rodziny zostały rozłączone , co było powodem wielkiego płaczu i żalu rodzin dotkniętych tą  selekcją. Na szczęście myśmy wszyscy byli szatynami więc pojechaliśmy razem do Generalnej Guberni. Nasza mama  była chora na gruźlicę ale  już podleczona i  potrzebowała dobrego odżywienia  i odpowiednich warunków mieszkaniowych. A teraz kiedy zostaliśmy wysiedleni nie było mowy o dobrym odżywianiu i o dobrych warunkach mieszkaniowych. Stąd ponownie się rozchorowała i leżała obłożnie chora. Opatrzność  Boża czuwała jednak  nad nami i nasza kochana mama żyła do roku 1956.

Na drogę każda osoba  otrzymała 2.- zł polskie. Następnie na dworze każda rodzina musiała ustawić się w kolejce i według liczby osób otrzymaliśmy chleb. Pod wieczór były podstawione wagony na dziedzińcu smalcowni. Wagony były natłoczone ludźmi. Nasza rodzina dostała się do wagonu z dużym bagażem, ławki były tylko po boku. Nasz przedział był natłoczony ludźmi i bagażami tak, że nie było nawet miejsca gdzie  postawić nogi. Przez Warszawę transport wagonów dotarł do  Międzyrzeca

Podlaskiego, gdzie część wagonów została odczepiona, a reszta transportu pojechała do Brześcia nad Bugiem. Po kilku dniach tułania się otrzymaliśmy mieszkanie u gospodarza pana Netczuka, również na ulicy Piłsudskiego.

(...). Mieszkanie, które otrzymaliśmy, był to jeden  mały pokój  i kuchnia. Mieszkanie było puste, bez elektryczności, bez wody, kanalizacji, okna bez zasłon, ale były okiennice na zewnątrz. By było nieco cieplej, do spania ojciec postarał się o słomę, którą na noc rozkładaliśmy na podłodze. Na spoczynek kładliśmy się w tym w czym chodziliśmy w dzień ubrani. Na dzień słomę układaliśmy pod ścianą. Z biegiem czasu ze słomy zrobiła się sieczka co na dodatek dawało dużo kurzu. W roku 1939 kiedy Niemcy wkroczyli do Polski, na Pomorzu w szkole obowiązywał język niemiecki. Budynek szkolny w Międzyrzecu Podlaskim był zajęty przez wojsko niemieckie. Początkowo lekcje odbywały się w przejściowych pomieszczeniach . Ale i to zabrano na inne cele. Z tego powodu lekcje odbywały się w domach mieszkalnych, nawet kuchnia służyła za klasę, ale nikt z dzieci się nie skarżył, że trzeba się uczyć w takich warunkach. Wojska sowieckie wkroczyły do Międzyrzeca Podlaskiego 26 lipca1944 roku. Huki wystrzałów już było słychać.  Ale jak zwykle poszliśmy do kościoła na mszę św. do parafii św. Józefa. Mama choć była obłożnie chora powiedziała  nam, że mamy iść, że przez te pół godziny pozostanie sama. Edek poszedł do kościoła do parafii św. Mikołaja gdzie był ministrantem. Koniec wojny dobiegał końca. Nasze myśli zaczęły się koncentrować na powrocie do stron rodzinnych  Jednak wiele pytań  rodziło się w głowie. Czy nasz dom stoi? Czy jest do czego wracać.? By znaleźć na te pytania odpowiedź najstarszy brat Hubert zadecydował że pojedzie do domu w rodzinne strony. Wyjechał z innym wysiedleńcem na początku roku 1945. Brat gdy dotarł do rodzinnej wioski  zastał nasz dom cały, ale pusty.

I tak w połowie czerwca 1945 roku w wagonie towarowym wyruszyliśmy w drogę powrotną do Połchowa, gdzie znowu trzeba było zaczynać od początku. Jednak byliśmy pewni, że Opatrzność Boża dalej będzie nad nami czuwać. W dowód wdzięczności za ocalenie i opiekę w czasie wojny  rodzice wystawili pomnik Najświętszego Serca  Pana Jezusa  przed naszym rodzinnym domem, który do dziś tam stoi".

Z Połchowa Niemcy wysiedlili w listopadzie1940 roku Annę Halmann z mężem i czworgiem dzieci, rodzinę Zalewskich i samotnego Dettlafa. Napaść Niemiec hitlerowskich wraz z Sowietami na Polskę dosłownie przekreśliła wszystko. Skończył się okres wspaniałego życia, który już nigdy nie powrócił. Pozostały po nim jedynie wspomnienia. Dzisiaj, kiedy świadkowie tamtych dni odchodzą na zawsze, sięgamy pamięcią wstecz do osób kochanych, których już nie ma, do miejsc drogich naszym sercom, do domów rodzinnych, które byliśmy zmuszeni opuścić pozostawiając cały swój dobytek, do ziemi, którą nam zabrano, a będącej od stuleci  polską własnością. Zostaliśmy żebrakami bez dachu nad głową, skazani na lata poniewierki, pozbawieni szacunku, godności osobistej i po prostu ludzkiej.

Wspominając represje Polaków na Pomorzu, nie można zapominać, że eksterminacja dotknęła całą Polskę. Wypędzenia Polaków realizowali obaj okupanci. Trzeba jednak wskazać, że obok Pomorza i Wielkopolski, dotknęły one szczególnie Górny Śląsk oraz Zamojszczyznę. Nie można zapomnieć o Kresach Południowo - Wschodnich i Małopolsce Wschodniej, a w szczególności o Wołyniu, dokonanym przez bandytów spod znaku UON - UPA zbrodni ludobójstwa okrutnego (genocidum atrox), utraconym Lwowie, czy  zburzonej Warszawie. W tej sytuacji przeraża amnezja kolejnych rządów, brak polityki historycznej, pisanie na siłę wspólnych podręczników historii. Praca wielu „badaczy” za pieniądze niemieckie skutkuje publikacjami, które mają służyć tzw. „pojednaniu” i przeważnie są poświęcone pokrzywdzonym przez Polaków Niemcom.  W ślad za tym pojawiają się upamiętnienia krzywd „dobrych” Niemców , jak np. pomnik ofiar obu narodów jaki stanął 29 sierpnia 2004 roku w Nieszawie poświęcony „Polskim i niemieckim niewinnym ofiarom wojny i przemocy z powiatu Nieszawskiego w latach 1939 – 1945”, czy tez pomniki „chwały” wznoszone w całym kraju mordercom bolszewickim dla upamiętnienia zbrodni komunistycznych dokonanych przez nich na Polakach.   Czy ktoś widział w telewizji polskiej film na temat niemieckich obozów przejściowych dla wypędzonych Polaków w Tczewie, Toruniu, czy Potulicach? Tymczasem w TVP bardzo często pokazuje się w różnych programach filmy o wypędzonych Niemcach i ich cierpieniach, o barbarzyńskim bombardowaniu Drezna.  Nic zatem dziwnego, że coraz natarczywiej odzywają się zza Odry głosy tzw. „wypędzonych” w rodzaju Eriki Steinbach, popierane przez najwyższe osoby w państwie z bezzasadnymi roszczeniami, powszechne na Zachodzie używane określenie „polskie obozy koncentracyjne” m.in. przez prezydenta USA Baracka Obamę, których efektem jest oskarżenie Polaków o współsprawstwo w Holokauście i wymordowanie 3 milionów Żydów. W tym miejscu trzeba przypomnieć,  że Erika Steinbach, szefowa niemieckiego Związku Wypędzonych (powiernictwa Pruskiego) urodziła się 25 czerwca 1943 roku w Rumii, gdzie osiedlili się jej rodzice w mieszkaniu po wypędzonych Polakach, dokąd przybyli w czasie wojny z Niemiec, w tym matka z Bremy, a ojciec - technik Luftwaffe z Hesji (od 1941 roku stacjonujący w Rumii). Prawie 2-letnią Erikę uciekająca matka zabrała z młodszą siostrą do Niemiec, gdzie następnie 5 lat musiały spędzić w obozie przesiedleńczym.

Najsmutniejsze jest jednak to, że znajdują się w Polsce media i osoby, które idą w sukurs oskarżeniom i żądaniom niemieckim. Przypomina to schyłek lat trzydziestych. Historia jest nauczycielką życia i należy z niej wyciągać wnioski. Pojednanie musi opierać się na prawdzie, a nie jej zaprzeczaniu. Zapominanie ofiar niemieckiego barbarzyństwa i zrównywanie kata z ofiarą,  nie może być fundamentem polsko – niemieckiego pojednania, o czym należy pamiętać w  rocznice tamtych tragicznych wydarzeń. Określenia antypolonizm w kontekście wyniszczenia biologicznego Polaków wielokrotnie używali Niemcy w okupowanej Polsce. Hans Frank w podsumowaniu swojej wypowiedzi na temat przebiegu akcji „AB” w Generalnym Gubernatorstwie stwierdził: "Nadal będziemy stać na stanowisku zdecydowanie antypolskim." ( Akcja AB – potoczna nazwa tzw. Nadzwyczajnej Akcji Pacyfikacyjnej (niem. Ausserordentliche Befriedungsaktion – AB), którą okupanci niemieccy przeprowadzili na terytorium tzw.  Generalnego Gubernatorstwa między majem a lipcem 1940 roku.

Źródła antypolonizmu należy upatrywać w polityce germanizacji i rusyfikacji prowadzonej przez zaborców. Otto von Bismarck, premier Prus i późniejszy kanclerz Rzeszy, powiedział o Polakach:  "Bijcie Polaków tak długo, dopóki nie utracą wiary w sens życia. Współczuję sytuacji, w jakiej się znajdują. Jeżeli wszakże chcemy przetrwać, mamy tylko jedno wyjście – wytępić ich". 

Według późniejszej teorii  niemieckiej , Polacy należą do kategorii podludzi niezdolnych do samodzielnego rządzenia. Zbieżność tych uczuć, a także sposobów ich wyrażania, jest oczywista. Rzadko – jeżeli w ogóle kiedyś – kraj, który właśnie odzyskał niepodległość, bywał przedmiotem równie krasomówczych i równie nieuzasadnionych zniewag. Rzadko – jeżeli w ogóle kiedyś – brytyjscy liberałowie bywali równie beztroscy w formułowaniu opinii, lub dobieraniu sobie towarzystwa. Kiedy wybuchła I Wojna Światowa, jeden ze współpracowników Józefa Piłsudskiego zapisał: „nikt na całym świecie Polski nie chce”. Premier brytyjski Herbert Asquith mówił krótko przed wojną wybitnemu pianiście i orędownikowi sprawy polskiej na Zachodzie Ignacemu J. Paderewskiemu: „nie ma żadnej nadziei na przyszłość dla Ojczyzny Pana”. Oznaczało to, że w chwili wybuchu wojny sprawę polską uważano w Europie za wewnętrzny problem zaborców, Rosji, która z Francją i Wielką Brytanią znalazła się w obozie ententy oraz walczących z tym sojuszem państw centralnych – Niemiec i Austro - Węgier. Niezależnie od tego, dowództwa wojujących ze sobą na ziemiach polskich armii państw zaborczych chciały zapewnić sobie przychylność Polaków.

Antypolonizm z antysemityzmem powiązał  Edmund Osmańczyk w wydanej w 1947 roku książce „Sprawy Polaków”. Używany także m.in. przez Jana Józefa Lipskiego w analogicznym kontekście w latach Solidarności. Na początku lat 90. termin antypolonizm pojawił się w polskiej publicystyce prawicowej i skrajnie prawicowej jako odpowiedź na oskarżenia o antysemityzm ze strony środowisk żydowskich tzw. "lobby żydowskiego w Stanach Zjednoczonych Określenie zyskało popularność w trakcie sporu o pogrom w Jedwabnem. Obecnie termin antypolonizm wszedł do obiegu językowego, używany jest powszechnie w prasie, pojawia się w oficjalnych dokumentach  Konferencji Episkopatu Polski. Dyrektywa nr 1306 Ministerstwa Propagandy Rzeszy z dnia 24 października 1933 roku nakazywała oficjalne traktowanie Polaków jako podludzi.

 

Niemcy  po wyniszczeniu części narodu polskiego planowali z reszty uczynić niewolników.  Dokonali w tym celu na terenie okupowanej przez siebie Polski szeregu zbrodni, w których uczestniczyła SS oraz Wehrmacht.  Przykładem jest Generalny Plan Wschodni, w którym planowano wyniszczenie i wysiedlenie większości miejscowej ludności słowiańskiej Zamojszczyzny. Antypolonizm nabiera szczególnie niebezpieczny wymiar obecnie, blisko 70 lat od zakończenia II Wojny Światowej. Atak na Polskę i Polaków trwa, również z udziałem Ministerstwa Spraw Zagranicznych (minister Radosław Sikorski) promującego za granicą książkę utwierdzającą stereotyp Polaków jako antysemitów i szmalcowników - informuje „Rzeczpospolita". Ministerstwo Spraw Zagranicznych, kierowane przez Radosława Sikorskiego, zamiast zabiegać o jak najlepszy wizerunek Polski za granicą, nakazało naszym placówkom dyplomatycznym promowanie anglojęzycznej antypolskiej książki” „Inferno of Choices" („Piekło wyborów).

Dominującym tematem opracowania jest polski antysemityzm, a bohaterami – szmalcownicy i Polacy szabrujący żydowskie majątki.

Na stronie internetowej Światowego Kongresu Żydów został zamieszczony artykuł Menachema Rosensafta, nowojorskiego prawnika, wzywający Amerykanów pochodzenia żydowskiego do bojkotu Polski, polegającego na wstrzymaniu wydawania dolarów w Polsce, ponieważ nie została dotąd rozwiązana kwestia restytucji w Polsce mienia żydowskiego.

Szef tej organizacji Michael Schneider uważa jednak, że najpierw należy prowadzić w tej sprawie rokowania z polskim rządem, czyli domyślnie dopiero potem bojkotować Polskę .

Sekretarz generalny Światowego Kongresu Żydów mówi, iż jego organizacja docenia fakt okazywania przyjaźni przez polski rząd Izraelowi, licząc, że rząd Polski usiądzie do stołu i rozpocznie rokowania o sposobie restytucji przejętego mienia, lub wypłaty ofiarom Holokaustu i ich spadkobiercom odpowiedniego odszkodowania. Mamy nadzieję na szybkie i pomyślne decyzje rządu polskiego w sprawie uchwalenia odpowiedniej ustawy o restytucji mienia żydowskiego w Polsce  tym bardziej, iż problem ten wisi nad Polską od czasu zakończenia II Wojny Światowej – przekonuje Schneider.

Takie argumenty przedstawił oficjalnie  Światowy Kongres Żydów. Stanowisko tej wpływowej organizacji poparł również rząd Stanów Zjednoczonych wzywając oficjalnie polskie władze do restytucji mienia żydowskiego w kwocie przekraczającej 65 miliardów dolarów amerykańskich.

Całkowicie zostały zignorowane ustalenia, iż restytucja mienia  pozostawionego w Polsce przez osoby, które później otrzymały obywatelstwo amerykańskie została uregulowana przez układ z 16 lipca 1960 roku. Stroną zobowiązaną do zaspokojenia roszczeń obywateli amerykańskich wobec rządu polskiego, pochodzących sprzed tej daty jest rząd amerykański.

Antypolonizm (także: polonofobia) – termin określający zbiorowo wszelkie postrzegane jako prawdziwe lub rzekome uprzedzenia i postawy wrogości wobec Polaków. Historycznym odpowiednikiem antypolonizmu jest polakożerstwo, określenie używane w XIX wieku wobec antypolskiej polityki Otto von Bismarcka.

W szerszej perspektywie antypolonizm mieści się w antyslawiźmie, rasistowskim nastawieniu wobec wszystkich Słowian. Termin antypolonizm używany jest sporadycznie od początku XX wieku (pojawia się m.in. w pracy prof. Franciszka Bujaka „La question Juive en Pologne” z 1919 roku) przez analogię do antysemityzmu.

Antypolonizm często opiera się na stereotypach etnicznych, prowadzących do zachowań dyskryminacyjnych i odbieranych jako krzywdzące np. przekłamania historyczne w rodzaju „polskich obozów koncentracyjnych”. Posługujący się tym terminem publicyści, politycy i duchowni sięgają po niego najczęściej w kontekście incydentów, znamionujących niechęć do Polaków („Polish jokes”), stereotypowe zdania o Polakach w zagranicznych mediach.

„Polish jokes” (ang. dosł. "polskie żarty") – popularne, głównie w Stanach Zjednoczonych, dowcipy o Polakach, w których są przedstawiani jako osoby głupie i pijące duże ilości alkoholu.

Początki antypolonizmu zorganizowanego na szeroką skalę i będącego wyrazem państwowej polityki wiążą się z rządami króla Prus Fryderyka II i carycy Rosji Katarzyny II; swoje dążenia do rozbioru ziem polskich starali się uzasadniać poprzez upowszechnianie „czarnej legendy" o Polsce jako kraju wyjątkowej anarchii i fanatyzmu religijnego; korzystali przy tym z wystąpień niektórych czołowych postaci życia intelektualnego ówczesnej Europy (np. Wolter, odpowiednio przez nich wynagradzany, cynicznie wysławiał rozbiór Polski jako „pomysł geniusza"); antypolonizm cechował także niektórych poetów rosyjskich – A. Puszkin w liście do J. Chitrowa (1830) sugerował, że wojna z Polakami powinna być walką na wyniszczenie, a były dekabrysta A. Bestuzew (piętnował „zdradę warszawską" (Powstanie Listopadowe) i wyrażał nadzieję, że „krew zaleje na zawsze polskich panów".

 

 

 

LUDOBÓJSTWO ŻYDÓW POLSKCH - MASOWE ZBRODNIE BOLSZEWICKIE

 

Zajęcie Polski w 1944 roku przez wojska sowieckie sprzyjało dalszemu rozwijaniu na skalę międzynarodową propagandy antypolonizmu; Polaków znów ukazywano jako reakcjonistów, antysemitów i nacjonalistów, którzy chcą za wszelką cenę skłócić aliantów dla swych egoistycznych i anachronicznych interesów.

Tymczasem już w lipcu i sierpniu 1920 roku sołdaci bolszewiccy wymordowali dwa tysiące osób przeprowadzając typowo rosyjski pogrom Żydów.

Nie były to przypadki, ale wykonywane na rozkaz masowe zbrodnie ludobójstwa. Na polecenie premiera rządu  W. Lenina – Rewolucyjna Rada Rosji wydała dyrektywę podpisaną przez Lwa Trockiego, aby za każdego komunistę straconego przez władze polskie, Czeka rozstrzeliwała stu polskich zakładników.

Podobnie zresztą zachowywali się Niemcy w czasie okupacji Polski 1939 – 1945. Natomiast za każdego sowieckiego lotnika zabitego w Polsce, lub  państwach Europy Czeka miała rozstrzeliwać 50 zakładników. Sowieccy dowódcy, m.in. Stalin, Tuchaczewski, Budionny, Woroszyłow, Jakir,  stosowali masowy terror wobec Polaków na zdobytych latem 1920 roku wschodnich województwach Rzeczypospolitej. Żołnierze sowieccy dopuszczali się masowych morderstw, gwałtów, grabieży wobec bezbronnej ludności, kobiet, dzieci, księży. Palone były domy, kościoły, synagogi. Przemarsz sowieckiej I Armii Konnej marszałka Siemiona Budionnego przez Małopolskę Wschodnią, po Lwów i Zamość, przez galicyjskie miasteczka był największym pogromem Żydów w całej historii Polski: m.in. w Czortkowie, Brodach, Zbarażu, na Lubelszczyźnie, w Tarnopolu, Stryju, Brzeżanach, czy stolicy polskiego Wołynia w Łucku.

Kilka tysięcy Żydów zamordowano, kilkanaście tysięcy zostało rannych, każde miasteczko zostało obrabowane przez czerwonych kozaków. Owe pogromy Żydów odbywały się za aprobatą dowódców Frontu Południowego i sowieckiej I Armii Konnej. Byli to czołowi komunistyczni antysemici, a zarazem późniejsi najwyżsi przywódcy na Kremlu: Józef Stalin, oraz marszałkowie Woroszyłow, Żukow, Budionny. Zbrodnię ludobójstwa i barbarzyństwa Armii Czerwonej potwierdził słynny żydowski pisarz sowiecki, a w 1920 roku komisarz polityczny Isaak Babel,  który jako ideowy komunista nie mógł pogodzić się z okrucieństwem. Pisał jak bolszewicy prowadzili wojnę dokonując pogromów Żydów tradycyjnych dla Rosji:

 

„Straszne pogłoski. Jadę do miasteczka. Zgroza, niewymowna rozpacz. Wczoraj byli tu Kozacy. Urządzili pogrom. Rodzina Dawida Zyka. W mieszkaniu leży starzec o wyglądzie proroka, nagi, chrypiący astmatycznie, starucha z rozpłatanym gardłem, dziecko z odrąbanymi palcami, niektórzy jeszcze dyszą, słodkawy i mdlący odór krwi, wszystko splądrowane, chaos, matka nad zarżniętym synem, zgięta w kłąb staruszka, cztery trupy w szopie, krew pod czarną brodą, pławią się w krwi”.

„Żydzi na placu; jeden, który zniósł tortury i uszedł z życiem, chce mi wszystko pokazać, zastępuje go inny, jakiś dryblas. Rabin ukrył się, po jego domu też buszowali, aż do wieczora nie wychylał się z dziury. Piętnaścioro zabitych: 70-letni Icek Galer, Dawid Zyk – 45-letni szames, jego żona i 15-letnia córka, Dawid Trost, rzezak, jego żona. Ładna. Najpierw ją zgwałcili. Jasny księżyc, po tamtej stronie muru ci ludzie nadal żyją. Jęki zza ściany. Wynoszą zwłoki; mieszkańcy w ciągłym strachu, panika. Co najbardziej uderza - to obojętność naszych żołnierzy, obdzierają trupy, gdziekolwiek przyjdą. Opowiadają, że najważniejszy rabin mieszka w Bełzie. Powyrzynali rabinów.  Trzeba zgłębić duszę naszych żołnierzy, wszystko to straszne bestie z zasadami...Tuż przed moimi oknami kilku Kozaków rozstrzeliwało za szpiegostwo dla Polaków starego Żyda ze srebrną brodą. Starzec skowytał i wyrywał się. Wówczas Kudria z plutonu karabinów maszynowych wziął go za głowę i wetknął ją sobie pod pachę. Żyd przycichł i rozkraczył nogi. Kudria prawą ręką wyciągnął kindżał i zarżnął starca ostrożnie, tak żeby się nie zabryzgać. Puknął potem w zamknięta okiennicę. Jak się kto interesuje – powiedział – to może sobie pochować. Nie ma zakazu.  I Kozacy skręcili za róg. Poszedłem za nimi i zacząłem brodzić po Beresteczku. Miasto w ruinie, zupełnie. Niezwykle ciekawe miasto. Polska kultura. Stara zamożna, osobliwa żydowska osada. Ulica Szkolna, 9 synagog, wszystkie półrozwalone”.

lsaak Babel (wg zapisu Rabinatu Odeskiego nazywał się Isaak Maniewicz  Bobel) pochodził z zamożnej, kupieckiej rodziny żydowskiej, mieszkającej w Odessie.

Został stracony z rozkazu Stalina w 1940 roku. Innego żydowskiego komunistę, wówczas „ludowego komisarza spraw wojskowych”, Lwa Trockiego (Lejba Dawidowicza Bronsztejna) nie okrucieństwo pogromu Żydów raziło, ale fakt, ze mordy sowieckie pod Lwowem zaważyły na losach wojny. Oceniał: „Gdyby Stalin, Woroszyłow i analfabeta Biudionny nie prowadzili własnej wojny w Galicji, a Czerwona Konnica znalazła się na czas w Lublinie, Armia Czerwona nie doznałaby klęski”.

W II Wojnie Światowej na rozkaz Stalina, NKWD wymordowała około 25 tysięcy jeńców – oficerów Wojska Polskiego. Tymczasem takie samo komunistyczne barbarzyństwo miało miejsce latem 1920 roku, tylko na mniejsza skalę. Wówczas to Sowieci po raz pierwszy rozstrzeliwali masowo bezbronnych jeńców – oficerów Wojska Polskiego m.in. w Białymstoku, Kolnie i Chorzelach na Kurpiach.

Zapiski Isaaka Babla są wstrząsającym dokumentem historycznym: oto zbrodnie ludobójstwa w Katyniu w 1940 roku poprzedziło takie samo sowieckie ludobójstwo 20 lat wcześniej – latem 1920 roku.

Po wejściu w życie w 1953 roku porozumienia RFN - Izrael o odszkodowaniach dla Żydów coraz częściej podejmowano działania dla „przyczernienia" obrazu Polaków (w stosunku do Żydów w czasie II Wojny Światowej) i równoczesnego wybielenia Niemców, a w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych coraz częściej upowszechniano oszczerstwa o „polskich obozach koncentracyjnych", w których zginęły miliony Żydów. Popularyzacji antypolonizmu sprzyjał fakt, że Polska przez kilka dziesięcioleci nie miała własnych, suwerennych rządów, zainteresowanych obroną polskiej godności i polskich interesów narodowych, a uzależnieni od ZSRS komunistyczni politycy partycypowali w piętnowaniu własnego narodu; przez kilkadziesiąt lat w imię prosowieckiego i prorosyjskiego serwilizmu, fałszowano historię Polski, osłabiano świadomość narodową kolejnych pokoleń, manipulowano treścią podręczników historii, książek historycznych i publicystyki.

Od kampanii po marcowej w 1968 roku doszło do znacznego pogorszenia stosunków polsko-żydowskich; szczególnie drastyczne rozmiary przybrał antypolonizm w niektórych środowiskach żydowskich w Ameryce, gdzie wydano wiele publikacji deformujących obraz Polaków, przedstawiając ich jako naród kolaborantów Niemiec hitlerowskich, szmalcowników, grabieżców mienia, morderców Żydów, przemilczając prawdę o pomocy Polaków dla Żydów w czasie II Wojny Światowej.

Towarzyszyły im kłamstwa w licznych filmach i serialach telewizyjnych (m.in. „Holocaust”, „Shoah”, „Wybór Zofii”, „Wichry Wojny”, „Lista Schindlera”, „Shtetl”, ostatnio „Pokłosie”); w książkach Barbary Engelking - Boni (m.in. „Jest taki piękny słoneczny dzień” – będący kopią oszczerczą „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego), czy książkach Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”, „Strach”, „Złote żniwa”. 

Ostatnio ( listopad 2012) ukazała się książka dr Aliny Całej „Żyd - wróg odwieczny” – antysemityzm w Polsce i jego źródła oraz podobnie bez źródeł i dokumentów, fałszywy obraz żydokomuny „Żydokomuna” Pawła Śpiewaka, obecnego dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego, placówki naukowej podległej Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Obecnie niewiele zmieniło się w obrazie Polski i Polaków także w państwach ościennych, zwłaszcza w Rosji i pozostałych krajach dawnego ZSRR; w Rosji przejawia się antypolonizm kompensacyjny (antypolonizm nieczystego sumienia) - świadomość krzywd wyrządzonych Polakom skłania liczne wpływowe postaci rosyjskiego życia do poszukiwania możliwości oskarżania Polaków o ich domniemane zbrodnie z przeszłości (np. Michaił Gorbaczow zalecał szukanie kontr-Katynia); dochodzi do skrajnych przejawów antypolonizmu (m.in. w wystąpieniach A. Żyrinowskiego), który także staje się główną bronią przeciwko mniejszościom polskim na Litwie, Białorusi i Ukrainie.

Tymczasem dr Alina Cała w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” ( „Rzeczpospolita” 25. 05. 2009 – Piotr Zychowicz  „Polacy jako naród nie zdali egzaminu”) stwierdza, iż Polacy są odpowiedzialni za śmierć wszystkich zamordowanych 3 milionów polskich Żydów, jako winni Holokaustu.

 

Oto ów wywiad w całości:

 

"W pewnym sensie Polacy są odpowiedzialni za śmierć wszystkich 3 milionów Żydów – obywateli II RP – mówi historyk z Żydowskiego Instytutu Historycznego Alina Cała.

 

Rz: Czy Polacy są współodpowiedzialni za Holokaust?

 

Alina Cała: W pewnym stopniu tak. Przyczyną tego był przedwojenny antysemityzm, który nie przygotował ich moralnie do tego, co miało się dziać podczas Zagłady. Nośnikiem tego antysemityzmu były dwie instytucje. Ugrupowania tworzące obóz narodowy oraz Kościół katolicki. Ten ostatni mniej więcej od 1935 roku zaczął sprzyjać endecji. W efekcie wysokonakładowe pisma konfesyjne zaczęły głosić propagandę antysemicką. Choćby „Mały Dziennik” Kolbego.

 

Rz: Od endeckiego ekonomicznego antysemityzmu czy kościelnego antyjudaizmu do ludobójczego rasizmu Adolfa Hitlera chyba jest daleka droga.

 

AC: Wcale nie taka daleka. Wszystkie rodzaje antysemickiego dyskursu w latach 30. zaczęły się zlewać. Antysemityzm ekonomiczny był uzasadniany rasizmem, a antyjudaizm katolicki

stał się rasistowski, pochwalający politykę Hitlera. W programie Obozu Wielkiej Polski już w 1932 roku zawarto postulaty podobne do tych, które później się znalazły w ustawach

norymberskich. Obóz Narodowo-Radykalny wysunął projekty masowych deportacji, połączonych z żądaniem, żeby to Żydzi sfinansowali swoje wygnanie. Właśnie to zrobili hitlerowcy. Zagłada została sfinansowana z majątków zrabowanych Żydom. Oenerowcy i klerykalni antysemici domagali się tworzenia otoczonych murem gett. Ich życzenie spełnili okupanci.

 

Rz: Endecy nie postulowali zabijania ludzi.

 

AC: Ale inicjowali niektóre antyżydowskie rozruchy, zarówno w latach 1918 – 1920, jak i podczas fali ponad 100 pogromów w latach 1935 – 1937. W pogromach tych ginęli ludzie. Po rozpoczęciu okupacji doszło w Polsce do spontanicznych pogromów, takich jak wielkanocne

rozruchy w Warszawie w 1940 roku, przygotowany przez organizację związaną z ONR Falanga Bolesława Piaseckiego.

 

Rz: A nie przez Niemców?

 

AC: Nie. Wydarzenie to jest związane z próbą kolaboracji podjętą wówczas przez grupę działaczy Falangi. Piasecki pozostał w cieniu, a jego rola nie jest do końca wyjaśniona.

 

Rz: Ci działacze Falangi zostali rozstrzelani w Palmirach.

 

AC: Zostali wykorzystani do mokrej roboty i usunięci. Chwalimy się, że byliśmy państwem bez Quislinga. Ale chętni byli, to Niemcy nie chcieli współpracy z Polakami.

 

Rz: Ale mówi pani, że to Niemcy wykorzystali Polaków do mokrej roboty.

 

AC: Ten pogrom odbył się oczywiście ze wsparciem logistycznym Niemców. Bojówkarze byli podwożeni ciężarówkami Wehrmachtu. Ale bez przedwojennego antysemityzmu do tego wydarzenia by nie doszło.

 

Rz: Jego skala była jednak niewielka. Kilka pobić czy nawet zabójstw to chyba za mało, żeby mówić o współudziale w Holokauście.

 

AC: Z moralnego punktu widzenia przemoc to przemoc. Ale przecież ta fala pogromów to nie wszystko. Spójrzmy na problem ratowania Żydów podczas Zagłady. Polak, który przed wojną był bombardowany kościelną i endecką agitacją antysemicką, musiał mieć rozterki, czy ratowanie Żydów jest moralne.

 

Rz: A może rozterki te brały się nie z czyjejś agitacji, tylko z powodu terroru okupanta. Kara śmierci dla całej rodziny za ukrywanie Żyda... Proszę się postawić w sytuacji matki, która ryzykuje życie dzieci dla obcego człowieka.

 

AC: Za ukrywanie polskiego patrioty, członka ruchu oporu, też groziła śmierć. A jednak łatwiej to było zorganizować i więcej ludzi się na to zdobywało. Bo tu nie było już żadnych moralnych rozterek. Poza tym niektórzy Polacy brali aktywny udział w Zagładzie. Choćby sprawa buntu w Sobiborze. Więźniowie, którym udało się przedrzeć do lasu, zostali wyłapani przez chłopów. W ogóle sołtysi w okupowanej Polsce mieli obowiązek denuncjowania wszystkich ukrywających się Żydów i partyzantów. Tych ostatnich jednak na ogół nie denuncjowano, a Żydów często. Jest bardzo niewiele przypadków, żeby cała wieś wzięła na siebie odpowiedzialność za ukrywającego się Żyda.

 

Rz: Być może ludzie po prostu obawiali się donosu.

 

AC: No, ale o czym świadczy ten lęk przed donosem sąsiada?

 

Rz: O tym, że niegodziwcy są w każdej społeczności.

 

ILU ŻYDÓW ZABLI POLACY?

Autor Bogusław Wolniewicz

 

1. Propaganda przeciw Polsce trwa, narasta i ma nas złamać moralnie – przy zupełnej obojętności polskiej profesury, a często z jej gorliwym udziałem. Oto świeży przykład: według „Gazety Wyborczej” (8.12.2011) Parlament Europejski nagrodził książkę Anny Bikont „My z Jedwabnego” nagrodą 2011 roku, uznawszy, że ten nikczemny paszkwil na Polskę „promuje europejskie wartości”. Przekład francuski La Crime et la Silence: "Jedwabne 1941" ukazał się rok temu w Paryżu, wkrótce ma się ukazać angielski. Jak widzimy, szkalowanie Polski wchodzi już do zestawu „europejskich wartości”. Ilu naszych profesorów zabrało w tej sprawie publicznie głos?

Zniesławiająca nas propaganda stosuje różne instrumenty. Jednym jest polityczna pornografia typu Jerzego Kosińskiego, Anny Bikont, Jana Tomasza Grossa, Aliny Całej i wielu innych; a także jej wzmacniacze, jak książka Jean-Yves Potela "La Fin de l’innocence: la Pologne face à son passé juif" Paryż 2008 (przekład polski „Koniec niewinności: Polska wobec swojej żydowskiej przeszłości”, Kraków 2010).

Drugim instrumentem jest fałszowanie obrazu II Wojny Światowej na potrzeby tejże propagandy. Trzecim są fikcyjne liczby i fingowane wyliczenia, które tamtym służą za pudło rezonansowe i porękę. O tym chcę coś rzec.

 

2. Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie ma od 3.10.2011 nowego dyrektora: z nominacji ministra kultury został nim Paweł Śpiewak.

Z tej okazji dziennik „Rzeczpospolita” (26-27.11.2011) zrobił z nim wywiad, którego głównym akcentem jest pewna liczba. Nowy dyrektor, powołując się na książkę o stosunku polskich chłopów do Żydów wydaną przez Barbarę Engelking, oznajmił tam: „z tych badań wynika, że z rąk Polaków zginęło w czasie wojny 120 tys. Żydów”.

Dalej zaś powołuje się już na tę liczbę jak na ustaloną („skoro historycy wyliczyli, że było 120 tys. ofiar żydowskich …”) i wzywa Polaków do „prawdziwej refleksji” nad nią.

(Wezwanie Śpiewaka jest w konsonansie z wypowiedzią prezydenta Komorowskiego, który 1 listopada na spotkaniu z naczelnymi rabinami Europy zapewniał ich solennie swą nieporadną polszczyzną, że budowane przez Polskę w Warszawie Muzeum Historii Żydów Polskich „ma stać się pełnym krytycznej refleksji miejscem o polsko-żydowskich relacjach”, jak podaje onet.pl za PAP-em).

Liczba „120 tys.” jest nowa. Rok temu Gross wymieniał „200 tys.”, z czego się potem wycofał do „kilkudziesięciu tysięcy”; a teraz znowu zwyżka. Skąd Śpiewak tę liczbę ma? Wziął ją z centralnej wytwórni antypolskich oszczerstw, jaką jest Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Polskiej Akademii Nauk, czynne od ośmiu lat. Kieruje nim Barbara Engelking-Boni, psycholog i żona ministra Michała Boniego TW "Znak". Centrum stosuje różne chwyty politycznego marketingu, a jednym z nich jest żonglerka sfingowanymi liczbami. Rzuca się taką liczbę na próbę i patrzy, co będzie: gdy trafia na opór, to się cofamy i znów patrzymy; gdy zaś oporu już nie ma, idziemy naprzód.

 

3. Właściwy cel owego Centrum ujawnił niechcący jeden z jego tuzów, niejaki Jan Grabowski, wykładowca Uniwersytetu w Ottawie. W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” (8-9.01.2011), przy której była też Engelking, powiedział: „Jedwabne to nie był incydent. Mordowanie Żydów miało miejsce wszędzie, jak Polska długa i szeroka” (przez Polaków, rzecz jasna, bo to o nich tu mowa). Ważne, by te liczby były duże, im większe tym lepsze, ale co najmniej „dziesiątki tysięcy”; inaczej nie będzie efektu. A ponieważ takich liczb nie ma, więc się je finguje.

W latach 2007-2010 Centrum realizowało „program badawczy” o nazwie „Ludność wiejska w GG wobec Zagłady i ukrywania się Żydów 1942-1945”, finansowany przez The Rotschild Foundation Europe, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego RP, oraz Conference on Jewish Material Claims against Germany. Owocem są trzy książki wydane w 2011 roku przez Centrum. Ich tytuły mówią za siebie: B. Engelking „‘Jest taki piękny, słoneczny dzień …’: Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942-1945”; J. Grabowski „Judenjagd: polowanie na Żydów 1942-1945”; praca zbiorowa (red. B. Engelking) „Zarys krajobrazu: Wieś polska wobec zagłady Żydów 1942-1945”. Trzeba do nich dodać także "Sąsiadów", "Strach", „Złote żniwa” J. T. Grossa, też 2011, któremu Centrum służy za zaplecze i legitymację.

 

4. Jak działa Centrum, to pokazuje wywiad z jego szarą eminencją Aliną Skibińską, od 1996 r. pracowniczką Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie i jego przedstawicielką na Warszawę. Wywiad z nią ma tytuł „Chłopi mordowali Żydów z chciwości” („Rzeczpospolita” 13.01.2011) i usilnie broni Grossa. Na pytanie „czy Gross te 200 tysięcy wymyślił”, Skibińska odpowiada: „Nie, to jest oparte na pewnej kalkulacji. Szacuje się, że około 10 procent polskich Żydów uciekło (Niemcom). Daje to więc co najmniej 250 tysięcy osób. Spośród tych (…) po wojnie zarejestrowało się nie więcej niż 60 tysięcy”. – „Co się stało ze 190 tysiącami?” pyta dziennikarz, – „Zginęli”, odpowiada Skibińska. Potem kręci, że nie wszyscy wprawdzie z rąk Polaków, ale wielu. A ilu? – „Kilkadziesiąt tysięcy. I raczej więcej niż mniej – na pewno nie 20 tysięcy”.

Skąd taka pewność u tej Skibińskiej i owe „10 procent”? Engelking-Boni w rozmowie z PAP-em 10.02.2011 tak tłumaczy ową liczbę Żydów, którzy próbowali się ratować: „historyk Szymon Datner oceniał, że było ich około 10 proc., czyli około 250 tysięcy Żydów. 40 tys. z nich przeżyło wojnę”. (Miesiąc wcześniej u Skibińskiej było 60 tys., ale tę rozbieżność pomińmy.)

 

5. Praźródłem Śpiewaka jest więc Datner. Bezpośrednim zaś źródłem jest wstęp do wymienionego „Zarysu krajobrazu” napisany przez Krzysztofa Persaka z IPN-u, przedtem wydawcę wraz z P. Machcewiczem krętackiej pseudomonografii „Wokół Jedwabnego” (omawiamy ją w naszej „Ksenofobii i wspólnocie” wydanej z Z. Musiałem, s. 233-240). Wątpliwy to zresztą historyk, skoro niemiecki kryptonim eksterminacji Żydów w GG „Aktion Reinhard” pisze stale błędnie „Reinhardt”.

We wstępie Persaka (ss. 24, 26/7) czytamy: „idąc tropem Szymona Datnera historycy przyjmują zwykle, że próbę ucieczki z gett podjęło 10 procent Żydów. (…). Podejmijmy próbę bilansu "brakujących" Żydów dla obszaru (akcji Reinhard). Liczba żydowskich mieszkańców wynosiła (tam) przed akcją (…) łącznie około 1,6 mln Domniemana liczba uciekinierów to zatem mniej więcej 160 tys. osób. (…). Liczbę ocalałych można szacować na nie więcej niż 30-40 tys. Oznaczałoby to, że liczba ofiar polowania na Żydów (…) wynosiła co najmniej 120 tys.”.

Persak dodaje: „nie wiemy (…) ilu mają na sumieniu Polacy”, ale jego zdaniem „nie wydaje się przesadne oszacowanie, że (były to) dziesiątki tysięcy”. Jak widać, Śpiewak przelicytował nawet Persaka, całe te 120 tys. przypisując ryczałtem Polakom i pod firmą ŻIH puszczając tę liczbę w świat. Złą wolę tu widać, ale nam chodzi o co innego: o te 10%, na których całe to żydowskie oszczerstwo stoi.

 

6. U Śpiewaka są też jawne sprzeczności. Oświadcza np. na wstępie, że „żydokomuna to wielki krwawy mit”. Za chwilę zaś, pytany o powód tak licznej obecności polskich Żydów na kierowniczych stanowiskach w UB, tłumaczy: „bo byli bardziej oddani partii, a przecież UB potrzebował zaufanych”. Przyznaje tym sam, że żydowscy mordercy Polaków – ci Romkowscy i Fejginy, Kochany i Mietkowscy – to byli zaufani komuny. Zarzut „żydokomuny” tego właśnie dotyczył: że Żyd to zaufany komuny. Entuzjastyczny akces Żydów do komunizmu i ich wielki udział w jego zbrodniach nie jest mitem, lecz ponurym faktem, z którym nie potrafią sobie dziś radzić inaczej, niż kręcąc i kłamiąc.

 

7. Odesłania do Datnera są zawsze bezkrytyczne i niejasne. Nie cytuje się słów, jakimi ów procent wymieniał; ani nawet miejsca, gdzie u niego są. By tę sprawę wyjaśnić, spędziłem pół dnia w Bibliotece Narodowej i okazało się, co zawsze podejrzewałem: u Datnera tych „10 procent” nie ma. Sfingowano je później.

Także Persak nie cytuje Datnera, tylko odsyła do pracy G. Berendta w tomie „Polska 1939-1945”, red. W. Materski i T. Szarota, 2009, s. 69. Tam się jednak Datnera też nie cytuje, tylko odsyła sumarycznie do jego pracy „Zbrodnie hitlerowskie na Żydach zbiegłych z gett”, w Biuletynie ŻIH za 1970 rok. Datner zaś pisze: „w jednej z prac liczbę ocalałych Żydów oszacowałem (…) na ok. 100 000 osób. Równie orientacyjnie oceniamy, że co najmniej drugie tyle ofiar zostało wychwytanych przez organa okupacyjne i padło ofiarą zbrodni”, po czym odsyła do swojej książki „Las sprawiedliwych” 1968, ale bez strony.

Ta niewielka książka Datnera (podtytuł: „Karta z dziejów ratownictwa Żydów w okupowanej Polsce”, KiW, ss. 117) jest źródłem ostatnim; a ściślej są nim słowa (s.5): „Częstokroć zastanawiały mnie okoliczności dzięki którym dziesiątki tysięcy Żydów uniknęły zagłady. Liczbę ocalonych (w Polsce) trudno sprecyzować. Przypuszczam, że najbliższą prawdy jest liczba między 80 000 a 100 000 osób”. Jednak już dwie strony dalej (s.7) liczbę tę wydatnie zmniejsza: „przed zagładą i w czasie jej trwania nieustalona bliżej liczba Żydów, szacowana na dziesiątki tysięcy, szukała ratunku”. (Ocalonych nie mogło być chyba więcej niż tych, co ocalenia szukali.) Datner nie próbuje tu niczego oceniać procentowo, nie robi żadnych wyliczeń. Wypowiada luźne „przypuszczenie” i to wszystko. Z tego ogólnikowego i niezobowiązującego przypuszczenia zrobiono potem na kolanie konkretną i okrągłą liczbę „10 %”, nadzwyczaj poręczną propagandowo. Liczba ta jest czystym zmyśleniem, a branie jej za punkt wyjścia do jakichkolwiek wnioskowań czy dyskusji dyskwalifikuje je z góry metodologicznie. Prawdziwy historyk nie wychodzi od procentowych fikcji.

 

8. Czytając Datnera, trafiłem na informacje i wypowiedzi wskazujące w całkiem innym kierunku niż paszkwile Centrum. Warto je przypomnieć.

W pracy „Zbrodnie …” Datner podaje oryginalny tekst rozporządzenia Hansa Franka z 5.X.1941 zabraniającego pomocy Żydom. Wielu o nim w Polsce słyszało, mało kto je zna. Brzmiało tak: „§ 4b: (1) Żydzi, którzy (…) opuszczają wyznaczoną im dzielnicę, podlegają karze śmierci. Tej samej karze podlegają osoby, które takim Żydom świadomie dają kryjówkę. (2) Pomocnicy podlegają tej samej karze jak sprawca, czyn usiłowany będzie karany jak czyn dokonany.”

W świetle tego rozporządzenia trzeba czytać, co Datner pisze o ówczesnych postawach duchowieństwa i polskiej wsi. O pierwszej: „Piękną kartę w dziele ratowania Żydów zapisało duchowieństwo katolickie, zarówno świeckie, jak i zakonne”. („Zbrodnie …” s. 133). O drugiej: „Przeszło dwadzieścia lat temu, w 1945 roku, autor niniejszej pracy pisał: ‘W województwie białostockim kilkuset Żydów, którzy uratowali się, zawdzięcza to przede wszystkim odwadze, ofiarności i miłosierdziu polskich chłopów’”) – „Las …”, s. 7 – i odsyła do swojej pracy „Walka i zagłada białostockiego getta” (Centralna Żydowska Komisja Historyczna, Łódź 1946, s. 23). Podaje również ustaloną do wtedy listę nazwisk trzystu Polaków zamordowanych przez Niemców za pomoc Żydom.

Szymon Datner (1902-1989) opisał, co widział i przeżył, bo niemiecką okupację przetrwał na tamtych terenach. W jego słowach coś chwyta nas za serce: polski Żyd mówi tu o Polakach ludzkim głosem, życzliwie. Tak już nawykliśmy, że z tamtej strony płynie ku nam jedynie fala oszczerstw i mowa nienawiści – jak chociażby w tych oskarżycielsko-szczujących tytułach „Złote żniwa”, „Polowanie na Żydów”, „Koniec niewinności” – iż głos Datnera dobiega do nas jakby z innego świata, z jakiejś dawno zatopionej Atlantydy. Zestawmy go bowiem z głosem Centrum PAN. Na zakończenie cytowanego wywiadu ze Skibińską oburzony już dziennikarz mówi do niej: „(Gross) przedstawia Polaków jako dzikie plemię antysemitów, współodpowiedzialne za Holokaust”. Na co ona: „Obawiam się, że muszę się z Grossem zgodzić”. A nowy dyrektor ŻIH skwapliwie jej basuje, choć był zięciem Datnera.

Polska profesura milczy. Milczą zwłaszcza członkowie Polskiej Akademii Nauk, którzy in corpore własnymi nazwiskami poczynania tego pseudo-naukowego „Centrum PAN” firmują. Obojętność to czy strach? Nie oglądając się więc na nich, trzymajmy się prostej zasady: bez własnego sprawdzenia nie wierzyć niczemu, co z tego „Centrum” wychodzi. A te „10%” i „120 tys.” włóżmy między bajki.

 

Opracował Aleksander Szumański "Głos Polski" Toronto

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

http://www.rp.pl/artykul/310528.html

 

http://nczas.com/publicystyka/antypolonizm-rozmowy-sommera-z-michalkiewiczem-o-nienawisci-wobec-polakow/

 

http://nczas.com/publicystyka/fikcyjne-10-czyli-ilu-zydow-zabili-polacy/

 

prof. Bogusław Wolniewicz "Fikcyjne 10 procent, czyli Ilu Żydów zabili Polacy?"

 

"Najwyższy Czas!" - dwutygodnik konserwatywno-liberalny.

 

 

 

 

7/ SOLIDARNOŚĆ WALCZĄCA 1982 – 1992

IGOR JANKE "TWIERDZA SOLIDARNOŚĆ WALCZĄCA - PODZIEMNA ARMIA" WARSZAWA 2014.

KAPITALNA POZYCJA, FANTASTYCZNE OPISANIE FUNKCJONOWANIA TEJ ORGANIZACJI.

 

Solidarność Walczącą utworzyło w początkach czerwca 1982 r. grono działaczy Regionalnego Komitetu Strajkowego (RKS) NSZZ „Solidarność” Dolny Śląsk, skupionych wokół szefa pionu propagandy RKS Kornela Morawieckiego. Podstawową przyczyną nieporozumień i ostatecznego rozłamu w RKS było narastające od kilku miesięcy rozczarowanie części działaczy polityką prowadzoną przez kierownictwo RKS, skupione wokół Władysława Frasyniuka. Do podstawowych kwestii spornych należały: zmiana stanowiska przywódcy RKS w kwestii powołania scentralizowanego kierownictwa podziemia (Ogólnopolski Komitet Oporu), jego sprzeciw wobec organizacji manifestacji ulicznych oraz przywiązanie do koncepcji regularnego wywoływania krótkotrwałych strajków, destrukcyjnie wpływających na zakładowe struktury związkowe.

Z dużą niechęcią przyszłe środowisko SW odniosło się również do ugodowych tez Prymasowskiej Rady Społecznej z kwietnia 1982 r., akceptowanych przez główny nurt solidarnościowej konspiracji.

Pierwszym widocznym przejawem istnienia nowej struktury było pojawienie się na podziemnym rynku wydawniczym pisma zatytułowanego „Solidarność Walcząca”. Już na pierwszej stronie odpowiadano na zasadnicze pytanie:

 

„Dlaczego walka?

 

Aby zwyciężyć.

 

Aby obronić najsłabszych i tych, którzy cierpią nędzę, głód i więzienie.

 

Aby nie dać się zniewolić.

 

Aby być wiernym tradycji Ojców i Dziadów: "Za Waszą i naszą wolność".

 

Aby pokazać światu, iż złu i przemocy można i trzeba się przeciwstawić.

 

Aby nie zatracać się w biernym oporze, lecz wspomagać go czynem.

 

Aby doprowadzić do sprawiedliwej społecznej ugody.

 

Aby dać świadectwo naszej godności.

 

Aby żyć”.

 

Pierwszym sukcesem SW były manifestacje zorganizowane 13 i 28 czerwca 1982 r. we Wrocławiu. Na wezwanie redakcji nowego pisma na ulice miasta wyszły tysiące wrocławian. Demonstracje przekształciły się w wielogodzinne walki uliczne, wznoszono barykady, niejednokrotnie zmuszając oddziały ZOMO do wycofania się.

1 lipca 1982 r. powołano Porozumienie Solidarność Walcząca, tworzone przez środowiska skupione wokół pisma o tym samym tytule. Za podstawowy cel uznano „walkę o Rzeczpospolitą Solidarną”. Formuła Porozumienia szybko okazała się niewystarczająca i 11 listopada 1982 r. formalnie przekształcono je w scentralizowaną organizację.

Mimo iż opuszczeniu RKS towarzyszyły spore emocje, starano się operację tę przeprowadzić w sposób możliwie dżentelmeński. Redagowanie głównego organu wrocławskiego podziemia – „Z dnia na dzień” – przekazano nowej ekipie w połowie czerwca 1982 r.

Podziemnym drukarniom pozostawiono wolny wybór – drukowanie nowego pisma, pozostanie przy powielaniu „Z dnia na dzień” lub też druk obu gazetek.

Część osób, niezbędnych dla funkcjonowania RKS, na wyraźną prośbę Kornela Morawieckiego pozostało w dotychczasowej strukturze.

Po okrzepnięciu wrocławskich struktur organizacji zaczęto myśleć o rozszerzeniu jej działalności na inne rejony. Solidarność Walcząca przyciągała działaczy podziemia poszukujących skutecznych metod walki z systemem komunistycznym, w wielu przypadkach rozczarowanych umiarkowaną polityką liderów związku. Jako pierwsze zaczęły powstawać komórki SW na Dolnym Śląsku i pogranicznych obszarach sąsiednich regionów. Przeważnie były to jednak struktury o charakterze kolportażowym.

Pierwszy oddział Solidarności Walczącej powstał w październiku 1982 r. w Katowicach. Jego liderem był Sławomir Bugajski, z czasem wiodącą rolę zaczęła odgrywać Jadwiga Chmielowska. Współpracowali z nimi między innymi ukrywający się od 13 grudnia 1981 r. Lesław Frączek, Barbara Kowalczyk, Anna Gorgoń i Włodzimierz Lesisz. Wydawano dwa pisma – „Wolni i Solidarni” oraz „Podziemny Informator Katowicki”.

Kilka miesięcy później powstał odział lubelski, którym kierowali Krzysztof Duszkiewicz, Weronika Falicka - Jezior i Andrzej Patyra. Główną formą aktywności tej grupy była działalność wydawnicza. Solidarność Walcząca w Lublinie znacznie osłabła po emigracji Duszkiewicza i Patyry w 1987 r.

Również w 1982 r. powstały pierwsze struktury SW w Gdańsku, okazały się one jednak nietrwałe. Niedługo także przetrwała grupa skupiona wokół pisma „Ziemia Gdańska”. Ostatecznie oddział SW w Trójmieście utworzono dopiero pod koniec 1984 r. Kierowali nim Ewa Kubasiewicz i Andrzej Kołodziej, ważną rolę odgrywali również Marek Czachor, Wiesława Kwiatkowska i Roman Zwiercan. Publikowano własną edycję „Solidarności Walczącej”, z czasem także inne pisma. Poligrafia SW w Gdańsku drukowała też pisma innych grup i organizacji.

Inicjatorem powołania oddziału poznańskiego SW był Maciej Frankiewicz, wsławiony brawurowymi ucieczkami z aresztu. Oddział powstał we wrześniu 1983 r., aczkolwiek już wcześniej nawiązano kontakty z Wrocławiem. Jego współtwórcami byli Szymon Jabłoński i Szymon Łukasiewicz. Obok własnej „Solidarności Walczącej” wydawano liczące się periodyki „Czas” i „Czas Kultury”.

W 1984 r. powołany został oddział rzeszowski SW, którego organem prasowym była „Galicja”, w mniejszym nakładzie wydawano także pismo „Solidarność Zwycięży”.

Niestety jego liderzy (Antoni Kopaczewski, Andrzej Kucharski i Janusz Szkutnik) szybko zostali otoczeni przez liczne grono agentów SB.

Oddział rzeszowski był jedyną istotną strukturą SW spenetrowaną przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa. Najprawdopodobniej działalności SB przypisać należy także powołanie efemerycznego oddziału w Pile. Prowokacja została jednak szybko zdemaskowana.

W początkach 1986 r. powstał oddział Solidarności Walczącej w Szczecinie. Utworzyła go grupa osób wydających wcześniej pismo „Jedność”, skupionych wokół Krzysztofa Korczaka i Stanisława Janusza. Wkrótce rozpoczęto edycję nowego periodyku zatytułowanego „Gryf”. W tym samym roku Marianna Błaszczak (obecnie Samlik) oraz Elżbieta Mossakowska powołały niewielki oddział SW w Toruniu. Również i ta struktura wydawała własną „Solidarność Walczącą”.

W wielu innych miastach przez dłuższy czas nie doszło do utworzenia oddziałów SW, aczkolwiek istniały w nich struktury organizacji. W Warszawie od 1985 r. tworzył je Adam Borowski, radykalny działacz Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu „Solidarności”, owiany legendą uwolnienia aresztowanego Jana Narożniaka.

Głównym polem aktywności była działalność wydawnictwa „Prawy Margines”, którego nakładem ukazywały się liczne książki oraz pismo „Horyzont”. W stolicy działała również odrębna struktura, powołana przez grupę działaczy młodzieżowych na czele z Adamem Cymborskim i Jackiem Guzowskim. Wydawali oni kilka pism („Alternatywa”, „WiS”, „Warszawski Biuletyn Uliczny”), specjalizowali się w organizacji demonstracji i innych akcji ulicznych.

W Krakowie zwolennicy SW skupili się wokół pisma „Solidarność Zwycięży” (później „Solidarność Walcząca Zwycięży”), przyjmując następnie nazwę Porozumienie Prasowe Solidarność Zwycięży.

W 1984 r. grupa ta została zaprzysiężona, do 1989 r. nie zdecydowano się jednak na powołanie oddziału krakowskiego Solidarności Walczącej. Wśród osób zaangażowanych w działalność SW w Krakowie wymienić można m.in. Piotra Hlebowicza, Krzysztofa Ochela i Mariana Stachniuka.

W Łodzi liderami oddziału SW byli Włodzimierz Domagalski, Piotr Jaworski i Krzysztof Napieralski. Organem tej struktury była „Wolność”. Komórki Solidarności Walczącej istniały także w szeregu innych miast, m.in. w Częstochowie, Jeleniej Górze, Kaliszu, Kielcach, Koninie, Opolu i Wałbrzychu. Gwałtowny rozwój organizacyjny SW nastąpił na przełomie 1988 i 1989 r., kiedy to powstały komórki w Białymstoku, Bielsku-Białej, Gorzowie Wielkopolskim, Krośnie, Siedlcach, Stargardzie, Suwałkach i Tarnobrzegu.

Obok struktur o charakterze regionalnym w drugiej połowie lat osiemdziesiątych powoływano także grupy zakładowe. Istniały one m.in. w Zakładach Cegielskiego w Poznaniu, Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, Stoczni Gdańskiej, wrocławskich zakładach „Wrozamet” i MPK, Jelczańskich Zakładach Samochodowych, kilku śląskich i wałbrzyskich kopalniach.

Wszystkie grupy SW cieszyły się dużą autonomią. Same mogły decydować o wyborze najskuteczniejszych ich zdaniem metod i form działania. Kanały łączności z wrocławską centralą były stosunkowo luźne, dodatkowo obwarowane siecią śluz i zabezpieczeń. Silnym spoiwem całej organizacji była głęboka więź ideowa i wspólne przekonanie o konieczności prowadzenia bezkompromisowej walki z systemem komunistycznym.

Solidarność Walcząca posiadała także sieć przedstawicieli w krajach Zachodu.

Już w 1982 r. pierwszym (początkowo niejawnym) przedstawicielem zagranicznym Solidarności Walczącej został mieszkający w Londynie Tadeusz Warsza.

Od 1984 r. SW na terenie RFN reprezentował Andrzej Wirga. Po emigracji do Francji niejawnym przedstawicielem SW została Ludwika Ogorzelec, podobną działalność w Szwajcarii prowadziła Ewa Zając.

W 1987 r. powstały dalsze przedstawicielstwa: we Francji (Rafał Gan-Ganowicz), Norwegii (Jerzy Jankowski), Kanadzie (Zbigniew Bełz) i USA (Jarosław Świątek).

Każdy z przedstawicieli skupiał wokół siebie krąg współpracowników. Funkcję szefa zagranicznych struktur SW objęła, w momencie wyjazdu do Francji, Ewa Kubasiewicz.

Przedstawicielstwa pełniły dwojaką funkcję. Ich zadaniem było informowanie polskiej emigracji oraz społeczeństw wolnego świata o działalności Solidarności Walczącej. Ważniejsze jednak było pozyskiwanie funduszy dla organizacji oraz organizowanie transportu do kraju sprzętu i materiałów (głównie poligraficznych). Wykorzystywano do tego zarówno stałe kanały przerzutowe (niestety w dużej mierze kontrolowane przez SB), jak i przygodne okazje.

Obok własnych przedstawicieli, SW kontaktowała się także z reprezentantami struktur emigracyjnych, zajmujących się pomocą dla podziemia. Jednym z najważniejszych ośrodków była Niezależna Agencja Polska w Lund (Szwecja), kierowana przez Józefa Lebenbauma, z którym blisko współpracował Marian Kaleta.Ośrodek ten nie tylko dostarczał sprzęt dla SW, ale również podejmował próby uzyskania stałego wsparcia finansowego dla organizacji ze strony czynników amerykańskich. Bliską współpracę nawiązano także z redakcją wydawanego w Berlinie Zachodnim periodyku „Pogląd”. Wsparcia SW udzielała londyńska „Solidarity with Solidarity”, a także redaktor paryskiej „Kultury” Jerzy Giedroyc. W lutym 1986 r. podpisano porozumienie o współpracy z chicagowskim Ruchem Społeczno-Politycznym „Pomost”.

 

Aby zostać członkiem SW należało w obecności świadków złożyć przysięgę następującej treści:  „Wobec Boga i Ojczyzny przysięgam walczyć o wolną i niepodległą Rzeczpospolitą Solidarną, poświęcać swe siły, czas – a jeśli zajdzie potrzeba – swe życie dla zbudowania takiej Polski. Przysięgam walczyć o solidarność między ludźmi i narodami. Przysięgam rozwijać idee naszego Ruchu, nie zdradzić go i sumiennie spełniać powierzone mi w nim zadania”. Jednakże działalność w Solidarności Walczącej była możliwa także i bez złożenia przysięgi. W latach 1987–1988 – według szacunków Służby Bezpieczeństwa – organizacja liczyła około 500 zaprzysiężonych członków i 1100 aktywnych sympatyków. Dane te są trudne do weryfikacji, zważywszy z jednej strony fakt głębokiej konspiracji wielu struktur, a z drugiej – zniszczenie znacznej części dokumentów dotyczących SW.Działalnością organizacji kierowała Rada złożona z kilkunastu osób. Decyzje podejmowano większością dwu trzecich głosów. Większość członków Rady nadzorowała jednocześnie poszczególne piony organizacji. Po fali aresztowań w 1984 r. powołano również węższe ciało – Komitet Wykonawczy. Potrzeba taka wynikała m.in. z faktu, iż szeroki skład Rady prowadził niekiedy do paraliżu decyzyjnego lub też niekończących się dyskusji.

Dominującą pozycję w Solidarności Walczącej miał jednak jej przewodniczący – Kornel Morawiecki.

Siłą swojego autorytetu rozstrzygał pojawiające się spory, a wiele decyzji podejmował jednoosobowo. Ważną rolę odgrywały także spotkania przedstawicieli oddziałów z reprezentantami wrocławskiej „centrali”.

Duże znaczenie przywiązywano do sfery symbolicznej. Doceniano chociażby znaczenie faktu ukrywania się liderów organizacji (mimo iż płacili oni za to ogromną cenę), w tym przede wszystkim Kornela Morawieckiego.

W programowym tekście „Jaka Polska?”, opublikowanym jesienią 1986 r. (a więc po szumnie ogłoszonej amnestii i w okresie silnej presji na przejście do działalności półjawnej) pisał on:

„Od zaciskania pasa – do czego przywykliśmy aż nadto przez lata komunistycznego bałaganu i niesprawiedliwości – lepsze jest zaciskanie pięści. Wzrost świadomości i samoorganizacji społecznej, dojrzała determinacja przywódców i siła gniewnych mas – to tylko, w połączeniu z ewolucją sytuacji międzynarodowej, może zmusić komunistyczne władze do ustępstw, tak ekonomicznych, jak i politycznych.

Pozostanę tu, gdzie jestem. Organizacja, którą kieruję, stawia sobie za cel zadanie pokonania komunizmu, wywalczenia wolnej Rzeczpospolitej Solidarnej. Sądzę, że tym zadaniom lepiej będę służył ukrywając się, niż ujawniając”.

Od początku istnienia Solidarności Walczącej jednym z najważniejszych obszarów jej działalności była aktywność wydawnicza. Prowadzono ją głównie pod szyldem Agencji Informacyjnej Solidarności Walczącej.

Łącznie w latach 1982–1989 publikowano około stu tytułów własnych pism. Dominowały wśród nich organy poszczególnych struktur regionalnych (z czasem także zakładowych), od początku towarzyszyły im jednak także periodyki o „poważniejszym” charakterze, publikujące szersze teksty na tematy polityczne, ideowe, kulturalne.

Obok wspomnianego wcześniej „Czasu Kultury” był to przede wszystkim wychodzący od 1979 r. „Biuletyn Dolnośląski”. Głównym organem prasowym SW była wrocławska „Solidarność Walcząca”, drukowana w wielu ośrodkach z matryc dostarczanych ze stolicy Dolnego Śląska.

Jej przeciętny nakład wynosił 20 tys. egzemplarzy. Solidarność Walcząca drukowała także dziesiątki pism innych struktur opozycyjnych. Wydano ponadto szereg książek, do największych przedsięwzięć tego rodzaju należała edycja (w nakładzie 2 tys. egzemplarzy) 4 tomów Archipelagu Gułag Aleksandra Sołżenicyna.

Duże znaczenie propagandowe, a także finansowe, posiadał druk znaczków pocztowych (w ramach Poczty Solidarności Walczącej) oraz kalendarzy i plakatów.

 

Od samego początku Solidarność Walcząca była również obecna w eterze. Pierwsze przygotowania poczyniono jeszcze w okresie działalności w RKS. Próbną audycję, o bardzo ograniczonym zasięgu, wyemitowano już 27 czerwca 1982 r.

Kolejne nadawano w odstępach tygodniowych. Do września realizowała je ekipa Romualda Lazarowicza, następnie pracami kierował Krzysztof Tenerowicz, a od 1984 r. – Jan Krusiński.

Nadajniki konstruowano we własnym zakresie, z czasem także przy wykorzystaniu części nadsyłanych z Zachodu. Łącznie wyemitowano setki audycji. Realizowano je także poza Wrocławiem, a najsilniejsze ośrodki SW posiadały własne nadajniki. Ekipa Radia SW 31 sierpnia 1982 r. we Wrocławiu przeprowadziła jedyną w dziejach podziemnej radiofonii audycję „na żywo”, relacjonując przebieg manifestacji w rocznicę porozumień sierpniowych.Ponieważ zdawano sobie sprawę, iż niemożliwym jest obalenie systemu komunistycznego tylko w jednym kraju, podejmowano liczne działania zmierzające do „eksportu kontrrewolucji” do innych państw bloku sowieckiego, a także do samego „Kraju Rad”. Już pod koniec 1983 r. zaczęto wydawać pismo w języku czeskim pt. „Opinie”. Zawierało ono tłumaczenia artykułów z polskiej prasy niezależnej. Z czasem zmieniono jego tytuł na „Názory” oraz poprawiono jakość słabych z początku tłumaczeń. Od połowy lat osiemdziesiątych zorganizowano przerzut oraz wysyłkę wydawnictw za wschodnią granicę Polski (w językach: białoruskim, rosyjskim i ukraińskim). Kolportowano je także w sowieckich garnizonach. Początkowo były to głównie ulotki, później również broszury (np. przełożono na rosyjski Małego konspiratora). Mniejszy zasięg miały akcje podejmowane na odcinku węgierskim.

Działalność na Wschodzie nabrała tempa po utworzeniu na przełomie 1987 i 1988 r. autonomicznego Wydziału Wschodniego Solidarności Walczącej, w którym aktywnie działali Jadwiga Chmielowska i Piotr Hlebowicz.

Stopniowo nawiązywano kontakty z organizacjami i pojedynczymi osobami działającymi na rzecz niepodległości swoich narodów. Z czasem obok „bibuły”, rozpoczęto także dostawy sprzętu poligraficznego. Ułatwiano pierwsze kontakty władz polskich z wybijającymi się na niepodległość dawnymi republikami sowieckimi. Od końca 1990 r. działalność tę prowadzono w ramach współtworzonego przez SW Centrum Koordynacyjnego Warszawa ’90.

Myśl polityczna i program SW kształtowały się stopniowo. Od samego początku pojawiło się kilka generalnych zasad:

odrzucenie systemu komunistycznego i dążenie do jego obalenia (przy wykorzystaniu wszelkich dostępnych metod, w razie potrzeby także walki zbrojnej), a nie reformy, pragnienie odzyskania niepodległości i budowy wolnej, demokratycznej Polski – Rzeczpospolitej Solidarnej.

Ostateczny kształt Zasady ideowe i program Solidarności Walczącej  zyskały w czerwcu 1987 r. Przewidywano w nich rychły upadek systemu komunistycznego, proroczo brzmią dzisiaj słowa:

„Po wyrwaniu się z komunizmu nie od razu zapanuje dobrobyt. Czeka nas pot i mozół. Nie na wiele będzie nas stać. Satysfakcję materialną osiągniemy po czasie, ale prędkiej radości dostarczy nam sensowna, dobrowolna praca dla siebie i dla Polski”.

Solidarność Walcząca, w odróżnieniu od wielu innych organizacji, uznawała, iż pluralizm opozycyjnej sceny politycznej i wielość metod walki jest zaletą, a nie wadą.

Już w 1983 r. w „Solidarności Walczącej” ukazał się tekst pod znamiennym tytułem „Jedność” nie znaczy „jednolitość”, w którym pisano:

„Nasza jedność to wspólny cel – Polska wolna i demokratyczna. Nasza jedność nie powinna jednak oznaczać „ujednolicenia” naszych działań i myśli. (...). Całym naszym życiem rządziły „ujednolicające” nas instytucje. Dlatego też powstające w podziemiu różnorodne propozycje i formy działania wypowiadają jednocześnie walkę komunistycznemu ujednoliceniu (...). Różnorodność działań przeraża władzę, utrudnia planowanie i prowadzenie walki przeciw społeczeństwu (...). Musimy uczyć się pluralizmu, jest to nasza broń przeciwko totalitaryzmowi”.

Bardzo ważną rolę w przetrwaniu SW odgrywała kwestia ścisłego przestrzegania zasad konspiracji.

Działacze organizacji byli szkoleni w zakresie stosowania reguł konspiracyjnego „BHP”, a także uczono ich np. prowadzenia samoobserwacji, gubienia SB - ckich „ogonów”.

Długotrwałe ukrywanie się niektórych działaczy możliwe było nie tylko dzięki ofiarności właścicieli mieszkań, lecz także budowie skutecznego systemu „śluz”. Dzięki niemu bezpieka nie była w stanie, podążając np. za łącznikiem, wykryć miejsca spotkania z Kornelem Morawieckim lub inną osobą.

Konsekwentnie prowadzono, zapoczątkowaną jeszcze w okresie aktywności w RKS, działalność kontrwywiadowczą. Opierała się ona przede wszystkim na systematycznym i nieprzerwanym nasłuchu aktywności SB i MO w eterze.

W skanery służące do nasłuchu starano się wyposażyć wszystkie komórki organizacji. Stosowano także samoobserwację, zmierzającą do wykrycia faktu inwigilacji poszczególnych osób i miejsc.

Podejmowano próby rozpracowania poszczególnych funkcjonariuszy SB, informacje uzyskiwano także od „podwójnych agentów” – osób zwerbowanych przez bezpiekę za wiedzą i zgodą organizacji. Działalność kontrwywiadowcza znacząco utrudniała poczynania SB, przyczyniła się do sparaliżowania wielu jej działań, a nawet do zdekonspirowania części agentury.

Stąd też Służba Bezpieczeństwa nie mogła pochwalić się zbyt wieloma sukcesami w walce z Solidarnością Walczącą. Jedyne poważniejsze informacje na temat struktury, składu osobowego itp. uzyskano po załamaniu się pojedynczych osób w śledztwie.

Pierwszy taki przypadek miał miejsce na przełomie 1983 i 1984 r., kiedy to aresztowano jednego z ważniejszych działaczy organizacji. Nie wytrzymał on stosowanych metod śledztwa i podał SB wiele szczegółów dotyczących struktury SW oraz danych jej członków.

Przyczyniło się to do wielkiej fali aresztowań, które jednak nie doprowadziły do sparaliżowania działalności organizacji. Po amnestii z lipca 1984 r. wiele z aresztowanych osób powróciło, mimo nieustannej inwigilacji, do działalności podziemnej.

 

Drugi taki przypadek miał miejsce latem 1986 r., kiedy to załamał się jeden z aresztowanych działaczy pionu druku i kolportażu. Podał on bezpiece wszystkie posiadane przez siebie informacje, które znacząco poprawiły stan wiedzy funkcjonariuszy resortu. Mimo licznie podejmowanych prób, nie udało się wprowadzić agentury do kierownictwa organizacji.

Największy sukces w walce z Solidarnością Walczącą SB odniosła 9 listopada 1987 r., kiedy to aresztowano Kornela Morawieckiego i Hannę Łukowską - Karniej.

Nie był to jednak wynik misternej operacji wywiadowczej, lecz żmudnej obserwacji dziesiątek miejsc, w których mógł się pojawić Kornel Morawiecki. Złamał on, niestety, przestrzegane dotychczas z żelazną konsekwencją zasady konspiracji i pojawił się w „spalonym”, namierzonym ponad rok wcześniej przez bezpiekę mieszkaniu.

Po ujęciu Kornela Morawieckiego na czele organizacji stanął Andrzej Kołodziej. Gdy i on został aresztowany, Komitetem Wykonawczym kierowała Jadwiga Chmielowska.

Ponieważ nie udało się wytoczyć liderom SW zaplanowanego wcześniej procesu z oskarżeniem o terroryzm (zmienionym następnie na... „przemyt urządzeń elektronicznych o wielkiej wartości”), władze PRL podstępem deportowały ich na Zachód.

Pretekstem stała się rzekoma choroba nowotworowa Kołodzieja. Po nieudanej próbie natychmiastowego powrotu do kraju Kornel Morawiecki udał się w kilkumiesięczną podróż po krajach Zachodu, starając się pozyskać wsparcie polskiej emigracji i zachodnich polityków dla walki prowadzonej przez SW.

Na wieść o wybuchu kolejnej fali strajków, w sierpniu 1988 r., lider Solidarności Walczącej powrócił do kraju i ponownie stanął na czele organizacji.

Solidarność Walcząca nie zaakceptowała rozmów z komunistami, prowadzonych najpierw w Magdalence, później przy Okrągłym Stole.

 

Wychodzono z założenia, iż tylko odwlekają one nieuchronny upadek totalitarnego systemu i oznaczają rezygnację z demokratycznych ideałów (ugoda za plecami społeczeństwa). Za wielkie zagrożenie uznawano ustanowienie stanowiska prezydenta wyposażonego w szerokie kompetencje, a przeznaczonego dla gen. Jaruzelskiego.

Wezwano do bojkotu wyborów z 4 czerwca 1989 r., a do tych, którzy zamierzali w nich uczestniczyć, apelowano o skreślanie wszystkich kandydatów reżimu. Podstawowym hasłem licznie organizowanych w tym czasie manifestacji było odsunięcie gen. Jaruzelskiego od władzy oraz rozpisanie wolnych wyborów.

Tym niemniej powstanie rządu Tadeusza Mazowieckiego powitano z ograniczoną nadzieją. Kornel Morawiecki życzył premierowi w liście otwartym, aby pod jego rządami „zdecydowanie rozszerzyła się przestrzeń wolności”.

W 1990 r. stopniowo odchodzono od działalności konspiracyjnej. W początkach lipca ujawnił się Kornel Morawiecki, rozpoczęto legalną działalność polityczną w ramach Partii Wolności.

Została ona jednak bardzo szybko zmarginalizowana. Start Morawieckiego w wyborach prezydenckich uniemożliwił fakt, iż w ostatniej chwili przed rejestracją jego kandydatury w niewyjaśnionych okolicznościach „zaginęła” część zebranych podpisów.

Solidarność Walcząca była w latach osiemdziesiątych drugą, po strukturach podporządkowanych TKK (a potem KKW), strukturą konspiracyjną działającą w skali ogólnopolskiej.

Opierała się na poświęceniu setek osób, które wytrwale i konsekwentnie działały na rzecz obalenia systemu komunistycznego w Polsce. Ich walka została w dużej mierze zapomniana, a sama organizacja po 1989 r. niejednokrotnie była dyskredytowana.

Dziś, po 25 latach od swego powstania, Solidarność Walcząca wychodzi z cienia.

Powyższy tekst jest zmienioną i rozszerzoną wersją artykułu opublikowanego w „Biuletynie Instytutu Pamięci Narodowej” (nr 4–5 z 2007 r., s. 36–43).

 "Zasady ideowe i program Solidarności Walczącej czerwiec 1987" (fragmenty).

Apel o pomoc w opisaniu historii Solidarności Walczącej

 

                                               Łukasz Kamiński

 

KORNEL MORAWIECKI

 

Kornel Andrzej Morawiecki (ur. 3 maja 1941 w Warszawie) – polski polityk, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, założyciel i przewodniczący Solidarności Walczącej, doktor fizyki, nauczyciel akademicki. Kandydat w wyborach prezydenckich w 2010.

Ojciec Mateusza Morawieckiego, prezesa zarządu Banku Zachodniego WBK SA.

Syn Michała i Jadwigi z Szumańskich. Maturę zdał w wieku 17 lat w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Warszawie w 1958 r. Studia wyższe ukończył na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Wrocławskiego w 1963 r. Doktorat pod kierunkiem prof. Jana Rzewuskiego z kwantowej teorii pola uzyskał w 1970 r.. Pracownik naukowy na Uniwersytecie Wrocławskim, początkowo w Instytucie Fizyki, następnie Matematyki. Od 1973 r. pracownik naukowy Politechniki Wrocławskiej.

W 1968 uczestniczył w fali strajków studenckich.

Po stłumieniu protestów studenckich wspólnie z Jerzym Petryniakiem, Zdzisławem Ojrzyńskim, Piotrem Plenkiewiczem, Ryszardem Trąbskim wydrukował i kolportował ulotki potępiające ówczesne władze komunistyczne za represje wobec protestujących studentów.

W podobnym, nieco rozszerzonym zespole, wydawał ulotki przeciwko tzw. interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w sierpniu 1968 r., a następnie przeciwko stłumieniu przez władze protestów robotniczych na Wybrzeżu w 1970 r.

W 1979 r. związał się od drugiego numeru z wydawanym we Wrocławiu niezależnym periodykiem „Biuletyn Dolnośląski” – od powstania drukowanym poza cenzurą w zakonspirowanych drukarniach.

Wraz z grupą przyjaciół (Jerzy Petryniak, Zbigniew Oziewicz, Janusz Goryl, Zbigniew Duszak, Włodzimierz Winciorek, Garret Sobczyk – Amerykanin) witał papieża św. Jana Pawła II w Warszawie, Częstochowie i Krakowie podczas pierwszej pielgrzymki w Polsce, białoczerwonym transparentem z napisem: „Wiara i Niepodległość”.

W czasie fali sierpniowych strajków 1980 r., które poprzedziły powstanie NSZZ „Solidarność” aktywnie wraz z „Biuletynem Dolnośląskim” włączył się w organizowanie strajków we Wrocławiu. Była to jedyna zorganizowana grupa opozycyjna inicjująca i wspierająca protesty we Wrocławiu.

W okresie tzw. pierwszej Solidarności przygotowywał i drukował wraz z Mikołajem Iwanowem i zespołem „Biuletynu Dolnośląskiego” odezwy po rosyjsku do żołnierzy sowieckich stacjonujących w Polsce, za co został aresztowany i sądzony. Był to pierwszy tego typu proces polityczny w PRL.

Był delegatem na I Krajowy Zjazd „Solidarności” z Regionu Dolny Śląsk. Z jego inicjatywy I Krajowy Zjazd Solidarności przyjął odezwę „Posłania do narodów Związku Radzieckiego i krajów Europy Wschodniej”, był jednym z jej autorów.

W momencie wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. uniknął aresztowania, ponieważ przewoził wieczorem sprzęt poligraficzny dla konspiracyjnej drukarni „Biuletynu Dolnośląskiego”.

Natychmiast z zespołem „Biuletynu Dolnośląskiego” zszedł do podziemia i korzystając z zakonspirowanej struktury, rozpoczął działalność poligraficzną.

Pierwszy numer podziemnego pisma w stanie wojennym w Polsce – „Z dnia na dzień” był drukowany w nocy z 13 na 14 grudnia i został kolportowany już rano 14 grudnia we Wrocławiu.

Był wydawcą prasy i wydawnictw Regionalnego Komitetu Strajkowego „Solidarność” we Wrocławiu, upoważniony przez ówczesnego przewodniczącego regionu Władysława Frasyniuka do wydawania i podpisywania oświadczeń w imieniu RKS.

Na przełomie maja i czerwca 1982 m.in. wspólnie z Pawłem Falickim założył „Organizację Solidarność Walczącą”, która była unikalną polityczną organizacją opozycyjną w Polsce oraz krajach bloku sowieckiego, ponieważ od momentu powstania (czerwiec 1982) jako jedna z nielicznych w swoim programie głosiła upadek komunizmu, niepodległość Polski i innych narodów zniewolonych przez komunizm, niepodległość republik radzieckich, zjednoczenie Niemiec przy zachowaniu narzuconych jałtańskim porządkiem granic powojennych.

9 listopada 1987 r. – po 6 latach konspiracyjnej działalności podziemnej – został zatrzymany przez Służbę Bezpieczeństwa we Wrocławiu. W wyniku jego aresztowania nie wpadło żadne mieszkanie, w którym się ukrywał, ani archiwa SW.

Natychmiast został przetransportowany helikopterem do Warszawy (SB obawiała się próby odbicia) i osadzony w areszcie na Rakowieckiej.

Z inicjatywy Konfederacji Polski Niepodległej w USA powstał Komitet na rzecz Uwolnienia Kornela Morawieckiego.

W wyniku gry operacyjnej SB Jan Olszewski (który miał być jego obrońcą w planowanym procesie) i Andrzej Stelmachowski namówili go 30 kwietnia 1988 r. do wyjazdu wraz z Andrzejem Kołodziejem do Włoch. Po trzech dniach podczas próby powrotu został deportowany z lotniska w Warszawie do Wiednia bez prawa powrotu.

Powrócił konspiracyjnie do kraju 30 sierpnia 1988.

W 1993 r. jego partia weszła w skład Ruchu dla Rzeczypospolitej.

Później działał w Ruchu Odbudowy Polski i zasiadał we władzach tej partii. W 1997 z ramienia ROP i w 2007 r. jako bezpartyjny z ramienia Prawa i Sprawiedliwości kandydował do Senatu.

Za działalność na rzecz niepodległości Polski decyzją rządu RP na uchodźstwie odznaczony przez prezydenta Kazimierza Sabbata Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

W czerwcu 2007 r. odmówił przyjęcia z rąk prezydenta Rzeczypospolitej proponowanego mu w 25-lecie powstania Solidarności Walczącej Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski, uznając, że reprezentowanej przez niego organizacji należy się najwyższe polskie odznaczenie – Order Orła Białego.

Do połowy 2009 był pracownikiem dydaktycznym Instytutu Matematyki Politechniki Wrocławskiej – prowadził zajęcia ze studentami.

6 stycznia 2010 r. ogłosił start w wyborach prezydenckich w tym samym roku z ramienia Solidarności Walczącej. Poinformował o prowadzeniu rozmów z osobami, które miałyby stworzyć jego honorowy komitet poparcia. Poparcia kandydatowi udzieliła też Konfederacja Polski Niepodległej – Obóz Patriotyczny, której prezes Adam Słomka został szefem sztabu wyborczego kandydata.

10 maja 2010 r. Kornel Morawiecki został zarejestrowany jako kandydat przez PKW. W wyborach zajął ostatnie, 10. miejsce z 0,13% poparcia. Jego wynik (21 596 głosów) to zaledwie ok. 1/5 ze 100 tys. podpisów, zebranych w celu rejestracji jego kandydatury w PKW. W drugiej turze zadeklarował oddanie głosu na Jarosława Kaczyńskiego.

W wyborach samorządowych w 2010 r. bez powodzenia kandydował z ramienia KWW Polski Kierunek do sejmiku województwa dolnośląskiego. W wyborach parlamentarnych w 2011 także bezskutecznie kandydował do Senatu z ramienia własnego komitetu „Wolni i Solidarni” w okręgu nr 8 (Wrocław Północ).

 

Jego kandydatura była popierana przez Prawo i Sprawiedliwość, które nie wystawiło tam swojego kandydata.

Od 2011 jest redaktorem naczelnym dwutygodnika „Prawda jest ciekawa – Gazeta Obywatelska”.

W sierpniu 2014 przeszedł zawał serca.

 

Ordery i odznaczenia

 

- Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski – 29 kwietnia 1988 r. nadany przez Prezydenta RP na Uchodźstwie, Kazimierza Sabbata „za pełną poświęcenia działalność dla idei wolności i niepodległości Polski”.

 

- Krzyż Solidarności Walczącej – 16 maja 2010 za działalność w strukturach Solidarności Walczącej

 

MATEUSZ MORAWIECKI

 

Zaangażowanie polityczne Mateusz Morawiecki ma niejako „w genach". Jest synem Kornela Morawieckiego, weterana antykomunistycznej opozycji w PRL, założyciela „Solidarności Walczącej", Marszałka Seniora Sejmu obecnej kadencji, szefa koła parlamentarnego Wolni i Solidarni. Urodził się w 1968 r. we Wrocławiu, gdzie w 1992 r. skończył studia na wydziale historii Uniwersytetu Wrocławskiego. Wrocław był w latach 80. uznawany za jedną z „twierdz" Solidarności, a Mateusz Morawiecki zaangażował się w działalność antykomunistyczną.

Encyklopedia Solidarności podaje, że po wprowadzeniu stanu wojennego był uczestnikiem opozycyjnych akcji propagandowych: malował napisy na murach, zrywał czerwone flagi, rozklejał plakaty, brał udział w druku i kolportażu podziemnej pracy.

Esbecy i milicjanci szukający jego ukrywającego się ojca, wielokrotnie przeprowadzali rewizje w jego mieszkaniu.

 

 

Kilkakrotnie dotkliwie pobili młodego Mateusza Morawieckiego i próbowali go zastraszyć, tak by wydał im przywódcę Solidarności Walczącej. „Kazano mu nawet kopać swój grób. Odgrażano się, że młodszą siostrę mogą zgwałcić nieznani sprawcy. Przeprowadziliśmy wtedy akcję odwetową.

Spaliliśmy wtedy domek letniskowy szefa wrocławskiej SB płk. Czesława Błażejewskiego, a równocześnie Kornel wysłał do niego list informujący, że jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo członków SW" – wspominał Wojciech Myślicki, w latach 80. działacz opozycji antykomunistycznej. „Od 1983 współpracownik Solidarności Walczącej, od 1987 struktury uczelnianej NZS na UWr. By uniknąć zatrzymania, w czasie matur przebywał na oddziale szpitalnym, który opuszczał w towarzystwie świadków tylko na egzaminy. W XI 1987 zatrzymany i pobity w czasie rozwieszenia transparentu na rusztowaniach przy pl. T. Kościuszki we Wrocławiu. Od 1987 członek zespołu redakcyjnego „Biuletynu Dolnośląskiego", autor także w „Solidarności Walczącej" i in. pismach.

W V 1988 i V 1989 uczestnik strajków okupacyjnych na Uniwersytecie Wrocławskim. W 1989 współzałożyciel Klubu Myśli Politycznej Wolni i Solidarni" – czytamy w notce dotyczącej Mateusza Morawieckiego w „Encyklopedii Solidarności". To, co przeżył w latach 80. na pewno przyczyniło się do ukształtowania jego mocnych, antykomunistycznych poglądów. Poglądów, które czasem szokują mieszkańców postkomunistycznego kraju. – Jestem za tym, żeby ten relikt panowania komunizmu zniknął z centrum Warszawy. Marzę o tym od 40 lat – mówił jakiś czas temu o Pałacu Kultury i Nauki.

W trakcie transformacji ustrojowej Solidarność Walcząca, bojkotująca porozumienia Okrągłego Stołu, została „odstawiona na boczny tor historii". W 1990 r. Kornelowi Morawieckiemu nie udało się nawet zebrać 100 tys. podpisów pod swoją kandydaturą na prezydenta. Zachłyśniętym „demokracją i kapitalizmem" Polakom program środowiska dawnej Solidarności Walczącej wydawał się wówczas zbyt radykalny – w tym sensie, że ostro kontestował to jak przebiegała transformacja ustrojowa. Kornel Morawiecki nie poddawał się jednak i przez następne kilkanaście lat walczył o powrót do wielkiej polityki. Udało to mu się dopiero w 2015 r., gdy dostał się do Sejmu kandydując z list ruchu Kukiz'15. Tym razem wyraźnie mu sprzyjała zmiana nastrojów społeczeństwa, coraz mocniej dostrzegającego różnego rodzaju patologie transformacji ustrojowej. Swoje zrobiło też... rosnące zainteresowanie historią wśród młodych Polaków.

 

SAMI PRZECIW WSZYSTKIM – „SOLIDARNOŚĆ WALCZĄCA”

PRAWDZIWA OPOZYCJA - HISTORIA

 

Za nami huczne obchody 25 - lecia „wolności”. Ile to my się nasłuchaliśmy, przez telewizyjne studia przetoczyły się tabuny ekspertów którzy to rzekomo „obalyły” komunę. Wtłaczano nam do głów, że to nasi bohaterowie którym powinniśmy być dozgonnie wdzięczni. Szkoda, że zamiast tych samych facjat – Michników, Wujców czy Wałęsów zapomniano o prawdziwych bohaterach. O tych, którzy nie układali się z komuchami, nie szli na kompromisy i zapłacili za to najwyższą cenę  – o działaczach „Solidarności Walczącej”.

Dziś zapomina się o roli Solidarności Walczącej, marginalizuje się jej działaczy, ignoruje się jej dokonania.

Oficjalna narracja promuje „Solidarność”, na czele której stał Wałęsa. To on wespół chociażby z Michnikiem są „ikonami polskiej walki o niepodległość”. Ich rola, również przy Okrągłym Stole przedstawiana jest jako dziejowe osiągnięcie.

Tylko, że efekty tego „dziejowego osiągnięcia” widzimy do dziś. Brak lustracji, dekomunizacji czy chociaż symbolicznego stwierdzenia winy komunistycznych zbrodniarzy.

Z głównego nurtu wyrzucono ludzi, którzy nie chcieli iść na kompromisy, których celem nie było dogadanie się z czerwonymi bandytami a całkowite obalenie tego zbrodniczego ustroju, jak Kornel Morawiecki, legendarny przywódca SW.

Jak czytamy w kapitalnej książce Igora Janke pt. „Twierdza. Solidarność Walcząca – podziemna armia” jedna z czołowych działaczek SW – Jadwiga Chmielowska mówiła:

„Chciałam doprowadzić do pełnej niepodległości Polski i obalenia komunizmu. Pamiętam moje spotkanie z Adamem Michnikiem w Katowicach w 1981 roku. (…)

Przekonywał mnie do finlandyzacji, do walki o ludzką twarz systemu. Odpowiedziałam mu: Ja nie chcę żadnej finlandyzacji, ani komunizmu z ludzką twarzą Kuronia, ja chcę wolnej Polski bez komunizmu”. Dalej Chmielowska kontynuuje: „Mówiłam, że Związek Radziecki trzeba rozpierdolić”.

Właśnie takie zdecydowane podejście członków SW było nie na rękę „głównej” Solidarności. Z każdym miesiącem drogi – współpracujących dotychczas organizacji – rozjeżdżały się coraz bardziej.

Grupa kierowana przez Wałęsę była ugodowa. Chcieli się dogadać, osiągać kompromis, małymi kroczkami zdobywać mało znaczące przyczółki. Dla Morawieckiego i jego ludzi te półśrodki były nie do zaakceptowania.

„Koledzy” z „Solidarności” tego jednak nie rozumieli. Nie tylko nie pomagali, ale wręcz utrudniali. Przedstawiano ludzi związanych z SW jako ekstremę, radykałów czy wręcz oszołomów.

Taka opinia zakorzeniła się więc za granicą. Zachód postrzegał „SW” jako dysydentów Solidarności – mówi w książce Igora Janke Wojciech Myślecki i rozwija myśl:

„Wycięto nas z wszystkich kanałów pomocy dla Solidarności. A dysydentów traktuje się gorzej niż wrogów”.

W podobnym tonie wypowiada się Rafał Grupiński, który twierdzi wręcz że nawet część sprzętu przeznaczonego docelowo dla SW była przejmowana przez… Warszawę.

Bardziej ugodowa nastawiona opozycja po prostu blokowała wszelką pomoc dla nielubianych, bardziej radykalnych działaczy. Mimo tych trudności, mimo kłód rzucanych pod nogi na każdym kroku SW była zorganizowana wzorowo.

Własny kontrwywiad, stałe wydawanie podziemnej prasy i ulotek, liczne akcje dywersyjne i wodzenie za nos całej SB co doprowadzało zarówno funkcjonariuszy jak i ich przełożonych do białej gorączki.

Niechęć do SW czasem przybierała formę obrzydliwą.

Tak jak w przypadku jednej z historii zamieszonych w „Twierdzy”. Jeden z działaczy – Roman Zwiercan był prześladowany przez komunistyczny reżim, pewnego dnia „nieznani sprawcy” dopadli go i skatowali a następnie zostawili na środku ulicy.

Kiedy działacz SW był opatrywany przez chirurga jego koleżanka stwierdziła, że trzeba tę sprawę nagłośnić w Wolnej Europie bo inaczej reżim go po prostu zabije. Niestety to był okres „blokady” nałożonej na SW.

Wobec tego pojechano do domu Wałęsy i poproszono o pomoc w nagłośnieniu sprawy. Wałęsa tymczasem… odmówił i zaproponował wizytę w kościele św. Brygidy gdzie rozdawano paczki z pomocą.

Sam Zwiercan w książce Igora Janke komentuje to bardzo emocjonalnie: „Nie pomógł mi. Był to dla mnie szok. Poczułem się jak śmieć, jak żebrak, jak ktoś niechciany. Bardzo to przeżyłem. Był na mnie wściekły za to, że zrobiłem strajk, kiedy on je odwołał”.

Warszawska lewica była w ostrym sporze z Solidarnością Walczącą. Mazowiecki, Geremek, czy Lis nie chcieli drażnić władzy, domagali się ograniczenia władzy. Doszło do tego, że środowisko związane z Wałęsą zaczęło blokować prasę podziemną, drukowaną chociażby przez „Solidarność Walczącą”. Część działaczy opowiada, że środowisku związanemu z głównym nurtem „Solidarności” nie podobało się nawet mówienie o Moskwie. Uważano to za prowokowanie wroga i coś groźnego.

Kiedy aresztowano lidera „SW” – Kornela Morawieckiego, warszawska opozycja … odmówiła wspólnego wystąpienia o jego uwolnienie. Takie zachowanie, taka małostkowość i zawiść bolała szczególnie rodzinę Kornela.

Ostatecznie po burzliwych dyskusjach Solidarność Walcząca odmówiła negocjacji z komunistami przy Okrągłym Stole. Oni nie chcieli się układać z okupantem, oni chcieli go obalić, zniszczyć raz na zawsze.

Za swoją bezkompromisowość, cierpienie również w teoretycznie wolnej Polsce zostali okrzyknięci mianem „oszołomów”. Dziś w głównych mediach o tych bohaterach jest cicho.

Wypchnięto ich na margines. Karierę za to robią zdrajcy, którzy bratali się z komunistami, wychwalali ich, pili z nimi wódkę i bronili przed osądzeniem. Bardzo to smutne i znamienne. Dlatego pamiętajmy o tych o których główny przekaz milczy. O wielkich Polakach z „Solidarności Walczącej”.

A prywatnie zachęcam do lektury książki Igora Janke pt. „Twierdza. Solidarność Walcząca – podziemna armia”. Kapitalna pozycja, fantastycznie opisane funkcjonowanie tej organizacji.

 

Na podstawie: Igor Janke, „Twierdza. Solidarność Walcząca – Podziemna Armia”, Warszawa 2014 opracował Michał Górski.

 

Całość opracował Aleksander Szumański "Obywatelska" do zbioru publikacji "Nie tylko we Lwowie czerwony październik" wyd. AA Kraków 2018.

Aleksander Szumański , świadek historii - dziennikarz niezależny, korespondent światowej prasy polonijnej, akredytowany (USA) w Polsce w latach 2005 - 2012, ścigany i skazany na śmierć przez okupantów niemieckich.

Kombatant - Osoba Represjonowana - zaświadczenie o uprawnieniach Kombatantów i Osób Represjonowanych nr B 18668/KT3621

 

 http://parezja.pl/sami-przeciwko-wszystkim-solidarnosc-walczaca-prawdziwa-opozycja/

 

 www.parezja.pl

 

 

8/  HOLOKAUST POLAKÓW W ZSRS W LATACH 1937 - 1938

          WYKŁAD PROF. ANDRZEJA NOWAKA

 

Rozkaz 00485 z 11 sierpnia 1937 r., wydany przez szefa NKWD Nikołaja Jeżowa, pociągnął za sobą śmierć 111 091 Polaków. Jedyne kryterium ludobójstwa - etniczne. Niewiele pamiętamy. Coraz mniej wiemy o naszej wspólnej historii. Niedawna wypowiedź rzecznika SLD, w której umiejscowił on Powstanie Warszawskie w 1988 roku, nie jest już dzisiaj niczym wyjątkowym. To raczej typowy obraz polskiej świadomości historycznej przeoranej przez maszynerię obojętności i zapomnienia, sprawnie funkcjonującą w III RP. Poza jednym wyjątkiem, który symbolizuje Jedwabne (historografia prof.  Marka Jana Chodakiewicza): wytrwała praca najpotężniejszych ośrodków medialnych tej samej III RP, by czas II Wojny Światowej kojarzył się dzisiejszym Polakom ze wstydem współodpowiedzialności za Holokaust ludności żydowskiej. Na szybko kurczącym się skrawku wspólnej pamięci narodowej walczymy o to, by poza Jedwabnem utrzymać także wspomnienie Westerplatte, Monte Cassino, Powstania Warszawskiego, nie tylko bohaterskich walk, ale i cierpień zadanych polskiej wspólnocie w czasie II apokalipsy. Tego miejsca jest już tak mało, że niekiedy nawet obrońcy pamięci o Katyniu traktowani są jako swego rodzaju rywale dla tej grupy, dla której szczególnie bolesna jest pamięć masowych zbrodni nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej w latach 1943-1944, a jedni i drudzy wydają się zabierać przestrzeń publicznej żałoby tym, dla których najważniejsze w oczywisty sposób pozostaje ludobójstwo niemieckie na Polakach i setki jego symboli: Bydgoszcz, Piaśnica, Stutthof, Palmiry, Dachau, Pawiak, Auschwitz...

 

 

 

 

 

ROZKAZ 00485

 

Czy możemy jeszcze coś zmieścić w tym krajobrazie pamięci polskich bohaterów i ofiar tragicznej historii XX wieku, kiedy wszelka polska martyrologia jest tak wyśmiewana, przyjmowana zaporowym ogniem szyderstwa najpotężniejszych mediów i wykreowanych w nich autorytetów? Nie wiem, czy możemy. Wiem, że musimy - bo to nasz, nie tylko polski, ale po prostu ludzki obowiązek. Musimy do kalendarium naszej zbiorowej pamięci wprowadzić jeszcze jedną datę, symbol losu Polaków i zarazem wspomnienie ponad 150 tysięcy konkretnych istnień ludzkich, przekreślonych jednym rozkazem wydanym przez najbardziej zbrodniczy system w historii XX wieku. Musimy przypomnieć rozkaz 00485 z 11 sierpnia 1937 r. szefa NKWD Nikołaja Jeżowa na podstawie wydanej dwa dni wcześniejszej decyzji Politbiura Wszechrosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików). To rozkaz o ludobójstwie Polaków mieszkających w ZSRS. Nie było wcześniej pojedynczego dokumentu, który pociągnąłby za sobą świadomą likwidację tak wielkiej liczby ludzi na podstawie kryterium etnicznego. Jeżow ogłosił walkę z "faszystowsko-powstańczą, szpiegowską, dywersyjną, defetystyczną i terrorystyczną działalnością polskiego wywiadu w ZSRS", jaką rzekomo miała prowadzić gigantyczna siatka Polskiej Organizacji Wojskowej (POW - rozbita już całkowicie na terenie państwa sowieckiego w 1921 r.). Stawiał też jasno zadanie podległym służbom NKWD w całym państwie: "całkowita likwidacja nietkniętego do tej pory, szerokiego, dywersyjno-powstańczego zaplecza POW i podstawowych ludzkich rezerw ("osnownych ljudskich kontingientow") wywiadu polskiego w ZSRS". Owo "zaplecze" i "podstawowe rezerwy" mogli tworzyć wszyscy, którzy mieli wpisaną do paszportów narodowość polską. Według spisu powszechnego w ZSRS, w 1926 roku było takich osób 782 tysiące. Według następnego spisu, z 1939 roku, liczba Polaków w ZSRS zmniejszyła się do 626 tysięcy. To był właśnie efekt systemu bezprecedensowych prześladowań, jakim poddani zostali w państwie Stalina Polacy. Ponad 150 tysięcy - rozstrzelanych (nie tylko w latach 1937-1938), zmarłych w czasie deportacji, zamęczonych głodem w 1932-1933. Nie mniej niż co drugi dorosły mężczyzna został w tej polskiej wspólnocie losu pozbawiony życia. Pierwszą książkę tej zbrodni ("Pierwszy naród ukarany: Polacy w Związku Radzieckim w latach 1921-1939", Warszawa 1991), jeszcze bez dostępu do podstawowych źródeł sowieckich, poświęcił Rosjanin z urodzenia - dziś profesor Uniwersytetu Opolskiego - Mikołaj Iwanow. Przełomowe znaczenie w poznaniu skali tej operacji miały prace rosyjskich badaczy z Memoriału: Nikity Pietrowa i Arsenija Rogińskiego (z 1993 i 1997 roku), którzy przedstawili oficjalne dane NKWD.

Kto nie ufa polskiej skłonności do cierpiętnictwa, niechaj zaufa sprawozdawczości wewnętrznej NKWD.

To są jej dane: w "operacji polskiej", między wrześniem 1937 a wrześniem 1938 roku, zostało aresztowanych 143 810 osób. Spośród nich 111 091 rozstrzelano. Nie wszyscy byli etnicznymi Polakami, ich liczbę wśród straconych w tej jednej operacji szacuje się na 85 do 95 tysięcy. Polacy byli jednak zabijani systematycznie w państwie sowieckim także w innych operacjach: od czasu pogromów polskich dworów i zaścianków w 1917 roku, poprzez prześladowania księży i wiernych Kościoła katolickiego (w polskiej literaturze historycznej najbardziej kompetentnie przypomina te prześladowania w licznych swych monografiach i kompendiach ks. Roman Dzwonkowski); następnie przez ofiary wspomnianej już operacji "antykułackiej" z lat 1930-1931; ofiary Wielkiego Głodu z 1932 i 1933 roku, zarówno na Ukrainie, jak i w Kazachstanie (przecież od głodu ginęli nie tylko Ukraińcy i nie tylko Kazachowie); dalej - wskutek kolejnych fal aresztowań i deportacji ludności polskiej najpierw z terenów przygranicznych z II RP na sowieckiej Ukrainie i Białorusi, a następnie (w 1936 r.) w ogóle z tych republik do Kazachstanu.

W okresie największego nasilenia terroru - 1937-1938 - Polacy byli rozstrzeliwani także masowo w ramach mniejszych operacji NKWD, takich jak np. "niemiecka" (likwidująca "niemieckich szpiegów"), "czyszczenie" samego NKWD z wprowadzonego do niego licznie jeszcze przez Dzierżyńskiego "polskiego elementu" - i wiele innych. Statystyka zbrodni Rozkaz nr 00485, pierwotnie mający obowiązywać 3 miesiące, został przedłużony na blisko dwa lata. Jego zabójcze efekty - przypomnijmy: ponad 111 tysięcy rozstrzelanych na podstawie jednego rozkazu, to jest ponad pięć razy więcej niż w całej operacji katyńskiej - dopełnił cztery dni później wydany kolejny rozkaz Jeżowa. Nosił on numer 00486, a dotyczył rodzin "zdrajców ojczyny" (nie tylko Polaków). Aresztowania mogli uniknąć tylko ci, którzy wydali swoich najbliższych. Dzieci powyżej 15. roku życia podlegały "dorosłym" represjom.

Młodsze miały być kierowane do domów dziecka lub do pracy. Na absolutnie wyjątkową skalę represji skierowanych przez państwo sowieckie przeciw Polakom zwrócił uwagę profesor Uniwersytetu Harvarda Terry Martin. Na podstawie imiennej listy ofiar rozstrzelanych w latach 1937-1938 w Leningradzie obliczył, że Polacy byli zabijani 31 razy częściej, aniżeli wynikało to z ich liczebności w tym mieście. Innymi słowy: Polak w Leningradzie i okolicach miał w okresie największego nasilenia Wielkiego Terroru 31 razy mniejszą szansę przeżycia aniżeli przeciętny mieszkaniec tego najbardziej doświadczonego przez zbrodnie stalinowskie miasta. Profesor Uniwersytetu Yale Timothy Snyder obliczył taką statystykę dla całego Związku Sowieckiego czasu Wielkiego Terroru: Polacy byli w niej, niestety, narodem wybranym. Wybór Stalina zdecydował o tym, że byli 40 razy częściej rozstrzeliwani, niż wynosiła przeciętna dla wszystkich narodów ZSRS. Polaków było w ZSRS 0,4 proc. ogółu ludności, natomiast w grupie 681 tysięcy rozstrzelanych w latach 1937-1938 stanowili ok. 13-14 proc. ofiar. Tyle sucha statystyka na podstawie danych NKWD.

Ale, jak słusznie napisał Snyder w swojej monografii "Skrwawione ziemie" (2010), musimy przede wszystkim pamiętać, że każda z ofiar miała imię, każda to indywidualna biografia, każda zasługuje na ludzką pamięć. Z przejmującą empatią losy Polaków mordowanych w ramach operacji NKWD na Ukrainie w latach 1937-1938 przedstawił najwybitniejszy chyba współcześnie badacz systemu stalinowskiego profesor Hiroaki Kuromiya z Uniwersytetu Indiany. W jego książce "Głosy straconych" (wydanie polskie 2008, wydanie amerykańskie 2007) możemy zobaczyć tę wielką zbrodnię przez pryzmat indywidualnych losów ludzi rozstrzeliwanych tylko za stwierdzenie "Polska to dobry kraj" (to oznaczało "faszystowską agitację") albo za niezgodę na wyrzeczenie się polskiego męża czy żony. Inny autorytet studiów nad sowieckim totalitaryzmem, profesor Norman Naimark z Uniwersytetu Stanforda, w swej książce "Stalin´s Genocides" (2011) nie waha się porównać sytuacji Polaków pod panowaniem sowieckim - od września 1937 do lipca 1941 roku ("amnestia" po układzie Sikorski - Majski) - do sytuacji Żydów w okresie Holokaustu. Prawda o wielkiej zbrodni na Polakach pod panowaniem Stalina zaczyna się przebijać do świadomości - przynajmniej kół akademickich - na Zachodzie. Biała plama w podręcznikach A u nas? Z najnowszych podręczników dopuszczonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej do I klasy szkół ponadgimnazjalnych - a więc podsumowujących wiedzę polskich uczniów o historii XX wieku - żaden nie zawiera najmniejszej choćby wzmianki o tej, raz jeszcze powtórzmy, największej zbrodni dokonanej na Polakach w minionym stuleciu. Nie ma też w ogóle tego tematu wśród realizowanych przez Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia (finansowane z budżetu państwowego, powołane z inicjatywy premierów Putina i Tuska po spotkaniu w Smoleńsku) problemów badawczych.

 

 

 

Najważniejszymi zdobyczami naszej historiografii są w tym zakresie wciąż tylko wycinkowe zbiory dokumentów - dwutomowa publikacja IPN "Wielki Terror: Operacja Polska 1937-1938" (2010), oparta na materiałach pozyskanych z archiwów ukraińskich, jak również wybór w opracowaniu Tomasza Sommera ""Rozstrzelać Polaków". Ludobójstwo Polaków w Związku Sowieckim w latach 1937-1938. Dokumenty z Centrali" (2010). Ostatnio przegląd interpretacji tej wielkiej zbrodni przedstawiono w dwumiesięczniku "Arcana" (nr 106-107: 4-5/2012), zbierając przy okazji jej 75. rocznicy wypowiedzi wszystkich poważnych badaczy tego zagadnienia: Nikity Pietrowa, Hiroaki Kuromiyi, Krzysztofa Jasiewicza, Marka Jana Chodakiewicza, Bogdana Musiała, Tomasza Sommera, Jerzego Bednarka, Jana Jacka Bruskiego, Marka Kornata, Henryka Głębockiego. Oni właśnie mówią najdobitniej, dlaczego nie można o tej zbrodni zapomnieć. Profesor Marek Kornat wskazuje, iż zbrodnia ta spełnia bezdyskusyjnie definicję ludobójstwa przyjętą przez Konwencję ONZ w grudniu 1948 r., mówiącą o "niszczeniu grup narodowych, etnicznych, rasowych i religijnych". Stwierdza także, iż historia tej bezprecedensowej zbrodni powinna być przyjęta do wiadomości przez historyków polskiej polityki zagranicznej okresu międzywojennego: eksterminacja polskiej grupy narodowej w ZSRS pokazuje, że "możliwości pokojowej egzystencji Polski z państwem Sowietów w zasadzie nie istniały (...) kierownictwo stalinowskie postrzegało Polskę jako wroga, z którym nie może być zbliżenia". Tomasz Sommer i Henryk Głębocki podkreślają, że trzeba się upominać o pamięć tej zbrodni w imię prawdy historycznej o czasach Wielkiego Terroru. Pojęcie to, łączone z latami 1937-1938, obecne we wszystkich podręcznikach do historii (także polskich) XX wieku, ograniczane jest najczęściej do rozprawy Stalina ze starymi kadrami "leninowskimi" i wierchuszką Armii Czerwonej.

 

 

Dzisiejsza propaganda historyczna w Rosji, bezkrytycznie przyjmowana przez dominującą część mediów w Polsce, przedstawia Wielki Terror, Wielką Czystkę jako wewnętrzną tragedię Rosjan, "domowy konflikt", o którym mają prawo mówić tylko Rosjanie. Tymczasem według danych NKWD, wśród 681 tys. rozstrzelanych w latach 1937-1938 ofiary tzw. operacji narodowościowych to 247 tysięcy osób (na czele z Polakami), a ponad 350 tysięcy - "kułacy" (niekoniecznie Rosjanie, wśród nich było także bardzo wielu Polaków, na pewno natomiast nie było w tej kategorii komunistów). Polskie ofiary, tak liczne w tej straszliwej zbrodni, pozostają "nieme". Nie możemy im oddać głosu, ale możemy, musimy przywrócić pamięć o nich. Nie możemy dopuścić do ich rozpuszczenia w fałszywym obrazie Wielkiej Czystki, w której pamięta się tylko o Bucharinie, Zinowiewie, Tuchaczewskim... Alternatywny przekaz pamięci - Marek Jan Chodakiewicz i Nikita Pietrow zwracają uwagę na inny, nie mniej ważny aspekt tej pamięci. "Pamiętając ofiary, czcimy je, a potępiamy katów. Przekazując historię o ofiarach, pomagamy innym dojść z sobą do ładu. Chodzi głównie o post-Sowietów, większość z nich to spadkobiercy ofiar komuny, ale sami o tym nie wiedzą, czy nie chcą wiedzieć. (...) Podnosząc dzieje eksterminacji Polaków w ZSRS, tworzymy alternatywny wobec oficjalnego (putinowskiego) paradygmatu pamiętania ofiar.

Ten drugi opiera się na rusyfikacji i prawosławizacji ofiar". Warto o tych słowach profesora Marka Jana Chodakiewicza pamiętać, kiedy obserwujemy, jak nad Katyniem zaczyna dominować prawosławna cerkiew... Ale warto także usłyszeć głos uczciwej, dążącej do prawdy Rosji, jaką reprezentuje Nikita Pietrow, który z ubolewaniem stwierdza, że obecne "rosyjskie władze występują w roli ukrywających przestępstwa stalinowskie". Jeśli chcemy pomóc uczciwej Rosji, tej, która chce dojść do ładu sama z sobą - musimy przypominać o ukrywanych, relatywizowanych, a nawet usprawiedliwianych zbrodniach sowieckiego imperium - tak na Rosjanach, jak i na "inorodcach".

Profesor Krzysztof Jasiewicz ujmuje istotę naszego obowiązku inaczej: "Powinniśmy przywrócić z niebytu nazwiska Ofiar i ich groby oraz zapewnić im godne miejsce na pomnikach, w nazwach ulic, w formie specjalnego muzeum itp. Nie powinniśmy zgadzać się na wspólne cmentarze wraz z innymi nacjami, bo to służy na obszarze postsowieckim do rozmydlania zbrodni i obniżania jej rangi. Kaci i ich pomocnicy winni być znani. Polska musi upominać się o Polaków pod każdą szerokością geograficzną". Henryk Głębocki podsumowuje wszystkie motywy pamięci o zbrodni, której 75. rocznicę właśnie powinniśmy obchodzić. To nasz obowiązek - wyrzut sumienia, także dlatego, że nawet dla potomków deportowanych do Kazachstanu rodzin ofiar "operacji polskiej" nie udało się stworzyć szerszego programu pomocy. Musimy wiedzę o tej zbrodni utrwalić i rozpowszechnić, dzieląc się nią z innymi - "tak na Zachodzie, jak i dawnej "nieludzkiej ziemi" - właśnie po to, żeby stała się bardziej ludzka". Od siebie dodam ten jeszcze postulat i pytanie, które już od wielu miesięcy powtarzam: Musimy wprowadzić tę trudną pamięć do polskich szkół, do polskich rozmów, do polskich modlitw. Jeśli nie zrobimy tego, trudno będzie od nas - jako politycznej wspólnoty - wymagać szacunku dla innych ofiar.

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

Prof. Andrzej Nowak, historyk, sowietolog, wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim Aktualizacja 11 sierpnia 2012 (08:09)

 

Artykuł opublikowany na stronie:

 

http://www.naszdziennik.pl/mysl/7089,holokaust-polakow-w-zsrs.html

 

 

 

 

9/ ATAK NA POLSKĘ - WZOREM CARYCY KATARZYNY II.

KONFEDERACJI TARGOWICKIEJ CIĄG DALSZY - POWTÓRNY UPADEK POLSKI.

PLAN CARYCY KATARZYNY II… POLSKĘ ZGNĘBIĆ NA ZAWSZE.

 

CARYCA KATARZYNA

 

Urodziła się 2 maja 1729 roku w Szczecinie jako córka księcia Christiana Augusta von Anhalt - Zerbst z dynastii askańskiej i Joanny Elżbiety z dynastii holsztyńskiej. Na chrzcie otrzymała imiona Zofia Fryderyka Augusta.

W 1745 roku w Petersburgu przeszła na prawosławie, zmieniła imię na Katarzyna i poślubiła księcia holsztyńskiego Piotra Ulryka, późniejszego cara rosyjskiego Piotra III

W czerwcu 1755 roku ambasador brytyjski w Petersburgu, Charles Hanbury Williams, przedstawił jej swojego osobistego sekretarza, 23-letniego Stanisława Augusta Poniatowskiego, późniejszego króla Polski, z którym w grudniu tego samego roku nawiązała niebezpieczny romans.

Owocem tego romansu była córka Anna Piotrowna.

Po półrocznych rządach Piotra III, ona i jej zwolennicy (wojsko zbuntowane przeciw carowi ze względu na wcielanie przez niego do armii wzorów z armii pruskiej), dokonali zamachu stanu. Piotr III zginął zamordowany, a Katarzyna 9 lipca 1762 roku objęła władzę w Rosji.

 

PLAN CARYCY KATARZYNY ... POLSKĘ ZGNĘBIĆ NA ZAWSZE

 

Historia kołem się toczy, dla mądrych jest nauczycielką (szkołą) życia. Obyśmy należeli do tych Polaków mądrych przed szkodą.

Rozmowa carycy Katarzyny z Nikitą Paninem, jej współpracownikiem, to historia, która kołem się toczy na naszych oczach.

Opublikował ją Waldemar Łysiak, któremu zdaniem wielu „.. należy się tytuł narodowego wieszcza”. Oto treść owej rozmowy:

 

„- Widzisz pułkowniku, kiedyś mój pradziad opowiadał mojemu dziadkowi swoją rozmowę z Rosjaninem Paninem, który opowiedział mu swoje spotkanie z carycą Katarzyną. Mój prapradziad zadał mu podobne pytanie, właśnie Rosjaninowi, którego spotkał w Warszawie w 1763 roku. Panin, zaczął wtedy od zdania, które mego przodka zdumiało: Widzisz Panie Wilczurski. Naród, który jest niewolnikiem słów jest, najlepszym materiałem na niewolnictwo. Po chwili namysłu mówił dalej. Panie Wilczurski, Caryca Katarzyna wysyłając mnie na misję do Polski powiedziała, te oto słowa:

"Istnieją różne narody, a raczej różne narody mają różnego ducha. Jedne można podbić i przesiedlić w celu zagarnięcia ich ziem, a świat nie podniesie wrzasku – to małe narody, plemiona. Z innych można uczynić małym wysiłkiem niewolników i będą chętnie lizali rękę Pana – to narody o podłej duszy, od kolebki niegodne samostanowienia, w wielkich obszarach Azji roztopią się bez śladu. Z trzecimi wreszcie nie można zrobić ani tego, ani tego, przynajmniej nie od razu – to Polacy.

Nie można zaanektować ich państwa, bo trzeba byłoby się dzielić z Prusami, Austrią, Turcją i Bóg wie jeszcze z kim; narzuca to europejska równowaga sił. Po drugie nie można tego zrobić od ręki, gdyż są to znakomici żołnierze, a cały naród gdy otwarcie zagrożony, przypomina wściekłego wilka w nagonce. Zbyt dużo by to kosztowało, należy więc zdemoralizować ich do szpiku kości.

Trzeba … rozłożyć ten naród od wewnątrz, zabić jego moralność… Jeśli nie da się uczynić zeń trupa, należy przynajmniej sprawić, żeby był jako chory ropiejący i gnijący w łożu… ( Ów plan łączy sie ściśle z działaniem masonerii przeciwko Kościołowi i Polsce - dopisek A.S.).

Trzeba mu wszczepić zarazę, wywołać dziedziczny trąd, wieczną anarchię i niezgodę…

Trzeba nauczyć brata donoszenia na brata, a syna skakania do gardła ojcu. Trzeba ich skłócić tak, aby się podzielili i szarpali, zawsze gdzieś szukając arbitra.

Trzeba ogłupić i zdeprawować, zniszczyć ducha, doprowadzić do tego, by przestali wierzyć w cokolwiek oprócz mamony i pajdy chleba.

Będą Oni walczyć długo, bardzo długo, nasze prochy przepadną, ale przyjdzie czas gdy sami sprzedadzą swój kraj, sprzedadzą go jak najgorszą dziwkę.

My rozpoczniemy ten proces Panin! Korupcją „milczących psów”, którzy będą nimi rządzić. Bogactwem i głodem, które biednych podjudzą przeciw możnym, tych drugich zaś napełnią takim strachem i podłością, że uczynią wszystko dla zachowania swego bogactwa.

Zepsujemy ich kultem prywaty, złodziejstwa, rozpusty, wszelaką demoralizacją i wiodącym ku niej alkoholem.

Stworzymy tam nową oligarchię, która będzie okradać własny naród nie tylko z godności i siły, lecz po prostu ze wszystkiego, głosząc przy tym, że wszystko co czyni, czyni dla dobra ojczyzny i obywateli.

Niższe szczeble tych krwiopijców będą uzależnione od wyższych w nierozerwalnej strukturze formalnej i nieformalnej piramidy. Trzeba będzie starać się, by w piramidę wpasowany był każdy zdolny i inteligentny człowiek, by zechciwiał w niej i spodlał. Niedopasowywalnych szaleńców, nieuleczalnych fanatyków, nałogowych wichrzycieli i każdą inną wartościową jednostkę wyeliminujemy operacyjnie. Zadanie to jest wielkie Panin, lecz i efekty będą wielkie. Polska zniknie w samych Polakach!

Wtedy właśnie, gdy będzie wydawało się im, że mają wolność. Ale ja tego nie doczekam Panin, zaczniemy jednak ten proces, a wiesz dlaczego nienawidzę tego kraju?

– Dlaczego Pani? - Zapytał Panin.

– Dlatego, że jestem kobietą i nienawidzę dziwek, które udają święte. Ja jestem prostytutką Panin, a to honor, gdy się jest do tego cesarzową.

– I dlatego jeszcze Panin, że ze zdrajców robili oni zawsze bohaterów.

– I dlatego jeszcze Panin, że nigdy nie chcieli się z nami zjednoczyć przeciw Rzymowi, a byli naszymi braćmi Słowianami, zdradzili nas Panin.

– I dlatego Panin kiedyś zginą, unicestwią się sami!…”

 

HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY

 

Przede wszystkim pamiętać należy o tym, że Katarzyna była rodowitą Niemką. Urodziła się jako Sophie Auguste Friederike von Anhalt-Zerbst-Dornburg.

Była żoną i następczynią na tronie (po zamachu stanu) cara Piotra III Fiodorowicza Romanowa, który to “Rosjanin” był Niemcem i urodził się jako Karl Peter Ulrich von Holstein-Gottorp. Nienawidził Rosji. I do końca życia nie nauczył się dobrze po rosyjsku.

Tacy to “Rosjanie” ujarzmili nie tylko Rosję, ale i osłabioną fanatyzmem targowiczan Polskę.

Upadek Polski zaczął się w XVI wieku. Rzeczpospolitą osłabił i doprowadził do upadku fanatyzm targowiczan sięgających po władzę, którzy na fali kontrreformacji najpierw dążyli do zdobycia, a następnie do utrzymania supremacji w państwie. Robili to za wszelką cenę, nawet kosztem polskiej racji stanu.

Caryca Katarzyna II nie musiała “rozpijać” Polaków. Szlachta była rozpita jeszcze przed jej urodzeniem. Duży udział w tym mieli Żydzi.

 

ŻYDZI O POWSTANIU STYCZNIOWYM

 

“…w powietrzu czuć proch, ale dla nas to nic złego… skorzystajmy z dobrej okazji. Zamiast bawić się

w patriotyzm i t. p. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nie lubi nas, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie.

 

Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta… W każdym narodzie musi się wyrobić ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad połową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. kraj ten należy do nas, jest nasz…

Powstanie wywołano, aby zarazić Polaków rusofobią.

Wywołując powstanie, do którego czynimy przygotowania, spełniamy ten obowiązek w przekonaniu, iż dla stłumieniu naszego ruchu, Rosja nie tylko kraj zniszczy, ale nawet będzie zmuszoną wylać rzekę krwi polskiej; – ta zaś rzeka, stanie się na długie lata przeszkodą do wszelkiego kompromisu z najeźdźcami naszego kraju;”

 

RASA PANÓW

 

Porównajmy sobie dzisiejszą sytuację potulnego Nadłabia i Łużyc z sytuacją Polski. W Niemczech żyje dzisiaj 30% zgermanizowanych Słowian – to jest 24 miliony ludzi. Ponieważ nigdy nie wszczynali powstań mają bardzo fajnie, tylko, że ani ich język ani kultura już nie istnieją. Żyje im się gut! Super. Czują się do tego stopnia Niemcami że to oni, ci słowiańscy neofici „nakręcili” teorię o niemieckiej rasie panów i czystkę etniczną II Wojny Światowej, która kosztowała Słowian (Polskę i Rosję) 20 milionów istnień ludzkich, w tym w Polsce 6 milionów jej obywateli z 3 milionami polskich Żydów. Nie da się ukryć, że to najzdolniejsi ludzie w Niemczech i gorliwsi deutsche niż rdzenni Niemcy.

Gdyby nie powstania w Polsce – Styczniowe czy Warszawskie nie byłoby dzisiaj Polski w ogóle, a tym bardziej języka polskiego.

Kto wie czy istniałoby coś takiego jak pojęcie Narodu polskiego, bo to od polskich powstań zaczynają się narody w Europie w sensie wspólnot języka i kultury i dziejów. Przed 1770 rokiem nie było żadnych narodów i państw narodowych.

Kto wie czy nie mielibyśmy bez Powstania Styczniowego do dzisiaj pańszczyzny? W końcu w Europie to dopiero od 150 lat nie ma niewolnictwa..

A jak nazwać "cichą śmierć" 25 tysięcy Polaków w Katyniu, cichymi strzałami w tył głowy ich bolszewickich i żydowskich oprawców? Ale o tej śmierci głośno w świecie. Tylko do dzisiaj nie wiadomo, czy tę zbrodnię popełnili "naziści", Niemcy, czy sowieckie NKWD ze swoją żydokomuną? Przeciętny obywatel w Moskwie pytany o sprawców tej zbrodni wymienia nazistów. W Warszawie o to samo pytany Polak uważa, że zbrodni w Katyniu dokonało NKWD.

Który z historyków, przede wszystkim polskich. opublikował w swoich badaniach wspólne konferencje Gestapo z NKWD w Zakopanem, Krakowie i Lwowie przygotowujące Katyń? Według opinii prof. George'a Watson z Uniwersytetu w Cambridge decyzję o dokonaniu tej zbrodni podjęło Gestapo z NKWD na konferencji w Krakowie na podstawie tajnej umowy z 28 września 1939 roku, zobowiązującą III Rzeszę i ZSRR do wspólnego zwalczania wszelkich form polskiego oporu wobec okupacji. O losie polskich jeńców zadecydowała III Rzesza i ZSRR. Zbrodniarzami w Katyniu byli Hitler i Stalin!

I tu wychodzi nieudolność dochodzenia do prawdy organu sprawiedliwości w czasie procesu w Norymberdze ! Na lawie oskarżonych znaleźli się tylko niemieccy zbrodniarze, a ławy bolszewicko - żydowskich oskarżonych zbrodniarzy były puste!

W obronie tych bandytów - zbrodniarzy stanął w Norymberdze sowiecki prokurator. Gdyby Niemcy wygrały wojnę zapewne na owych ławach w Norymberdze znalazła by się żydokomuna.

W czym była lepsza od katyńskiej, śmierć w milczeniu po 1945 roku w ubeckich kazamatach?

Sprawcami ludobójstwa dokonanego na Polakach i Rosjanach, polskich i rosyjskich Żydach nie byli Słowianie z Niemiec tylko Niemcy. O Słowianach z Niemiec mordujących Polaków pisze niemiecka propaganda, czyli zakamuflowany faszystowski Werwolf, który działa nieustannie – także obecnie w Polsce.

Jednym z powodów niepowodzenia Powstania Warszawskiego były fałszywe deklaracje pomocy ze strony rosyjskiej.Każdy zainteresowany tematem wie, jak z rosyjskich samolotów zrzucano broń dla powstańców- zrzucano ją z takiej wysokości, że prawie nic nie nadawało się do użytku!. Potem w propagandzie Sowieci dbali o to, żeby powstanie jak najdłużej się nie poddało, bo w ich interesie leżało to, żeby jak najwięcej podziemnych Polaków legło pod gruzami Warszawy, bo byliby dla nich zbyt wielkim zagrożeniem w powojennej Polsce. Dzieła dokończyli po wojnie!

 

POLSKA OPOZYCJA TOTALNA.

TEORETYCZNE PAŃSTWO PO - PSL 2007 - 2015.

PAŃSTWO "PIS" 2015.

 

Nie da się w całości i kompletnie wyniszczyć ducha Narodu Polskiego do czego zmierza sitwa totalnej opozycji w Polsce anno domini 2015 - 2017, posiłkując się deklaracją carycy Katarzyny II, tworząc de novo Konfederację Targowicką - bis.

To jest niemożliwe. A już na pewno nie, gdy Polska ma Boga za swojego sprzymierzeńca, a Królową Polski jest Matka Boża Chrystusa Króla.

Jeśli komuś wydaje sie, że ta cała degeneracja nie odbije sie echem i nie trafi z powrotem do tych „fałszywych elit” to się grubo myli.

W myśl powiedzenia, kto mieczem wojuje od miecza ginie.

Sami sprowadzą tę zarazę również na siebie i swoje dzieci, już dawno to zrobili. Więc ci „krzewiciele” tych zdegenerowanych idei będą sie taplać w swoich własnych brudach, aż w końcu… sami się unicestwią.

Swoją własną głupotą, pogardą, ignorancją, egoizmem, wszystkim tym co będą rozpowszechniać dookoła. Sami to zrobią, a na końcu dobije ich duch narodu, którego tak bardzo chcieli zniszczyć. Dzisiaj w 2017 roku widać to bardzo dokładnie. Jak ubecja, esbecja płacze nad swoimi bogactwami, które ma stracić. Jak masoneria brukselska usiłuje zniszczyć Polskę, ostatnio artykułem 7.

Jak faszyści i masoni spod znaku UE (czytaj Niemiec i Francji) usiłują sprowadzić na polskę kalifat, aby nas zniszczyć doszczętnie, zgodnie z życzeniami rosyjskiej prostytutki Katarzyny II.

Niech płacze i niech się lęka "zdrowego" strachu przed karą jaka ich niewątpliwie spotka za daleko posunięte działania zdrajców Narodu polskiego tych szetyniastych bandziorów z akcją "Widelec" i agenturą w tle. Tych głupków petrusowatych ze swoimi babami ulicznicami jandopodobnymi.

Naród, to nie jest prywatny folwark, a już na pewno nie należy go traktować jak dojną krowę, tak jak to robiły wcześniejsze elity przez 8 lat.

Czytałem internetowe wezwania, aby Donalda Tuska pozbawić obywatelstwa polskiego.

Jego należy pozbawić nie obywatelstwa, ale wolności, za liczne przestępstwa poczynione przez niego w czasie owych ośmiu lat rządzenia jako szefa rządu, jako zbrodniarza, który w porozumieniu z Putinem zamordował prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej prof. Lecha Kaczyńskiego z małżonką i 94 wybitne osobistości zagrażające istocie politycznej tego zbója.To o nim - prostytutce rosyjskiej - bis i innych zbrodniarzach spod znaku targowiczan powiedział z mównicy sejmowej prezes PiS Jarosław Kaczyński - "zamordowaliście mojego brata".

A targowiczanie, wszyscy bez wyjątku zawisną na szubienicy, jak ich protoplaści w 1794 roku.

 

 

 

 

WLADIMIR PUTIN O SMOLEŃSKU

W WARSZAWIE PODŁOŻONO SUBSTANCJE WYBUCHOWE.

APEL PROF. JACKA TRZNADLA.

 

Wladimir Putin o katastrofie smoleńskiej podczas dorocznej konferencji (grudzień 2017 r.) powiedział:

"Szukajcie w takim razie u siebie. Jeśli w samolocie były wybuchy - samolot skąd leciał, z Moskwy? Z Warszawy, to znaczy tam je podłożono!".

Trudno byłoby Kremlowi dokonać zamachu bez pomocy zainstalowanej w Polsce rosyjskiej agentury. Po tych słowach musiał paść blady strach na polskich wspólników Putina w zbrodni. Kto spiskuje z czekistą i zbrodniarzem, musi liczyć się z tym, że ten ratując własną skórę, wystawi ich do wiatru, czyli sprzeda.

Robi się coraz ciekawiej przed zapowiadaną na wiosnę  publikacją raportu komisji smoleńskiej.

Przypomnę , iż w kwietniu 2010 roku prof. Jacek Trznadel zebrał 50 tysięcy podpisów celem powołanie komisji zagranicznej do ustalenia przyczyn katastrofy w Smoleńsku.

Donald Tusk w odpowiedzi powierzył postępowanie śledcze Rosji, na przewodniczącego komisji śledczej desygnując zbrodniarza czekistę Wladimira Putina.

 

SZUBIENICE NA ULICACH WARSZAWY

 

9 maja 1794 roku przywódcy konfederacji targowickiej zostali publicznie powieszeni w Warszawie.

Historia kołem się toczy.

 

FRYDERYK ENGELS ...POLACY SĄ NARODEM SKAZANYM NA ZAGŁADĘ.

 

Antypolonizm  państw zaborczych znajdował wyraz w próbach odpowiedniego kształtowania świadomości Polaków w poszczególnych zaborach, w fałszowaniu i oczernianiu polskiej historii i tradycji.

Swoisty typ antypolonizmu uzasadnianego racjami postępu zaprezentował  F. Engels w liście do K. Marksa:  " Im więcej rozmyślam nad historią, tym jaśniej widzę, że Polacy są narodem skazanym na zagładę, którym można tylko dopóty posługiwać się jako narzędziem, dopóki sama Rosja nie zostanie wciągnięta w wir rewolucji agrarnej. Od tej chwili Polska nie będzie miała żadnej racji bytu ". Angielski historyk i pisarz T. Carlyle przedstawiał rozbiory Polski jako akt "boskiej sprawiedliwości", a „zanarchizowanej" Polsce przeciwstawiał Rosjan, którzy potrafią rozkazywać i słuchać rozkazów. Kampania antypolska prowadzona przez zaborców napotykała silne i nierzadko skuteczne działania ze strony polskich środowisk na Zachodzie, m.in. wykłady i publicystyka Adama Mickiewicza, wielostronna działalność  dyplomatyczno - polityczna Hotelu Lambert pod kierownictwem księcia Adama Czartoryskiego, publicystyka L. Klaczki. Stanowczy glos w obronie praw Polski zabierali liczni, wybitni twórcy i uczeni (P.J. Béranger, G.G. Byron, W. Hugo, J. Michelet, A. Musset), także w społeczeństwach państw zaborczych, ale tu należeli oni do wyraźnej mniejszości (m.in. A. Odojewski, A. Hercen, R. Wagner, F. Raurner); w końcowych dziesięcioleciach XIX w. zwłaszcza po klęsce Francji w wojnie z Prusami 1871 roku sympatie propolskie na Zachodzie znacznie przygasły, a do wybuchu I Wojny Światowej zdecydowanie panowały tezy antypolonijne ,  lansowane przez państwa zaborcze. I Wojna Światowa przyniosła ożywienie sympatii propolskich i polemiki z antypolonizmem w krajach zachodnich (m.in. liczne wystąpienia I.J. Paderewskiego, J. Conrada); sprawę niepodległości Polski poparł prezydent USA T.W. Wilson;

równocześnie jednak pojawił się tzw. antypolonizm żydowski - część Żydów niemieckich i amerykańskich, zaniepokojona  możliwością powstania niepodległego państwa polskiego, zdominowanego przez katolicką większość, rozpoczęła gwałtowną kampanię antypolską, upowszechniając kłamstwa o rzekomych pogromach Żydów w Polsce; kampania prowadzona w czasie I Wojny Światowej, była w różnych formach kontynuowana w następnych latach; nie pomogły otwarte sprzeciwy wyrażane na forum międzynarodowym przez niektórych polskich patriotów pochodzenia żydowskiego lub Żydów - polonofilów (S. Askenazy, W. Feldman, B. Lauer, E. Deiches, H. Feldstein, B. Segel). 

Powstanie Polski w 1918 roku i zakończenie kształtowania jej granic po zwycięskiej wojnie z Rosją Sowiecką w 1920 roku zdecydowały o charakterze antypolonizmu w następnych dziesięcioleciach; był on integralnie związany z antypolskimi, rewizjonistycznymi działaniami ZSRS i Niemiec weimarskich, a później III Rzeszy. ZSRS pozostawał wierny ukształtowanej przez W. Lenina maksymie: "Polska niepodległa - Polska niebezpieczna"; weimarskie Niemcy realizowały politykę wytyczoną w 1922 roku przez kanclerza Rzeszy J. Wirtha i szefa sztabu Reichswehry H. von Seeckta; jej głównym celem było zniknięcie Polski z mapy; w kwestii antypolonizmu rząd Niemiec mógł liczyć na poparcie większości narodu nastawionego rewizjonistycznie, gdyż w publicystyce niemieckiej tego okresu Polska była konsekwentnie przedstawiana jako „państwo sezonowe" (Saison Staat).

W latach dwudziestych do działań antypolskich dołączyły nielegalne Komunistyczna Partia Polski i Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy sterowane przez Komintern. Jesienią 1939 roku  została uformowana główna baza kolaborantów  (m.in. Wanda Wasilewska, Jerzy Borejsza,

Józef Różański, Stanisław Jerzy Lec), którzy pomimo antypolskiej polityki ZSRS (wywózki polskiej ludności na Sybir, zbiorowe mordy - Katyń, Starobielsk, Ostaszków, Miednoje) podjęli współpracę z władzą sowiecką.

W 1943 roku doszło do wyraźnego nasilenia antypolonizmu na Zachodzie, rozwijanego głównie poprzez lewicowe środowiska intelektualne, infiltrowane przez sowieckie agentury; po wykryciu zbrodni katyńskiej dyplomacja i wywiad sowiecki starały się kreować obraz Polski jako "anachronicznego kraju feudalnego", pełnego reakcjonistów, nacjonalistów, faszystów i antysemitów; konsekwentnie fałszowano obraz Powstania Warszawskiego; wśród intelektualistów  zachodnich pojawiły się głosy ostrzegające przed kłamstwami o Polsce, m.in. G. Orwell już we wrześniu 1944 roku protestował przeciwko „podłej i tchórzowskiej postawie" prasy brytyjskiej wobec  powstania w Warszawie i pisał o upadku moralnym brytyjskich dziennikarzy, którzy stali się „liżącymi buty propagandystami”.

 

Aleksander Szumański"Kurier Codzienny" Chicago

 

10/ HOLOKAUST POLAKÓW W ZSRS

Autor Tomasz Sommer

 

Dopiero po 75 latach wychodzi na jaw okrutna prawda o losie Polaków pod komunistyczno-rosyjskim panowaniem w latach 30. XX wieku. Nasi rodacy byli tam mniej więcej od 1932 roku obywatelami drugiej kategorii, tak jak później Żydzi w niemieckiej III Rzeszy. A potem, w 1937 roku, decyzją władz i niestety przy poparciu dużej części społeczeństwa zostali skazani na zagładę.

Antoni Milewski, dyrektor huty szkła w miejscowości Huta pod Radomyślem na należącej obecnie do Ukrainy żytomierszczyźnie, w 1937 roku miał 37 lat i wydawało się, że jest na szczycie swojej zawodowej kariery. Żył spokojnie przekonany, że powierzając mu tak wysokie i ważne stanowisko, sowieckie władze darzą go pełnym zaufaniem – mimo iż kilka razy wykazał się cywilną odwagą i stanął w obronie swoich rodaków, którym komuniści za wszelką ceną chcieli zamknąć miejscowy kościół.

Był więc zaskoczony, gdy sierpniu 1937 roku w jego fabryce pojawił się oddział operacyjny NKWD. Dowodzący nim oficer oznajmił mu, że jest aresztowany. Podobny los spotkał kilkudziesięciu innych polskich pracowników fabryki. Mężczyźni zostali zapakowani w specjalnie podstawione ciężarowe auto i odwiezieni do Żytomierza.

– Z tej grupy aresztowanych wrócił tylko jeden z mężczyzn – opowiada "Najwyższy Czas!" („NCz!”) wnuk dyrektora fabryki, ks. Aleksander Milewski.

– Przyniósł skreślony przez dziadka na skrawku gazety ołówkiem swoisty list pożegnalny, składający się z kilku słów. Brzmiały one następująco „nie wierzcie, że jestem czemukolwiek winien”. Wcześniej bowiem w okolicy rozpuszczano informacje, że w toku śledztwa dziadek przyznał się, że prowadził kontrrewolucyjną działalność czyli, że był „wrogiem ludu”. Przez wiele lat babcia wraz z moim ojcem żyli z piętnem przynależności do polskiej rodziny.

Na szczęście władze ich nie ruszyły i jakoś dotrwali do wybuchu II Wojny Światowej. Byli jednak świadkami dalszych prześladowań Polaków, których wywożono na Doniecczyznę, a na ich miejsce osiedlano Ukraińców z Połtawszczyzny – kończy ks. Milewski.

 

MORDY PO KAMCZATKĘ

 

Milewscy, choć czuli gęstniejącą w Związku Sowieckim antypolską atmosferę, nie mogli się zapewne nawet domyślać, że dzielą swe losy z setkami tysięcy rodaków rozsianych na terenie całego ZSRS. W ciągu 13 miesięcy aresztowano ponad 200 tys. z liczącej oficjalnie, wg spisu ze stycznia 1937 roku, 635 tys. osób polskiej diaspory. Prawie 150 tys. zostało zamkniętych tylko i wyłącznie z uwagi na to, że byli Polakami. Większość tych osób została umęczona a potem brutalnie zamordowana. Jeśli traktować sowieckie dane poważnie, oznacza to, że ludobójstwo dotknęło niemal co trzeciego Polaka w ZSRS. Tak naprawdę naszych rodaków było tam jednak znacznie więcej – ponad milion.

Jednak pod wpływem narastającego terroru przestali przyznawać się do swojego pochodzenia. Możemy więc oszacować, że w trakcie 13 miesięcy okrutnej hekatomby wybito co piątego Polaka. Ponieważ na celowniku władzy byli przede wszystkim mężczyźni – młodzi i w sile wieku – w efekcie polska społeczność została zmieciona z powierzchni ziemi. Niedobitki Polaków na lata stały się obywatelami drugiej kategorii.

Nasi rodacy mieli zablokowane ścieżki awansu z uwagi na swoje pochodzenie aż do lat 70. minionego wieku.

– Pamiętam jak jakiś czas po wojnie poszedłem pierwszy raz do szkoły i jak to dziecko z domu dwujęzycznego powiedziałem coś po polsku – opowiada „NCz!” Stefan Kuriata z Dołbysza pod Żytomierzem, miejscowości, która przed wojną nosiła nazwę Marchlewsk i była stolicą jednego z dwóch polskich rejonów w Związku Sowieckim. – Nauczycielka od razu zrobiła mi awanturę.

Doniosła też mojemu ojcu. A ojciec zareagował w sposób kompletnie dla mnie wtedy niezrozumiały. Powiedział mi: „jak jeszcze raz powiesz w szkole coś po polsku, to cię zabiję, bo wolę, żebyś zginął z mojej ręki”. Nigdy więcej po polsku w szkole się nie odezwałem – kończy. Kuriata zaczął przyznawać się do swojej polskości dopiero w latach 80. minionego wieku. A obecnie prowadzi w Dołbyszu małą izbę pamięci Polaków z okolic Żytomierza, którą urządził we własnym domu.

 

CZĘŚĆ WIELKIEGO TERRORU

 

Ludobójstwo na Polakach było częścią Wielkiego Terroru, przy pomocy którego komuniści z Józefem Stalinem na czele postanowili się pozbyć wszystkich swoich przeciwników, by nikt nie zagroził sowieckiej władzy. Oficjalnie świat dowiedział się o Wielkim Terrorze z tzw. referatu Nikity Chruszczowa, wygłoszonego w 1956 roku na XX zjeździe Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Chruszczow nie ujawnił jednak całej prawdy, gdyż sam miał ręce po łokcie we krwi.

Pozwolił zmitologizować Wielki Terror i przedstawić go jako walkę frakcji wewnątrz aparatu władzy.

To właśnie jej przedstawiciele – partyjni biurokraci, czekiści i oficerowie Armii Czerwonej – mieli być głównymi ofiarami jatki. Taki stan wiedzy był powszechny przez kolejne lata. Przełom przyniosła dopiero praca Roberta Conquesta „Wielki Terror. Stalinowskie czystki lat 30.” z roku 1968.

Autor (zainspirowany m.in. wcześniejszą publikacją Grigorija Kostiuka „Stalinist rule in the Ukraine:

A study of the Decade of Mass Terror (1929-1939)”, Institute for the Study of the USSR, Munich 1960) postawił w niej tezę, że czystki wśród komunistów były tylko epizodem orgii mordów rozpętanej przez Stalina. Dopiero 20 lat później, gdy sowiecka władza zaczęła się chwiać i otworzono zamknięte wcześniej archiwa tajnych służb, teza ta została w całej pełni potwierdzona.

Okazało się wtedy, że Wielki Terror był operacją administracyjną prowadzoną odgórnie poprzez ministerstwo spraw wewnętrznych – NKWD – przy udziale miejscowego aparatu partyjnego, sądów i prokuratur. I tak naprawdę dotyczył głównie rozmaitych „wrogów ludu”, przede wszystkim stwarzających problemy chłopów, mordowanych na podstawie rozkazu 00447, oraz Polaków i w znacznie mniejszym stopniu innych narodowości, które mordowano na podstawie oraz na wzór „polskiego” rozkazu 00485.

Jeśli porównać liczbę ofiar poszczególnych morderczych operacji, to okaże się, że tzw. operacja polska była drugą pod względem liczby ofiar częścią Wielkiego Terroru.

 

NARODY SKAZANE I "NIEWINNE"

 

– Komuniści w zasadzie nie ruszyli tylko Żydów i Litwinów. A Niemców z kolei zostawili w spokoju tam, gdzie ich mieszkało najwięcej, czyli na Powołżu. Polaków ścigali wszędzie – mówi „NCz!” Nikita Pietrow z rosyjskiego „Memoriału”, jeden z najbardziej znanych historyków zajmujących się stalinizmem, autor najlepszej biografii politycznej Mikołaja Jeżowa, szefa NKWD w latach 1936 - 1938. Konferencja moskiewska z lipca 1937 roku do złudzenia przypominała słynną konferencję w podberlińskim Wannsee z 20 stycznia 1942 roku, podczas której ustalono techniczne szczegóły zagłady Żydów. Tyle że konferencja w Wannsee jest powszechnie znana i została uwieczniona w wielu książkach, filmach dokumentalnych i co najmniej jednym fabularnym w gwiazdorskiej obsadzie – pokazywanym kilka miesięcy temu w TVP. Natomiast o ludobójczej konferencji w Moskwie wiedzą tylko specjaliści.

Zaraz po powrocie do swoich regionów, w pełni lata 1937 roku, szefowie NKWD, posiadając już odpowiednie wytyczne i rozkazy, przystąpili do swego krwawego dzieła. Mordowanie chłopów i innych "wrogów ludu" zaczęło się oficjalnie 30 lipca 1937 roku, a Polaków 11 sierpnia, choć dotyczący ich rozkaz powstał zapewne w tym samym czasie co rozkaz dotyczący „operacji kułackiej”.

Oprócz Polaków, prześladowania dotknęły także inne narodowości. Żadnej z nich nie dotyczyły jednak w skali nawet zbliżonej do tego co dotknęło Polaków. Przykładowo: w ramach „operacji niemieckiej” zgładzono ok. 50 tys. osób. Tyle że oficjalnie i nieoficjalnie Niemców było w ZSRS niemal dwa razy więcej niż Polaków (wg cytowanego spisu ze stycznia 1937, dokładnie 1.151.602) Wynika z tego, że Polacy mogli paść ofiarą sowieckiego ludobójstwa z osiem razy większym prawdopodobieństwem niż Niemcy.

W tej sytuacji zasadne wydaje się wydzielenie „operacji polskiej” spośród innych „operacji narodowościowych” i uznanie, że ludobójstwo na Polakach było drugą co do wielkości, odrębną i szczególną częścią Wielkiego Terroru.

 

ZAPOMNIANE OFIARY

 

Informacje o ludobójstwie na Polakach w ZSRS przenikały do polskiego emigracyjnego środowiska historycznego, choć bezpośrednich relacji było bardzo niewiele. „Operacja polska” była bowiem prowadzona w sposób tajny, a niemal wszystkiej jej ofiary zginęły.

Niemniej jednak w prasie emigracyjnej pojawiały się teksty o tragedii Polaków w ZSRS, które na podstawie różnych źródeł dość dokładnie opisywały prawdę (np. teksty Zdzisława Jagodzińskiego: „Polacy w Rosji” w londyńskim „Dzienniku Polskim” z 2 lutego 1956 r., „Które cyfry mówią prawdę o Polakach w ZSSR?” w wydawanym również w Londynie „Orle Białym” z 10 i 17 października 1963 r. i inne).

W latach 60. minionego wieku – w ramach przygotowań do obchodów 50. rocznicy rewolucji październikowej, w KC PZPR – postanowiono wyeksponować wkład Polaków. Specjalni pracownicy Zakładu Historii Partii zostali delegowani z Warszawy do Moskwy, Kijowa i Leningradu, gdzie w archiwach partyjnych zbadali tysiące ankiet Polaków biorących niewątpliwy udział w rewolucji bolszewickiej.

Z przebadanych 4 tys. ponad 3 tys., czyli 80 proc. zostało wymordowanych w latach 1937-1938. Informacje te ze zrozumiałych względów zostały utajnione.

W 1974 roku pojawił się pierwszy autor, który trafnie zinterpretował docierające informacje. Marcin Wyziembło (prawdziwe nazwisko Józef Lewandowski) w tekście „Losy Polaków…” w wychodzących we Francji „Zeszytach Historycznych” (nr 30/1974 r. str. 16-23) napisał, co następuje: „Ale mam dowody, że (…) istniała planowa akcja eksterminacji Polaków. Potwierdził ją w 1956 roku sowiecki Polak, odkomenderowany do organizowania Ludowego Wojska Polskiego, gen. Popławski. Broniąc się – w atmosferze XX zjazdu, przed Październikiem! – przed zarzutem reprezentowania niepolskich interesów, Popławski na zebraniach oficerskich dowodził „że brak naturalnych zębów, zarówno u niego jak i u Rokossowskiego, jest dowodem polskości ich obu” (zarówno Popławski jak i Rokossowski siedzieli w latach 1937-1941. Co prawda Rokossowski został aresztowany w sprawie Tuchaczewskiego, ale i jego polskość przyczyniła się ponoć do tego, bowiem wydając nakaz aresztowania, Stalin miał powiedzieć: A wy pro etowo krasawczika-poliaczka toże nie zabudtie!)”.

W kilku innych tekstach Wyziębło-Lewandowski właściwie wydedukował, co zdarzyło się z Polakami w Związku Sowieckim w latach 1937-1938.

Po roku 1989 zaczęły wychodzić na jaw dokumenty dotyczące „operacji polskiej”. W 1993 roku rewizjonistyczne czasopismo historyczne „Karta” opublikowało otrzymany od Nikity Pietrowa kluczowy rozkaz 00485, który skazywał Polaków na zagładę.

Redaktorzy „Karty” planowali nawet stworzenie zbioru relacji i monografii „operacji polskiej”. Z jakichś powodów zrezygnowali jednak z tego zamysłu. – Władze polskie wydawały się niezainteresowane sprawą – mówi „NCz!” dr Piotr Romanow, mieszkający w Moskwie Polak, który na początku lat 90. był szefem rosyjskich archiwów państwowych.

– Wtedy był czas ujawniania i wszystko można było otworzyć. Choć miejscowi Polacy zgłaszali taką możliwość, nikt nie przyjechał i nie zbadał sprawy. Tymczasem wskazując na szczególny los Polaków w ZSRS, można było wzmocnić działania rewindykacyjne dotyczące polskiej własności. Nic takiego się nie stało i z potężnej przedrewolucyjnej własności nie odzyskaliśmy dosłownie nic. Władze rosyjskie też wolą pomijać temat mordowania Polaków milczeniem. Ze zrozumiałych względów wygodniej jest dla nich mówić o „operacjach narodowościowych”, nie wchodząc zbytnio w szczegóły – kończy Romanow.

Musiało minąć kolejne prawie 20 lat, by ukazały się dwie pierwsze publikacje, które opisują losy Polaków w ZSRS. Pierwsza z nich to wydany w maju 2010 roku przez autora tego tekstu zbiór dokumentów „Ludobójstwo Polaków – dokumenty z centrali”. Druga to obszerny zbiór dokumentów z „operacji polskiej” przeprowadzonej na Ukrainie, wydany jako efekt współpracy pomiędzy polskim a ukraińskim IPN-em w sierpniu 2010 roku. Muszą jednak upłynąć kolejne lata, by prawda o tragedii Polaków w ZSRS przedostała się najpierw do świadomości historyków, a potem ogółu społeczeństwa…

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

"Najwyższy Czas!" http://nczas.com/wyroznione/holokaust-polakow-w-zsrs/

 

 

11/ HISTORIA ARMII KRAJOWEJ

Autor Mateusz Łabuz

 

Gdy w 1939 roku, w wyniku przegranej kampanii wrześniowej, polskie państwo po raz kolejny w historii zostało wykasowane z map europejskich, podbity naród niemal z miejsca rozpoczął organizowanie się w celu przeciwdziałania okupantowi. Nowy zaborca był groźniejszy od tych, którzy przez wieki nękali Rzeczpospolitą, jednak to nie zraziło środowisk niepodległościowych. Jeszcze we wrześniu powstaje Służba Zwycięstwu Polski przekształcona następnie na Związek Walki Zbrojnej. Były to pierwsze organizacje, które położyły podwaliny pod podziemną działalność Polaków podległych ośrodkowi Rządu Emigracyjnego. Wraz z upływającym czasem Związek Walki Zbrojnej rósł w siłę, zdobywając sobie coraz większą ilość członków i środków do walki. To wszystko umożliwiało prowadzenie działań zakrojonych na szeroką skalę, szczególnie wymierzonych w okupanta niemieckiego. Po rozpoczęciu w czerwcu 1941 roku wojny na froncie radzieckim całość przedwojennego terytorium II Rzeczpospolitej znalazła się pod hegemonią niemiecką. Hegemonią niezwykle brutalną i nastawioną na wyniszczenie kultury, gospodarki i wreszcie sił fizycznych narodu polskiego. Cały czas tlił się jednak opór, przybierając niespotykane dotąd rozmiary. Polacy byli mistrzami konspiracji i potrafili doskonale zorganizować się w podziemiu, dostrzegając, iż głównym celem nowej działalności musi być odzyskanie niepodległości. Dlatego też na dalszy plan zostały zepchnięte przedwojenne uprzedzenia, a wrogie dotychczas środowiska niejednokrotnie podejmowały się współpracy i wspólnego wysiłku dla dobra kraju. Była to niewątpliwie piękna karta - w mroku brunatnej okupacji znaleźli się ludzie odważni, pełni werwy i zapału, gotowi do największych poświęceń - wspaniali patrioci, którzy gotowi byli oddać życie za krwawiącą ojczyznę.

Funkcjonujący na ziemiach polskich Związek Walki Zbrojnej był niejako przybudówką Rządu Emigracyjnego kierowanego przez gen. Władysława Sikorskiego. Premier zdecydowanie odciął się od przedwojennych władz, zrywając z sanacyjną przeszłością. Krok ten pociągnął za sobą rozmaite konsekwencje, z których na plan pierwszy musimy wysunąć przejęcie dowodzenia nad tworzącym się w Polsce podziemiem, które początkowo organizował gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski. W zasadzie stopniowo jego uprawnienia zostały ograniczone, a on sam w końcu dostał się w ręce Sowietów, co w dużej mierze było wynikiem oddelegowania go do Lwowa. Schedę po pierwszym dowódcy Polskiego Podziemia przejął płk Stefan Rowecki ps. "Grot", który urzędował w Warszawie. Od czerwca 1940 roku był on szefem Komendy Głównej ZWZ, wykonując polecenia Londynu. Akt ofiarowania Roweckiemu stanowiska głównodowodzącego organizacją był niezwykle ważny dla kształtowania całości zagadnień związanych z działalnością Polskiego Podziemia. Uzyskał on bowiem o wiele większą swobodę w podejmowaniu decyzji i w dużej mierze uniezależnił się od emigracyjnych zwierzchników, choć ci nadal przesyłali wiążące rozkazy i odgrywali sporą rolę w kształtowaniu struktur ZWZ, a następnie Armii Krajowej. Pierwszy okres działalności Polskiego Podziemia był niezwykle trudny, co związane było z ogólną sytuacją na frontach europejskich, druzgocącą przewagą niemiecką i licznymi brakami kadrowymi i wyposażeniowymi organizacji stawiających opór okupantowi. Rowecki zyskuje sobie coraz mocniejszą pozycję, wypracowuje również silne stanowisko w hierarchii polskiej państwowości. Jego siłę i wkład w budowanie podwalin Polski Podziemnej dostrzegał nawet Sikorski, początkowo niechętny "Grotowi". 10 lutego 1942 roku pisał nawet do Warszawy: "Po powrocie z Rosji stwierdziłem z wielką radością wspaniałe wyniki, jakie Pan Generał osiągnął w pracy prowadzonej w warunkach tak tragicznych. Nadał Pan Generał działalności wojskowej w Kraju kierunek właściwy, zmierzający do zjednoczenia całokształtu poczynań wojskowych nad odbudową Sił Zbrojnych dla wywalczenia Niepodległości [...] Ofiary ponoszone przez Armię Krajową na ziemi ojczystej posiadają wielkie znaczenie dla wkładu w tę wojnę Polski Walczącej". Oprócz niezwykle cennych uwag dotyczących działalności Rowecki zwraca uwagę drobny szczegół. Dokument z 10 lutego 1942 roku jest bodaj pierwszym, w którym Sikorski oficjalnie zastosował nazwę Armii Krajowej, choć de facto twór taki jeszcze nie istniał. Znamiennym jest jednak, iż w Londynie zapadły już decyzje o przemianowaniu dotychczasowej organizacji podległej Rządowi Emigracyjnemu, a więc Związku Walki Zbrojnej. Ciężko dziś ustalić przyczyny takiego kroku Sikorskiego i jego współpracowników. Być może była to konsekwencja jasnych wytycznych konspiracyjnych, w myśl których zmiana nazwy głównego wroga wprowadziłaby w szeregach niemieckich nie lada zamieszanie. Sama nazwa "Armia Krajowa" przewijała się w ciągu kilku lat działalności podziemnej, jednakże nie była wiążącym terminem, a jedynie określeniem funkcjonujących na ziemiach polskich bojówek. Proste złożenie słów od razu wskazuje nam na miejsce, w którym przyszło działać żołnierzom Roweckiego i patriotyczny charakter organizacji. Są to czysto teoretyczne rozważania, dlatego musimy teraz wrócić do lutego 1942 roku, kiedy to zapadły najważniejsze dla nas decyzje. 14 lutego do Warszawy wysłana została depesza z rozkazem Naczelnego Wodza, który mówił o przemianowaniu ZWZ na AK. Był to akt formalny wprowadzenia nowej, obowiązującej od tego momentu nazwy. W polskiej historiografii przyjęło się uznawać tę datę jako dzień powstania Armii Krajowej, choć rozkaz z 14 lutego 1942 roku niewiele zmieniał w strukturach organizacyjnych Związku Walki Zbrojnej. Gen. Stefan Rowecki został w tym dniu mianowany dowódcą, co również miało charakter symboliczny, bowiem do tej pory oficjalnie sprawował funkcję komendanta. Było to dla niego osobiste wyróżnienie, niejako logiczna konsekwencja pochwał od Sikorskiego, który nie szczędził słów sympatii podwładnemu. 1 maja 1942 roku nadał mu odznaczenie order Virtuti Militari, który był zwieńczeniem pięknej kariery Roweckiego w Polskim Podziemiu i stanowił niesamowite wyróżnienie na polu organizacji i walki podziemnej.

Koncepcja walki podziemnej przeciwko okupantowi niemieckiemu nie zmieniła się drastycznie po przemianowaniu ZWZ na AK. Można powiedzieć, iż Rowecki i jego żołnierze kontynuowali obraną wcześniej drogę, choć Armii Krajowej przydzielono teraz niezwykle ważne zadanie, jakim było scalenie grup niepodległościowych funkcjonujących na obszarach podległych jurysdykcji Komendy Głównej Armii Krajowej. Proces ten przebiegał powoli i ze sporymi oporami ze strony organizacji, które zdecydowały się na współpracę z podziemiem kierowanym przez Rząd Emigracyjny. Dużą rolę odgrywały tutaj kwestie polityczne, co w późniejszym czasie przełożyło się na przykład na brak poparcia dla linii lansowanej przez Sikorskiego, Stanisława Mikołajczyka i wreszcie Tomasza Arciszewskiego. Odbudowane w podziemiu ugrupowania, mimo zgodnej współpracy na polu odzyskania niepodległości, często samodzielnie organizowały własne przybudówki bojowe, dostrzegając, iż jest to najkrótsza droga do odzyskania wpływów w społeczeństwie. Nie może zatem dziwić gwałtowny rozwój Batalionów Chłopskich powiązanych ideologicznie ze Stronnictwem Ludowym. De facto siły te w drugiej połowie okresu okupacyjnego częściowo przystąpiły do projektu łączenia się pod wspólnym szyldem Armii Krajowej. Niestety, proces ten nigdy nie został zakończony, a jego zasięg był mocno ograniczony, właśnie ze względów ideologiczno-politycznych. Dowódcy Armii Krajowej często nie wykazywali się dostateczną troską o żołnierzy innych ugrupowań, co powodowało dalsze rozchodzenie się dróg poszczególnych grup podziemnych. O akcji scaleniowej jeszcze zdążymy opowiedzieć, teraz musimy się skupić na ówczesnych koncepcjach działalności, które były niemalże identyczne z tym, co prezentował Związek Walki Zbrojnej. W pierwszej kolejności zwrócić musimy uwagę na podstawowy cel Polskiego Podziemia, jakim było zorganizowanie powstania powszechnego w stosownym momencie. Plan ten realizowano konsekwentnie, niemalże od początku działalności podziemnej, choć na drodze do walki o wyzwolenie czekało Polaków wiele etapów zmagań. Zasadniczo jeszcze w 1940 roku powstały wytyczne dotyczące podejmowania się otwartego boju z Niemcami, co związane było z coraz częstszymi doniesieniami o bestialstwie okupanta i coraz to nowych zbrodniach popełnianych na polskiej ludności. Akcja informacyjna zataczała szerokie kręgi przede wszystkim na terenach objętych brunatną okupacją, gdzie żywioł polski był silniejszy i lepiej zorganizowany. Terytoria okupowane rzez Sowietów nie miały tak licznej i skutecznej kadry, czego dowodem były szybkie aresztowania tamtejszych grup przez doskonale funkcjonujące NKWD, które rozbijało w zalążku wszelkie inicjatywy podziemne. Stefan Rowecki zdawał sobie sprawę z nastrojów panujących w podziemiu, wiedział również, iż bezczynność może dezaktywować żołnierzy oraz podkopać zaufanie do Rządu Emigracyjnego, który przecież musiał zdobywać sobie poparcie w okupowanej ojczyźnie, szykując plan tryumfalnego powrotu elit politycznych do powojennej Rzeczpospolitej. Pierwszy rok okupacji nie sprzyjał akcjom bezpośrednio wymierzonym w okupanta. Jego przewaga była zbyt duża, a siły Polskiego Podziemia nieliczne i nieprzygotowane do stawienia zaciekłego oporu. Rowecki oraz ośrodek emigracyjny decydowali się na ograniczenie akcji sabotażowo-dywersyjnych, oczekując odpowiedniego momentu. Dużo ważniejszym problemem stawało się w tym czasie kompletowanie kadry dowódczej, budowanie jednolitych struktur organizacji oraz gromadzenie niezbędnego sprzętu. Plany powstania powszechnego musiały zostać odłożone na bliżej nieokreśloną przyszłość. Jednocześnie wydawano rozkazy, wśród których na plan pierwszy wysuwa się "Instrukcja dla akcji ogólnej", w której zawarto plany podtrzymywania ducha bojowego narodu, przeciwdziałania niszczeniu sił fizycznych narodu oraz bezmyślnej dewastacji polskiego mienia oraz informowania światowej opinii publicznej o dramacie na ziemiach polskich oraz organizacji Związku Walki Zbrojnej. Wytyczne odnośnie walki zakładały sabotowanie rozporządzeń niemieckich oraz uprzykrzanie okupantowi życia w mniej istotnych aspektach walki cywilnej. Konsekwencją takiego postępowania była krytyka grup lewicowych, które postulowały regularną rewolucję, nie licząc się z realnymi siłami Polskiego Podziemia oraz tragiczną sytuacją na ziemiach okupowanych. Dokładnie w rok przed powstaniem Armii Krajowej, 14 lutego 1941 roku, gen. Sikorski nakazał "Grotowi" wzmożenie akcji sabotażowej, chociaż nadal ograniczano natężenie działań. Wybuch kampanii radzieckiej mocno namieszał w szykach dowódcom Polskiego Podziemia, choć w większości przychylali się oni do tezy, iż jest to szansa na odzyskanie niepodległości, bowiem dwóch zaborców stanęło naprzeciw siebie. To z kolei przełożyło się na ewolucję planów organizacji powstania powszechnego, czego wyrazem był kolejne opracowania przesyłane do Londynu i z Londynu. Jednocześnie jasnym stało się, iż Związek Walki Zbrojnej, a następnie Armia Krajowa, muszą dołożyć wszelkich starań do tego, by maksymalnie osłabić potencjał militarny III Rzeszy na zapleczu frontu wschodniego, aby pomóc sojusznikowi radzieckiemu oraz doprowadzić do załamania sił armii niemieckiej, co było jedną z głównych przesłanek wybuchu powstania. Liczono się z możliwością współdziałania z Sowietami, jednakże ani w 1942, ani na początku 1943 roku Polskie Podziemie i częściowo Rząd Emigracyjny nie zdawały sobie sprawy, iż Józef Stalin nie jest odpowiednim partnerem do rozmów, a w kolejnych starciach przemawiać będzie z pozycji siły. W "Raporcie operacyjnym nr 154" Rowecki pisze: "Działania powstańcze zamierzam osłonić akcją dywersyjną i partyzancką od wschodu, w ten sposób, aby przerwać na jakiś czas, a w najgorszym razie ograniczyć dopływ transportów wojska niemieckiego, wracającego ze wschodu do obszaru zajętego powstaniem". To już było jawną zapowiedzią akcji "Burza" oraz podsumowaniem misji, jaką otrzymała organizacja "Wachlarz" powołana jeszcze w ramach struktur Związku Walki Zbrojnej. Jej funkcjonowanie zainicjowano jesienią 1941 roku, a głównym zadaniem żołnierzy było destruowanie zaplecza frontu niemieckiego na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej. Całość obliczona była na przyszłe odzyskanie tych terenów, co stało w sprzecznością z pomysłami Stalina. Niejako równolegle rozwijał się Związek Odwetu, któremu przydzielono bieżącą działalność sabotażowo-dywersyjną, co było logicznym efektem wzmożenia wysiłku wymierzonego w okupanta. Obie organizacje nie osiągnęły spodziewanych sukcesów, co zaowocowało połączeniem wysiłku ZO i "Wachlarza" w jednolitą organizację Kierownictwo Dywersji z płk Emilem Fieldorfem ps. "Nil" na czele. Operację przemianowania przeprowadzono na przełomie 1942 i 1943 roku, a więc Kedyw był już typowo AK-owską przybudówką i realizował jej cele i misję. O jego działalności opowiemy nieco później, zajmując się dorobkiem Armii Krajowej. W marcu 1943 roku rozkaz dowódcy AK przedstawiał wytyczne do działalności bojowej, w których znajdujemy przede wszystkim hasła atakowania komunikacji, przemysłu wojennego, administracji oraz nasilenia terroru względem Volskdeutschów, gestapo, policji, SS i akcji odwetowych za masowe mordy, wysiedlenia i prześladowanie ludności polskiej. Wprawdzie w czerwcu 1943 roku Sikorski pisał do Roweckiego: "Dlatego polecam Panu Generałowi, do czasu wydania definitywnych rozkazów, ograniczenie do samoobrony akcji odwetowej mogącej wywołać represję", jednakże podjęto wiele kroków do wzmożenia czynnego oporu, który ujście znalazł przede wszystkim w końcówce 1943 roku i w 1944 roku.

Przedstawiliśmy drogę do zintensyfikowania walki podziemnej, co było procesem długotrwałym i dość trudnym. Szczegółowe wytyczne powstawały pod koniec 1943 roku, co wiąże się już stricte z akcją "Burza" oraz wybuchem Powstania Warszawskiego. Okres od stycznia 1944 roku do stycznia 1945 roku traktować należy odrębnie przy omawianiu historii Armii Krajowej. Wiązało się to z nagłymi sukcesami Armii Czerwonej na froncie wschodnim i wkroczeniem na przedwojenne ziemie polskie. Objęcie ofensywą sowiecką Kresów Wschodnich było krokiem na drodze do podporządkowania tych ziem hegemonii Związku Radzieckiego. AK-owskie podziemie postanowiło zorganizować akcję uprzedzającą Sowietów w tym niecnym procederze, jednakże jej efekty były mizerne lub wypaczone przez stosunek sił polskich i radzieckich. Stopniowe przesuwanie się frontu na zachód stawiało pod znakiem zapytania dalsze funkcjonowanie Polskiego Podziemia na terenach wschodnich. W konsekwencji tamtejsze grupy albo uległy rozwiązaniu, albo zdecydowały się na ujawnienie przed Sowietami, albo zostały wyniszczone przez podwładnych Stalina, którzy nie patyczkowali się z partyzantką niezależną od Moskwy. Napięta sytuacja na przedpolach Warszawy oraz dramat żołnierzy AK we wschodnich rejonach działania organizacji doprowadziły dowództwo do dramatycznej decyzji o zainicjowaniu powstania powszechnego w stolicy w dniu 1 sierpnia 1944 roku. Po dwumiesięcznych walkach Niemcy wzięli górę i rozbili walczących o Warszawę Polaków, rozwiewając tym samym nadzieje Komendy Głównej AK na wyzwolenie stolicy zanim zrobią to Sowieci i odbudowanie struktur niepodległego państwa polskiego. Kolejne miesiące jedynie pogarszały sytuację strategiczną Polskiego Podziemia, co skłoniło gen. Leopolda Okulickiego do wydania rozkazu o rozwiązaniu Armii Krajowej. Żołnierze tylko w części wyszli z podziemia, obawiając się starcia z nowym okupantem. W tej roli występować miał Związek Radziecki, którego ludzie natychmiast rozpoczęli organizowanie państwa na wzór komunistyczny. Większość żołnierzy Armii Krajowej zdecydowała się na dalszą konspirację, choć wielu z nich trafiło później przed sowiecko-polskie trybunały, które sądziły prawdziwych bohaterów walki o wolność i niezależność Rzeczpospolitej. Wreszcie nieliczni postanowili poprzeć inicjatywę Okulickiego i weszli w skład nowej organizacji podziemnej wymierzonej w Sowietów. "Nie" przejęło schedę po Armii Krajowej, jednakże osiągnięcia tego tworu były niewielkie, a żołnierzy powoli wyłapywali komuniści, niszcząc kadrę i struktury organizacyjne.

Obok koncepcji walki bardzo wyraźnie rysują się koncepcje polityczne, co związane jest z szeroko zakrojoną współpracą kolejnych komendantów AK z przedstawicielami przedwojennych stronnictw, które w czasie okupacji zdecydowały się zejść do podziemia i wznowić ograniczoną działalność. Kooperacja sięgała oczywiście czasów Związku Walki Zbrojnej i w okresie funkcjonowania AK przybierała różne formy. Chyba najlepszą syntezą zawiłych stosunków politycznych w podziemiu jest historia Delegatury Rządu na Kraj oraz poprzedzających ją tworów, w których prym wiedli działacze z przedwojennych Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Narodowego, Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Stronnictwa Pracy. Nieoficjalna współpraca została zastąpiona oficjalną działalnością z ramienia Rządu Emigracyjnego, gdy latem 1940 roku rozpoczęto organizowanie Delegatury Rządu na Kraj. Rozwój delegatury trwał nieprzerwanie do 1944 roku, kiedy to struktury organizacji rozpracowali komuniści, zagrażając jednolitej działalności delegatów i ich współpracowników. W listopadzie 1942 roku Jan Piekałkiewicz postanowił wyróżnić Delegaturę Rządu na ziemie włączone do Rzeszy, Delegaturę Rządu na ziemie włączone do ZSRR i Delegaturę Rządu na Generalne Gubernatorstwo, co pozwoliło na uzyskanie stabilności i rozdzielenie części kompetencji pomiędzy terenowych działaczy. Cztery główne stronnictwa podpisały 15 sierpnia 1943 roku porozumienie, w którym zobowiązały się do utworzenia Krajowej Reprezentacji Politycznej, niejako namiastki podziemnego parlamentu. W dalszej kolejności, 9 stycznia 1944 roku, KRP została przekształcona w Radę Jedności Narodowej, co pozwoliło zachować równowagę w stosunku do kolejnych przybudówek komunistycznych uzurpujących sobie prawo do sprawowania zwierzchniej władzy na ziemiach polskich. Rada Jedności Narodowej była szerszą reprezentacją polityczną, a jej działalność objęła okres do 1 lipca 1945 roku. W tym czasie nieustannie kontaktowała się z Londynem odnośnie wspólnej polityki i ratowania zagrożonej na międzynarodowej arenie sprawy polskiej. W obradach RJN bardzo często uczestniczyli przedstawiciele Armii Krajowej, w tym komendanci, którzy konsultowali decyzje z zapleczem politycznym. Już sam fakt organizacji Powstania Warszawskiego natrafił na spore rozbieżności w obozach stronnictw i obozie militarnym, co skłoniło Polskie Podziemie do skonfrontowania zdań i wypracowania kompromisu, którym okazało się zainicjowanie walk o Warszawę. Reprezentacje polityczne przede wszystkim lansowały linię polityczną obraną przez Rząd Emigracyjny, przygotowując sobie grunt do objęcia władzy w powojennej Polsce. Informowano społeczeństwo, pozyskiwano nowych członków oraz szeroko komentowano wydarzenia na froncie militarnym i politycznym. To wszystko sprawiło, iż RJN oraz jej poprzedniczki były obok Armii Krajowej główną siłą Rządu Emigracyjnego na ziemiach okupowanych, reprezentując go tam, gdzie był najbardziej potrzebny.

Ostatnią kwestią, jaką musimy poruszyć przy omawianiu koncepcji lansowanych przez dowództwo Armii Krajowej, jest problem scalania z innymi organizacjami zbrojnymi, które de facto nie podlegały Rządowi Emigracyjnemu. Stefan Korboński ("Polskie Państwo Podziemne") nazywa to nawet "najważniejszym zadaniem organizacyjnym Komendy Głównej". Nie będziemy się zagłębiać w szczegóły akcji scaleniowej, dość powiedzieć, jakie organizacje przynajmniej częściowo podporządkowały się Armii Krajowej, a jakie pozostały niezależne do końca wojny. Wśród tych, które udało się przyciągnąć do AK poczesne miejsce zajmują Bataliony Chłopskie jako reprezentant militarny Stronnictwa Ludowego. W praktyce, jak już mówiliśmy, proces scalania przebiegał powoli i w wielu miejscach nie doszło nawet do współdziałania, nie mówiąc już o uzależnieniu BCh od AK. Teoretycznie Armii Krajowej podporządkowane zostały Narodowa Organizacja Wojskowa jako zbrojne ramię Stronnictwa Narodowego, socjalistyczna Organizacja Bojowa jako przybudówka PPS-u oraz pomniejsze organizacje: Gwardia Ludowa PPS-WRN, Obóz Polski Walczącej, Tajna Armia Polska, "Racławice", Konfederacja Zbrojna, Narodowe Siły Zbrojne i wiele innych, często o charakterze lokalnym. Nie podporządkowały się natomiast Gwardia Ludowa i Armia Ludowa jako siły partii komunistycznej kierowanej głównie przez Moskwę oraz część Narodowej Siły Zbrojnej, której struktury nie były jednolite, ale mocno rozczłonkowane i wywodzące się z różnych frakcji politycznych.

 

Mówiliśmy już, iż pod względem strukturalnym Armia Krajowa była niejako spadkiem po spuściźnie Związku Walki Zbrojnej. To właśnie w okresie funkcjonowania ZWZ wykształcone zostały ogniwa terenowe oraz Komenda Główna organizacji niepodległościowej i tylko w niewielkim stopniu kształt ten ulegał przeobrażeniom wraz z upływającym czasem, rozwojem sytuacji polityczno-militarnej oraz działaniami kadry dowódczej AK. Liczebność organizacji zmieniała się dość drastycznie, co związane było z akcją werbunkową, podejmowaniem się aktywnych działań (ludność przyciągały hasła otwartej walki z okupantem) oraz prowadzona akcja scaleniowa, która choć w pewnej części przyniosła efekty w postaci członków innych organizacji, którzy zasilili szeregi Armii Krajowej. Historia organizacji pokazuje również, iż niejednokrotnie dochodziło do przenoszenia się członków podziemnych grup do szeregów AK. Migracja trwała również w odwrotnym kierunku i spotykane były przypadki, gdy żołnierze Armii Krajowej decydowali się na wsparcie Batalionów Chłopskich, a nawet militarnych grup lewicowych, w tym Gwardii Ludowej i Armii Ludowej. Ogółem jednak liczebność organizacji wahała się w granicach 300 tys. członków, przy czym latem 1943 roku szacowano ją na rekordową liczbę 380 tys. ludzi. Werbowani członkowie delegowani byli do pracy w terenie lub Komendzie Głównej. W lutym 1942 roku zatwierdzono tekst przysięgi Armii Krajowej, który warto przytoczyć:

Przyjmowany w szeregi organizacji stwierdzał:

"W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polskiej kładę swe ręce na ten Święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia, i przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił – aż do ofiary życia mego.

Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń Dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało. Tak mi dopomóż Bóg."

Na co odbierający przysięgę replikował:

"Przyjmuję Cię w szeregi Armii Polskiej, walczącej z wrogiem w konspiracji o wyzwolenie Ojczyzny. Twym obowiązkiem będzie walczyć z bronią w ręku. Zwycięstwo będzie Twoją nagrodą. Zdrada karana jest śmiercią."

 

Ten piękny ceremoniał przetrwał do końca okresu działalności Armii Krajowej i miał symboliczną wymowę. Wielu z tych, którzy przystąpili do organizacji, otrzymało odznaczenia za ofiarną służbę, a jako oznakowanie żołnierzy AK służyła biało-czerwona opaska noszona na ramieniu.

Przejdziemy teraz do omawiania struktur organizacyjnych Armii Krajowej, zaczynając od "góry" na szczeblach hierarchii podziemnej, a więc Komendy Głównej. W pierwszej kolejności zająć się musimy dowódcami AK oraz kulisami ich powołania i zwolnienia. Pierwszym z nich był gen. Stefan Rowecki ps. "Grot", który otrzymał nominację jako logiczną konsekwencję głównodowodzenia nad Związkiem Walki Zbrojnej. Swoją funkcję sprawował do 30 czerwca 1943 roku, kiedy to został aresztowany przez Gestapo. Najprawdopodobniej przyczyną wsypy była denuncjacja, a "Grota" zdradzili Blanka Kaczorowska, Ludwik Kalkstein i Eugeniusz Świerczewski, którzy poinformowali Niemców, iż dowódca AK przebywa w lokalu przy ul. Spiskiej 14m.10. Rowecki nie doczekał końca wojny i zginął zamordowany w obozie Sachsenhausen tuż po wybuchu Powstania Warszawskiego. Prawdopodobnie odmówił współpracy i nie zdecydował się na wsparcie Niemców w ich antypolskich dążeniach, mimo iż groziła mu śmierć. Jego miejsce w Armii Krajowej powierzono gen. Tadeuszowi Komorowskiemu ps. "Bór", który już 1 lipca 1943 roku przejął obowiązki "Grota". 17 lipca przyszło do Warszawy oficjalne powiadomienie o nominacji Rządu Emigracyjnego. "Bór" był wcześniej zastępcą Roweckiego, zarówno w ZWZ, jak i AK i naturalnym stało się, iż przejmie schedę po "Grocie". To on podjął decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego i po upadku zrywu zbrojnego dostał się do niemieckiej niewoli. W międzyczasie, 30 września 1944 roku otrzymał, dość symbolicznie, stanowisko Naczelnego Wodza. Wreszcie 4 października komendantem AK został gen. Leopold Okulicki ps. "Niedźwiadek", choć oficjalne potwierdzenie nominacji przez Londyn datuje się na 21 grudnia 1944 roku. Był dowódcą AK do czasu jej rozwiązania. W późniejszym okresie został on osądzony przez Sowietów w procesie szesnastu i zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w radzieckim więzieniu. Prawdopodobnie został zamordowany przez stalinowskich siepaczy. Teraz zajmiemy się strukturą Komendy Głównej.

 

KOMENDA GŁÓWNA ARMII KRAJOWEJ

 

Dowódcy - gen. Stefan Rowecki, gen. Tadeusz Komorowski, gen. Leopold Okulicki

zastępcy dowódcy - gen. Tadeusz Komorowski, gen. bryg. Tadeusz Pełczyński ps. "Adam", "Grzegorz", "Robak" - dodatkowo Szef Sztabu Komendy Głównej AK, brał udział w Powstaniu Warszawskim, dostał się do niemieckiej niewoli.

Szef Sztabu Komendy Głównej AK - gen. bryg. Tadeusz Pełczyński, następnie płk dypl. Janusz Bokszczanin ps. "Lech", "Sęk", "Wir"

I zastępca Szefa Sztabu Komendy Głównej AK - gen. bryg. Stanisław Tatar, płk dypl. Janusz Bokszczanin, gen. bryg. Leopold Okulicki, płk dypl. Józef Szostak

Zastępca Szefa Sztabu Komendy Głównej AK ds. technicznych, dowodzenia i łączności - płk dypl. Kazimierz Pluta-Czachowski ps. "Gołdyn".

Zastępca Szefa Sztabu Komendy Głównej AK ds. organizacyjnych - płk inż. Antoni Sanojca ps. "Knapik".

Zastępca Szefa Sztabu Komendy Głównej AK ds. kwatermistrzowskich - płk dypl. Zygmunt Miłkowski ps. "Denhoff", ppłk dypl. Karol Strusiewczi ps. "Karol"

Kierownictwo Walki Cywilnej - Stefan Korboński ps. "Nowak".

Biuro Finansów i Kontroli (często traktowane jako odrębny Oddział VII) - ppłk dypl. Stanisław Thun ps. "Leszcz".

Biuro Informacji i Propagandy (w konsekwencji traktowane jako Oddział VI) - płk dypl. Jan Rzepecki - późniejszy dowódca WiN.

- Wydział Propagandy Bieżącej - mjr Tadeusz Wardejn-Zagórski ps. "Gozdawa".

- Wydział Informacji - mjr Jerzy Makowiecki ps. "Tomasz", por. Aleksander Gieysztor ps. "Lisowski".

- Wydział Propagandy Mobilizacyjnej - kpt. Tadeusz Żenczykowski ps. "Kania".

- Wydział Kolportażu - Wanda Kraszewska-Ancerewicz ps. "Lena".

- Wydział Propagandy Antykomunistycznej - por. Tadeusz Żenczykowski ps. "Kania".

- Tajne Wojskowe Zakłady Wydawnicze - Jerzy Rutkowski ps. "Kmita".

 

Oddział I Organizacyjny - płk Franciszek Kamiński ps. "Zenon" - wydział ten odpowiadał za utrzymywanie kontaktu konspiracyjnego z Polakami poza granicami ojczyzny oraz zajmował się rozplanowaniem działań bieżących oraz kwestiami organizacji personalnej. Wyróżniono w nim:

- Biuro Personalne - mjr Jerzy Antoszewicz ps. "Iwo", płk Stanisław Juszczakiewicz ps. "Kornik", płk Jan Gorazdowski ps. "Wolański".

- Komenda Rezerw Krajowych - gen. bryg. Albin Skroczyński ps. "Chrabąszcz", gen. bryg. Jan Skorobohaty-Jakubowski ps. "Kaczmarek".

- Wojskowa Służba Kobiet - ppłk Maria Wittek ps. "Mira".

- Służba Sprawiedliwości - płk Konrad Zieliński ps. "Karola".

- Służba Duszpasterska - ks. płk Tadeusz Jachimowski ps. "Budwicz", ks płk Jerzy Sienkiewicz ps. "Guzenda".

Oddział II Informacyjno-Wywiadowczy - ppłk dypl. Wacław Berka ps. "Brodowicz", ppłk dypl. Marian Drobik ps. "Dzięcioł", płk dypl. Kazimierz Iranek-Osmecki ps. "Antoni", ppłk dypl. Bohdan Zieliński ps. "Legus" - jak sama nazwa wskazuje, wydziałowi podporządkowano kwestie wywiadowcze i kontrwywiadowcze. Obok tego do kompetencji Oddziału II oddano sprawy łączności.

Wyróżniono:

- Wydział Wywiadowczy - ppłk dypl. Franciszek Herman ps. "Bogusławski".

- Biuro Studiów - mjr dypl. Bohdan Zieliński ps. "Tytus".

- Wywiad Obronny - Bernard Zakrzewski ps. "Oskar"

Oddział IIIa Operacyjny - płk dypl. Stanisław Tatar, płk dypl. Józef Szostak, ppłk dypl. Jan Kamieński ps. "Konar".

Oddział III b Wyszkoleniowy - ppłk Kazimierz Bąbiński ps. "Boryna" - Oddział III zajmował się przede wszystkim kwestiami planowania bieżącej walki zbrojnej oraz przygotowaniami do wybuchu powstania powszechnego. Opracowano wytyczne działalności oraz szczegółowe informacje dot. możliwości zorganizowania walki powszechnej. Ważniejsze wydziały lub komórki:

- Wydział Piechoty i Wyszkolenia - płk dypl. Karol Ziemski ps. "Wachowski".

- Wydział Artylerii - ppłk Jan Szczurek-Cergowski ps. "Sławbor".

- Wydział Broni Szybkich - płk dypl. Janusz Bokszczanin ps. "Sęk".

- Wydział Saperów - ppłk Franciszek Niepokólczycki.

- Wydział Lotnictwa - płk Bernard Adamecki ps. "Gozdawa".

- Wydział Marynarki - kom. Konstanty Jacynicz ps. "Witold".

Oddział IV Kwatermistrzowski - płk dypl. Adam Świtalski ps. "Dąbrowa", płk dypl. Kazimierz Iranek-Osmecki, ppłk dypl. Augustyn Waluś ps. "Kornel", ppłk dypl. Stefan Górnisiewicz ps. "Góra" - produkcja konspiracyjna, uzbrojenie, intendentura.

Ponadto:

- Służba Uzbrojenia - ppłk Jan Szypowski ps. "Leśnik".

- Służba Intendentury - ppłk dypl. Henryk Bezeg ps. "Gil".

- Służba Zdrowia - płk lek. dr med. Kazimierz Baranowski ps. "Kazia", płk lek. dr med. Leon Strehl ps. "Feliks".

- Służba Geograficzna - ppłk Mieczysław Szumański ps. "Bury".

- Wydział Produkcji Konspiracyjnej - por. inż. Witold Gokiel ps. Ryszard".

Oddział V Dowodzenia i Łączności - płk dypl. Józef Kazimierz Pluta-Czachowski - łączność pomiędzy poszczególnymi rejonami oraz z zagranicą, odbiór zrzutów, służba kurierska, przyjmowanie cichociemnych.

 Wyróżniono:

- Wydział Łączności Technicznej - mjr inż. Józef Srebrzyński ps. "Józef", ppłk Jerzy Uszycki ps. "Jurski", mjr Stefan Jodłowski ps. "Grabowski".

- Kierownictwo Odbioru Zrzutów - ppłk Konstanty Kułagowski.

- Wydział Łączności Konspiracyjnej - mjr Janina Karasiówna ps. "Bronka", mjr Julia Piwońska ps. "Henryka".

Oddział VI Informacji i Propagandy - płk dypl. Jan Rzepecki, kpt. Kazimierz Moczarski ps. "Borsuk" - jeden z najważniejszych oddziałów, istniejący jeszcze w strukturach SZP i ZWZ.

Jego głównym zadaniem było prowadzenie dokumentacji, informowanie społeczeństwa polskiego i świata o walce prowadzonej przez Polskie Podziemie oraz dokumentowanie zbrodni popełnionych przez okupanta (struktura omówiona została przy opisie Biura Informacji i Propagandy - pojęcia te są tożsame).

Oddział VII Finansów i Kontroli - ppłk Stanisław Thun ps. "Leszcz", ppłk dypl. Antoni Kruczyński ps. "Pirat", mjr Jerzy Michalewski ps. "Dokładny", ppłk Edward Lubowicki ps. "Górnik" - szeroko pojęte gromadzenie, dysponowanie i kontrolowanie środków finansowych przepływających przez Armię Krajową.

Związek Odwetu - ppłk Franciszek Niepokólczycki,

"Wachlarz" - ppłk Jan Włodarkiewicz, ppłk Remigiusz Grocholski.

Kierownictwo Dywersji - gen. bryg. August Emil Fieldorf, płk Jan Mazurkiewicz ps. "Radosław".

Szefostwo Biur Wojskowych - ppłk Ludwik Muzyczka ps. "Benedykt".

Wojskowa Służba Ochrony Powstania - ppłk Władysław Galica ps. "Bródka", płk Józef Koczwara ps. "Zbigniew" - formalnie została podporządkowana Oddziałowi IV Kwatermistrzowskiemu.

Oddziały na Węgrzech - ppłk Korkozowicz.

 

Struktury terenowe Armii Krajowej miały niepośledni wpływ na jej działalność. Dzięki doskonałej organizacji terenowej członkowie AK mogli dotrzeć niemal w każdy rejon okupowanych ziem, a najeźdźca mógł się spodziewać uderzenia w każdym miejscu. Komenda Główna postanowiła podzielić całość terytorium okupowanego, dzięki czemu w lutym uzyskano 3 Obszary (Obszar Południowo-Wschodni liczymy jako jeden element struktury), 16 Okręgów oraz pomniejsze jednostki strukturalne. Z grubsza przypadały one na województwa lub grupy województw według podziału przedwojennego. W Okręgach budowano Obwody, a te z kolei mogły zostać podzielone na Rejony i wreszcie Placówki, co tworzyło swoistą drabinę hierarchiczną w strukturach AK. Ostatecznym stadium formowania grup było utworzenie plutonu, który liczył sobie kilkudziesięciu ludzi operujących na danym terenie. Na początku 1944 roku w skład AK wchodziło ponad 6200 plutonów w składzie pełnym i ponad 2600 w składzie niepełnym. Przyjrzyjmy się zatem strukturom terenowym organizacji z 1944 roku:

Obszar Warszawski - płk Albin Skroczyński ps. "Łaszcz":

- Podokręg Wschodni - płk Hieronim Suszczyński ps. "Szeliga".

- Podokręg Zachodni - płk Franciszek Jachieć ps. "Roman".

- Podokręg Północny - ppłk Zygmunt Marszewski ps. "Kazimierz".

Obszar Południowo-Wschodni - płk Władysław Filipkowski ps. "Janka".

- Okręg Lwów - ppłk Władysław Smereczyński ps. "Esem", p.o. ppłk Adolf Galinowski ps. "Robert", płk Ludwik Czyżewski ps. "Franciszka", ppłk dypl. Stefan Czerwiński ps. "Karabin".

- Okręg Stanisławów - ppłk Jan Rpogowski ps. "Jastrzębiec", mjr Władysław Herman ps. "Globus".

- Okręg Tarnopol - ppłk Franiszek Studziński ps. "Kotlina".

Obszar Zachodni - płk Zygmunt Miłkowski ps. "Denhoff".

- Okręg Pomorze - płk Rudolf Ostrihansky ps. "Aureliusz", płk Janusz Pałubicki ps. "Piorun", mjr Franciszek Trojanowski ps. "Fala".

- Okręg Poznań - mjr Wacław Kotecki ps. "Kotowski", płk Henryk Kowalówka ps. "Skawa", ppłk Andrzej Rzewuski ps. "Abrek".

Wydzielone okręgi:

- Okręg Białystok - ppłk Władysław Liniarski ps. "Mścisław".

- Okręg Kielce-Radom - płk Feliks Jędrychowski ps. "Ostroga", płk dypl. Stanisław Dworzak ps. "Daniel", płk Jan Zientarski ps. "Ein".

- Okręg Kraków - dypl. Zygmunt Miłkowski ps. "Wrzos", płk dypl. Józef Spychalski ps. "Luty", płk dypl. Edward Godlewski ps. "Garda", gen. bryg. Stanisław Rostorowski, płk Edward Godlewski, płk Przemysław Nakoniecznikow-Klukowski ps. "Kruk II".

- Okręg Lublin - płk Ludwik Bittner ps. "Tarnowski", płk Kazimierz Tumidajski ps. "Marcin", ppłk Franciszek Żak ps. "Wir".

- Okręg Łódź - ppłk Stanisław Juszczakiewicz ps. "Kornik", płk Ludwik Czyżewski ps. "Julian", płk Michał Stempkowski ps. "Barbara".

- Okręg Nowogródek - ppłk Janusz Prawdzic-Szlaski ps. "Borsuk", ppłk Adam Szydłowski ps. "Poleszuk", ppłk Maciej Kalenkiewicz ps. "Kotwicz", rt. Jan Skorb ps. "Boryna".

- Okręg Polesie - ppłk Franciszek Józef Faix ps. "Ordyński", ppłk Stanisław Dobrski ps. "Żuk", płk Henryk Krajewski ps. "Leśny".

- Okręg Śląsk - ppłk Henryk Kowalówka ps. "Skawa", ppłk dypl. Paweł Zagórowski ps. "Andrzej", ppłk dypl. Zygmunt Janke ps. "Gertruda".

- Okręg Warszawa-Miasto - gen. bryg. Antoni Chruściel ps. "Monter".

- Okręg Wilno - ppłk Aleksander Krzyżanowski ps. "Wilk", ppłk dypl. Julian Kulikowski ps. "Drohomirski", ppłk Stanisław Heilman ps. "Tomasz".

- Okręg Wołyń - ppłk Kazimierz Bąbiński ps. Luboń, ppłk Jan Wojciech Kiwerski ps. "Dyrektor".

 

Dokonanie syntezy ogółu działań bojowych Armii Krajowej jest niezwykle trudne ze względu na ilość akcji, jakie organizacja ta przeprowadziła na drodze do odzyskania niepodległości. Jak wiemy, były one wymierzone głównie w Niemców, choć nie brakowało i takich, w których celem numer jeden było zaszkodzenie Sowietom. My skupimy się przede wszystkim na akcjach przeciwko okupantowi niemieckiemu, który najmocniej dał się we znaki Polakom okresu okupacji. Natężenie działań Armii Krajowej było zmienne i wiązało się z ogólnymi wytycznymi przedstawianymi przez Komendę Główną, która funkcjonowanie organizacji musiała dopasować do ówczesnej sytuacji politycznej i militarnej. W niektórych okresach skupiano się zatem przede wszystkim na uderzeniach w komunikację i gospodarkę okupanta, co miało pomóc walczącej Armii Czerwonej. Były również momenty, gdy Polskie Podziemie zdecydowało się na akcje terrorystyczne wymierzone w okupanta, rewanżując się tym samym za ogrom zbrodni popełnionych na narodzie polskim. Po kryzysie stosunków polsko-radzieckich, co związane było z odkryciem grobów katyńskich, kolejni komendanci Armii Krajowej już nie tak ochoczo wspierali front wschodni i sojusznika, który stawiał opór Wehrmachtowi. Rowecki jeszcze wiosną 1943 roku nakazał ograniczenie dywersji, aby zanadto nie przyczyniać się do sukcesów Armii Czerwonej, która stawała się coraz mniej pożądanym sprzymierzeńcem. W naszej krótkiej, bądź co bądź, rozprawie na temat historii Armii Krajowej nie może uwzględnić wszystkich akcji bojowych, jakie wykonała ta organizacja na przestrzeni kilkudziesięciu miesięcy swojej działalności. Taki spis byłby zresztą niemożliwy do sporządzenia ze względu na ogrom ilościowy operacji żołnierzy Polskiego Podziemia. Dlatego też skupimy się na najważniejszych wydarzeniach w bojowej historii organizacji, wymieniając najważniejsze akcje i omawiając kilka z nich. Nasze rozważania poprzedzić musimy ogólnym podsumowaniem wysiłku zbrojnego Armii Krajowej (częściowo także Związku Walki Zbrojnej). Zestawienie akcji bojowych za okres od 1 stycznia 1941 roku do 30 czerwca 1944 roku. Dane te znalazły się w oficjalnym sprawozdaniu Komendy Głównej AK, która chciała podsumować dotychczasowe osiągnięcia organizacji. Wprawdzie zawierają one w sobie ponad 13 miesięcy, w czasie których działania bojowe wykonywano pod szyldem Związku Walki Zbrojnej, jednakże i tak czytelnik może uzyskać pożyteczne rozeznanie w sytuacji bojowej największej polskiej organizacji podziemnej. I tak (za "Powstanie Warszawskie", Jerzy Kirchmayer):

Uszkodzono parowozów - 6930.

Przetrzymano w remoncie parowozów - 803.

Wykolejono transportów - 732.

Podpalono transportów - 443.

Uszkodzono wagonów kolejowych - 19 053.

Przerwano sieci elektrycznych na węźle Warszawa - 638.

Uszkodzono lub zniszczono samochodów wojskowych - 526.

Wysadzono mostów kolejowych - 38 Uszkodzono samolotów - 28.

Zniszczono cystern benzyny - 1167.

Zniszczono ton benzyny - 4674.

Zagwożdżono szybów naftowych - 3.

Spalono wełny drzewnej (wagonów) - 150.

Spalono wojskowych magazynów - 122.

Spalono wojskowych składów żywnościowych - 8.

Unieruchomiono czasowo produkcję w fabrykach - 7.

Wykonano wadliwie części silników lotniczych - 4710.

Wykonano wadliwie lufy dział - 203.

Wykonano wadliwie pocisków artyleryjskich - 92 000.

Wykonano wadliwie radiostacji lotniczych - 107.

Wykonano wadliwie dla przemysłu elektrycznych kondensatorów - 570 000.

Wykonano wadliwie obrabiarek - 1700.

Uszkodzono ważnych maszyn w fabrykach - 2872.

Wykonano różnych aktów sabotażu - 25 145.

Wykonano zamachów na Niemców - 5733.

 

Być może dane nie mają charakteru całkowitego wyliczenia akcji sabotażowo-dywersyjnych podjętych przez Polskie Podziemie, jednakże pokazują, jak ogromnym zaangażowaniem cieszyły się operacje godzące w okupanta w taki czy inny sposób. Szczególną uwagę zwraca rubryka ostatnia, a więc przedstawiająca ilość zamachów na Niemców, ponieważ takie akcje były najbardziej spektakularne i nierzadko obarczone największym ryzykiem. Ogromny wpływ na przemysł okupanta miały akty sabotażu wykonywane w fabrykach, na drogach, na kolei, w transportach - było to związane szczególnie z "bitwą o tory" (hasło to lansowała głównie Armia Ludowa), która przyczyniała się do osłabienia zaplecza Wehrmachtu w dobie wojny niemiecko-radzieckiej. Wiemy jednak, iż działalność tego typu prowadzona była do pewnego czasu, w późniejszym okresie notujemy znaczne ograniczenie dywersji kolejowej w związku z napiętymi relacjami polsko-radzieckimi. Okres przełomu lat 1943-44 to przede wszystkim czas wykonywania planu "Burza". Jego zwieńczeniem był wybuch Powstania Warszawskiego, najważniejszej i największej akcji zbrojnej Polskiego Podziemia, która w zasadzie zakończyła większą działalność Armii Krajowej. Okres popowstaniowy to nie tylko ograniczenie akcji "Burza" do minimum, co jasno wynikało z rozkazu nowego komendanta Armii Krajowej, ale i powolne wygasanie oporu AK ze względu na przesuwanie się frontu oraz działalność antypartyzancką Sowietów (oczywiście, w stosunku do organizacji niepowiązanych ideologicznie z Moskwą). Prześledźmy zatem najważniejsze akcje zorganizowane przez Armię Krajową na przestrzeni lat 1942-44.

16 kwietnia 1942 roku, w dwa miesiące po oficjalnym utworzeniu Armii Krajowej, na łamach "Biuletynu Informacyjnego" ukazała się reprodukcja znaku Polski Walczącej, kotwicy złożonej z liter P i W, która odtąd stać się miała symbolem walki z okupantem. Ocenia się, iż tekst, który tłumaczył zasady stosowania znaku kotwicy napisał Aleksander Kamiński. Warto zacytować fragment wypowiedzi: "Juz od miesiąca na murach Warszawy rysowany jest znak kotwicy. [...] Zapieczętowany być może przez jakiś zespół - znak ten stał się już własnością powszechną. Co dzień ścierany z murów pojawia się na tych murach na nowo, rysowany przez nieznane tysiące rąk [...]". Rzeczywiście, kotwiczki pojawiały się samorzutnie w wielu miejscach w kraju i stały się przeciwwagą dla wszędobylskiej niemieckiej swastyki. Szczególnie silnie akcentowano wagę symbolu w Warszawie, gdzie prężną działalność podjęli członkowie Szarych Szeregów, niejako spadkobiercy przedwojennego harcerstwa. Wśród nich na szczególną uwagę zasługiwali bohaterowie książki Kamińskiego pt. "Kamienie na szaniec" - Jan Bytnar ps. "Rudy" i Aleksy Dawidowski ps. "Alek". Obaj odznaczyli się niezwykłą odwagą i pomysłowością na polu walki z okupantem. "Alek" stał się bohaterem jednej z najsłynniejszych akcji w walce o kulturę. 19 lutego 1942 roku zdecydował się on na brawurową akcję ściągnięcia tablicy zasłaniającej normalny napis na pomniku Mikołaja Kopernika w Warszawie. Niemcy zdecydowali się na zasłonięcie pamiątkowej tablicy w języku polskim, która wyrażała wdzięczność narodu dla wybitnego astronoma: „Mikołajowi Kopernikowi – Rodacy”, i zamiast niej wstawili własną: „Dem Grossem Astronomen”. Pomnik miał teraz wyrażać germańskie pochodzenie Kopernika, co od dawna postulowali Niemcy. "Alek", wiele ryzykując (pomnik znajdował się naprzeciwko budynku granatowej policji), odkręcił mosiężną płytę. Akt ten rozsierdził gubernatora Fischera, który nakazał zlikwidowanie pomnika Jana Kilińskiego w odwecie za uderzenie Dawidowskiego. I tym razem "Alek" pokazał, że zasługuje na miano wybitnego działacza Polski Podziemnej, bowiem nie tylko zdołał wykupić szablę Kilińskiego ze zdemontowanego pomniki, ale i oznaczyć miejsce, w które ów cokół przewieziono (trafił do Muzeum Narodowego). Takich akcji było oczywiście więcej, nierzadko miały charakter spektakularny, częściej decydowano się na drobne uderzenia w politykę okupanta, jak rozwieszanie polskich flag czy rysowanie prześmiewczych symboli piętnujących hitlerowców. Były to akcje ważne z moralnego punktu widzenia (podtrzymywały ludność na duchu), jednakże okupant cierpiał na tym w niewielkim stopniu. 24 lipca 1942 roku Rowecki zameldował gen. Sikorskiemu, iż od września rusza nowa faza działań dywersyjno-sabotażowych. Armia Krajowa planowała wzmożenie operacji przeciwko Niemcom, a najlepszym tego dowodem było zorganizowanie akcji "Wieniec" w nocy z 7 na 8 października 1942 roku. Był to pierwszy tak silny atak członków Polskiego Podziemia na transport okupanta. Akcja powiodła się niemal w całości i na kilka godzin, a w niektórych miejscach nawet dni, sparaliżowała ruch kolejowy wokół Warszawy. Gdy w listopadzie powstało Kierownictwo Dywersji, wzięło na swoje barki ciężar działań. Aktywna działalność zastąpiła dotychczasowe oczekiwanie na rozwój sytuacji, co oczywiście natychmiast przełożyło się na popularność Armii Krajowej w okupowanej ojczyźnie. Podsumowaniem zwrotu w polityce dywersyjnej Roweckiego były akcje organizowane na Zamojszczyźnie na przełomie 1942 i 1943 roku. Żołnierze Armii Krajowej aktywnie wystąpili przeciwko niemieckim próbom eksterminacji tamtejszej ludności, sprzeciwiając się próbom wysiedlenia mieszkańców Zamojszczyzny. Ogromny wkład w budowanie samoobrony miały również Bataliony Chłopskie, organizacja najprężniejsza w tamtym rejonie. Styczeń 1943 roku przyniósł dwie ważne kwestie, jeśli chodzi o działalność Armii Krajowej. 18 dnia tego miesiąca zorganizowano akcję pińską, która pozwoliła na odbicie członków Polskiego Podziemia więzionych przez okupanta. Uderzenie wykonano niezwykle sprawnie, a za akcją stały głównie oddziały Kedywu. Niestety, w kolejnych miesiącach ci sami ludzie mieli ponownie paść ofiarą hitlerowskiej polityki eksterminacyjnej. Mimo to styczniowa akcja była sukcesem. W cztery dni później Dowódca AK wydał rozkaz, w którym nakazał oznaczanie akcji wykonywanych przez podległą mu organizację. Od tej pory na miejscu wykonywania zadania zostawiano wyraźne ślady i oznakowanie jasno pokazujące, kto stoi za uderzeniem. Była to cenna inicjatywa na drodze do budowania potęgi Armii Krajowej, której od tej pory nie można było zarzucić bierności. 26 marca odbyła się bodaj najsłynniejsza akcja Polskiego Podziemia, w której główne role grali znani nam już Bytnar i Dawidowski. Kilka dni wcześniej "Rudy" został złapany przez Niemców, co skłoniło jego kolegów do zorganizowania akcji odbicia Bytnara z rąk okupanta. 26 marca uderzono na konwój przewożący więźniów, a od miejsca natarcia operację nazwano akcją pod Arsenałem. Skończyła się ona połowicznym sukcesem - wprawdzie oswobodzono więźniów przewożonych ciężarówką, jednakże nie udało się utrzymać przy życiu "Rudego", którego uratowanie było głównym celem akcji. Co gorsza, podczas walk zginął również "Alek", otrzymując śmiertelny w skutkach postrzał. "Rudy" umarł z powodu ran odniesionych podczas brutalnego przesłuchania. Śmierć Bytnara przyniosła krwawy odwet Polskiego Podziemia, które zlikwidowało oprawców przyjaciela. Był to zresztą okres, w którym Armia Krajowa dojrzała niejako do rozpoczęcia akcji wymierzonej w poszczególne jednostki hitlerowskiego aparatu terroru. Szereg zamachów na ważne osobistości zainicjowano 20 kwietnia w Krakowie, gdy podjęto się próby likwidacji SS-Obergruppenführera Friedricha Wilhelma Krügera, dowódcy SS i Policji na obszar Generalnego Gubernatorstwa. Wprawdzie akcja skończyła się fiaskiem, jednakże pokazała, iż nikt nie może czuć się bezpieczny, zwłaszcza gdy dopuszcza się licznych przewinień w stosunku do ludności polskiej. W tym samym czasie dramatyczne wydarzenia miały miejsce w Getcie Warszawskim, gdzie rozpoczęło się powstanie ludności żydowskiej. Armia Krajowa w nieznacznym stopniu wsparła bojowników getta, organizując kilka akcji. Teren działań był jednak trudny, warunki uniemożliwiały aktywne wsparcie Żydów w ich heroicznym wysiłku. 30 czerwca Armia Krajowa poniosła niepowetowaną stratę w postaci aresztowania gen. Stefana Roweckiego. Jego następca, Tadeusz Komorowski, nie wykazał się taką inwencją i wyczuciem w organizowaniu prac Polski Podziemnej, jednakże postanowił kontynuować drogę obraną przez poprzednika i także nie stronił od aktywnego oporu względem okupanta hitlerowskiego. 12 sierpnia żołnierze oddziału "Motor" funkcjonującego w ramach Kedywu zaatakowali samochód przewożący pieniądze z Banku Emisyjnego. Akcja zakończyła się całkowitym powodzeniem, choć nie ustrzeżono się strat - rany odniosło 2 członków Polskiego Podziemia. Udało się jednak zarekwirować blisko 105 mln złotych, co pozwoliło na mocne wsparcie kasy Armii Krajowej. W kolejnych miesiącach coraz większą wagę przywiązywano do sytuacji na terenach wschodnich, gdzie wkrótce mieli wkroczyć żołnierze Armii Czerwonej. To skłaniało dowództwo Armii Krajowej do zainicjowania operacji "Burza", jednocześnie przystępowano do rozprawy z bandami, które grasowały w tamtych rejonach. 15 września Komorowski wydał instrukcję, z której jasno wynikało, iż jego żołnierze mieli likwidować element bandycki, co czasem mogło prowadzić do konfrontacji z bojówkami komunistycznymi. W listopadzie wreszcie nadszedł sygnał o zainicjowaniu akcji "Burza". Wyzwalanie terytoriów wschodnich zanim wejdą tam siły Armii Czerwonej było słuszną inicjatywą, jednakże skuteczność "Burzy" pozostawiała wiele do życzenia. Wprawdzie oddziały Armii Krajowej zaangażowały się w walki o szereg miejscowości, nierzadko współpracując przy tym z Sowietami, lecz działania te były z góry skazane na niepowodzenia. Potwierdzeniem tej tezy były tragiczne wydarzenia na Wileńszczyźnie, gdzie w lipcu AK-owcy zaangażowali się w walki o wyzwolenie Wilna, a następnie zostali aresztowani przez siły radzieckie. W kolejnych dniach podobny los spotkał członków Armii Krajowej, którzy wzięli udział w walkach o Lwów. Armia Czerwona rozbroiła Polaków, a 27 lipca komendant Obszaru Lwów zarządził rozwiązanie podległych mu oddziałów, decydując się na ten krok wobec żądań Sowietów. Była to jedyna możliwość uchronienia podwładnych przed represjami ze strony Armii Czerwonej i NKWD. Akcja "Burza" nie tylko nie przyniosła spodziewanych efektów, ale i przyczyniła się do rozbicia Armii Krajowej przez ideologicznych wrogów sterowanych przez Moskwę i Józefa Stalina. Nieuzasadniona agresja przekreślała możliwość współpracy obu stron w budowaniu Polski antyniemieckiej i niepodległej. Wróćmy jednak do początków 1944 roku. 1 lutego zorganizowano w Warszawie zamach na SS-Brigadeführera Franza Kutscherę. Tym razem zamachowcom udało się wykonanie zadania i zlikwidowanie wyróżniającego się gorliwością funkcjonariusza hitlerowskiej machiny okupacyjnej. Była to zresztą akcja z cyklu "Główki" - serii uderzeń na niemieckich dygnitarzy. Obok spektakularnych sukcesów notowano też poważne klęski, które kosztowały życie wielu żołnierzy Armii Krajowej. Najgorszym przedsięwzięciem AK były zdecydowanie walki z okupantem w Puszczy Solskiej w drugiej połowie czerwca. Okrążone siły Polskiego Podziemia biły się z regularnymi jednostkami niemieckimi, którym uległy, tracąc kilkuset żołnierzy. Była to największa porażka AK-owców do czasów Powstania Warszawskiego. To wybuchło 1 sierpnia. Walki o Warszawę były przede wszystkim inicjatywą tamtejszego dowództwa AK, które uważało, iż dysponuje wystarczającymi siłami do wyzwolenia stolicy. Wprawdzie do 4 sierpnia udało się opanować powstańcom sporą część miasta, jednakże od tej pory inicjatywa przeszła w ręce Niemców, którzy stopniowo likwidowali kolejne punktu oporu żołnierzy Armii Krajowej. Izolowane dzielnice upadały, a opór AK był niezwykle kosztowny. Cierpiała przede wszystkim ludność cywilna, którą masowo mordowały wojska hitlerowskie. Był to jeden z największych aktów niemieckiej przemocy na bezbronnej ludności. Dewastowano także miasto. Straty ludności cywilnej szacowane są nawet na 150 tys. ludzi. Tyle pomordowano na miejscu, wielu zginęło później w niemieckich obozach lub w kolejnych miesiącach działań wojennych. Powstanie Warszawskie, zakończone 2 października 1944 roku, w zasadzie było końcem aktywnej działalności Armii Krajowej. Większa akcje notowano później jeszcze w krakowskim, częstochowskim. Walka o stolicę była jednak największym i najtragiczniejszym epizodem działalności AK - epizodem, który nie tylko nie przyniósł upragnionej wolności, ale i pozbawił dowództwo Polskiego Podziemia ogromnej ilości sił zmarnotrawionych na walkę z Niemcami.

Upadek Powstania Warszawskiego był kolejną przełomową datą w historii Armii Krajowej. Zadziwiające jest, jak wielką obłudą potrafili wykazać się działacze komunistyczni. Tuż przed wybuchem walk nawoływali do rozpoczęcia boju o wyzwolenie stolicy, a następnie jednoznacznie odcięli się od wydarzeń w Warszawie. Sam Stalin nie chciał się mieszać do tej "awantury" i odmówił pomocy walczącemu podziemiu. Warto zwrócić uwagę, iż zarówno z politycznego, jak i militarnego punktu widzenia Powstanie Warszawskie okazało się całkowitym niewypałem. Sojusznicy alianccy mieli uzasadnione pretensje do Rządu Emigracyjnego, iż ten samorzutnie zdecydował się na tak ryzykowną operację, nie konsultując ze sprzymierzeńcami. Nie był to dobry prognostyk dla sprawy polskiej, bowiem niesubordynacja w szeregach koalicji i ciągłe tarcia na linii Warszawa-Moskwa podkopywały zaufanie do Rządu Emigracyjnego i jego militarnego i politycznego podziemia w okupowanej ojczyźnie. Jeśli zaś chodzi o kwestie militarne, to wybuch powstania zaprzepaścił szanse stawiania oporu Sowietom, jeśli taka możliwość w ogóle istniała. Polskie Podziemie i Niemcy wyniszczyli się wzajemnie w dwumiesięcznych walkach, druzgocąc wypracowane przez lata struktury polskiej partyzantki, która miała walczyć o niepodległość ojczyzny. Teraz szanse te zostały zaprzepaszczone, bowiem wielu żołnierzy trafiło do niemieckiej niewoli, a stamtąd nie mieli okazji wspierać tych, którzy gotowi byli do stawienia czoła nowemu najeźdźcy, za jakiego uznawano Związek Radziecki i Armię Czerwoną wyzwalającą przedwojenne terytoria II Rzeczypospolitej. Przegrana w równym boju z Niemcami wykluczała również dalsze działania na drodze do wyzwolenia kraju zanim uczynią to Sowieci. Nietrudno zauważyć, iż upadek powstania pociągnął za sobą spore konsekwencje dla podziemia politycznego. To właśnie w stolicy miał zainstalować się nowy rząd, który tworzyć mieli członkowie Rady Jedności Narodowej, a więc legalnej namiastki podziemnego parlamentu. Plany Rządu Emigracyjnego były jasne i przejrzyste - mając Warszawę w swoich rękach, mógł w korzystny sposób rozegrać ostatnie karty, jakie zostały mu w końcówce 1944 roku. Jedną z nich było poparcie Anglosasów dla funkcjonujących w kraju i na emigracji władz polskich. Niestety, teraz władze te musiały konspirować się jeszcze głębiej, obawiając rozpoznania przez siły NKWD i Armii Czerwonej oraz podziemie komunistyczne, które coraz prężniej poczynało sobie na ziemiach polskich, a nawet pokusiło się o utworzenie własnej namiastki rządu, który w początkach 1945 roku stał się Rządem Tymczasowym.

 

Gen. Komorowski 4 października 1944 roku zdecydował się na wydanie pożegnalnego niejako rozkazu, w którym zawiadamiał swoich podwładnych o nominacji dla gen. Leopolda Okulickiego i ograniczeniu akcji "Burza". 7 października "Niedźwiadek" informował Londyn, iż przebywa w Częstochowie i obejmuje dowodzenie nad Armią Krajową. Co dziwne, Londyn nie zdecydował się na wyrażenie jednoznacznego poparcia dla poczynań Okulickiego. W zastępstwie postanowiono mianować dowódcą Polskiego Podziemia gen. Stanisława Tatara, co było pomysłem o tyle chybionym, że ten przebywał w Londynie i nie miał możliwości kierowania poczynaniami Armii Krajowej. Brak oficjalnej nominacji oraz wrogie posunięcia Rządu Emigracyjnego podkopały mocno zaufanie do Okulickiego, który musiał dodatkowo zmagać się z opozycją w łonie organizacji, którą de facto kierował od października. Uzyskał jednak poparcie przynajmniej części podziemia politycznego z delegatem Janem Stanisławem Jankowskim na czele, co stawiało go w nieco korzystniejszej sytuacji niż początkowo. Dopiero 21 grudnia 1944 roku nadeszło z Londynu potwierdzenie nominacji i uznanie Okulickiego jako legalnego komendanta Armii Krajowej. Zamieszanie to bynajmniej nie sprzyjało sprawie polskiej, bowiem Polskie Podziemie było w tym czasie coraz słabsze ze względu na wyniszczające walki z Niemcami oraz aresztowania, jakie prowadzili Sowieci na terenach wschodnich i kolejnych obejmowanych ofensywą Armii Czerwonej. Mimo iż Komorowski ograniczył postanowienia planu "Burza", a w ślad za nim poszedł i Okulicki, wydając 26 października rozkaz o wstrzymaniu działań na okres zimowy, w niektórych miejscach walki trwały jeszcze na początku 1945 roku. Tak było chociażby w okręgach radomskim i częściowo warszawskim. W Częstochowie działały grupy ppłk Mazurkiewicza, chroniąc klasztor na Jasnej Górze. Liczebność Armii Krajowej przedstawiała się nadal efektownie, a w niektórych rejonach wciąż odtwarzano przedwojenne jednostki Wojska Polskiego, co było jednym z założeń akcji "Burza". Jako że nie zajmowaliśmy się tym problemem do tej pory, należy przytoczyć odpowiednie dane z poszczególnych okręgów, które uzmysłowią nam, jak prężne było Polskie Podziemie i jak wspaniale potrafiło działać w warunkach trudnej konspiracji. W radomskim powstały 2. Dywizja Piechoty Legionów AK "Pogoń" ppłk Antoniego Żółkiewskiego. Obok niej funkcjonowały 7. Dywizja Piechoty AK "Orzeł", 28. Dywizja Piechoty AK im. Okrzei. W krakowskim odtworzone zostały 6. Dywizja Piechoty AK "Odwet", 21. Dywizja Piechoty AK, 22. Dywizja Piechoty AK, 24. Dywizja Piechoty AK i 106. Dywizja Piechoty AK. W lubelskim notowano 3. Dywizję Piechoty Legionów AK, 9. Podlaską Dywizję Piechoty AK. W lwowskim okręgu powstały 5. Dywizja Piechoty AK "Dzieci Lwowskich", 11. Karpacka Dywizja Piechoty AK, 12. Dywizja Piechoty AK. Na Wołyniu odbudowała się 27. Wołyńska Dywizja Piechoty AK, którą następnie rozbijali Sowieci. Na Polesiu działała 30. Dywizja Piechoty AK, w białostockim 29. Dywizja Piechoty AK. Wreszcie w centrum kraju, w łódzkim, funkcjonowały 26. Dywizja Piechoty AK, 25. Dywizja Piechoty AK i 10. Dywizja Piechoty AK. Także w warszawskim próbowano nawiązań do tradycji przedwojennych - powstała tam 8. Dywizja Piechoty AK. Część z jednostek skończyła działalność jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego, część funkcjonowała po jego zakończeniu. 8. DP AK im. Traugutta weszła w skład jednostek walczących o stolicę. Ponadto część żołnierzy składała się na swobodnie funkcjonujące grupy partyzanckie, które stopniowo ulegały rozkładowi, przechodziły do głębszej konspiracji lub zostały rozwiązane na wskutek działalności Sowietów.

 

Smutny był koniec Polski Podziemnej, która zmuszona była odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Okres, o którym wspominaliśmy, był najtrudniejszym dla działalności podziemnej, choć paradoksalnie to właśnie wtedy okupant niemiecki był najsłabszy a siłom polskim powinna zagwarantować wsparcie Armia Czerwona. Niestety, plany Stalina, za cichym przyzwoleniem aliantów zachodnich, nie były zbieżne z poglądami dowództwa Armii Krajowej oraz innych organizacji niepodległościowych, które nie wywodziły się z zaplecza komunistycznego. W czasie gdy na ziemie polskie wkraczali Sowieci nie było już mowy o funkcjonowaniu niezależnej organizacji zbrojnej, która zrzeszała wielotysięczne masy członkowskie. Dlatego też nie powinien dziwić fakt coraz częstszych aresztowań wśród kadry Armii Krajowej, nawet gdy żołnierze ci postanowili złożyć broń przed Sowietami i proponowali współpracę na rzecz rozbicia Niemców. Akt agresji przeciwko Polakom, i to tym najbardziej zaangażowanym w działalność niepodległościową, był uzasadniony jedynie z politycznego punktu widzenia, nie miał żadnych przesłanek w wydarzeniach na froncie, czego dowodzi chociażby kooperacja AK i Armii Czerwonej w czasie szturmowania Wilna czy Lwowa. Oba miasta były dla Polaków stracone, a batalię o przyznanie ich Rzeczpospolitej przegrali Winston Churchill i Franklin Delano Roosevelt, którzy podczas konferencji Wielkiej Trójki nie zdecydowali się na utworzenie wspólnego frontu anglosaskiego i przeciwstawienie się Stalinowi. Walka o wolną Polskę spadła na barki samych Polaków, ale ci nie byli w stanie stawić oporu silnej i doskonale wyposażonej Armii Czerwonej, która niczym taran przeszła przez ziemie polskie i w maju 1945 roku zakończyła swój zwycięski marsz na Berlinie i Pradze. Na początku stycznia 1945 roku gen. Leopold Okulicki zdawał sobie sprawę, iż dalsze funkcjonowanie Armii Krajowej jest pozbawione sensu wobec wyzwolenia większości ziem polskich i miażdżącej przewagi Sowietów na froncie. Atakowanie Armii Czerwonej czy działającego już na ziemiach polskich Tymczasowego Rządu nie wchodziło w grę, ponieważ dodatkowo mogło skomplikować trudną i tak sytuację Polski w kręgu sojuszników alianckich, którzy nie sprzyjali tendencjom odśrodkowym i woli walki Polaków. Okulicki wiedział, iż Armia Krajowa nie przetrwa w niezmienionym kształcie, dlatego zdecydował się na utworzenie organizacji "Nie", która miała przejąć schedę po poprzedniczce i skupić się na walce o prawdziwą niepodległość i niezależność z dala od żołnierzy przysłanych ze Związku Radzieckiego. Okulicki konsultował swoje decyzje z Rządem Emigracyjnym, który przychylił się do stanowiska dowódcy AK. Podobne zdanie wyraził delegat Jan Stanisław Jankowski, który także nie ukrywał, iż jest to najlepsze wyjście z sytuacji. Ponadto mógł w ten sposób ochronić swoich podwładnych, dla których nie było miejsca w komunistycznej Polsce, gdzie do masowych aresztowań i prześladowań przystąpić miały Urząd Bezpieczeństwa i Służba Bezpieczeństwa we współdziałaniu z NKWD. Wreszcie 19 stycznia 1945 roku zdecydował się na wydanie dramatycznego rozkazu, który warto zacytować:

"Postępująca szybko ofensywa sowiecka doprowadzić może do zajęcia w krótkim czasie całej Polski przez Armię Czerwoną. Nie jest to jednak zwycięstwo słusznej sprawy, o którą walczyliśmy od roku 1939. W istocie bowiem - mimo stworzonych pozorów wolności - oznacza to zmianę jednej okupacji na druga, przeprowadzoną pod przykrywką Tymczasowego Rządu Lubelskiego, bezwolnego narzędzia w rękach rosyjskich.