18.12.2017.
Start arrow Poezja arrow NIE TYLKO WE LWOWIE CZERWONY PAŹDZIERNIK
NIE TYLKO WE LWOWIE CZERWONY PAŹDZIERNIK Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
KiepskiŚwietny 
Autor: Aleksander Szumanski   
04.12.2017.

NIE TYLKO WE  LWOWIE  CZERWONY PAŹDZIERNIK Z BIAŁYM ORŁEM BEZ KORONY i ŚLADAMI LENINA W TLEE

 

Czerwony październik usiłował wyważyć otwarte drzwi wiodące do Europy. Wcześniej jednak u siebie rozpoczął masowe mordy "wrogów ludu", niszczenie świątyń, wiernych i duchowieństwa, upatrując w nich największego zagrożenia, największych "wrogów czerwonej gwiazdy". Wizerunek tych rewolucyjnych działań i nowego porządku działań obrazuje precyzyjnie Antoni Ferdynand Ossendowski w swojej książce "Lenin". Oto fragmenty owych poczynań z udziałem samego Włodzimierza Uljanowa Lenina:

" Antychryst przyszedł i państwo na ziemi zakłada. Ów Antychryst posiada dwa oblicza: jedno Lenina, drugie Trockiego. Boże zmiłuj się ! Boże zmiłuj się nad nami ! - wzdychali chłopi.

Towarzysze włościanie ! Ci ludzie są zakładnikami i będą rozstrzelani, jeżeli nie wydacie swoich sąsiadów. Jak to! wrzasnął dowódca oddziału - nie wiecie, że własność prywatna została zniesiona na zawsze? Wszystko jest wspólne. Będę liczył do trzech. Powiadajcie kto z was brał udział w bitwie? Raz.. dwa, liczył przejezdny komisarz wyjmując z pochwy rewolwer. Trzy ! Stojący przy zakładnikach agent "czeki" przyłożył lufę rewolweru do ucha włościanina i wystrzelił. Chłop z roztrzaskaną głową runął na ziemię.

- Jacyś ludzie bili kogoś, wlokąc go po kamieniach bruku i co chwila wybuchając bezmyślnym śmiechem. Głowa bitego człowieka tłukła się i podskakiwała na kamieniach, a za nią ciągnął się krwawy ślad. Niech żyje socjalna rewolucja ! - krzyknął Lenin - niech żyje władza Rad, robotników, żołnierzy, wieśniaków ! Ho! Ho! Ho! - odpowiedział mu tłum i biegł dalej znęcając się nad zabitym. Lenin odprowadzał oddalających się morderców dobrotliwym wejrzeniem czarnych oczu. Zachodzące słońce zapaliło ognie i blaski na złotym krzyżu godle męki. Lenin przyjrzał się mu zmrużonymi oczami i rzekł: - no i cóż ? Gdzież potęga Twoja i Twoja nauka miłości ? Milczysz i nie sprzeciwiasz się ? I będziesz milczał, bo my zatwierdzamy prawdę !

Codziennie rozstrzeliwano ludzi bez sądu, dopuszczano się prowokacji, wyłudzano pieniądze za zwolnienie z więzienia, bito aresztowanych, znęcano się w taki sposób, o jakim w najbardziej ponurych czasach caratu nie słyszano nigdy.

"w Boga i Syna Bożego wierzysz?"

Boga nie znam, a Jezusa z Nazarei poważam, bo strachu napędził możnym i nieprawym - odparł Lenin.

Dlatego to się dzieje, że każdy człowiek jest Synem Bożym, bratem Chrystusowym. - i Zbawicielem, do którego modły zanoszą ludzie ciemni, ulegli namowom popów! - dodał Lenin ze złym uśmiechem.O, ja będę sądził bez litości, bez żalu.karał całą potęgą nienawiści.

- Towarzysze! Zajrzyjmy w oczy ciemiężców naszych!

 - Do katedry!

Lenin wkroczył do kościoła w czapce, a za nim szli komisarze, fińscy strzelcy i żołnierze i nikt nie obnażał głowy.

Tłum skamieniał i ze zgrozą patrzył na bezbożników. Otwarły się złote podwoje "bramy cesarskiej" w wielkim ołtarzu i duchowieństwo w rytualnych szatach, z krzyżami w rękach i ewangelią, niesioną na głowie przez opasłego arcydiakona, wyszło na spotkanie nowych władców stolicy.

Albowiem rzekł Chrystus, Zbawiciel nasz: "każda władza od Boga jest." - zaczął proboszcz katedralny przemówienie swoje, ze zgorszeniem i strachem patrząc na małego barczystego człowieka w robotniczej czapce, z pod daszka, której pytająco i przenikliwie błyskały zmrużone oczy mongolskie. - Dość tej komedii! -dobitnie rzekł Lenin. - Władza pracujących nie jest od żadnego z istniejących bogów, tylko - od warsztatów i pługów, z potu i krwi! Dość tego! Nie znamy waszych bajek o bogach. Nie potrzebujemy tego opium, tego haszyszu, krępującego wolę ludu! Bogów nie ma ani w niebie, ani na ziemi! Nigdzie! Nigdzie!

Duchowieństwo w lęku cofać się zaczęło; jeden z popów, zakasawszy ciężką szatę, biegł, plącząc się w jej połach. Lenin wybuchnął śmiechem, a za nim komisarze, żołnierze i tłum, przed chwilą zgorszony i strwożony.

Ta zmiana nastroju nie uszła uwagi Lenina, więc zwracając się do popów zawołał: - gdyby wasz Bóg istniał, to i wtedy odstąpiłby od was - służalców carskich, pasibrzuchów, pijaków, rozpustników, ciemiężycieli pracującego ludu.

Lecz nie ma Go nigdzie! Pokarałby mnie za słowa moje, a tymczasem widzicie? Cofacie się i uchodzicie, usłyszawszy prawdę!

Lenin spostrzegł, że ten i ów z tłumu wcisnął czapkę na głowę, a stojąca w pobliżu kobieta, zamierzająca zrobić znak krzyża, nagle opuściła rękę i uśmiechnęła się zagadkowo.

Otoczony eskortą i komisarzami Lenin poszedł dalej.

Wzdłuż ścian ciągnęły się grobowce carów i ich małżonek. Biały i różowy marmur , korony, krótkie złocone napisy. Zatrzymał się przy jednym grobowcu i uderzył weń kolbą karabinu..

Żołnierze i tłum rzucili się do rozbijania pobliskich grobowców, wywlekali trumny z zabalsamowanymi resztkami dawnych władców, otwierali je, zrywali złote przedmioty, drogie tkaniny i wlekli sztywne, zabalsamowane zwłoki po posadzce, śmiejąc się, krzycząc i dopuszczając się sprośnych, bezwstydnych żartów.

Wrzućcie te lalki do Newy! - poradził Lenin, dobrotliwie patrząc na rozzuchwalony, rozbawiony tłum, niby ojciec na dzieci swawolne. Wyciągnięto ciała i trumny na plac i wleczono dalej, aż do murów; wśród gwizdu, wycia, krzyku i śmiechu strącono wszystko do rzeki.

Tłum z wesołymi okrzykami powracał do katedry, lecz baczny na wszystko Lenin zjawił się na krużganku. Twarz mu się śmiała. Wołał , wyciągając ręce do biegnących ku niemu ludzi.

Wyrzuciliście te niepotrzebne śmieci, te relikwie burżuazji! Pokazaliście całemu światu, co myślicie o koronowanych katach. Był niezmiernie szczęśliwy.

Dziś pierwszego zaraz dnia zrozumiał, że jest stworzony na wodza ludu. Wiedział do jakiego celu poprowadzi te masy ślepe w nienawiści; miał wolę nieugiętą, aby czynić to; dziś przekonał się, że potrafi wolę swoją narzucić. Wyniosły go na szczyt fali siły żywiołowe, nie będzie się im opierał, jednak Ulegając potędze mas, część tej potęgi skieruje w łożysko przez siebie przygotowane.

Do gabinetu weszła Helena. Miała bladą wzburzoną twarz, usta jej drżały, w oczach migotały iskry gniewu. Przychodzę do pana ze skargą! - zawołała bez powitania.

Co się stało! - zapytał Lenin, uśmiechając się ironicznie.

Byłam w cerkwi ze swoimi wychowańcami. Ach! To wprost straszne! Wierzyć się nie chce!

Raptem wdzierają się żołnierze czeki, zaczynają wypędzać modlących się, szukających ukojenia i pocieszenia.

Proszę pomyśleć, że teraz Boże Narodzenie! Żołnierze biją ludzi, bluźnią straszliwie, strącają ze ścian obrazy, wyłamują podwoje prowadzące do ołtarza, zwlekają z jego stopni biskupa, znęcają się nad nim, a później strzelają do obrazów i krzyży.To straszne! To może wywołać wybuch oburzenia ludu, wojnę domową!

A czy lud się sprzeciwiał, odgrażał, wszczynał bunt? - Spytał Lenin.

- Nie! W popłochu uciekał, tłocząc się i w ścisku walcząc ze sobą na pięści - odparła na to wspomnienie wzdrygając się cała.

No widzi pani, że wszystko idzie jak najlepiej! - zauważył ze śmiechem.

Ależ były dokonane rzeczy straszne, bluźniercze, świętokradzkie! Wybuchła. I wszystko pod płaszczykiem rozkazów Lenina! Po cóż pani mówi w imieniu Boga? Czy Bóg się bardzo gniewał? Czy grzmiał? Czy pokarał żołnierzy "czeki"? Pani milczy? Więc znaczy nie gniewał się i nie karał? Wyśmienicie! Dlaczego jest pani tak oburzona."?

 

- Tyle we fragmentach "Lenin". A potem? Wojna sowiecko - polsko. Nie sposób pisać o czerwonej okupacji Polski do 1989 roku bez kontekstu lat po pierwszej wojnie światowej, z przerwą na dwudziestolecie międzywojenne.

Wojnę sowiecko - polską rozpoczęła agresja Rosji Sowieckiej na Polskę, która była przecież tym korytarzem wiodącym do bolszewickiego podboju Europy. Wojna zaczęła się już na początku 1918 roku, aby rozszerzyć rewolucję bolszewicką w Europie. O wojnie zadecydowało Biuro Polityczne partii bolszewickiej - Włodzimierz Lenin, Józef Stalin, Lew Trocki, Lew Kamieniew. Istniała jedyna droga aby swój cel osiągnęli; droga na Berlin i połączenie sił sowieckich z potęgą niemieckiego proletariatu i uprzemysłowionej gospodarki.

A właśnie Polska stanęła w tych zdawałoby się otwartych drzwiach do Europy. Polskę stanowiącą przedmurze chrześcijaństwa siły rewolucji bolszewickiej zamierzały zmienić na przedmurze mongolskie, zaprowadzić swoje komunistyczne porządki. Już w listopadzie 1918 roku Józef Stalin drogę do Europy określił jako biegnącą przez "polskie przepierzenie", które miała Armia Czerwona sforsować za jednym zamachem.

 

Profesor Andrzej Nowak uważa w "Dziedzictwie roku 1920" -/"Nasz Dziennik" 13 - 15 sierpnia 2011 /, iż należy postawić pytania:

O co walczyło Wojsko Polskie? O utrwalenie odzyskanej po wieku rozbiorów niepodległości i o granice. Ale granice czego? Czy tylko granice Polski? Czy czegoś więcej w rezultacie? Granice ideologicznej pychy komunizmu? Granice wolności mniejszych, położonych między Rosją, a Niemcami, narodów? Granice Europy? Jakiej Europy? Odpowiedź na te pytania stała się najbardziej dramatyczna wiosną i latem 1920 roku.

Wojna sowiecko-polska weszła wtedy w decydującą fazę. Armia Czerwona szykowała od stycznia potężne uderzenie , które miało w maju rozbić Wojsko Polskie na froncie białoruskim. Naczelnik państwa Józef Piłsudski chciał uprzedzić to uderzenie i podjąć próbę realizacji najambitniejszego zadania. Pragnął utrwalić niepodległość Polski poprzez ostateczne rozbicie imperialnego więzienia narodów na wschód od niej. Uzyskanie niepodległości przez Ukrainę miało zabezpieczyć nie tylko Polskę, ale także pozwolić na wolny rozwój mniejszych narodów od Kaukazu do Bałtyku. Tego celu nie udało się jednak w pełni osiągnąć. Żywioł niepodległościowy na Ukrainie okazał się zbyt słaby, a i siły Polski nie wystarczające do prowadzenia samotnej walki o przyszłość całej Europy Wschodniej nie tylko przeciw Rosji Sowieckiej, ale także wbrew stanowisku głównych mocarstw zachodnich ( Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych ), które przyzwyczaiły się widzieć na tym obszarze jeden czynnik siły: Rosję. Wielka Brytania w szczególności chciała się wówczas porozumieć z Moskwą nawet z "czerwoną". Moskwa jako jedynym na wschód od Niemiec istotnym partnerem w układaniu nowego ładu Europy po wielkiej wojnie. Brytyjski premier David Lloyd George dążył od kwietnia 1929 roku do bezpośredniego porozumienia z Leninem jako rzeczywistym gospodarzem nie tylko Rosji, ale także patronem owego nowego ładu w Europie Wschodniej. Polska niepodległa polityka, uwzględniająca istnienie innych, mniejszych państw na tym obszarze, a także zwracająca uwagę na ideologiczny charakter sowieckiego niebezpieczeństwa dla całej Europy - była w tej perspektywie także tylko przeszkodą.

Lenin wysłał do Londynu Lwa Kamieniewa, członka Politbiura, aby podtrzymał iluzję porozumienia państwa sowieckiego z Zachodem ( za cenę oddania pod kontrolę Moskwy całej Europy Wschodniej.

Jednak w miarę odzyskiwania militarnej inicjatywy w wojnie z Polską i postępów Armii Czerwonej na zachód korciło go rzucenie rękawicy całemu systemowi wersalskiemu w Europie. Front Zachodni Michaiła Tuchaczewskiego miał ruszyć "przez trupa białej Polski" na Berlin. Nie tylko Polska miała być zsowietyzowana.

Skalą ambicji bolszewickiego kierownictwa latem 1920 roku oddaje najpełniej wymiana depesz między Leninem a Stalinem ( który bezpośrednio nadzorował wówczas natarcie Armii Czerwonej na Lwów ). 23 lipca Lenin pisał do Stalina: "Uważam ,że należałoby w tej chwili pobudzić rewolucję we Włoszech. Uważam osobiście, że należy w tym celu sowietyzować Węgry, a być może także Czechy i Rumunię". Stalin, który obiecywał w ciągu tygodnia zająć Lwów, następnego dnia odpowiedział: Teraz kiedy mamy Komintern, pokonaną Polskę i mniej, czy bardziej przyzwoitą Armię Czerwoną (.) byłoby grzechem nie pobudzić rewolucji we Włoszech. (.) Należy postawić kwestię organizacji powstania we Włoszech i w takich jeszcze nieokrzepłych państwach jak Węgry, Czechy, (Rumunię przyjdzie rozbić) (.). Najkrócej mówiąc trzeba podnieść kotwicę i puścić się w drogę, póki imperializm nie zdążył jako tako podreperować swojej rozwalającej się fury. Stalin, zanim ruszył pod Lwów, zdążył już zająć się opracowaniem teoretyczno - ustrojowych rozwiązań, aby poszerzyć sowieckie imperium. We wcześniejszym liście do Lenina zwracał uwagę, że przyszłe sowieckie Niemcy, sowiecka Polska, Węgry, czy Finlandia nie powinny być od razu przyłączone do sowieckiej Rosji na takiej samej federacyjnej zasadzie jak Baszkiria, czy Ukraina, ale zasługują na wprowadzenie dla nich zasady konfederacji, czasowo honorującej tradycje ich odrębności państwowe. Trocki z kolei nalegał 17 lipca na zwiększoną agitację wśród polskich robotników i chłopów w celu zaszczepiania w ich świadomości nowych bohaterów narodowych których dotąd nie znali "towarzyszy Dzierżyńskiego, Marchlewskiego, Radka, Unszlichta i in. Oni mieli zastąpić Piłsudskiego, Dmowskiego, Witosa, czy Paderewskiego w nowej Polsce. Dobić Polskę. W Moskwie trwał II kongres Międzynarodówki Komunistycznej. Delegaci z entuzjazmem patrzyli na wielką mapę, na której codziennie przesuwały się na zachód czerwone chorągiewki. Izaak Babel, wielki pisarz, a w lecie 1920 roku politruk towarzyszący 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego w wielkim rajdzie na Polskę tak zapisywał na gorąco swoje wrażenia z tego momentu: "Moskiewskie gazety z 29 lipca. Otwarcie II kongresu Kominternu, nareszcie urzeczywistnia się jedność ludów, wszystko jasne ; są dwa światy i wojna jest wypowiedziana. Będziemy wojować w nieskończoność. Rosja rzuciła wyzwanie. Ruszamy w głąb Europy aby zdobyć świat. Czerwona Armia stała się czynnikiem o znaczeniu światowym". Podniecony otwierającymi się perspektywami Lenin jeszcze 12 sierpnia nawoływał ze zniecierpliwieniem na posiedzenie Politbiura. "

Z politycznego punktu widzenia jest arcyważne, aby dobić Polskę". Polska jednak dobić się nie dała. Rozczarowanie Lenina było wielkie. Zderzenie z siłą ugruntowanego w zdecydowanej większości społeczeństwa dojrzałego patriotyzmu było dla bolszewików zjawiskiem nowym. Próba sowietyzacji Polski rozbiła się o to, co Richard Pipes nazwał europejskim nacjonalizmem, a co tak korzystnie odróżniło sytuację Polski od anomii społecznej, na której bolszewicy zbudowali swój sukces w Rosji, na Ukrainie, czy Białorusi "Przeklęta ciemna Polska", jak pisał 4 września Kliment Woroszyłow, towarzysz Stalina z walk pod Lwowem - wykazała "szowinizm i tępą nienawiść do "ruskich". Nie było już mowy przez następnych dwadzieścia lat - o sowieckiej Czechosłowacji, Węgrzech,Rumunii, w mocy pozostały traktaty pokojowe bolszewików z "burżuazyjnymi" rządami małych republik bałtyckich. Lenin zweryfikował stanowczo całość swojej strategii: pomoc "moralna" i materialna dla sprawy rewolucji w państwach imperialistycznych miała być utrzymana, a nawet zintensyfikowana, w szczególności na terenie kolonii, natomiast wykluczone zostało na długie lata bezpośrednie angażowanie militarne państwa sowieckiego w eksporcie rewolucji. W każdym razie na terenie Europy. System wersalski został na 20 lat ocalony w Bitwie Warszawskiej, a później niemeńskiej. Wraz z nim ocalała szansa niepodległego rozwoju Europy Środkowo - Wschodniej. Przynajmniej jej części i przynajmniej na pewien czas. Cena nie była mała. Blisko sto tysięcy poległych i zmarłych w tej wojnie żołnierzy, młodych ochotników, których symbolem stali się akademicy warszawscy walczący pod Radzyminem pod duchowym przywódcem księdza Ignacego Skorupki, akademicy lwowscy / Orlęta - dopisek AS / z polskich Termopil - Zadwórnej, ochotniczki broniące bohatersko Płocka i Włocławka. Polscy jeńcy którzy nigdy nie wrócili z sowieckiej niewoli.

Wykazujący się najwyższym poświęceniem młodzi członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej (POW),którzy zbierali informacje wywiadowcze na zapleczu sowieckiego frontu. W cieniu czerwonej gwiazdy. Racje w tej wojnie były podzielone. Na pewno nie w lipcu i sierpniu 1920 roku. Agresywny, totalitarny imperializm sowiecki niósł przemoc fizyczną i cywilizacyjną. Narzucał siłą zmianę tożsamości swoim nowym poddanym. Mieli stać się wyznawcami komunistycznej ideologii, opartej w swym rdzeniu na klasowej nienawiści, na stałym resentymencie wobec tych którym powodzi się lepiej, wobec tych którzy wierzą w coś lepszego niż partia. Rację mieli tylko ci którzy bronili Ossowa, bronili Polski, bronili Europy, bronili Boga. Nie ci, którzy chcieli przygnieść Ossów, Polskę, Europę i Boga ciężarem czerwonej gwiazdy. I o tej racji, racji polskiej z sierpnia 1920 roku, nie wolno nam zapominać. Nie wolno nam zapominać jeśli mamy pozostać Polakami, a także jeśli Europa ma zachować rdzeń swej duchowej tożsamości, tej w której jest wolność i chrześcijaństwo. W maju 1920 roku, kiedy żołnierz polski zmagał się z Armią Czerwoną o przyszłość Europy Wschodniej, w Wadowicach urodził się Karol Wojtyła. Wyobraźmy sobie, że Polska poddaje się dyktatowi Lenina w sierpniu 1920 roku. Że powstaje nowa, skrojona według projektu Stalina, polska republika sowiecka. Czy młody Karol mógłby usłyszeć o Bogu? Mógłby stać się Polakiem? Te pytania dotyczą całego pokolenia - najwspanialszej bodaj w XX wieku pokolenia Polaków, urodzonych i wychowanych w wolnej Ojczyźnie. Te pytania dotyczą także nas, dzieci i wnuków tego pokolenia. Owe pytania, pytania o pamięć roku 1920 przekształcają się dzisiaj w pytania jeszcze poważniejsze: czy chcemy nadal być Polakami, czy chcemy walczyć (walczyć naszą pracą, naszą odwagą dawania świadectwa swojej tożsamości) o Polskę i Europę wierną swym najlepszym duchowym tradycjom? Czy chcemy Polski niepodległej, gotowej wspierać wolność mniejszych narodów naszej części kontynentu, czy godzimy się z rolą pionków ustawianych na geopolitycznej mapie przez mocarstwa lekceważące mniejszych i słabszych i narzucające im bezwzględnie dyktat swoich ideologicznych preferencji"?

Tak oto Polska ocaliła siebie i Europę przed klęską "Widma krążącego po Europie, widma komunizmu", deklaracji programowej Związku Komunistów (niemieckiej partii komunistycznej) napisanej przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa na przełomie lat 1847 i 1848 i ogłoszona w lutym 1848 w Londynie.Po 123 latach niewoli zaborczej powstała Niepodległa wywalczona "krwią i blizną" odzyskana przez Naczelnika Państwa Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego.

Dwudziestolecie międzywojenne Polski Niepodległej nie było jednak spokojne politycznie. Istniała dywersja wewnętrzna i zewnętrzna. Wrogie narodowi siły usiłowały Polskę zniszczyć.

Po przegranej wojnie Rosja Sowiecka w dalszym ciągu usiłowała zagarnąć Polskę.

Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy, KPZU - ukraiński oddział Komunistycznej Partii Polski, w okresie międzywojennym działała w województwach lwowskim, stanisławowskim, tarnopolskim i wołyńskim. Prekursorami późniejszej KPZU były grupy socjalistyczno - komunistyczne Borysławia, Drohobycza i Stryja. Partia powstała w październiku 1923 roku z przekształcenia Komunistycznej Partii Galicji Wschodniej. Opowiadała się za przyłączeniem południowo - wschodniej części Polski do ZSRS, podobnie jak Komunistyczna Partia Polski / KPP /.

Czołowi przywódcy KPZU: m.in. Ostap Dłuski, Osyp Kriłyk, Roman Kuźma, Ozjasz Szechter. Organy prasowe: "Nasza Prawda", "Ziemia i Wola", "Walka Mas", "Kultura", "Trybuna Robotnicza".

Komunistyczna Partia Polski / KPP / została założona 16 grudnia 1918 roku, a rozwiązana przez Międzynarodówkę Komunistyczną / Komintern / 16 sierpnia 1938 roku w ramach wielkiej czystki w dawnym ZSRR. Organizacja powstała w wyniku fuzji polskiego ruchu socjalistycznego / PPS - Lewica / i socjaldemokracji na terenie ziem polskich zaboru rosyjskiego / SDKPiL /. W praktyce po połączeniu obu partii w Komunistyczną Partię Robotniczą Polski / KPRP/ jako sekcja Kominternu od marca 1919 roku pełniła rolę sowieckiej agentury na terenie II Rzeczypospolitej. Jej celem strategicznym była likwidacja państwa polskiego i wcielenie jego terenów do Związku Sowieckiego jako republiki sowieckiej. Działalność KPRP / później KPP / została w II Rzeczypospolitej uznana za antypaństwową, nielegalną na terenie Rzeczypospolitej, do czasu rozwiązania przez Komintern w 1938 roku. Działacze KPRP w wojnie polsko - bolszewickiej brali udział po stronie Rosji Sowieckiej. Warto nadmienić, iż w Wilnie powstał Związek Robotników Polskich założony przez Juliana Marchlewskiego i innych, ideologicznie reprezentujący lewicową odmianę socjalizmu, a Feliks Dzierżyński kierował w Wilnie Związkiem Robotników Litewskich o analogicznym profilu.

Kierowana z zagranicy działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN ) okresie międzywojennym polegała na aktach terrorystycznych , dywersyjnych i sabotażowych skierowanych przeciwko polskiej władzy. Zamordowany został m.in. poseł Tadeusz Hołówko, minister Bronisław Pieracki i szereg policjantów. Z rąk Romana Szuchewycza / Tarasa Czuprynki / zginął kurator szkolny Jan Sopiński. OUN posiadała na terenie Polski swoje laboratoria chemiczne w których produkowano bomby i posiadała składy broni, prowadziła na szeroką skalę akcje sabotażowe - jej członkowie podpalali folwarki, niszczyli zboże, linie telefoniczne i telegraficzne. Celem zdobycia pieniędzy dokonywali napadów rabunkowych na urzędy i ambulanse pocztowe, a nawet na pojedynczych listonoszy. Obok tego dokonywane były zabójstwa również Ukraińców, którzy lojalnie wykonywali obowiązki wobec państwa polskiego. Z rąk ukraińskich zginął poeta ukraiński Sydir Twerdochlib, dyrektor gimnazjum ukraińskiego we Lwowie - Iwan Babij, dyrektor seminarium nauczycielskiego w Przemyślu - Sofron Matwijas, ginęli wójtowie ukraińscy.

 

17 września 1939 roku w porozumieniu z Hitlerem Armia Czerwona wtargnęła do Polski. Do opanowania Polski potrzebny więc był wrogi Polsce układ i tak doszło do IV jej rozbioru.

Czerwoną okupację Polski rozpoczęto od mordów. Wiadomo bowiem, iż zgładzenie inteligencji - mózgu narodu pozbawia naród siły przywódczej.

W środowisku polskich historyków panuje opinia, że z dniem 17 września 1939 kampania wrześniowa została ostatecznie przegrana. Trudno się z tym nie zgodzić. Do agresora z zachodu, dysponującego prawie 2 milionami żołnierzy, 10 tys. dział, 2800 tys. czołgów oraz 2 tys. samolotów, dołączył nieprzyjaciel, który rzucił do walki ponad 300 tys. żołnierzy, 4 tys. dział, 5 tys. czołgów oraz tysiąc samolotów.

Wojsko Polskie, poważnie osłabione walkami na zachodzie nie miało fizycznych szans powstrzymania takiej siły. Lecz czy rzeczywiście tak było? Czy na wschodzie naprawdę nie było wojsk, mogących jeżeli nie powstrzymać, to chociaż stawić twardy opór Armii Czerwonej?

 

"Długośmy na ten dzień czekali, z nadzieją niecierpliwą w duszy, kiedy bez słów towarzysz Stalin na mapie fajką strzałki ruszy..."

 

Tysiąckilometrowa granica Rzeczypospolitej ze Związkiem Radzieckim, wyznaczona w 1921 roku na mocy postanowień pokojowych w Rydze, niemal cały czas zwracała uwagę polskich władz oraz dowództwa armii. Obronę jej powierzono, utworzonemu w 1924 roku Korpusowi Ochrony Pogranicza, który skupiał się na walce z "rajdami" i dywersją małych sowieckich oddziałów, przekraczających granice, zwykle w celu porywania i mordowania przedstawicieli polskich władz oraz podpalania wiosek czy posterunków granicznych. Dopiero podpisanie między dwoma państwami w 1932 roku paktu o nieagresji oraz protokołu "o dobrosąsiedzkich stosunkach" w listopadzie 1938 roku unormowało sytuację.

 

Uległa jednak ona gwałtownemu pogorszeniu pod koniec sierpnia następnego roku, kiedy to III Rzesza oraz Związek Radziecki ku zaskoczeniu całego świata podpisały pakt o nieagresji, nazwany od nazwisk sygnatariuszy Paktem Ribbentrop-Mołotow. Stanowiło to kres francusko-angielskich zabiegów o pozyskanie do koalicji antyniemieckiej Związku Radzieckiego i w zasadzie przesądziło o wybuchu wojny. Tajna klauzula jaką zawierała owa umowa określała podział stref wpływów obydwu państw w Europie Środkowej i Wschodniej. W radzieckiej strefie interesów znalazły się Finlandia, Estonia oraz Łotwa, a także pośrednio Rumunia i Polska. Niemcy zaakceptowały pretensje Sowietów do Besarabii i Północnej Bukowiny - części Rumunii, które przed I wojną światową znajdowały się w granicach Cesarstwa Rosyjskiego. W Polsce granice radzieckich interesów stanowiły rzeki Wisła, Narew i San. Niemcy zadowolili się terenami zachodniej części Rzeczypospolitej oraz wpływami na Litwie.

Znaczenie paktu oraz zagrożenie jaki ze sobą niósł zostało przez Polskę zignorowane. Minister spraw zagranicznych Józef Beck nie mógł uwierzyć, że dwaj najzagorzalsi wrogowie gotowi są porozumieć się w jakiejkolwiek politycznej kwestii. Zbagatelizowano fakt, iż tego typu umowy podpisywane są przez państwa mające wspólne granice, a przecież Związek Sowiecki nie graniczył z III Rzeszą. Jeszcze...

1 września 1939 roku o godzinie 4:45 Wojska niemieckie, realizując plan "Fall Weiss" przekroczyły granice Rzeczypospolitej. Wybuchł konflikt polsko-niemiecki, który wkrótce przerodził się w II wojnę światową. Wojsko Polskie stanęło do z góry przegranej batalii o młodą, bo zaledwie dwudziestoletnią niepodległość. Biło się dzielnie o czym świadczą przykłady takich bitew jak: Westerplatte, Węgierska Górka, Mokra, Wizna, Bzura, czy wiele innych bardziej lub mniej znanych batalii. Jednak na skutek błędów w rozmieszczeniu wojsk, spóźnionej mobilizacji, przyjęcia fatalnej doktryny wojennej, oraz przygniatającej przewagi technicznej wroga, po dwóch tygodniach walk sytuacja była niemalże krytyczna: Warszawa - główny punkt oporu - została okrążona; w "korytarzu pomorskim", ostatnimi siłami broniły się odcięte od reszty kraju wojska Lądowej Obrony Wybrzeża; Niemcy po rozgromieniu polskich armii w centrum kraju podchodziły pod Chełm i Lwów, a polskie armie "Poznań" i "Pomorze" po początkowych sukcesach kontrataku pod Kutnem zostały niemal całkowicie unicestwione. 12 września (9 dni po wypowiedzeniu wojny Niemcom) na konferencji w Abbeville, przedstawiciele Sztabów Generalnych zachodnich sojuszników Polski - Anglii i Francji uznali, że żadna pomoc materialna nie ma sensu wobec szybkości z jaką wojska niemieckie posuwały się w głąb terytorium państwa polskiego. Stanowiło to pogwałcenie traktatów sojuszniczych, jakie Anglicy i Francuzi zawarli z Polską tym bardziej, że o wynikach tych rozmów nie powiadomiono rządu walczącego kraju...

Stalin, który od swych agentów na zachodzie dowiedział się o postanowieniach konferencji w Abbeville zrozumiał, iż dostał zielone światło do wypełnienia zobowiązań zawartych w Pakcie Ribbentrop-Mołotow. Niemcy już od 8 września nalegali na szybkie włączenie się ZSRR do walki. Lecz 8 września wojna nie była jeszcze rozstrzygnięta. Tydzień późnej już tak...

 

    "...Krzyk jeden pomknął wzdłuż granicy i zanim zmilkł zagrzmiały działa, to w bój z szybkością nawałnicy Armia Czerwona wyruszała..."

 

O 3:00 nad ranem, 17 września 1939r. wojska sowieckie przekroczyły granicę polską. Wejście to różniło się całkowicie od tego "niemieckiego" sprzed dwóch tygodni. Mijając posterunki graniczne, czerwonoarmiści wymachiwali do zaskoczonych żołnierzy KOP-u białymi flagami, czołgiści w otwartych wieżyczkach czołgów wykrzykiwali: Wpieriod ! Na Germanca ! Rebiata ! Mimo tego wiele strażnic KOP-u stawiło zacięty opór. Najdłużej broniły się placówki "Ludwikowo", "Sienkiewicze", oraz "Dawidówek". Do Sztabu Generalnego pierwsze wiadomości o przekroczeniu granicy przez Sowietów nadeszły około godziny 6:00. Tak brzmiał meldunek dowódcy pułku KOP "Podole", ppłk Marceli Kotarba: "Przewaga bardzo duża, bijemy się uporczywie i będę się starał jak najdłużej moje kierunki osłaniać..." W podobnym tonie przybywało innych meldunków z pozostałych odcinków nowego, wschodniego frontu. Naczelne dowództwo - co zrozumiałe - wpadło w panikę. Mnożyły się przesadzone informacje o postępach wojsk radzieckich: w południe nadeszły wiadomości o przekroczeniu przez Armie Czerwoną Dniestru pod miejscowością Uśnieczek, 40 kilometrów od Kołomyi. Mimo, iż okazało się to nieprawdą, w obliczu całkowitego chaosu i niemal beznadziejnej sytuacji szef francuskiej misji wojskowej w Polsce gen. Faury naciskał na marszałka Rydza-Śmigłego - Wodza Naczelnego, by jak najszybciej wyruszył w stronę granicy rumuńskiej. Było to zachowanie uzasadnione. Widmo pochwycenia przedstawicieli polskich władz i wojska przez Sowietów stawało się coraz bardziej realne, a gdyby ziściło się stanowiłoby całkowitą katastrofę.

W wyniku narady z ministrem spraw zagranicznych, Józefem Beckiem oraz premierem Felicjanem Sławoj-Składkowskim, marszałek Rydz-Śmigły zrezygnował z planów utworzenia obrony na linii Dniestru, na tzw. "przedmościu rumuńskim" - gdzie zamierzał czekać na ofensywę sojuszników na zachodzie - i wydał kontrowersyjny do dziś rozkaz:

"Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry, najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony lub prób rozbrajania oddziałów. Zadanie Warszawy i miast, które miały się bronić przed Niemcami - bez zmian. Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii. W nocy z 17 na 18 września Naczelny Wódz wraz z polskimi władzami przekroczył granicę Rumunii, gdzie został internowany".

 

Rozkaz ten pogłębił chaos jaki powstał w wyniku wkroczenia wojsk sowieckich. Wielu dowódców liniowych nie wiedziało jak zachować się w obliczu nowego zagrożenia zwłaszcza, że czerwonoarmiści celowo dezinformowali Polaków, głosząc, iż przekroczyli granicę w charakterze sojuszników w walce z Niemcami. Wiele jednostek podjęło jednak próby oporu przeciw przeważającemu pod każdym względem nieprzyjacielowi. W północno-wschodnich regionach kraju w rezultacie ciężkich walk rozbite zostały Baony KOP "Krasne", "Budosław" oraz "Iwieniec". W Wilnie, przygotowywanym od połowy września do odparcia ataku niemieckiego skoncentrowano 8 batalionów piechoty wspartych 14 lekkimi działami oraz dwoma działami przeciwlotniczymi.17 września do Wilna wycofały się oddziały pułku KOP "Wilno", 20 Bateria . oraz Baon Obrony Narodowej "Postawy". Łącznie garnizon miasta stanowiło prawie 7 tys. żołnierzy, jednak pozbawionych artylerii i broni przeciwpancernej. Funkcję dowódcy obrony objął najstarszy stopniem oficer - pułk dypl. Jarosław Okulicz-Kozaryn. Wieczorem 18 września, po otrzymaniu meldunków o zbliżaniu się czołgów radzieckich wydał on rozkaz odwrotu na granice litewską, po czym sam opuścił Wilno.

Zamieszanie jakie powstało w wyniku wydania takiego rozkazu sprawiło, iż doszło do szeregu nieskoordynowanych walk z wkraczającą do miasta Armią Czerwoną. Do końca walczyli harcerze i warta honorowa przy grobie z sercem marszałka Piłsudskiego na Rossie. Zdecydowana większość improwizowanego garnizonu Wilna wycofała się z miasta i w dniach 19-20 września przekroczyła granicę Litwy.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Grodnie. Stacjonowały tutaj tylko słabo uzbrojone oddziały rezerwowe, oraz wartownicze, dowodzone przez płk. w stanie spoczynku. Bronisława Adamowicza. Dowódca Okręgu Warownego "Grodno" zamierzał wykonać rozkaz gen. Olszyny-Wilczyńskiego i ewakuować wojsko z miasta w razie pojawienia się Armii Czerwonej. Całkowicie inne stanowisko prezentował wiceprezydent Grodna Roman Sawicki, który wezwał ludność cywilną do budowy umocnień oraz walki z nieprzyjacielem.

20 września do miasta od południowego zachodu wjechało około 20 czołgów XV Korpusu Pancernego. Bez przeszkód pokonały most na Niemnie i dotarły do centrum. Tu natrafiły na twardy opór: celny ogień działka, oraz młodzież szkolna uzbrojona w butelki z benzyną unieszkodliwiły 8 czołgów. Pozostałe zostały zmuszone do odwrotu. Obrońców wzmocnili żołnierze zgrupowania "Wołkowysk" gen. w stanie spoczynku Wacława Przeździeckiego (Rezerwowa Brygada Kawalerii), którzy weszli do miasta w nocy z 20 na 21 września. Dowodzenie objął gen. Przeździecki. Następnego dnia sowieci ponowili atak. Piechota wsparta czołgami ,oraz silną artylerią w ciągi kilku godzin dotarła do mostu na Niemnie i opanowała go. Czołgi ponownie wjechały do centrum. Wobec beznadziejnej sytuacji Polacy zdecydowali się na odwrót. Walki trwały do późnych godzin wieczornych. Ich złowrogim epilogiem było wymordowanie przez sowietów wziętych do niewoli obrońców Grodna (ich masowe groby odkryto dopiero w roku 1992...). Większość Rezerwowej Brygady Kawalerii, stanowiącej trzon obrony Grodna, wkrótce przekroczyła granicę Litwy. Generał Olszyna-Wilczyński został 22 września zatrzymany pod Spockiniami przez zmotoryzowaną kolumnę sowiecką i wraz ze swym adiutantem kpt. w stanie spoczynku. Mieczysławem Skrzemeskim zamordowany...

 

    "...Zwycięstw się szlak ich serią znaczy, sztandar wolności okrył chwałą, głowami polskich posiadaczy brukują Ukrainę całą. Pada Podole, w hołdach Wołyń, lud pieśnią wita ustrój nowy, płoną majątki i kościoły i Chrystus z kulą w tyle głowy..."

 

Na znacznie twardszy opór natrafiła Armia Czerwona na południe od bagien Prypeci, na Polesiu, Wołyniu i Podolu. Znajdowały się tam większe zgrupowania wojsk polskich, przygotowujących się do walki z Niemcami. Na Polesiu dowódca OK nr IX gen. Franciszek Kleeberg skoncentrował podległe sobie wojska na linii Brześć - Pińsk. Dysponował on siłą 20 batalionów piechoty, które jednak wspierało tylko 10 dział polowych i niewiele więcej przeciwpancernych. Część tych sił już toczyła walki z Niemcami (Zgrupowanie "Kobryń" płk Adama Eplera, w sile 7 batalionów, 10 dział oraz 4 działa ppanc.) w rejonie Kobrynia, gdzie podeszła 2 Dywizja Zmotoryzowana. Na tzw. Polesiu Wołyńskim stacjonowało (w garnizonach, ośrodkach zapasowych, czy w trakcie przemarszu) dalsze 30 batalionów , 40 dział polowych, kilkanaście ppanc., 11 czołgów i 3 pociągi pancerne. To była już dosyć znaczna siła, z którą tak Wehrmacht idący od zachodu jak i Armia Czerwona musiały się liczyć.

Gdy późnym wieczorem 18 września gen. Kleeberg otrzymał rozkaz Naczelnego Wodza postanowił skoncentrować podległe sobie oddziały w rejonie na zachód od Kowla. Stamtąd zamierzał wyruszyć w kierunku granicy rumuńskiej i zgodnie z otrzymanym rozkazem przekroczyć ją. Jego grupa oderwawszy się od Niemców ze śpiewem na ustach pomaszerowała na Kowel, gdzie jak mówiono było "wiele wojska, dużo sprzętu i olbrzymie zapasy amunicji i środków do dalszej walki". Po dotarciu w zamierzony rejon, oddziały te zostały zreorganizowane i nazwane Samodzielną Grupą Operacyjną "Polesie". Nawiązano kontakt z wojskami sowieckimi, które już dotarły do Kowla, w celu zapewnienia swobodnego przemarszu do granicy.

Wobec fiaska negocjacji, gen. Kleeberg rozkazał marsz na Włodawę. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wykorzystując pas "ziemi niczyjej" jaki nagle wytworzył się między wycofującymi się Niemcami, a prąca na zachód Armią Czerwoną umożliwi mu swobodny dostęp do Bugu pod Włodawą. Dalej planował marsz na pomoc jedynemu pewnemu punktowi oporu - Warszawie...

22 września SGO "Polesie" w rejonie miejscowości Maloryt napotkała zgrupowanie ppłk Ottokara Brzozy-Brzeziny, które po zreorganizowaniu utworzyło 50 Dywizje Piechoty "Brzoza". Pięć dni później oddziały Kleeberga wkroczyły do Włodawy, entuzjastycznie witane przez ludność cywilną. Do SGO "Polesie" dołączyły kolejne jednostki, m.in. dwubrygadowa Dywizja Kawalerii "Zaza" (utworzona z niedobitkow Suwalskiej Brygady Kawalerii oraz oddziałów Podlaskiej Brygady Kawalerii), pod dowództwem gen. Podhorskiego. Tego też dnia do żołnierzy dotarły wieści o kapitulacji Warszawy, co postawiło dalszy marsz na zachód pod wielkim znakiem zapytania... Po długiej i burzliwej naradzie generałowie zdecydowali się poprowadzić swe wojsko w kierunku na Dęblin, a stamtąd przebić się w Góry Świętokrzyskie i zainicjować wojnę partyzancką. 29 września podjęto marsz na Radzyń-Łuków. Zanim jednak doszło do kontaktu z wojskami niemieckimi, stoczono szereg zwycięskich bitew z Armią Czerwoną, usiłującą zniszczyć siły polskie. 60 Dywizja Piechoty "Kobryń" płk Adama Eplera pokonała wojska sowieckie pod Jabłonią, a dzień później również pod Milewem. Godny odnotowania jest fakt, iż wzięto znaczną liczbę jeńców radzieckich, którzy na własną prośbę zostali wcieleni do jednostek polskich, gdyż odmówili powrotu do swoich. Brali oni udział w dalszych walkach aż do końca kampanii...

Dużo trudniejsze zadanie miał dowódca KOP-u,

gen. Orlik-Rückeman. Dysponował on siłą 16 batalionów piechoty (w tym jednym batalionem saperów), 7 szwadronami kawalerii oraz 14 działami. Nie były to małe siły, lecz zostały one rozciągnięte na długości prawie 250 km, co nie dawało szans skutecznej obrony. Minęły trzy dni zanim wojska te skoncentrowały się w wyznaczonym przez generała rejonie. 22 września wyruszyła w kierunku przeprawy na Bugu pod Szackiem, gdzie dotarła 27 września tylko po to by dostrzec sowieckich żołnierzy z 52 Dywizji Strzelców. Doszło do bitwy. Zupełnie zaskoczeni sowieci ponieśli ciężkie straty (zniszczono lub zdobyto 20 czołgów, oraz wzięto do niewoli 300 jeńców) i zmuszeni zostali pozostawić pole Polakom. Grupa gen. Orlika-Rückemana przekroczyła Bug. Kolejnym celem było przedostanie się do lasów na południe od Parczewa. Niestety 1 października Polaków pod Wytycznem zaatakowały sowieckie czołgi. Walki trwały przez kilka godzin. Wobec kończącej się amunicji, żołnierze Grupy oderwali się od nieprzyjaciela i odeszli w rejon lasów pod Sosnowicą, gdzie Grupa została rozwiązana.

Pod Włodzimierz na Wołyniu Armia Czerwona podeszła już 19 września. W samym mieście otoczyło siły polskie w koszarach Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii. Polski dowódca wysłał parlamentariuszy z warunkami kapitulacji, które zapewniały zachowanie broni osobistej oraz swobodny przemarsz do Rumunii. Radziecki dowódca, Komdiw Bogomołow zgodził się na te warunki, ale gdy tylko żołnierze polscy opuścili koszary oznajmił, iż "na skutek zmian zaszłych w sytuacji międzynarodowej oficerowie muszą złożyć broń i od tej chwili są uważani za jeńców wojennych." Później ich nazwiska znalazły się na listach katyńskich...

Zupełnie nie powiodły się plany obrony Równego przez oddziały KOP-u. Na miasto uderzały czołgi 5 Armii komdiwa Sowietnikowa, które z łatwością łamały obronę pułku KOP "Równe". Baon "Ostróg" został zniszczony już na granicy, baon "Dederkały" zmuszony do odwrotu na Poczajów i Brody.

Bez walki oddano Tarnopol mimo iż miasto posiadało silny kilkutysięczny garnizon, który mógł bronić się nawet do tygodnia. Jedynie mała grupka oficerów i szeregowców ostrzelała z wieży kościoła wkraczające oddziały sowieckie. Zostali natychmiast schwytani i rozstrzelani na miejscu...

Już 19 września Armia Czerwona podeszła pod Lwów, który w tym czasie opierał się od zachodu atakom wojsk niemieckich. Dowódca Samodzielnej Brygady Pancernej płk Iwanow wystosował do dowódcy obrony Lwowa, gen. Langera żądanie poddania miasta. Nie czekając na odpowiedź, Sowieci przypuścili 20 września próbę wkroczenia do Lwowa. Zostali jednak odparci tracąc jeden czołg.

Pomimo, iż nastroje wśród żołnierzy garnizonu, oraz ludności cywilnej były dobre, zapasów żywności starczyłoby na trzy miesiące, a amunicji na około dwa tygodnie obrony, gen. Langer oraz jego sztab byli przeciwni kontynuowaniu walki ze względu na "brak możliwości poprawy ogólnego położenia kraju", które po dwudziestu dniach wojny było beznadziejne. Rano 22 września polska delegacja podpisała w Winnikach dokument, na mocy którego przekazano miasto Armii Czerwonej.

Punkt 8 gwarantował oficerom wolność osobistą i nietykalność własności. Gen. Langer po podpisaniu dokumentu miał powiedzieć: "Z Niemcami prowadzimy wojnę. Miasto biło się z nimi przez 10 dni. Oni, Germanie, wrogowie całej Słowiańszczyzny. Wy jesteście Słowianie..."

Sowieci złamali postanowienia zapisane w punkcie 8 i wielu z oficerów broniących Lwowa zostało wymordowanych w Starobielsku.

 

    "...Już starty z map wersalski bękart, już wolny Żyd i Białorusin, już nigdy polska ręka ich do niczego nie przymusi. Nową wolność głosi Prawda, świat cały wieść obiega w lot, że jeden odtąd łączy sztandar gwiazdę, sierp, hackenkreuz i młot !"

 

29 września w Moskwie po burzliwych negocjacjach (Niemcy proponowali pozostawić kadłubowe państwo polskie bez Pomorza, Wielkopolski i Śląska, ze wschodnią granicą od Grodna po Przemyśl. Na takie rozwiązanie nie godził się Stalin, argumentując, że może to stanowić w przyszłości niebezpieczeństwo dla dobrych stosunków między III Rzeszą a Związkiem Radzieckim) podpisano trzy protokoły, regulujące nową granice między obydwoma państwami. Niemcy w zamian za ziemie między Wisłą, Bugiem i Sanem zgodzili się przekazać Litwę sowieckiej strefie wpływów. Obie strony zobowiązały się wspólnie walczyć z polskim podziemiem niepodległościowym, oraz nie tolerować żadnej polskiej agitacji dotyczącej terytorium drugiej strony.

 

"...Tych dni historia nie zapomni, gdy stary ląd w zdumieniu zastygł..."

 

 W 1992 roku Rosyjskie Ministerstwo Obrony wydało w Moskwie książkę "Grif siekrietnosti snjat", w którym podaje dokładną ilość sprzętu wojennego zdobytego we wrześniu i październiku 1939 roku w Polsce. Oto bilans: 247325 karabinów, 8566 ciężkich karabinów maszynowych, 12783 szable, 740 dział różnych kalibrów, 36 czołgów, 64 samochody pancerne, 131 samolotów oraz 4579 innych pojazdów mechanicznych. Łącznie stanowi to uzbrojenie co najmniej trzech armii polowych z 1939 roku ! W oparciu o prawie 30 ośrodków zapasowych przeniesionych z centrum kraju można było zorganizować twardą obronę. Dodatkowo na wschodzie stacjonowały liczne garnizony kresowe ze znaczną ilością rezerw uzbrojenia. To na wschód wycofywały się wojska pobite przez Niemców by zreorganizować się i podjąć na nowo walkę. Podjęcie obrony na "przedmościu rumuńskim" było jak najbardziej możliwe. Stacjonowały już tam czołgi płk Maczka, brygada zmotoryzowana, oraz batalion czołgów mjr. Łuckiego, liczący łącznie 50 maszyn, z których ani jeden nie oddał strzału...

Lecz tego typu błędów podczas ostatniej fazy kampanii popełniono znacznie więcej. Jeden być może jest tutaj kluczowy. Gdyby siły KOP-u generałów Kleeberga i

Orlika-Rückemana wycofały się na południe, a nie podjęły zgubnego marszu na zachód, to najprawdopodobniej w rejonie Kowla doszło by do wielkiej bitwy z Armią Czerwoną. Oprócz samych wojsk obu generałów znajdowały się tam znaczne siły polskie m.in. batalion kolarzy ze Śląska, dywizjon 36 moździerzy 81mm kpt. J. Cebuli, kilka baterii artylerii lekkiej oraz 18 czołgów. Zgrupowanie to odeszło na Krasnystaw zamiast podjąć próbę obrony w rejonie Łucka. W samym Łucku znajdowało się 9 tys. żołnierzy w tym tysiąc oficerów, którzy poddali się Sowietom bez walki. Bardzo prawdopodobne, że wsparte jednostkami KOP-u Kleeberga i Orlika-Rückemana mogłoby stanowić twardy orzech do zgryzienia dla wojsk sowieckich.

 

Rodzi się jednak pytanie czy w obliczu całkowitej klęski na froncie zachodniej i centralnej Polski, wielka bitwa na wschodzie miałaby jakieś znaczenie. Zapewne nie. Przedłużyło by to kampanię o kilka tygodni lecz na jej wynik nie było by w stanie wpłynąć.

Spalono by więcej sowieckich czołgów, zabito więcej czerwonoarmistów, lecz i polskie straty były by zdecydowanie większe. Część z tych wojsk podjęła udaną próbę przebicia na Węgry i Rumunię, gdzie po długiej odysei wzmocniły skład polskiej armii we Francji, a później Wielkiej Brytanii. Część zrzuciła mundury i zakopała broń, która mogła się przydać w późniejszej walce partyzanckiej. Nie mamy prawa dziś oceniać decyzji dowódców walczących wtedy z Armią Czerwoną.

Ich rozkazy nawet te najbardziej kontrowersyjne miały jakąś podstawę i zostały wydane z myślą o dobru kraju oraz armii. Mimo iż w większości były one fatalne w skutkach to okoliczności w jakich je wydano w całości zmazują winę z tych, którzy te decyzje podejmowali.

 

"...I święcić będą nam potomni po pierwszym września siedemnasty..."

 

    22 czerwca 1941 roku wojska hitlerowskie zaatakowały Rosjan.

"[...] Jak przyznają sowieckie źródła, atak Niemców zaskoczył całkowicie kierownictwo polityczne i wojskowe ZSRR, choć przygotowań do takiej akcji Niemcy nie potrafili ukryć i były one oczywiste dla dowództwa ZWZ w Warszawie, a także we Lwowie, o czym świadczy korespondencja radiowa ppłk. Macielińskiego i Zycha. Jeszcze 14 czerwca agencja TASS twierdziła, że [...] pogłoski o zamiarze Niemiec zerwania paktu i przedsięwzięcia napaści na ZSRR są pozbawione wszelkich podstaw [...].Dopiero 21 czerwca późno wieczorem Komisarz Ludowy Obrony marsz. Siemion Timoszenko oraz szef sztabu generalnego gen. Żukow skierowali do przygranicznych okręgów wojskowych rozkaz uprzedzający o możliwości nagłego ataku niemieckiego na ZSRR w ciągu następnych dwóch dni. Do wielu jednostek nie zdołał on dotrzeć, gdyż już o godz. 4 rano wojska niemieckie otwarły na całej linii ogień artyleryjski, a lotnictwo rozpoczęło bombardowanie lotnisk, w tym lwowskiego lotniska na Skniłowie. Śródmieście Lwowa już pierwszego dnia po południu zostało dwukrotnie zbombardowane (o godz. 13 i 15.30). Bomby spadły na pocztę główną i w jej pobliżu, uszkodziły trzy kamienice na ul. Sykstuskiej, trafiły w pasaż Mikolascha, gdzie zginęło wiele osób, w kawiarnię De la Paix, plac Świętego Ducha, kilka kamienic przy ul. Brajerowskiej i fabrykę wódek (Baczewskiego?) na Zamarstynowie. Bomby dokonały jednak niewielkich zniszczeń w budynkach, ale spowodowały duże straty w ludziach - podobno do 300 osób. Rozeszły się pogłoski, że zostały zniszczone zbiorniki wody wodociągowej w Karaczynowie.

Już w pierwszym dniu wojny, a szczególnie w drugim, ludność Lwowa stała się świadkiem panicznej ewakuacji Armii Czerwonej i napływowej ludności sowieckiej. Podobno dla ewakuacji wykorzystano pociągi przygotowane dla kolejnej czwartej już "wywózki", która miała nastąpić w nocy z 22 na 23 czerwca i objąć - we Lwowie i okolicy - 70 tysięcy ludzi. Czoło odwrotu stanowiły oddziały NKWD i milicji. Opuściły one swoje posterunki, komisariaty urzędy, straże opuściły więzienia, zamknąwszy szczelnie ich bramy. Więzień tych było we Lwowie cztery: przy ul. Kazimierzowskiej tzw. Brygidki, dawne więzienie wojskowe przy ul. Zamarstynowskiej, oraz zamienione na więzienia dawne budynki policyjne przy ul. Łąckiego (ul. Sapiehy 1) i przy ul. Jachowicza. Przed swą ucieczką NKWD - w pierwszym dniu wojny - zdołało jeszcze ewakuować 800 więźniów z któregoś z więzień lwowskich; pędzono ich piechotą aż do Moskwy, dokąd przybyli 28 sierpnia. Po drodze, kto nie mógł iść, ten został przebity bagnetem, po czym konwojent badał puls, czy skonał, jeśli nie, to powtórnie przebijał. Z Moskwy ewakuowano ich dalej, już koleją. Gdy w połowie listopada zostali dowiezieni do Pierwouralska, okazało się, że przeżyło tylko 248 osób. Ewakuowano też obozy jeńców.

 

We wtorek 24 czerwca mieszkańcy ul. Łyczakowskiej i przypadkowi przechodnie byli świadkami, jak wczesnym rankiem, a potem ponownie po południu, pędzono tą ulicą na wschód jeńców polskich.

Przed kolumną jechali kawalerzyści sowieccy i zapędzali ludzi z chodników do bram domów, potem szli piesi żołnierze z bronią gotową do strzału, a za nimi kolumna jeńców, niosących kuferki, które niektórzy porzucali, widocznie nie mając siły ich nieść. Ten smutny pochód zamykały karetki z więźniami.

Ewakuowano zdaje się wszystkie obozy jeńców. Rozbiegli się jedynie, przynajmniej częściowo, jeńcy z obozu pod Przemyślem. Pracujących przy budowie lotniska w Olszanicy pędzono pieszo do Wołoczysk, zabijając po drodze słabnących. W Wołoczyskach załadowano po 100 osób do wagonów towarowych i wieziono do Starobielska, dając po drodze po 150 g chleba i po słonej rybie, bez wody. Z kamieniołomów w Bolesławiu koło Skolego 600 jeńców pognano 27 czerwca do Doliny. Stamtąd koleją, po 65 ludzi w wagonie, jechali 24 dni, również do Starobielska. Tam zwolniono wszystkich 31 lipca.

W tym samym dniu, 24 czerwca, w centrum Lwowa zaczęła się strzelanina. Okazało się, że była to próba - przedwczesna - opanowania Lwowa przez Ukraińców. Wojsko sowieckie szybko opanowało sytuację, przeprowadzając rewizje i rozstrzeliwując na miejscu mężczyzn napotkanych z bronią w ręku. W związku z tym nieudanym "powstaniem" ukraińskim, którego celem było opanowanie miasta i wydanie go w ręce Niemców, władze sowieckie nakazały, by wszystkie okna były pozamykane, bramy przymknięte. Zdarzały się wypadki, że do otwartych okien żołnierze sowieccy strzelali, a jednocześnie byli ostrzeliwani ze strychów. Te, raczej tylko pojedyncze incydenty, a nie większe akcje ukraińskie stały się podłożem dla wyrosłych potem legend o "rozgorzałym powstaniu zbrojnym" ukraińskim we Lwowie i walkach wojsk sowieckich z bojówkami OUN. Pierwsze tego rodzaju wiadomości (np., że Bandera schronił się do katedry greckokatolickiej św. Jura i broniąc się tam dzielnie, doczekał przybycia Niemców) pojawiły się w warszawskim "Biuletynie Informacyjnym" z 1941 r. (z 21 sierpnia i 2 października), a następnie w publikacjach powojennych zarówno Ukraińców na Zachodzie, jak i sowieckich.

Dopiero 24 czerwca w "Czerwonym Sztandarze" zamieszczono tekst przemówienia radiowego Mołotowa z 22 czerwca oraz dekrety o stanie wojennym i mobilizacji. Następnego dnia dowództwo wojskowe ogłosiło stan wojenny we Lwowie i w obwodzie lwowskim, co powtórzono w rozkazie nr l (i ostatnim) naczelnika garnizonu, wojskowego komendanta miasta. Rozkaz ten wprowadzał zakaz wychodzenia na ulice w godzinach od 22 do 5.

W Brygidkach, opuszczonych wieczorem 23 czerwca przez funkcjonariuszy NKWD, więźniowie zaczęli się dobijać do drzwi cel, gdy nikt ich nie otwierał dla wyniesienia przepełnionych "paraszy" (kiblów). Nad ranem, zaniepokojeni, dojrzeli przez szpary .między deskami "kozyrków" (blind), że na "wyszkach" (kogutkach - wieżach strażniczych) nie ma strażników. W jednej z cel wyrwali deski z podłogi i używając ich jako taranu wyłamali drzwi, w innej - wylali "paraszę" na podłogę, rozbili ją i obręczami wyłamali drzwi. Potem otworzyli inne cele. Tłum więźniów zebrał się na podwórzu więzienia, ale nie mogli oni sforsować zewnętrznych bram. Część tylko zdołała znaleźć wyjście i wydostała się z więzienia - przez wyważoną z zewnątrz bramę i przez dach. Jeszcze w nocy z wtorku na środę, 24 na 25 czerwca, krótko po północy uwolniono z jednej z cel wielu księży, a wśród nich ks. Bogdanowicza. Nie opuścił on jednak więzienia, chcąc nieść pomoc innym.

Około godz. 4 rano powróciła jednak załoga więzienia i z dwu stron otworzyła ogień z karabinów maszynowych na zgromadzonych więźniów. Niektórzy uciekający zginęli już na ulicy. Ci, których nie dosięgły na podwórzu kule, powrócili do swoich cel, do współwięźniów, którzy bali się je przedtem opuścić. Cele zamknięto, więźniom kazano ułożyć się na podłodze, nie pozwalając się podnosić, a następnie zaczęto wywoływać po trzech, czterech i rozstrzeliwać przy warkocie zapuszczonych silników samochodowych. Zwalniano z więzienia jedynie więźniów kryminalnych. Pozostający jeszcze w więzieniu przy życiu więźniowie nie dostawali już odtąd jedzenia. Tak trwało przez wszystkie dni aż do soboty. W sobotę zapadła w więzieniu cisza.

Z jednej z ocalałych cel na piętrze zobaczono odjeżdżających samochodami funkcjonariuszy NKWD. Zdołano jakoś otworzyć klapę "karmuszki" - otworu we drzwiach, przez który podawano do celi jedzenie - i jakiś chudy więzień przedostał się tędy na korytarz. Otworzył drzwi swej celi i celi naprzeciwko, gdzie jeszcze pozostali żywi więźniowie. Zaczęli ostrożnie schodzić na dół. Dostali się do kuchni, gdzie w kotłach była jeszcze gorąca zupa. Potem uwolnili jeszcze zamknięte w jednej z cel siedzące tam przerażone, półnagie kobiety. Spod jakichś drzwi spływał na korytarz strumyk krwi. Gdy drzwi otwarto, oczom ukazały się ułożone w stosy ciała pomordowanych więźniów. Krew płynęła spod bramy więziennej ulicą Byka i spływała do ścieku podwórzowego po drugiej stronie ulicy, gdzie był skład żelaza.

Spośród kilku tysięcy więźniów trzymanych w Brygidkach ocalało - poza tymi, którym udało się zbiec wcześniej - zaledwie około stu mężczyzn z dwu cel i garstka kobiet. Wśród tych ostatnich znalazły się warszawskie kurierki ZWZ: aresztowana jeszcze w pierwszej połowie 1940 r. Helena Wiślińska "Ala" ("Kinga"), idąca we wrześniu do Lwowa z "Marcyniukiem", "Hanka" Nehrebecka oraz Maria Masłowska "Mura", ujęta przy przekraczaniu granicy w 1941 r. Więźniowie, opuszczając gmach więzienia, podpalili wewnętrzny budynek, w którym mieściła się kancelaria więzienna aby zniszczyć akta, nie chcąc, by dostały się w ręce Niemców. Z więzienia w Brygidkach wydostał się też - jako jedyny ocalały z grupy Weissów - młodszy Sklarczyk. "Hanką", ciężko chorą, zajęły się serdecznie ocalałe wraz z nią więźniarki kryminalne.

 

Trzeba tu wspomnieć o szczególnej tragedii prof. Romana Renckiego, czołowego lwowskiego internisty. Uratowany z Brygidek, wyczerpany i chory - miał 74 lata - został po kilku dniach aresztowany przez Niemców i 4 lipca rozstrzelany na Wzgórzach Wuleckich wraz z innymi profesorami.

W więzieniu zamarstynowskim nie potrafiono wykorzystać krótkiego okresu, gdy we wtorek pozostało ono niestrzeżone. W czwartek, 26 czerwca, zaczęto w południe wywoływać więźniów z cel. W celi, w której znalazła się kurierka ppłk. Macielińskiego, Wanda Ossowska, została tylko ona jedna. Czekałam [...] miotając się po celi - wspomina - niezdolna do myślenia, do skupienia się na modlitwę. Nic, tylko obłędny strach i chaos. Tak upłynęła godzina, może dwie. Słyszałam z oddali stłumione głosy wielu ludzi, zdawałam sobie sprawę, że ten tłum więźniów czeka na samochody, czy może ustawiają ich w grupy i prowadzą na dworzec kolejowy. Ale nagle ten gwar ludzi przerwał szum motorów, a więc jadą, już się pewno ładują, stłoczeni pod brezentem wozów, obstawieni strażą [...]. I nagle w szum motorów wdziera się krzyk [.-.j. Ten krzyk goni detonacja, strzelają [...]. Boże, znów strzelają [...]. Całą noc słyszę ten hałas. Zmieszane dźwięki motorów, krzyków, strzałów. Czasem ponad ten gwar wyrywa się krzyk rozpaczy, strachu, bólu [...]. Już świt, gwar przycicha [...]

W całym więzieniu pozostało wśród żywych 5 kobiet i 65 mężczyzn. a wśród nich towarzysz Ossowskiej, Roman Fedas. W sobotę w południe przybyli do więzienia ludzie z miasta, opuszczonego już przez Armię Czerwoną, i pomogli więźniom wydostać się. Lekarz, który prowadził Ossowską przez korytarz więzienia, po drodze zaglądał do cel i pokoi. Wejście do jednego zasłonił przed Ossowską, było bowiem pełne zmasakrowanych zwłok, na podłodze były ślady zakrzepłej krwi, dochodził mdły zapach.

W trzecim więzieniu przy ul. Łąckiego ocalało zaledwie kilka osób, które udając zabitych upadły między trupy. Tak przypuszczalnie ocalili się dwaj radiotelegrafiści - "druciki" - przydzieleni pik. Okulickiemu w drodze do Lwowa.

W więzieniu tym pastwiono się nad mordowanymi więźniami, przybijano ich do ścian, kobietom obcinano piersi...

Mieszkańcy Lwowa, żyjący ostatnio w obawie przed nowymi wywozami, które dotknęły już północne Kresy, z pewną satysfakcją obserwowali wycofywanie się Armii Czerwonej i paniczną ucieczkę sowietów, urzędników i ich rodzin.

Niczego dobrego nie można było spodziewać się po Niemcach, ale zanim się zagospodarują... Od środy lub czwartku - wspomina A. Rzepicki - nastrój ten gasić poczęły obiegające miasto, coraz to pewniejsze wieści, że we wszystkich więzieniach słyszano strzały, że więźniowie są w nich rozstrzeliwani [...]

W nocy z soboty na niedzielę ostatnie oddziały krasnoarmiejców, krążąc ciężarówkami po mieście, podpalały publiczne gmachy. Ostatnie wycofujące się małe grupki żołnierzy sowieckich widziano jeszcze w niedzielę rano, potem miasto zostało bezpańskie i wreszcie w poniedziałek 30 czerwca nad ranem wkroczył do Lwowa prawie bez wystrzału ukraiński batalion "Nachtigall", a w kilka godzin później, również bez walki, wtoczyły się niemieckie wojska zmotoryzowane;, zaczęły płynąć ulicami miasta na wschód piechota i kawaleria.

Zaraz po odejściu Sowietów - pisze A. Rzepicki - ruszono [...] ławą do więzień i zgodnie ze strasznym przewidywaniem znaleziono w nich tylko zwłoki, pełno zwłok. Przez następne dni, począwszy już od niedzieli, do wszystkich więzień ciągnęły nie kończące się procesje lwowian, którzy wśród zamordowanych poszukiwali swoich bliskich, starając się ich rozpoznać. Często było to niemożliwe, bo w upalną pogodę zwłoki gwałtownie rozkładały się. Potworny zaduch, wyczuwalny na setki metrów, mniej wytrzymałym nie pozwalał nawet na zbliżenie się do zwłok układanych rzędami na więziennych podwórzach.

Straszliwa ta hekatomba zdawała się sprawiać hitlerowcom satysfakcję. Oficerowie nadjeżdżali samochodami, fotografowano, kręcono filmy. Dopuszczono wszystkich do oględzin, starano się je ułatwić przez uporządkowanie ciał. A jak się do tego zabrano? Mamy dotychczas przed oczami - pisze dalej A. Rzepicki - wstrząsające wspomnienie: Na podwórzu więziennym długi szereg poczerniałych, obrzmiałych zwłok, - pośród nich jedne - straszne jak wszystkie inne - w pozycji półsiedzącej. Nagle, co to? Ofiara zaczyna się poruszać, wstaje! Okazało się, że był to zmasakrowany, ale wciąż jeszcze żywy Żyd! Do wynoszenia zamordowanych i układania ich na podwórzach zatrudniono bowiem skompletowane w łapankach grupy lwowskich Żydów, których tak skatowano, że nie różnili się prawie od umarłych [...]. Do spełnienia tego okrucieństwa, do zapędzania Żydów użyto żołnierzy ukraińskich, jak sądzę, z oddziału "Nachtigall"[...].

Wspomina W. Ossowska: W poniedziałek weszli Niemcy do Lwowa i zaczęły się nowe okrucieństwa i terror. Pierwsi oczywiście byli Żydzi. Byłam w mieście i widziałam, jak na Wałach Hetmańskich Żydzi na czworakach byli pędzeni do więzień, aby tam pracować przy rozkładających się zwłokach pomordowanych. Niemcy otwierali cele i bardzo starali się, żeby wszyscy mieszkańcy zobaczyli, co się tam dzieje. A działy się rzeczy straszne. Na Brygidkach były cele zamurowane z ludźmi tak upchanymi, że umarli stojąc. Stosy ciał bestialsko pomordowanych były we wszystkich więzieniach. Żydzi mieli co robić. A zaduch był taki, że na ulicy nie można było oddychać, co dopiero obmyć takie zwłoki i ułożyć je na podwórzu więziennym [...].

Wanda Ossowska poszła też na Zamarstynów i odnalazła zwłoki swych towarzyszek niedoli z celi, z której tylko ona jedna ocalała.

Do więzienia wojskowego na Zamarstynowie wybrał się też w ów poniedziałek ppłk Sokołowski ze swą współtowarzyszką Jadwigą Tokarzewską "Teresą": Bramy więzienia były szeroko otwarte. Wewnątrz na dziedzińcu więziennym pełno ludzi. W domku strażniczym przy bramie zobaczyłem moc skrzynek wyglądających na kartotekę [...].

 

Znalazł tu m.in. kartę swego syna Andrzeja, aresztowanego w lutym 1940 r., z adnotacją, że został wywieziony (pchor. Andrzej Sokołowski poległ pod Monte Cassino 13 V 1944 r.). I dalej relacjonuje ppłk Sokołowski:

Weszliśmy na dziedziniec. Powitał nas straszliwy odór gnijących ciał, idący z otwartych drzwi parteru. W tym smrodzie, zapierającym dech, pracowali Żydzi. Wynosili na plecach z otwartych drzwi okropne, nagie, zmasakrowane ciała ludzkie. Umazane krwią i ociekające posoką, pogryzione prawdopodobnie przez szczury, pozbawione oczu, bez twarzy, rozdęte, były już nie do poznania i miały przerażający wygląd. Jedyne, co im jeszcze pozostało z ludzkiego wyglądu, to włosy. Były tam trupy mężczyzn i kobiet. Żydzi wynieśli ze dwadzieścia zwłok i hitlerowcy przerwali dalsze wynoszenie. Teresa podbiegła do otwartych drzwi i jeszcze szybciej powróciła półprzytomna. Poszedłem i ja. W dużej sali, wyglądającej na wozownię, leżały rozrzucone pod sufit zwłoki ludzkie. A na oko było ich chyba z setka [...].

Jak pisze A. Rzepicki; "[...] brak [...] ścisłych danych o liczbie zamordowanych. Musiała być wielka, bo więzienia lwowskie zapełnione były przez NKWD po brzegi, nawet w małych celach siedziało po kilkudziesięciu więźniów, a z Brygidek w pierwszych dniach wojny wydostała się ich zaledwie garstka. Najczęściej powtarzano liczbę około 5000 ofiar i nie mogło być ich mniej [...}".

Według danych niemieckich w więzieniu na Zamarstynowie zamordowano ok. 3 tys. więźniów, przy ul. Łąckiego - 4 tys. W Brygidkach zginęło również wielu więźniów - przypuszczalnie podobna liczba - ale większość zwłok spłonęła w pożarze wznieconym przez uciekających NKWD-zistów. Z budynku przy ul. Jachowicza nie zdołano wynieść rozkładających się zwłok; cele na razie zamurowano i opróżniono je dopiero w zimie. W sierpniu zwłoki z więzień chowano we wspólnych grobach na Cmentarzu Janowskim.

Wspominał ks. Banach: "Kapłan kropił wodą święconą zwłoki pomordowanych i co pewien czas intonował pieśń żałobną, którą podchwytywano i wśród szlochania płynęła pieśń - Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie!"

 

Wśród zwłok pomordowanych więźniów poszukiwano uczestników procesu grupy braci Weissów i Kobylańskiego. Zwłok ich jednak nie odnaleziono, ale też - poza młodym Sklarczykiem - nie powrócili oni nigdy do rodzin. Przypuszczalnie więc zdołano ich wywieźć ze Lwowa i zamordowano w drodze lub w którymś z prowincjonalnych więzień. Nie odnaleźli się też nie osadzeni dr Kultysówna i kpt. Rutkowski "Smrek". Znaleziono jedynie zwłoki adwokata Antoniego Konopackiego, następcy Kobylańskiego, którego pochowano na Cmentarzu Łyczakowskim. Szczęśliwie natomiast wydostała się z więzienia przy ul. Kazimierzowskiej znaczna część nie osadzonych jeszcze harcmistrzów i działaczy harcerskich, w tym por. Adamcio, por. Feja i Szczęścikiewcz. Uszedł z pogromu też Leopold Ungeheuer, ale miał odbite nerki i zmarł niedługo po powrocie do domu. Przyniósł on wiadomość o dr. Czamiku, którego widział w więzieniu w ostatnia noc przed masowym mordem; dr Czamik jednak zaginął - zwłok nie odnaleziono.

Lwowskie więzienia nie były jedynymi, w których wymordowano w okrutny sposób więźniów. Wszędzie zdążyły dotrzeć rozkazy w tym względzie - z kijowskiej, jeśli nie z moskiewskiej centrali. Nie zdołano zaalarmować wszystkich garnizonów wojskowych, ale za to, nawet w położonych tuż przy linii demarkacyjnej Oleszycach k. Lubaczowa 22 czerwca rano spalono żywcem trzymanych tam w zamku Sapiehów więźniów. Dokonała tego straż graniczna.

W Samborze, w ostatnich dniach przed zajęciem tego miasta przez wojska niemieckie, co nastąpiło 29 czerwca, wymordowano również część więźniów. Pisał w swych wspomnieniach jeden z ocalałych tamtejszych więźniów, Stefan Duda:

Bez przerwy wyciągano z cel więźniów, po 5-10 zawlekano do piwnic [...], tam mordowano, rozstrzeliwano w tył głowy i składano trupy w pryzmę, a gdy już wszystkie piwnice były załadowane, wówczas wyprowadzano po 50 i więcej na plac więzienny i strzelano do nich z okien z karabinów maszynowych [...], a nawet zaczęto rzucać ręczne granaty [...].

W jednej z cel rozbili wówczas więźniowie drzwi "kiblem" i zaczęli otwierać inne cele, rozpoczynając walkę ze strażnikami, uzbrojeni w deski, "kible", znalezione żelazo. NKWD-ziści wycofali się, próbowali jeszcze wprowadzić do akcji wojsko, ale wobec zbliżania się Niemców opuścili miasto. W ten sposób część więźniów ocalała. Wśród pomordowanych były harcerki, które zostały zgwałcone, obcięto im także piersi.

Nawet w małym miasteczku, w Szczercu, więźniów pomordowano, wyprowadziwszy ich z więzienia. Po wkroczeniu Niemców rozpoczęto ich poszukiwanie. Ukraińcy w tej sprawie porozumieli się z Niemcami, a ci wyłapali miejscowych Żydów i kazali im w ciągu godziny odnaleźć więźniów lub ich zwłoki. Okazało się, że zwłoki zakopano płytko w stodole probostwa. Wypływała stamtąd krew. Niemcy zmusili Żydów, by rękami rozgrzebali jamę, wyciągnęli i obmyli zwłoki, składając na prześcieradła. Zamordowani mieli poobcinane nosy, uszy, powykręcane do tyłu stopy... Wszystkich, Polaków i Ukraińców, pochowano uroczyście we wspólnej mogile koło cerkwi. Zginęło tam około 30 osób.

W Drohobyczu - jak pisze A. Chciuk: "[...] 22 czerwca 1941 NKWD powiedziało więźniom, ze ich wypuszczają, zabierajcie się "s wieszczami". Gdy tłum więźniów stał na dziedzińcu więzienia, z wież wartowniczych zaczęły strzelać karabiny maszynowe [...]".

Znajoma Chciuka upadła zanim dosięgły ją serie i przeleżała pod trupami cały dzień. Gdy w nocy wydostała się i przyszła do domu, powitały ją słowa: "Boże, tyś zupełnie siwa..."- Działo się to w drohobyckich "Brygidkach".

Z Borysławia jest relacja jednego z tamtejszych Żydów, których po wkroczeniu wojsk niemieckich zapędzono do usuwania zwłok z aresztu: Zaprowadzili nas [...] na NKWD. Tam już było z 300 Żydów i stamtąd z piwnic kazali wyciągać i segregować trupy. Masy trupów. Część z tych trupów kazali myć. [...] Te trupy nie były zakopane. Były one przysypane ziemią na 5, 10 cm. To wszystko były poza tym świeże trupy. To byli [...] ludzie zaaresztowani tydzień lub 10 dni wcześniej. Tam był też Kozłowski i jego starosta. Siostra, ona miała jakieś 16 lat, miała wyrwane sutki, jakby obcęgami, twarz miała spaloną [...]. Natomiast on jednego oka w ogóle nie miał, a drugie miał zapuchnięte, usta też miał zszyte drutem kolczastym, ręce miał spalone, a zarazem zmiażdżone [...], W sumie tych trupów było jakieś kilkadziesiąt [...].

W Stryju więzienie ewakuowano 2 lipca i więźniów samochodami odwożono na dworzec kolejowy. Ale przedtem, w nocy z 1 na 2 lipca, rozstrzelano w piwnicach i na podwórzu tych, którzy mieli większe wyroki. W Stanisławowie, w czasie gdy NKWD chw chwilowo opuściło więzienie, pomoc z zewnątrz zorganizował kpt. Ignacy Lubczyński. Pod Nadworną, w Bystrzycy Nadwórniańskiej, w lipcu 1941 r. odkopano masowe groby pomordowanych w więzieniu w Nadwornej - ostatni z pochowanych tam byli zabijani uderzeniem młotka w tył głowy. W Złoczowie, dokąd Niemcy wkroczyli l lipca, NKWD na zamku zamienionym na więzienie zamordowało też wielu więźniów. Również tu Niemcy i Ukraińcy zmusili Żydów do odkopywania zwłok, a następnie ich zamordowali. Pogrzeb pomordowanych więźniów odbył się 6 lipca. W Brzeżanach od 26 czerwca zaczęto rozstrzeliwać więźniów, wyprowadzanych pojedynczo na dziedziniec więzienia, zagłuszając odgłos strzałów warkotem motoru traktora. Zwłoki wywożono do przygotowanych i maskowanych potem dołów. Po nalocie niemieckim na miasto, od nocy 29 czerwca do następnego dnia zwłoki nadal rozstrzeliwanych wrzucano z mostu do rzeki Złota Lipa. W sumie zginęło ponad 300 więźniów, reszta - około 80 - uratowała się, gdy straż opuściła więzienie podczas nowego bombardowania. Masowy mord więźniów miał miejsce i w Tarnopolu. Część więźniów - około tysiąca - ewakuowano jednak 30 czerwca, pędząc ich piechotą do Podwołoczysk. W czasie marszu ludzie padali ze zmęczenia i pragnienia, a NKWD-ziści kolbami zmuszali ich do dalszej drogi. Usiłujących uciekać rozstrzeliwano na miejscu.

 

 Dalej tarnopolskich więźniów wieziono koleją. Koleją ewakuowano też więźniów z Czortkowa, ładując po 135 osób do nie oczyszczonych wagonów kolejowych. Podróż trwała 17 dni. W jednym z wagonów, w którym jechał relacjonujący, spośród 135 osób zmarły w drodze 34. Trupy usuwano z wagonów co parę dni, a więc jechały z żywymi w lipcowym upale. To samo działo się i na Wołyniu. W Łucku zamordowano około 2 tys. więźniów, w Równem - 500, w Dubnie - 450.

Oprócz pomordowanych w więzieniach, wiele osób zginęło z rąk cofających się w panice i strzelających na oślep i bez powodu żołnierzy sowieckich - a może i z rąk ukraińskich nacjonalistów. We Lwowie w ostanim dniu wycofywania się Armii Czerwonej, 29 czerwca, zginęli na ulicy kurierzy ppłk. Macielińskiego, Jan Lutze-Birk i Jerzy Mędrzecki. Mieli po 21 lat. Po wkroczeniu Niemców na murach Lwowa ukazały się ich klepsydry [...]"

 

Lwowskie "Brygidki" po ucieczce Sowietów stały otworem, w czerwcu 1941 roku wszedłem na podworzec. Na ścianach ujrzałem maź z mózgów i krwi.

 

STOWARZYSZENIE PAMIĘĆ I NADZIEJA DR LUCYNA KULIŃSKA PRZYPOMINA:

 

"(...)po ponad 60 latach przemilczania faktów większość Polaków ulega propagandzie wybielania katów i obwiniania ofiar. Dzieje się tak pomimo jednoznacznych ustaleń prokuratorów z Komisji d/s Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu, wiedzy zawartej we współczesnych wydarzeniom dokumentach i świadectw zawartych w tysiącach relacji ocalałych.

Operacja "odpolszczenia" Kresów została przygotowana przez OUN i UPA perfekcyjnie pod względem militarnym i organizacyjnym.

Przeprowadzono ją z dyscypliną i przy umiejętnym wykorzystaniu aparatu represji obydwu okupantów.

Najpierw Ukraińcy pomagali Sowietom w eksterminacji i zsyłaniu polskiej inteligencji i osadników, potem we współpracy z Niemcami przyczynili się do zgładzenia polskich profesorów Lwowa, Krzemieńca, nauczycieli Stanisławowa i innych miejscowości kresowych, a wreszcie niemal wszystkich potencjalnych lokalnych polskich przywódców. Kiedy wyniszczenie polskich elit dobiegło końca, OUN, a następnie UPA z pomocą ukraińskich chłopów przystąpiły do fizycznego unicestwienia polskiej ludności wołyńskich i małopolskich wsi. Działania te przyniosły pełne powodzenie: Polacy, żyjący na tych ziemiach od 600 lat, zostali niemal w całości wymordowani lub wypędzeni. Jedynie większe miasta z niemieckimi czy potem sowieckimi garnizonami dawały szansę przetrwania.

W dokumentach Rady Głównej Opiekuńczej (RGO), która starała się obejmować opieką uchodźców, znajdziemy opinię, że na skutek niespodziewanej i okrutnej akcji ukraińskich szowinistów na wsi wołyńskiej nie została w komplecie ani jedna większa polska rodzina! Ludobójcza akcja antypolska została poprzedzona Holokaustem kresowych Żydów, których wyniszczenie dokonane zostało wprawdzie z inspiracji niemieckiej, ale rękami policji ukraińskiej i innych ukraińskich formacji pomocniczych. W wielu wsiach mordowaniem żydowskich mieszkańców zajmowały się lokalne placówki OUN. Częstokroć przy egzekucjach nie było żadnego Niemca. Łupy dzielono między siebie. Część trafiała do miejscowej ludności, wzmagając w niej żądzę zawłaszczenia mienia polskich sąsiadów.

Zachęceni łatwością, z jaką pozbyli się Żydów, nacjonaliści ukraińscy przystąpili do fizycznego usunięcia z Kresów pozostałych nacji: Polaków, Ormian, Czechów, Rosjan, Cyganów, a także tych Ukraińców, którzy nie godzili się na ich okrutne rządy. Nie zapominajmy, że zarówno ofiary, jak ich oprawcy, byli obywatelami polskimi, państwa, które przecież nadal istniało, choć jego rząd był na wygnaniu i co ważniejsze, było członkiem antyhitlerowskiej koalicji.

Od wiosny 1943 roku eksterminowana ludność wiejska Wołynia chroniła się w pobliskich miasteczkach i miastach. Latem i jesienią 1943 terror ukraiński osiągnął niespotykane rozmiary: płonęły całe wsie, a ludność polską, nie szczędząc kobiet, dzieci i starców, mordowano w bestialski sposób. Wśród Polaków wybuchła panika. Interwencje u władz niemieckich, które wyraźnie sprzyjały Ukraińcom, najczęściej nie odnosiły żadnego skutku.

W tej rozpaczliwej sytuacji część Polaków skupiła się w wybranych wsiach, tworząc samoobrony i odpierała ataki. Nie wszystkie przyniosły ocalenie. Część samoobron została pokonana, a ludność tam skupiona wymordowana.

Uciekający do miast stanęli przed innym problemem - głodu. Miasta były przepełnione, a próby powrotu po pozostawioną żywność częstokroć kończyły się mordowaniem śmiałków. Do tego organizacje ukraińskie zakazywały sprzedawania jedzenia Polakom grożąc represjami, a nawet śmiercią. Pomimo to zdarzały się przypadki udzielania pomocy. Najczęściej w stosunku do krewnych lub powinowatych. Ostatnio w Polsce podnoszą się głosy, aby owych odważnych ludzi uhonorować. Niestety zbyt duże wpływy pogrobowców OUN-UPA na Ukrainie powodują, że inicjatywa taka budzi obawy samych zainteresowanych i ich rodzin.

Z tragicznej sytuacji, w jakiej znaleźli się Polacy, korzystali Niemcy. Teren był "oczyszczany" z niechcianej ludności, a zdesperowanych Polaków masowo wywożono do niewolniczej pracy do Niemiec. Okupanci podstawiali pociągi ewakuacyjne, najczęściej węglarki, wydając równocześnie oświadczenia, że nie odpowiadają za bezpieczeństwo osób, które pozostaną. Była to przysłowiowa "propozycja nie do odrzucenia". W Niemczech poddawano ich eksploatacji, głodowali i ginęli pod bombami alianckich nalotów. Informacje na ten temat docierały z Niemiec do Rady Głównej Opiekuń czej ( RGO) w Krakowie. Część transportów trafiała m.in. do budowy sieci podziemnych schronów na Dolnym Śląsku. Warto zwrócić uwagę, że sieroty z Kresów przekazane do sierocińców w Polsce centralnej, a nawet do prywatnych rodzin w Krakowie umierały jeszcze kilka lat później od choroby sierocej, gruźlicy i innych dolegliwości, mimo starań nowych opiekunów.

Podobno dokumenty tematyczne znajdują się w Archiwum Miasta Krakowa. Gdyby nie zbrodnia ludobójstwa, dzieci te zapewne by żyły, podobnie jak duża liczba przymusowych uchodźców, którzy, przywiezieni niemieckimi transportami z Wołynia, a potem z Małopolski Wschodniej do Krakowa, przedwcześnie kończyli życie w schroniskach i byli chowani na krakowskich cmentarzach. To oczywiście również banderowskie ofiary.

We Lwowie i Przemyślu zorganizowano dla uciekinierów obozy przejściowe, które bardziej przypominały obozy koncentracyjne niż obozy ratunkowe.

Ci, którzy chcieli uniknąć wywiezienia i nie mieli dokąd wracać, próbowali samodzielnie przekraczać granice Generalnego Gubernatorstwa ( GG ), często jednak byli zawracani i ostrzeliwani przez ukraińską policję.

Jednak rosnących mas uchodźców sterroryzowanych przez OUN i UPA w pewnym momencie nie dało się już powstrzymać. Pieszo i furmankami ruszali na zachód, na Chełm, Lublin i Warszawę, rozpraszając się w centralnej Polsce i na południe, na Lwów i Przemyśl, a potem do Małopolski Zachodniej. Większość była w położeniu wręcz katastrofalnym. Pełno było rannych i chorych, półnagich i bosych, sierot i rodziców poszukujących zaginionych dzieci.

Chłopi polscy na Kresach najczęściej do ostatniej chwili trzymali się kurczowo swego dobytku i opuszczali go dopiero wtedy, gdy było już za późno na jakąkolwiek sensowną i zorganizowaną ewakuację. Najczęściej z pożogi nie udawało im się ocalić dosłownie nic. Zresztą nawet wtedy, gdy cokolwiek uratowali, musieli to porzucać, bo inaczej nie przeżyliby tak długiej drogi w terenie opanowanym przez zorganizowane bandy napastników. Dlatego uchodźcy byli kompletnymi nędzarzami. Bezpieczniej mogli poczuć się dopiero w większych miastach, a zwłaszcza w samym Lwowie, do którego większość się kierowała. Tam dopiero był czas na wytchnienie i ochłonięcie z przerażenia. Mogli liczyć na pomoc RGO i mieszkańców, którzy choć wielu przygarniali pod swój dach, nie byli w stanie ich karmić, leczyć, ani ubrać. Mimo wysiłków nie udało się zapobiec wielu nieszczęściom. Z opowieści uciekinierów wielu Polaków dowiedziało się po raz pierwszy o bestialstwie oprawców. Stereotyp nacjonalisty ukraińskiego - rizuna nabrał nowego wydźwięku. Dopiero lata programowej propagandy i przemilczania spowodowały, że zaczął on blednąc, pozwalając na manipulowanie prawdą historyczną.

Od początku roku 1944 mordy przeniosły się do trzech województw Małopolski Wschodniej: tarnopolskiego, stanisławowskiego i lwowskiego. Zrozpaczeni Polacy na próżno wyglądali jakiejkolwiek pomocy. Wszelka obrona była bezcelowa, gdyż nie tylko Ukraińcom, ale także dwóm pozostałym okupantom sytuacja taka była na rękę. Każdy z nich dążył do wyniszczenia ludności polskiej. Nie było więc dobrych rozwiązań. Samoobrony nie były wystarczająco silnie uzbrojone - o to zadbał okupant niemiecki. Tak charakteryzował to autor jednego z raportów opisujących sytuację w Małopolsce Wschodniej:

"Przewaga Ukraińców wobec żywiołu polskiego jest tak przygniatająca, że Polacy skutecznie bronić się nie mogą. Tylko tam, gdzie Polacy są w znacznej większości, organizowanie obrony może mieć widoki powodzenia, lecz i to nie zawsze, ponieważ w tych wypadkach Ukraińcy występują w znacznej sile, przy odpowiednim uzbrojeniu, którego Polakom brak [...] Ukraińcy są dobrze zorganizowani, mają na swoje usługi całą policję ukraińską. Dlatego wymienione wypadki skutecznej obrony (Jacowce, Kołtów, Łuka, Kozaki itp.) należy raczej przypisać indywidualnej inicjatywie. Również zamiarów odwetowych ze strony polskiej nie można w tych warunkach traktować poważnie. Rezultaty tak prowadzonej antypolskiej operacji ludobójczej okazały się przerażające. Dziesiątki, setki tysięcy zamieszkujących Wołyń, Małopolskę Wschodnią, a także część Polesia i Lubelszczyzny, bądź zginęły, bądź znalazły się bez dachu nad głową i bez środków do życia. Sen o "Ukrainie czystej jak szklanka wody" spełniał się"...

 

 Społeczność kresowa czuła się rozgoryczona przemilczaniem przez władze Polskiego Państwa Podziemnego trwającego ludobójstwa. Dotyczy to także braku reakcji na ukrywanie się w Generalnym Gubernatorstwie Ukraińców winnych zbrodni.

Polskie władze podziemne popełniły w tej dziedzinie również inne błędy.

Oficjalne ogłoszenie przez Polskie Państwo Podziemne współpracy z Rosją Sowiecką było wydaniem wyroku na małopolskie samoobrony. Niemcy dali deklarującym współpracę nacjonalistom ukraińskim wolną rękę w tępieniu Polaków, mało tego, zaczęli dostarczać im broń. Oczywiście Polacy byli skrępowani w swych działaniach umowami koalicyjnymi, natomiast Ukraińcy bez skrupułów manewrowali pomiędzy dwoma okupantami, by wykonać swój jedyny cel: zlikwidowanie kresowych Polaków. Wobec trzech wrogów ludność polska okazała się bezradna. To zaś, że dla ocalenia musiała sporadycznie oddawać się pod opiekę okupantów, jest zrozumiałe.

Za skrajną hipokryzję i nieuczciwość należy uznać twierdzenie pogrobowców OUN-UPA, że była to "współpraca". Konieczność szukania ratunku u wrogów świadczy jedynie o tym, że Ukraińcy bestialstwem przebili wszystkich. Zachowane dokumenty i relacje, z którymi zetknęła się Autorka , w sposób jednoznaczny wskazują na odpowiedzialność strony ukraińskiej za dokonaną akcję ludobójczą. Spory dotyczyć mogą jedynie proporcji, w jakich inspiracja rozkładała się na poszczególne nacjonalistyczne organizacje ukraińskie i Cerkiew greckokatolicką. Nie może być mowy o usprawiedliwianiu sprawców i kwalifikowaniu band OUN i UPA jako oddziałów partyzanckich czy wojskowych. Nie było też żadnego "konfliktu polsko-ukraińskiego".

Żadna formacja wojskowa ani partyzancka nie może dopuszczać się ludobójstwa. Używanie takich określeń w odniesieniu do OUN i UPA jest niemoralne i nieuprawnione. Oznacza tylko jedno: lekceważenie ofiar w imię polityki. Ale ani Polska ani Ukraina nie osiągną pożytku z "heroizacji" banderowców. Faszyzm zawsze obraca się w końcu przeciwko własnym obywatelom, a ukraiński nacjonalizm jest jednym z najstraszniejszych i najokrutniejszych w dziejach ludzkości. Mając to na uwadze należy pamiętać o tysiącach (według Wiktora Poliszczuka 60 tysiącach) Ukraińców, którzy zginęli z ręki lub na rozkaz OUN-UPA.

Analizując zachowane dokumenty i relacje w żadnym wypadku nie wolno zgodzić się z twierdzeniem, że na Kresach doszło do "wybuchu masowej samowoli i nienawiści wobec Polaków".

Niemniej taką wygodną tezę, bo znoszącą odium zbrodni z OUN-UPA na "czerń ukraińską" , prezentuje dzisiaj wielu ukraińskich historyków.

Tymczasem nacjonaliści z OUN i UPA mieli w tym czasie nie tylko absolutny "rząd dusz", wśród ukraińskiej młodzieży, ale stosowali wobec wszystkich pozostałych Ukraińców przymus fizyczny i terror. Kto nie chciał z nimi współpracować w dziele "oczyszczania" Ukrainy z "obcoplemieńców", albo krytykował metody owego "oczyszczania", ten stawał się wrogiem "Samostijnej" i ginął, często śmiercią męczeńską. Egzekutorami były oddziały siepaczy z osławionej "Służby Bezpeky" UPA.

Nie wolno pomijać kwestii formalnej odpowiedzialności władz okupacyjnych (niemieckich i sowieckich), które zobowiązane były do zapewnienia bezpieczeństwa na okupowanych przez siebie terenach, ale nie ma wątpliwości, że inspiratorami i wykonawcami opisywanych masowych mordów byli Ukraińcy rodem z Małopolski Wschodniej i Wołynia.

Scenariuszowi zakładającemu nieuchronność ludobójczej akcji antypolskiej przeczą prawie wszystkie zachowane relacje polskich mieszkańców Wołynia i Małopolski Wschodniej. W ich świetle przeciętny Ukrainiec nie żywił do swych sąsiadów-Polaków nienawiści. Polacy nie nienawidzili Ukraińców - bo nie mieli za co. Zwalczali jedynie, chociaż niekonsekwentnie, członków organizacji komunistycznych i nacjonalistyczno-terrorystycznych z UWO i OUN na czele, jako zagrażających integralności państwa i bezpieczeństwu obywateli. Istotne znaczenie miała tu współpraca komunistów i nacjonalistów z wrogami Polski - Rosjanami i Niemcami. Państwo polskie miało do tego pełne prawo. Współżycie z resztą ludności było w większości powiatów poprawne. Sąsiedzi pomagali sobie nawzajem, zapraszali się na uroczystości rodzinne, święta religijne, częste były mieszane małżeństwa. Oczywiście zdarzały się odstępstwa od tych zachowań, ale głębię skrywanej zawiści, urazów i chęci rewanżu ujawnił dopiero upadek Polski.

Ale nawet wtedy, gdyby nie katalizator w postaci zbrodniczej agitacji sfanatyzowanych przywódców OUN, UPA i dużej części greckokatolickiego kleru, nie doszłoby do tragedii o takich rozmiarach.

Akcja ludobójcza zrealizowana przez OUN-UPA z pomocą lokalnego chłopstwa, jako działanie polityczne, została zaplanowana z zimną krwią, a zrealizowana z konsekwencją i okrucieństwem. Chodziło o to, by w chwili zakończenia wojny nie było już Polaków na Kresach. Wtedy nie trzeba by było przeprowadzać żadnego plebiscytu, dzielenia ziemi jak po 1 wojnie światowej. Zwycięzca brałby wszystko.

Wiktor Poliszczuk w swych pracach zwraca uwagę, że jeżeliby OUN Bandery chciała wykorzystać konflikt niemiecko-rosyjski do zbudowania państwa ukraińskiego, to w roku 1944, gdy przegrana Niemiec była już tylko kwestią czasu, a nadzieja na choćby namiastkę samodzielności państwowej upadła, masowe mordowanie ludności polskiej traciło jakikolwiek sens polityczny. Nieprzerwanie tej operacji w przededniu wkroczenia Armii Czerwonej i kontynuowanie jej pod sowiecką okupacją ujawniło, o co naprawdę chodziło bandom OUN-UPA. Celem było fizyczne unicestwienie Polaków. Zrealizowanie tej operacji, podjętej z najniższych, grabieżczych pobudek pod przykrywką wzniosłych haseł dążenia do niepodległego państwa wyczerpuje wszystkie znamiona zbrodni nieprzedawnialnej, zrealizowanej w oparciu o ideologię faszystowską.

Wszystkich polskich ofiar nacjonalistów ukraińskich w latach 1939-1947 nie sposób dziś policzyć, co jest niezwykle wygodne dla chcących ukryć prawdę.

Szacując je na 150-200 tysięcy osób nie popełnimy błędu. Wielu oprawców, w tym esesmanów z SS-Galizien, żyło i żyje wygodnie na Zachodzie. Czasem "papiery" pomordowanych Polaków służyły mordercom, mówiącym przecież po polsku, do urządzenia sobie życia, wyłudzania świadczeń w Polsce, w Zachodniej Europie, USA, Kanadzie. Dla większości z nich właśnie znienawidzone polskie obywatelstwo stało się przepustką do wolności i bezkarności.

Według ustaleń badaczy bezpośrednio odpowiedzialne za zbrodnie popełnione na Polakach były następujące osoby z kierownictwa OUN-UPA:

- Mykoła Łebed ps. "Ruban" - główny autor i realizator idei ludobójczej przed wojną, terrorysta z UWO i OUN odpowiedzialny za najpoważniejsze zamachy w międzywojennej Polsce;

- Roman Szuchewycz ps. "Taras Czuprynka" - przywódca UPA, będący równocześnie na żołdzie hitlerowców, współodpowiedzialny za mord profesorów lwowskich, autor przechwyconego przez Armię Krajową rozkazu o konieczności przyspieszenia likwidacji ludności polskiej w związku ze zbliżaniem się Armii Czerwonej. Przed wojną, podobnie jak Łebed, odpowiedzialny za zamachy terrorystyczne, członek UWO i OUN;

- Rostisław Wołoszyn ps. "Horbenka" - zastępca Szuchewycza, szef Służby Bezpieczeństwa (SB) UPA, przed wojną związany z terrorystyczną UWO-OUN;

- Dymytr Hrycaj ps. "Perebinis" - szef sztabu głównego UPA, przed wojną związany z terrorystyczną UWO i OUN;

- Wasyl Sidor ps. "Szełest" - jeden z twórców UPA.

 

Bezpośrednimi organizatorami i kierownikowi ludobójstwa na Wołyniu byli:

 

    - Roman Kłaczkiwśkyj ps. "Kłym Sawur"7^ - razem z Wasylem

- Sidorem ps. "Szełest" scalił bandy na Polesiu, tworząc z nich pierwszy oddział UPA, który przystąpił od razu do mordowania ludności polskiej. W 1943 roku został dowódcą okręgu UPA-Północ, obejmującego swym zasięgiem cały Wołyń;

- Leonid Stupnićkyj ps. "Honczarenko" - był szefem sztabu UPA-Północ;

- Mykoła Omelusik - naczelnik oddziału operacyjnego planującego akcje eksterminacyjne.

Dowódcą pierwszego zgrupowania eksterminującego powiaty: Sarny, Kostopol i Pińsk był Iwan Łytwynczuk ps."Dubowyj" - jeden z najokrutniejszych morderców Polaków.

Zgrupowaniem drugim, prowadzącym antypolską akcję w powiatach: Łuck, Horochów, Włodzimierz, Kowel oraz części Polesia, dowodził Jurij Stelmaszczuk ps. "Rudyj".

Zgrupowanie to robiło też wypady za Bug, gdzie dopuszczało się także morderstw na ludności polskiej i podpaleń.

Zgrupowaniem trzecim, południowym, obejmującym swym zasięgiem powiaty: Równe, Zdołbunów, Dubno, Ostróg dowodził lekarz Petro Olijnyk ps. "Enej". Przed wojną członek terrorystycznej OUN.

Odpowiedzialni za zbrodnie ludobójstwa, wszyscy oni są obecnie uznawani za ojców rainy i bohaterów. Otacza się kultem nawet takich zbrodniarzy wojennych jak Roman Szuchewycz i Roman Kłaczkiwśkyj. Architektowi zbrodni Stepanowi Banderze buduje się panteony.

Pomnika we Lwowie doczekała się nawet Dywizja SS-Galizen, której członkowie wymordowali setki mieszkańców Huty Pieniackiej, Podkamienia, Palikrowy. Jest to chyba jedyny pomnik essesmanów w Europie.

 

Należy podkreślić, że wielu ukraińskich mieszańców II RP w mordach nie uczestniczyło i nawet pod presją nie chciało mordować swych sąsiadów lub krewnych. Ryzykując życie ostrzegali lub ukrywali Polaków. Wielu autorów relacji właśnie im zawdzięcza ocalenie.

Historycy zdają się nie zauważać, jak istotny wpływ na przebieg późniejszych negocjacji repatriacyjnych i dyktat Stalina miało to ludobójstwo i wypędzenie Polaków. Jak można mówić o "wolnym wyborze", skoro do połowy 1944 roku ludność polską zamieszkującą wsie zmuszono do opuszczenia ziemi ojczystej. Inaczej odnosi się do kwestii wyjazdu człowiek, którego rodzinę zdziesiątkowali, a gospodarstwo spalili Ukraińcy. On się poddaje, bo nie ma już do czego wracać! Zresztą, jak żyć obok sąsiadów, dawnych przyjaciół, którzy okazali się mordercami?

Do dzisiaj pokrzywdzeni nie doczekali się żadnego zadośćuczynienia za swoje zniszczone życie i mienie. Ale przecież nie polskie władze, ale rząd kraju, który oprawców uznaje oficjalnie za "bohaterów Ukrainy", winien krzywdy te uznać.

Dlaczego tak mało Polaków wie o tej zbrodni? Wszak bezmiar sadystycznego okrucieństwa, które przekroczyło wszelkie znane przeszłości doświadczenia, każe postawić kresową zagładę Polaków na równi z najokrutniejszymi przykładami ludobójczego barbarzyństwa w dziejach świata.

Jednak na próżno szukać wiedzy o tej tragedii w podręcznikach i encyklopediach. Trudno pojąć, dlaczego Polacy nie okazują tu elementarnej solidarności ze swymi pokrzywdzonymi rodakami. Skazując na zapomnienie dramat polskiej ludności kresowej nie tylko odcinamy te doświadczenia od zbiorowej wiedzy historycznej ludzkości, nie tylko dajemy oprawcom przyzwolenie do wejścia na pomniki chwały , ale godzimy się na powtórzenie zrealizowanego z powodzeniem scenariusza (…)".

A tak zabrzmiał głos poety umęczonego narodu - Józefa Szczepańskiego "Ziutka"

 

    CZERWONA ZARAZA

 

Czekamy ciebie, czerwona zarazo,

Byś wybawiła nas od czarnej śmierci,

Byś nam kraj przedtem rozdarwszy na ćwierci,

Była zbawieniem witanym z odrazą.

 

Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu,

Zbydlęciałego pod twych rządów knutem,

Czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem,

Swego zalewu i haseł poszumu.

  

Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,

Morderco krwawy tłumu naszych braci,

Czekamy na ciebie nie żeby zapłacić,

Lecz chlebem witać na rodzinnym progu.

 

 Żebyś ty widział nienawistny zbawco,

 Jakiej ci śmierci życzymy w podzięce,

  I jak bezsilnie zaciskamy ręce,

  Pomocy prosząc podstępny oprawco.

   

 Żebyś ty wiedział, dziadów naszych kacie,

 Sybirskich więzień ponura legendo,

 Jak twoją dobroć wszyscy tu kląć będą,

 Wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia.

 

 Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli

 Nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej,

 Świętej, skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,

 Cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.

 

Legła twa armia zwycięska czerwona

U stóp łun jasnych płonącej Warszawy

I ścierwią duszę syci bólem krwawym,

Garstki szaleńców co na gruzach kona.

 

Miesiąc już mija od powstania chwili,

Łudzisz nas czasem dział swoich łomotem,

Wiedząc jak znowu będzie strasznie potem,

Powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.

 

Czekamy ciebie nie dla nas żołnierzy,

 Dla naszych rannych - mamy ich tysiące,

 I dzieci są tu i matki karmiące,

 I po piwnicach zaraza się szerzy.

 

 Czekamy Ciebie - ty zwlekasz i zwlekasz,

 Ty się nas boisz i my wiemy o tym,

 Chcesz, byśmy wszyscy tu legli pokotem

 Naszej zagłady pod Warszawą czekasz.

 

  Nic nam nie zrobisz - masz prawo wybierać,

  Możesz nam pomóc, możesz nas wybawić,

  Lub czekać dalej i śmierci zostawić...

  Śmierć nie jest straszna, umiemy umierać.

 

  Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły

  Nowa się Polska - zwycięska - narodzi

  I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić,

  Czerwony władco rozbestwionej siły.

 

    Aleksander Szumański "Lwowskie Spotkania"

 

   Źródła:

 

 - JERZY WĘGIERSKI "LWÓW POD OKUPACJĄ SOWIECKĄ 1939 - 1941"    http://www.lwow.com.pl/wegierski.html

 

- STOWARZYSZENIE PAMIĘĆ I NADZIEJA

DR LUCYNA KULIŃSKA

 

- Wanda Ossowska "Przeżycie"

 

HOLOKAUST POLAKÓW W ZSRS W LATACH 1937 - 1938

 

Rozkaz 00485 z 11 sierpnia 1937 r., wydany przez szefa NKWD Nikołaja Jeżowa, pociągnął za sobą śmierć 111 091 Polaków. Jedyne kryterium ludobójstwa - etniczne Niewiele pamiętamy. Coraz mniej wiemy o naszej wspólnej historii. Niedawna wypowiedź rzecznika SLD, w której umiejscowił on Powstanie Warszawskie w 1988 roku, nie jest już dzisiaj niczym wyjątkowym. To raczej typowy obraz polskiej świadomości historycznej przeoranej przez maszynerię obojętności i zapomnienia, sprawnie funkcjonującą w III RP. Poza jednym wyjątkiem, który symbolizuje Jedwabne: wytrwała praca najpotężniejszych ośrodków medialnych tej samej III RP, by czas II wojny światowej kojarzył się dzisiejszym Polakom ze wstydem współodpowiedzialności za holokaust ludności żydowskiej. Na szybko kurczącym się skrawku wspólnej pamięci narodowej walczymy o to, by poza Jedwabnem utrzymać także wspomnienie Westerplatte, Monte Cassino, Powstania Warszawskiego, nie tylko bohaterskich walk, ale i cierpień zadanych polskiej wspólnocie w czasie II apokalipsy. Tego miejsca jest już tak mało, że niekiedy nawet obrońcy pamięci o Katyniu traktowani są jako swego rodzaju rywale dla tej grupy, dla której szczególnie bolesna jest pamięć masowych zbrodni nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej w latach 1943-1944, a jedni i drudzy wydają się zabierać przestrzeń publicznej żałoby tym, dla których najważniejsze w oczywisty sposób pozostaje ludobójstwo niemieckie na Polakach i setki jego symboli: Bydgoszcz, Piaśnica, Stutthof, Palmiry, Dachau, Pawiak, Auschwitz... Rozkaz 00485 Czy możemy jeszcze coś zmieścić w tym krajobrazie pamięci polskich bohaterów i ofiar tragicznej historii XX wieku, kiedy wszelka polska martyrologia jest tak wyśmiewana, przyjmowana zaporowym ogniem szyderstwa najpotężniejszych mediów i wykreowanych w nich autorytetów? Nie wiem, czy możemy. Wiem, że musimy - bo to nasz, nie tylko polski, ale po prostu ludzki obowiązek. Musimy do kalendarium naszej zbiorowej pamięci wprowadzić jeszcze jedną datę, symbol losu Polaków i zarazem wspomnienie ponad 150 tysięcy konkretnych istnień ludzkich, przekreślonych jednym rozkazem wydanym przez najbardziej zbrodniczy system w historii XX wieku. Musimy przypomnieć rozkaz 00485 z 11 sierpnia 1937 r. szefa NKWD Nikołaja Jeżowa na podstawie wydanej dwa dni wcześniejszej decyzji Politbiura Wszechrosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików). To rozkaz o ludobójstwie Polaków mieszkających w ZSRS. Nie było wcześniej pojedynczego dokumentu, który pociągnąłby za sobą świadomą likwidację tak wielkiej liczby ludzi na podstawie kryterium etnicznego. Jeżow ogłosił walkę z "faszystowsko-powstańczą, szpiegowską, dywersyjną, defetystyczną i terrorystyczną działalnością polskiego wywiadu w ZSRS", jaką rzekomo miała prowadzić gigantyczna siatka Polskiej Organizacji Wojskowej (POW - rozbita już całkowicie na terenie państwa sowieckiego w 1921 r.). Stawiał też jasno zadanie podległym służbom NKWD w całym państwie: "całkowita likwidacja nietkniętego do tej pory, szerokiego, dywersyjno-powstańczego zaplecza POW i podstawowych ludzkich rezerw ["osnownych ljudskich kontingientow"] wywiadu polskiego w ZSRS". Owo "zaplecze" i "podstawowe rezerwy" mogli tworzyć wszyscy, którzy mieli wpisaną do paszportów narodowość polską. Według spisu powszechnego w ZSRS, w 1926 roku było takich osób 782 tysiące. Według następnego spisu, z 1939 roku, liczba Polaków w ZSRS zmniejszyła się do 626 tysięcy. To był właśnie efekt systemu bezprecedensowych prześladowań, jakim poddani zostali w państwie Stalina Polacy. Ponad 150 tysięcy - rozstrzelanych (nie tylko w latach 1937-1938), zmarłych w czasie deportacji, zamęczonych głodem w 1932-1933. Nie mniej niż co drugi dorosły mężczyzna został w tej polskiej wspólnocie losu pozbawiony życia. Pierwszą książkę tej zbrodni ("Pierwszy naród ukarany: Polacy w Związku Radzieckim w latach 1921-1939", Warszawa 1991), jeszcze bez dostępu do podstawowych źródeł sowieckich, poświęcił Rosjanin z urodzenia - dziś profesor Uniwersytetu Opolskiego - Mikołaj Iwanow. Przełomowe znaczenie w poznaniu skali tej operacji miały prace rosyjskich badaczy z Memoriału: Nikity Pietrowa i Arsenija Rogińskiego (z 1993 i 1997 roku), którzy przedstawili oficjalne dane NKWD. Kto nie ufa polskiej skłonności do cierpiętnictwa, niechaj zaufa sprawozdawczości wewnętrznej NKWD. To są jej dane: w "operacji polskiej", między wrześniem 1937 a wrześniem 1938 roku, zostało aresztowanych 143 810 osób. Spośród nich 111 091 rozstrzelano. Nie wszyscy byli etnicznymi Polakami, ich liczbę wśród straconych w tej jednej operacji szacuje się na 85 do 95 tysięcy. Polacy byli jednak zabijani systematycznie w państwie sowieckim także w innych operacjach: od czasu pogromów polskich dworów i zaścianków w 1917 roku, poprzez prześladowania księży i wiernych Kościoła katolickiego (w polskiej literaturze historycznej najbardziej kompetentnie przypomina te prześladowania w licznych swych monografiach i kompendiach ks. Roman Dzwonkowski); następnie przez ofiary wspomnianej już operacji "antykułackiej" z lat 1930-1931; ofiary Wielkiego Głodu z 1932 i 1933 roku, zarówno na Ukrainie, jak i w Kazachstanie (przecież od głodu ginęli nie tylko Ukraińcy i nie tylko Kazachowie); dalej - wskutek kolejnych fal aresztowań i deportacji ludności polskiej najpierw z terenów przygranicznych z II RP na sowieckiej Ukrainie i Białorusi, a następnie (w 1936 r.) w ogóle z tych republik do Kazachstanu. W okresie największego nasilenia terroru - 1937-1938 - Polacy byli rozstrzeliwani także masowo w ramach mniejszych operacji NKWD, takich jak np. "niemiecka" (likwidująca "niemieckich szpiegów"), "czyszczenie" samego NKWD z wprowadzonego do niego licznie jeszcze przez Dzierżyńskiego "polskiego elementu" - i wiele innych. Statystyka zbrodni Rozkaz nr 00485, pierwotnie mający obowiązywać 3 miesiące, został przedłużony na blisko dwa lata. Jego zabójcze efekty - przypomnijmy: ponad 111 tysięcy rozstrzelanych na podstawie jednego rozkazu, to jest ponad pięć razy więcej niż w całej operacji katyńskiej - dopełnił cztery dni później wydany kolejny rozkaz Jeżowa. Nosił on numer 00486, a dotyczył rodzin "zdrajców ojczyny" (nie tylko Polaków). Aresztowania mogli uniknąć tylko ci, którzy wydali swoich najbliższych. Dzieci powyżej 15. roku życia podlegały "dorosłym" represjom. Młodsze miały być kierowane do domów dziecka lub do pracy. Na absolutnie wyjątkową skalę represji skierowanych przez państwo sowieckie przeciw Polakom zwrócił uwagę profesor Uniwersytetu Harvarda Terry Martin. Na podstawie imiennej listy ofiar rozstrzelanych w latach 1937-1938 w Leningradzie obliczył, że Polacy byli zabijani 31 razy częściej, aniżeli wynikało to z ich liczebności w tym mieście. Innymi słowy: Polak w Leningradzie i okolicach miał w okresie największego nasilenia Wielkiego Terroru 31 razy mniejszą szansę przeżycia aniżeli przeciętny mieszkaniec tego najbardziej doświadczonego przez zbrodnie stalinowskie miasta. Profesor Uniwersytetu Yale Timothy Snyder obliczył taką statystykę dla całego Związku Sowieckiego czasu Wielkiego Terroru: Polacy byli w niej, niestety, narodem wybranym. Wybór Stalina zdecydował o tym, że byli 40 razy częściej rozstrzeliwani, niż wynosiła przeciętna dla wszystkich narodów ZSRS. Polaków było w ZSRS 0,4 proc. ogółu ludności, natomiast w grupie 681 tysięcy rozstrzelanych w latach 1937-1938 stanowili ok. 13-14 proc. ofiar. Tyle sucha statystyka na podstawie danych NKWD. Ale, jak słusznie napisał Snyder w swojej monografii "Skrwawione ziemie" (2010), musimy przede wszystkim pamiętać, że każda z ofiar miała imię, każda to indywidualna biografia, każda zasługuje na ludzką pamięć. Z przejmującą empatią losy Polaków mordowanych w ramach operacji NKWD na Ukrainie w latach 1937-1938 przedstawił najwybitniejszy chyba współcześnie badacz systemu stalinowskiego profesor Hiroaki Kuromiya z Uniwersytetu Indiany. W jego książce "Głosy straconych" (wydanie polskie 2008, wydanie amerykańskie 2007) możemy zobaczyć tę wielką zbrodnię przez pryzmat indywidualnych losów ludzi rozstrzeliwanych tylko za stwierdzenie "Polska to dobry kraj" (to oznaczało "faszystowską agitację") albo za niezgodę na wyrzeczenie się polskiego męża czy żony. Inny autorytet studiów nad sowieckim totalitaryzmem, profesor Norman Naimark z Uniwersytetu Stanforda, w swej książce "Stalin´s Genocides" (2011) nie waha się porównać sytuacji Polaków pod panowaniem sowieckim - od września 1937 do lipca 1941 roku ("amnestia" po układzie Sikorski - Majski) - do sytuacji Żydów w okresie holokaustu. Prawda o wielkiej zbrodni na Polakach pod panowaniem Stalina zaczyna się przebijać do świadomości - przynajmniej kół akademickich - na Zachodzie. Biała plama w podręcznikach A u nas? Z najnowszych podręczników dopuszczonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej do I klasy szkół ponadgimnazjalnych - a więc podsumowujących wiedzę polskich uczniów o historii XX wieku - żaden nie zawiera najmniejszej choćby wzmianki o tej, raz jeszcze powtórzmy, największej zbrodni dokonanej na Polakach w minionym stuleciu. Nie ma też w ogóle tego tematu wśród realizowanych przez Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia (finansowane z budżetu państwowego, powołane z inicjatywy premierów Putina i Tuska po spotkaniu w Smoleńsku) problemów badawczych. Najważniejszymi zdobyczami naszej historiografii są w tym zakresie wciąż tylko wycinkowe zbiory dokumentów - dwutomowa publikacja IPN "Wielki Terror: Operacja Polska 1937-1938" (2010), oparta na materiałach pozyskanych z archiwów ukraińskich, jak również wybór w opracowaniu Tomasza Sommera ""Rozstrzelać Polaków". Ludobójstwo Polaków w Związku Sowieckim w latach 1937-1938. Dokumenty z Centrali" (2010). Ostatnio przegląd interpretacji tej wielkiej zbrodni przedstawiono w dwumiesięczniku "Arcana" (nr 106-107: 4-5/2012), zbierając przy okazji jej 75. rocznicy wypowiedzi wszystkich poważnych badaczy tego zagadnienia: Nikity Pietrowa, Hiroaki Kuromiyi, Krzysztofa Jasiewicza, Marka Jana Chodakiewicza, Bogdana Musiała, Tomasza Sommera, Jerzego Bednarka, Jana Jacka Bruskiego, Marka Kornata, Henryka Głębockiego. Oni właśnie mówią najdobitniej, dlaczego nie można o tej zbrodni zapomnieć. Profesor Marek Kornat wskazuje, iż zbrodnia ta spełnia bezdyskusyjnie definicję ludobójstwa przyjętą przez Konwencję ONZ w grudniu 1948 r., mówiącą o "niszczeniu grup narodowych, etnicznych, rasowych i religijnych". Stwierdza także, iż historia tej bezprecedensowej zbrodni powinna być przyjęta do wiadomości przez historyków polskiej polityki zagranicznej okresu międzywojennego: eksterminacja polskiej grupy narodowej w ZSRS pokazuje, że "możliwości pokojowej egzystencji Polski z państwem Sowietów w zasadzie nie istniały (...) kierownictwo stalinowskie postrzegało Polskę jako wroga, z którym nie może być zbliżenia". Tomasz Sommer i Henryk Głębocki podkreślają, że trzeba się upominać o pamięć tej zbrodni w imię prawdy historycznej o czasach Wielkiego Terroru. Pojęcie to, łączone z latami 1937-1938, obecne we wszystkich podręcznikach do historii (także polskich) XX wieku, ograniczane jest najczęściej do rozprawy Stalina ze starymi kadrami "leninowskimi" i wierchuszką Armii Czerwonej. Dzisiejsza propaganda historyczna w Rosji, bezkrytycznie przyjmowana przez dominującą część mediów w Polsce, przedstawia Wielki Terror, Wielką Czystkę jako wewnętrzną tragedię Rosjan, "domowy konflikt", o którym mają prawo mówić tylko Rosjanie. Tymczasem według danych NKWD, wśród 681 tys. rozstrzelanych w latach 1937-1938 ofiary tzw. operacji narodowościowych to 247 tysięcy osób (na czele z Polakami), a ponad 350 tysięcy - "kułacy" (niekoniecznie Rosjanie, wśród nich było także bardzo wielu Polaków, na pewno natomiast nie było w tej kategorii komunistów). Polskie ofiary, tak liczne w tej straszliwej zbrodni, pozostają "nieme". Nie możemy im oddać głosu, ale możemy, musimy przywrócić pamięć o nich. Nie możemy dopuścić do ich rozpuszczenia w fałszywym obrazie Wielkiej Czystki, w której pamięta się tylko o Bucharinie, Zinowiewie, Tuchaczewskim... Alternatywny przekaz pamięci Marek Jan Chodakiewicz i Nikita Pietrow zwracają uwagę na inny, nie mniej ważny aspekt tej pamięci. "Pamiętając ofiary, czcimy je, a potępiamy katów. Przekazując historię o ofiarach, pomagamy innym dojść z sobą do ładu. Chodzi głównie o post-Sowietów, większość z nich to spadkobiercy ofiar komuny, ale sami o tym nie wiedzą, czy nie chcą wiedzieć. (...) Podnosząc dzieje eksterminacji Polaków w ZSRS, tworzymy alternatywny wobec oficjalnego (putinowskiego) paradygmatu pamiętania ofiar. Ten drugi opiera się na rusyfikacji i prawosławizacji ofiar". Warto o tych słowach profesora Chodakiewicza pamiętać, kiedy obserwujemy, jak nad Katyniem zaczyna dominować prawosławna cerkiew... Ale warto także usłyszeć głos uczciwej, dążącej do prawdy Rosji, jaką reprezentuje Nikita Pietrow, który z ubolewaniem stwierdza, że obecne "rosyjskie władze występują w roli ukrywających przestępstwa stalinowskie". Jeśli chcemy pomóc uczciwej Rosji, tej, która chce dojść do ładu sama z sobą - musimy przypominać o ukrywanych, relatywizowanych, a nawet usprawiedliwianych zbrodniach sowieckiego imperium - tak na Rosjanach, jak i na "inorodcach". Profesor Krzysztof Jasiewicz ujmuje istotę naszego obowiązku inaczej: "Powinniśmy przywrócić z niebytu nazwiska Ofiar i ich groby oraz zapewnić im godne miejsce na pomnikach, w nazwach ulic, w formie specjalnego muzeum itp. Nie powinniśmy zgadzać się na wspólne cmentarze wraz z innymi nacjami, bo to służy na obszarze postsowieckim do rozmydlania zbrodni i obniżania jej rangi. Kaci i ich pomocnicy winni być znani. Polska musi upominać się o Polaków pod każdą szerokością geograficzną". Henryk Głębocki podsumowuje wszystkie motywy pamięci o zbrodni, której 75. rocznicę właśnie powinniśmy obchodzić. To nasz obowiązek - wyrzut sumienia, także dlatego, że nawet dla potomków deportowanych do Kazachstanu rodzin ofiar "operacji polskiej" nie udało się stworzyć szerszego programu pomocy. Musimy wiedzę o tej zbrodni utrwalić i rozpowszechnić, dzieląc się nią z innymi - "tak na Zachodzie, jak i dawnej "nieludzkiej ziemi" - właśnie po to, żeby stała się bardziej ludzka". Od siebie dodam ten jeszcze postulat i pytanie, które już od wielu miesięcy powtarzam: Musimy wprowadzić tę trudną pamięć do polskich szkół, do polskich rozmów, do polskich modlitw. Jeśli nie zrobimy tego, trudno będzie od nas - jako politycznej wspólnoty - wymagać szacunku dla innych ofiar. Prof. Andrzej Nowak, historyk, sowietolog, wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim Aktualizacja 11 sierpnia 2012 (08:09)

 

Artykuł opublikowany na stronie:

 

http://www.naszdziennik.pl/mysl/7089,holokaust-polakow-w-zsrs.html

 

 ZAPOMNIANY  POLSKI HOLOKAUST 

   KATYŃ W WYDANIU GESTAPO I NKWD

MORDY POLAKÓW

 

Nikt już nie pamięta o polskim Holokauście na Syberii i w Kazachstanie z udziałem Żydów w NKWD.

Polacy, kresowianie, wywiezieni przez okupantów sowieckich na Sybir stracili nie tylko swoich bliźnich, ale także domy, ziemie, rodzinne pamiątki, cały dobytek i groby, które pokrywa niepamięć, żeby wszelki ślad po umęczonych i pomordowanych zaginął.

Minęła 74. rocznica pierwszej masowej deportacji Polaków z polskich Kresów zajętych przez Sowietów 17 września 1939 r. na mocy paktu Ribbentrop - Mołotow o „sowiecko - hitlerowskiej przyjaźni". Należy stale przypominać najważniejsze zagadnienia tej ludobójczej operacji na Narodzie Polskim, która perfidią, rozmiarami i perfekcyjnym przygotowaniem przekroczyła znacznie rozmiary Holokaustu  Żydów polskich. Niemcy w Holokauście (lata1939 – 1945) wymordowali ponad 3 miliony polskich Żydów, Sowieci zaś mordowali Polaków już od wczesnych lat 30. ub. w.

W czasie I i II okupacji sowieckiej w Polsce (lata 1939 – 1944) i w tzw. Polsce Ludowej, NKWD oraz Służba Bezpieczeństwa mordowały Polaków. Zważywszy na nadreprezentację  Żydów w organach NKWD i SB oraz na zatrudnianie w większości  Żydów w aparacie bezpieczeństwa, również ich żydowskich mocodawców reżimu komunistycznego można mówić o żydowskich mordach na obywatelach polskich.

 

ZAPOMNIANY POLSKI HOLOKAUST

 

Polacy znają Holokaust Żydów polskich, Żydzi natomiast  „nie znają” Holokaustu Polaków.

Współcześni Polacy edukowani od 1989 r. przez żydowską „Gazetę Wyborczą”  nie znają  „sowieckich akcji Syberia”. Nie znają również antypolskiej dywersji w Grodnie.

W latach 1937 - 1938 Moskwa szczegółowo zaplanowała i zarządziła

ludobójstwo, w którym szczególnie ucierpieli Polacy na sowieckiej Białorusi i Ukrainie.

Działania takie miały za podstawę rozkaz operacyjny nr 00485 podpisany 11 sierpnia 1937 r. przez komendanta NKWD Jeżowa.  Na mocy tego rozkazu od sierpnia 1937 do września 1938 r. wydano zaocznie ponad 700 tys. wyroków śmierci.

Nikołaj Iwanowicz Jeżow, ros. Николай Иванович Ежов (ur. 1 maja 1895 r. w Petersburgu, zm. prawdopodobnie 4 lutego 1940 r.) – szef NKWD w latach 19361938. Ludowy komisarz bezpieczeństwa państwowego. Jego nazwisko stało się synonimem stalinowskiego terroru („jeżowszczyzna”). Ze względu na okrucieństwo i niski wzrost (153 centymetry) otrzymał przydomek „krwawy karzeł”.

W okresie „wielkiej czystki”, z polecenia Józefa Stalina, w tajnym procesie, Jeżowa skazano na karę śmierci przez rozstrzelanie, a wyrok  wykonano 4 lutego 1940 r.

Białoruski autor Jewgienij Gorelik w połowie lat 90. pisał:

„…Dzisiaj dla nikogo nie jest już sekretem fakt, że aresztowano, z reguły grupami, bardzo często całymi rodzinami, wyłącznie z powodu polskiego brzmienia imion lub nazwisk. Wystarczyło we wniosku o aresztowanie napisać słowo „Polak” aby  wniosek  natychmiast był zatwierdzony przez naczelników,nawet jeżeli nie było w nim absolutnie żadnych argumentów, uzasadniających „winę” potencjalnego „wroga ludu…”.

Deportacje i zagłada całych narodów (współcześnie zwane „czystkami etnicznymi”) były stosowane w Rosji od dawna, m.in. deportacja ludności Nowogrodu w 1570 r. przez Iwana IV. Władcy czerwonej Rosji przejęli te metody i udoskonalili je.
Pierwsze deportacje za czasów Czeki kierowanej przez Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego nie były zorganizowane.

 

Skazanym rejonowy Komitet WCzKa (akronim nazwy radzieckiego organu czuwającego nad bezpieczeństwem państwa, odpowiedzialnego za represje w Rosji Sowieckiej w latach 1917–1922) wręczał postanowienie o zakazie pobytu w danym mieście; często sami decydowali o tym i przemieszczali się do nowego miejsca pobytu.

W latach 1927-34 OGPU (OGPU - Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny– policja polityczna, zajmująca się również wywiadem i kontrwywiadem, działająca w ZSRS w latach 1922-1934) wprowadziła automatyczny wymóg deportacyjny po wyroku zsyłki do łagru czy więzienia, tzw. dobawkę (po zakończeniu kary skazany musiał spędzić z reguły 3 lub 5 lat poza rejonem dawnego zamieszkania).
Dopiero po 1934 r. NKWD, we współpracy z tajnymi służbami niemieckimi, po raz pierwszy na wielką skalę zorganizowało jednorazowy eksperyment przesiedlenia blisko 400 tys. Polaków z terenów przygranicznych w głąb Syberii. Akcje te były jednak słabo zorganizowane, rozciągnięte w czasie, pewnym grupom skazanych udało się uniknąć deportacji. Sowieckie służby specjalne wyciągnęły wnioski ze swych niepowodzeń i już w latach 1936-37 zabrały się za przygotowanie następnych masowych deportacji. Stalin cierpliwie czekał na okazję... Stał się nią pakt Ribbentrop - Mołotow i wybuch II Wojny Światowej, która zjednoczyła interesy brunatnego i czerwonego socjalizmu.

 

KATYŃ W WYDANIU GESTAPO I NKWD

Za deportacje Polaków Sowieci wzięli się metodycznie, bez pośpiechu. Pierwsze konferencje Gestapo – NKWD odbyte we Lwowie i w Krakowie nie dotykały w zasadzie tych problemów, dopiero trzecia konferencja w Zakopanem (luty 1940 r.) sprecyzowała wieloletnie kalkulacje Niemców i Sowietów w planowym wyniszczeniu Polaków. W czasie konferencji zakopiańskiej zapadła decyzja Gestapo i NKWD mordu oficerów polskich w Katyniu.

Sformułowano wówczas zarówno zasady niemieckiej „Sonderaktion", mającej na celu wyniszczenie polskiej inteligencji na terenie Generalnej Guberni, jak i sowieckie metody eliminacji polskich elit na Kresach.
Bilans tych poczynań był dla Polaków szczególnie bolesny. W okresie „sowiecko-niemieckiej przyjaźni", na Polaków wydano ponad 100 tys. wyroków śmierci trybem zwykłym oraz 24,3 tys. trybem spec - katyńskim. 6.543 doły śmierci zapełniły się ofiarami polskimi.

 

SOWIECKIE DEPORTACJE POLAKÓW

 

Zrealizowano cztery wielkie ciągi deportacji, w których wywieziono, wedle różnych szacunków, od 1,5 do 2 mln obywateli polskich, z których przeżyło do 1945 r. zaledwie 500 tys.
Na przykład na Białorusi dla celów deportacyjnych powołano 37 operacyjnych jednostek terenowych z ogólną ilością 4.005 „trójek deportacyjnych", zatrudniono 16.279 funkcjonariuszy, wśród których 11.674 osoby sprowadzono ze wschodnich obwodów republiki. Kadra 120 tys. „centralnych politruków" dbała o należyte przeszkolenie dowódcy takiej „trójki", a także o sprawdzenie „powołanych do akcji" członków partii, milicji, wojska i lokalnych aktywistów Komsomołu, organizacji ukraińskich i żydowskich.

Do jednego wagonu zaplanowano załadowanie 10 rodzin, co oznaczało umieszczenie tam około 50 osób. Eszelon z deportowanymi, zgodnie z instrukcją, miał się składać z 55 wagonów, ale przewidziano „zwiększenie stanu do 75 wagonów z zapasów własnych".

Każdemu takiemu eszelonowi, złożonemu z krytych bydlęcych wagonów towarowych, miał towarzyszyć jeden wagon osobowy dla eskorty oraz jeden wagon sanitarny.

Do eszelonu przydzielony był felczer i 2 pielęgniarki. Teoretycznie deportowanym miano raz dziennie wydawać gorący posiłek i 800 gramów chleba, ale ten punkt instrukcji bodajże nigdzie nie był realizowany. „Dostawy" ograniczały się tylko do kilku kubłów gorącej wody i paru bochenków chleba na wagon, a co kilka dni jakiejś mało jadalnej zupy.

Wielka jest skala niegodziwości i ludobójstwa popełnionego na Polakach. Ofiara ich życia nie może być nigdy zapomniana. Dali przecież kształt naszej wolności. Ludobójstwo komunistyczne na milionach Polakach jest zbrodnią dotąd nie ukaraną i nie potępioną. Obrona naszej cywilizacji wymaga nie tylko programów walki z biedą, ale też pamięci, zdemaskowania i wreszcie ukarania zbrodni wszystkich socjalizmów.

Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Polski już w pierwszych tygodniach sowieckiej okupacji dochodziło do aktów zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości – ludobójstwa. Rozstrzeliwano przede wszystkim polskich jeńców wojennych, a nawet uczniów i harcerzy.  

 

MORDOWANO POLAKÓW - CYWILÓW W CELACH RABUNKOWYCH  

 

Ludobójstwem, które Sowiety zaplanowały na dłuższy okres czasu, były

wywózki ludności cywilnej na  Sybir. Warto wspomnieć , że

oprócz Syberii, Polacy byli zsyłani także do Kazachstanu. Ludność

polską wywożono na Sybir i do Kazachstanu w czterech tzw. ciągach deportacji oraz podczas „nocy Sierowa i Canawy”.

W nocy 9 grudnia 1939 r. ("noc Sierowa i Canawy") wywieziono - przeważnie do więzień - 4.805 Polaków.
Wywózki  odbywały się w skandalicznych warunkach higienicznych oraz

wbrew wszelkim wartościom humanitarnym. Deportowani mieli tylko od 15 do

20 minut na spakowanie swojego dobytku.

Czasami, jeżeli konwojentom bardzo się spieszyło, czas ten ulegał skróceniu. Każdy mógł zabrać jedną walizkę o wadze nie przekraczającej 10 kg. Ludzi stłaczano w wagonach przeznaczonych do przewozu bydła, z zadrutowanymi małymi okienkami pod dachem. W kącie wagonu stał mały piecyk, tzw. koza.

Opału było bardzo mało albo w ogóle nie było. Za sanitariat uznana została wycięta w podłodze dziura. Cały skład zatrzymywał się bardzo rzadko i to najczęściej w szczerym polu. Pozwalano wówczas oczyszczać wnętrze wagonu z ciał zmarłych oraz rozdawano gorącą wodę tzw. (kipiatok).

Wycieńczeni taką podróżą ludzie przybywali do łagrów, kolonii

pracowniczych lub kołchozów, w których panowały również ciężkie warunki.

Jak wielką liczbę istnień ludzkich pochłonął Sybir obrazuje fakt, że z 3 tysięcy Polaków zesłanych do łagrów na Czukotce nie przeżył nikt. Pomimo tego, strona rosyjska dalej nie jest skłonna do uznania tego za zbrodnię ludobójstwa (genocide).

Współcześnie Polacy nie znają  liczby ofiar naszych dzieci, które zginęły na Syberii z głodu i zimna oraz hekatomby ofiar zsyłek, więzień i łagrów sowieckich. A przecież do tych ofiar przyczynili się w dużej mierze Żydzi z NKWD.
Dlaczego dotąd oficjalne koła żydowskie nie potępiły jawnej zdrady i innych zbrodni, jakich wobec Polski i obywateli polskich dopuszczali  się Żydzi z NKWD, a później z SB przez cały czas okupacji sowieckiej w Polsce?

 

 

 

 

 

 

 

 

PROTEST GANERAŁA WŁADYSŁAWA SIKORSKIEGO

Gen. Władysław Sikorski 11 czerwca 1942 roku zwrócił się do Agencji Żydowskiej organu wykonawczego Światowej Organizacji Syjonistycznej:

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awiatowa_Organizacja_Syjonistyczna

 

Dlaczego (...) dotąd oficjalne koła żydowskie nie potępiły jawnej zdrady i innych zbrodni, jakich się wobec Polski i polskich obywateli dopuszczali przez cały czas okupacji sowieckiej?

(Gen. Władysław Sikorski, 11 czerwca 1942 r.)

 

ZAMORDOWANIE POLAKÓW W BRAŃSKU

UDOKUMENTOWANE ZEZNANIA ŚWIADKÓW

 

ZBIGNIEW SCHULZ, LWOWIANIN W LIŚCIE DO PROF. JERZEGO ROBERTA NOWAKA

28 MARCA 1996 ROKU

 

"Historyk Zbigniew Romaniuk, stwierdził, że „Główna Komisja Badań Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu” bada  sprawę szokującego mordu na 40 osobach z Ciechanowca, Brańska i otaczających je terenów.

W czerwcu 1941 r., dosłownie na godziny przed wejściem Niemców do Brańska, sowieckie NKWD w towarzystwie dwóch żydowskich policjantów z Brańska eskortowało tę grupę do więzienia w Białymstoku.

Po drodze natrafili  na działania wojenne i zostali zmuszeni do odwrotu. Blisko wioski Folwarki Tylwickie, niektórych więźniów rozstrzelano, innych z braku kul zabito bagnetami i kolbami karabinów.

Ponadto wiadomo, iż  wśród zamordowanych 23 czerwca 1941 r. w Folwarkach Tylwickich były nauczycielki, m.in. Helena Zaziemska - Szlezinger  oraz przedsiębiorca, Ignacy Płoński.

MORDY POLAKÓW W GRODNIE


„…W pierwszych czołgach, atakujących Grodno znajdowali się grodzieńscy Żydzi, którzy uciekli do ZSRS przed wybuchem II Wojny Światowej.
Widziano wówczas w sowieckich czołgach znanych grodzieńskich Żydów, m.in.  Aleksandrowicza, Lipszyca, Margulisa i innych. Wskazywali oni załogom sowieckich czołgów strategiczne punkty w mieście…”.

 

WSPOMINA JAN SIEMIŃSKI, HARCERZ

Inwazję na Grodno późnym wieczorem z 18 na 19 września 1939 roku
wspomina Jan Siemiński, harcerz:

“…Nim jeszcze nastąpiła obrona Grodna przed wojskami sowieckimi, wybuchła w mieście zakrojona na szeroką skalę dywersja komunistycznej piątej kolumny.

Złożona była ona prawie wyłącznie z miejscowych Żydów, którzy w 1939 roku stanowili  połowę ludności miasta.”

Od 17 września 1939 r. część ludności żydowskiej na Kresach entuzjastycznie
witała wojska sowieckie, masowo zapełniała szeregi tworzonej przez
okupantów „milicji ludowej”, denuncjowała i aresztowała licznych Polaków.
Istnieją na ten temat setki czy wręcz tysiące świadectw.

 

 

 

ANTYPOLSKA DYWERSJA W GRODNIE

PRZEMILCZANE ZBRODNIE NA POLAKACH

 

Prof. Jerzy Robert Nowak„ Przemilczane zbrodnie na Polakach”  „Antypolska dywersja w Grodnie”. 

 

„…Szczególnie groźną dywersję zbrojną przeciwko wojskom polskim stanowili żydowscy komuniści  w Grodnie. Pod względem skali wydarzeń i zagrożenia dla wojsk polskich można by ją porównywać z dywersją niemiecką w Bydgoszczy, tyle ze jest dotąd prawie zupełnie nie uwzględniana w syntetycznych opracowaniach historii Polski  II Wojny Światowej i w podręcznikach szkolnych.

A był to niezwykle wymowny przykład zdradzieckiego zachowania się wobec Polski ze strony części mniejszości narodowej, opartego na zmasowanych atakach „z za węgla" na walczące w obronie Ojczyzny wojsko polskie.

Podobnie jak w Bydgoszczy Polacy w Grodnie bardzo ciężko zapłacili za stłumienie antypolskiej rebelii - przez cale tygodnie, a nawet miesiące, trwały wyłapywania polskich obrońców Grodna, przy ogromnie aktywnej pomocy komunistów Żydów – donosicieli. Najbardziej „bojowy” okazał się jednak ów żydowski odłam komunistyczny w Grodnie, który doprowadził tam do powstania…”.

 

Z  MONOGRAFII PROF. RYSZARDA SZAWŁOWSKIEGO

 

Ryszard Szawłowski lub Richard Szawlowski (ur. 23 listopada 1929 r. w Wilnie) ps. Karol Liszewski - polski politolog, specjalista z zakresu prawa międzynarodowego, historyk.

 

„(…) Żydzi w Kołomyi pomogli załogom trzech czołgów sowieckich rozbroić tamtejszą kompanię policji i Straży Granicznej. W dniu 19 września 1939 r. żydowscy dywersanci częściowo opanowali miasto i „rozprawiali” się z miejscową Policją Państwową,  mordując jej funkcjonariuszy.
Kiedy na chwilę zatrzymał się samochód, w którym jechało dwóch oficerów i
kierowca, z pobliskich domów wybiegła grupa uzbrojonych Żydów, wyciągnęli
żołnierzy i zakatowali ich, a później ciała ich porąbali siekierą i poukładali
na ulicy, wskazywali też Sowietom uciekających Polaków.

Miejscowi Żydzi garnęli się tłumnie do szeregów sowieckiej milicji i NKWD,  wraz ze swoimi zwolennikami brali udział w wyłapywaniu polskich żołnierzy, działaczy i studentów, którzy się zgłosili do obrony miasta. Były serie egzekucji w całym Grodnie. Na mieście porozwieszali czerwone sztandary, nawet na dzwonnicy kościelnej niedaleko rynku. Żydowscy milicjanci pomagali Sowietom między innymi poprzez pilnowanie i eskortowanie wziętych do niewoli polskich żołnierzy i rozbrajanie ich(...)".

 

                                   PROF. RICHARD LUKAS

"ZAPOMNIANY  HOLOKAUST"  POLACY POD OKUPACJĄ NIEMIECKĄ 1939 - 1944

       HISTORIOGRAFIA ZBRODNI - Z PRZEDMOWĄ NORMANA DAVIESA

 

POLSKI HOLOKAUST 

 

Holokaust Polaków – rozmowa z prof. Richardem Lukasem.

Wywiad ukazał się w tygodniku „Historia Uważam Rze” we wrześniu 2012 r.

Profesor Richard Lukas jest znanym amerykańskim historykiem polskiego pochodzenia. Zasłynął napisaną w 1986 roku książką „Zapomniany Holokaust”, która została  wydana w Polsce przez wydawnictwo Rebis.

Opisująca polskie cierpienia podczas II Wojny Swiatowej publikacja wywołała bardzo krytyczne reakcje ze strony środowisk żydowskich, szczególnie amerykańskich.

Lukas napisał również „The Strange Allies, the United States and Poland, 1941-1945″, „Bitter Legacy: Polish-American Relations in the Wake of World War II”, „Out of the Inferno: Poles Remember the Holocaust”, „Did the Children Cry: Hitler’s War Against Jewish and Polish Children, 1939-1945″.

 

O antypolonizmie żydowskich historyków w USA z prof. Richardem Lukasem rozmawiał Piotr Zychowicz.

 

„Piotr Zychowicz.: Tytuł pańskiej książki musiał w Ameryce wzbudzić spore kontrowersje.

 

Richard Lukas.: O tak, w życiu nie spodziewałbym się, że po jej opublikowaniu rozpęta się taka burza! Pisano o mnie rzeczy wręcz niebywałe. Przekręcano moje intencje i atakowano mnie poniżej pasa. Dostawałem telefony i listy z pogróżkami oraz obelgami. Od momentu wydania „Zapomnianego Holokaustu” w Ameryce przestałem otrzymywać zaproszenia na konferencje naukowe i wykłady. Pamiętam, że moja żona powiedziała wówczas: „Boże, w coś ty się wpakował?!”.

 

P.Z.: No właśnie, w co pan się wpakował?

 

R.L.: Amerykańscy historycy dzielą się na dwie grupy. Historyków II wojny światowej i historyków Holokaustu. Pierwsi są bardzo obiektywni i profesjonalni. Ich reakcja na moją książkę była bardzo spokojna i rzeczowa. Zebrałem od nich bardzo pochlebne opinie. Druga grupa – historycy Holokaustu – składa się niemal wyłącznie z badaczy żydowskiego pochodzenia. Oni moją książkę uznali za herezję, a użycie słowa „Holokaust” za skandal.

 

P.Z.: Dlaczego?

 

R.L.: Bo uważają, że Żydzi mają patent na to słowo. A próba zestawiania ich tragedii z jakąkolwiek inną to zbrodnia. Moja książka została uznana za „zbyt propolską”.

 

P.Z.: Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek stawiał jakiejś innej książce zarzut, że jest „zbyt prożydowska”.

 

R.L.: (śmiech) O, zdecydowanie – nikt nie ośmieliłby się wystąpić z takim zarzutem. Nikt w Stanach Zjednoczonych nie postawił takiego zarzutu profesorowi Janowi Grossowi. Podział ról jest bowiem z góry ustalony. Żydzi w opowieści o II wojnie światowej są „”Goog guys, a Polacy są „bad guys”.

 

P.Z.: A Niemcy?

 

R.L.: Niemcy są abstrakcją.

 

P.Z.:  Dlaczego zdecydował się pan napisać „Zapomniany Holokaust”?

 

R.L.: Zaczynałem jako historyk dyplomacji i wojskowości. Napisałem książkę „Eagles East” o relacjach między Ameryką a Sowietami w czasie II wojny światowej. Potem zająłem się wojennymi relacjami między USA a Polską („The Strange Allies”). Właśnie podczas pracy nad tą ostatnią monografią natrafiłem na sporą liczbę relacji i dokumentów dotyczących cierpień wojennych Polaków. Zorientowałem się, że są to sprawy zupełnie nieznane w Ameryce.

 

P.Z.: Ta niewiedza wynika z ignorancji czy z innych powodów?

R.L.: Ta niewiedza wynika z pewnego specyficznego podejścia do okupacji Polski w latach 1939-1945. Polska i Polacy dla historyków amerykańskich zajmujących się tym okresem są wyłącznie tłem dla Holokaustu. Zagłada jest wydarzeniem najważniejszym i centralnym. Wszystko inne nie ma żadnego znaczenia, cała historia Polski XX w. jest pisana z perspektywy cierpienia Żydów.

 

P.Z.: A Polacy?

 

R.L.: Gdy w latach 80. brałem się za pisanie swojej książki, postanowiłem sprawdzić, co amerykańscy historycy napisali już do tej pory o cierpieniach Polaków podczas wojny. Okazało się, że… nic. Książek o cierpieniach Żydów w Polsce były już zaś wtedy tysiące. Taka sytuacja to kuriozum, zważywszy na to, że ilościowo straty wojenne wśród Polaków katolików były mniej więcej takie same jak wśród Polaków Żydów. Stąd też wziął się mój pomysł na tytuł. Uważam, że nie ma powodu, dla którego nie można nazwać tego, co spotkało Polaków, Holokaustem. Polskie ofiary nie były wcale gorsze od żydowskich.

 

P.Z.: Jak pan tłumaczy tę dysproporcję w podejściu do tragedii Żydów i Polaków?

 

R.L.: Zacznijmy od prasy. W Ameryce ma ona znaczenie wręcz olbrzymie. Duszą inteligencji amerykańskiej rządzi „New York Times” Moja książka „Zapomniany Holokaust” w ciągu ostatniego ćwierćwiecza miała w Ameryce olbrzymią liczbę wydań i w środowisku naukowym uznawana jest za „klasykę”. Interesujący się niezmiernie II wojną światową „New York Times” nie poświęcił jej jednak przez te ćwierć wieku nawet linijki.

 

P.Z.: A posyłał im pan egzemplarze recenzenckie?

 

R.L.: Zawsze (śmiech). Zawsze też bardzo uważnie czytałem „New York Timesa”, szczególnie jego sekcję z recenzjami publikacji. Przez tych kilkadziesiąt lat dziennik ten nigdy nie opublikował recenzji jakiejkolwiek książki poświęconej okupacji Polski, w której Polacy nie zostaliby przedstawieni jako sprawcy Zagłady i współodpowiedzialni za Holokaust. W ten sposób „New York Times” w odpowiedni sposób kształtuje amerykańską elitę intelektualną.

 

P.Z.: „New York Times” zastrasza historyków?

 

R.L.: Nie zastrasza. On ich zniechęca. Wystarczy bowiem przychylna recenzja w „New York Timesie”, aby książka sprzedała się w olbrzymiej liczbie egzemplarzy. Podobne podejście ma zresztą cała machina medialna w Stanach Zjednoczonych. Historyk, który chce być „sławny i bogaty”, historyk, który chce być hołubiony przez gazety, ośrodki akademickie i salony intelektualne, nie będzie więc pisał o cierpieniach Polaków. Po co tworzyć coś, co przejdzie bez echa? Mało tego, może zaszkodzić. Historyk napisze więc kolejną standardową książkę o Holokauście, w której przedstawi Polaków jako zbrodniarzy. Tak jest łatwiej.

To chyba casus wspomnianego przez pana Grossa. Swoją karierę na emigracji zaczynał od pisania o polskim cierpieniu (między innymi znakomite „W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali”). Gdy zorientował się, że nikogo te książki nie obchodzą, zabrał się za „Sąsiadów”. „New York Times” rozpływał się nad nim w zachwytach i dostał Gross etat w Princenton.

Książka J.T. Grossa „Sąsiedzi” to coś niebywałego. Gdy ją przeczytałem, byłem zdumiony. Gdybym ja napisał coś takiego, książkę opartą na tak nieprawdopodobnie słabej bazie źródłowej, książkę niepodpartą żadną kwerendą i bazującą głównie na spekulacjach, zostałbym natychmiast wyrzucony z cechu historyków. To byłoby dla mnie kompromitujące, straciłbym swoją wiarygodność jako badacz.

 Pisać coś takiego bez przeprowadzenia badań w niemieckich archiwach – to wręcz niebywałe! Gross nie tylko zaś wydał taką książkę, nie tylko udało mu się uniknąć odpowiedzialności za fatalne błędy zawodowe, ale jeszcze jest za tę książkę hołubiony

 

P.Z.: Jak to możliwe?

 

R.L.: Jest to książka ze słuszną tezą. Książka pisana pod gusta amerykańskich środowisk naukowych. Było kilku historyków Holokaustu, którzy prywatnie wyrazili mi swoje poparcie po tym, gdy napisałem „Zapomniany Holokaust”. „Brawo Richard! Zgadzam się z tobą” – mówili mi w prywatnych rozmowach. Żaden z nich jednak nigdy nie odważył się tego napisać czy powiedzieć publicznie. Wszystkie poważne wydziały zajmujące się Holokaustem na amerykańskich uczelniach są bowiem kierowane przez żydowskich historyków. Nikt nie chce się więc narazić swoim szefom.

 

P.Z.: Zna pan na pewno przypadek Normana Daviesa, który w latach 80. miał dostać etat na prestiżowym Uniwersytecie Stanford. Kandydatura została utrącona, bo jego książka „Boże igrzysko” została właśnie uznana za „zbyt propolską”.

 

R.L.: Oczywiście, że znam tę oburzającą historię. Napisałem wówczas bardzo ostry list do rektora Stanfordu, w którym wziąłem w obronę Daviesa. Ten znakomity historyk padł ofiarą patologicznego zjawiska, o którym mówimy.

 

P.Z.: Ktoś mógłby powiedzieć, że pańskie słowa o żydowskiej dominacji na amerykańskich uniwersytetach to teoria spiskowa? R.L.: Ktoś taki nie miałby bladego pojęcia o amerykańskich uniwersytetach. To zresztą nie jest problem tylko wyższych uczelni. Mniej więcej 10 lat temu napisałem książkę „Did the Children Cry: Hitler’s War Against Jewish and Polish Children”. Zestawiłem w niej wstrząsające relacje dzieci pod okupacją. Zarówno żydowskich, jak i polskich. Mój wydawca zgłosił ją do prestiżowej Nagrody im. Janusza Korczaka, którą przyznaje Liga przeciwko Zniesławieniom. To najbardziej znana i wpływowa żydowska organizacja w Stanach Zjednoczonych. Nagroda ta jest przyznawana nie przez polityczny zarząd fundacji, ale przez specjalne jury, w skład którego wchodzą Żydzi i nie-Żydzi. Zarząd Ligi się tą sprawą nie zajmuje.

 

P.Z.: Wygrał pan?

 

R.L.: Tak, dostałem tę nagrodę. I byłem zachwycony, bo Janusz Korczak jest jednym z moich idoli. Człowiekiem, który reprezentował sobą wszystko to, co najlepsze w obu narodach – polskim i żydowskim. Dostałem więc oficjalną informację, że przyznano mi nagrodę. W międzyczasie zarząd Ligi zorientował się jednak, że jury przyznało nagrodę autorowi „Zapomnianego Holokaustu”. 24 godziny później dostałem list od Ligi, w którym napisano, że nagroda została mi odebrana. Stwierdzono, że nie naświetliłem problemu „w odpowiedni sposób”.

 

P.Z.: Jak pan zareagował?

 

R.L.: Wściekłem się! I uznałem, że nie odpuszczę. Natychmiast poszedłem do adwokata i kazałem mu zająć się sprawą. Napisał on list do szefa Ligi Abrahama Foxmana.

 

P.Z.: Polskiego Żyda, który został uratowany przez swoją polską nianię.

 

R.L.: Dokładnie. W liście tym mój adwokat zagroził, że uda się z tą sprawą do prasy. A Liga przeciwko Zniesławieniom niczego tak się nie boi jak czarnego PR. Postanowili mi więc nagrody nie odbierać.

Wyróżnienie to wręczane jest jednak zawsze podczas wspaniałej uroczystości w Nowym Jorku, po której organizowany jest bankiet. Przychodzi na nią intelektualna elita tego miasta, szeroko pisze o niej prasa. Mnie nagrodę przysłano pocztą… To cena, jaką płacę za „Zapomniany Holokaust”.

 

P.Z.: Co w pańskiej książce najbardziej oburzyło jej krytyków?

 

R.L.: To, że sprzeciwiłem się dogmatowi, który obowiązuje w amerykańskim spojrzeniu na Holokaust. A dogmat ten brzmi:

 

POLACY BYLI ANTYSEMITAMI. KROPKA.

 

Część była obojętna wobec zagłady Żydów, a druga część wzięła w niej aktywny udział. W swojej książce podjąłem próbę ukazania prawdziwego oblicza tego problemu. Nie kryłem, że wśród Polaków byli bandyci, którzy podczas wojny zachowywali się niegodnie. Ludzie tacy są jednak w każdym społeczeństwie. Polacy nie mieli monopolu na zło, tak jak Żydzi nie mieli monopolu na dobro. Oba narody były złożone ze zwykłych ludzi. Dobrych i złych. Wśród Żydów podczas II wojny światowej również występowały postawy niegodne.

 

P.Z.: Kluczowe jest chyba to, jaka była reakcja Polskiego Państwa Podziemnego na patologiczne, antysemickie zachowania wśród Polaków.

 

R.L.: Oczywiście. A postawa ta była skrajnie negatywna. Ludzie, którzy dopuszczali się niegodnych czynów – jak szmalcownicy – byli napiętnowani i surowo karani. Były przypadki skazywania ich na śmierć i wyroki te wykonywano. Nie będę już mówił o olbrzymiej liczbie Polaków, którzy pomagali Żydom, bo są to sprawy w Polsce dobrze znane. Wystarczy powiedzieć, że było ich znacznie, znacznie więcej niż Polaków, którzy Żydom szkodzili.

 

P.Z.: Mimo to od żydowskich historyków w kółko słyszymy jedno pytanie: „Dlaczego nie zrobiliście więcej?”.

 

R.L.: To jest chyba najlepszy przykład ukazujący, jakim nieporozumieniem są badania nad Holokaustem w Ameryce. Jak niekompetentni są prowadzący je ludzie. Ich olbrzymie, wygłaszane ex post oczekiwania wobec narodu polskiego opierają się na kompletnym niezrozumieniu epoki. Wymagania te stawiane są bowiem narodowi, który także był narodem ofiar. Narodowi, który również straszliwie cierpiał.

 

P.Z.: Oni jednak o tych cierpieniach nie chcą przecież słyszeć.

 

R.L.: Dokładnie! I właśnie rozwiązał pan zagadkę amerykańskich studiów nad Holokaustem. To, dlaczego nie mają one żadnego sensu. Tych żydowskich historyków z całej historii II Wojny Światowej interesuje wyłącznie jeden temat. Cierpienie Żydów.

Nie interesuje ich nic poza tym. Wszystkie światła skierowane są na Żydów, wszystko pozostałe jest pozostającym w cieniu tłem. Skoro więc cierpienia Polaków ich nie interesują, to o tych cierpieniach nie wiedzą. A skoro o nich nie wiedzą, to wydaje się im, że nie istniały.

A skoro nie istniały, to znaczy, że Polacy pod okupacją prowadzili normalne, spokojne życie. Nie byli niczym zagrożeni, Niemcy ich nie niepokoili. Jeżeli rzeczywiście ma się taki obraz niemieckiej okupacji Polski, to trudno się dziwić, że zadaje się pytanie:

 

„DLACZEGO NIE ZROBILIŚCIE WIĘCEJ, ABY RATOWAĆ ŻYDÓW?".

 

P.Z.: Zamknięte koło.

R.L.: Niestety, żydowscy historycy są po prostu niedouczeni, nie rozumieją i nie znają tematu, którym się zajmują.

Piszą swoje książki w próżni. Jeżeli historyk wyrywa jakieś wydarzenie z kontekstu, to otrzymuje zdeformowany obraz. Nie pisze prawdy. Nie można pisać o historii okupacji Polski przez pryzmat doświadczenia tylko jednego narodu.

Takie judeocentryczne podejście jest błędne z metodologicznego punktu widzenia. Niestety, innego, normalnego spojrzenia się nie dopuszcza. To właśnie tłumaczy, dlaczego moja książka „Zapomniany Holokaust” wywołała taki szok i oburzenie w USA

Jeżeli tym ludziom od kilkudziesięciu lat wbija się do głowy, że tylko Żydzi cierpieli, a Polacy byli antysemitami i współsprawcami Holokaustu, to nic dziwnego, że gdy pojawił się jakiś facet, który napisał, iż Polacy także padli ofiarą Holokaustu, ci ludzie byli zszokowani.

 

P.Z.: Naprawdę jest aż tak źle?

 

R.L.: Dość niedawno zostało przeprowadzone pewne badanie socjologiczne, którego wyniki uważam za katastrofalne. Przebadano amerykańskich nauczycieli akademickich i badaczy zajmujących się Holokaustem. Przyznali oni, że mają negatywny stosunek do Polaków. Jeżeli ci panowie z takim założeniem zabierają się do pisania historii, to naprawdę trudno się dziwić, że zamiast historii wychodzi im stronnicza publicystyka, propaganda. Osobiście widziałem skutki takiej pedagogiki w przypadku młodych ludzi. Są opłakane.

 

P.Z.: Na przykład?

 

R.L.: Tak jak panu powiedziałem, odkąd wydałem „Zapomniany Holokaust”, nie jestem mile widziany w ośrodkach akademickich. Naukowcy, nawet jeżeli się ze mną zgadzają, boją się mnie zaprosić. Zdarzają się jednak wyjątki. Pewnego razu zostałem poproszony o wygłoszenie wykładu na jednym z czołowych uniwersytetów w Pensylwanii. Na sali zebrał się olbrzymi tłum. Profesorowie i studenci. Około 500, może 600 osób. Opowiadałem o polskich cierpieniach podczas wojny. Gdy skończyłem, 10 obecnych na sali żydowskich profesorów wstało i w milczeniu, ostentacyjnie opuściło salę.

 

P.Z.: Aż trudno w to uwierzyć.

 

R.L.: Niestety, tak było. Pocieszające jest jednak to, że na sali zostali wszyscy studenci. Gdy tylko za profesorami zatrzasnęły się drzwi, zaczęły się sypać pytania. Młodzież była tym, co powiedziałem, całkowicie zaskoczona. „Profesorze Lukas – mówili studenci – przez okres naszych studiów nikt nigdy nam tego wszystkiego nie powiedział. Cały czas wykładano nam polską historię tylko w jej żydowskiej interpretacji. Mówiono nam o cierpieniach Żydów i niegodziwości Polaków, ale nigdy nie powiedziano nam, że Polacy także byli prześladowani”. Niestety, amerykańskie szkolnictwo wyższe na tym polu poniosło spektakularną porażkę. Dochodzi do tego, że ocalali z Holokaustu są cenzurowani przez historyków.

 

P.Z.: Jak to?

 

R.L.: Poznałem kiedyś pewną Żydówkę z Polski, która przetrwała niemiecką okupację dzięki wsparciu Polaków. Zwykłych włościan, którzy ją karmili i ukrywali, choć groziła im za to kara śmierci. Gdy to mi opowiadała, płakała.

Były to łzy wdzięczności. Powiedziała mi jednak, że bałaby się o tym wszystkim powiedzieć w Ameryce publicznie. Wielu innych ocalałych z Holokaustu mówiło mi to samo. Że ich przeżycia są niepoprawne politycznie.

I jeszcze jedna ciekawa rzecz, którą powiedziała mi ta pani – MÓWIŁA O PODZIWIE DLA OLBRZYMIEGO HEROIZMU TYCH POLAKÓW.

Przyznała, że wątpi, czy gdyby role się odwróciły, ona znalazłaby w sobie odwagę, żeby zrobić to samo. Łatwo więc dzisiaj, w bezpiecznej Ameryce, w bezpiecznym uniwersyteckim gabinecie, rzucać gromy na polski naród i zadawać kretyńskie pytania: „Dlaczego nie zrobiliście więcej?”.

 

P.Z.: Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że 70 lat po wojnie jedne ofiary tamtego konfliktu skaczą do gardła drugim.

 

R.L.: To wielki, smutny paradoks. Podczas wojny Polacy i Żydzi jechali na jednym wózku. Oba narody zostały napadnięte, a następnie padły ofiarą straszliwych represji ze  strony Niemców. Zginęły miliony Żydów i miliony Polaków. Dziś do Niemców nikt nie ma już pretensji, a Żydzi toczą walkę z Polakami, starając się udowodnić, że to im należy się palma pierwszeństwa w jakimś makabrycznym rankingu ofiar. Doprawdy, historia dziwnie się potoczyła”.

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

„Historia Uważam Rze”  wrzesień 2012 r.

 

http://www.bibula.com/?p=29026

 

http://www.bibula.com/?p=62190

 

www.kresy.pl

 

http://ksi.kresy.info.pl/

 

http://pelnahistoria.pl.tl/Wyw%F3zki-na-Sybir.htm

 

http://aleksanderszumanski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=771&Itemid=2

 

- Zdzisław J. Peszkowski, Stanisław Z. Zdrojewski, „Nasz Dziennik”, 2002-02-09

 

 

HOLOKAUST POLAKÓW W ZSRS

AUTOR TOMASZ SOMMER

 

Dopiero po 75 latach wychodzi na jaw okrutna prawda o losie Polaków pod komunistyczno-rosyjskim panowaniem w latach 30. XX wieku. Nasi rodacy byli tam mniej więcej od 1932 roku obywatelami drugiej kategorii, tak jak później Żydzi w niemieckiej III Rzeszy. A potem, w 1937 roku, decyzją władz i niestety przy poparciu dużej części społeczeństwa zostali skazani na zagładę.

Antoni Milewski, dyrektor huty szkła w miejscowości Huta pod Radomyślem na należącej obecnie do Ukrainy żytomierszczyźnie, w 1937 roku miał 37 lat i wydawało się, że jest na szczycie swojej zawodowej kariery. Żył spokojnie przekonany, że powierzając mu tak wysokie i ważne stanowisko, sowieckie władze darzą go pełnym zaufaniem – mimo iż kilka razy wykazał się cywilną odwagą i stanął w obronie swoich rodaków, którym komuniści za wszelką ceną chcieli zamknąć miejscowy kościół. Był więc zaskoczony, gdy sierpniu 1937 roku w jego fabryce pojawił się oddział operacyjny NKWD. Dowodzący nim oficer oznajmił mu, że jest aresztowany. Podobny los spotkał kilkudziesięciu innych polskich pracowników fabryki. Mężczyźni zostali zapakowani w specjalnie podstawione ciężarowe auto i odwiezieni do Żytomierza.

– Z tej grupy aresztowanych wrócił tylko jeden z mężczyzn – opowiada „NCz!” wnuk dyrektora fabryki, ks. Aleksander Milewski. – Przyniósł skreślony przez dziadka na skrawku gazety ołówkiem swoisty list pożegnalny, składający się z kilku słów. Brzmiały one następująco „nie wierzcie, że jestem czemukolwiek winien”. Wcześniej bowiem w okolicy rozpuszczano informacje, że w toku śledztwa dziadek przyznał się, że prowadził kontrrewolucyjną działalność czyli, że był „wrogiem ludu”. Przez wiele lat babcia wraz z moim ojcem żyli z piętnem przynależności do polskiej rodziny. Na szczęście władze ich nie ruszyły i jakoś dotrwali do wybuchu II wojny światowej. Byli jednak świadkami dalszych prześladowań Polaków, których wywożono na Doniecczyznę, a na ich miejsce osiedlano Ukraińców z Połtawszczyzny – kończy ks. Milewski.

 

MORDY PO KAMCZATKĘ

 

Milewscy, choć czuli gęstniejącą w Związku Sowieckim antypolską atmosferę, nie mogli się zapewne nawet domyślać, że dzielą swe losy z setkami tysięcy rodaków rozsianych na terenie całego ZSRS. W ciągu 13 miesięcy aresztowano ponad 200 tys. z liczącej oficjalnie, wg spisu ze stycznia 1937 roku, 635 tys. osób polskiej diaspory. Prawie 150 tys. zostało zamkniętych tylko i wyłącznie z uwagi na to, że byli Polakami. Większość tych osób została umęczona a potem brutalnie zamordowana. Jeśli traktować sowieckie dane poważnie, oznacza to, że ludobójstwo dotknęło niemal co trzeciego Polaka w ZSRS. Tak naprawdę naszych rodaków było tam jednak znacznie więcej – ponad milion. Jednak pod wpływem narastającego terroru przestali przyznawać się do swojego pochodzenia. Możemy więc oszacować, że w trakcie 13 miesięcy okrutnej hekatomby wybito co piątego Polaka. Ponieważ na celowniku władzy byli przede wszystkim mężczyźni – młodzi i w sile wieku – w efekcie polska społeczność została zmieciona z powierzchni ziemi. Niedobitki Polaków na lata stały się obywatelami drugiej kategorii. Nasi rodacy mieli zablokowane ścieżki awansu z uwagi na swoje pochodzenie aż do lat 70. minionego wieku.

– Pamiętam jak jakiś czas po wojnie poszedłem pierwszy raz do szkoły i jak to dziecko z domu dwujęzycznego powiedziałem coś po polsku – opowiada „NCz!” Stefan Kuriata z Dołbysza pod Żytomierzem, miejscowości, która przed wojną nosiła nazwę Marchlewsk i była stolicą jednego z dwóch polskich rejonów w Związku Sowieckim. – Nauczycielka od razu zrobiła mi awanturę. Doniosła też mojemu ojcu. A ojciec zareagował w sposób kompletnie dla mnie wtedy niezrozumiały. Powiedział mi: „jak jeszcze raz powiesz w szkole coś po polsku, to cię zabiję, bo wolę, żebyś zginął z mojej ręki”. Nigdy więcej po polsku w szkole się nie odezwałem – kończy. Kuriata zaczął przyznawać się do swojej polskości dopiero w latach 80. minionego wieku. A obecnie prowadzi w Dołbyszu małą izbę pamięci Polaków z okolic Żytomierza, którą urządził we własnym domu.

 

CZĘŚĆ WIELKIEGO TERRORU

 

Ludobójstwo na Polakach było częścią Wielkiego Terroru, przy pomocy którego komuniści z Józefem Stalinem na czele postanowili się pozbyć wszystkich swoich przeciwników, by nikt nie zagroził sowieckiej władzy. Oficjalnie świat dowiedział się o Wielkim Terrorze z tzw. referatu Nikity Chruszczowa, wygłoszonego w 1956 roku na XX zjeździe Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Chruszczow nie ujawnił jednak całej prawdy, gdyż sam miał ręce po łokcie we krwi. Pozwolił zmitologizować Wielki Terror i przedstawić go jako walkę frakcji wewnątrz aparatu władzy. To właśnie jej przedstawiciele – partyjni biurokraci, czekiści i oficerowie Armii Czerwonej – mieli być głównymi ofiarami jatki. Taki stan wiedzy był powszechny przez kolejne lata. Przełom przyniosła dopiero praca Roberta Conquesta „Wielki Terror. Stalinowskie czystki lat 30.” z roku 1968. Autor (zainspirowany m.in. wcześniejszą publikacją Grigorija Kostiuka „Stalinist rule in the Ukraine: A study of the Decade of Mass Terror (1929-1939)”, Institute for the Study of the USSR, Munich 1960) postawił w niej tezę, że czystki wśród komunistów były tylko epizodem orgii mordów rozpętanej przez Stalina. Dopiero 20 lat później, gdy sowiecka władza zaczęła się chwiać i otworzono zamknięte wcześniej archiwa tajnych służb, teza ta została w całej pełni potwierdzona. Okazało się wtedy, że Wielki Terror był operacją administracyjną prowadzoną odgórnie poprzez ministerstwo spraw wewnętrznych – NKWD – przy udziale miejscowego aparatu partyjnego, sądów i prokuratur. I tak naprawdę dotyczył głównie rozmaitych „wrogów ludu”, przede wszystkim stwarzających problemy chłopów, mordowanych na podstawie rozkazu 00447, oraz Polaków i w znacznie mniejszym stopniu innych narodowości, które mordowano na podstawie oraz na wzór „polskiego” rozkazu 00485.

Jeśli porównać liczbę ofiar poszczególnych morderczych operacji, to okaże się, że tzw. operacja polska była drugą pod względem liczby ofiar częścią Wielkiego Terroru.

 

NARODY SKAZANE I "NIEWINNE"

 

– Komuniści w zasadzie nie ruszyli tylko Żydów i Litwinów. A Niemców z kolei zostawili w spokoju tam, gdzie ich mieszkało najwięcej, czyli na Powołżu. Polaków ścigali wszędzie – mówi „NCz!” Nikita Pietrow z rosyjskiego „Memoriału”, jeden z najbardziej znanych historyków zajmujących się stalinizmem, autor najlepszej biografii politycznej Mikołaja Jeżowa, szefa NKWD w latach skiewska z lipca 1937 roku do złudzenia przypominała słynną konferencję w podberlińskim Wannsee z 20 stycznia 1942 roku, podczas której ustalono techniczne szczegóły zagłady Żydów. Tyle że konferencja w Wannsee jest powszechnie znana i została uwieczniona w wielu książkach, filmach dokumentalnych i co najmniej jednym fabularnym w gwiazdorskiej obsadzie – pokazywanym kilka miesięcy temu w TVP. Natomiast o ludobójczej konferencji w Moskwie wiedzą tylko specjaliści.

Zaraz po powrocie do swoich regionów, w pełni lata 1937 roku, szefowie NKWD, posiadając już odpowiednie wytyczne i rozkazy, przystąpili do swego krwawego dzieła. Mordowanie chłopów i innych wrogów ludu zaczęło się oficjalnie 30 lipca 1937 roku, a Polaków 11 sierpnia, choć dotyczący ich rozkaz powstał zapewne w tym samym czasie co rozkaz dotyczący „operacji kułackiej”. Oprócz Polaków, prześladowania dotknęły także inne narodowości. Żadnej z nich nie dotyczyły jednak w skali nawet zbliżonej do tego co dotknęło Polaków. Przykładowo: w ramach „operacji niemieckiej” zgładzono ok. 50 tys. osób. Tyle że oficjalnie i nieoficjalnie Niemców było w ZSRS niemal dwa razy więcej niż Polaków (wg cytowanego spisu ze stycznia 1937, dokładnie 1.151.602) Wynika z tego, że Polacy mogli paść ofiarą sowieckiego ludobójstwa z osiem razy większym prawdopodobieństwem niż Niemcy.

 

W tej sytuacji zasadne wydaje się wydzielenie „operacji polskiej” spośród innych „operacji narodowościowych” i uznanie, że ludobójstwo na Polakach było drugą co do wielkości, odrębną i szczególną częścią Wielkiego Terroru.

 

ZAPOMNIANE OFIARY

 

Informacje o ludobójstwie na Polakach w ZSRS przenikały do polskiego emigracyjnego środowiska historycznego, choć bezpośrednich relacji było bardzo niewiele. „Operacja polska” była bowiem prowadzona w sposób tajny, a niemal wszystkiej jej ofiary zginęły. Niemniej jednak w prasie emigracyjnej pojawiały się teksty o tragedii Polaków w ZSRS, które na podstawie różnych źródeł dość dokładnie opisywały prawdę (np. teksty Zdzisława Jagodzińskiego: „Polacy w Rosji” w londyńskim „Dzienniku Polskim” z 2 lutego 1956 r., „Które cyfry mówią prawdę o Polakach w ZSSR?” w wydawanym również w Londynie „Orle Białym” z 10 i 17 października 1963 r. i inne).

W latach 60. minionego wieku – w ramach przygotowań do obchodów 50. rocznicy rewolucji październikowej, w KC PZPR – postanowiono wyeksponować wkład Polaków. Specjalni pracownicy Zakładu Historii Partii zostali delegowani z Warszawy do Moskwy, Kijowa i Leningradu, gdzie w archiwach partyjnych zbadali tysiące ankiet Polaków biorących niewątpliwy udział w rewolucji bolszewickiej. Z przebadanych 4 tys. ponad 3 tys., czyli 80 proc. zostało wymordowanych w latach 1937-1938. Informacje te ze zrozumiałych względów zostały utajnione.

W 1974 roku pojawił się pierwszy autor, który trafnie zinterpretował docierające informacje. Marcin Wyziembło (prawdziwe nazwisko Józef Lewandowski) w tekście „Losy Polaków…” w wychodzących we Francji „Zeszytach Historycznych” (nr 30/1974 r. str. 16-23) napisał, co następuje: „Ale mam dowody, że (…) istniała planowa akcja eksterminacji Polaków. Potwierdził ją w 1956 roku sowiecki Polak, odkomenderowany do organizowania Ludowego Wojska Polskiego, gen. Popławski. Broniąc się – w atmosferze XX zjazdu, przed Październikiem! – przed zarzutem reprezentowania niepolskich interesów, Popławski na zebraniach oficerskich dowodził „że brak naturalnych zębów, zarówno u niego jak i u Rokossowskiego, jest dowodem polskości ich obu” (zarówno P. jak i R. siedzieli w latach 1937-1941. Co prawda R. został aresztowany w sprawie Tuchaczewskiego, ale i jego polskość przyczyniła się ponoć do tego, bowiem wydając nakaz aresztowania, Stalin miał powiedzieć: A wy pro etowo krasawczika-poliaczka toże nie zabudtie!)”. W kilku innych tekstach Wyziębło-Lewandowski właściwie wydedukował, co zdarzyło się z Polakami w Związku Sowieckim w latach 1937-1938.

Po roku 1989 zaczęły wychodzić na jaw dokumenty dotyczące „operacji polskiej”. W 1993 roku rewizjonistyczne czasopismo historyczne „Karta” opublikowało otrzymany od Nikity Pietrowa kluczowy rozkaz 00485, który skazywał Polaków na zagładę. Redaktorzy „Karty” planowali nawet stworzenie zbioru relacji i monografii „operacji polskiej”. Z jakichś powodów zrezygnowali jednak z tego zamysłu. – Władze polskie wydawały się niezainteresowane sprawą – mówi „NCz!” dr Piotr Romanow, mieszkający w Moskwie Polak, który na początku lat 90. był szefem rosyjskich archiwów państwowych. – Wtedy był czas ujawniania i wszystko można było otworzyć. Choć miejscowi Polacy zgłaszali taką możliwość, nikt nie przyjechał i nie zbadał sprawy. Tymczasem wskazując na szczególny los Polaków w ZSRS, można było wzmocnić działania rewindykacyjne dotyczące polskiej własności. Nic takiego się nie stało i z potężnej przedrewolucyjnej własności nie odzyskaliśmy dosłownie nic. Władze rosyjskie też wolą pomijać temat mordowania Polaków milczeniem. Ze zrozumiałych względów wygodniej jest dla nich mówić o „operacjach narodowościowych”, nie wchodząc zbytnio w szczegóły – kończy Romanow.

 

Musiało minąć kolejne prawie 20 lat, by ukazały się dwie pierwsze publikacje, które opisują losy Polaków w ZSRS. Pierwsza z nich to wydany w maju 2010 roku przez autora tego tekstu zbiór dokumentów „Ludobójstwo Polaków – dokumenty z centrali”. Druga to obszerny zbiór dokumentów z „operacji polskiej” przeprowadzonej na Ukrainie, wydany jako efekt współpracy pomiędzy polskim a ukraińskim IPN-em w sierpniu 2010 roku. Muszą jednak upłynąć kolejne lata, by prawda o tragedii Polaków w ZSRS przedostała się najpierw do świadomości historyków, a potem ogółu społeczeństwa…

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

"Najwyższy Czas!" http://nczas.com/wyroznione/holokaust-polakow-w-zsrs/

 

 

OBÓZ ZAGŁADY W TREBLINCE

PRZEMILCZANI BOHATEROWIE TREBLINKI

 

 Arbeitslager Treblinka, SS-Sonderkommando Treblinka, Vernichtungslager Treblinka – wymiennie stosowane nazwy kompleksu dwóch niemieckich obozów, pracy i zagłady, istniejących w latach 1941-1944/1942-1943 w lasach nad Bugiem, wzdłuż linii kolejowej Siedlce – Małkinia, niedaleko wsi Poniatowo. Nazwa pochodzi od nazwy stacji kolejowej znajdującej się 6 km od obozu.

Karny obóz pracy (niem. Arbeitslager) w Treblince powstał latem 1941 roku, po ataku Niemiec na Związek Sowiecki  (Operacja Barbarossa), przy istniejącej tutaj odkrywkowej kopalni żwiru. Otoczony był ogrodzeniem z drutu kolczastego. W obozie osadzeni byli zarówno Polacy, jak i Żydzi. Kierowano tu „elementy kryminalne”, a także ludność cywilną łapaną w odwecie za akcje zbrojne podziemia.

Obóz rozciągał się na 17 ha i był podzielony na dwie części: więźniarską i administracyjno-gospodarczą. Część więźniarska była dodatkowo podzielona wewnętrznie, w celu oddzielenia więźniarek, więźniów polskich i więźniów żydowskich. Nadzór nad więźniami pełniło 20 niemieckich SS - manów oraz około 100 strażników po obozie szkoleniowym SS w Trawnikach. Komendantem obozu przez cały czas jego funkcjonowania był SS-Hauptsturmführer  Theodor van Eupen, adwokat.

W obozie kierownictwo sprawowali Niemcy, ochronę obozu zapewniali wachmani Ukraińcy, funkcje gospodarcze i kancelaryjne spełniali Żydzi, roboty fizyczne wykonywali Polacy. Niemców było jedenastu: kierownik obozu w randze majora, ośmiu Niemców w charakterze kierowników poszczególnych działów i dwóch żandarmów. Załoga ukraińska (wachmani wyszkoleni w Trawnikach) była stosunkowo liczna – 60 osób.

Obóz został zlikwidowany w lipcu 1944, w momencie zbliżania się Armii Czerwonej; część więźniów rozstrzelano, część przesiedlono do innych niemieckich obozów zagłady.

 

WYBITNI WIĘŹNIOWIE  ZAMORDOWANI W TREBLINCE

 

Janusz Korczak – wybitny pedagog, pisarz, działacz społeczny i lekarz,

Hilel Cajtlin − pisarz i myśliciel,

Artur Gold – kompozytor, skrzypek, autor wielu przebojów,

Adolf Gancwol - Ganiewski – fotograf, siedlecki działacz społeczny,

Bruno Winawer – pisarz.

 

Obóz zagłady – Treblinka II powstał późną wiosną 1942 roku, w ramach Einsatz Reinhard, obok istniejącego już karnego obozu pracy. Istniał do listopada 1943 r. Pod względem liczby ofiar był to drugi – po Birkenau – obóz zagłady Żydów.

Obóz miał kształt trapezu o wymiarach 400 × 600 metrów, otoczonego dwoma rzędami ogrodzenia i zasiekami z drutu kolczastego. Wewnętrzne ogrodzenie miało 2-3 metry wysokości i było poprzetykane gałęziami po to, aby uniemożliwić wgląd z zewnątrz.

Drugie ogrodzenie – posadowione 40-50 metrów od pierwszego – przeznaczone  było jako   przeszkody przeciwczołgowe i zasieki z drutu kolczastego.

Pomiędzy nimi była jałowa ziemia – bez żadnych roślin i miejsc do ukrycia – łatwa do obserwowania przez strażników. Ogrodzenia przedzielały również teren obozu. W każdym z rogów wybudowano 8-metrowe wieże strażnicze. Dodatkowe wieże wzniesiono także wokół południowej granicy – w pobliżu komór gazowych.

Obóz został podzielony na trzy strefy: obszar mieszkalny (Wohnlager), obszar przyjęć (Auffanglager) i obóz zagłady (Totenlager).

 

Obszar mieszkalny znajdował się w północno-zachodniej części obozu. Składały się nań koszary SS i strażników ukraińskich oraz budynki administracyjne – biura, zbrojownia, magazyny i warsztaty.

Kwatery mieszkalne esesmanów były skoncentrowane w jednym miejscu. W ogrodzonej części obszaru mieszkalnego – kwadracie 100 × 100 metrów – mieszkali więźniowie żydowscy.

Obszar przyjęć znajdował się w południowo-zachodniej części obozu i właśnie tam przyjeżdżały transporty Żydów. Był tam peron oraz 300-metrowa bocznica kolejowa. Na końcu toru znajdowała się drewniana brama otoczona drutem kolczastym przetykanym gałęziami. Z przodu peronu znajdował się duży budynek – tam magazynowano mienie ofiar. Z początku przy peronie i bocznicy kolejowej nie było żadnych znaków czy tablic, które wskazywałyby, że jest to stacja kolejowa. Te elementy – zegar, strzałki, rozkłady jazdy, fikcyjny bufet i napisy – powstały w późniejszym okresie istnienia obozu. Obok peronu, na północ od magazynu, znajdował się otwarty teren, a za nim „plac – rozbieralnia”, na który wchodziło się przez bramę. Przy bramie oddzielano mężczyzn od kobiet i dzieci. Po obu stronach placu znajdowały się dwa baraki. W tym po lewej stronie kobiety i dzieci rozbierały się i deponowały kosztowności. W prawym baraku rozbierali się mężczyźni. Dalej na południe znajdował się „plac – sortownia”, gdzie sortowano ubrania ofiar. Na jednym końcu placu – w południowo-wschodnim rogu obozu – znajdowały się duże doły dla tych, którzy zmarli podczas transportu.

Obszar eksterminacji znajdował się w południowo-wschodniej części obozu. Był to teren całkowicie odizolowany od reszty obozu. Całość miała wymiar ok. 200 × 250 metrów.

Komory gazowe stały wewnątrz obszaru eksterminacji w dużym murowanym budynku. Przez pierwsze miesiące działania były 3 komory gazowe – 5 × 5 metrów, na 2,6 metra wysokie. Następnie wybudowano 10 nowych komór gazowych z czerwonej cegły, znacznie większych – 7 × 7 metrów. W przybudówce przy budynku znajdował się silnik diesla, który dostarczał gazy spalinowe do komór gazowych oraz generator, dostarczający prąd do całego obozu.

Drzwi wejściowe do komór gazowych prowadziły do drewnianego korytarza. Każde z drzwi do komór miały 1,8 metra wysokości i 90 cm szerokości. Drzwi były zamykane hermetycznie od zewnątrz. W samych komorach gazowych – naprzeciwko drzwi wejściowych – były drzwi szersze (2,5 na 1,8 metra). One również były zamykane hermetycznie. Komory gazowe do pewnej wysokości były wyłożone kafelkami, a na suficie zainstalowano prysznice – wszystko po to, aby utrzymać wrażenie, iż jest to wyłącznie łaźnia.

Rury służyły do dostarczenia gazu do komór. Kiedy drzwi były zamknięte, w komorze gazowej nie paliło się światło. Na wschód od komór gazowych były ogromne doły na ciała ofiar. Miały 50 metrów długości, 25 szerokości i 10 metrów głębokości.

Do ich wykopania użyto koparek sprowadzonych z kamieniołomów obozu karnego w Treblince. Żeby ułatwić transport ciał do dołów, zbudowano tory kolejki wąskotorowej.

Ciała dowożone były do dołów wagonikami pchanymi przez więźniów. Na południe od komór gazowych postawiono barak dla więźniów, zatrudnionych na obszarze eksterminacji. Cały barak i malutki placyk przy nim był otoczony drutem kolczastym. Furta wejściowa znajdowała się naprzeciwko komory gazowej. W baraku znajdowała się również kuchnia i toaleta. W centrum obszaru eksterminacji wybudowano wieżę strażniczą i wartownię.

Nadzór nad obozem pełniło 20-25 funkcjonariuszy  SS (Niemców i Austriaków) oraz 80-120 wachmanów Ukraińców. Więźniów do obsługi transportów i grabieży mienia, wyłapywano z transportów,  każdorazowo około 700-800. Obsługę komór i palenie zwłok pozostawiono ok. 300 więźniom, oddzielonym od reszty. Wśród tych ostatnich rotacja była niesłychanie duża.

 

Komendantem był na początku doktor medycyny Irmfried Eberl, w sierpniu 1942 zmieniony na Franza Stangla. Od sierpnia 1943 do listopada 1943 (całkowitej likwidacji obozu) komendantem był Kurt Franz.

Gdy w połowie lipca 1942 roku obóz był już gotowy, w kierunku Treblinki ruszyły transporty kolejowe, wiozące ofiary. Pociągi zmierzające do obozu zagłady w Treblince zatrzymywały się na stacji kolejowej we wsi Treblinka, około cztery kilometry od obozu. Pociąg, zwykle złożony z około 60 wagonów, był tam dzielony na trzy części, które po kolei były wtaczane do obozu. Kiedy pociąg zbliżał się do obozu zagłady, z lokomotywy pchającej wagony wydobywał się głośny gwizd. Był to sygnał dla wachmanów Ukraińców, aby zajęli stanowiska wokół obszaru przyjęć i na dachach budynków, które go otaczały. Grupa esesmanów i pozostałych wachmanów Ukraińców zajmowała pozycję na peronie.

Pierwszy transport przywiózł Żydów z getta warszawskiego w III dekadzie lipca (najprawdopodobniej 23 lipca). A potem każdego dnia na rampę kolejową w Treblince przybywały kolejne pociągi, wiozące ludzi nie tylko z Polski, lecz z wielu krajów Europy. W Treblince Niemcy uczynili wszystko, aby oszukać, wprowadzić w błąd i ukryć przed ofiarami cel ich przybycia.

Deportowani opuszczali wagony, wychodzili na peron i przechodzili przez bramę na ogrodzony plac wewnątrz obozu. Przy przechodzeniu przez bramę kobiety były oddzielane od mężczyzn. Mężczyźni kierowani byli na prawo, kobiety i dzieci na lewo. Na dużej tablicy widniał w językach polskim i niemieckim:

 

Warszawscy Żydzi!

 

„…Jesteście w obozie przejściowym Durchgangslager, z którego będziecie przeniesieni do obozów pracy Arbeitslager. Aby zapobiec epidemii, musicie przekazać swoje ubrania i rzeczy do natychmiastowej dezynfekcji. Złoto, pieniądze, obce waluty i biżuteria powinny być oddane do depozytu w kasie, gdzie dostaniecie pokwitowanie. Będą oddane później po okazaniu pokwitowania. Dla czystości wszyscy muszą wykąpać się przed dalszą podróżą…”.

Niemieccy oprawcy przewidzieli w swych planach szczególną dbałość o mienie ofiar. Odzież, obuwie, futra, wartościowa biżuteria transportowane były do Rzeszy. Według posiadanych dokumentów kolejowych stwierdzono, że jedynie w dniach od 2 do 21 września 1942 r. z obozu w Treblince wysłano do Rzeszy ponad 200 wagonów zawierających buty i odzież. Mniej więcej co dwa tygodnie specjalne samochody ciężarowe wiozły do Rzeszy skrzynie z kosztownościami, złotem, biżuterią, walutami, zegarkami itp.

Kobiety i dzieci przechodziły do baraku po lewej stronie placu, gdzie rozbierały się przed pójściem pod „prysznic”. Ubrania musieli związać w tobołki. Przedmioty wartościowe oddawano w kasie do depozytu na końcu baraku. Sposób, w jaki przygotowano ubrania oraz zbierano depozyty, miał stworzyć złudzenie, że po kąpieli każdy dostanie swoje rzeczy i świeże ubranie z powrotem.

Mężczyźni zostawali na zewnątrz, dopóki kobiety i dzieci nie zostały zabrane „pod prysznic”. Kilkudziesięciu mężczyzn było wybieranych do pracy – musieli wyczyścić wagony, zająć się ubraniami i bagażem pozostawionym przez ofiary. Kobiety i dzieci były zmuszone do przebiegnięcia przez korytarz zwany „drogą do nieba” – była to ogrodzona ścieżka o szerokości około czterech metrów, która prowadziła do komór gazowych. Wówczas mężczyznom kazano się rozebrać, oddać rzeczy wartościowe i potem oni także byli brutalnie zapędzani do komór gazowych.

Gazem trującym był tlenek węgla, pochodzący z gazów spalinowych. Śmierć następowała powoli, przez około 10-15 minut i w straszliwych męczarniach. Zastosowanie gazów spalinowych do uśmiercania w komorach było bardzo wygodne z powodu łatwej dostępności paliwa i tanim dla Niemców rozwiązaniem, w przeciwieństwie do cyklonu B.

 

Czas od otwarcia wagonów do zamknięcia komór wynosił około 20 minut. W komorze gazowej więźniowie musieli stać z podniesionymi do góry rękami.

W ten sposób można było jednorazowo zmieścić większą liczbę ofiar. Na wierzch tej zbitej ludzkiej masy wrzucano malutkie dzieci. Gazowanie spalinami silnikowymi trwało około 25 minut.

Początkowo zwłoki zagazowanych ofiar wrzucano do dołów. Jednak po wykryciu przez Niemców zbrodni wojennych dokonanych na polskich oficerach przez Stalina, m.in. w Katyniu, Himmler wydał rozkaz wykopania i spalenia wszystkich zwłok w celu zatarcia śladów.

Wykopywanie i palenie zwłok trwało kilka miesięcy. Od tego czasu zwłoki zagazowanych ofiar były już na bieżąco palone. Kolumna robocza więźniów żydowskich przenosiła je na miejsce, gdzie zainstalowano specjalne ruszty z szyn kolejowych. Przekładano je drewnem i po oblaniu łatwopalnym płynem, podpalano. W 2-3 godziny po transporcie liczącym 2 tysiące Żydów komory gazowe były już wyczyszczone, ciała płonęły, ubrania były sortowane, a sztuczne zęby ze złota wyrwane. Dziennie Treblinka II mogła „przyjmować” nawet do 12-14 tysięcy osób.

Po buncie więźniów w sierpniu 1943 roku obóz zagłady w Treblince zaczęto likwidować. W listopadzie 1943 r. obóz już nie istniał. Komory gazowe zniszczono, pozostałe baraki rozebrano, zdjęto ogrodzenie. Teren obozu, kryjący prochy setek tysięcy ludzi, został przez Niemców zaorany i obsadzony łubinem.

W obozie Treblinka I pobyt skończył się śmiercią dla połowy więźniów, a dla wielu spośród pozostałych – przewiezieniem do innych obozów koncentracyjnych. W pierwszym okresie byli to Polacy, mieszkańcy powiatu sokołowskiego, później inni mieszkańcy t.zw. dystryktu warszawskiego.

Niezmiernie rzadko kierowano tu więźniów żydowskich, wyselekcjonowanych z transportów docierających do obozu Treblinka II. Przeciętna liczba więźniów przebywających w obozie wynosiła jednorazowo 1-1,2 tys. osób. Więźniowie pracowali w kopalni żwiru i na stacji w Małkini przy ładowaniu wagonów. Część więźniów zatrudniono w warsztatach obozowych, a kobiety w prowadzonym przy obozie gospodarstwie rolnym. Więźniowie pracowali w warunkach głodu i terroru. Przez obóz karny w Treblince przeszło ponad 20 tys. więźniów, przynajmniej 10 tys. zmarło z wycieńczenia głodowego, wskutek chorób, tortur lub została rozstrzelana. Wśród więźniów zdarzały się ucieczki pojedyncze oraz próby zbiorowego buntu.

Obóz zagłady Treblinka II funkcjonował krótko, bo od lipca 1942 do listopada 1943. Szacuje się, zginęło tutaj 800-920 tys. ludzi.

Według danych zawartych w telegramie przesłanym w styczniu 1943 r. do Adolfa Eichmanna przez Hermanna Höfle łączna liczba osób zamordowanych w Treblince na dzień 31 grudnia 1942 r. wynosiła 713 555.

Ofiarami byli w większości Żydzi z Warszawy, Białegostoku, Grodna, Kielc, Radomia, Łukowa, Częstochowy, Kozienic i wielu mniejszych miejscowości. Polscy Żydzi byli tu przywożeni w wagonach towarowych, transporty z Zachodu Europy nieraz odbywały się w pociągach osobowych, za zakupionymi biletami. Przywożono tu Żydów z Niemiec, Austrii, Bułgarii, Grecji, Jugosławii, Czech, Słowacji, Belgii i Francji. Obóz ten był ośrodkiem zagłady wyłącznie Żydów, poza dwoma czy trzema znanymi transportami Romów.

Życie więźniów Treblinki II, pracujących przy machinie zagłady, znamy z nielicznych relacji osób, które uciekły samodzielnie lub wydostały się podczas buntu, przede wszystkim ze spisanej i wydanej jako druk podziemny już w 1944 roku relacji Jankiela Wiernika „Rok w Treblince” oraz późniejszej Samuela Willenberga „Bunt w Treblince”. Więźniowie byli podzieleni na komanda robocze.

Mimo wyczerpania psychicznego, próbowali stworzyć ruch oporu. W sierpniu 1943 roku wybuchł tu zbrojny bunt więźniów. Nieliczni, którzy pozostali jeszcze przy życiu, zdołali dostać się do zbrojowni. Wyniesiono stamtąd broń: kilkadziesiąt karabinów, amunicję i granaty. Wybuchła strzelanina, która ogarnęła wkrótce cały obóz.

 

W trakcie powstania zginęło około 25 Niemców i 66 ukraińskich wachmanów - strażników oraz poległo około 800 więźniów żydowskich. Spalono większość pomieszczeń obozowych. Około 200 więźniom udało się uciec z płonącej Treblinki. Z tej liczby większość jednak poległa w czasie walki z niemieckimi żołnierzami, którzy ruszyli w pościg.

 

DOKUMENT PRAWDY

 

Edward Kopówka i ks. Paweł Rytel - Andrianik udokumentowali ofiarę ponad 310 Polaków (w tym 18 księży) z rejonu Treblinki, którzy oddali życie za pomoc Żydom, oraz dokonania 335 osób odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Nie wielu na Zachodzie i nawet w Polsce zdaje sobie sprawę z tego, jak wielkie szkody przynoszą antypolskie wydawnictwa Jana Tomasza Grossa dla wizerunku Polski w świecie.

Niektórzy historycy zniechęcają się do podejmowania badań dotyczących relacji polsko-żydowskich w obawie, że ich ustalenia i tak nie przebiją się przez medialny zgiełk oparty na antypolskich stereotypach.

Tym bardziej cieszy wydana przez Wydawnictwo Sióstr Loretanek książka "Dam im imię na wieki. Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów" (Oksford - Treblinka 2011), autorstwa Edwarda Kopówki, kierownika Muzeum w Treblince, i ks. Pawła Rytla - Andrianika, będąca rzetelnym studium historycznym ukazującym prawdziwy, zupełnie inny,  niż wydawnictwa Grossa, obraz Narodu Polskiego.
Treblinka należy do jednych z najbardziej symbolicznych miejsc zagłady Żydów i Romów (ocenia się, że zginęło tam ponad 800 tys. ludzi). 1 września 1941 roku zapadła decyzja Niemców o powołaniu do życia obozu pracy Treblinka I, obozu przeznaczonego głównie dla Polaków.

Co ważne, Treblinka stała się też jednym z symbolicznych miejsc w ostatniej publikacji Jana Tomasza Grossa „Złote żniwa”, w której stara się  wykazać rzekome zezwierzęcenie okolicznej ludności, która jakoby obłowiła się na okradaniu ofiar Holokaustu, organizując tzw. złote żniwa. Niestety jego opis Polski i Polaków jest w świecie uznawany za prawdziwy.
Oczywiście nie tylko Gross przyczynił się do takiego obrazu Polski, wiele nieprzychylnych Polsce mediów wciąż powtarza rewelacje o "polskich obozach koncentracyjnych" i „nazistach”.

 

MUZEUM WALKI I MĘCZEŃSTWA W TREBLINCE

 

Wszystko to odbywa się na kanwie tzw. światowej polityki historycznej. Na tej płaszczyźnie toczy się dziś nieustanna wojna. Można to zaobserwować chociażby w kwestii stosunków polsko-rosyjskich (sprawa katyńska, kwestia jeńców sowieckich 1920 r. itp.), widać to bardzo mocno w sprawie obciążania winą Polaków za Holokaust.
Tymczasem  publikacja Edwarda Kopówki i ks. Pawła Rytla – Andrianika jest niezwykle cennym źródłowym materiałem pokazującym zupełnie inny obraz społeczeństwa polskiego.

Rejon Treblinki nie był objęty szerszym zakresem działań Żegoty, tak więc pomoc Żydom, jaka tu była organizowana, miała charakter bardziej spontaniczny. Autorzy owej publikacji udokumentowali ofiarę ponad 310 Polaków (w tym 18 księży) z tamtego rejonu, którzy oddali życie za pomoc Żydom, oraz dokonania 335 osób odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Uznać należy , iż książka "Dam im imię na wieki" jest owocem niezwykle ofiarnej, kilkunastoletniej pracy badaczy.
Książka składa się z dwóch części - pierwsza zawiera listę osób z krótkim opisem charakterystyki pomocy. Druga część poświęcona jest szerszemu opisowi wybranych postaci. Na końcu autorzy zamieścili  relacje świadków - byłych więźniów Treblinki I oraz okolicznych mieszkańców. Obszar badań dotyczył 15 powiatów będących w sąsiedztwie obozu.
Jak podkreślają autorzy, książka ta nie ma wymiaru polemicznego, ale ma charakter faktograficzny. Nie ulega jednak wątpliwości, że ciężar tych faktów  skłania do refleksji polemicznych. Wszak autorzy zajęli się wyłącznie istniejącą wówczas działalnością ludności polskiej pomagającej Żydom z narażeniem życia własnego i rodzin.
Należy podkreślić, że prezentowane w publikacji materiały źródłowe zostały gruntownie zweryfikowane, choć autorzy nie zdołali wyczerpać wszystkich źródeł. W Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince jest jeszcze wiele materiałów nieopracowanych, które z pewnością dopełniłyby obrazu zaangażowania Polaków w pomoc Żydom w rejonie Treblinki.
Dokumenty przedstawione w książce "Dam im imię na wieki" mówią zatem z jednej strony o zagładzie ludności żydowskiej, ale z drugiej - o bohaterstwie tych Polaków, którzy oddawali życie, ratując Żydów. Mało kto dzisiaj wie, szczególnie na Zachodzie, jakie kary groziły Polakom za pomoc ludności żydowskiej i jakie ofiary poniesiono.

Na bazie rozporządzenia generalnego gubernatora Hansa Franka z 15 października 1941 r. przewidywano karę śmierci dla Żyda, który ucieknie z getta, ale taka sama kara groziła Polakom, którzy udzielali pomocy Żydom. Takiego prawa nie było w zachodniej Europie, a jednak skala pomocy dla ludności żydowskiej była w Polsce o wiele większa niż na Zachodzie.
Omawiana publikacja dowodzi jeszcze jednego, mianowicie tego, iż Polacy byli narodem, który obok narodu żydowskiego wycierpiał bodaj najwięcej w czasie II Wojny Światowej. Podkreślił to Papież Benedykt XVI, który pielgrzymując do Polski w 2006 roku, powiedział (w Auschwitz, 28 maja):

"Jan Paweł II był tu jako syn polskiego narodu. Ja przychodzę tutaj jako syn narodu niemieckiego i dlatego muszę i mogę powtórzyć za moim poprzednikiem: Nie mogłem tutaj nie przybyć. Przybyć tu musiałem. Papież Jan Paweł II pielgrzymował tu jako syn narodu, który obok narodu żydowskiego najwięcej wycierpiał w tym miejscu i ogólnie podczas wojny" (s. 32).
W świecie, w którym jest moda na antypolską historiografię, na kłamstwa w stylu: "polskie obozy zagłady", „naziści”, tego rodzaju prace dokumentacyjne jak książka Edwarda Kopówki i ks. Pawła Rytla - Andrianika mają o wiele większe niż doraźne znaczenie. Do nich można wracać po wielu nawet latach, gdyż prawda się "nie przedawnia". Przedawniają się zaś kłamliwe nowinki propagandowe. Dlatego każdy wysiłek badawczy pokazujący prawdę o tamtych czasach ma potężne znaczenie dla współczesnych i przyszłych pokoleń Polaków.

Tylko bowiem tak możemy uratować pamięć o naszych przodkach i tylko tak możemy uratować narodowy honor i dumę.

E. Kopówka, ks. P. Rytel-Andrianik, „Dam im imię na wieki (Księga Izajasza 56, 5). Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów”, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Oksford - Treblinka 2011.


Dokumenty, źródła, cytaty:

 

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Treblinka_%28KL%29#Dzieje_powojenne

 

 

HISTORIA ARMII KRAJOWEJ

Autor Mateusz Łabuz

 

Gdy w 1939 roku, w wyniku przegranej kampanii wrześniowej, polskie państwo po raz kolejny w historii zostało wykasowane z map europejskich, podbity naród niemal z miejsca rozpoczął organizowanie się w celu przeciwdziałania okupantowi. Nowy zaborca był groźniejszy od tych, którzy przez wieki nękali Rzeczpospolitą, jednak to nie zraziło środowisk niepodległościowych. Jeszcze we wrześniu powstaje Służba Zwycięstwu Polski przekształcona następnie na Związek Walki Zbrojnej. Były to pierwsze organizacje, które położyły podwaliny pod podziemną działalność Polaków podległych ośrodkowi Rządu Emigracyjnego. Wraz z upływającym czasem Związek Walki Zbrojnej rósł w siłę, zdobywając sobie coraz większą ilość członków i środków do walki. To wszystko umożliwiało prowadzenie działań zakrojonych na szeroką skalę, szczególnie wymierzonych w okupanta niemieckiego. Po rozpoczęciu w czerwcu 1941 roku wojny na froncie radzieckim całość przedwojennego terytorium II Rzeczpospolitej znalazła się pod hegemonią niemiecką. Hegemonią niezwykle brutalną i nastawioną na wyniszczenie kultury, gospodarki i wreszcie sił fizycznych narodu polskiego. Cały czas tlił się jednak opór, przybierając niespotykane dotąd rozmiary. Polacy byli mistrzami konspiracji i potrafili doskonale zorganizować się w podziemiu, dostrzegając, iż głównym celem nowej działalności musi być odzyskanie niepodległości. Dlatego też na dalszy plan zostały zepchnięte przedwojenne uprzedzenia, a wrogie dotychczas środowiska niejednokrotnie podejmowały się współpracy i wspólnego wysiłku dla dobra kraju. Była to niewątpliwie piękna karta - w mroku brunatnej okupacji znaleźli się ludzie odważni, pełni werwy i zapału, gotowi do największych poświęceń - wspaniali patrioci, którzy gotowi byli oddać życie za krwawiącą ojczyznę.

Funkcjonujący na ziemiach polskich Związek Walki Zbrojnej był niejako przybudówką Rządu Emigracyjnego kierowanego przez gen. Władysława Sikorskiego. Premier zdecydowanie odciął się od przedwojennych władz, zrywając z sanacyjną przeszłością. Krok ten pociągnął za sobą rozmaite konsekwencje, z których na plan pierwszy musimy wysunąć przejęcie dowodzenia nad tworzącym się w Polsce podziemiem, które początkowo organizował gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski. W zasadzie stopniowo jego uprawnienia zostały ograniczone, a on sam w końcu dostał się w ręce Sowietów, co w dużej mierze było wynikiem oddelegowania go do Lwowa. Schedę po pierwszym dowódcy Polskiego Podziemia przejął płk Stefan Rowecki ps. "Grot", który urzędował w Warszawie. Od czerwca 1940 roku był on szefem Komendy Głównej ZWZ, wykonując polecenia Londynu. Akt ofiarowania Roweckiemu stanowiska głównodowodzącego organizacją był niezwykle ważny dla kształtowania całości zagadnień związanych z działalnością Polskiego Podziemia. Uzyskał on bowiem o wiele większą swobodę w podejmowaniu decyzji i w dużej mierze uniezależnił się od emigracyjnych zwierzchników, choć ci nadal przesyłali wiążące rozkazy i odgrywali sporą rolę w kształtowaniu struktur ZWZ, a następnie Armii Krajowej. Pierwszy okres działalności Polskiego Podziemia był niezwykle trudny, co związane było z ogólną sytuacją na frontach europejskich, druzgocącą przewagą niemiecką i licznymi brakami kadrowymi i wyposażeniowymi organizacji stawiających opór okupantowi. Rowecki zyskuje sobie coraz mocniejszą pozycję, wypracowuje również silne stanowisko w hierarchii polskiej państwowości. Jego siłę i wkład w budowanie podwalin Polski Podziemnej dostrzegał nawet Sikorski, początkowo niechętny "Grotowi". 10 lutego 1942 roku pisał nawet do Warszawy: "Po powrocie z Rosji stwierdziłem z wielką radością wspaniałe wyniki, jakie Pan Generał osiągnął w pracy prowadzonej w warunkach tak tragicznych. Nadał Pan Generał działalności wojskowej w Kraju kierunek właściwy, zmierzający do zjednoczenia całokształtu poczynań wojskowych nad odbudową Sił Zbrojnych dla wywalczenia Niepodległości [...] Ofiary ponoszone przez Armię Krajową na ziemi ojczystej posiadają wielkie znaczenie dla wkładu w tę wojnę Polski Walczącej". Oprócz niezwykle cennych uwag dotyczących działalności Rowecki zwraca uwagę drobny szczegół. Dokument z 10 lutego 1942 roku jest bodaj pierwszym, w którym Sikorski oficjalnie zastosował nazwę Armii Krajowej, choć de facto twór taki jeszcze nie istniał. Znamiennym jest jednak, iż w Londynie zapadły już decyzje o przemianowaniu dotychczasowej organizacji podległej Rządowi Emigracyjnemu, a więc Związku Walki Zbrojnej. Ciężko dziś ustalić przyczyny takiego kroku Sikorskiego i jego współpracowników. Być może była to konsekwencja jasnych wytycznych konspiracyjnych, w myśl których zmiana nazwy głównego wroga wprowadziłaby w szeregach niemieckich nie lada zamieszanie. Sama nazwa "Armia Krajowa" przewijała się w ciągu kilku lat działalności podziemnej, jednakże nie była wiążącym terminem, a jedynie określeniem funkcjonujących na ziemiach polskich bojówek. Proste złożenie słów od razu wskazuje nam na miejsce, w którym przyszło działać żołnierzom Roweckiego i patriotyczny charakter organizacji. Są to czysto teoretyczne rozważania, dlatego musimy teraz wrócić do lutego 1942 roku, kiedy to zapadły najważniejsze dla nas decyzje. 14 lutego do Warszawy wysłana została depesza z rozkazem Naczelnego Wodza, który mówił o przemianowaniu ZWZ na AK. Był to akt formalny wprowadzenia nowej, obowiązującej od tego momentu nazwy. W polskiej historiografii przyjęło się uznawać tę datę jako dzień powstania Armii Krajowej, choć rozkaz z 14 lutego 1942 roku niewiele zmieniał w strukturach organizacyjnych Związku Walki Zbrojnej. Gen. Stefan Rowecki został w tym dniu mianowany dowódcą, co również miało charakter symboliczny, bowiem do tej pory oficjalnie sprawował funkcję komendanta. Było to dla niego osobiste wyróżnienie, niejako logiczna konsekwencja pochwał od Sikorskiego, który nie szczędził słów sympatii podwładnemu. 1 maja 1942 roku nadał mu odznaczenie order Virtuti Militari, który był zwieńczeniem pięknej kariery Roweckiego w Polskim Podziemiu i stanowił niesamowite wyróżnienie na polu organizacji i walki podziemnej.

Koncepcja walki podziemnej przeciwko okupantowi niemieckiemu nie zmieniła się drastycznie po przemianowaniu ZWZ na AK. Można powiedzieć, iż Rowecki i jego żołnierze kontynuowali obraną wcześniej drogę, choć Armii Krajowej przydzielono teraz niezwykle ważne zadanie, jakim było scalenie grup niepodległościowych funkcjonujących na obszarach podległych jurysdykcji Komendy Głównej Armii Krajowej. Proces ten przebiegał powoli i ze sporymi oporami ze strony organizacji, które zdecydowały się na współpracę z podziemiem kierowanym przez Rząd Emigracyjny. Dużą rolę odgrywały tutaj kwestie polityczne, co w późniejszym czasie przełożyło się na przykład na brak poparcia dla linii lansowanej przez Sikorskiego, Stanisława Mikołajczyka i wreszcie Tomasza Arciszewskiego. Odbudowane w podziemiu ugrupowania, mimo zgodnej współpracy na polu odzyskania niepodległości, często samodzielnie organizowały własne przybudówki bojowe, dostrzegając, iż jest to najkrótsza droga do odzyskania wpływów w społeczeństwie. Nie może zatem dziwić gwałtowny rozwój Batalionów Chłopskich powiązanych ideologicznie ze Stronnictwem Ludowym. De facto siły te w drugiej połowie okresu okupacyjnego częściowo przystąpiły do projektu łączenia się pod wspólnym szyldem Armii Krajowej. Niestety, proces ten nigdy nie został zakończony, a jego zasięg był mocno ograniczony, właśnie ze względów ideologiczno-politycznych. Dowódcy Armii Krajowej często nie wykazywali się dostateczną troską o żołnierzy innych ugrupowań, co powodowało dalsze rozchodzenie się dróg poszczególnych grup podziemnych. O akcji scaleniowej jeszcze zdążymy opowiedzieć, teraz musimy się skupić na ówczesnych koncepcjach działalności, które były niemalże identyczne z tym, co prezentował Związek Walki Zbrojnej. W pierwszej kolejności zwrócić musimy uwagę na podstawowy cel Polskiego Podziemia, jakim było zorganizowanie powstania powszechnego w stosownym momencie. Plan ten realizowano konsekwentnie, niemalże od początku działalności podziemnej, choć na drodze do walki o wyzwolenie czekało Polaków wiele etapów zmagań. Zasadniczo jeszcze w 1940 roku powstały wytyczne dotyczące podejmowania się otwartego boju z Niemcami, co związane było z coraz częstszymi doniesieniami o bestialstwie okupanta i coraz to nowych zbrodniach popełnianych na polskiej ludności. Akcja informacyjna zataczała szerokie kręgi przede wszystkim na terenach objętych brunatną okupacją, gdzie żywioł polski był silniejszy i lepiej zorganizowany. Terytoria okupowane rzez Sowietów nie miały tak licznej i skutecznej kadry, czego dowodem były szybkie aresztowania tamtejszych grup przez doskonale funkcjonujące NKWD, które rozbijało w zalążku wszelkie inicjatywy podziemne. Stefan Rowecki zdawał sobie sprawę z nastrojów panujących w podziemiu, wiedział również, iż bezczynność może dezaktywować żołnierzy oraz podkopać zaufanie do Rządu Emigracyjnego, który przecież musiał zdobywać sobie poparcie w okupowanej ojczyźnie, szykując plan tryumfalnego powrotu elit politycznych do powojennej Rzeczpospolitej. Pierwszy rok okupacji nie sprzyjał akcjom bezpośrednio wymierzonym w okupanta. Jego przewaga była zbyt duża, a siły Polskiego Podziemia nieliczne i nieprzygotowane do stawienia zaciekłego oporu. Rowecki oraz ośrodek emigracyjny decydowali się na ograniczenie akcji sabotażowo-dywersyjnych, oczekując odpowiedniego momentu. Dużo ważniejszym problemem stawało się w tym czasie kompletowanie kadry dowódczej, budowanie jednolitych struktur organizacji oraz gromadzenie niezbędnego sprzętu. Plany powstania powszechnego musiały zostać odłożone na bliżej nieokreśloną przyszłość. Jednocześnie wydawano rozkazy, wśród których na plan pierwszy wysuwa się "Instrukcja dla akcji ogólnej", w której zawarto plany podtrzymywania ducha bojowego narodu, przeciwdziałania niszczeniu sił fizycznych narodu oraz bezmyślnej dewastacji polskiego mienia oraz informowania światowej opinii publicznej o dramacie na ziemiach polskich oraz organizacji Związku Walki Zbrojnej. Wytyczne odnośnie walki zakładały sabotowanie rozporządzeń niemieckich oraz uprzykrzanie okupantowi życia w mniej istotnych aspektach walki cywilnej. Konsekwencją takiego postępowania była krytyka grup lewicowych, które postulowały regularną rewolucję, nie licząc się z realnymi siłami Polskiego Podziemia oraz tragiczną sytuacją na ziemiach okupowanych. Dokładnie w rok przed powstaniem Armii Krajowej, 14 lutego 1941 roku, gen. Sikorski nakazał "Grotowi" wzmożenie akcji sabotażowej, chociaż nadal ograniczano natężenie działań. Wybuch kampanii radzieckiej mocno namieszał w szykach dowódcom Polskiego Podziemia, choć w większości przychylali się oni do tezy, iż jest to szansa na odzyskanie niepodległości, bowiem dwóch zaborców stanęło naprzeciw siebie. To z kolei przełożyło się na ewolucję planów organizacji powstania powszechnego, czego wyrazem był kolejne opracowania przesyłane do Londynu i z Londynu. Jednocześnie jasnym stało się, iż Związek Walki Zbrojnej, a następnie Armia Krajowa, muszą dołożyć wszelkich starań do tego, by maksymalnie osłabić potencjał militarny III Rzeszy na zapleczu frontu wschodniego, aby pomóc sojusznikowi radzieckiemu oraz doprowadzić do załamania sił armii niemieckiej, co było jedną z głównych przesłanek wybuchu powstania. Liczono się z możliwością współdziałania z Sowietami, jednakże ani w 1942, ani na początku 1943 roku Polskie Podziemie i częściowo Rząd Emigracyjny nie zdawały sobie sprawy, iż Józef Stalin nie jest odpowiednim partnerem do rozmów, a w kolejnych starciach przemawiać będzie z pozycji siły. W "Raporcie operacyjnym nr 154" Rowecki pisze: "Działania powstańcze zamierzam osłonić akcją dywersyjną i partyzancką od wschodu, w ten sposób, aby przerwać na jakiś czas, a w najgorszym razie ograniczyć dopływ transportów wojska niemieckiego, wracającego ze wschodu do obszaru zajętego powstaniem". To już było jawną zapowiedzią akcji "Burza" oraz podsumowaniem misji, jaką otrzymała organizacja "Wachlarz" powołana jeszcze w ramach struktur Związku Walki Zbrojnej. Jej funkcjonowanie zainicjowano jesienią 1941 roku, a głównym zadaniem żołnierzy było destruowanie zaplecza frontu niemieckiego na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej. Całość obliczona była na przyszłe odzyskanie tych terenów, co stało w sprzecznością z pomysłami Stalina. Niejako równolegle rozwijał się Związek Odwetu, któremu przydzielono bieżącą działalność sabotażowo-dywersyjną, co było logicznym efektem wzmożenia wysiłku wymierzonego w okupanta. Obie organizacje nie osiągnęły spodziewanych sukcesów, co zaowocowało połączeniem wysiłku ZO i "Wachlarza" w jednolitą organizację Kierownictwo Dywersji z płk Emilem Fieldorfem ps. "Nil" na czele. Operację przemianowania przeprowadzono na przełomie 1942 i 1943 roku, a więc Kedyw był już typowo AK-owską przybudówką i realizował jej cele i misję. O jego działalności opowiemy nieco później, zajmując się dorobkiem Armii Krajowej. W marcu 1943 roku rozkaz dowódcy AK przedstawiał wytyczne do działalności bojowej, w których znajdujemy przede wszystkim hasła atakowania komunikacji, przemysłu wojennego, administracji oraz nasilenia terroru względem Volskdeutschów, gestapo, policji, SS i akcji odwetowych za masowe mordy, wysiedlenia i prześladowanie ludności polskiej. Wprawdzie w czerwcu 1943 roku Sikorski pisał do Roweckiego: "Dlatego polecam Panu Generałowi, do czasu wydania definitywnych rozkazów, ograniczenie do samoobrony akcji odwetowej mogącej wywołać represję", jednakże podjęto wiele kroków do wzmożenia czynnego oporu, który ujście znalazł przede wszystkim w końcówce 1943 roku i w 1944 roku.

Przedstawiliśmy drogę do zintensyfikowania walki podziemnej, co było procesem długotrwałym i dość trudnym. Szczegółowe wytyczne powstawały pod koniec 1943 roku, co wiąże się już stricte z akcją "Burza" oraz wybuchem Powstania Warszawskiego. Okres od stycznia 1944 roku do stycznia 1945 roku traktować należy odrębnie przy omawianiu historii Armii Krajowej. Wiązało się to z nagłymi sukcesami Armii Czerwonej na froncie wschodnim i wkroczeniem na przedwojenne ziemie polskie. Objęcie ofensywą sowiecką Kresów Wschodnich było krokiem na drodze do podporządkowania tych ziem hegemonii Związku Radzieckiego. AK-owskie podziemie postanowiło zorganizować akcję uprzedzającą Sowietów w tym niecnym procederze, jednakże jej efekty były mizerne lub wypaczone przez stosunek sił polskich i radzieckich. Stopniowe przesuwanie się frontu na zachód stawiało pod znakiem zapytania dalsze funkcjonowanie Polskiego Podziemia na terenach wschodnich. W konsekwencji tamtejsze grupy albo uległy rozwiązaniu, albo zdecydowały się na ujawnienie przed Sowietami, albo zostały wyniszczone przez podwładnych Stalina, którzy nie patyczkowali się z partyzantką niezależną od Moskwy. Napięta sytuacja na przedpolach Warszawy oraz dramat żołnierzy AK we wschodnich rejonach działania organizacji doprowadziły dowództwo do dramatycznej decyzji o zainicjowaniu powstania powszechnego w stolicy w dniu 1 sierpnia 1944 roku. Po dwumiesięcznych walkach Niemcy wzięli górę i rozbili walczących o Warszawę Polaków, rozwiewając tym samym nadzieje Komendy Głównej AK na wyzwolenie stolicy zanim zrobią to Sowieci i odbudowanie struktur niepodległego państwa polskiego. Kolejne miesiące jedynie pogarszały sytuację strategiczną Polskiego Podziemia, co skłoniło gen. Leopolda Okulickiego do wydania rozkazu o rozwiązaniu Armii Krajowej. Żołnierze tylko w części wyszli z podziemia, obawiając się starcia z nowym okupantem. W tej roli występować miał Związek Radziecki, którego ludzie natychmiast rozpoczęli organizowanie państwa na wzór komunistyczny. Większość żołnierzy Armii Krajowej zdecydowała się na dalszą konspirację, choć wielu z nich trafiło później przed sowiecko-polskie trybunały, które sądziły prawdziwych bohaterów walki o wolność i niezależność Rzeczpospolitej. Wreszcie nieliczni postanowili poprzeć inicjatywę Okulickiego i weszli w skład nowej organizacji podziemnej wymierzonej w Sowietów. "Nie" przejęło schedę po Armii Krajowej, jednakże osiągnięcia tego tworu były niewielkie, a żołnierzy powoli wyłapywali komuniści, niszcząc kadrę i struktury organizacyjne.

Obok koncepcji walki bardzo wyraźnie rysują się koncepcje polityczne, co związane jest z szeroko zakrojoną współpracą kolejnych komendantów AK z przedstawicielami przedwojennych stronnictw, które w czasie okupacji zdecydowały się zejść do podziemia i wznowić ograniczoną działalność. Kooperacja sięgała oczywiście czasów Związku Walki Zbrojnej i w okresie funkcjonowania AK przybierała różne formy. Chyba najlepszą syntezą zawiłych stosunków politycznych w podziemiu jest historia Delegatury Rządu na Kraj oraz poprzedzających ją tworów, w których prym wiedli działacze z przedwojennych Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Narodowego, Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Stronnictwa Pracy. Nieoficjalna współpraca została zastąpiona oficjalną działalnością z ramienia Rządu Emigracyjnego, gdy latem 1940 roku rozpoczęto organizowanie Delegatury Rządu na Kraj. Rozwój delegatury trwał nieprzerwanie do 1944 roku, kiedy to struktury organizacji rozpracowali komuniści, zagrażając jednolitej działalności delegatów i ich współpracowników. W listopadzie 1942 roku Jan Piekałkiewicz postanowił wyróżnić Delegaturę Rządu na ziemie włączone do Rzeszy, Delegaturę Rządu na ziemie włączone do ZSRR i Delegaturę Rządu na Generalne Gubernatorstwo, co pozwoliło na uzyskanie stabilności i rozdzielenie części kompetencji pomiędzy terenowych działaczy. Cztery główne stronnictwa podpisały 15 sierpnia 1943 roku porozumienie, w którym zobowiązały się do utworzenia Krajowej Reprezentacji Politycznej, niejako namiastki podziemnego parlamentu. W dalszej kolejności, 9 stycznia 1944 roku, KRP została przekształcona w Radę Jedności Narodowej, co pozwoliło zachować równowagę w stosunku do kolejnych przybudówek komunistycznych uzurpujących sobie prawo do sprawowania zwierzchniej władzy na ziemiach polskich. Rada Jedności Narodowej była szerszą reprezentacją polityczną, a jej działalność objęła okres do 1 lipca 1945 roku. W tym czasie nieustannie kontaktowała się z Londynem odnośnie wspólnej polityki i ratowania zagrożonej na międzynarodowej arenie sprawy polskiej. W obradach RJN bardzo często uczestniczyli przedstawiciele Armii Krajowej, w tym komendanci, którzy konsultowali decyzje z zapleczem politycznym. Już sam fakt organizacji Powstania Warszawskiego natrafił na spore rozbieżności w obozach stronnictw i obozie militarnym, co skłoniło Polskie Podziemie do skonfrontowania zdań i wypracowania kompromisu, którym okazało się zainicjowanie walk o Warszawę. Reprezentacje polityczne przede wszystkim lansowały linię polityczną obraną przez Rząd Emigracyjny, przygotowując sobie grunt do objęcia władzy w powojennej Polsce. Informowano społeczeństwo, pozyskiwano nowych członków oraz szeroko komentowano wydarzenia na froncie militarnym i politycznym. To wszystko sprawiło, iż RJN oraz jej poprzedniczki były obok Armii Krajowej główną siłą Rządu Emigracyjnego na ziemiach okupowanych, reprezentując go tam, gdzie był najbardziej potrzebny.

Ostatnią kwestią, jaką musimy poruszyć przy omawianiu koncepcji lansowanych przez dowództwo Armii Krajowej, jest problem scalania z innymi organizacjami zbrojnymi, które de facto nie podlegały Rządowi Emigracyjnemu. Stefan Korboński ("Polskie Państwo Podziemne") nazywa to nawet "najważniejszym zadaniem organizacyjnym Komendy Głównej". Nie będziemy się zagłębiać w szczegóły akcji scaleniowej, dość powiedzieć, jakie organizacje przynajmniej częściowo podporządkowały się Armii Krajowej, a jakie pozostały niezależne do końca wojny. Wśród tych, które udało się przyciągnąć do AK poczesne miejsce zajmują Bataliony Chłopskie jako reprezentant militarny Stronnictwa Ludowego. W praktyce, jak już mówiliśmy, proces scalania przebiegał powoli i w wielu miejscach nie doszło nawet do współdziałania, nie mówiąc już o uzależnieniu BCh od AK. Teoretycznie Armii Krajowej podporządkowane zostały Narodowa Organizacja Wojskowa jako zbrojne ramię Stronnictwa Narodowego, socjalistyczna Organizacja Bojowa jako przybudówka PPS-u oraz pomniejsze organizacje: Gwardia Ludowa PPS-WRN, Obóz Polski Walczącej, Tajna Armia Polska, "Racławice", Konfederacja Zbrojna, Narodowe Siły Zbrojne i wiele innych, często o charakterze lokalnym. Nie podporządkowały się natomiast Gwardia Ludowa i Armia Ludowa jako siły partii komunistycznej kierowanej głównie przez Moskwę oraz część Narodowej Siły Zbrojnej, której struktury nie były jednolite, ale mocno rozczłonkowane i wywodzące się z różnych frakcji politycznych.

 

Mówiliśmy już, iż pod względem strukturalnym Armia Krajowa była niejako spadkiem po spuściźnie Związku Walki Zbrojnej. To właśnie w okresie funkcjonowania ZWZ wykształcone zostały ogniwa terenowe oraz Komenda Główna organizacji niepodległościowej i tylko w niewielkim stopniu kształt ten ulegał przeobrażeniom wraz z upływającym czasem, rozwojem sytuacji polityczno-militarnej oraz działaniami kadry dowódczej AK. Liczebność organizacji zmieniała się dość drastycznie, co związane było z akcją werbunkową, podejmowaniem się aktywnych działań (ludność przyciągały hasła otwartej walki z okupantem) oraz prowadzona akcja scaleniowa, która choć w pewnej części przyniosła efekty w postaci członków innych organizacji, którzy zasilili szeregi Armii Krajowej. Historia organizacji pokazuje również, iż niejednokrotnie dochodziło do przenoszenia się członków podziemnych grup do szeregów AK. Migracja trwała również w odwrotnym kierunku i spotykane były przypadki, gdy żołnierze Armii Krajowej decydowali się na wsparcie Batalionów Chłopskich, a nawet militarnych grup lewicowych, w tym Gwardii Ludowej i Armii Ludowej. Ogółem jednak liczebność organizacji wahała się w granicach 300 tys. członków, przy czym latem 1943 roku szacowano ją na rekordową liczbę 380 tys. ludzi. Werbowani członkowie delegowani byli do pracy w terenie lub Komendzie Głównej. W lutym 1942 roku zatwierdzono tekst przysięgi Armii Krajowej, który warto przytoczyć:

Przyjmowany w szeregi organizacji stwierdzał:

"W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polskiej kładę swe ręce na ten Święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia, i przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił – aż do ofiary życia mego.

Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń Dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało. Tak mi dopomóż Bóg."

Na co odbierający przysięgę replikował:

"Przyjmuję Cię w szeregi Armii Polskiej, walczącej z wrogiem w konspiracji o wyzwolenie Ojczyzny. Twym obowiązkiem będzie walczyć z bronią w ręku. Zwycięstwo będzie Twoją nagrodą. Zdrada karana jest śmiercią."

 

Ten piękny ceremoniał przetrwał do końca okresu działalności Armii Krajowej i miał symboliczną wymowę. Wielu z tych, którzy przystąpili do organizacji, otrzymało odznaczenia za ofiarną służbę, a jako oznakowanie żołnierzy AK służyła biało-czerwona opaska noszona na ramieniu.

Przejdziemy teraz do omawiania struktur organizacyjnych Armii Krajowej, zaczynając od "góry" na szczeblach hierarchii podziemnej, a więc Komendy Głównej. W pierwszej kolejności zająć się musimy dowódcami AK oraz kulisami ich powołania i zwolnienia. Pierwszym z nich był gen. Stefan Rowecki ps. "Grot", który otrzymał nominację jako logiczną konsekwencję głównodowodzenia nad Związkiem Walki Zbrojnej. Swoją funkcję sprawował do 30 czerwca 1943 roku, kiedy to został aresztowany przez Gestapo. Najprawdopodobniej przyczyną wsypy była denuncjacja, a "Grota" zdradzili Blanka Kaczorowska, Ludwik Kalkstein i Eugeniusz Świerczewski, którzy poinformowali Niemców, iż dowódca AK przebywa w lokalu przy ul. Spiskiej 14m.10. Rowecki nie doczekał końca wojny i zginął zamordowany w obozie Sachsenhausen tuż po wybuchu Powstania Warszawskiego. Prawdopodobnie odmówił współpracy i nie zdecydował się na wsparcie Niemców w ich antypolskich dążeniach, mimo iż groziła mu śmierć. Jego miejsce w Armii Krajowej powierzono gen. Tadeuszowi Komorowskiemu ps. "Bór", który już 1 lipca 1943 roku przejął obowiązki "Grota". 17 lipca przyszło do Warszawy oficjalne powiadomienie o nominacji Rządu Emigracyjnego. "Bór" był wcześniej zastępcą Roweckiego, zarówno w ZWZ, jak i AK i naturalnym stało się, iż przejmie schedę po "Grocie". To on podjął decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego i po upadku zrywu zbrojnego dostał się do niemieckiej niewoli. W międzyczasie, 30 września 1944 roku otrzymał, dość symbolicznie, stanowisko Naczelnego Wodza. Wreszcie 4 października komendantem AK został gen. Leopold Okulicki ps. "Niedźwiadek", choć oficjalne potwierdzenie nominacji przez Londyn datuje się na 21 grudnia 1944 roku. Był dowódcą AK do czasu jej rozwiązania. W późniejszym okresie został on osądzony przez Sowietów w procesie szesnastu i zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w radzieckim więzieniu. Prawdopodobnie został zamordowany przez stalinowskich siepaczy. Teraz zajmiemy się strukturą Komendy Głównej.

 

KOMENDA GŁÓWNA ARMII KRAJOWEJ

 

Dowódcy - gen. Stefan Rowecki, gen. Tadeusz Komorowski, gen. Leopold Okulicki

zastępcy dowódcy - gen. Tadeusz Komorowski, gen. bryg. Tadeusz Pełczyński ps. "Adam", "Grzegorz", "Robak" - dodatkowo Szef Sztabu Komendy Głównej AK, brał udział w Powstaniu Warszawskim, dostał się do niemieckiej niewoli.

Szef Sztabu Komendy Głównej AK - gen. bryg. Tadeusz Pełczyński, następnie płk dypl. Janusz Bokszczanin ps. "Lech", "Sęk", "Wir"

I zastępca Szefa Sztabu Komendy Głównej AK - gen. bryg. Stanisław Tatar, płk dypl. Janusz Bokszczanin, gen. bryg. Leopold Okulicki, płk dypl. Józef Szostak

Zastępca Szefa Sztabu Komendy Głównej AK ds. technicznych, dowodzenia i łączności - płk dypl. Kazimierz Pluta-Czachowski ps. "Gołdyn".

Zastępca Szefa Sztabu Komendy Głównej AK ds. organizacyjnych - płk inż. Antoni Sanojca ps. "Knapik".

Zastępca Szefa Sztabu Komendy Głównej AK ds. kwatermistrzowskich - płk dypl. Zygmunt Miłkowski ps. "Denhoff", ppłk dypl. Karol Strusiewczi ps. "Karol"

Kierownictwo Walki Cywilnej - Stefan Korboński ps. "Nowak".

Biuro Finansów i Kontroli (często traktowane jako odrębny Oddział VII) - ppłk dypl. Stanisław Thun ps. "Leszcz".

Biuro Informacji i Propagandy (w konsekwencji traktowane jako Oddział VI) - płk dypl. Jan Rzepecki - późniejszy dowódca WiN.

- Wydział Propagandy Bieżącej - mjr Tadeusz Wardejn-Zagórski ps. "Gozdawa".

- Wydział Informacji - mjr Jerzy Makowiecki ps. "Tomasz", por. Aleksander Gieysztor ps. "Lisowski".

- Wydział Propagandy Mobilizacyjnej - kpt. Tadeusz Żenczykowski ps. "Kania".

- Wydział Kolportażu - Wanda Kraszewska-Ancerewicz ps. "Lena".

- Wydział Propagandy Antykomunistycznej - por. Tadeusz Żenczykowski ps. "Kania".

- Tajne Wojskowe Zakłady Wydawnicze - Jerzy Rutkowski ps. "Kmita".

 

Oddział I Organizacyjny - płk Franciszek Kamiński ps. "Zenon" - wydział ten odpowiadał za utrzymywanie kontaktu konspiracyjnego z Polakami poza granicami ojczyzny oraz zajmował się rozplanowaniem działań bieżących oraz kwestiami organizacji personalnej. Wyróżniono w nim:

- Biuro Personalne - mjr Jerzy Antoszewicz ps. "Iwo", płk Stanisław Juszczakiewicz ps. "Kornik", płk Jan Gorazdowski ps. "Wolański".

- Komenda Rezerw Krajowych - gen. bryg. Albin Skroczyński ps. "Chrabąszcz", gen. bryg. Jan Skorobohaty-Jakubowski ps. "Kaczmarek".

- Wojskowa Służba Kobiet - ppłk Maria Wittek ps. "Mira".

- Służba Sprawiedliwości - płk Konrad Zieliński ps. "Karola".

- Służba Duszpasterska - ks. płk Tadeusz Jachimowski ps. "Budwicz", ks płk Jerzy Sienkiewicz ps. "Guzenda".

Oddział II Informacyjno-Wywiadowczy - ppłk dypl. Wacław Berka ps. "Brodowicz", ppłk dypl. Marian Drobik ps. "Dzięcioł", płk dypl. Kazimierz Iranek-Osmecki ps. "Antoni", ppłk dypl. Bohdan Zieliński ps. "Legus" - jak sama nazwa wskazuje, wydziałowi podporządkowano kwestie wywiadowcze i kontrwywiadowcze. Obok tego do kompetencji Oddziału II oddano sprawy łączności.

Wyróżniono:

- Wydział Wywiadowczy - ppłk dypl. Franciszek Herman ps. "Bogusławski".

- Biuro Studiów - mjr dypl. Bohdan Zieliński ps. "Tytus".

- Wywiad Obronny - Bernard Zakrzewski ps. "Oskar"

Oddział IIIa Operacyjny - płk dypl. Stanisław Tatar, płk dypl. Józef Szostak, ppłk dypl. Jan Kamieński ps. "Konar".

Oddział III b Wyszkoleniowy - ppłk Kazimierz Bąbiński ps. "Boryna" - Oddział III zajmował się przede wszystkim kwestiami planowania bieżącej walki zbrojnej oraz przygotowaniami do wybuchu powstania powszechnego. Opracowano wytyczne działalności oraz szczegółowe informacje dot. możliwości zorganizowania walki powszechnej. Ważniejsze wydziały lub komórki:

- Wydział Piechoty i Wyszkolenia - płk dypl. Karol Ziemski ps. "Wachowski".

- Wydział Artylerii - ppłk Jan Szczurek-Cergowski ps. "Sławbor".

- Wydział Broni Szybkich - płk dypl. Janusz Bokszczanin ps. "Sęk".

- Wydział Saperów - ppłk Franciszek Niepokólczycki.

- Wydział Lotnictwa - płk Bernard Adamecki ps. "Gozdawa".

- Wydział Marynarki - kom. Konstanty Jacynicz ps. "Witold".

Oddział IV Kwatermistrzowski - płk dypl. Adam Świtalski ps. "Dąbrowa", płk dypl. Kazimierz Iranek-Osmecki, ppłk dypl. Augustyn Waluś ps. "Kornel", ppłk dypl. Stefan Górnisiewicz ps. "Góra" - produkcja konspiracyjna, uzbrojenie, intendentura.

Ponadto:

- Służba Uzbrojenia - ppłk Jan Szypowski ps. "Leśnik".

- Służba Intendentury - ppłk dypl. Henryk Bezeg ps. "Gil".

- Służba Zdrowia - płk lek. dr med. Kazimierz Baranowski ps. "Kazia", płk lek. dr med. Leon Strehl ps. "Feliks".

- Służba Geograficzna - ppłk Mieczysław Szumański ps. "Bury".

- Wydział Produkcji Konspiracyjnej - por. inż. Witold Gokiel ps. Ryszard".

Oddział V Dowodzenia i Łączności - płk dypl. Józef Kazimierz Pluta-Czachowski - łączność pomiędzy poszczególnymi rejonami oraz z zagranicą, odbiór zrzutów, służba kurierska, przyjmowanie cichociemnych.

 Wyróżniono:

- Wydział Łączności Technicznej - mjr inż. Józef Srebrzyński ps. "Józef", ppłk Jerzy Uszycki ps. "Jurski", mjr Stefan Jodłowski ps. "Grabowski".

- Kierownictwo Odbioru Zrzutów - ppłk Konstanty Kułagowski.

- Wydział Łączności Konspiracyjnej - mjr Janina Karasiówna ps. "Bronka", mjr Julia Piwońska ps. "Henryka".

Oddział VI Informacji i Propagandy - płk dypl. Jan Rzepecki, kpt. Kazimierz Moczarski ps. "Borsuk" - jeden z najważniejszych oddziałów, istniejący jeszcze w strukturach SZP i ZWZ.

Jego głównym zadaniem było prowadzenie dokumentacji, informowanie społeczeństwa polskiego i świata o walce prowadzonej przez Polskie Podziemie oraz dokumentowanie zbrodni popełnionych przez okupanta (struktura omówiona została przy opisie Biura Informacji i Propagandy - pojęcia te są tożsame).

Oddział VII Finansów i Kontroli - ppłk Stanisław Thun ps. "Leszcz", ppłk dypl. Antoni Kruczyński ps. "Pirat", mjr Jerzy Michalewski ps. "Dokładny", ppłk Edward Lubowicki ps. "Górnik" - szeroko pojęte gromadzenie, dysponowanie i kontrolowanie środków finansowych przepływających przez Armię Krajową.

Związek Odwetu - ppłk Franciszek Niepokólczycki,

"Wachlarz" - ppłk Jan Włodarkiewicz, ppłk Remigiusz Grocholski.

Kierownictwo Dywersji - gen. bryg. August Emil Fieldorf, płk Jan Mazurkiewicz ps. "Radosław".

Szefostwo Biur Wojskowych - ppłk Ludwik Muzyczka ps. "Benedykt".

Wojskowa Służba Ochrony Powstania - ppłk Władysław Galica ps. "Bródka", płk Józef Koczwara ps. "Zbigniew" - formalnie została podporządkowana Oddziałowi IV Kwatermistrzowskiemu.

Oddziały na Węgrzech - ppłk Korkozowicz.

 

Struktury terenowe Armii Krajowej miały niepośledni wpływ na jej działalność. Dzięki doskonałej organizacji terenowej członkowie AK mogli dotrzeć niemal w każdy rejon okupowanych ziem, a najeźdźca mógł się spodziewać uderzenia w każdym miejscu. Komenda Główna postanowiła podzielić całość terytorium okupowanego, dzięki czemu w lutym uzyskano 3 Obszary (Obszar Południowo-Wschodni liczymy jako jeden element struktury), 16 Okręgów oraz pomniejsze jednostki strukturalne. Z grubsza przypadały one na województwa lub grupy województw według podziału przedwojennego. W Okręgach budowano Obwody, a te z kolei mogły zostać podzielone na Rejony i wreszcie Placówki, co tworzyło swoistą drabinę hierarchiczną w strukturach AK. Ostatecznym stadium formowania grup było utworzenie plutonu, który liczył sobie kilkudziesięciu ludzi operujących na danym terenie. Na początku 1944 roku w skład AK wchodziło ponad 6200 plutonów w składzie pełnym i ponad 2600 w składzie niepełnym. Przyjrzyjmy się zatem strukturom terenowym organizacji z 1944 roku:

Obszar Warszawski - płk Albin Skroczyński ps. "Łaszcz":

- Podokręg Wschodni - płk Hieronim Suszczyński ps. "Szeliga".

- Podokręg Zachodni - płk Franciszek Jachieć ps. "Roman".

- Podokręg Północny - ppłk Zygmunt Marszewski ps. "Kazimierz".

Obszar Południowo-Wschodni - płk Władysław Filipkowski ps. "Janka".

- Okręg Lwów - ppłk Władysław Smereczyński ps. "Esem", p.o. ppłk Adolf Galinowski ps. "Robert", płk Ludwik Czyżewski ps. "Franciszka", ppłk dypl. Stefan Czerwiński ps. "Karabin".

- Okręg Stanisławów - ppłk Jan Rpogowski ps. "Jastrzębiec", mjr Władysław Herman ps. "Globus".

- Okręg Tarnopol - ppłk Franiszek Studziński ps. "Kotlina".

Obszar Zachodni - płk Zygmunt Miłkowski ps. "Denhoff".

- Okręg Pomorze - płk Rudolf Ostrihansky ps. "Aureliusz", płk Janusz Pałubicki ps. "Piorun", mjr Franciszek Trojanowski ps. "Fala".

- Okręg Poznań - mjr Wacław Kotecki ps. "Kotowski", płk Henryk Kowalówka ps. "Skawa", ppłk Andrzej Rzewuski ps. "Abrek".

Wydzielone okręgi:

- Okręg Białystok - ppłk Władysław Liniarski ps. "Mścisław".

- Okręg Kielce-Radom - płk Feliks Jędrychowski ps. "Ostroga", płk dypl. Stanisław Dworzak ps. "Daniel", płk Jan Zientarski ps. "Ein".

- Okręg Kraków - dypl. Zygmunt Miłkowski ps. "Wrzos", płk dypl. Józef Spychalski ps. "Luty", płk dypl. Edward Godlewski ps. "Garda", gen. bryg. Stanisław Rostorowski, płk Edward Godlewski, płk Przemysław Nakoniecznikow-Klukowski ps. "Kruk II".

- Okręg Lublin - płk Ludwik Bittner ps. "Tarnowski", płk Kazimierz Tumidajski ps. "Marcin", ppłk Franciszek Żak ps. "Wir".

- Okręg Łódź - ppłk Stanisław Juszczakiewicz ps. "Kornik", płk Ludwik Czyżewski ps. "Julian", płk Michał Stempkowski ps. "Barbara".

- Okręg Nowogródek - ppłk Janusz Prawdzic-Szlaski ps. "Borsuk", ppłk Adam Szydłowski ps. "Poleszuk", ppłk Maciej Kalenkiewicz ps. "Kotwicz", rt. Jan Skorb ps. "Boryna".

- Okręg Polesie - ppłk Franciszek Józef Faix ps. "Ordyński", ppłk Stanisław Dobrski ps. "Żuk", płk Henryk Krajewski ps. "Leśny".

- Okręg Śląsk - ppłk Henryk Kowalówka ps. "Skawa", ppłk dypl. Paweł Zagórowski ps. "Andrzej", ppłk dypl. Zygmunt Janke ps. "Gertruda".

- Okręg Warszawa-Miasto - gen. bryg. Antoni Chruściel ps. "Monter".

- Okręg Wilno - ppłk Aleksander Krzyżanowski ps. "Wilk", ppłk dypl. Julian Kulikowski ps. "Drohomirski", ppłk Stanisław Heilman ps. "Tomasz".

- Okręg Wołyń - ppłk Kazimierz Bąbiński ps. Luboń, ppłk Jan Wojciech Kiwerski ps. "Dyrektor".

 

Dokonanie syntezy ogółu działań bojowych Armii Krajowej jest niezwykle trudne ze względu na ilość akcji, jakie organizacja ta przeprowadziła na drodze do odzyskania niepodległości. Jak wiemy, były one wymierzone głównie w Niemców, choć nie brakowało i takich, w których celem numer jeden było zaszkodzenie Sowietom. My skupimy się przede wszystkim na akcjach przeciwko okupantowi niemieckiemu, który najmocniej dał się we znaki Polakom okresu okupacji. Natężenie działań Armii Krajowej było zmienne i wiązało się z ogólnymi wytycznymi przedstawianymi przez Komendę Główną, która funkcjonowanie organizacji musiała dopasować do ówczesnej sytuacji politycznej i militarnej. W niektórych okresach skupiano się zatem przede wszystkim na uderzeniach w komunikację i gospodarkę okupanta, co miało pomóc walczącej Armii Czerwonej. Były również momenty, gdy Polskie Podziemie zdecydowało się na akcje terrorystyczne wymierzone w okupanta, rewanżując się tym samym za ogrom zbrodni popełnionych na narodzie polskim. Po kryzysie stosunków polsko-radzieckich, co związane było z odkryciem grobów katyńskich, kolejni komendanci Armii Krajowej już nie tak ochoczo wspierali front wschodni i sojusznika, który stawiał opór Wehrmachtowi. Rowecki jeszcze wiosną 1943 roku nakazał ograniczenie dywersji, aby zanadto nie przyczyniać się do sukcesów Armii Czerwonej, która stawała się coraz mniej pożądanym sprzymierzeńcem. W naszej krótkiej, bądź co bądź, rozprawie na temat historii Armii Krajowej nie może uwzględnić wszystkich akcji bojowych, jakie wykonała ta organizacja na przestrzeni kilkudziesięciu miesięcy swojej działalności. Taki spis byłby zresztą niemożliwy do sporządzenia ze względu na ogrom ilościowy operacji żołnierzy Polskiego Podziemia. Dlatego też skupimy się na najważniejszych wydarzeniach w bojowej historii organizacji, wymieniając najważniejsze akcje i omawiając kilka z nich. Nasze rozważania poprzedzić musimy ogólnym podsumowaniem wysiłku zbrojnego Armii Krajowej (częściowo także Związku Walki Zbrojnej). Zestawienie akcji bojowych za okres od 1 stycznia 1941 roku do 30 czerwca 1944 roku. Dane te znalazły się w oficjalnym sprawozdaniu Komendy Głównej AK, która chciała podsumować dotychczasowe osiągnięcia organizacji. Wprawdzie zawierają one w sobie ponad 13 miesięcy, w czasie których działania bojowe wykonywano pod szyldem Związku Walki Zbrojnej, jednakże i tak czytelnik może uzyskać pożyteczne rozeznanie w sytuacji bojowej największej polskiej organizacji podziemnej. I tak (za "Powstanie Warszawskie", Jerzy Kirchmayer):

Uszkodzono parowozów - 6930.

Przetrzymano w remoncie parowozów - 803.

Wykolejono transportów - 732.

Podpalono transportów - 443.

Uszkodzono wagonów kolejowych - 19 053.

Przerwano sieci elektrycznych na węźle Warszawa - 638.

Uszkodzono lub zniszczono samochodów wojskowych - 526.

Wysadzono mostów kolejowych - 38 Uszkodzono samolotów - 28.

Zniszczono cystern benzyny - 1167.

Zniszczono ton benzyny - 4674.

Zagwożdżono szybów naftowych - 3.

Spalono wełny drzewnej (wagonów) - 150.

Spalono wojskowych magazynów - 122.

Spalono wojskowych składów żywnościowych - 8.

Unieruchomiono czasowo produkcję w fabrykach - 7.

Wykonano wadliwie części silników lotniczych - 4710.

Wykonano wadliwie lufy dział - 203.

Wykonano wadliwie pocisków artyleryjskich - 92 000.

Wykonano wadliwie radiostacji lotniczych - 107.

Wykonano wadliwie dla przemysłu elektrycznych kondensatorów - 570 000.

Wykonano wadliwie obrabiarek - 1700.

Uszkodzono ważnych maszyn w fabrykach - 2872.

Wykonano różnych aktów sabotażu - 25 145.

Wykonano zamachów na Niemców - 5733.

 

Być może dane nie mają charakteru całkowitego wyliczenia akcji sabotażowo-dywersyjnych podjętych przez Polskie Podziemie, jednakże pokazują, jak ogromnym zaangażowaniem cieszyły się operacje godzące w okupanta w taki czy inny sposób. Szczególną uwagę zwraca rubryka ostatnia, a więc przedstawiająca ilość zamachów na Niemców, ponieważ takie akcje były najbardziej spektakularne i nierzadko obarczone największym ryzykiem. Ogromny wpływ na przemysł okupanta miały akty sabotażu wykonywane w fabrykach, na drogach, na kolei, w transportach - było to związane szczególnie z "bitwą o tory" (hasło to lansowała głównie Armia Ludowa), która przyczyniała się do osłabienia zaplecza Wehrmachtu w dobie wojny niemiecko-radzieckiej. Wiemy jednak, iż działalność tego typu prowadzona była do pewnego czasu, w późniejszym okresie notujemy znaczne ograniczenie dywersji kolejowej w związku z napiętymi relacjami polsko-radzieckimi. Okres przełomu lat 1943-44 to przede wszystkim czas wykonywania planu "Burza". Jego zwieńczeniem był wybuch Powstania Warszawskiego, najważniejszej i największej akcji zbrojnej Polskiego Podziemia, która w zasadzie zakończyła większą działalność Armii Krajowej. Okres popowstaniowy to nie tylko ograniczenie akcji "Burza" do minimum, co jasno wynikało z rozkazu nowego komendanta Armii Krajowej, ale i powolne wygasanie oporu AK ze względu na przesuwanie się frontu oraz działalność antypartyzancką Sowietów (oczywiście, w stosunku do organizacji niepowiązanych ideologicznie z Moskwą). Prześledźmy zatem najważniejsze akcje zorganizowane przez Armię Krajową na przestrzeni lat 1942-44.

16 kwietnia 1942 roku, w dwa miesiące po oficjalnym utworzeniu Armii Krajowej, na łamach "Biuletynu Informacyjnego" ukazała się reprodukcja znaku Polski Walczącej, kotwicy złożonej z liter P i W, która odtąd stać się miała symbolem walki z okupantem. Ocenia się, iż tekst, który tłumaczył zasady stosowania znaku kotwicy napisał Aleksander Kamiński. Warto zacytować fragment wypowiedzi: "Juz od miesiąca na murach Warszawy rysowany jest znak kotwicy. [...] Zapieczętowany być może przez jakiś zespół - znak ten stał się już własnością powszechną. Co dzień ścierany z murów pojawia się na tych murach na nowo, rysowany przez nieznane tysiące rąk [...]". Rzeczywiście, kotwiczki pojawiały się samorzutnie w wielu miejscach w kraju i stały się przeciwwagą dla wszędobylskiej niemieckiej swastyki. Szczególnie silnie akcentowano wagę symbolu w Warszawie, gdzie prężną działalność podjęli członkowie Szarych Szeregów, niejako spadkobiercy przedwojennego harcerstwa. Wśród nich na szczególną uwagę zasługiwali bohaterowie książki Kamińskiego pt. "Kamienie na szaniec" - Jan Bytnar ps. "Rudy" i Aleksy Dawidowski ps. "Alek". Obaj odznaczyli się niezwykłą odwagą i pomysłowością na polu walki z okupantem. "Alek" stał się bohaterem jednej z najsłynniejszych akcji w walce o kulturę. 19 lutego 1942 roku zdecydował się on na brawurową akcję ściągnięcia tablicy zasłaniającej normalny napis na pomniku Mikołaja Kopernika w Warszawie. Niemcy zdecydowali się na zasłonięcie pamiątkowej tablicy w języku polskim, która wyrażała wdzięczność narodu dla wybitnego astronoma: „Mikołajowi Kopernikowi – Rodacy”, i zamiast niej wstawili własną: „Dem Grossem Astronomen”. Pomnik miał teraz wyrażać germańskie pochodzenie Kopernika, co od dawna postulowali Niemcy. "Alek", wiele ryzykując (pomnik znajdował się naprzeciwko budynku granatowej policji), odkręcił mosiężną płytę. Akt ten rozsierdził gubernatora Fischera, który nakazał zlikwidowanie pomnika Jana Kilińskiego w odwecie za uderzenie Dawidowskiego. I tym razem "Alek" pokazał, że zasługuje na miano wybitnego działacza Polski Podziemnej, bowiem nie tylko zdołał wykupić szablę Kilińskiego ze zdemontowanego pomniki, ale i oznaczyć miejsce, w które ów cokół przewieziono (trafił do Muzeum Narodowego). Takich akcji było oczywiście więcej, nierzadko miały charakter spektakularny, częściej decydowano się na drobne uderzenia w politykę okupanta, jak rozwieszanie polskich flag czy rysowanie prześmiewczych symboli piętnujących hitlerowców. Były to akcje ważne z moralnego punktu widzenia (podtrzymywały ludność na duchu), jednakże okupant cierpiał na tym w niewielkim stopniu. 24 lipca 1942 roku Rowecki zameldował gen. Sikorskiemu, iż od września rusza nowa faza działań dywersyjno-sabotażowych. Armia Krajowa planowała wzmożenie operacji przeciwko Niemcom, a najlepszym tego dowodem było zorganizowanie akcji "Wieniec" w nocy z 7 na 8 października 1942 roku. Był to pierwszy tak silny atak członków Polskiego Podziemia na transport okupanta. Akcja powiodła się niemal w całości i na kilka godzin, a w niektórych miejscach nawet dni, sparaliżowała ruch kolejowy wokół Warszawy. Gdy w listopadzie powstało Kierownictwo Dywersji, wzięło na swoje barki ciężar działań. Aktywna działalność zastąpiła dotychczasowe oczekiwanie na rozwój sytuacji, co oczywiście natychmiast przełożyło się na popularność Armii Krajowej w okupowanej ojczyźnie. Podsumowaniem zwrotu w polityce dywersyjnej Roweckiego były akcje organizowane na Zamojszczyźnie na przełomie 1942 i 1943 roku. Żołnierze Armii Krajowej aktywnie wystąpili przeciwko niemieckim próbom eksterminacji tamtejszej ludności, sprzeciwiając się próbom wysiedlenia mieszkańców Zamojszczyzny. Ogromny wkład w budowanie samoobrony miały również Bataliony Chłopskie, organizacja najprężniejsza w tamtym rejonie. Styczeń 1943 roku przyniósł dwie ważne kwestie, jeśli chodzi o działalność Armii Krajowej. 18 dnia tego miesiąca zorganizowano akcję pińską, która pozwoliła na odbicie członków Polskiego Podziemia więzionych przez okupanta. Uderzenie wykonano niezwykle sprawnie, a za akcją stały głównie oddziały Kedywu. Niestety, w kolejnych miesiącach ci sami ludzie mieli ponownie paść ofiarą hitlerowskiej polityki eksterminacyjnej. Mimo to styczniowa akcja była sukcesem. W cztery dni później Dowódca AK wydał rozkaz, w którym nakazał oznaczanie akcji wykonywanych przez podległą mu organizację. Od tej pory na miejscu wykonywania zadania zostawiano wyraźne ślady i oznakowanie jasno pokazujące, kto stoi za uderzeniem. Była to cenna inicjatywa na drodze do budowania potęgi Armii Krajowej, której od tej pory nie można było zarzucić bierności. 26 marca odbyła się bodaj najsłynniejsza akcja Polskiego Podziemia, w której główne role grali znani nam już Bytnar i Dawidowski. Kilka dni wcześniej "Rudy" został złapany przez Niemców, co skłoniło jego kolegów do zorganizowania akcji odbicia Bytnara z rąk okupanta. 26 marca uderzono na konwój przewożący więźniów, a od miejsca natarcia operację nazwano akcją pod Arsenałem. Skończyła się ona połowicznym sukcesem - wprawdzie oswobodzono więźniów przewożonych ciężarówką, jednakże nie udało się utrzymać przy życiu "Rudego", którego uratowanie było głównym celem akcji. Co gorsza, podczas walk zginął również "Alek", otrzymując śmiertelny w skutkach postrzał. "Rudy" umarł z powodu ran odniesionych podczas brutalnego przesłuchania. Śmierć Bytnara przyniosła krwawy odwet Polskiego Podziemia, które zlikwidowało oprawców przyjaciela. Był to zresztą okres, w którym Armia Krajowa dojrzała niejako do rozpoczęcia akcji wymierzonej w poszczególne jednostki hitlerowskiego aparatu terroru. Szereg zamachów na ważne osobistości zainicjowano 20 kwietnia w Krakowie, gdy podjęto się próby likwidacji SS-Obergruppenführera Friedricha Wilhelma Krügera, dowódcy SS i Policji na obszar Generalnego Gubernatorstwa. Wprawdzie akcja skończyła się fiaskiem, jednakże pokazała, iż nikt nie może czuć się bezpieczny, zwłaszcza gdy dopuszcza się licznych przewinień w stosunku do ludności polskiej. W tym samym czasie dramatyczne wydarzenia miały miejsce w Getcie Warszawskim, gdzie rozpoczęło się powstanie ludności żydowskiej. Armia Krajowa w nieznacznym stopniu wsparła bojowników getta, organizując kilka akcji. Teren działań był jednak trudny, warunki uniemożliwiały aktywne wsparcie Żydów w ich heroicznym wysiłku. 30 czerwca Armia Krajowa poniosła niepowetowaną stratę w postaci aresztowania gen. Stefana Roweckiego. Jego następca, Tadeusz Komorowski, nie wykazał się taką inwencją i wyczuciem w organizowaniu prac Polski Podziemnej, jednakże postanowił kontynuować drogę obraną przez poprzednika i także nie stronił od aktywnego oporu względem okupanta hitlerowskiego. 12 sierpnia żołnierze oddziału "Motor" funkcjonującego w ramach Kedywu zaatakowali samochód przewożący pieniądze z Banku Emisyjnego. Akcja zakończyła się całkowitym powodzeniem, choć nie ustrzeżono się strat - rany odniosło 2 członków Polskiego Podziemia. Udało się jednak zarekwirować blisko 105 mln złotych, co pozwoliło na mocne wsparcie kasy Armii Krajowej. W kolejnych miesiącach coraz większą wagę przywiązywano do sytuacji na terenach wschodnich, gdzie wkrótce mieli wkroczyć żołnierze Armii Czerwonej. To skłaniało dowództwo Armii Krajowej do zainicjowania operacji "Burza", jednocześnie przystępowano do rozprawy z bandami, które grasowały w tamtych rejonach. 15 września Komorowski wydał instrukcję, z której jasno wynikało, iż jego żołnierze mieli likwidować element bandycki, co czasem mogło prowadzić do konfrontacji z bojówkami komunistycznymi. W listopadzie wreszcie nadszedł sygnał o zainicjowaniu akcji "Burza". Wyzwalanie terytoriów wschodnich zanim wejdą tam siły Armii Czerwonej było słuszną inicjatywą, jednakże skuteczność "Burzy" pozostawiała wiele do życzenia. Wprawdzie oddziały Armii Krajowej zaangażowały się w walki o szereg miejscowości, nierzadko współpracując przy tym z Sowietami, lecz działania te były z góry skazane na niepowodzenia. Potwierdzeniem tej tezy były tragiczne wydarzenia na Wileńszczyźnie, gdzie w lipcu AK-owcy zaangażowali się w walki o wyzwolenie Wilna, a następnie zostali aresztowani przez siły radzieckie. W kolejnych dniach podobny los spotkał członków Armii Krajowej, którzy wzięli udział w walkach o Lwów. Armia Czerwona rozbroiła Polaków, a 27 lipca komendant Obszaru Lwów zarządził rozwiązanie podległych mu oddziałów, decydując się na ten krok wobec żądań Sowietów. Była to jedyna możliwość uchronienia podwładnych przed represjami ze strony Armii Czerwonej i NKWD. Akcja "Burza" nie tylko nie przyniosła spodziewanych efektów, ale i przyczyniła się do rozbicia Armii Krajowej przez ideologicznych wrogów sterowanych przez Moskwę i Józefa Stalina. Nieuzasadniona agresja przekreślała możliwość współpracy obu stron w budowaniu Polski antyniemieckiej i niepodległej. Wróćmy jednak do początków 1944 roku. 1 lutego zorganizowano w Warszawie zamach na SS-Brigadeführera Franza Kutscherę. Tym razem zamachowcom udało się wykonanie zadania i zlikwidowanie wyróżniającego się gorliwością funkcjonariusza hitlerowskiej machiny okupacyjnej. Była to zresztą akcja z cyklu "Główki" - serii uderzeń na niemieckich dygnitarzy. Obok spektakularnych sukcesów notowano też poważne klęski, które kosztowały życie wielu żołnierzy Armii Krajowej. Najgorszym przedsięwzięciem AK były zdecydowanie walki z okupantem w Puszczy Solskiej w drugiej połowie czerwca. Okrążone siły Polskiego Podziemia biły się z regularnymi jednostkami niemieckimi, którym uległy, tracąc kilkuset żołnierzy. Była to największa porażka AK-owców do czasów Powstania Warszawskiego. To wybuchło 1 sierpnia. Walki o Warszawę były przede wszystkim inicjatywą tamtejszego dowództwa AK, które uważało, iż dysponuje wystarczającymi siłami do wyzwolenia stolicy. Wprawdzie do 4 sierpnia udało się opanować powstańcom sporą część miasta, jednakże od tej pory inicjatywa przeszła w ręce Niemców, którzy stopniowo likwidowali kolejne punktu oporu żołnierzy Armii Krajowej. Izolowane dzielnice upadały, a opór AK był niezwykle kosztowny. Cierpiała przede wszystkim ludność cywilna, którą masowo mordowały wojska hitlerowskie. Był to jeden z największych aktów niemieckiej przemocy na bezbronnej ludności. Dewastowano także miasto. Straty ludności cywilnej szacowane są nawet na 150 tys. ludzi. Tyle pomordowano na miejscu, wielu zginęło później w niemieckich obozach lub w kolejnych miesiącach działań wojennych. Powstanie Warszawskie, zakończone 2 października 1944 roku, w zasadzie było końcem aktywnej działalności Armii Krajowej. Większa akcje notowano później jeszcze w krakowskim, częstochowskim. Walka o stolicę była jednak największym i najtragiczniejszym epizodem działalności AK - epizodem, który nie tylko nie przyniósł upragnionej wolności, ale i pozbawił dowództwo Polskiego Podziemia ogromnej ilości sił zmarnotrawionych na walkę z Niemcami.

Upadek Powstania Warszawskiego był kolejną przełomową datą w historii Armii Krajowej. Zadziwiające jest, jak wielką obłudą potrafili wykazać się działacze komunistyczni. Tuż przed wybuchem walk nawoływali do rozpoczęcia boju o wyzwolenie stolicy, a następnie jednoznacznie odcięli się od wydarzeń w Warszawie. Sam Stalin nie chciał się mieszać do tej "awantury" i odmówił pomocy walczącemu podziemiu. Warto zwrócić uwagę, iż zarówno z politycznego, jak i militarnego punktu widzenia Powstanie Warszawskie okazało się całkowitym niewypałem. Sojusznicy alianccy mieli uzasadnione pretensje do Rządu Emigracyjnego, iż ten samorzutnie zdecydował się na tak ryzykowną operację, nie konsultując ze sprzymierzeńcami. Nie był to dobry prognostyk dla sprawy polskiej, bowiem niesubordynacja w szeregach koalicji i ciągłe tarcia na linii Warszawa-Moskwa podkopywały zaufanie do Rządu Emigracyjnego i jego militarnego i politycznego podziemia w okupowanej ojczyźnie. Jeśli zaś chodzi o kwestie militarne, to wybuch powstania zaprzepaścił szanse stawiania oporu Sowietom, jeśli taka możliwość w ogóle istniała. Polskie Podziemie i Niemcy wyniszczyli się wzajemnie w dwumiesięcznych walkach, druzgocąc wypracowane przez lata struktury polskiej partyzantki, która miała walczyć o niepodległość ojczyzny. Teraz szanse te zostały zaprzepaszczone, bowiem wielu żołnierzy trafiło do niemieckiej niewoli, a stamtąd nie mieli okazji wspierać tych, którzy gotowi byli do stawienia czoła nowemu najeźdźcy, za jakiego uznawano Związek Radziecki i Armię Czerwoną wyzwalającą przedwojenne terytoria II Rzeczypospolitej. Przegrana w równym boju z Niemcami wykluczała również dalsze działania na drodze do wyzwolenia kraju zanim uczynią to Sowieci. Nietrudno zauważyć, iż upadek powstania pociągnął za sobą spore konsekwencje dla podziemia politycznego. To właśnie w stolicy miał zainstalować się nowy rząd, który tworzyć mieli członkowie Rady Jedności Narodowej, a więc legalnej namiastki podziemnego parlamentu. Plany Rządu Emigracyjnego były jasne i przejrzyste - mając Warszawę w swoich rękach, mógł w korzystny sposób rozegrać ostatnie karty, jakie zostały mu w końcówce 1944 roku. Jedną z nich było poparcie Anglosasów dla funkcjonujących w kraju i na emigracji władz polskich. Niestety, teraz władze te musiały konspirować się jeszcze głębiej, obawiając rozpoznania przez siły NKWD i Armii Czerwonej oraz podziemie komunistyczne, które coraz prężniej poczynało sobie na ziemiach polskich, a nawet pokusiło się o utworzenie własnej namiastki rządu, który w początkach 1945 roku stał się Rządem Tymczasowym.

 

Gen. Komorowski 4 października 1944 roku zdecydował się na wydanie pożegnalnego niejako rozkazu, w którym zawiadamiał swoich podwładnych o nominacji dla gen. Leopolda Okulickiego i ograniczeniu akcji "Burza". 7 października "Niedźwiadek" informował Londyn, iż przebywa w Częstochowie i obejmuje dowodzenie nad Armią Krajową. Co dziwne, Londyn nie zdecydował się na wyrażenie jednoznacznego poparcia dla poczynań Okulickiego. W zastępstwie postanowiono mianować dowódcą Polskiego Podziemia gen. Stanisława Tatara, co było pomysłem o tyle chybionym, że ten przebywał w Londynie i nie miał możliwości kierowania poczynaniami Armii Krajowej. Brak oficjalnej nominacji oraz wrogie posunięcia Rządu Emigracyjnego podkopały mocno zaufanie do Okulickiego, który musiał dodatkowo zmagać się z opozycją w łonie organizacji, którą de facto kierował od października. Uzyskał jednak poparcie przynajmniej części podziemia politycznego z delegatem Janem Stanisławem Jankowskim na czele, co stawiało go w nieco korzystniejszej sytuacji niż początkowo. Dopiero 21 grudnia 1944 roku nadeszło z Londynu potwierdzenie nominacji i uznanie Okulickiego jako legalnego komendanta Armii Krajowej. Zamieszanie to bynajmniej nie sprzyjało sprawie polskiej, bowiem Polskie Podziemie było w tym czasie coraz słabsze ze względu na wyniszczające walki z Niemcami oraz aresztowania, jakie prowadzili Sowieci na terenach wschodnich i kolejnych obejmowanych ofensywą Armii Czerwonej. Mimo iż Komorowski ograniczył postanowienia planu "Burza", a w ślad za nim poszedł i Okulicki, wydając 26 października rozkaz o wstrzymaniu działań na okres zimowy, w niektórych miejscach walki trwały jeszcze na początku 1945 roku. Tak było chociażby w okręgach radomskim i częściowo warszawskim. W Częstochowie działały grupy ppłk Mazurkiewicza, chroniąc klasztor na Jasnej Górze. Liczebność Armii Krajowej przedstawiała się nadal efektownie, a w niektórych rejonach wciąż odtwarzano przedwojenne jednostki Wojska Polskiego, co było jednym z założeń akcji "Burza". Jako że nie zajmowaliśmy się tym problemem do tej pory, należy przytoczyć odpowiednie dane z poszczególnych okręgów, które uzmysłowią nam, jak prężne było Polskie Podziemie i jak wspaniale potrafiło działać w warunkach trudnej konspiracji. W radomskim powstały 2. Dywizja Piechoty Legionów AK "Pogoń" ppłk Antoniego Żółkiewskiego. Obok niej funkcjonowały 7. Dywizja Piechoty AK "Orzeł", 28. Dywizja Piechoty AK im. Okrzei. W krakowskim odtworzone zostały 6. Dywizja Piechoty AK "Odwet", 21. Dywizja Piechoty AK, 22. Dywizja Piechoty AK, 24. Dywizja Piechoty AK i 106. Dywizja Piechoty AK. W lubelskim notowano 3. Dywizję Piechoty Legionów AK, 9. Podlaską Dywizję Piechoty AK. W lwowskim okręgu powstały 5. Dywizja Piechoty AK "Dzieci Lwowskich", 11. Karpacka Dywizja Piechoty AK, 12. Dywizja Piechoty AK. Na Wołyniu odbudowała się 27. Wołyńska Dywizja Piechoty AK, którą następnie rozbijali Sowieci. Na Polesiu działała 30. Dywizja Piechoty AK, w białostockim 29. Dywizja Piechoty AK. Wreszcie w centrum kraju, w łódzkim, funkcjonowały 26. Dywizja Piechoty AK, 25. Dywizja Piechoty AK i 10. Dywizja Piechoty AK. Także w warszawskim próbowano nawiązań do tradycji przedwojennych - powstała tam 8. Dywizja Piechoty AK. Część z jednostek skończyła działalność jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego, część funkcjonowała po jego zakończeniu. 8. DP AK im. Traugutta weszła w skład jednostek walczących o stolicę. Ponadto część żołnierzy składała się na swobodnie funkcjonujące grupy partyzanckie, które stopniowo ulegały rozkładowi, przechodziły do głębszej konspiracji lub zostały rozwiązane na wskutek działalności Sowietów.

 

Smutny był koniec Polski Podziemnej, która zmuszona była odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Okres, o którym wspominaliśmy, był najtrudniejszym dla działalności podziemnej, choć paradoksalnie to właśnie wtedy okupant niemiecki był najsłabszy a siłom polskim powinna zagwarantować wsparcie Armia Czerwona. Niestety, plany Stalina, za cichym przyzwoleniem aliantów zachodnich, nie były zbieżne z poglądami dowództwa Armii Krajowej oraz innych organizacji niepodległościowych, które nie wywodziły się z zaplecza komunistycznego. W czasie gdy na ziemie polskie wkraczali Sowieci nie było już mowy o funkcjonowaniu niezależnej organizacji zbrojnej, która zrzeszała wielotysięczne masy członkowskie. Dlatego też nie powinien dziwić fakt coraz częstszych aresztowań wśród kadry Armii Krajowej, nawet gdy żołnierze ci postanowili złożyć broń przed Sowietami i proponowali współpracę na rzecz rozbicia Niemców. Akt agresji przeciwko Polakom, i to tym najbardziej zaangażowanym w działalność niepodległościową, był uzasadniony jedynie z politycznego punktu widzenia, nie miał żadnych przesłanek w wydarzeniach na froncie, czego dowodzi chociażby kooperacja AK i Armii Czerwonej w czasie szturmowania Wilna czy Lwowa. Oba miasta były dla Polaków stracone, a batalię o przyznanie ich Rzeczpospolitej przegrali Winston Churchill i Franklin Delano Roosevelt, którzy podczas konferencji Wielkiej Trójki nie zdecydowali się na utworzenie wspólnego frontu anglosaskiego i przeciwstawienie się Stalinowi. Walka o wolną Polskę spadła na barki samych Polaków, ale ci nie byli w stanie stawić oporu silnej i doskonale wyposażonej Armii Czerwonej, która niczym taran przeszła przez ziemie polskie i w maju 1945 roku zakończyła swój zwycięski marsz na Berlinie i Pradze. Na początku stycznia 1945 roku gen. Leopold Okulicki zdawał sobie sprawę, iż dalsze funkcjonowanie Armii Krajowej jest pozbawione sensu wobec wyzwolenia większości ziem polskich i miażdżącej przewagi Sowietów na froncie. Atakowanie Armii Czerwonej czy działającego już na ziemiach polskich Tymczasowego Rządu nie wchodziło w grę, ponieważ dodatkowo mogło skomplikować trudną i tak sytuację Polski w kręgu sojuszników alianckich, którzy nie sprzyjali tendencjom odśrodkowym i woli walki Polaków. Okulicki wiedział, iż Armia Krajowa nie przetrwa w niezmienionym kształcie, dlatego zdecydował się na utworzenie organizacji "Nie", która miała przejąć schedę po poprzedniczce i skupić się na walce o prawdziwą niepodległość i niezależność z dala od żołnierzy przysłanych ze Związku Radzieckiego. Okulicki konsultował swoje decyzje z Rządem Emigracyjnym, który przychylił się do stanowiska dowódcy AK. Podobne zdanie wyraził delegat Jan Stanisław Jankowski, który także nie ukrywał, iż jest to najlepsze wyjście z sytuacji. Ponadto mógł w ten sposób ochronić swoich podwładnych, dla których nie było miejsca w komunistycznej Polsce, gdzie do masowych aresztowań i prześladowań przystąpić miały Urząd Bezpieczeństwa i Służba Bezpieczeństwa we współdziałaniu z NKWD. Wreszcie 19 stycznia 1945 roku zdecydował się na wydanie dramatycznego rozkazu, który warto zacytować:

"Postępująca szybko ofensywa sowiecka doprowadzić może do zajęcia w krótkim czasie całej Polski przez Armię Czerwoną. Nie jest to jednak zwycięstwo słusznej sprawy, o którą walczyliśmy od roku 1939. W istocie bowiem - mimo stworzonych pozorów wolności - oznacza to zmianę jednej okupacji na druga, przeprowadzoną pod przykrywką Tymczasowego Rządu Lubelskiego, bezwolnego narzędzia w rękach rosyjskich.

Żołnierze! Od 1 września 1939 r. Naród Polski prowadzi ciężką i ofiarną walkę o jedyną Sprawę, dla której warto żyć i umierać o swą wolność i wolność człowieka w niepodległym państwie.

Wyrazicielem i rzecznikiem Narodu i tej idei jest jedyny i legalny Rząd Polski w Londynie, który walczy przez przerwy i walczyć będzie nadal o nasze słuszne prawa.

Polska, według rosyjskiej recepty, nie jest tą Polską, o którą bijemy się szósty rok z Niemcami, dla której popłynęło morze krwi polskiej i przecierpiano ogrom męki i zniszczenie Kraju. Walki z Sowietami nie chcemy prowadzić, ale nigdy nie zgodzimy się na inne życie, jak tylko w całkowicie suwerennym, niepodległym i sprawiedliwie urządzonym społecznie Państwie Polskim.

Obecne sowieckie zwycięstwo nie kończy wojny. Nie wolno nam ani na chwilę tracić wiary, że wojna ta skończyć się może jedynie zwycięstwem słusznej Sprawy, tryumfem dobra nad złem, wolności nad niewolnictwem.

Żołnierze Armii Krajowej!

Daję Wam ostatni rozkaz. Dalszą swą prace i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości Państwa i ochrony ludności polskiej przed zagładą. Starajcie się być przewodnikami Narodu i realizatorami niepodległego Państwa Polskiego. W tym działaniu każdy z Was musi być dla siebie dowódcą. W przekonaniu, że rozkaz ten spełnicie, że zostaniecie na zawsze wierni tylko Polsce oraz by Wam ułatwić dalszą pracę - z upoważnienia Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zwalniam Was z przysięgi i rozwiązuję szeregi Armii Krajowej.

W imieniu służby dziękuję Wam za dotychczasową ofiarną pracę.

Wierzę głęboko, że zwycięży nasza Święta Sprawa, że spotykamy się w prawdziwie wolnej i demokratycznej Polsce.

Niech żyje Wolna, Niepodległa, Szczęśliwa Polska".

Nie był to oczywiście koniec Armii Krajowej, jedynie z formalnego punktu widzenia przestała ona istnieć. Żołnierze nadal pozostawali gotowi do dalszej walki, a wielu z nich podjęło się otwartego boju z nowym najeźdźcą. 8 lutego w przemówieniu radiowym rozkaz potwierdził prezydent RP Władysław Raczkiewicz. W tym samym czasie w Jałcie zapadały decyzje, które ostatecznie przesądziły o kształcie powojennej Polski, oddając ją pod kuratelę Związku Radzieckiego. Kolejny z epizodów, które tylko wzmocniły przekonanie Polaków, iż Stalin nie jest przyjacielem narodu polskiego, miał miejsce w końcówce marca 1945 roku. Kilkunastu zaproszonych na rozmowy z Sowietami przedstawicieli Polski Podziemnej zostało podstępnie aresztowanych i wywiezionych do Moskwy, gdzie osądzono ich w tzw. procesie szesnastu. Wśród oskarżonych znajdował się gen. Okulicki, dla którego tym smutnym wydarzeniem skończyła się praca niepodległościowa i organizowanie Polski Podziemnej. 7 marca aresztowany został gen. Fieldorf, co przekreśliło sens istnienia organizacji "Nie". 22 marca nowym szefem organizacji został płk Antoni Sanojca. Jednocześnie likwidowano ostatnie struktury AK-owskie, a w lecie de facto nie było już mowy o organizacji "Nie". Działań podejmowały się nieformalne grupy zbrojne, które konsekwentnie niszczyli pracownicy bezpieki i NKWD. Szacuje się, iż w samym tylko okręgu białoruskim od 15 sierpnia 1944 roku uległo likwidacji niemal całe Polskie Podziemie, a siły NKWD stoczyły w tym czasie 109 walk z oddziałami polskimi. Do końca 1945 roku odsetek akcji na Białorusi jeszcze wzrósł, czego wyrazem były dane MWD Białorusi szacujące rozbicie 533 grup "bandyckich" oraz 37 organizacji. Zabito blisko 8000 ludzi, 2200 aresztowano. Na terenach litewskich dane za ten sam okres mówią o ponad 12 tys. aresztowanych i blisko 2500 zabitych. Efektem skoordynowanej akcji NKWD było aresztowanie 16 289 żołnierzy AK (liczby z połowy 1945 roku) oraz 50 tys. członków rodzin i członków podziemia cywilnego. Zostali oni wywiezieni do ZSRR, gdzie wielu z nich czekała śmierć. W kraju toczyły się dziesiątki procesów wymierzonych w byłych członków Polskiego Podziemia, których oskarżano o najbłahsze przewinienia. Tylko w niewielkim stopniu sprawę łagodziły akcje amnestyjne gwarantowane przez komunistyczny rząd. Kolejne aresztowania godziły w istniejące jeszcze organizacje o charakterze niepodległościowym, w tym Wolność i Niezawisłość kierowaną przez płk Jana Rzepeckiego. Wiele samorzutnie powstających oddziałów podporządkowało się WiN, ale sama organizacja nie odniosła sukcesów ze względu na mocną inwigilację środowiska i częste aresztowania. W okresie listopad 1945-luty 1946 zapadły 364 wyroki śmierci wymierzone w działaczy niepodległościowych. W zasadzie szczątki WiN przetrwały do początków lat pięćdziesiątych, ale znaczenie organizacji nijak miało się do estymy, którą niegdyś cieszyła się Armia Krajowa, największa podziemna siła zbrojna na świecie.

           

Źródła:

 

E-MAIL: mateuszlabuz@gmail.com
ADRES: Mateusz Łabuz, ul. Wietora 8/20, 31-067 Kraków
TELEFON: 508291950

FANPAGE WITRYNY: II wojna światowa

http://www.sww.w.szu.pl/index.php?id=polska_armia_krajowa

 

 

 

 

KATYŃ RZESZOWSZCZYZNY - TRZEBUSKA

 

Niewielu osobom znana jest tajemnica lasów we wsi Trzebuska, położonej w odległości ok. 30 km na północ od Rzeszowa. Las ten można nazwać „Katyniem Rzeszowszczyzny”. W sierpniu i wrześniu 2017  roku  minęła 73 rocznica tragedii, która rozegrała się tam na wzór Katynia.. Władze sowieckie, która zaledwie wkroczyła na Rzeszowszczyznę, w sierpniu 1944 roku założyły w lasach Trzebuski obóz NKWD.
Okręgowa Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – Instytut Pamięci Narodowej w Rzeszowie 29 maja 1990 roku przejęła śledztwo w sprawie zbrodni ludobójstwa popełnionych w Trzebusce k. Sokołowa Małopolskiego od sierpnia do października 1944 r. przez funkcjonariuszy NKWD.

„W oparciu o zeznania świadków ustalono, że w lipcu 1944 roku Delegacja Komendy Armii Krajowej Obszar Lwów, w skład której wchodzili: komendant Obszaru – gen. Władysław Filipowski, szef Sztabu – płk Henryk Pohoski, komendant Okręgu Tarnopol – płk Franciszek Studziński, komendant Okręgu Lwów – płk Czerwiński oraz por. Zygmunt Łanowski, została zaproszona na rozmowy przez stronę radziecką do Żytomierza. Zaproszenie to przywiózł płk Wiktor Grosz( Izaak Medresz), który był wysłannikiem gen. Żymierskiego Rozmowy miały się odbyć w celu uzgodnienia włączenia V Dywizji Piechoty AK do wspólnej walki z Niemcami. W Żytomierzu delegacja spotkała się z gen. Żymierskim i ppłk. Marianem Spychalskim oraz oficerami NKWD, na czele których stał oficer o nazwisku Iwanow.

Rozmowę prowadzili wyłącznie oficerowie NKWD. W nocy gen. Filipowski oraz towarzyszący mu oficerowie zostali aresztowani. Następnie, drogą przez Kijów, przewieziono ich do obozu NKWD w Trzebusce, dokąd dotarli w sierpniu 1944 r.”
Dzięki staraniom Departamentu Prokuratury Generalnej – Wydział Obrotu Zagranicznego, Komisja badająca sprawę lasu w Trzebusce otrzymała z Państwowego Archiwum Rewolucji Październikowej w Kijowie sprawozdanie, z którego wynika, że „strona radziecka zaprosiła do Żytomierza gen. Filipowskiego wraz z 5 oficerami. Tam został aresztowany, a we Lwowie NKWD aresztowało cały Sztab AK oraz wielu żołnierzy. Zostali oni wywiezieniu w sierpniu 1944 r. do wsi Trzebuska, położonej 20 km od Rzeszowa, i tam przez NKWD zlikwidowani. Pochowani zostali w 9 grobach o wymiarze 12 x 2 i 2 m w głąb. Pierwsza warstwa leży 70 cm w głąb”
Ze strony IPN w Rzeszowie trwają dalsze badania.

W lesie w Trzebusce są poszukiwane mogiły wymordowanych tam w okresie od sierpnia do września 1944 r. członków Armii Krajowej.

Na mogiłach wyrósł duży las, co utrudnia poszukiwania. Ustalono jednak miejsce istniejącego tam niegdyś obozu NKWD. Symboliczna mogiła, wysoki krzyż i tablica z napisem: „PAMIĘCI OFIAR TERRORU SOWIECKIEGO – WIĘŹNIÓW OBOZU ŚLEDCZEGO FRONTU UKRAIŃSKIEGO W TRZEBUSCE ZAMORDOWANYCH W TYM LESIE W 1944 R.” zapraszają do oddania hołdu Polakom zamordowanym na polskiej ziemi w barbarzyński, zdradziecki sposób przez władzę sowiecką.
Nie szukamy zemsty, nie dopominamy się o zdawkowe słowo „przepraszamy”, nawet wypowiedziane z najwyższego szczebla władzy – oczekujemy światła prawdy przez lata ukrywanej. „Prawda was wyzwoli”.
Przewiduje się zorganizowanie odpowiednich żałobnych uroczystości w lesie trzebuskim. Niech wiadomość o tym miejscu zbrodni dotrze do Polaków, którzy kochają Ojczyznę, gdyż tam, na polskiej ziemi koło Rzeszowa, została powtórzona zbrodnia Katynia.

 

OBÓZ NKWD W TRZEBUSCE - TURZY

 

Obóz NKWD Trzebuska - Turza (zwany „Mały Katyń”) – obóz koncentracyjny zorganizowany przez NKWD w sierpniu 1944 roku w pobliżu Sokołowa Małopolskiego dla pojmanych polskich żołnierzy Armii Krajowej, dezerterów sowieckich i cywilów. Działał do połowy listopada 1944 roku.

 

HISTORIA OBOZU

 

Obóz został zorganizowany niemal natychmiast po wkroczeniu sowietów do miejscowości 26 lipca 1944 roku, będąc poszerzeniem aresztu śledczo-wydobywczego, i miał pomieścić liczne osoby podejrzane o wrogość wobec ZSRR zatrzymane na terenach zdobytych przez 1 Front Ukraiński pod dowództwem Iwana Koniewa.

 

WIĘŹNIOWIE

 

Uruchomiony z osadzeniem pierwszych więźniów już 15 sierpnia 1944 roku, miał formę pięciu ziemianek będących prostokątnymi dołami 6 na 4 m, o głębokości ponad 2 m, zabezpieczonymi od osunięć drewnianymi okrąglakami i zadaszonymi ponad poziomem ziemi z jedynym otworem w dachu, przez który był dostęp do drabiny wpuszczanej w dół; otwór ten był jednocześnie jedynym źródłem świeżego powietrza. Obszar obozu zajmował ok. 50 arów na pastwisku gminnym we wsi Trzebuska, który wraz z całym terenem aż do rzeki ogrodzono wysokim na ponad 2 m podwójnym płotem z drutu kolczastego, straż zaś pełnili żołnierze jednostki NKWD z psami.

Stojący w środku obozu budynek Domu Spółdzielczego również przystosowano do celów więzienia, zabijając okna deskami i wycinając w drzwiach okrągłe wizjery do podglądu. Tak tu, jak i w ziemiankach rozrzucono na podłogi siano z wielkiego stogu pośrodku pastwiska, na którym spali więźniowie stłoczeni tak, że musieli się układać do snu, leżąc bokiem.

 

Każda z ziemianek mieściła około 20 ludzi, zaś w Domu Spółdzielczym stłoczono w czterech pomieszczeniach około 150–200 więźniów. Przebywali oni w obozie na ogół krótko, mianowicie około jednego miesiąca, co określa liczbę około 250 ludzi przetrzymywanych jednocześnie ludzi, zaś w ciągu całego działania obozu przebywało w nim około 1700–2000 osób. Oficerowie NKWD zamordowali w obozowym miejscu kaźni, w lesie we wsi Turza, około 300 osób.

Więźniami byli głównie AKowcy należący do Podokręgu Rzeszowskiego AK pojmani podczas Akcji „Burza”, w szczególności uczestnicy Powstania Lwowskiego, oraz śpieszący na odsiecz Powstaniu Warszawskiemu. Prócz nich więziono tu m.in. również dezerterów z Armii Czerwonej i z Ludowego Wojska Polskiego.

 

LOS WIĘŹNIÓW OBOZU

 

Celem obozu było dość szybko przeprowadzić zakorzenienie władzy sowieckiej, którą Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN) uprawnił do wydawania i wykonywania wyroków na terenach zdobytych. Odosobnieni więźniowie byli przesłuchiwani od kilku do kilkunastu godzin w obejściach pobliskich obozowi, z których przeważnie NKWD wysiedliło właścicieli, ale nie wracali już do "swoich" miejsc lecz do innych, albo do ziemianki numer dwa, gdzie oczekiwali śmierci. Wielu wcielano przymusowo do Armii Berlinga, oficerów zaś najczęściej zsyłano w głąb ZSRR. Przesłuchania odbywały się z udziałem enkawudzistów z załogi obozu oraz przyjeżdżających najczęściej we czwartki enkawudzistów z Sokołowa Małopolskiego.

Również we czwartki najczęściej odczytywano wyroki przez otwartą klapę włazu ziemianki, a na miejsce kaźni ofiary wywożono już ze skrępowanymi z tyłu rękami ciężarówkami do lasków Turzy (ok. 3 km od obozu), gdzie mordowano ich obnażonych strzałem w tył głowy, albo, dla oszczędności nabojów, przez poderżnięcie gardła, często obwiązanego strzępami ubrania, aby zmniejszyć krwawienie. Zamordowanych ułożonych warstwami we wcześniej wykopanych dołach zakopywano zacierając ślady.

 

 

KONIEC OBOZU

 

AK nagłośniło działanie obozu w Trzebusce – Turzy ulotkami rozrzuconymi po okolicy, co najpewniej spowodowało przyjazd Iwana Koniewa, po którego rozmowie z komendantem obozu (tytułowanym "pułkownikiem kompanijnym") obóz zlikwidowano, zacierając wszelkie ślady materialne. Pierwszych odgrzebań mogił pomordowanych dokonało AK jeszcze w 1944 roku, potwierdzając wcześniejsze doniesienia o szczegółach tego ludobójstwa, zaś na początku lat 90. XX wieku ekshumowano 5 mogił dokumentując tożsamość niektórych zamordowanych.

 

ŚLEDZTWO IPN

 

Śledztwo zbrodni popełnionych w Trzebusce - Turzy prowadziła Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie, umarzając je jednak 7 maja 2004 roku – nie będąc w stanie udokumentować popełnionych zbrodni wobec całkowitego braku współpracy ze strony archiwów w Rosji i w Kijowie, gdzie prawdopodobnie przechowane mogą być dokumenty podające szczegóły zbrodni.

W końcu lipca 1944r. Armia Czerwona wkroczyła na tereny Rzeszowszczyzny. Armia Krajowa współdziałając z armią sowiecką, starała się na ile tylko to było możliwe w miarę samodzielnie wyzwalać polskie ziemie, realizując plan Burza.

 

HISTORIA PODZIEMIA KONSPIRACYJNEGO ARMII KRAJOWEJ OBWÓD KOLBUSZOWA, KRYPTONIM "KEFIR"

 

Zasadnicze walki w ramach Burzy na terenie Obwodu AK Kolbuszowa

„Kefir” trwały od 25 lipca do 2 sierpnia 1944 roku, aż  cały ten teren został wyzwolony.

Najważniejszą dla Sokołowszczyzny była zapewne potyczka o Sokołów Małopolski.

Prawie nie bronione miasteczko zdobyte zostało w godzinach popołudniowych 25

lipca 1944r. przez oddziały 13 Armii I Frontu Ukraińskiego pod dowództwem gen.

Puchowa.

Wsparcia sowietom udzieliło zgrupowanie AK pod dowództwem por.

Czesława Cieślika „Agawy”. Samo wyzwolenie nie przyniosło miastu dużych

zniszczeń – te przyszły po bezmyślnym ostrzelaniu cysterny w rynku i jego pożarze

oraz po ostrzelaniu wieży kościoła parafialnego. Do dziś trudno jednoznacznie

wskazać winowajców zwłaszcza tego drugiego zdarzenia. Kolejne zniszczenia i

straty w ludności przyniosły w kilku dniach po wyzwoleniu naloty samolotów

niemieckich, które bezkarnie bombardowały i ostrzeliwały miasteczko. Po nich

nastąpiła długo oczekiwana wolność. Ale jej smak okazał się już wkrótce cierpki po

pojawieniu się w Sokołowie i okolicznych miejscowościach

sowieckiego NKWD. Przy wsparciu lokalnych komunistów rozpoczęły się

aresztowania członków podziemnych struktur AK, rozbrajanie oddziałów idących

na pomoc walczącej od 1 sierpnia Warszawie, zsyłki na teren ZSRS. Wyzwoliciel

okazał się być nie mniej okrutny od niemieckiego okupanta. Szczególnie boleśnie

mogli przekonać się o tym jeńcy obozu NKWD w Trzebusce.

Na mocy porozumienia z 26 lipca 1944 roku pomiędzy dopiero co powstałym

PKWN z rządem ZSRS na zajmowanych przez Armię Czerwoną ziemiach polskich

znajdujących się w strefie działań wojennych, położonych na zachód od tzw. Linii

Curzona, „władza najwyższa i odpowiedzialność we wszystkich sprawach

dotyczących prowadzenia wojny” koncentrować się miały „w ręku wodza

naczelnego wojsk sowieckich”. Oznaczało to, że los ludności polskiej, tak osób

cywilnych jak i żołnierzy AK, podlegała woli generalissimusa Stalina – w praktyce

jurysdykcji sowieckich sądów wojskowych. Oznaczało to jedno: na terenach

wyzwolonych przez Armię Czerwoną decydującą rolę miała odegrać NKWD, dzięki

której mogła zainstalować się w Polsce nowa władza komunistyczna.

 

OBÓZ NKWD W TRZEBUSCE

 

Na terenie Polski Lubelskiej wkrótce po przetoczeniu się frontu radziecko –

niemieckiego pojawiły się liczne obozy – więzienia NKWD. Przetrzymywano w

nich tych wszystkich, których NKWD określiło mianem zdrajców lub przeciwników

politycznych. Obozy NKWD miały różny charakter; część z nich było obozami

zbiorczymi, przejściowymi (np. Przemyśl – Bakończyce, Lwów, Brześć n/Bugiem).

Ludzi którzy tam trafiali, po pewnym okresie czasu, niezbędnym do zebrania

większej ilości więźniów, wywożono do łagrów NKWD na terenie ZSRS. Część

obozów NKWD tworzyło na miejscu obozów poniemieckich z czasów II Wojny

Światowej (np. Rembertów pod Warszawą, Skrobów k/Lubartowa). Jeńcy

przetrzymywani byli w barakach pozostałych po poprzednich obozach.

Najtrudniejsze warunki panowały jednak w prowizorycznych

obozach NKWD, jak określano je – typu polowego. Jeńcy tych obozów mieszkali w

ziemiankach wykopanych w ziemi. Charakterystycznymi dla tego rodzaju obozów

były pośpieszne przesłuchania, procesy i sądy (wszystko to mogło zamknąć się w

jednym dniu łącznie z wykonaniem wyroku). W wyniku wyroków

większość więźniów przewożono do obozów przejściowych NKWD a następnie do

łagrów na terenie ZSRS. Spora część jeńców ginęła jednak mordowana w lasach

przez „Smersz”. Tego typu obozami typu polowego były m.in. obózy w Trzebusce,

Rudnik n/Sanem, Jastkowie k/Stalowej Woli, Byszówce k/Klimontowa itd. Obozów

NKWD i tych nadzorowanych przez NKWD było bardzo dużo. Według

szacunków, wyroki śmierci wykonywano w ponad 100 miejscowościach, a część z

nich była wspólnym dziełem polskiego i sowieckiego aparatu represji. System

polowych ziemianek – obozów ziemnych był specjalnością osławionej zbiorczej

dywizji NKWD gen. Mjr Seriebriakowa. Według badającego to zagadnienie Józefa

Myjaka w tego typu obozach więziono kilka tysięcy ludzi a rozstrzelano kilkuset,

głównie własnych – sowieckich.

Obóz NKWD w Trzebusce nie był jedynym tego typu obozem na terenie tzw.

Polski Lubelskiej, takich było wiele. O większości z nich jednak nie wiemy z goła

nic. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że obóz NKWD w

Trzebusce pomimo, iż okrywa go nadal mrok tajemnic, stosunkowo wiele z nich już

odsłonił i jest jednym z niewielu na terenie Polski tak dobrze poznanych. To zasługa

wielu ludzi, którzy począwszy od 1944 r. podjęli działania zmierzające do

zachowania pamięci o mordzie Turzańskim. Szczególnie należy tu pamiętać o Janie

Chorzępie, ks. Józefie Pelcu, Stanisławie Pieli a następnie wielu działaczach

Solidarności, którzy podjęli swoistą sztafetę pokoleń i doprowadzili do powstania

szumu medialnego, który spowodował wszczęcie śledztwa przez Prokuraturę

Wojewódzką w Rzeszowie w maju 1990 r. a następnie rozpoczęcie prac

ekshumacyjnych w lesie Turzańskim w 1990 roku.

Tak zakończył się długi okres kilkudziesięciu lat milczenia, które obowiązywało lokalne społeczeństwo w czasach Polski Ludowej.

 

TRZEBUSKA – KATYŃ PODKARPACIA

Autor Zygmunt Korus

 

Z zamiarem napisania o tym straszliwym miejscu zbrodni NKWD na żołnierzach AK, inteligencji, społecznikach i księżach (a także ludziach innych narodowości) w lesie turzańskim na Podkarpaciu nosiłem się od sierpnia 2010 roku (była to dokładnie 66. rocznica powstania obozu), kiedy to odwiedziłem Trzebuskę na zaproszenie Zygfryda Węglarza, bliskiego znajomego z Chorzowa.

Radzieckie bestialstwo w Trzebusce, z sąsiednim lasem kaźni w Turzy – miejsca oddalone 22 km na północ od Rzeszowa – oficjalne media pomijają, a jak już muszą, to nazywają Małym Katyniem. Jakby męczeńską śmierć naszych patriotów z rąk sowieckich oprawców można było kwantyfikować: bo w 1940 r. pod Smoleńskiem strzałem w potylicę zabito ponad 21,5 tysięcy rodaków, a tutaj, obok Sokołowa Małopolskiego, w 1944 r., gdy trzeba było oszczędzać naboje, to poderżnięto gardła od ucha do ucha lub szyje nad karkiem, w sumie "tylko" ok. 300 osobom. Zbrodnia jest zbrodnią, ludobójstwo ludobójstwem – relatywizowanie tych masakr przez Rosjan i ich polskich popleczników, już w trzecim pokoleniu, każe nam nieustannie pamiętać o narodowych bohaterach i wytrwale przypominać, jak męczeńskie śmierci Polaków legły u podstaw komunistycznego ustroju zainstalowanego na naszych ziemiach przez Związek Radziecki jako jego filia pod nazwą PRL.

Z zamiarem napisania o tym straszliwym miejscu zbrodni NKWD na żołnierzach AK, inteligencji, społecznikach i księżach (a także ludziach innych narodowości) w lesie turzańskim na Podkarpaciu nosiłem się od sierpnia 2010 roku (była to dokładnie 66 rocznica powstania obozu), kiedy to odwiedziłem Trzebuskę na zaproszenie Zygfryda Węglarza, bliskiego znajomego z Chorzowa, który stamtąd pochodzi i gdzie wrócił na starość na ojcowiznę. Materiał wówczas zebrany wstrząsnął mną, ale wreszcie dopiero do jego opracowania skłonił mnie artykuł Aleksandra Szumańskiego pt. "Katyń rzeszowszczyzny – Trzebuska – Turza" ("Gazeta Warszawska" nr 7 z dn. 15-21.02.2013) oraz apel redakcji do czytelników, by się w tej kwestii z jakąś posiadaną wiedzą odezwali. Jednakże zaraz na początku chcę zaznaczyć, że artykuł profesora Szumańskiego jest na poziomie sprawozdawczym wyczerpujący, a moje informacje o tym Drugim Katyniu pochodzą z rąk trzecich, do których pozwalam sobie dorzucać prywatne rozważania i komentarze. Bardziej chodzi mi o nagłośnienie tego sowieckiego barbarzyństwa na ogólnopolskim forum (bo, poza paroma identyfikacjami, wciąż jest to anonimowy cmentarz leśny, gdy tymczasem wiele rodzin nadal nie zna miejsca spoczynku zaginionych swoich bliskich), aniżeli suflowanie jakichś historycznych odkryć, których nie mam. Po prostu z rozmów w tamtejszym terenie można wysnuć mniemanie, że ludzie więcej wiedzą niż mówią, a ostatnio coraz bardziej nabierają wody w usta. Miejscowi obserwują zachowania władzy (centralnej, ale i gminnej), gdzie widać wyraźnie skąd obecnie wieje wiatr i czym w terenie to grozi. Zastraszenie i zmowa milczenia zdaje się znów zapukały do drzwi.

Niemniej przypomnijmy fakty. 26 lipca 1944 r. Rosjanie, pod wodzą marszałka Iwana Koniewa, dowódcy 1. Frontu Ukraińskiego, wkraczają do miejscowości Trzebuska, gdzie postanawiają utworzyć (czy przejściowy?) areszt śledczo-wydobywczy dla ludzi wrogo nastawionych do Związku Radzieckiego. Na dobrze udokumentowanej stronie Trzebuska Republika czytamy:

 

Więźniami obozu w Trzebusce byli w przeważającej liczbie Polacy, żołnierze Armii Krajowej (w tym akowcy z terenu Obszaru Lwowskiego), którzy szli na odsiecz powstańczej Warszawie i w drodze zostali schwytani i rozbrojeni, a także osoby cywilne. Wśród więźniów obozu byli również dezerterzy z "ludowego" Wojska Polskiego oraz żołnierze sowieccy. Sąd znajdujący się w obozie orzekał różnie: skazani byli przymusowo kierowani do armii Berlinga, na wywózki w głąb ZSRS lub otrzymywali karę śmierci.”

We wsi jest dom spółdzielczy, który NKWD adaptuje na więzienie (okna zabija deskami, w drzwiach wycina wzierniki-judasze, na podściółkę daje siano ze stogu), a jego komendant, zwany "pułkownikiem kompanijnym", zakłada wokół 50. arowy łagier polowy. W obejściu, na które składa się gromadzkie pastwisko sięgające rzeki, gdzie zostają wykopane ziemianki. Teren zostaje ogrodzony 2. metrowym podwójnym płotem z drutu kolczastego, pilnowanym przez ruskich żołnierzy z pepeszami i psami. W głównym budynku, w 4. salach gromadzi się rotacyjnie od 200 do 250 pojmanych. Na placu w 4 prostokątnych zadaszonych dołach, ze ścianami zabezpieczonymi okrąglakami, o wymiarach 6 x 4 x 2 m, z włazem-szybrem wentylacyjnym, przez który spuszcza się drabinę, upycha się po 20 aresztowanych, którzy mogą spać tylko w jednej pozycji – leżąc na boku. Numerem 2 oznakowano bunkier, zwany celą śmierci, ponieważ wrzucano tam skazańców, skąd skrępowanych wywożono na rozwałkę lub dorzynanie.

Rozebrane do naga (czasami tylko do bielizny) ofiary wiązano jeszcze w obozie w Trzebusce (widział to Jan Chorzępa). Pod silną eskortą załadowywano więźniów na ciężarówkę i wywożono w kierunku turzyńskiego lasu. Ofiarom doprowadzonym w pobliże wcześniej przygotowanych wykopów wiązano na szyjach strzępy zapewne ich własnych ubrań. W gruby zwój materiału wbijano nóż, który docierając do szyi uśmiercał skazańca. Zwój materiału tamował wytrysk krwi. Mundury pozostawały czyste. Pocisku nie zmarnowano”. (Maciej Korkuć, Trzebuska Republika)

Ta – można by powiedzieć – prowizorka trwa od początku sierpnia do połowy listopada; przesłuchania są pośpieszne (obozowym śledczym przyjeżdżają do pomocy oficerowie z Sokołowa), zarzuty zwykle są sfingowane, wyroki szybkie (mordy czwartkowe, w piątki i soboty alkoholowe libacje, mające zagłuszyć sumienia katów), właściwie dla oprawców w sowieckich mundurach nieabsorbujące (gdyż zdarzały się także w Trzebusce "organizacyjnie uciążliwe" zesłania i transporty do łagrów w głąb Rosji), bo kończące się ostatecznym rozwiązaniem, czyli zabójstwem w sąsiednim lesie, w Turzy. Szacuje się, że w okresie letniej kanikuły i jesiennego babiego lata przez łagier w Trzebusce przeszło ok. 2500 osób.

Wieś była ustronnie położona, przysiółki porozdzielane kępami krzaków i młodniaków, z okolicznych domostw wysiedlono mieszkańców, o zmierzchu, po odczytaniu wyroku nad drugą lepianką, oplandekowana ciężarówka pod eskortą gazika wywoziła skazańców do oddalonego 3 km lasu w Turzy, gdzie na początku strzelano nad rowem w tył głowy, a potem, dla oszczędności amunicji, i żeby było ciszej, podcinano im szyje (obwiązywano je szmatami, by oprawcy byli mniej ubroczeni krwią ofiar). Trupy układano w 9. zbiorowych rowach warstwami. Groby miały wymiary 9 x 2 x 2 metry, zwłoki przekładano jak sardynki, na przemian głowami i nogami, górna warstwa ciał znajdowała się 70 cm pod powierzchnią gruntu. Przed odejściem stalinowskich rzeźników teren zamaskowano mchem, gałęziami oraz igliwiem, powsadzano nawet młode drzewka w świeżą ziemię nasypaną na mogiły.

Gdy w połowie sierpnia 1944 r. rozpoczęto egzekucje, ludzie z pobliskich domostw usłyszeli odgłosy wystrzałów. Jan Dec (właściciel kwartału leśnego, gdzie odbywała się kaźń) z bratem Józefem poszli na komendę MO do Sokołowa i zgłosili, że słyszeli wystrzały, ale kazano im o tym milczeć. Zaraz po wyjeździe Ruskich Decowie odkryli kawałek dołu, gdzie zobaczyli cuchnącego już trupa, ale ze strachu nikomu o tym nie mówili.

 

Przypadkowym świadkiem mordów był też niejaki Bałamut, który zdołał się niepostrzeżenie odczołgać kilkaset metrów lasem, by go sowieci nie zlikwidowali za podglądnięcie i posiadanie ich tajemnicy. Ten człowiek, jak powiadają tamtejsi, całe lata w PRL-u chodził blady jak ściana i milczał jak grób.

Maciej Korkuć (Trzebuska Republika):

Żyli też inni świadkowie. Siedemnastoletni wówczas Julian Wiącek w jedną z październikowych niedziel 1944 roku wstał przed 6 rano, aby pójść na mszę świętą do kościoła w Sokołowie. Najkrótsza droga wiodła skrajem turzańskiego lasu. Wspomina: Z odległości jakichś trzystu metrów usłyszałem krzyki. Myślałem, że to pastuchy bydło na łąkę wyganiają, ale przecież na to było jeszcze za wcześnie. Poszedłem więc w kierunku lasu. Krzyk robił się coraz bardziej przejmujący. Ja ten krzyk do dzisiejszego dnia słyszę, i po nocach spać nie mogę. W tym krzyku było wszystko: i jęk, i rozpacz, i protest... wszystko! Przeraziłem się i czym prędzej stamtąd uciekłem. Dopiero po kilku dniach odważyłem się znaleźć to miejsce w lesie. Byłem tam z kolegą Tadkiem Pikorem. Znaleźliśmy kawał poruszonej, przykrytej trawą i igliwiem ziemi. Wzięliśmy kawałek drewien jakie byty pod ręką, rozgrzebaliśmy ziemię i dokopaliśmy się do trupów. Widzieliśmy prawie nagie ciała dwóch mężczyzn. Byli jakby w koszulach, na szyi mieli sznury powiązane. Cała ziemia była przesiąknięta mocno cuchnącym płynem i krwią. Dalej już nie rozkopywaliśmy. Wszystko czym prędzej zasypaliśmy i zawiadomiliśmy tutejszą placówkę AK w Nienadówce. Zaalarmowana placówka, wciąż zakonspirowanej na tym terenie Armii Krajowej, wysłała na wskazane miejsce Jana Krudosa i Jana Ożoga z poleceniem sprawdzenia informacji i wykonania fotografii. Opowiada Jan Krudos: Poszliśmy do lasu tuż przed wieczorem. Ożóg miał ze sobą aparat fotograficzny z lampą magnezjową. W lesie była już grupka żołnierzy AK. Grób był rozkopany, był prawie kwadratowy. Pięć na pięć metrów. Nie pamiętam, ile tam mogło być zwłok. Były ciasno poukładane jedne obok drugich. Zrobiliśmy trzy zdjęcia. Zaraz potem wyszliśmy z lasu. Zdjęcia te przechowywał u siebie Ożóg, ale zabrało mu je UB w czasie rewizji. Nie wiem co się z nimi stało.”

Ważnym i odważnym sprawozdawcą o masakrze w Trzebusce-Turzy był Jan Chorzępa, wówczas 19. letni chłopiec – skromny inwalida, ładnie grający na akordeonie. Mieszkał w pobliżu, i to on później określił precyzyjnie jako czwartek pierwszy dzień egzekucji, ponieważ zaobserwował ze strychu własnego domu przygotówkę (odczytywanie dokumentu-wyroku nad ziemianką nr 2) i wywózkę skazanych do lasu (m.in. spostrzegł kobietę). Zaproszony potem przez dowódcę obozu przygrywał na harmoszce oficerom kontrwywiadu nazywanym SMIERSZ (akronim od Smiert Szpionam/Śmierć Szpiegom) podczas ich alkoholowych wieczornych libacji na kwaterze w Sokołowie u stryja, Piotra Chorzępy, gdzie po pijaku wspominano o podrzynaniu karków i gardeł; widział też ukrwawione szmaty palone w kuchennym piecu. Informacje te przekazał konspiracyjnie Wojciechowi Pikorowi, który służył w AK. Żołnierze podziemia rozrzucili ulotki w terenie informujące o kaźni w Trzebusce-Turzy, co być może spowodowało (zresztą zbliżała się zima, która dla oficerów NKWD, strażników i ich psów, nie zapewniała komfortu pracy), że oprawcy w pośpiechu na początku listopada zabrali się stamtąd.

W lesie turzańskim stoją dwa buki z wyraźnymi karbowaniami, które są dowodem na to, że wkrótce po zlikwidowaniu łagra, a więc w trzecim tygodniu listopada dokonano ekshumacji i oględzin tego miejsca przez konspiracyjnych żołnierzy Armii Krajowej. Odbyło się to nocą, przy latarkach, miejsce oznakowano nacięciami na drzewach, by w późniejszych latach umieć do niego trafić. Była to ekipa około 20. osób, wśród których znajdowali się mieszkańcy Sokołowa, wikariusz-kapelan AK, ks. Józef Pelc, Stanisław Piela oraz Julian K. z Trzebosi, a także lekarz o nazwisku Jabłoński. Grupą kierował Bolesław Nazimek.

Sporządzono raport dla podziemnej AK o zbiorowym mordzie w lesie turzańskim, ale oficer, który go napisał, wpadł w ręce bezpieki i sprawę w PRL-u zabetonowano aż do lat 1980-81, do czasu powstania Związku Zawodowego "Solidarność (Wiejska)", gdy to ludzie odważni z powrotem zaczęli odwalać wieki bezimiennych trumien i stawiać krzyże na grobach Żołnierzy Wyklętych. O dalszych faktach związanych z Drugim Katyniem, ekshumacjach w 1990 roku, śledztwie rzeszowskiego IPN-u (dziwnie "umorzonym" – jakby zbrodnie się przedawniały? – z powodu braku woli współpracy w Moskwie i Kijowie) i krzyżu oraz tablicy w Trzebusce, pisze wspomniany wyżej redaktor Aleksander Szumański.

Chciałbym tutaj odnieść się do pewnej informacji ze wspomnianego artykułu, która dotyczy Sokołowa. Otóż do dziś historycy zastanawiają się, dlaczego miasto było dziwnie i bez potrzeby bombardowane przez Niemców później, gdy wcześniej zostali stamtąd wyparci przy skutecznym wsparciu partyzantki AK ze zgrupowania pod dowództwem Czesława Cieślika "Agawy". Rosjanie zatem wchodzili do Sokołowa prawie bez oporu, chociaż nagle bez sensu podpalili na rynku cysternę i spowodowali pożar domostw oraz ostrzelali wieżę kościoła parafialnego (a robił to dowódca 13 Armii, gen. Puchow, podległy temuż Koniewowi, który potem oskrzydlającym manewrem miał rzekomo oszczędzać nasz zabytkowy Kraków). Moim zdaniem sowieci mieli w planie oskarżyć o mordy na tym terenie Niemców, dlatego pomniejszali zasługi Polaków, czyniąc niepotrzebne szkody, prowokowali wroga, by wracał z ostrzalem, dezinformowali o miejscach własnej koncentracji oraz fingowali przesuwanie się i cofanie frontu. Przewożenie do Polski, zwabionych i ujętych podstępnie, 6. przywódców Armii Krajowej z gen. Władysławem Filipowskim na czele, jako dowódcą obszaru lwowskiego (którzy ujawnili się i zaoferowali pomoc w wypędzaniu Germańców w ramach współpracy zwanej akcją "Burza") aż z Żytomierza na rzeszowszyznę, gdzie postanowiono ich zgładzić, było tym samym zdradzieckim planem katyńskim, który obowiązywał od czasu dyrektywy Stalina znanej jako decyzja najwyższych władz Związku Radzieckiego zawarta w uchwale Biura Politycznego KC WKP(b) z 5 marca 1940 r. o eksterminowaniu Polaków mającym być zapisanym na konto Hitlera.

Jan Chorzępa wspomina też o kobiecie, którą widział w obozie i jak wieźli ją na egzekucję. Jej zwłoki rozpoznano podczas pierwszej (cichociemnej) ekshumacji. Była to sanitariuszka, łączniczka AK, którą schwytano, gdy dwa oddziały Armii Krajowej, idące na pomoc powstańczej Warszawie, zawróciły spod Mielca. Gdy w tym czasie Rosjanie stali u bram stolicy i przyglądali się jej zgliszczom i zagładzie. Czy mord na tej bezimiennej kobiecie, która służyła Ojczyźnie, nie mówi nam najdobitniej, z jakimi intencjami wchodzili na nasze ziemie rzekomi wyzwoliciele?

Maciej Korkuć na stronie Trzebuska Republika opisuje wstrząsające ekshumacje z okresu V-IX.1990 r. robione przez krakowskiech specjalistów, kiedy to przebadano 5 z 9 dołów, z których wydobyto 17 szkieletów, a zidentyfikowano trzy osoby z Ropczyc.

Dziś wysoki turzański las, malowniczo przemieszane drzewa sosnowe z liściastymi, tworzą baldachim nad kilkoma rozpoznanymi nazwiskami, ale w większości bezimienną zbiorową mogiłą polskich patriotów, których komunistyczne bestialstwo unicestwiło w imię doktryny podboju i eksterminacji naszego narodu. By budować Imperium Zła stawiające na szatana walczącego z krzyżem. Patrzę na białe, delikatne ręce wyciągające się do mnie na wysokości pasa, gdy obchodzę dookoła gipsowy pomnik upamietniający to miejsce kaźni (autor Piotr Kida, 1995 r.). Z której strony bym nie przyklęknął, to jakaś dłoń zbliża mi się do twarzy, celuje palcem w moje oczy. Ci ludzie zza grobu błagają mnie o Zdrowaś Mario, ktorą to modlitwę w skupieniu odmawiam, ale przecież bez słów z zaświatów, w tej leśnej ptasio-śpiewnej ciszy, wyraźnie można usłyszeć wołanie o pamięć.

Byśmy stale i wszędzie stawali się kustoszami historii zaświadczającej o krzywdzie nad współbraćmi, którzy swą ofiarą dali podwaliny pod naszą boską, naturalną i niezbywalną wolność, w granicach kraju przekazanego nam przez przodków.

Krzyże, tablice informacyjne stawiane społecznie, ta z trzema nazwiskami AK-owców z Ropczyc oraz inne, z wzniosłymi inskrypcjami, rzeźbiarski monument powodujący skurcz serca na widok odciętych, splecionych rąk spętanych drutem kolczastym – cały ten pasyjny entourage nieopodal ścieżki historyczno-edukacyjnej przygotowanej przez leśników z Głogowa Małopolskiego – są alegoryczną wskazówką dla młodzieży mającej spotykać się z dumną historią – w ostępach przyrody, gdzie Żołnierze Wyklęci z Podkarpacia zapłacili daninę krwi, by Ojczyzna miała szansę przetrwać choćby poprzez pamięć o ich niezłomnej postawie w obronie granic pństwa, ale przede wszytskim Honoru i Wiary.

Strażnikiem pamięci o tej strasznej komunistycznej zbrodni, nadal pełnej zagadek, jest Towarzystwo Miłośników Ziemi Sokołowskiej. Od kilku lat w 3. niedzielę września jest tamże sprawowana leśna msza święta za pomordowanych.

Czytelniku, teraz tutaj wyszeptajmy razem choćby: Cześć ich pamięci!

 

 

Źródła:

Janusz Klich, Nocne egzekucje (Tajemnice Trzebuski i Turzy), "Nowiny (Magazyn)", 6-8,04.1990 r.

http://www.trzebuska.republika.pl/oboz_t_1944.htm)

 

 

Tekst ukazał się najpierw w ogólnopolskim tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (29.03-04.04. 2013).

A także:

 

http://mikro-makro.nowyekran.pl/post/90259,trzebuska-katyn-podkarpacia

 

http://blogopinia24.pl/polityka/686-trzebuska-katy-podkarpacia#addcomments

 

http://www.fronda.pl/blogi/transfokacje/trzebuska-katyn-podkarpacia,33270.html

 

ANEKS:
 

List Prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego,

datowany 16.09.2007 roku, do uczestników i organizatorów uroczystości upamiętniających zbrodnię w Trzebusce i Turzy. Pismo zawierało aneks kancelarii z krótkim opisem faktów historycznych:

"Turza to miejscowość niedaleko Sokołowa Małopolskiego w województwie podkarpackim. Kiedy w 1944 r. na Rzeszowszczyznę wkroczyła armia sowiecka, wówczas rozpoczęły się aresztowania żołnierzy Armii Krajowej i innych formacji podziemia zbrojnego. W sierpniu 1944 r. we wsi Trzebuska żołnierze [rosyjscy] założyli obóz. Utworzono go w gospodarstwach tutejszych mieszkańców. Więźniów przetrzymywano w ziemiankach, a wyroki wykonywano w pobliskim lesie w Turzy. Po wojnie mieszkańcy Trzebuski i okolicznych miejscowości pielęgnowali pamięć o zbrodni nazywając miejsce kaźni "Małym Katyniem". Od 18 lat odbywają się uroczystości czczące pamięć ofiar obozu w Trzebusce."

 

16 września 2007 roku, podczas uroczystości patriotyczno religijnej upamiętniającej mord NKWD w lasach Trzebuski i Turzy na żołnierzach Polskiego Państwa Podziemnego, został odczytany list Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego do uczestników i organizatorów obchodów kolejnej rocznicy zbrodni:
 

Lech Kaczyńki, Prezydent RP

Ekscelencjo Księże Biskupie!
Przewielebni Kapłani!
Panie Burmistrzu!
Szanowni Państwo!

Sześćdziesiąt trzy lata temu Armia Krajowa przystąpiła do Akcji "Burza" przyłączając się do wysiłków aliantów walczących z Niemcami i ich sojusznikami, do działań Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Najbardziej znanym epizodem tej odsłony wojny polsko - niemieckiej, toczącej się od 1 września 1939 roku, było Powstanie Warszawskie. W wielu innych miejscowościach żołnierze Armii Krajowej ujawniali się jako siła zbrojna Państwa Polskiego i walczyli z Niemcami. Zbliżająca się Armia Czerwona nie zamierzała jednak traktować polskiego wojska jak sojusznika w walce ze wspólnym wrogiem. W koncepcjach Stalina nie było miejsca dla suwerennej Rzeczypospolitej i jej Armii. Żołnierze Armii Krajowej byli zdradziecko aresztowani, więzieni, wywożeni w głąb Związku Sowieckiego, mordowani.

Wśród wielu miejsc upamiętnionych męczeństwem i śmiercią polskich żołnierzy i cywilów szczególnie tragicznym są pola i lasy Trzebuski i Turzy. Więziono tu i katowano żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego, wysokich dowódców Armii Krajowej, a także przedstawicieli innych narodów. Wielu zamordowano. Funkcjonariusze NKWD odmówili swoim ofiarom nawet żołnierskiej śmierci od karabinowej kuli. To bezprzykładna nawet w okrutnych czasach II wojny światowej zbrodnia.

Mieszkańcy Trzebuski i okolicznych miejscowości nie raz dawali w czasie wojny dowody bohaterstwa, ginęli walcząc w różnych formacjach podziemia, mordowani byli za ukrywanie Żydów. Po wojnie przechowali pamięć o zbrodni, mimo wysiłków komunistycznego państwa, by ukryć prawdę o tragedii polskich patriotów, którzy spoczęli w lasach wokół Turzy. Od osiemnastu lat członkowie miejscowej społeczności uroczyście czczą pamięć ofiar obozu w Trzebusce.

Szanowni Państwo!

Składam hołd wszystkim poległym i zamordowanym na tej ziemi. Słowa podziękowania kieruję do organizatorów dzisiejszej uroczystości i mieszkańców Podkarpacia kultywujących pamięć o polskich bohaterach. Dzięki Państwa zaangażowaniu i poświęceniu, świadectwa naszej dumnej, choć często pełnej dramatycznych chwil przeszłości zostały zachowane dla kolejnych pokoleń.

Wszystkim uczestnikom dzisiejszej uroczystości pragnę złożyć najserdeczniejsze życzenia wszelkiej osobistej pomyślności oraz pokoju i radości w Państwa rodzinach.
 

http://naszeblogi.pl/48617-trzebuska-katyn-podkarpacia

 

 

TREBLINKA BOHATEROWIE W RATOWANIU ŻYDÓW

 

Edward Kopówka i ks. Paweł Rytel-Andrianik udokumentowali ofiarę ponad 310 Polaków (w tym 18 księży) z rejonu Treblinki, którzy oddali życie za pomoc Żydom, oraz dokonania 335 osób odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak wielkie szkody przynoszą "rewelacje" Jana Tomasza Grossa dla wizerunku Polski w świecie. Wielu historyków zniechęca się do podejmowania badań dotyczących relacji polsko-żydowskich w obawie, że ich ustalenia i tak nie przebiją się przez medialny zgiełk nabudowany na antypolskich stereotypach. Tym bardziej cieszy wydana przez Wydawnictwo Sióstr Loretanek książka "Dam im imię na wieki. Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów" (Oksford - Treblinka 2011) autorstwa Edwarda Kopówki, kierownika Muzeum w Treblince, i ks. Pawła Rytla-Andrianika, będąca rzetelnym studium historycznym ukazującym zupełnie inny od Grossowego obraz Narodu Polskiego.

Treblinka należy do jednych z najbardziej symbolicznych miejsc zagłady Żydów i Romów (ocenia się, że zginęło tam ponad 800 tys. ludzi). 1 września 1941 r. zapadła decyzja Niemców o powołaniu do życia obozu pracy Treblinka I, dodajmy obozu przeznaczonego głównie dla Polaków. Od 23 lipca 1942 r. do 19 sierpnia 1943 r. działał tam również obóz zagłady przeznaczony głównie dla Żydów i Romów (Treblinka II). Obóz ten zasłynął również tym, że 2 sierpnia 1943 r. wybuchło tam powstanie, nastąpiła wielka ucieczka więźniów (udało się uciec ok. 200 osobom). Na skutek tego w tym samym roku Niemcy podjęli decyzję o likwidacji obozu. Okoliczna ludność przeżywała gehennę, gdyż poddawana była nieustannej presji okupantów. Zdarzały się przykłady demoralizacji, ale o wiele ważniejsze były działania altruistyczne wielu mieszkańców tego terenu.

Co ważne, Treblinka stała się też jednym z symbolicznych miejsc w ostatniej publikacji Jana Tomasza Grossa, w której stara się on wykazać rzekome zezwierzęcenie okolicznej ludności, która jakoby obłowiła się na okradaniu ofiar holokaustu, organizując tzw. złote żniwa. Niestety jego opis Polski i Polaków jest w świecie uznawany za prawdziwy.

Oczywiście nie tylko Gross przyczynił się do takiego obrazu Polski, wiele nieprzychylnych nam mediów wciąż powtarza rewelacje o "polskich obozach koncentracyjnych". Wszystko to odbywa się na kanwie tzw. światowej polityki historycznej. Na tej płaszczyźnie toczy się dziś nieustanna wojna. Można to zaobserwować chociażby w kwestii stosunków polsko-rosyjskich (sprawa katyńska, kwestia jeńców sowieckich 1920 r. itp.), widać to bardzo mocno w sprawie obciążania winą Polaków za Holokaust.

Tymczasem omawiana publikacja Biblioteki Drohiczyńskiej jest niezwykle cennym źródłowym materiałem pokazującym zupełnie inny obraz społeczeństwa polskiego. Rejon Treblinki nie był objęty szerszym zakresem działań Żegoty, tak więc pomoc Żydom, jaka tu była organizowana, miała charakter bardziej spontaniczny. Autorzy recenzowanej publikacji udokumentowali ofiarę ponad 310 Polaków (w tym 18 księży) z tamtego rejonu, którzy oddali życie za pomoc Żydom, oraz dokonania 335 osób odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Widzimy zatem, że książka "Dam im imię na wieki" jest owocem niezwykle ofiarnej, kilkunastoletniej pracy badaczy.

Książka składa się z dwóch części - pierwsza zawiera listę osób z krótkim opisem charakterystyki pomocy. Druga część poświęcona jest szerszemu opisowi wybranych postaci. Na końcu mamy relacje świadków - byłych więźniów Treblinki I oraz okolicznych mieszkańców. Obszar badań dotyczył 15 powiatów będących w sąsiedztwie obozu.

Jak podkreślają autorzy, książka ta nie ma wymiaru polemicznego, ale ma charakter faktograficzny. Nie ulega jednak wątpliwości, że ciężar tych faktów sam przez się skłania do refleksji polemicznych. Wszak autorzy zajęli się bardzo wąskim wycinkiem działalności pomocowej ludności polskiej. Jednak nawet to budzi podziw, a zarazem zdziwienie, że piszący o stosunkach polsko-żydowskich Jan Tomasz Gross nie zbadał i nie przedstawił w swojej pracy tych dokonań. Tym bardziej zestawienie siły faktu prezentowanego w książce z postmodernistyczną narracją Grossa musi szokować.

Należy podkreślić, że prezentowane w recenzowanej publikacji materiały źródłowe zostały gruntownie zweryfikowane, choć autorzy nie zdołali wyczerpać wszystkich źródeł. W Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince jest jeszcze dużo materiałów nieopracowanych, które z pewnością dopełniłyby obrazu zaangażowania Polaków w pomoc Żydom w rejonie Treblinki.

Dokumenty przedstawione w książce "Dam im imię na wieki" mówią zatem z jednej strony o zagładzie ludności żydowskiej, ale z drugiej - o bohaterstwie tych Polaków, którzy oddawali życie, ratując Żydów. Mało kto dzisiaj wie, szczególnie na Zachodzie, jakie kary groziły Polakom za pomoc ludności żydowskiej i jakie ofiary poniesiono. Na bazie rozporządzenia generalnego gubernatora Hansa Franka z 15 października 1941 r. przewidywano karę śmierci dla Żyda, który ucieknie z getta, ale taka sama kara groziła Polakom, którzy udzielali pomocy Żydom. Takiego prawa nie było w zachodniej Europie, a jednak skala pomocy dla ludności żydowskiej była w Polsce o wiele większa niż na Zachodzie.

Omawiana publikacja dowodzi jeszcze jednego, mianowicie tego, że Polacy byli narodem, który obok narodu żydowskiego wycierpiał bodaj najwięcej w czasie II Wojny Światowej. Podkreślił to Papież Benedykt XVI, który pielgrzymując do Polski w 2006 roku, powiedział (w Auschwitz, 28 maja): "Jan Paweł II był tu jako syn polskiego narodu. Ja przychodzę tutaj jako syn narodu niemieckiego i dlatego muszę i mogę powtórzyć za moim poprzednikiem: Nie mogłem tutaj nie przybyć. Przybyć tu musiałem. Papież Jan Paweł II pielgrzymował tu jako syn narodu, który obok narodu żydowskiego najwięcej wycierpiał w tym miejscu i ogólnie podczas wojny" (s. 32).

W świecie, w którym jest moda na antypolską historiografię, na uproszczenia w stylu: "polski obóz zagłady", tego rodzaju prace dokumentacyjne jak książka Edwarda Kopówki i ks. Pawła Rytla-Andrianika mają o wiele większe niż doraźno-propagandowe znaczenie. Do nich można wracać po wielu nawet latach, gdyż prawda się "nie przedawnia". Przedawniają się zaś kłamliwe nowinki propagandowe. Dlatego każdy wysiłek badawczy pokazujący prawdę o tamtych czasach ma potężne znaczenie dla współczesnych i przyszłych pokoleń Polaków. Tylko bowiem tak możemy uratować pamięć o naszych przodkach i tylko tak możemy uratować narodową dumę i honor.

 

E. Kopówka, ks. P. Rytel-Andrianik, Dam im imię na wieki (Księga Izajasza 56, 5). "Polacy z okolic Treblinki ratujący Żydów", Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Oksford - Treblinka 2011.

 

 

PRAWDA O NOBLIŚCIE  

 

Równocześnie z powstaniem "Solidarności", w 1980 roku Czesław Miłosz otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Przyznanie temu poecie literackiej Nagrody Nobla przyjęte zostało radośnie w dobie narodowego sprzeciwu wobec komunistycznego reżimu, a Miłosz traktowany był jako symbol antyreżimowego buntu. Owa radość z miłoszowego Nobla nie trwała zbyt długo, bowiem stopniowo zaczęły ukazywać się na rynku wydawniczym w kraju emigracyjne utwory tego poety, a ich treść wręcz zaszokowała polskiego czytelnika, gdyż prawie każda jego książka była brutalnym paszkwilem i złośliwą dyskwalifikacją polskiej kultury.

 Okazało się, iż Miłosz nie jest jednym z nas, lecz wynarodowionym kosmopolitą, człowiekiem obcym, zewnętrznym i wręcz wrogim całemu naszemu dziedzictwu narodowemu, historycznemu i kulturowemu, a pasja jego twórczości literackiej stało się obrzucanie Polaków inwektywami, utworami pełnymi złowrogiego jadu - cykutą podawaną z cynizmem wszystkiemu co polskie.

  W każdej księgarni w Polsce półki zawalone są paszkwilancką twórczością noblisty Miłosza, wymierzoną w Polskę.

"Historia literatury polskiej" autorstwa noblisty stała się podręcznikiem zalecanym przez Ministerstwo Edukacji Narodowej jako książka pomocnicza do nauki języka polskiego w szkołach ponadpodstawowych. Ubolewać należy, iż pracownicy naukowi, przygotowujący do polskiego wydania ów podręcznik /Kraków 1993/ nie wyeliminowali wielu zawartych partackich spłyceń w ocenach twórczości naszych pisarzy." - podaje prof. Jan Majda/"Wisława Szymborska, Karol Wojtyła, Czesław Miłosz"/2002 /.

 Warto nadmienić, iż wspomniana publikacja prof.Jana Majdy - w całości została sfinansowana przez Instytut Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opinie naukowców - historyków literatury i krytyków literackich w większości są zgodne; przytoczę najistotniejsze z nich:

prof. Bożena Chrząstowska w swojej książce "Poezje Czesława Miłosza"-1992 przytacza kilka antypolskich wypowiedzi noblisty by stwierdzić:

 ".laureat Nobla przyjmowany jest w kraju jako pisarz narodowy, a z tym pojęciem wiąże się polskość, ze wszystkimi tradycyjnymi uwarunkowaniami, jak katolickość, jak współodczuwanie wszystkich narodowych tragedii, jak obywatelskość i społeczno - polityczne zatroskanie o losy narodu. W esejach. "Miłosz jest w ciągłym konflikcie z polskością".

Prof. Aleksander Fiut w książce "Moment wieczny" jak i prof. Bożena Chrząstowska cytują Miłosza: "Nie urodziłem się w Polsce, nie wychowałem się w Polsce, nie mieszkam w Polsce, ale piszę po polsku.przyznaję się: na polskość jestem alergiczny.

Prof. Jacek Trznadel stwierdza: "W Paryżu, po nastaniu stanu wojennego, jak sam słyszałem, Miłosz przedstawiał się w radiu francuskim jako Litwin piszący po polsku".

I dalej prof. Aleksander Fiut stwierdza: "Miłosz. oskarża tyleż naród, co jego język. widać u niego sprzeczność pomiędzy miejscem urodzenia, a kulturą przynależnościową, językiem i etnicznym pochodzeniem." "Miłoszowy spór z narodem, polskością, będzie nieustannie i na stałe wplątany w historyczne i literackie konteksty.

Prof. Jacek Trznadel w naukowym studium p.t. "Miłosz - lewy profil" omawia niektóre antypolskie wypowiedzi tego noblisty rozsiane w jego książkach. Autor tego studium przytacza liczne wypowiedzi Miłosza pełne nienawiści do naszej międzywojennej II Rzeczypospolitej, a w czasie okupacji do Państwa Podziemnego, AK i polskiego rządu londyńskiego. Widać u tego poety niechęć nawet do Polski po 1989 roku.

Prokomunistyczne stanowisko ujawnil Miłosz już w Wilnie w latach trzydziestych, pisząc lewicowe artykuły, gloryfikujące komunistyczny radziecki kraj:

 " Jest pod bokiem najciekawszy kraj świata - ZSRR"- pisał i wygłaszał w podobnym duchu pogadanki w wileńskim radiu, za co go wydalono z pracy.

 Również prof. Marian Stępień, też w naukowym studium p.t. "Powojenne dysharmonie moralne Czesława Miłosza" omawia " komunistyczne balansowanie tego poety".

Oszczerstwem wobec Polaków nazwał prof. Stanisław Trepka wiersz Miłosza "Campo di Fiori", w którym ten poeta szydzi z nas, że podczas okupacji, gdy Niemcy mordowali Żydów w getcie warszawskim, to Polacy beztrosko, przy muzyce bawili się na karuzeli obok getta. Trepka podaje fakty i to liczne, że sytuacja wyglądała odwrotnie niż podaje Miłosz, bo chociaż karuzela należała do folksdojcza, to w czasie walk w getcie była nieczynna, a opór zbrojny getta był możliwy dzięki zaopatrzeniu w broń przez polskie podziemie.

Tysiące Żydów uciekających z getta uratowali Polacy, narażajac życie własne i rodzin. Prawdę tę potwierdzaja opracowania naukowe o okupacyjnej Warszawia Tomasza Szaroty. "Campo di Fiori" napisał Miłosz w Wielkanoc 1943 roku w Warszawie, a więc na początku powstania w getcie warszawskim, poświadczył oto nieprawdę, szkalującą nasz naród. Czyżby ów wiersz nie dał poczatku niewybrednym atakom na Polskę i Polaków?

Prof. Andrzej Romanowski pisze: " Miłosz nie jest - i nigdy nie był "polski. Litwin polskojęzyczny". Podobną opinię wyraża prof.Teresa Walas, prof. Elżbieta Morawiec, a nawet dotychczasowy gloryfikator Miłosza prof. Jan Błoński.

Nie tylko historycy literatury posiadają jednoznaczny stosunek do antypolskiej twórczości Miłosza, ale również i pisarze. Jan Józef Szczepański w opowiadaniu pod znamienitym tytułem "Koniec legendy" opisał autentyczną imprezę sylwestrową, która odbyła się w dworku Jerzego Turowicza w Goszycach, w czasie której Miłosz stwierdził:

walka Polaków z ludobójczym hitleryzmem to "nieprawdopodobna wprost manifestacja głupoty".

 Melchior Wańkowicz zarzucił Miłoszowi po roku 1946, że praca dyplomatyczna to "podpieranie nazwiskiem literackim niewolnictwa własnego narodu". Podobnie wyraził się Jan Lechoń.

 Zbigniew Herbert w wywiadzie na łamach tygodnika "Solidarność" w 1994 roku powiedział o Miłoszu: ". Było to w 1969 roku . Powiedział mi Miłosz - na trzeźwo - że trzeba przyłączyć Polskę do ZSRR . Ja na to : Czesiu , weźmy lepiej zimny tusz i chodźmy na drinka , myślałem że to żart , lub prowokacja . Lecz gdy powtórzył to na kolacji , gdzie byli Amerykanie , wstałem i wygarnąłem : takich rzeczy nie można mówić nawet żartem".

Prof. Jan Majda /Instytut Polonistyki U.J./ podaje:

".te wszystkie. Miłosza paszkwilanckie oceny polskości doprowadzały go nieraz do patologicznych stanów duchowych, kiedy to marzył o totalnym zniszczeniu Polski /Rodzinna Europa/", ". nad tym właśnie kawałkiem Europy ciąży przekleństwo , że nie ma żadnej rady . I być może gdyby mi dano sposób wysadziłbym ten kraj w powietrze .". To zbrodnicze marzenie Czesława Miłosza /Jan Majda "Wisława Szymborska, Karol Wojtyła, Czesław Miłosz" - 2002/.

Oczywiście apologeci Czesława Miłosza będą w dalszym ciągu uprawiali i umacniali kult "polskiego" noblisty i zapewne pominą milczeniem już całkiem bezpośrednie jego zwierzenia:

"nieszczęsnych Polaków umiejących myśleć tylko politycznie mam w dupie" /"Zaraz po wojnie" 1998/ , a nieco wcześniej /"Rodzinna Europa" 1990/ prowadził wewnętrzny dyskurs:

 ". czy Polacy nie są podobni do homoseksualistów? Cechuje Polaków lekkomyślność, pijaństwo, brak talentu." a rozmyślania kwituje zdaniem, które już kiedyś słyszałem, być może nie po polsku:

 ".Polak musi być świnią, ponieważ się Polakiem urodził." /"Prywatne obowiązki" - 1990/ " Chłopi " - Władysława Reymonta to horror , "Quo vadis" to płycenie Rzymu - zdaniem noblisty - Sienkiewicz nie był pisarzem wysokiej klasy.

 

Szydzi Miłosz z polskich pisarzy - ".Tuwim to błazen.", Słowackiego utwory są koślawe i nieudolne jak "Lilla Weneda", ".proza filozoficzna Słowackiego robi wrażenie majaczeń w gorączce." ,". Słowacki dłuższy czas mnie śmieszył." , ". Norwid to nacjonalista .", ". brzydzę się romantyzmem." ,".romantyzm to zaraza.", ".Wielka Improwizacja - to objaw tak dalece posuniętej pychy, że zasługuje na miano diabelskiej"., ".mickiewiczowska III część "Dziadów" i "Księgi Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego" - "to najokropniejsze herezje Mesjanizmu", "Pan Tadeusz" - ".żeby go kochać nie zasługuje i jest opowieścią z dość głupawą akcją.", ".w całej swojej filozofii Mickiewicz przegrał.", historyczne zwycięstwo pod Grunwaldem to ".plugawy nonsens.", uchwalenie Konstytucji 3 Maja ".ułożonej przez masonów.", ".przecież ten okropny Piłsudski i jego legioniści, to był spisek masonów." etc. Nie sposób w krótkiej publikacji wyliczyć inne jeszcze lżenia narodu polskiego.

Miłosz kpi jeszcze z mowy polskiej w wierszu "Moja wierna mowo"

  

 ". Bo ty jesteś mową upodlonych

    mową nierozumnych i nienawidzących

    siebie bardziej niż innych narodów

    mową konfidentów

    mową pomieszanych

    chorych na własną nienawiść."

 

    Noblista drwi również z polskiego katolicyzmu i religijnych świętości. W "Traktacie teologicznym" /2002/ pisze m.inn. .przychodzę z kraju gdzie Twoje sanktuaria służą umacnianiu narodowej ułudy i uciekaniu się pod Twoją obronę, pogańskiej bogini, przed najazdem nieprzyjaciela." Już we wstępie do owego "Traktatu teologicznego" Czesław Miłosz wyznaje iż: "Mój poemat próbuje ratować Mickiewicza przed banalizacją która na nim narosła."

Następnie salonowy red.nacz."Tygodnika Powszechnego" ks. AdamBoniecki w "Spokojnych słowach mędrca" odnosi się do religijnej arogancji noblisty wręcz w hołdzie, nawiązując w swym wstępie do apologetycznego tytułu, ni przypiął ni przyłatał powołując się m.in. na Mistrza z Nazaretu i Jego nauki. Rozpędzony w uwielbieniu noblisty ksiądz Boniecki już całkiem beztrosko pisze, iż "Miłosz nie dba o to jak go osadzą bliżni, czy go zrozumieją, czy się zbudują, czy zgorszą.".

Po czym ks.Boniecki już bezpośrednio domaga się zrozumienia "Traktatu.": "ale bez zrozumienia będziemy pisać traktaty po łacinie dla wieśniaków w baranich kożuchach. /"Magazyn Kulturalny Tygodnika Powszechnego" nr 11/12 Kraków 25 listopada 2001/

 O naruszeniu kultu maryjnego w Polsce i zbezczeszczeniu przez Miłosza Matki Boskiej ks.Adam Boniecki w "Spokojnych słowach mędrca" nie wspomniał.

 Ja zrozumiałem, chociaż nie jestem wieśniakiem, nie posiadam baraniego kożucha, nie znam łaciny, ale znam nieżle język polski. Natomiast ks.Adam Boniecki w "Spokojnych słowach mędrca" nie określił precyzyjnie kto jest mędrcem. Wyszło więc na bezbożne mędrkowanie.

Ks. Adam Boniecki jako wieloletni współredaktor "Gazety Wyborczej" zasłynął jeszcze z przyznawania różnym osobom szczególnych odznaczeń nie posiadając ku temu najmniejszych uprawnień. Oto w 1789 r. ustanowiono w Rosji wojskowy Krzyż i Medal Św.Jerzego /4 klasy/.

 W Anglii Order Św.Jerzego ustanowiony został w 1807 r. dla polityków, dyplomatów

 i dowodców. Istnieje również prestiżowe brytyjskie Królewskie Towarzystwo Św.Jerzego z siedzibą w Londynie. Polska takiego odznaczenia nigdy nie posiadała i nie posiada.

W ostatnim czasie "Tygodnik Powszechny" /niskonakładowe pismo liberalno-lewicowe ukazujące się w Krakowie/ przyznał Adamowi Michnikowi, oraz apb. Józefowi Życińskiemu -Wielkiemu Kanclerzowi Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego - Medal Św. Jerzego.

Ów medal ks.Adam Boniecki przyznał również rozmaitym osobom, kilku weteranom lewic i znanym powszechnie "różowym", których pragnął w ten sposób uhonorować. Wyrożnieni pasowani na "rycerzy", laureaci mieli zasłużyć się m.in. w zwalczaniu "ksenofobii, rasizmu i antysemityzmu" /ale nie antypolonizmu/ oraz propagowawaniu tolerancji i dialogu.

I tu powstaje problem. Dlaczego pismo, prezentowane nie wiadomo w jakiej intencji jako katolickie, będące de facto organem lewicy laickiej podejmuje godny pożałowania wybryk.

 Bowiem dekoracja owa nie zasługuje nawet na przypadkowe utożsamianie z tradycją, pamięcią, rangą i znaczeniem autentycznych odznaczeń Św.Jerzego.

Medal Św. Jerzego nie istnieje w prawodawstwie polskim, a więc nie uzyskał akceptacji Sejmu i odpowiednich agend rządowych. "Tygodnik Powszechny" zapisał się więc precedensem bezprawia ośmieszjącym nasz kraj. Zapewne niedługo redaktorzy "Gazety Wyborczej", "Polityki", "Nie", lub "Trybuny", będą odznaczać się wzajemnie pod znanym hasłem: "Proletariusze wszystkich krajów łączcie się".

Polski Nobel Literacki przyznany Czesławowi Miłoszowi w 1980 roku okazał się spektakularnym pociągnięciem politycznym wymierzonym w rację stanu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i z biegiem czasu okazał się pociągnięciem całkowicie chybionym.

Emigracja Miłosza w 1951 r. nie była jego politycznym azylem - takiego nie potrzebował. Była bowiem jego świadomym wyborem literackim zmierzającym do sukcesu, o którym w kraju nie mógł nawet marzyć. Jest bowiem rzeczą oczywistą, iż jego pióro w kraju nie byłoby złotym Watermanem, przy takich gigantach poezji jak Leopold Staff, Julian Tuwim, Jan Lechoń, Zbigniew Herbert,Kazimierz Wierzyński, Konstanty Ildefons Gałczyński, czy Jarosław Iwaszkiewicz. I tymi wlaśnie poetami ".lepiej grodzić płoty." jak wyznaje Miłosz wznoszonym w 1949 r. toaście /"Toast"/ z dalekiego Waszyngtonu nie opuszczając strof antypolskich:

    ".W Bazylei

    nie lubią Polaków,

    jak mówią złodziei."

 

 Ten prawnik z wyksztalcenia, autokreowany na profesora literatury, ex cathedra, raz w todze prokuratora, raz z pozycji profesora literatury, nie znając podstawowych zasad jej wartościowania lży to co nam najświętsze.

 

    Aleksander Szumański

    publikacja "Dziennik Związkowy"

    Chicago 20 - 22 grudnia 2002

 

 

BIAŁY ORZEŁ BEZ KORONY Z SZYMBORSKĄ W TLE

 

Order Orła Białego – najstarsze i najwyższe odznaczenie państwowe Rzeczypospolitej Polskiej, nadawane za znamienite zasługi cywilne i wojskowe dla pożytku Rzeczypospolitej Polskiej, położone zarówno w czasie pokoju jak i w czasie wojny. Nie dzieli się na klasy. Nadawany jest najwybitniejszym Polakom oraz najwyższym rangą przedstawicielom państw obcych.

17 stycznia 2011 prezydent Bronisław Komorowski uhonorował na Wawelu tym orderem Wisławę Szymborską laureatkę literackiej nagrody Nobla i Agnieszkę Holland. Poprzednio z rąk Bronisława Komorowskiego to najwyższe odznaczenie państwowe otrzymał redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik.

 

We wrześniu 2002 roku Jerzy Korzeń prezes Towarzystwa Pamięci Narodowej im. Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego w imieniu zarządu Głównego Towarzystwa napisał list adresowany do ówczesnego prezydenta m. Krakowa Andrzeja Gołasia. Oto znaczący fragment owego listu:

 

„Szanowny Panie Prezydencie,

 

Nawiązując do pozostającej głęboko w pamięci ostatniej pielgrzymki papieża do Krakowa i jego tradycyjnych spotkań z Krakowianami przed Kurią Metropolitalną przy ul. Franciszkańskiej, przekazuję tekst publikacji prasowej dot. procesu księży z krakowskiej kurii, jaki miał miejsce w Krakowie w styczniu 1953 roku przed komunistycznym sądem wojskowym. Asumptem do przypomnienia tej sprawy jest wydany ostatnio tomik wierszy Wisławy Szymborskiej, zapobiegliwie rozpowszechniany przez poniektóre krakowskie redakcje. Szymborska – obecnie honorowa obywatelka stołeczno – królewskiego miasta Krakowa, odegrała w tych wydarzeniach sprzed pięćdziesięciu laty, swoistą haniebną rolę, podobnie jak kilku innych literatów, wyróżnionych krakowskimi honorami i materialnymi profitami.

Rodzi się pytanie, dlaczego przyznaje się honorowe obywatelstwo miasta, oraz przydziela mieszkanie w luksusowych dzielnicach Krakowa ludziom politycznie skompromitowanym, sygnatariuszom zbrodniczej rezolucji z 8 lutego 1953 roku, kto w magistracie z takimi wnioskami w ogóle występuje, opiniuje i kieruje do realizacji? Myślę, że nie będą to pytania retoryczne”. Do listu dołączono materiały prasowe, w których m. In. jest tekst rezolucji podpisanej przez 53 krakowskich literatów w dniu 8 lutego 1952 roku, w kilka dni po wydaniu wyroków śmierci na jednego księdza i dwie osoby świeckie, dożywocia dla innego księdza, pozostali księża otrzymali 8 i 15 letnie wyroki. Oto tekst owej rezolucji:

 

W ostatnich dniach toczył się w Krakowie proces grupy szpiegów amerykańskich, powiązanych z krakowską Kurią Metropolitalną. My, zebrani w dniu 8 lutego 1953 r. członkowie Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, wyrażamy bezwzględne potępienia dla zdrajców Ojczyzny, którzy wykorzystując swe duchowe stanowiska i wpływy na młodzież skupioną w KSM /Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży – dopisek. A.S./, działali wrogo wobec narodu i państwa ludowego, uprawiali za amerykańskie pieniądze szpiegostwo i dywersję. Potępiamy tych dostojników z wyższej hierarchii kościelnej, którzy sprzyjali knowaniom antypolskim i okazywali zdrajcom pomoc, oraz niszczyli cenne zabytki kulturalne. Wobec tych faktów zobowiązujemy się w twórczości swojej jeszcze bardziej bojowo i wnikliwiej niż dotychczas podejmować aktualne problemy walki o socjalizm, ostrzej piętnować wrogów narodu – dla dobra Polski silnej i sprawiedliwej”.

Sławomir Mrożek dopisał: „Nie ma zbrodni, której byśmy się po nich nie mogli spodziewać. Zaciekłość niedobitków będzie tym większa, tym bardziej będą się upodobniać do SS – manów, do „rycerzy płonącego krzyża” – Ku – Klux – Klanu, do brunatnych i czarnych koszul – występując w tym samym co SS – mani, krzyżowcy, koszule i inni falangiści interesie”. Poza Mrożkiem i Szymborską rezolucję podpisali jeszcze m. In. Adam Włodek / pierwszy mąż Szymborskiej /, Kornel Filipowicz / późniejszy mąż Szymborskiej /, Olgierd Terlecki / konfident SB m.in. w Radiu Wolna Europa /, Bruno Miecugow – ojciec Grzegorza Miecugowa, do dzisiaj prowadzącego wrogą Polsce audycję telewizyjną TVN 24 „Szkło kontaktowe”, Hanna Mortkowicz – Olczakowa – konfidentka SB, Władysław Machejek – naczelny redaktor „Życia Literackiego”- konfident SB, Maciej Słomczyński – konfident SB, Tadeusz Nowak – konfident SB, Tadeusz Kwiatkowski – mąż Haliny Kwiatkowskiej – konfident SB, Jan Błoński – profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – konfident SB, Henryk Markiewicz – profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – konfident SB, Stefan Otwinowski, Adam Polewka, Karol Szpalski, Jan Wiktor, Jerzy Zagórski, Marian Zagórski – wszyscy konfidenci SB.

 

Obok takich faktów przywołanych nam brutalnie, krakowskie środowisko literackie nie może przejść obojętnie. Nie może kryć głowy w piasek i udawać, że deszcz nie pada. Jak hańba, to hańba, ułomność literatów jako ludzi małych i koniunkturalnych pozostaje plamą nie do wywabienia w żadnej pralni pisanego słowa. Że niby takie były czasy, że dyktatura, że UB, że partia etc. – takie gadanie nic nie pomoże, zwłaszcza w Krakowie, w którym zobowiązania wobec przeszłości i chwały Najjaśniejszej z natury swojej muszą być klarowne i ponadnormatywne. Kto nie dorósł do wielkości prochów spoczywających w Katedrze – won od pióra. Przynajmniej w takim temacie i w takiej materii”.

                                   

                                                   Z wyrazami najwyższego szacunku

                                           

             Jerzy Korzeń prezes Towarzystwa Pamięci Narodowej im. Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego

 

Prezydent Bronisław Komorowski w czasie swej krótkiej przecież prezydentury, Orderem Orła Białego zdążył już uhonorować, jak wspomniałem, redaktora naczelnego wrogiej Polsce „Gazety Wyborczej” Adama Michnika. Ta osoba, obok Wisławy Szymborskiej znajduje się w poczcie „polskich świętości”, których nie należy i nie wolno szargać. Skąd inąd wiadomo, iż nic tak dobrze nie robi „świętościom” jak ich szarganie. Pomimo tego każda próba opisania „wielkości” redaktora Adama Michnika kończy się w sądzie. Michnik wyznaje:

 

„należałem do komunistów w sześćdziesiątych latach. Uważałem, że komunistyczna Polska to moja Polska. Środowisko z którego pochodzę to liberalna żydokomuna. Jest to żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami. Być komunistą znaczyło wtedy coś więcej niż przynależność do partii, to oznaczało przynależność do pewnego języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności / „Powściągliwość i Praca” nr 6 z 1988 – pismo katolickie /.

Rodzice Adama Michnika wywodzili się z nurtu działaczy komunistycznych Komunistycznej Partii Polski z programem przyłączenia Polski do ZSRS, oderwania od Polski ziem wschodnich, oraz zrzeczenia się na rzecz „bratnich socjalistycznych Niemiec” Górnego Śląska i Pomorza. Ojciec Adama Michnika odbył przed wojną kilkuletni wyrok więzienia, za działalność przeciwko suwerenności i niepodległości RP.

Jak donosi „Kurier Galicyjski” z września 2008 r – dwutygodnik ukazujący się w Iwanofrankiwsku / Stanisławów / w języku polskim, Adam Michnik wytrwale dąży śladami swojego ojca Ozjasza Szechtera pragnącego likwidacji państwa polskiego i przyłączenia Polski do ZSRS. W ten sposób Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów zostanie również zaspokojona w swoich roszczeniach terytorialnych.

 

Na konferencji prasowej odbytej we wrześniu 2008 roku w siedzibie redakcji „Kuriera Galicyjskiego” w Stanisławowie Adam Michnik wysunął propozycję likwidacji państwa polskiego i przyłączenia go do Ukrainy. Michnik nowej, poszerzonej o ziemie polskie Ukrainie pragnie nadać nazwę „UKR – POL” lub „POL – UKR”. Będziemy wówczas państwem, z którym się będzie musiał liczyć każdy i na wschodzie i na zachodzie – uważa Adam Michnik. „To jest olbrzymia szansa – ona jest realna. Teraz pytanie: co to pokolenie, które dzisiaj dochodzi do władzy w Polsce i na Ukrainie potrafi z ta szansą uczynić? Ja mam z Ukrainą więzi sentymentalne. Mój ojciec urodził się we Lwowie, mój przyjaciel Jacek Kuroń też się urodził we Lwowie”. W tym miejscu należy przypomnieć jeszcze raz, że ojciec Adama Michnika, członek Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy z dążeniami przyłączenia Polski do Związku Sowieckiego odbył 8-letni wyrok więzienia za działalność przeciwko suwerenności i niepodległości Rzeczypospolitej. Instytut Pamięci Narodowej czyn ów nazwał szpiegostwem i z powództwa urażonego Michnika proces przegrał. Za czyn Michnika opisany wyżej Komorowski daje mu Orła Białego, a jeszcze wcześniej Uniwersytet Pedagogiczny obdarza tego „historyka i działacza niepodległościowego” honorowym doktoratem przy cynizmie rektora UP prof. dr hab. Michała Śliwy, który powiedział protestującym naukowcom: „gdyby nie Adam Michnik, to wszystkich was zamknęła by dzisiaj Służba Bezpieczeństwa PRL”.

Wisława Szymborska zadebiutowała w 1945 roku w pisemku NKWD redagowanym przez  agenta NKWD Jerzego Putramenta, publikując tam swoje debiutanckie wiersze stalinowsko – leninowskie. Jerzy Putrament, postać ogólnie znana, był jeszcze przedwojennym agentem NKWD w Polsce. Szymborska jest uznaną prekursorką żelbetowej komunistycznej poezji w Polsce po 1945 roku.

Wielbiła gorliwie rewolucję bolszewicką, w wyniku której wymordowano miliony niewinnych ludzi, opowiadając poetycko o zbrodniczych awanturach w Pałacu Zimowym, właśnie na łamach NKWD - owskiego pisemka Jerzego Putramenta.

Miała wówczas 20 lat, gdy napisała taki oto wiersz zamieszczony w owym pisemku:

 

„…gdy wdarli się na te schody marmurowe,

Kołowały światła złoceń jak w lichtarzach,

Dygotały ściany płowe,

Stropy płowe,

I warczało echo kroków w korytarzach.

 

Stary świecie, oto przyszła noc zapłaty,

Gdzie się skryjesz przed wyklętym który powstał.

Robotnicza ciężka młotem dłoń

Z sierpem już się wdrąża w twoją skroń.

 

I zapłacisz

 

Za te noce dzieci nieprzespane,

Za te matki z swoim życiem przeoranym

Za tych ojców co dla dzieci nadstawiali skroń

Z młotem sierpem ich dosięgnie

Sprawiedliwa dłoń

 

(…)

 

…więc zapadaj się jak w topiel w głąb zwierciadła,

Jazdo moru, jazdo głodu, pańska jazdo

Z każdą chwilą podobniejsza do widziadła

Kawalerio kapitału, na dno, na dno”.

 

„… nie znam mowy ludu Turkmenii,

Myślę tylko że słowa Październik,

Trupem pana

Jak woda źródlana

Pragnącemu miłością podana.

 

Niż bardziej zwierzęcego

Niż czyste sumienie

Komsomolskie jasne słońce

Opromienia cały świat

Pozdrowienia śle dziś Polsce

Cała młodzież Kraju Rad”..

 

Szymborska pisała również wiersze wymierzone w katolicyzm, jeden z nich „Budowa nowej plebanii” opowiada, jak księża cynicznie zastraszają ludzi, by wyciągnąć od nich pieniądze.

 

Zdumiewa wyrażany przez laureatkę polskiego Nobla pogląd w jej utworach o rzekomej obojętności Polaków wobec zagłady Żydów, przecież polskich obywateli. „Antysemityzm” Polaków i antypolonizm jako żywo występuje w wierszach Szymborskiej podobnie jak w „esejach” Jana Tomasza Grossa, odznaczonego w 1996 roku przez Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

I tak:

 

„Syn niech imię słowiańskie ma

Bo tu liczą włosy na głowie

Bo tu dzielą dobro od zła

Wedle imion i kroju powiek”.

 

Twórczość Wisławy Szymborskiej, członkini PZPR, partyjnej lektorki, to przecież oddanie się artystki w służbę zbrodniczemu totalitaryzmowi i jej nadzwyczajna gorliwość w tej służbie. Wierszy Wisławy Szymborskiej o partii, Leninie, Stalinie, profilach, np. czwartym, komunizmie, etc. jest doprawdy ogrom. Poetce, która przez całe swoje twórcze życie napisała ok. 600 wierszy należy postawić pytanie: „czy Pani czuje się Polką, uważając wszystkich Polaków za antysemitów, utożsamiającą się w swojej twórczości z mordercami sowieckimi i wypełniającą „wolne chwile” rezolucjami „zabić księży”, porównującą miłoszowy Ciemnogród, „Polak musi być świnią bo się Polakiem urodził”, czy „…Polaków …mam w dupie”, z twórczością Juliusza Słowackiego i Adama Mickiewicza?

 

Szymborska próbowała swoje wiersze usuwać z księgarń, zapominając o potędze Internetu.

 

W 1964 znalazła się wśród sygnatariuszy sfałszowanego przez władze protestu potępiającego Radio Wolna Europa za nagłośnienie Listu 34.

14 marca 1964 Antoni Słonimski złożył w kancelarii premiera w Urzędzie Rady Ministrów dwuzdaniowy list protestacyjny przeciw cenzurze, który później określano, z powodu liczby sygnatariuszy, jako List 34:

Po Inspirację pochwalającą totalitaryzm bolszewicki Szymborska sięgnęła do twórczości swojego pierwszego redaktora w 1945 roku enkawudzisty Jerzego Putramenta:

 

Jerzy Putrament –„Dziewiąty marca”

 

„Nasza boleść nie będzie łzawa,

Niech pomoże nam pracować dzielniej.

Niechaj szybciej wzrasta Warszawa

Niech się mnożą wiejskie spółdzielnie.

 

Niech w najdalsze, najuboższe wioski

Dotrze Jego pomocne słowo

Niech rozświetli rozum stalinowski

ciemnotę, nędzę wiekową.

 

Z Jego ludem szeregi zwieraj,

Łam trudności, odpieraj wroga!

Poprowadzi Bolesław Bierut

Naszą Polskę Stalinowską drogą”!

 

A potem już samodzielnie Wisława Szymborska:

 

„Pod sztandarami rewolucji wzmocnić warty

Wzmocnić warty u wszystkich bram

Oto Partia ludzkości wzrok

Oto Partia siła ludów i sumienie

Nic nie pójdzie z Jego życia w zapomnienie”.

 

 

Wstępującemu do Partii

 

„Pytania brzmią ostro

Ale tak właśnie trzeba

Bo wybrałeś życie komunisty

I przyszłość czeka

Twoich zwycięstw

Jeśli jak kamień w wodzie

Będzie twe czuwanie

Gdy oczy zamiast widzieć

Będą tylko patrzeć

Gdy wrząca miłość

W chłodne zmieni się sprzyjanie

Jeśli stopa przywyknie do ziemi najgładszej

Partia. Należeć do Niej

Z nią działać z nią marzyć

Z nią w planach nieulękłych

Z nią w trosce bezsennej

Wiesz mi to najpiękniejsze

Co się może zdarzyć

W czasie naszej młodości

Gwiazdy dwuramiennej”.

 

O Leninie

 

„… że w bój poprowadził krzywdzonych

nowego człowieczeństwa Adam”.

 

O śmierci Stalina

 

„Jaki ten dzień rozkaz przekazuje nam

Na sztandarach rewolucji profil czwarty?

Pod sztandarem rewolucji wzmocnić warty”!

 

Następne wzmocnienie wart przygotował Bronisław Komorowski 17 stycznia 2011 roku na Wawelu.

 

Opracował dla „Kuriera Codziennego" Aleksander Szumański

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Rezolucja_Zwi%C4%85zku_Literat%C3%B3w_Polskich_w_Krakowie_w_sprawie_procesu_krakowskiego

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Proces_ksi%C4%99%C5%BCy_kurii_krakowskiej

 

 

 

 

BANDER LAND

 

„Polak musi być świnią, bo się Polakiem urodził” – wieszczył „nasz wieszcz” – Czesław Miłosz, a za nazwanie Matki Boskiej przez Miłosza "pogańską boginią" Sejm RP (PO - PSL) ogłosił rok 2011 rokiem Miłosza, zapewne też w hołdzie "miłoszowej pogańskiej bogini".

Następnie Wysoka Izba Polskiego Parlamentu zamiast ogłosić „11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian” uchwaliła  wyssaną z małego palca ekipy rządzącej uchwałę, o „czystce etnicznej o znamionach ludobójstwa”, dotyczącą okrutnych mordów popełnionych na obywatelach polskich przez nacjonalistów ukraińskich. Przypomnę, że w II RP na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943 – 1944 zginęło w sposób okrutny ok. 200 tysięcy Polaków, Ormian, Rosjan, Czechów, Żydów, Łotyszy i innych obywateli polskich.

Zbrodni na Polakach dokonywały oddziały UPA, politycznie podporządkowane OUN-B, a następnie UHWR, pod naczelnym dowództwem Romana Szuchewycza ("Tarasa Czuprynki"), a także oddziały SKW, Służby Bezpieczeństwa OUN-B i ukraińska ludność cywilna. W kilku przypadkach doszło do współpracy pomiędzy wymienionymi wyżej formacjami a niemieckimi jednostkami policyjnymi, w których służyli Ukraińcy (Ukraińską Policją Pomocniczą i 4 pułkiem policji SS).

Niektórzy duchowni grecko – katoliccy z metropolitą lwowskim Andrzejem Szeptyckim poświęcali narzędzia zbrodni.

Duchowni cerkwi greckokatolickiej, poza nielicznymi wyjątkami nie znaleźli się na wysokości wymaganego zadania. Nie wyłączam z tego zarzutu metropolity lwowskiego Andrzeja Szeptyckiego, ani późniejszego kardynała Slipyja. Księża greckokatoliccy łatwo zapominali o swoich obowiązkach chrześcijańskich, a nawet stawali na czele oddziałów rezunów.

 

Patrz: http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/index.html

 

http://kresykedzierzynkozle.pl/

 

- Wiktor Poliszczuk „Gorzka prawda”, „Ludobójstwo nagrodzone”:

 

Andrzej Szeptycki OSBM, właściwie Roman Maria Aleksander Szeptycki (ur. 29 lipca 1865 w Przyłbicach, zm. 1 listopada 1944 we Lwowie) – duchowny greckokatolicki, w latach 1899–1900 biskup stanisławowski, w latach 1900–1944 arcybiskup metropolita lwowski i halicki, biskup kamieniecki.

Dr Aleksander Korman podaje 135 sposobów tortur i okrucieństw stosowanych przez terrorystów OUN-UPA na ludności polskiej Kresów Wschodnich II RP.

 

LUDOBÓJSTWO OKRUTNE

GENOCIDUM ATROX - LUDOBÓJSTWO OKRUTNE

 

Na Wołyniu z ogólnej liczby 1150 osad wiejskich i 31 tysięcy zagród UPA zniszczyła ponad 91 proc. W miejscach wielu wiosek pozostały jedynie krzyże. Zgodnie z Konwencją ONZ z 9 grudnia 1948 roku zbrodnie ukraińskich nacjonalistów na Polakach są w prawie międzynarodowym określane jako zbrodnia ludobójstwa (genocide). Termin ten wprowadził polski prawnik i karnista żydowskiego pochodzenia Rafał Lemkin.

 

Wymienione poniżej metody tortur i okrucieństw stanowią tylko przykłady i nie obejmują pełnego zbioru, stosowanych przez terrorystów OUN-UPA metod pozbawiania życia - polskich dzieci, kobiet i mężczyzn w męczarniach. Pomysłowość tortur była nagradzana.

Zbrodnia przeciw ludzkości popełniona przez ukraińskich terrorystów może być przedmiotem badań nie tylko historyków, prawników, socjologów, ekonomistów, ale także i psychiatrów.

- Wbijanie dużego i grubego gwoździa do czaszki głowy.

- Zdzieranie z głowy włosów ze skórą (skalpowanie).

- Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czaszkę głowy.

- Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czoło.

- Wyrzynanie na czole "orła".

- Wbijanie bagnetu w skroń głowy.

- Wyłupywanie jednego oka.

- Wybieranie dwoje oczu.

- Obcinanie nosa.

- Obcinanie jednego ucha.

-Obrzynanie obydwu uszu.

-Przebijanie kołami dzieci na wylot.

-Przebijanie zaostrzonym grubym drutem ucha na wylot drugiego ucha.

 -Obrzynanie warg.

 -Obcinanie języka.

- Podrzynanie gardła.

 -Podrzynanie gardła i wyciąganie przez otwór języka na zewnątrz.

 -Podrzynanie gardła i wkładanie do otworu szmaty.

 -Wybijanie zębów.

 -Łamanie szczęki.

 -Rozrywanie ust od ucha do ucha.

 -Kneblowanie ust pakułami przy transporcie jeszcze żywych ofiar.

 -Podcinanie szyi nożem lub sierpem.

 -Zadawanie ciosu siekierą w szyję.

  -Pionowe rozrąbywanie siekierą głowy.

 -Skręcanie głowy do tyłu.

 -Robienie miazgi z głowy przez wkładanie głowy w ściski zaciskane śrubą.

 -Obcinanie głowy sierpem.

 -Obcinanie głowy kosą.

 -Odrąbywanie głowy siekierą.

 -Zadawanie ciosu siekierą w szyję.

 -Zadawanie ran kłutych w głowie.

 -Cięcie i ściąganie wąskich pasów skóry z pleców.

 -Zadawanie innych ran ciętych na plecach.

 -Zadawanie ciosów bagnetem w plecy.

- Łamanie kości żeber klatki piersiowej.

- Zadawanie ciosu nożem lub bagnetem w serce lub okolice serca.

 -Zadawanie ran kłutych nożem lub bagnetem w pierś.

 -Obcinanie kobietom piersi sierpem.

 -Obcinanie kobietom piersi i posypywanie ran solą.

 -Obrzynanie sierpem genitalii ofiarom płci męskiej.

 -Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską.

 -Zadawanie ran kłutych brzucha nożem lub bagnetem.

 -Przebijanie brzucha ciężarnej kobiecie bagnetem.

 -Rozcinanie brzucha i wyciąganie jelit na zewnątrz u dorosłych.

 -Rozcinanie brzucha kobiecie w zaawansowanej ciąży i w miejsce wyjętego płodu,

  wkładanie np. żywego kota i zaszywanie brzucha.

 -Rozcinanie brzucha i wlewanie do wnętrza wrzątku - kipiącej wody.

 -Rozcinanie brzucha i wkładanie do jego wnętrza kamieni oraz wrzucanie do rzeki.

 -Rozcinanie kobietom ciężarnym brzucha i wrzucanie do wnętrza potłuczonego szkła.

 -Wyrywanie żył od pachwiny, aż do stóp.

 -Wkładanie do pochwy - wagina rozżarzonego żelaza.

 -Wkładanie do waginy szyszek sosny od strony wierzchołka.

 -Wkładanie do waginy zaostrzonego kołka i przepychanie aż do gardła, na wylot.

 -Rozcinanie kobietom przodu tułowia ogrodniczym scyzorykiem, od waginy, aż po szyję i

  pozostawienie wnętrzności na zewnątrz.

 -Wieszanie ofiar za wnętrzności.

 -Wkładanie do waginy szklanej butelki i jej rozbicie.

 -Wkładanie do otworu analnego szklanej butelki i jej stłuczenie.

-Rozcinanie brzucha i wsypywanie do wnętrza karmy dla zgłodniałych świń tzw. osypki,

 który to pokarm wyrywały razem z jelitami i innymi wnętrznościami.

 -Odrąbywanie siekierą jednej ręki.

 -Odrąbywanie siekierą obydwóch rąk.

- Przebijanie dłoni nożem.

- Obcinanie palców u ręki nożem.

 -Obcinanie dłoni.

- Przypalanie wewnętrznej strony dłoni na gorącym blacie kuchni węglowej.

 -Odrąbywanie pięty.

 -Odrąbywanie stopy powyżej kości piętowej.

 -Łamanie kości rąk w kilku miejscach tępym narzędziem.

 -Łamanie kości nóg w kilku miejscach tępym narzędziem.

 -Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską, obłożonego z dwóch stron deskami.

- Przecinanie tułowia na wpół specjalną piłą drewnianą.

- Obcinanie piłą obie nogi.

 -Posypywanie związanych nóg rozżarzonym węglem.

-Przybijanie gwoździami rąk do stołu, a stóp do podłogi.

-Przybijanie w kościele na krzyżu rąk i nóg gwoździami.

-Zadawanie ciosów siekierą w tył głowy, ofiarom ułożonym uprzednio głową do podłogi.

 -Zadawanie ciosów siekierą na całym tułowiu.

- Rąbanie siekierą całego tułowia na części.

-Łamanie na żywo kości nóg i rąk w tzw. kieracie.

-Przybijanie nożem do stołu języczka małego dziecka, które później wisiało na nim.

-Krajanie dziecka nożem na kawałki i rozrzucanie ich wokół.

-Rozpruwanie brzuszka dzieciom.

 -Przybijanie bagnetem małego dziecka do stołu.

-Wieszanie dziecka płci męskiej za genitalia na klamce drzwi.

-Łamanie stawów nóg dziecka.

- Łamanie stawów rąk dziecka.

 -Zaduszenie dziecka przez narzucenie na niego różnych szmat.

 -Wrzucanie do głębinowych studni małych dzieci żywcem.

-Wrzucanie dziecka w płomienie ognia palącego się budynku.

-Rozbijanie główki niemowlęcia przez wzięcie go za nóżki i uderzenie o ścianę lub piec.

. Powieszenie za nogi zakonnika pod amboną w kościele.

.-Wbijanie dziecka na pal.

-. Powieszenie na drzewie kobiety do góry nogami i znęcanie się nad nią przez odcięcie

   piersi i języka, rozcięcie brzucha i wybranie oczu oraz odcinanie nożami kawałków ciała.

-. Przybijanie gwoździami małego dziecka do drzwi.

-. Wieszanie na drzewie głową do góry.

- Wieszanie na drzewie nogami do góry.

. Wieszanie na drzewie nogami do góry i osmalanie głowy od dołu ogniem zapalonego

  pod głową ogniska.

. Zrzucanie w dół ze skały.

 - Topienie w rzece.

 - Topienie przez wrzucenie do głębinowej studni.

 - Topienie w studni i narzucanie na ofiarę kamieni.

 - Zadźganie widłami, a potem pieczenie kawałków ciała na ognisku.

 - Wrzucenie dorosłego w płomienie ogniska na polanie leśnej, wokół którego ukraińskie

  dziewczęta śpiewały i tańczyły przy dźwiękach harmonii.

 - Wbijanie koła do brzucha na wylot i utwierdzanie go w ziemi.

 - Przywiązanie do drzewa człowieka i strzelanie do niego jak do tarczy strzelniczej.

 - Prowadzenie nago lub w bieliźnie na mrozie.

 - Duszenie przez skręcanie namydlonym sznurem zawieszonym na szyi, zwanym arkanem.

 - Wleczenie po ulicy tułowia przy pomocy sznura zaciśniętego na szyi.

 - Przywiązanie nóg kobiety do dwóch drzew oraz rąk ponad głową i rozcinanie brzucha od krocza do piersi.

- Rozrywanie tułowia przy pomocy łańcuchów.

- Wleczenie po ziemi przywiązanego do pojazdu konnego.

 - Wleczenie po ulicy matki z trojgiem dzieci, przywiązanych do wozu o zaprzęgu konnym w ten sposób, że jedną nogę matki przywiązano łańcuchem do wozu, a do drugiej nogi matki jedną nogę najstarszego dziecka, a do drugiej nogi najstarszego dziecka przywiązano nogę młodszego dziecka, a do drugiej nogi młodszego dziecka, przywiązano nogę dziecka najmłodszego.

 - Przebicie tułowia na wylot lufą karabinu.

 -Ściskanie ofiary drutem kolczastym.

 - Ściskanie razem dwie ofiary drutem kolczastym.

 - Ściskanie więcej ofiar razem drutem kolczastym.

 - Periodyczne zaciskanie tułowia drutem kolczastym i co kilka godzin polewanie ofiary zimną wodą w celu odzyskania przytomności i odczuwania bólu i cierpienia.

 - Zakopywanie ofiary do ziemi na stojąco po szyję i w takim stanie jej pozostawienie.

 - Zakopywanie żywcem do ziemi po szyję i ścinanie później głowy kosą.

 - Rozrywanie tułowia na wpół przez konie.

 - Rozrywanie tułowia na wpół przez przywiązanie ofiary do dwóch przygiętych drzew i następnie ich uwolnienie.

 - Wrzucanie dorosłych w płomienie ognia palącego się budynku.

 - Podpalanie ofiary oblanej uprzednio naftą.

- Okładanie ofiary dookoła słomą-snopem i jej podpalenie, czyniąc w ten sposób pochodnię Nerona.

 - Wbijanie noża w plecy i pozostawienie go w ciele ofiary.

 - Wbijanie niemowlęcia na widły i wrzucanie go w płomienie ognia.

 - Wyrzynanie żyletkami skóry z twarzy.

 - Wbijanie dębowych kołków pomiędzy żebra.

 - Wieszanie na kolczastym drucie.

 - Zdzieranie z ciała skóry i zalewanie rany atramentem oraz oblewanie jej wrzącą wodą.

 - Przymocowanie tułowia do oparcia i rzucanie w nie nożami.

 - Wiązanie - skuwanie rąk drutem kolczastym.

 - Zadawanie śmiertelnych uderzeń łopatą.

 - Przybijanie rąk do progu mieszkania.

 - Wleczenie ciała po ziemi, za nogi związane sznurem.

-  Przybijanie małych dzieci dookoła grubego rosnącego drzewa przydrożnego, tworząc w

   ten sposób tzw. "wianuszki".

 

I z takich sposobów męczeńskich śmierci Sejm RP (koalicja PO - PSL) urządza pokazówkę przyjaźni z narodem ukraińskim, nie żądając nawet przeproszenia za dokonanie banderowskich zbrodni.

Dalej, na Majdanie polscy politycy pod sztandarami faszyzmu i antysemityzmu wyrażają swoje poparcie banderowskiej, faszystowskiej Ukrainie. Przy władzy na Ukrainie są żydowskie ugrupowania skrajnie faszystowskie i antysemickie różnych ukraińskich „Swobód” tiahnybokowych i antypolskich Julii Tymoszenko. Wrogiem Polski jest również Żyd Walzman (pseud. Petro Poroszenko) prezydent Ukrainy paradoksalnie patronujący ekscesom antysemickim na Ukrainie. Patrz http://www.fronda.pl/blogi/prawda-o-nobliscie/bij-zyda-ze-zbrodnia-ukrainsko-niemiecka-w-tle,39085.html

To prawda, że Rosjanie są profesjonalnymi mordercami, że ich prezydent Władimir Putin porównywany jest do Hitlera. Jego polityka zagraża też innym narodom dawnego ZSRS, w tym Polski.

„Ale my się Putina nie boimy”, posiadamy przecież według Donalda Tuska „doskonale wyposażoną i wyszkoloną milionową armię” i lewackie zapewnienia obrony naszych granic przez Obamę i innych skompromitowanych polityków (na przykładzie ludobójstwa w Syrii).

Polityka naszego rządu zmienia się w postępie geometrycznym – ergo – wczoraj Rosja była idealnym partnerem w śledztwie mordu smoleńskiego uznawanego przez rządzących Polską i Rosją za katastrofę, dzisiaj już o Smoleńsku wprawdzie potwierdzają nadal ustalenia politycznej komisji Millera, Laska i współodpowiedzialnej za mord smoleński gen. Tatiany Anodiny, ale „Rosja już postępuje z Ukrainą nieładnie”.

Krótko więc - expressis verbis - „niech żyje wolna Ukraina” z okrutnymi  mordami Polaków (ludobójstwem okrutnym- genocidum atrox).

 

NIE BĘDZIE POJEDNANIA BEZ PRAWDY

Autor ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski

 

Arcybiskup Światosław Szewczuk z Kijowa, uchylił się od spotkania z rodzinami pomordowanych. Nie zaprosił ich też na panichidę, nabożeństwo żałobne w cerkwi w Warszawie, choć zaprosił dygnitarzy państwowych i partyjnych. Nie pomodlił się też na mogiłach pomordowanych, choć był na Lubelszczyźnie, zroszonej krwią zabitych przez UPA.

Konflikty pomiędzy sąsiadującymi ze sobą Polakami i Ukraińcami (do XIX w. nazywanymi Rusinami) mają tysiącletnią historię. Aby ją opisać, trzeba byłoby sięgnąć aż do roku 981, kiedy to wielki książę kijowski Włodzimierz najechał państwo Mieszka I, odrywając od niego Grody Czerwieńskie. Albo też do roku 1340, kiedy to król Kazimierz III Wielki ową ziemię przyłączył z powrotem do Polski. Trzeba byłoby pisać o kolejnych uniach polsko-litewskich, a zwłaszcza o tej zawartej w Lublinie w 1569 r., kiedy to większość terenów obecnej Ukrainy przeszła z Wielkiego Księstwa Litewskiego do Królestwa Polskiego. Opisania wymagałyby powstania kozackie, w tym zapomniana dziś rzeź humańska w 1768 r. (ukraińscy hajdamacy wymordowali wówczas dziesiątki tysięcy Polaków i Żydów), rozbiory, polskie powstania narodowe, łącznie ze zwycięskim powstaniem „Orląt Lwowskich” w 1918 r., sojusz z atamanem Symonem Petlurą, traktat w Rydze, pakt Ribbentrop-Mołotow, akcję „Wisła” i rozpad ZSRR. Nie negując ważności tych wydarzeń śmiem twierdzić, że główną kością niezgody są nie tyle one, co ludobójstwo popełnione przez nacjonalistów z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii oraz SS „Galizien” i Ukraińskiej Policji Pomocniczej w czasie drugiej wojny światowej (i tuż po niej) na obywatelach Drugiej Rzeczypospolitej. Chodzi tutaj także o stosunek do niego społeczeństwa i władz Polski i Ukrainy.

 

JAK UGASIĆ PUNKTY ZAPALNE

 

Na ten temat napisano już bardzo wiele, ale wciąż tlą się (a czasami wręcz wybuchają ostrym płomieniem) liczne punkty zapalne, utrudniające proces pojednania. Jakie są to punkty, które dla dobra obu narodów należałoby zagasić? Pozwolę sobie opisać je z perspektywy tych, którzy doświadczyli piekła „czerwonych nocy”. Kilka lata temu w Mauzoleum Pomordowanych Kresowian w Łężycy k. Zielonej Góry święciłem kolejne epitafia. W tym także tablicę pamiątkową, poświęconą pięcioletniej Stasi Stefaniak, córce Polaka i Ukrainki, zamordowanej jak wiele innych dzieci z mieszanych rodzin przez banderowców (fundatorem tablicy był Piotr Szelągowski, który, choć jest rodowitym Wielkopolaninem, pielęgnuje od lat o pamięć o pomordowanych Kresowianach).  

Po mszy świętej odbyło się spotkanie z mieszkańcami gminy, którzy swymi korzeniami wywodzą się z różnych części Kresów Wschodnich. Na pytanie, jakie trzeba byłoby spełnić warunki, aby nastąpiło pojednanie, prawie wszyscy twierdzili, że z Ukraińcami jako narodem nie są skłóceni. Lubią ich kulturę, mają wśród ich przyjaciół i krewnych, a w ich żyłach (dotyczy to także i mnie) płynie obok polskiej sporo krwi ukraińskiej. Mają jednak oni ogromny żal tak do banderowców, nazywanych „wrzodem na ukraińskim ciele”, jak i do tych, co kultywują ich tradycję. Najbardziej utkwiło mi w pamięci kilka zdań, wypowiedzianych przez starszą kobietę, która w chwili ataku UPA na jej rodzinną wioskę pod Tarnopolem miała niespełna 10 lat. Ona cudem ocalała, ale napastnicy siekierami zarąbali czworo jej krewnych. Używając specyficznego kresowego języka tak mówiła: „Żeby »bandery« dalej nie kłamały, żeby dały pochować kości naszych ludzi, żeby dały na mogiłach postawić krzyże”. Te słowa to meritum problemu, które postaram się rozwinąć.

 

 

PO PIERWSZE, PRAWDA

 

Na pierwszym miejscu, co warto podkreślić, owa sędziwa osoba postawiła prawdę. Chciałoby się rzec za Ewangelią wg św. Jana „Poznacie Prawdę a Prawda was wyzwoli”. Z prawdą jednak tak po stronie polskiej, jak i ukraińskiej, jest w tej kwestii ogromny kłopot. Dominują bowiem pół-prawdy, przemilczenia, a nawet kłamstwa. Dotyczy to przede wszystkim zdefiniowania krwawych wydarzeń. Znakomita większość historyków, w tym też część ukraińskich (jak na przykład nie żyjący już dziś Wiktor Poliszczuk) posługując się terminologią prawnika Rafała Lemkina (polskiego Żyda z Kresów), stwierdza, że było to ludobójstwo. Takie samo jak zagłada Ormian w 1915 r. w Turcji czy Holokaust Żydów. Dlatego też IPN prowadząc swoje śledztwa, posługuje się wyłącznie tym terminem. Jednak Sejm polski ze względu na tzw. mit Jerzego Giedroycia oraz ideologię Unii Demokratycznej, której gorliwymi wyznawcami byli między innymi Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek (właściwie: Benjamin Lewertow),  Bronisław Komorowski i Henryk Wujec, do tej pory – co jest jednym z największych paradoksów polityki historycznej Trzeciej Rzeczypospolitej – nie ma odwagi, aby nazwać zbrodnię po imieniu.

Mieliśmy tego jaskrawy przykład w lipcu 2013 r., kiedy to posłowie, zebrani w siedemdziesiątą rocznicę „Krwawej Niedzieli” na Wołyniu, w przyjętej uchwale słowo ludobójstwo, zgodne z prawdą historyczną, zastąpili pokrętnym sformułowaniem „czystki etnicznej o znamionach ludobójstwa”. Za tą zmianą pod wpływem presji wywartej przez ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego były PO i Ruch Palikota. Za prawdą zwartym szeregiem opowiedziały się PiS, SP, PSL, SLD oraz grupka Jarosława Gowina. Niestety zwyciężyli ci pierwsi. Tak jak w Sodomie i Gomorze zabrakło zaledwie 10 głosów. Pozostał więc nierozwiązany konflikt, który już wkrótce powróci ze zdwojoną siłą.

Owo głosowanie pokazuje najlepiej jak ogromny problem, choć od upadku komunizmu minęło już ćwierć wieku, mają polscy politycy z opowiedzeniem się za prawdą. Problem ma także wielu publicystów „Gazety Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego”, którzy wbrew faktom historycznym próbują ludobójstwo klasyfikować jako „sprawę wołyńską” lub „wojnę polsko-ukraińską”. To tak, jakby zagładę getta warszawskiego w 1943 r. nazwać „sprawą warszawską” lub „wojną niemiecko-żydowską”, bo przecież rozpaczliwie broniący się Żydzi zabili kilkunastu esesmanów. 

Trzeba w tym miejscu dodać, że udział nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów też jest przemilczany. Jest on w znikomym stopniu obecny (lub go nie ma prawie wcale) w publicystyce na przykład Adama Michnika, Seweryna Blumsztajna, Jerzego Pomianowskiego (wcześniejsze nazwisko: Birnbaum), Dawida Wildsteina, Ludwiki Wujec (żony Henryka, z domu: Okrent) Jana Grossa czy Anny Applebaum, wpływowej żony Radosława Sikorskiego – osób, które skądinąd są bardzo wrażliwe na wszelkie przejawy antysemityzmu. Co więcej, z tekstów Applebaum bije wręcz zauroczenie nacjonalizmem ukraińskim. Za wschodnią granicą z kolei podobną postawę przejawia potężny magnat medialny Ihor Kołomojski, od lat szefujący Zjednoczonej Wspólnocie Żydowskiej na Ukrainie. Na szczęście większość środowisk żydowskich w Europie Wschodniej i Izraelu, nie tylko pamięta, ale i reaguje na współczesne zagrożenie z strony środowisk banderowskich.

 

PODZIELONA PRAWICA

 

Chociaż we wspomnianym głosowaniu PiS zachował się jak należało, to jednak sam prezes Jarosław Kaczyński od lat uporczywie odmawia udziału w upamiętnieniu ofiar ludobójstwa. Podobnie postępował jego brat, prezydent Lech Kaczyński, który w sojuszu z prezydentem ukraińskim Wiktorem Juszczenko i jego obozem politycznym pokładał duże nadzieje; jak się później okazało fałszywe.  

Również wiele osób z otoczenia obu braci bądź „rozmywało” problem ludobójstwa, bądź wprost sprzyjało nacjonalistom ukraińskim. Dr hab. Leszek Jazownik, profesor Uniwersytetu Zielonogórskiego, i jego żona, dr Maria Jazownik, w swym doskonałym, a zarazem bardzo odważnym,  artykule pt. W kręgu tzw. uchwały prowidu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów wymieniają w tym kontekście następujące osoby: Elżbietę Jakubiak i Adama Bielana (po 2010 r. oboje w kanapowym PJN), Michała Kamińskiego i Pawła Zalewskiego (dziś PO) oraz Bogumiłę Berdychowską, która występowała przeciwko budowie pomnika w Warszawie ku czci pomordowanych , a także Pawła Kowala, o którym piszą:

Wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego PiS, a także eurodeputowany PiS, który systematycznie krytykował rezolucję Parlamentu Europejskiego z 25 lutego 2010 roku, potępiającej uhonorowanie Bandery tytułem Bohatera Ukrainy, a w roku ubiegłym pielgrzymował po kraju, głosząc kult Wiktora Juszczenki, uznawanego przez niego za najbardziej „prozachodniego polityka” Ukrainy.

Paweł Kowal po zdradzeniu Jarosława Kaczyńskiego i po sromotnej porażce w wyborach do Parlamentu Europejskiego stał się jednym z najbardziej zagorzałych zwolenników wepchnięcia Polski w konflikt zbrojny na Ukrainie. Nie kryje on także swojej fascynacji nacjonalizmem ukraińskim.

Dziwne było też zachowanie szefa klubu PiS, Marka Kuchcińskiego, który pomimo apelu Stowarzyszenia Obrońców Pamięci Orląt Przemyskich nie chciał oddać orderu przyznanego mu przez prezydenta Juszczenkę, gloryfikatora UPA. Z kolei Przemysław Żurawski vel Grajewski, namaszczony na ministra spraw zagranicznych w wirtualnym rządzie prof. Piotra Glińskiego, wprost twierdził, że uchwała sejmu o ludobójstwie na Kresach jest jakoby – uwaga! – sprzeczna z polską racją stanu. Pełna żenada.

Nie lepsze poglądy ma też prof. Andrzej Nowak z Krakowa, który w „miodoustych” wypowiedziach dyskredytował osoby broniące prawdy o ludobójstwie. Ogromne wolty w tej sprawie czyni także ściśle związana z PiS (i od niego całkowicie uzależniona) „Gazeta Polska”, postępując niejednokrotnie w myśl zasady Lecha Wałęsy: „Jestem za, a nawet przeciw”. Teraz jednak wyłącznie „przeciw”, przez co upodabnia się ona do „Gazety Wyborczej”.

Przykładem jest ocenzurowanie polemiki prof. dr hab. Bogusława Pazia ze wspomnianym Żurawskim. Że nie wspomnę o ideologicznych komentarzach wypisywanych pod moimi artykułami przez redaktora naczelnego Tomasza Sakiewicza czy o dwukrotnym zablokowaniu mojego felietonu, który pt. "Banderowcy w nowym rządzie Ukrainy" jest jednym z rozdziałów niniejszej publikacji. Środowisko tego pisma, w tym Katarzyna Hejke, Jerzy Targalski i Marcin Wolski (obaj ostatni to byli członkowie PZPR), sfomułowało nawet tezę, którą można sprawdzić do słów „Lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”. Aż strach się bać.

Każdy, kto uważa inaczej jest obrzucany inwektywami typu „ruski agent”, „agent wpływu”, „zdrajca” czy „pożyteczny idiota”. Vide: atak Jerzego Targalskiego na Ewę Siemaszko, laureatkę Nagrody Kustosz Pamięci Narodowej. To działanie, wraz z wiarą w przeróżne teorie spiskowe, ma charakter wręcz sekciarski. Środowisko to jest przy tym całkowicie bezkrytyczne wobec polityki USA (i Izraela). Tak jakby sprzedanie komunistom przez Amerykanów w Jałcie i Poczdamie zarówno Polski, jak i całej Europy Środkowo-Wschodniej, nie miało żadnego znaczenia.

Jeżeli chodzi o media katolickie i prawicowe, to rzetelne teksty autorstwa Ewy Siemaszko, Rafała Ziemkiewicza, Waldemara Łysiaka, Aleksandra Szychta, Aleksandra Szumańskiego, Grzegorza Brauna, Stanisława Michalkiewicza i innych znawców tematu publikują „Nasz Dziennik”, „Niedziela”, „Do Rzeczy”, „Najwyższy Czas”, „Nasza Polska” „ Warszawska Gazeta” oraz portale internetowe Kresy.pl, Prawy.pl, (ojcowie pallotyni), Blogmedia24.pl i Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Do tego trzeba dodać większość pism i rozgłośni diecezjalnych i zakonnych oraz media związane z Ruchem Narodowym i Młodzieżą Wszechpolską. Tego, niestety, nie da się powiedzieć o „Gościu Niedzielnym”, Telewizji Republika, „Więzi” i portalu Fronda.pl, które w tej kwestii ulegają poprawności politycznej i zauroczeniu Majdanem. 

Co do działań organów państwowych, to Maria i Leszek Jazownikowie w cytowanym artykule stwierdzają:

W okresie PRL-u nie wolno było pisać o zbrodniach dokonywanych przez ukraińskich nacjonalistów. Nie prowadzono więc systematycznych badań nad tą problematyką. Później sytuacja niewiele się zmieniła. W okresie 24 lat funkcjonowania tzw. wolnej Polski nasza prokuratura nie była w stanie doprowadzić do zatrzymania ani jednego zbrodniarza wojennego spośród masowo ujawniających się na Ukrainie członków UPA. Jest to zdumiewające, zważywszy, że – jak słusznie zauważa dr Lucyna Kulińska – w UPA nie było ludzi niewinnych, bowiem chrzest bojowy w tej formacji polegał na wykonaniu krwawej egzekucji.

 

UKRAIŃCY LĘKAJĄ SIĘ PRAWDY

 

Osobną kwestią jest postawa społeczności ukraińskiej w naszym kraju. W lipcu 2013 r. odbywało się na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim sympozjum poświęcone księżom rzymskokatolickim, pomordowanym przez UPA na Wołyniu. Niejako „na powitanie” uczestników na oficjalnej stronie greckokatolickiego seminarium duchownego w Lublinie, którego klerycy są studentami KUL-u, ukazał się paszkwil pt. "Wodewil i happening. Rzecz o pojednaniu". Wcześniej ukazał się inny paszkwil pt. "Wołyń. Ludobójstwo jako Nobel za cierpienie". Oba teksty, autorstwa ks. prefekta Bogdana Pańczaka, zostały zdjęte dopiero po interwencji u arcybiskupa lubelskiego, Stanisława Budzika, który w liście skierowanym do mnie napisał: „Przyznaję Księdzu rację, że miejscem takiej polemiki nie powinna być strona internetowa seminarium greckokatolickiego w Lublinie”. Niemniej jednak nadal pozostaje pytanie, w jakim duchu wychowywani są klerycy ukraińscy, którym KUL i archidiecezja lubelska udzielają gościny?

Z kolei w czasie dyskusji w TVP Historia prezes Piotr Tyma ze Związku Ukraińców w Polsce (organizacji ogromnie wpieranej z pieniędzy polskiego podatnika) na moje wyraźne pytanie, czy to co działo się na Wołyniu w 1943 r. było ludobójstwem czy nie? odpowiedział, że nie. Ręce opadają. Co więcej, w tym roku napisał on skargę do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, atakując prof. dr. hab. Czesława Partacza za jego prace naukowe o ludobójstwie oraz red. Andrzeja Rudnika z Radia Koszalin za wyemitowanie audycji pt. "W snach uciekam przed śmiercią" (zawierającej relacje osób ocalałych z zagłady). Jest to tym bardziej kuriozalne, że sam Tyma nie ma żadnego dorobku ani naukowego, ani publicystycznego; chyba że zaliczyć do niego skargi ustawicznie pisane na lewo i prawo. 

Nie lepiej jest na Ukrainie, gdzie dochodzi do jeszcze większej polaryzacji. Dla większości mieszkańców części południowej i wschodniej kraju banderowcy byli i są zbrodniarzami. Z kolei w zachodniej (czyli między Bugiem a Zbruczem) są uważali za bohaterów. Widać to w wielu miastach, gdzie na cokołach zburzonych pomników Lenina stawia się pomniki terrorysty Stepana Bandery i kata Wołynia, Romana Szuchewycza. To efekt działalności nacjonalistycznej (czytaj: faszystowskiej) „Swobody”. Początkowo była to partia marginalna, wspierana zresztą przez pieniądze z Rosji. Sytuacja zmieniła się, gdy na jej czele stanął Ołeh Tiahnybok, człowiek wykształcony (skończył medycynę i prawo), słynący z kwiecistych, pełnych demagogii przemówień.

W 2010 r. „Swoboda” zwyciężyła na Ukrainie Zachodniej w wyborach samorządowych, a w 2012 r. weszła do parlamentu w Kijowie, zyskując 11% głosów. W obecnym roku odniosła kolejny sukces, wprowadzając do nowego rządu kilku swoich aktywistów. Z kolei szef partii, Ołeh Tiahnybok, nazywający Polaków „okupantami”, stał się jedynym z trzech liderów Majdanu. Teraz siedzi on cicho, ale wkrótce powróci do swojej retoryki. To źle wróży na przyszłość. Jak bowiem pisał bowiem jeden z historyków: „Jeszcze nigdy w historii nie udało się zbudować pojednania pomiędzy narodami w oparciu o kłamstwo lub przemilczenie”. Święte słowa.

 

KOŚCI OFIAR NADAL NIE POCHOWANE

 

Inny punkt zapalny to brak godnego pochówku ofiar. Wydawałoby się, że w XXI w. w Europie powinno to być już dawno załatwione. Niestety, tak nie jest. Pomimo upływu dziesiątków lat nadal kości wielu obywateli polskich są za Bugiem rozsypane po lasach i jarach lub leżą nadal w „dołach śmierci”. Poza tym, zaledwie na ok. 12% mogił, których jest kilka tysięcy, są ustawione krzyże i pamiątkowe tablice. Działanie Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie, hamowane często naciskami politycznymi, jest tutaj nadzwyczaj powolne i mało zdecydowane. Co najwyżej kilka lub kilkanaście upamiętnień rocznie. W takim tempie, to i sto lat będzie za mało. Dlatego też łaciński metropolita we Lwowie, abp. Mieczysław Mokrzycki, apeluje ustawicznie do swoich współbraci z kościołów wschodnich, aby wsparli te działania. Niestety, odzew jest znikomy. We wspólnej deklaracji Kościoła polskiego i Cerkwii greckokatolickiej z 26 czerwca 2013 r. zawarto wprawdzie zdanie „Widzimy też potrzebę godnego upamiętnienia ofiar w miejscach ich śmierci i największego cierpienia”, ale w praktyce na tym się tylko skończyło. Warto dodać, że biskupi-sygnatariusze, wzorem polityków, uchylili się napisania prawdy o ludobójstwie. Nie wspomnieli nawet, że dzień 11 lipca 1943 r., zwany „Krwawą Niedzielą”, to napad na dziesiątki świątyń rzymskokatolickich, w których zamordowano tysiące modlących się wiernych, w tym wielu kapłanów.

Nawiasem mówiąc, episkopat Polski wciąż nie chce rozpocząć beatyfikacji 160 duchownych zabitych przez banderowców. Jedynym wyjątkiem jest niedawno otworzony proces beatyfikacyjny ks. Ludwika Wrodarczyka, oblata, proboszcza w Okopach na Wołyniu, przerżniętego przez Ukraińców piłą na pół. Z kolei Cerkiew greckokatolicka nie chce odciąć się od kultu Bandery (syna unickiego księdza) ani też powiedzieć prawdy o udziale części jej duchownych w działaniach UPA i SS „Galizien”. Dla przykładu, w mordach w polsko-ormiańskim mieście w Kutach nad Czeremoszem wziął udział greckokatolicki ksiądz, który później został redaktorem radia „Swoboda” w Kanadzie.

Trzeba też dodać, że główny sygnatariusz listu ze strony greckokatolickiej, arcybiskup Światosław Szewczuk z Kijowa, uchylił się od spotkania z rodzinami pomordowanych. Nie zaprosił ich też na panichidę, nabożeństwo żałobne w cerkwi w Warszawie, choć zaprosił dygnitarzy państwowych i partyjnych. Nie pomodlił się też i nie zapalił zniczy na mogiłach pomordowanych, choć był na Lubelszczyźnie, zroszonej krwią zabitych przez UPA.

 

PRZYKŁADY POZYTYWNE - BORÓW, KAŁKÓW, WSCHOWA

 

Są jednak też pozytywne działania, najczęściej oddolne. Do nich należą budowa i odsłonięcie, praktycznie na terenie całego kraju, pomników upamiętniających ofiary, w tym w Chełmie, Prabutach, Kłodzku, Babicach i Bogdanowicach k. Głubczyc, Baborowie na Opolszczyźnie (dzięki staraniom burmistrz Elżbiety Kielskiej), Gromniku k. Tarnowa (przy zespole szkół), Smardzowie k. Wrocławia (upamiętnienie pomordowanych mieszkańców Barysza) oraz w Dzierżoniowie. W tym ostatnim mieście z inicjatywy Stowarzyszenia Kresowian Ziemi Dzierżoniowskiej, kierowanego przez Edwarda Bienia, powstały aż trzy pomniki – przy kościele, na cmentarzu i przy Rondzie Kresowian.

Do rangi symbolu urosły zmagania o pomnik na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, ustawiony przez Jerzego Korzenia i Towarzystwo Pamięci im. Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego. Z pomnika tego pod wpływem nagonki zorganizowanej przez PO i gazetę Adama Michnika chciano usunąć słowo „ludobójstwo”. Odbyło się w tej sprawie głosowanie w radzie miejskiej, które na szczęście, choć zaledwie jednym głosem, wygrali zwolennicy prawdy. Na pomniku tym umieszczony został także słynny napis; „Nie o zemstę, lecz o prawdę wołają ofiary”, który stał mottem wszystkich walczących o prawdę o Kresach.

 

Pomnikiem „żywym” z kolei jest Dom im. Dzieci Kresów w Lubinie, prowadzony przez Fundację im. Brata Alberta, a oddany do użytku w siedemdziesiątą rocznicę apogeum ludobójstwa na Wołyniu. Mieszczą w nim się warsztaty terapii zajęciowej dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Jego przebudowa została sfinansowana przez Kresowian i ich sympatyków tak z Kraju, jak i Belgii, Kanady i USA.

Do upamiętnień niematerialnych z pewnością należą doroczne Dni Kultury Kresowej w Kędzierzynie-Koźlu, organizowane przez Witolda Listowskiego i tamtejsze Stowarzyszenie Kresowian, oraz konferencje naukowe, organizowane przez profesorów Leszka Jazownika i Bogusława Pazia. A także publikacje tak wybitnych specjalistów jak wspomniani Ewa Siemaszko i prof. Czesław Partacz oraz dr. Jerzy Kozakiewicz, pierwszy ambasador polski w Kijowie, dr Leon Popek, prof. Bogumił Grott, dr Lucyna Kulińska, ks. prof. Józef Marecki czy dr hab. Andrzej Zięba, krytyk działalności arcybiskupa greckokatolickiego Andrzeja Szeptyckiego.

Osobnym wydarzeniem, które bardzo mocno scementowało środowiska kresowe i patriotyczne był pierwszy od czasów wojny Marsz Pamięci w Warszawie, który 11 lipca 2013 r., w rocznicę „Krwawej Niedzieli” na Wołyniu, wyruszył z kościoła św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży do pamiątkowej tablicy na Domu Polonii na Krakowskim Przedmieściu. Brało w nim udział kilka tysięcy osób z całej Polski. Prezydent Bronisław Komorowski i minister Andrzej Kunert się nie pojawili, organizując własne niszowe uroczystości na bardzo odległym od centrum Warszawy Skwerze Wołyńskim.

Są też inicjatywy, które służą pojednaniu polsko-ukraińskiemu. Podam trzy przykłady.

Pierwszym jest gmina Borów k. Strzelina, do której po wojnie przesiedlono osoby wypędzone ze zniszczonego przez UPA Korościatyna k. Monasterzysk (powiat Buczacz). Dzięki wspólnemu wysiłkowi wójta Waldemara Grochowskiego i nauczyciela historii Mariana Grabasa oraz rady gminy, zespołu szkół i parafii zebrano sporą kwotę, za którą na zbiorowej mogile pomordowanych w dawnym Korościatynie, zwanym dziś Krynicą, wzniesiono okazały krzyż z dwoma tablicami, po polsku i po ukraińsku, z nazwiskami ofiar. W uroczystości poświęcenia wziął udział tamtejszy ksiądz greckokatolicki wraz z wiernymi. Co roku do pracy przy grobach przyjeżdżają tutaj uczniowie z borowskich szkół. Z kolei na kościele w Borowie obok tablicy upamiętniającej ofiary jest także tablica poświęcona tym sprawiedliwym Ukraińcom, którzy ratowali Polaków.

Drugim jest Kaplica Wołyńska, będąca częścią Golgoty Narodu Polskiego w sanktuarium maryjnym w Kałkowie-Godowie k. Starachowic. W niej to z inicjatywy Antoniego i Eugeniusza Mariańskich oraz Leona Karłowicza powstało szereg tablic, w tym też jedna w języku polskim i ukraińskim, dedykowaną tym Ukraińcom, którzy zostali zamordowani przez UPA za ratowanie swych polskich sąsiadów. 3 maja 2012 r. miałem zaszczyt ją poświęcić. Trzeba tutaj dodać, że władze Trzeciej RP nie dbają o pamięć o sprawiedliwych Ukraińcach i nie naśladują w tym zakresie władz Izraela, które pamiętają o wybawicielach swoich rodaków. Wyjątkiem był śp. rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski, który zainicjował działania w sprawie nadania medalu wzorowanego na izraelskim medalu „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Niestety, po tragicznej śmierci rzecznika jego następczyni nie podjęła dalszych kroków i owa szlachetna inicjatywa upadła.

Trzecim jest Wschowa, miasto w którym Stowarzyszenie „Huta Pieniacka” pielęgnuje pamięć o nieistniejącej już wsi o tej nazwie (w centrum miasta ustawiony jest okazały pomnik z nazwami wymordowanych miejscowości). Jego członkowie i sympatycy, wspierani przez Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński, co roku wyjeżdżają tam, gdzie leżała zrównana z ziemią i wymordowana przez Ukraińców z SS „Galizien” miejscowość, aby dbać o pomnik i okoliczne cmentarze. Wyjazdy te przynoszą dobre owoce. 25 sierpnia 2013 r. grekokatolicy z ukraińskiej wsi Hołubica, sąsiadującej dawniej z Hutą Pieniacką, przekazali do klasztoru franciszkańskiego we Wschowie monstrancję, która w czasie napadu została zrabowana z huciańskiego kościoła (dziś po nim nie ma ani śladu).

W czasie przekazywania przewodnicząca stowarzyszenia, Małgorzata Gośniowska-Kola (córka jednej z nielicznie ocalałych) zaznaczyła, że uroczystość jest symboliczna i przejmująca, gdyż po 70 latach, rzymscy katolicy i grekokatolicy gromadzą się wokół monstrancji. Powiedziała także:

Wasz gest, nasza wspólna modlitwa, pokazują, że wszyscy tu obecni chcą dobra. Dziękujemy wam, że pokazaliście, że ostatecznie zawsze zwycięża dobro. Niech ta droga do Huty Pieniackiej zawsze będzie drogą ku dobru i prawdzie.

Chciałoby się powiedzieć, szanowni politycy, pojeźdźcie do Korościatyna i Borowa oraz Kałkowa-Godowa, Huty Pieniackiej i Wschowy, a zobaczycie tę drogę, która najlepiej prowadzi do pojednania pomiędzy dwoma słowiańskimi i chrześcijańskimi narodami. 

 

Ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski do książki Aleksandra Szumańskiego.

 

 

HITLEROWSKIE CZARNE SŁOŃCE I DYWIZJA  „DAS  REICH” NAD „SWOBODNĄ” UKRAINĄ

ZBRODNIE OUN - UPA Z PRAWYM SEKTOREM W TLE

NAZISTOWSKIE BRUNATNE OBLICZE UKRAINY

 

Wojna trwająca obecnie na Ukrainie nawiązuje swoim zamysłem nie tylko do odzyskania imperium sowieckiego przez putinowską neoimperialistyczną zgraję, ale wytyczne prowadzonej agresji nawiązują stricte do historycznej hitlerowskiej operacji Barbarossa, z tą zapewne różnicą, że nie prowadzącej do porażki, ale do ekspansji terytorialnej.

Operacja Barbarossa (niem. Unternehmen Barbarossa) – agresja III Rzeszy na ZSRR w trakcie II wojny światowej. Była to największa i najważniejsza operacja niemiecka w czasie wojny, której porażka zdecydowała ostatecznie o niemieckiej przegranej w całej wojnie. Bitwy na froncie wschodnim, gdzie realizowano operację „Barbarossa”, okazały się być jednymi z najbrutalniejszych i najbardziej wyniszczających potyczek dla obu stron. Nazwa „Barbarossa” wywodzi się od przydomku cesarza rzymsko-niemieckiego Fryderyka I Barbarossy.

Hitlerowskie Niemcy, jak i ZSRS nie miały w zwyczaju wypowiadania wojny.

Napadały znienacka, niosąc „wolność uciemiężonym ludom”, jak uczynił to ZSRR 17 września 1939 roku we Lwowie, lub organizując Lebensraum z mordami w tle jak Niemcy w Krakowie w akcji Sonderaktion Krakau dotyczącej krakowskich profesorów wyższych uczelni.

„Konkurencją” Sonderaktion Krakau dokonanej 6 listopada 1939 roku, brutalnego ataku Niemców na krakowską  inteligencję, była Sonderaktion Lemberg, gdy 4 listopada 1941 roku ukraińsko – niemiecki batalion „Nachtigall”[Słowiki], (Ukraińcy przebrani w mundury niemieckie) wymordował na stoku Góry Kadeckiej Wzgórzach Wuleckich we Lwowie 45 profesorów lwowskich wyższych uczelni, w tym trzy krotnego premiera II RP prof. Kazimierza Bartla, jako ostatniego zamordowanego uczonego, więzionego przez trzy tygodnie w więzieniu przy ul. Łąckiego celem wymuszenia na nim kolaboracji z Niemcami.

Bohaterski profesor zginął „po katyńsku” strzałem w tył głowy. Zamordowany został wówczas najstarszy 82 letni polski uczony, światowej sławy ginekolog położnik prof. Adam Sołowij, którego mój Ojciec doc. med. dr Maurycy Marian Szumański był asystentem na Uniwersytecie Jana Kazimierza.

Zwłoki wywieziono do lasu Krzywczyńskiego, dorzucając je do ogromnego stosu z innych masowych grobów.

Istnieje domniemanie, że w lesie Krzywczyńskim, spalono  zwłoki mojego ojca doc. med. dr Maurycego Mariana Szumańskiego asystenta prof. Adama Sołowija na Uniwersytecie Jana Kazimierza .

Mój Ojciec został aresztowany przez Gestapo po 4 lipca 1941 roku (4 listopada 1941 roku) w swoim (naszym) mieszkaniu przy ul. Jagiellońskiej 4 we Lwowie i osadzony w więzieniu przy ul. Łąckiego we Lwowie wraz z innymi lwowskimi intelektualistami.

Być może został rozstrzelany w drugiej egzekucji na dziedzińcu Zakładu Abrahamowiczów, a zwłoki z tej egzekucji wywieziono ciężarówką za miasto, gdzie spalono je w pobliskim lesie, jak dwa tysiące innych ofiar.

http://aleksanderszumanski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=218&Itemid=2 (link is external)

Władze Lwowa odmawiają upamiętnienia pomnikiem zamordowanych profesorów, tłumacząc to m.in. że prof. Kazimierz Bartel był faszystą. Hipokryzja neonazistów, faszystów rządzących obecnie Ukrainą nie zna granic.

 

http://www.lwow.home.pl/semper/polit-wojna.html (link is external)

 

http://gazetaobywatelska.info/blog/showEntry/1067 (link is external)

 

Dieter Schenk „Noc morderców” – Kaźń profesorów we Lwowie i Holokaust w Galicji Wschodniej; Wysoki Zamek Kraków 2011 str. 130, 131:

„(…) Żołnierze batalionu „Nachtigall” rekrutowali się w pierwszym rzędzie z Ukraińców, którzy dostali się do niemieckiej niewoli jako żołnierze armii polskiej…jednostka specjalna „Nachtigall” składała się z 300 Ukraińców i 100 Niemców…niemieckie mundury wojskowe nosili również ukraińscy członkowie batalionu „Nachigall”…jako oficer łącznikowy porucznik dr Theodor Oberländer należał do sztabu batalionu „Nachtigall”…Nie podlega żadnym wątpliwościom, że członkowie batalionu brali udział w masowych mordach we Lwowie…wbrew niedbale prowadzonym postępowaniom prokuratorskim jest oczywiste, że  ukraińscy członkowie jednostki ubrani w mundury niemieckiego Wehrmachtu tworzyli szpaler w lwowskim więzieniu Brygidki i bili przebiegających środkiem Żydów kolbami karabinów i innymi przedmiotami…

…Oberländera i batalion „Nachtigall” wielokrotnie łączono z zamordowaniem profesorów na Wzgórzach Wuleckich  we Lwowie( …)”.

., Według Włodzimierza Bonusiaka zarówno batalion „Nachtigall” jak i ukraińska milicja uczestniczyła w masowych pogromach lwowskich Żydów i Polaków

Ukraińska radykalna nacjonalistyczna partia Prawy Sektor grozi prezydentowi Petrowi Poroszence zbrojnym marszem na Kijów w przypadku, jeśli w ciągu 48 godzin władze nie zaczną zwalczać „sił reakcyjnych w MSW” i nie uwolnią wszystkich zatrzymanych członków partii, - podano w apelu do prezydenta Ukrainy, który opublikowano na stronie Prawego Sektora.

Nacjonaliści uważają, że wysokie stanowiska w MSW Ukrainy zajmują ludzie, którzy reprezentują „wewnętrzną kontrrewolucję”. Domagają się oni, aby Poroszenko ich odwołał i polecił przeprowadzenie śledztwa w sprawie „prowadzonej przez nich działalności przestępczej”.

Czytaj dalej: http://polish.ruvr.ru/news/2014_08_17/Prawy-Sektor-grozi-Poroszence-zbrojnym-marszem-na-Kijow-9671/ (link is external)

 

TWIERDZENIA PRAWEGO SEKTORA

 

Europa i Polska haniebnie zapomniały o Prawym Sektorze i roli, jaką odegrał podczas zamieszek na kijowskim Majdanie.

- Kijów formalnie wybrał swoich urzędników: prezydenta, premiera, rząd i parlament. W tym czasie Dmytro Jarosz, przywódca jednego z najbardziej radykalnych, nacjonalistycznych i jawnie faszystowskich ruchów, Prawego Sektora, domaga się uwolnienia swoich zatrzymanych członków, zwrotu zarekwirowanej broni, grozi wycofaniem batalionów ze wschodniej Ukrainy i marszem na Kijów.

- Jeden z tych batalionów  zwerbował prawicowych nacjonalistów z kilku krajów Europy, dla których Unia Europejska jest takim samym wrogiem jak Rosja.

 

WOŁYŃ WCIĄŻ KRWAWI - POLSKO – UKRAIŃSKIE PRZYMIERZE  Z DONALDEM TUSKIEM W TLE

NIE CHCEMY WASZEGO PRZEMYŚLA – SERIO?

 

Tą „wspaniałomyślną” deklaracją radykalnych wyznawców ludobójców spod znaku UPA „uradowała” nasze serca w maju br. „Gazeta Wyborcza”. Wywiad Anny Pawłowskiej z rzeczniczką Prawego Sektora Ołeną Semeniaka miał zapewne ocieplić wizerunek tej organizacji w Polsce.

Miesiąc później entuzjastyczny artykuł Michała Wilgockiego w tym samym periodyku przypominał wręcz premiera Chamberlaina, który ogłosił: „Przywożę pokój dla naszych czasów”. Teraz poważnie: jak to z tym Przemyślem jest?

Poważny to chyba problem, skoro dziennik o dość określonej proweniencji najpierw udziela tyle uwagi nie lewicowemu bynajmniej Prawemu Sektorowi, potem wyjeżdża z pomysłem jego przymierza z polskimi nacjonalistami, aby w końcu – kiedy ci nie okazali się na tyle głupi by zadawać się z banderowskimi oszustami – napisać po miesiącu z niesmakiem:

„Prawy Sektor w Warszawie: Granice po II wojnie są nienaruszalne. A narodowcy protestują”.

Przemyśl to miasto, gdzie zdarzają się różne cuda. Widzieli już jego mieszkańcy paradę zwolenników UPA i jej weteranów z czarno-czerwoną flagą. Miejscowy rzymskokatolicki kościół jezuitów podarowano grekokatolikom, czyli de facto społeczności ukraińskiej, z ręką na sercu, po chrześcijańsku. Szkoda tylko, że druga strona potraktowała to nie jako chrześcijański gest, tylko zwykłe frajerstwo.

Ukraińskie władze Lwowa nie okazały się potem równie szczodre względem zwrotu katolikom kościoła pod wezwaniem św. Marii Magdaleny. Na wymianie domów – „polskiego” we Lwowie i „ukraińskiego” w Przemyślu – Polacy też zostali wyrolowani. Sytuacja niczym z chrystusowej przypowieści o nielitościwym dłużniku – kiedy umorzono mu wielki dług, on bynajmniej nie odwdzięczył się tym samym swojemu dłużnikowi.

Teraz Związek Ukraińców w Polsce zabiega by na potrzeby uroczystego chowania morderców Polaków upowców powiększyć w Przemyślu Cmentarz Strzelców Siczowych. Po raz pierwszy w Polsce nadano też ulicy w tym mieście imię duchownego Jozafata Kocyłowskiego, na którym ciążą zarzuty współpracy z mordercami Polaków.

Wokół Przemyśla od lat rosną jak grzyby po deszczu nielegalne pomniki zbrodniarzy z UPA. Polskie władze centralne, w tym Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, nie pofatygowały się dotychczas by cokolwiek z tym zrobić, toteż i miejscowe siedzą cicho. Jedyne publiczne napomknięcie o usunięciu pomnika przez Sekretarza Rady Andrzeja Kunerta pozostało na razie bez pokrycia. Bo neobanderowcy tupnęli nogą?

Ludzie, którzy na własną rękę usuwają nielegalne pomniki morderców Polaków w swoim własnym państwie, spotykają się z groźbami nacjonalistów ukraińskich, którzy grożą im… polską prokuraturą!

Warto nadmienić, że w przekazanym Ukraińcom kościele jezuitów, który do grekokatolików nigdy wcześniej nie należał, skuli oni wszystkie napisy łacińskie, włącznie z epitafiami fundatorów. Nie przejęli się w ogóle protestami konserwatorów. Nie różni się to niczym od traktowania przez nacjonalistów ukraińskich polskich zabytków we Lwowie.

Dlaczego kościół jezuitów został przekazany Ukraińcom? Gdyż coraz natarczywiej domagali się kościoła karmelitów w Przemyślu. Na jakiej podstawie? Ano na takiej, że Austriacy podczas zaborów, kasując zakon karmelitów, przekazali tę świątynię grekokatolikom. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości po I wojnie światowej budynek wrócił w ręce karmelitów.

Jak można w III RP powoływać się na decyzje dawnych zaborców? Jak widać Związek Ukraińców nie ma z tym problemów. Wzbudzało to jednak zrozumiałe protesty mieszkańców Przemyśla i braci zakonnych. Ojciec Święty Jan Paweł II przekazał więc grekokatolikom kościół jezuitów, obiekt większy i położony w bardziej atrakcyjnym miejscu.

Ponadto zwrócono im dawną cerkiew bazylianów w Przemyślu, do której rzeczywiście grekokatolicy mieli prawo, mimo że zakon ten w przeszłości miał nieco inny charakter. Polskie władze zapłaciły za remont świątyni i zaadaptowały dawną łaźnię na nowe archiwum. Ukraińcy domagali się także na własność budynków, które dotychczas tylko dzierżawili oraz budynku starostwa, na szczęście w tym akurat wypadku – bezskutecznie.

Przypomnijmy, że budynek starostwa mieści się w niegdysiejszym klasztorze dominikańskim. Po skasowaniu także tego zakonu przez cesarza austriackiego budynek był krótki czas używany przez biskupa grekokatolickiego, później umieszczono tam więzienie oraz inne urzędy.

Związek Ukraińców w Polsce domagał się zwrotu tego budynku bo w zamierzchłych czasach przez kilkanaście lat jednym z jego użytkowników był grekokatolicki duchowny!

W tym kontekście wszelkie pochlipywania nacjonalistów ukraińskich o „krzywdzie” jaka im się stała w związku ze zwrotem budynków są raczej mało wiarygodne.

 

Nie jest w Przemyślu niczym nowym, że 14 października ukraińska młodzież świętuje dzień ukraińskiego wojska. Ta data nie jest jednak ukraińskim świętem wojskowym, lecz wiąże się z rokiem 1942 i utworzeniem UPA, która wkrótce potem zaczęła mordować Polaków.

Pięć lat temu weterani zbrodniczej organizacji obchodzili 100-lecie urodzin Stepana Bandery. Towarzyszył im ks. grekokatolicki Jan Tarapacki, który jest oficerem polskiej Straży Granicznej w służbie czynnej.

Ukraińcy chętnie osiedlają się w Przemyślu i trudno się w tej sytuacji temu dziwić. W ubiegłym roku posłanka nazistowskiej ukraińskiej Partii Swoboda Irina Farion, która wsławiła się wypowiedzią o konieczności burzenia polskich zabytków, by w to miejsce stawiać ukraińskie budynki, wygłosiła uczniom wykład, w którym przekonywała, że region Przemyśla to „ziemia ukraińska”, która „:musi wrócić” do Ukrainy.

Potem powtarzała to publicznie, podobnie jak rzecznik Prawego Sektora Andrij Tarasenko, czy lwowski radny Naszej Ukrainy, bloku Julii Tymoszenko, Rościsław Nowożeniec.

Powyższe wypowiedzi przebiły się w polskich mediach. Takich skandalicznych wypowiedzi i gróźb jest znacznie więcej, tylko nie zawsze docierają one do szerokiej opinii publicznej w Polsce.

O potrzebie „reukrainizacji” Ziemi Przemyskiej pisało już lata temu „Nasze Słowo”, tygodnik Związku Ukraińców, wtedy i teraz suto finansowany z pieniędzy polskiego podatnika.

„To, co Pan wymienił, zarówno w kwestii majątku, który Związek Ukraińców w Polsce uzyskał, jak i roszczeń członków tej organizacji, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Ale mało kogo to interesuje, a ludzie czują się bezsilni, po prostu się boją. Wystarczy spojrzeć i porównać, co Polacy w skali swoich potrzeb dostają na Ukrainie, a co Ukraińcy w Polsce” – powiedział  Andrzej Zapałowski, były europoseł.

To jeden z niewielu, który wspomniane sprawy stara się monitorować.

Kiedy się te wszystkie informacje zbierze razem, choćby z Internetu, gdy się posłucha ludzi, aż nie chce się w to wierzyć. Przecież Przemyśl to Polska!

Czytając ten tekst nacjonaliści ukraińscy po raz kolejny podniosą pewnie krzyk, że to „ruska propaganda”, która ma skłócić bratnie narody. Dyskredytacja to najlepszy sposób by uniknąć odpowiedzi na niewygodne pytania, szczególnie w obecnej sytuacji politycznej na Ukrainie.

Można też oskarżyć mnie, że informując o działaniach wymierzonych w polską rację stanu jestem „antyukraiński”. Ale wszystko, o czym tu piszę, można po prostu sprawdzić – to są fakty. Dla neobanderowców w Polsce prawda zawsze była jednak największym wrogiem, a tym łatwiej nią manipulować, że przeciętny Polak niewiele wie na ten temat i łatwo mu wcisnąć kłamstwo.

http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=9657 (link is external)

A Rosja, oczywiście, nie byłaby sobą gdyby nie rozgrywała sprawy Przemyśla we własnym interesie. Специальный корреспондент 01.07.2014 Без возврата

http://www.youtube.com/watch?v=NNQ4VYQKehE (link is external)

Wszystkie polskie telewizje są zbyt leniwe lub poprawne politycznie, żeby zainteresować się problemami Polaków w Przemyślu, na naszym własnym terytorium. Nie pamiętam, żeby jakakolwiek stacja cokolwiek o tym mówiła. Temat cynicznie „zagospodarowuje” więc telewizja rosyjska.

Do tego właśnie prowadzi nasza pasywność. To dokładnie ten sam mechanizm, który zdesperowaną Akcję Wyborczą Polaków na Litwie pchnął do koalicji z Sojuszem Rosjan.

Związek Ukraińców w Polsce doskonale opanował technikę szermowania argumentem zagrożenia ze strony Rosji by usuwać ze swojej drogi wszelkich niewygodnych oponentów i osiągać swoje cele.

Jeśli polskie władze i media nie zajmą w tej kwestii zdecydowanej postawy, będą siłą rzeczy wpychać zdesperowanych antybanderowskich Polaków w ręce Rosjan, choć faktycznie środowiska te wcale prorosyjskie nie są.

 

To jest sprzeczne z polską racją stanu i kryje się w tym gigantyczne niebezpieczeństwo. Może się bowiem okazać, że na tej samej zasadzie jak jeszcze niedawno spora część polskiej prawicy dla potrzeb Majdanu była zupełnie ślepa na rozwój neobanderyzmu i nawet nie chciała o tym słuchać, tak teraz duża część antybanderowskich środowisk patriotycznych nie zechce dostrzec niebezpieczeństwa rosyjskiego.

Czy tak trudno zrozumieć, że uczestnicy tej gry nie dzielą się „złych” i „dobrych”?

Że zagrożeniem dla Polski jest zarówno rosyjski imperializm, jak ukraiński nacjonalizm?

Że obie strony po prostu cynicznie realizują swoje interesy i że nie powinniśmy pozwolić, aby odbywało się to naszym kosztem? Że nie powinniśmy dawać się manipulować żadnej ze stron, tylko wybierać to, co jest korzystne dla naszego kraju i naszych obywateli, szczególnie wtedy, gdy – jak w przypadku Przemyśla – chodzi o nasze terytorium?

To miasto to łakomy kąsek dla nacjonalistów ukraińskich, a ich sporadyczne zapewnienia, że tak nie jest, są mało wiarygodne w świetle innych ich wypowiedzi i konkretnych działań. Ich szaleńcze myślenie, jakkolwiekby fantastycznie by to nie brzmiało, wygląda mniej więcej tak:

Skoro Polska zaakceptowała bez uwag i żadnych dodatkowych umów granice ukraińskie ze Lwowem, co nie śniło się naszym przodkom, to malutki Przemyśl jest w zasięgu naszej ręki.

Z drugiej strony dla Rosji jest to niezwykle łakomy polityczny kąsek dla propagandowego rozgrywania. Pozostaje mi apel do moich rodaków: nie pozwólmy robić z siebie frajerów! Nie naśladujmy wiadomego generała, który w imię „mniejszego zła” wolał się z nim układać. Bądźmy sobą i głównie między sobą nawiązujmy sojusze, zamiast się wzajemnie oskarżać. Bo nic nas nie uratuje, jeśli we własnym kraju będziemy traktować się jak wrogowie i szukać w tej bratobójczej walce sojuszników poza naszymi granicami.

Apeluje do was o to potomek dwóch rodzin: Orlęcia Lwowskiego i weterana wojny polsko-bolszewickiej.

Aleksander Szych http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=9657 (link is external)

Jak informuje Polishclub wojsko polskie na zlecenie premiera Donalda Tuska wspierać będzie neobanderowców. Wojsko Polskie stanie ramię w ramię z banderowcami.

http://www.polishclub.org/2014/07/15/na-telefon-poroszenki-polscy-zolnierze-wespra-spadkobiercow-stepana-bandery/ (link is external)

Prezydent Ukrainy Walzman ( Petro Poroszenko) zdradził rezultaty konsultacji telefonicznych przeprowadzonych w poniedziałek z premierem Polski Donaldem Tuskiem – otóż omawiali oni szczegóły powstania polsko-ukraińsko-litewskiej brygady. Tym samym jest już przesądzone, iż polscy żołnierze staną ramię w ramię ze spadkobiercami ideologii Stepana Bandery.

„Ukr Pol Lit Brig” – tak ma się nazywać wspomniana formacja wojskowa, przy czym nie wiadomo jeszcze, żołnierze jakich jednostek zostaną w niej zmobilizowani. W zamian za zaangażowanie Polski w konflikt na Ukrainie prezydent Poroszenko obiecał stronie polskiej dołączenie do programu kreowania nowych miejsc pracy na terytoriach zagarniętych przez separatystów.

Powtarza się zatem historia z czasów inwazji na Irak, gdzie w zamian za udział naszych wojsk obiecywano nam konkretne korzyści gospodarcze. Oczywiście jedyne, z czym pozostaliśmy to opinia o Polakach jako o intruzach najeżdżających iracką ziemię oraz trauma polskich żołnierzy, którzy musieli się bardzo starać, aby wmówić sobie, iż ta wojna jest konieczna w imię bliżej niesprecyzowanych „celów wyższych”.

Sam pomysł stworzenia wspólnej polsko-litewsko-ukraińskiej brygady zrodził się miesiąc temu, w czerwcu, kiedy to pełniący obowiązki ministra obrony narodowej Ukrainy Mychajło Kowal poinformował, iż zapadła decyzja w tej sprawie.

Nikt chyba nie podejrzewał, iż dożyjemy czasów, w których czerwono-czarne, banderowskie flagi będą powiewać obok polskich, natomiast Wojsko Polskie będzie walczyć o interesy pewnych grup na Ukrainie, mocno skażonych duchem banderyzmu.

 

Co ciekawe Donald Tusk nie spieszy się z poinformowaniem opinii publicznej o szczegółach podjętych przez Polskę zobowiązań. Nic w tym zresztą dziwnego – premier już od dawna daje do zrozumienia, że społeczeństwo polskie ma płacić podatki, a nie wypowiadać się na tematy polityczne. Szkoda jedynie polskich żołnierzy, którzy zamiast własnego kraju, bronić będą obcych interesów.

 

 Anna Wiejak POLISH CLUB ONLINE , 2014.07.16

 

http://www.polishclub.org/2014/07/15/na-telefon-poroszenki-polscy-zolnierze-wespra-spadkobiercow-stepana-bandery/ (link is external)

 

 15 lipca 2014

 

KONFERENCJA PRASOWA W STANISŁAWOWIE

 

We wrześniu 2009 roku „Kurier Galicyjski” zorganizował w Stanisławowie konferencję prasową w czasie której red. nacz. żydowskiej gazety „Gazeta Wyborcza”  tow. Adam Michnik wypowiedział się publicznie w czasie owej konferencji, że należy Polskę przyłączyć do Ukrainy tworząc nowy twór państwowy POL – UKR lub UKR – POL.

Owo oświadczenie tow. Adama Michnika było publiczne i oficjalne z obrazą polskiej racji stanu, podane przez ogólnoświatowe media jako realną propozycję rządu polskiego.

Co na to oświadczenie polska prokuratura?

Teraz realne kształty przybiera zbliżona nazwa polsko – ukraińska  „Ukr – Pol – Lit - - Brig”.

Za podobne oświadczenia przyłączenia Polski do ZSRR ojciec Adama Michnika Ozjasz Szechter członek Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy otrzymał wyrok 8 lat więzienia.

 

BANDEROWSKA MIĘDZYNARODOWA KONFERENCJA Z RZĄDEM UKRAINY W TLE

 

Jak wynika z reportażu Katarzyny Pawlak pomieszczonego w „Gazecie Polskiej Codziennie” (5-6 kwietnia 2014 r.) „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy”, pod takim hasłem 320 metrów pod ziemią, w zabytkowych salach Kopalni Węgla Kamiennego Guido w Zabrzu, przez dziewięć godzin,. kilkudziesięciu panelistów brało udział w dyskusji, której wspólnym mianownikiem było hasło „Polska. Majdan, Ukraina – przeszłość – teraźniejszość – przyszłość.

Kilkudziesięciu panelistów: naukowców, historyków, aktywistów i dziennikarzy, zarówno z Polski, jak i z Ukrainy spotkało się na Międzynarodowej Konferencji dotyczącej sytuacji na Ukrainie i stosunków między naszymi krajami. Tematami była zarówno współpraca międzynarodowa, o której priorytetach mówili politycy (PO, PIS, oraz ukraińskich UDAR-u, Batkiwszczyny oraz Swobody.).

Aż dziw bierze, iż do takich spotkań dochodzi jakby w naszej historii nic nie zaszło, jakby właśnie w teraźniejszości polski Parlament  uczcił 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian a wymordowanie 200 tysięcy Polaków i innych narodowości obywateli polskich nie było genocide – ludobójstwem lecz „znamionami ludobójstwa”.

Takie spotkanie na najwyższym szczeblu polskich polityków i towarzyszących im dziennikarzy w atmosferze teraźniejszości jak zapowiada hasło „wspólny mianownik” należy nazwać krótko: „wyrafinowaną podłością”.

Przedstawiciele ukraińscy biorący udział w tej międzynarodowej konferencji to przedstawiciele antypolskich partii faszystowskich, antysemickich, nacjonalistycznych wysuwający względem  Polski arbitralne żądania terytorialne od  Przemyśla po Krynicę.

To właśnie pod egidą przywódców tych partii na Ukrainie odbywają się antypolskie pochody z hasłami:

 

"Smert Lachom - sława Ukrainie"

"Lachy za San"

"Riazy Lachiw"

"Lachow budut rizaty i wiszaty"

"Dosyć już Lachy paśli się na ukraińskiej ziemi, wyrywajcie każdego Polaka z korzeniami".

„To przywódczyni Batkiwszczyny Julia Tymoszenko żąda ustanowienia „1 września Dniem Pamięci pomordowanych Ukraińców” dla upamiętnienia rzekomych mordów na Ukraińcach dokonanych przez Polaków 1 września 1939 roku.

To Adam Michnik żąda przyłączenia Polski do Ukrainy dla powstania tworu POL – UKR, lub UKR – POL.

„Majdan to nie tylko sprawa Ukrainy, to kontynuacja ducha Solidarności” zakończył konferencję bezczelnie dr Andrzej Dragoń, szef katowickiego oddziału IPN, przy poklaskach żydowskiego dziennikarza „Gazety Polskiej Codziennie” Dawida Wildsteina.

 

NOWY BANDEROWSKI RZĄD UKRAINY

 

Przywódcy banderowców powiadają, że wymiana systemu władz na Ukrainie nie została zakończona. Wymagają aby każdy z ministrów przyszedł do nich i zameldował jak wprowadzają postulaty banderowskich przywódców.

Nowe władze Ukrainy są pod wpływem ukraińskich nacjonalistów spod znaku Bandery, to jest fakt, chociaż wielu nie chce tego przyjąć do wiadomości.

Rząd przejściowy nie jest mocny i zależny jest od banderowców, którzy kierowali przewrotem.

Ruch nacjonalistów ukraińskich składa się z wielu skrajnie nacjonalistycznych grup i był bardzo skuteczny w obaleniu Janukowycza.

Po podpisaniu umowy w dniu 21 lutego między Janukowyczem i przywódcami opozycji, banderowcy zadeklarowali, ze nie uznają tego i będą kontynuować działania zbrojne.

Banderowcy wyraźnie wpływają na obecnie podejmowane decyzje w Kijowie.

Nowe władze poprosiły banderowców aby zaakceptowali nowych ministrów, a teraz nacjonaliści są niezadowoleni. Przywódcy banderowców powiadają, że wymiana systemu władz na Ukrainie nie została zakończona. Wymagają aby każdy z ministrów przyszedł do nich i zameldował jak wprowadzają postulaty banderowskich przywódców.

Banderowcy, którzy chcieli mieć dostęp do uzbrojenia Ukrainy mają teraz pod kontrolą Kijów, a stolica nie jest bezpieczna. Obecnie nie ma państwowej kontroli nad porządkiem publicznym, a banderowcy uciekają się do terroru i zastraszania.

- Nie po­pie­raj­my ban­de­row­ców, nie wpa­daj­my w amok - po­wie­dział w "Kontr­wy­wia­dzie" RMF FM ksiądz Ta­de­usz Isa­ko­wicz - Za­le­ski. Dodał, że "to nie­po­ko­ją­ce, że do no­we­go rządu na Ukra­inie wpro­wa­dzo­no ban­de­row­ców".

- Ukra­ina obala po­mni­ki Le­ni­na i na to miej­sce sta­wia po­mni­ki Ban­de­ry.

Ja­nu­ko­wycz był ło­bu­zem i ban­de­row­cy to też ło­bu­zy, a pre­mier Ja­ce­niuk się od nich nie od­ciął. To nie­bez­piecz­ne - pod­kre­ślił w au­dy­cji ksiądz Tadeusz  Isa­ko­wicz - Za­le­ski.

Pod­kre­ślił również , że "Ban­de­ra był ter­ro­ry­stą". - Jego lu­dzie mają po­glą­dy z za­ło­że­nia an­ty­pol­skie. W Pol­sce to temat tabu, ale wia­do­mo, że sys­tem Ban­de­ry to naj­bar­dziej an­ty­se­mic­ki sys­tem. Ja­kie­kol­wiek związ­ki z nim są dla no­we­go rządu Ukra­iny dys­kwa­li­fi­ku­ją­ce.

Ukra­ina ban­de­row­ska nie jest wcale lep­sza niż so­wiec­ka - dodał. Ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski.

Ksiądz za­zna­czył, że „ewen­tu­al­ny po­dział Ukra­iny to bę­dzie jak otwar­cie pusz­ki Pan­do­ry". - Wtrą­cą się Wę­grzy i Ta­ta­rzy. Pol­ska może stać się są­sia­dem ko­lej­nej Ju­go­sła­wii - ostrzegł gość RMF FM.

 

Par­la­ment Ukra­iny za­twier­dził w lutym rząd pre­mie­ra Ar­se­ni­ja Ja­ce­niu­ka z par­tii Bat­kiwsz­czy­na. Kijów ofi­cjal­nie po­pro­sił o pomoc MFW. Opa­no­wa­ny przez zbroj­ną grupę par­la­ment Krymu zde­cy­do­wał, że 25 maja odbę­dzie się re­fe­ren­dum o roz­sze­rze­niu upraw­nień au­to­no­mii.

39-let­ni Ja­ce­niuk, który stoi na czele no­we­go rządu jest praw­ni­kiem i eko­no­mi­stą. Kie­ro­wał Bat­kiwsz­czy­ną w imie­niu wię­zio­nej byłej pre­mier Julii Ty­mo­szen­ko. W prze­szło­ści był mi­ni­strem go­spo­dar­ki, spraw za­gra­nicz­nych, sze­fem par­la­men­tu Ukra­iny.

W jego rzą­dzie, two­rzo­nym przez ko­ali­cję Eu­ro­pej­ski Wybór, są po­li­ty­cy Bat­kiwsz­czy­ny i neonazistowskiej, faszystowskiej i antysemickiej  na­cjo­na­li­stycz­nej partii Swo­bo­da dowodzonej przez światowej rangi antysemitę Ołeha Tiahnyboka mającego u boku Jurija Szuchewycza  syna Romana Szuchewycza („Tarasa Czuprynki) – mordercy Polaków. Poza rzą­dem po­zo­stał UDAR Wi­ta­li­ja Klicz­ki. Jed­nak więk­szość mi­ni­strów nie na­le­ży do żad­nej par­tii, a są wśród nich np. dzia­ła­cze Maj­da­nu.

Sta­no­wi­sko pierw­sze­go wi­ce­pre­mie­ra, który bę­dzie od­po­wie­dzial­ny za spra­wy we­wnętrz­ne objął Wi­ta­lij Ja­re­ma z Bat­kiwsz­czy­ny, były funk­cjo­na­riusz MSW.

Wi­ce­pre­mie­ra­mi zo­sta­li także: Ołek­sandr Sycz ze Swo­bo­dy, były szef MSZ Borys Ta­ra­siuk (bę­dzie od­po­wia­dał za in­te­gra­cję eu­ro­pej­ską) i Wo­ło­dy­myr Hroj­sman, były mer Win­ni­cy.

Re­sort obro­ny objął ad­mi­rał Ihor Te­niuch, MSZ - An­drij Desz­czy­ca, były am­ba­sa­dor Ukra­iny w Fin­lan­dii, który pra­co­wał wcze­śniej w am­ba­sa­dzie Ukra­iny w Pol­sce.

Mi­ni­strem fi­nan­sów zo­stał znany eko­no­mi­sta Ołek­sandr Szła­pak, który w 2001 roku stał na czele re­sor­tu go­spo­dar­ki. Sze­fem re­sor­tu ds. paliw i ener­ge­ty­ki jest Jurij Pro­dan, który pra­co­wał już na tym sta­no­wi­sku w rzą­dzie Ty­mo­szen­ko w la­tach 2007-2010. MSW objął Arsen Awa­kow z Bat­kiwsz­czy­ny.

Ksiądz Tadeusz Isakowicz – Zaleski nie został dopuszczony do głosu przez redakcję „Gazety Polskiej”, która bezprawnie ocenzurowała i zablokowała mu tekst.

„Ci co chcieli Ukrainę sowiecką zastąpić banderowską mogą mieć satysfakcję, bo wśród nowych ministrów ukraińskich znalazło się kilku czcicieli UPA.

Pierwszy z nich to Arsenij Jaceniuk, premier. Jako prezes Fundacji Open Ukraine realizował on program „Wspólna historia – wspólna przyszłość”, w ramach którego we wschodniej Ukrainie promował UPA.

Drugi z nich to Ołeksander Sycz, wicepremier, rodem z Wołynia. Jako historyk zajmuje się badaniami nad życiem Stepana Łenkawskiego, głównego ideologa Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, autora „Dekalogu ukraińskiego nacjonalisty”.

W 2011 r. uczestniczył w hucznych obchodach 102. rocznicy urodzin Bandery. Jak pisał Eugeniusz Tuzow - Lubański, nazwał on wówczas region karpacki “banderowską krainą”, a radnych samorządów regionu wzywał do stania się “duchowymi i urzędowymi banderowcami. 

Trzeci z nich, to Borys Tarasiuk , wicepremier ds. integracji z UE (w ostatniej chwili ponoć wycofał się).

Przez lata pracował w dyplomacji radzieckiej m.in. w Nowym Yorku. Na takim stanowisku trzeba było być albo agentem KGB, albo osobą przez niego akceptowaną.

Później był instruktorem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Ukrainy.  Z kolei w 2007 r., w 65. rocznicę powstania UPA wezwał prezydenta Wiktora Juszczenkę do uznania tej zbrodniczej organizację za stronę walczącą o niepodległość.

Czwarty to Andrij Mochnyk, minister środowiska, aktywny polityk “Swobody”. W 2009 r. wraz Ołehem Tiahnybokiem i Ołeksandrem Syczem zwracał się do prezydenta o nadanie Stepanowi Banderze tytułu bohatera narodowego.

Rok później miałem wątpliwą przyjemność poznać go osobiście, gdy jako „sotnik” bojówki zerwał konferencję prasową w Kijowie, poświęconą zagładzie Polaków, Ormian i Żydów. I co ten bojówkarz ma wspólnego z ekologią?

Piąty to Ihor Szwajka, minister rolnictwa, poseł „Swobody”.

 

Osobną sprawą jest wprowadzenie do rządu ludzi z skrajnego Prawego Sektora, naśladującego UPA.

Przyznanie nacjonalistom ważnych stanowisk państwowych niczego Ukrainie dobrego nie wróży. Poza tym, będą oni bardziej zajmować się stawianiem kolejnych pomników UPA i SS Galizien niż ratowaniem upadających fabryk.

Na koniec dobra wiadomość z Polski. Przyjęto dymisję złożoną przez wojewodę lubelską Jolantę Szołno - Koguc, która m.in. ocenzurowała napis na pomniku w Lublinie, poświęconym ofiarom ludobójstwa na Kresach.

Innych urzędników, którzy boją się prawdy, zachęcam, aby zrobili to samo”.

Międzynarodowa Konferencja „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy” jest jednym wielkim skandalem „wolnej Polski”.

 

WALZMAN (PETRO POROSZENKO) I BANDERA

 

Mantra, że obecne władze w Kijowie nie mają nic wspólnego z banderyzmem jest tyleż przewidywalna, co nieprawdziwa.

Dowodem, na odchodzenie w przeszłość demonów szowinizmu miałby być zwłaszcza słaby wynik jawnych ultranacjonalistów – Ołeha Tiahnyboka i Dymitra Jarosza w wyborach prezydenckich.

Sęk w tym, że szczerze czy nie – także Walzman (Petro Poroszenko) odwołuje się do dziedzictwa Stepana Bandery.

I nie chodzi bynajmniej o ostrą satyrę polityczną „Dialog Petra Poroszenki z cieniem Stepana Bandery”, zestawiającą „operację antyterrorystyczną” w wykonaniu kijowskiej junty z ludobójstwem dokonywanym przez OUN/UPA.

Nie w apokryfach bynajmniej, ale w zupełnie oficjalnych wystąpieniach obecny prezydent, jako prominentny przedstawiciel obozu władzy publicznie bronił kultu Bandery, zadekretowanego na Ukrainie przez poprzedniego „Europejczyka z buławą” czyli Wiktora Juszczenkę.

 

„TYLKO TAKI SYMBOL”?

 

- W wielu państwach czci się symbole, uznaje za bohaterów osoby i organizacje, które są odrzucane przez inne nacje. Ukraina nie jest w tym zakresie wyjątkiem – przekonywał Poroszenko w 2010 r., gdy jako minister spraw zagranicznych odpowiadał na protesty Rosji w sprawie honorowania UPA, Bandery i Szuchewycza.

Nie trudno zauważyć, że w rozumowaniu tym pominięty był istotny drobiazg – że trudno byłoby dziś znaleźć państwo i naród aspirujące do uznania wspólnoty międzynarodowej, które by na pomniki stawiały ludobójców.

I trudno mówić w tym zakresie o potrzebie zrozumienia subiektywnego podejścia. Nadto Poroszenko wywodził, że „uznając za bohaterów narodowych UPA i Banderę, Ukraina nie powinna brać pod uwagę krytycznych opinii innych państw, w tym nawet ich oficjalnych protestów i negatywnych reakcji”.

Niestety, w tamtym okresie w grę wchodziły tylko sprzeciwy ze strony Moskwy, bowiem władze w Warszawie mimo rozpaczliwych apeli Kresowian nie chciały zabrać głosu w sprawie kultu mordercy tysięcy Polaków.

 

BANDERA NA ZAWSZE BOHATEREM UKRAINY

 

Poroszenko nie jest jedynym przedstawicielem obecnych władz broniącym kultu Bandery. Jeszcze bardziej zdeterminowanym zwolennikiem tej nowej świeckiej religii państwowej Ukrainy jest przewodniczący Rady Najwyższej, były p.o. prezydenta Ołeksandr Turczynow.

 

Gdy doniecki sąd administracyjny i obalony dziś prezydent Wiktor Janukowycz odebrali zaszczytne tytuły Banderze i spółce – Turczynow będący wiceprzewodniczącym „Batkiwszczyzny” pisał:

„Czy człowiek staje się bohaterem, gdy zostaje to zapisane w prezydenckim dekrecie? Czy przestaje nim być, gdy taki dekret zostaje zniesiony?

Heroizmu nigdy nie mierzy się liczbą nagród” - wywodził czołowy dziś przedstawiciel junty, który już jest dalej niż w pół drogi od odstawionej przez Zachód na boczny tor Julii Tymoszenko do nowego obozu władzy firmowanego przez Poroszenkę.

- Konaszewicz, Krzywonos, Bohun, Szewczenko, Bandera i wielu innych wspaniałych synów i córek naszego kraju byli, są i pozostają bohaterami Ukrainy – podkreślał Turczynow.

 

BANDYCI DO RZĄDU

 

W rządzie Arsenija Jaceniuka zasiadają jawni banderowcy, tacy jak Andriej Mochnyk, który przed kilku lat rozbijał w Kijowie zorganizowaną przez środowiska antyfaszystowskie i miejscowych Polaków konferencję na temat zbrodni banderowskich (jako prelegent miał na niej wystąpić m.in. ks. Tadeusz Isakowicz-  Zalewski).

Obecny szef resortu środowiska osobiście i własnoręcznie próbował kontynuować dzieło swych idoli z UPA szarpiąc, bijąc gdzie popadnie i wrzeszcząc „Lachy i Żydy precz!”.

Banderowcem, a przy okazji aferzystą jest minister rolnictwa Igor Szwajka. Z kolei wicepremier Ołeksandr Sycz jest orędownikiem dołączenia do panteonu narodowego innego zbrodniarza, Stepana Lenkawskiego, następcy Bandery na czele OUN, autora słynnego „Dekalogu”, głoszącego „nienawiść i bezwzględność dla wszystkich wrogów narodu gospodarza”, co tak złowrogo brzmi dla wszystkich znających zastosowanie tych zasad w praktyce.

Banderowcy pełnią też kierownicze funkcje w administracji obwodowej i rejonowej, nie tylko już na Zachodzie kraju, tam też dominują w radach (nie będących jednak bynajmniej organami samorządowymi w rozumieniu polskim, a przypominając raczej dawne Rady Narodowe, stanowiące część administracji państwowej w PRL).

 

BANDEROWSKI ENTRYZM

 

Entryzm - taktyka stosowana przez ugrupowania trockistowskie w celu zdobycia poparcia u ludzi o poglądach lewicowych w krajach, gdzie pojęcie trockizmu nie jest szerzej znane i rozumiane, za to istnieją masowe partie komunistyczne lub socjaldemokratyczne.

Głosy oddane na banderowca Oleha Tiahnyboka uważanego za największego antysemitę bynajmniej nie uspokajają w sytuacji, gdy równolegle Swoboda dysponuje już realną władzą, dzierżąc funkcje ministerialne, desygnując swych przedstawiciele na funkcje wicegubernatorów, czy zdobywając stołki merów.

Co więcej, polscy obserwatorzy nader często zapominają – a raczej nie chcą dostrzegać, że uznaną taktyką banderowców jest entryzm, a więc wchodzenie w struktury partii  aktualnie rządzącej.

Tak było z „Naszą Ukrainą” Juszczenki, która z amorficznego, deklaratywnie demoliberalnego bloku prezydenckiego w wyniku infiltracji zamieniła się w formację deklaratywnie nacjonalistyczną.

Nie inaczej wyglądały przeobrażenia „Batkiwszczyny”, która wchłonęła znaczną część „starych banderowców”, czynnych na Ukrainie jeszcze w latach 90-tych i uważających się za bezpośrednich kontynuatorów dziedzictwa OUN/UPA.

Banderowski entryzm jest jednak znacznie starszy, niż najnowsza historia samoistijnej Ukrainy. Na tej samej zasadzie amnestionowani banderowcy i ich potomkowie robili karierę w KPZR (a w Polsce w PZPR), nierzadko odgrywając się na tych patriotach ukraińskich i polskich, którzy wcześniej ponosili ofiary w walce zbrojnej z UPA i innymi ukraińskimi sojusznikami Hitlera.

 

Kiedy więc w Polsce dywaguje się czy banderyzm na Ukrainie może dojść do władzy – to jest dyskusja co najmniej spóźniona. Wyznawcy Bandery już w Kijowie rządzą, a że nauki swego idola traktują poważnie – widać na przykładzie Odessy, Ługańska, Doniecka, Słowiańska, Mariupola. I oby Polacy nie przekonali się o tym na własnej skórze.

 

TRYZUB - NAZISTOWSKIE BRUNATNE OBLICZE UKRAINY

 

„Na południowym wschodzie Ukrainy ramię w ramię z armią rządową walczą bojówki neonazistowskie i skrajnie nacjonalistyczne – są to bojówki partii i organizacji, które kilka miesięcy temu odegrały znaczącą rolę na kijowskim „Euromajdanie”.

Po wystawionym ( i wycofanym kolejnego dnia) ultimatum Prawego Sektora wobec prezydenta Poroszenki można zadać pytanie, na ile Kijów  w ogóle panuje nad tymi bandami i jak długo może być pewny  wsparcia radykalnych bojowników, którzy jako ochotnicy wspierają armię rządową.

 

REZATY LACHIW

 

W okolicach Doniecka i Ługańska działają liczne bandy skrajnie nacjonalistycznych ugrupowań i partii. Walczą wspólnie z armią rządową przeciwko prorosyjskim separatystom. W przeciwieństwie do sił regularnych, którym często brakuje woli walki i których morale jest wątpliwe (cały czas ciąży na nich oskarżenie, że są katami własnego narodu – a o wpływie tego oskarżenia na psychikę żołnierzy świadczą liczne dezercje i ucieczki za rosyjską granicę).

Wśród ochotników z radykalnie nacjonalistycznych i neonazistowskich ugrupowań tego problemu nie ma. Oni są zdecydowani i przekonani, nienawiścią do Rosjan i chcą wszelkimi środkami zwalczać separatystów.

Tyle tylko, że są to organizacje nieobliczalne, odwołujące się do ideologii nazizmu, do tradycji III Rzeszy, Hitlera, walki u boku Wehramachtu i ludobójstwa na Polakach.

Gdy Prawy Sektor – największa z radykalnie nacjonalistycznych partii politycznych Ukrainy – wystosował do prezydenta  Poroszenki ultimatum, od razu fakt ten wykorzystała Rosja.

Prawy Sektor zagroził, że jeżeli w ciągu 48 godzin z aresztu nie zostaną zwolnieni wszyscy zatrzymani członkowie tej partii, jeżeli z ministerstwa spraw wewnętrznych nie zostaną usunięte „siły antyukraińskie” i jeżeli nie zostanie zwrócona „nielegalnie skonfiskowana broń” – wycofa swe pododdziały z terenu walk i rozpocznie zbrojny „marsz na Kijów” (także tu dopatrzeć się można jawnej aluzji do faszyzmu i nazizmu, marsz na Rzym w 1922 roku przeprowadził Mussolini, a w 1923 roku nieudany pucz monachijski Hitlera miał zapoczątkować marsz na Berlin).

Podczas rozmów w Berlinie rosyjski minister spraw zagranicznych Sergiej Ławrow zarzucił stronie ukraińskiej, że nie kontroluje zarówno walczących na południowym wschodzie bojówek neonazistowskich, jak i batalionów finansowanych przez ukraińskich oligarchów.

Po stronie sił rządowych nowych ukraińskich władz walczą bataliony „Azow” i „Donbas” grupy Prawego Sektora i ukraińska Gwardia Narodowa, także w dużej mierze złożona z członków Prawego Sektora. Członkowie tych grup określają się jako „ukraińscy patrioci”, a separytyści i Rosja nazywają ich neofaszystami i neonazistami.

 

Dlaczego?

 

NOWE WCIELENIA  SS – „GALIZIEN”(„HAŁYCZYNA”) SŁAWA UKRAINIE – BOHATEROM SŁAWA

 

 

BATALION „AZOW”

 

Został sformowany w maju b.r. W jego skład wchodzi specjalna kampania milicji ukraińskiego MSW. Bojownicy batalionu walczą w wojskowych mundurach i czarnych kominiarkach – choć początkowo batalion był organizacją paramilitarną, złożoną z ochotników – banderowców, teraz wchodzi w skład armii ukraińskiej i odnosić ma sporo sukcesów w walce z „separatystami”.

Żołnierze batalionu  należą do Socjal – Nacjonalistycznego Zjednoczenia  (SNA), ugrupowania reprezentującego ideologię narodowego socjalizmu i rasistowskiego nacjonalizmu (czytaj „Bij Żyda”). http://niepoprawni.pl/blog/2218/bij-zyda-ze-zbrodnia-ukrainsko-niemiecka-w-tle

Obok ukraińskich ochotników (także z za oceanu, z emigracji w Kanadzie i USA) w brygadach batalionu walczyć mają neonaziści – ochotnicy ze Szwecji, Włoch, Francji i Kanady. Bojownicy podkreślają, że pierwszym wrogiem Ukrainy jest Rosja, a drugim Unia Europejska.

Żadnych wątpliwości nie pozostawia emblemat batalionu:

Na pierwszym planie znajduje się znak heraldyczny Wolfsangel (wilczy hak), a w tle okultystyczny i nazistowski symbol czarnego słońca.

Wolfsangel – to runiczny symbol nazizmu używany przez neonazistów w różnych krajach. W wersji ukraińskiej oznaczał także skrót hasła „Idea Nacji”.

W III Rzeszy wilczy hak wykorzystywany był w kilku jednostkach Waffen SS, służył też jako emblemat dywizji pancernej „Das Reich”.

Ponieważ znakiem tym posługiwały się liczne grupy i organizacje neonazistowskie, w Republice Federalnej Niemiec Wolfsangel znajduje się na liście prawnie zakazanych symboli.

Także „Czarne Słońce” było chętnie wykorzystywane w III Rzeszy symbolem, wywodzi się jednak z okultyzmu i czarnej magii. Było jednym z ulubionych symboli szefa SS, Gestapo i policji niemieckiej Heinricha Himmlera (mocno zaangażowanego w działalność okultystyczną).

Batalion „Azow” posługuje się też nazwą „Czarny Korpus” – zapożyczonym bezpośrednio z hitlerowskiej III Rzeszy, w której formacje SS ( a także oficjalna gazeta SS) nosiły właśnie nazwę „Das schwarze Korps”.

 

BATALION „DONBAS”

 

Sformowany został w kwietniu b.r. w Dniepropietrowsku do walki z seperatystami z republiki Donieckiej.

Z ochotniczego ugrupowania powstały później 24 Batalion  Obrony Terytorialnej „Donbas”, podporządkowany bezpośrednio sztabowi generalnemu sił zbrojnych Ukrainy oraz batalion operacyjny Gwardii Narodowej „Donbas”, podporządkowany ukraińskiemu MSW.

Według własnych danych, batalion w czerwcu liczyć miał ponad 800 członków. Wśród ochotników tych formacji sporą część stanowią ukraińscy neonaziści, co potwierdzają liczne zdjęcia zabitych żołnierzy batalionu i brygady „Donbas” z wytatuowanymi godłami III Rzeszy, hitlerowskimi orłami i swastykami.    

W szeregach jednostki walczą też ochotnicy z Hiszpanii, Gruzji, Białorusi i Rosji – przeważnie neonaziści.

Symbolem batalionu jest odwrócony (lecący w dół) hitlerowski czarny orzeł, którego ogon i skrzydła tworzą ukraiński tryzub. Popularnym symbolem, występującym w formie tatuażu wśród żołnierzy batalionu, jest też czerwony ukraiński tryzub wpisany w czarny kontur hitlerowskiego orła.

Znane są też zdjęcia punktu rekrutacyjnego przy koszarach batalionu, w którym wywieszano – obok flagi ukraińskiej – czerwoną flagę ze swastyką, flagę III Rzeszy niemieckiej.

 

 

 

 

"PRAWY SEKTOR"

 

Skrajnie nacjonalistyczny, antysemicki, neonazistowski nieformalny ruch polityczny, który jest stosunkowo najlepiej znany z wszystkich sił ekstremistycznych na Ukrainie.

W zasadzie jest to sojusz różnych mniejszych organizacji nacjonalistycznych i neonazistowskich, które walczyły na kijowskim „Euromajdanie”.

Listy zabitych „bohaterów” za „Wilnu Ukrainu” z kijowskiego „Euromajdanu” regularnie prezentuje „Gazeta Polska Codziennie”.

Prawy Sektor powstał w marcu b. r.  na bazie ukraińskiej Organizacji Stepana Bandery „Tryzub” oraz partii Ukraińskie Zjednoczenie Narodowe (UNA).

Przyłączyła się do niego też UNA – UNSO – organizacja najbardziej radykalnych ukraińskich neofaszystów, neonazistów i banderowców, której członkowie po rozpadzie ZSRR walczyli w wielu konfliktach zbrojnych przeciwko Rosji.

Do nich przyłączyły się też mniejsze neonazistowskie ugrupowania jak „Biały Młot” i C – 14 neonazistowskie, antysemickie skrzydło partii „Swoboda” oraz piłkarscy „ultrasi” kibice Dynama Kijów.

Najprawdopodobniej  właśnie bojówkarze Prawego Sektora odpowiedzialni są za podpalenie domu związków zawodowych w Odessie, w którym zginęli liczni Ukraińcy i Rosjanie.

Prawy Sektor posługuje się symboliką, kolorystyką, hasłami ludobójczych nacjonalistycznych  Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, które kolaborowały z hitlerowcami i mordowały Polaków na Wołyniu, Małopolsce Wschodniej i winne są bestialskich mordów w Rzezi Wołyńskiej. OUN – UPA mordowały również Ukraińców, Żydów, Rosjan, Ormian, Czechów i walczyły ramię w ramię z Wehrmachtem.

Polacy znają te wszystkie zbrodnie, których upamiętnienia się domagają  jak uznanie 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian i dokonanego ludobójstwa na Kresach Ii RP w czasie trwania II wojny światowej.

Niestety Sejm III RP nie uznał tych mordów za ludobójstwo, posiłkując się „znamionami ludobójstwa” co prawnie nie jest jednoznaczne z ludobójstwem (genocide). Sejm III RP nie uznał również 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian.

Hasłem Prawego Sektora jest pozdrowienie OUN – UPA, które powstało w czasie II wojny światowej: „Sława Ukrainie – bohaterom sława”, któremu często towarzyszy faszystowskie pozdrowienie wzniesioną prawą ręką.

Zabity w marcu jeden z liderów Prawego Sektora, ukraiński biznesmen i działacz polityczny „Saszko Biały”(Oleksandr Muzyczko) domagał się przyłączenia  południowo – wschodnich powiatów Polski do Ukrainy, czy wręcz niemiecko – ukraińskiej granicy pośrodku Polski.

 

"GWARDIA NARODOWA UKRAINY"

 

Powstała w marcu b. r. po przeformowaniu ukraińskich sił zbrojnych i podlega bezpośrednio ukraińskiemu MSZ.

Część bojowników trafiła do niej bezpośrednio z Majdanu i należała do Prawego Sektora, sotni Samoobrony Majdanu.

Emblemat Gwardii utrzymany jest w czarno – czerwonej kolorystyce UPA. Pośrodku widnieje przypuszczalnie postać Archanioła Michała, choć istnieje też opinia, że w rzeczywistości ze względu na pewne szczegóły jest to Lucyfer.

Bez wątpienia natomiast pod figurą dostrzec można stylizowaną swastykę.

Jak widać, struktury radykalnych neonazistów, banderowców i nacjonalistów, walczących na Majdanie, a teraz na wschodzie Ukrainy, przeplatają się już ze strukturami rządowej armii, czyli państwa.

 

Pytanie brzmi, jak długo Kijów może być pewny takich „żołnierzy”. Do walki z Rosjanami zapewne im zapału nie zabraknie, ale co będzie potem? Czy neonaziści ruszą na Kijów bo stwierdzą, że to także nie jest „ich władza”?

Czy będą chcieli rozpocząć nową rewolucję, jeśli prezydent i rząd będą zacieśniać więzy z UE i USA?

A może będą chcieli „odzyskać” Przemyśl i całą „zachodnią Galicję”, aż po Kraków?

 

                                 Opracował dla „Głosu Polskiego” Toronto Aleksander Szumański –

                                 dziennikarz akredytowany w Polsce nr leg. akredytacyjnej 328

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

„Nasz Dziennik” – 26 VIII 2014 Michał Soska „Brunatne oblicze Ukrainy”

 

Aleksander Szych http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=9657 (link is external)

 

http://konserwatyzm.pl/artykul/12258/poroszenko-i-bandera (link is external)

 

http://gazetaobywatelska.info/blog/showEntry/1067 (link is external)

 

http://www.polishclub.org/2014/07/15/na-telefon-poroszenki-polscy-zolnierze-wespra-spadkobiercow-stepana-bandery/ (link is external)

 

http://wyborcza.pl/1,75477,15530600,Prezydent_Komorowski_o_Ukrainie__pomozemy_walczyc.html#TRrelSST (link is external)

 

http://konserwatyzm.pl/artykul/12258/poroszenko-i-bandera (link is external)

 

http://wyborcza.pl/1,75477,15530600,Prezydent_Komorowski_o_Ukrainie__pomozemy_walczyc.html#TRrelSST (link is external)

 

http://yukon.neon24.pl/post/106981,nowy-rzad-ukrainy-jest-pod-wplywem-banderowcow (link is external)

 

http://polish.ruvr.ru/news/2014_08_17/Prawy-Sektor-grozi-Poroszence-zbrojnym-marszem-na-Kijow-9671/ (link is external)

 

http://wiadomosci.onet.pl/swiat/ks-isakowicz-zaleski-nie-popierajmy-banderowcow-nie-wpadajmy-w-amok/dt2ht (link is external)

 

http://dziennik.artystyczny-margines.pl/banderowcy-w-nowym-rzadzie-ukrainy/ (link is external)

 

http://niepoprawni.pl/blog/2218/bij-zyda-ze-zbrodnia-ukrainsko-niemiecka-w-tle

 

http://aleksanderszumanski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=218&Itemid=2 (link is external)

 

http://wolyn.org/index.php/publikacje/773-nowy-rzd-ukrainy-z-bander-w-tle.html (link is external)

 

https://www.google.pl/search?hl=pl&source=hp&biw=&bih=&q=NOWY+RZAD+UKRAINY+TO+BANDEROWCY&oq=NOWY+RZAD+UKRAINY+TO+BANDEROWCY&gs_l=firefox-hp.12...7287.27826.0.30428.31.18.0.13.1.0.219.2593.0j17j1.18.0....0...1ac.1.34.firefox-hp..13.18.2465.lPui1DT7lU8 (link is external)

 

HANIEBNA WYPOWIEDŹ KOMOROWSKIEGO WE LWOWIE 2 LIPCA 2015 r.

"LWÓW TO PRZEDE WSZYSTKIM PIEMONT HISTORYCZNY MARZENIA O UKRAINIE"

UKRAIŃSKI PIEMONT GNIAZSEM BANDERYZMU, FASZYZMU, ANTYSEMITYZMU, SKRAJNEGO NACJONALIZMU

 

Podczas swojej wizyty na Ukrainie prezydent Bronisław Komorowski pokazał, z jakiej perspektywy widzi jedno z największych i najpiękniejszych miast w polskiej historii.

Petro Porszenko i Bronisław Komorowski podczas odbieraniu tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Lwowskiego.

Komorowski: Lwów to Piemont ukraińskiego ruchu narodowego i europejskich aspiracji.

Prezydent Komorowski wypowiedział się podczas konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Ukrainy Petrem Poroszenką, do którego zwrócił się „Piotrze drogi”.

"Cieszę się, że jednym z ostatnich akcentów w kontaktach międzynarodowych jest właśnie dzisiejsze spotkanie z prezydentem Ukrainy we Lwowie z okazji otrzymania tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Lwowskiego. To ważny symbol także i mojego zaangażowania we wspieraniu dążeń Ukrainy do odnalezienia swojej drogi wiodącej ku funkcjonowaniu w ramach integrującej się Europy” - powiedział prezydent Polski.

„Przecież Lwów to nie tylko miasto polskich nostalgii, polskich wspomnień. To także Piemont ukraińskiego ruchu narodowego, a dzisiaj to przede wszystkim Piemont marzenia o Ukrainie integrującej się ze światem zachodnim” – stwierdził Komorowski.

Gratuluję p. Prezydencie znajomości historii, gratuluję wrażliwości i patriotyzmu.

 

Ukraiński Piemont, gniazdo banderyzmu, faszyzmu, antysemityzmu, skrajnego nacjonalizmu.

 

Źródła:

 

http://www.kresy.pl/wydarzenia,polityka?zobacz%2Fkomorowski-lwow-to-piemont-ukrainskiego-ruchu-narodowego-i-europejskich-aspiracji-ukrainy-video

 

Z DZIEJÓW II RZECZYPOSPOLITEJ

 

TERRORYZM W MIĘDZYWOJNIU

Autor dr Lucyna Kulińska

 

W ponad tysiącletniej historii dwóch sąsiadujących z sobą narodów: Polaków i Ukraińców-Rusinów, najtragiczniej zapisał się wiek dwudziesty. Autorka skupiła się na niewielkim, bo niespełna 20 letnim wycinku tych dziejów. Szukając odpowiedzi na pytanie o przyczyny niepowodzeń polityki II Rzeczypospolitej wobec mniejszości ukraińskiej ustaliła, że winę za to w dużej mierze ponoszą nielegalne radykalne organizacje: Ukraińska Wojskowa Organizacja, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy.

Polska nie była, jak pisał złośliwie w swych artykułach Iwan Kedryn-Rudnicki „Polską powersalską”. Jej granice, zarówno na wschodzie jak i na zachodzie zostały okupione krwią żołnierzy i powstańców. Była wprawdzie państwem o mieszanym składzie narodowościowym, ale wszystkie mniejszości, w tym ukraińska, cieszyły się pełnią praw obywatelskich na równi z Polakami.

 Druga Rzeczpospolita posiadła i zarządzała dzielnicami kresowymi – w tym  Małopolską Wschodnią i Wołyniem – legalnie i za zgodą gremiów międzynarodowych. W takiej sytuacji  stałe podważanie owej  legalności i obarczanie Polaków winą za wszystkie możliwe nieszczęścia i krzywdy jakie dotknęły Ukraińców w ich drodze do narodowego usamodzielnienia jest nieuzasadnione. Trudno też robić Polakom zarzuty, że po I wojnie światowej nie chcieli bliżej niedookreślonemu i zanarchizowanemu bytowi politycznemu dobrowolnie oddać terenu, zamieszkałego w dużym procencie przez siebie, ze zdecydowanie polską infrastrukturą, nieruchomościami  i własnością ziemską. Z takich ziem i jego polskich mieszkańców nie można było po prostu zrezygnować, tym bardziej że istniało realne zagrożenie szybkiego włączenia ich do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Rad.

 Należy stwierdzić, że w okresie międzywojennym w Polsce miało miejsce zjawisko terroryzmu politycznego. Akcje dywersyjne i terror, jako sposób walki z państwem, były stosowane przez UWO i OUN, a także przez agenturę sowiecką – komunistów, zarówno mieszkających w Rzeczypospolitej, jak i przerzucanych ze Związku Sowieckiego. Nacjonalistów ukraińskich  łączył bowiem z komunistami wspólny cel: osłabienie, a w sprzyjających okolicznościach unicestwienie Polski jako państwa.

Brutalna ideologia UWO- OUN początkowo opanowała niewielką część społeczeństwa ukraińskiego. Z UWO związanych było paręset osób, z OUN, u schyłku lat trzydziestych, kilkadziesiąt tysięcy. Na tle innych ukraińskich ugrupowań działających w Polsce była to więc głośna, ale liczebnie niezbyt znacząca grupa. Nie stanowiłaby dla Polski większego zagrożenia gdyby nie wszechstronna pomoc logistyczna, szkoleniowa i finansowa rządów i sfer wojskowych: Niemiec, Litwy, Czechosłowacji, a nawet Rosji sowieckiej.

Głównym celem UWO i OUN było utworzenie państwa ukraińskiego. W jego obręb miały wejść: Małopolska Wschodnia, Ziemia Chełmska, Wołyń, Ukraina sowiecka po Kaukaz i Kazachstan, Bukowina, Besarabia i Zakarpacie.

Ziemie te w wyniku zawartych po I wojnie światowej traktatów należały do czterech państw: Polski, Czechosłowacji, ZSRR i Rumunii. Jakkolwiek skrajni nacjonaliści ukraińscy planowali zawładnięcie wszystkimi tymi terytoriami, w praktyce aktywność ich kierowała się niemal wyłącznie przeciw Rzeczypospolitej. Dopiero po ujawnieniu rozmiarów prześladowań Ukraińców w Rosji sowieckiej, ostrze ataków, zresztą głównie propagandowych, zwrócono też przeciw niej, choć polem rozgrywki niezmiennie pozostała Polska.

Brzemiennym w konsekwencje błędem było to, że tylko część ludności ukraińskiej wykorzystała krótki dwudziestoletni okres bytowania w ramach wspólnego państwa, do nauki samorządzenia i podnoszenia poziomu cywilizacyjnego i gospodarczego województw kresowych. Anarchizowanie dzielnic południowo-wschodnich, terroryzm i sabotaże w dużej mierze finansowane z kasy wrogów Polski, były bowiem dla obu zamieszkujących Kresy nacji zjawiskiem wysoce niekorzystnym.  Winę za taki stan rzeczy ponosili zarówno Polacy, jak i Ukraińcy.

Polacy nie potrafili wypracować skutecznej polityki mniejszościowej. Przyczyn było wiele m.in. taka, że w polskiej opinii publicznej panował zupełny chaos jeśli chodzi o znajomość kwestii mniejszościowych, a ukraińskich w szczególności. Wśród polityków polskich nieustannie zwalczali się zwolennicy wykluczających się koncepcji: asymilacji państwowej (dążącej do zmiany negatywnej postawy ukraińskiej społeczności względem naszej państwowości i uznania tejże za swoją własną, drogą różnego rodzaju koncesji i zachęt), i asymilacji narodowej (opanowania żywiołu ukraińskiego przez polski), a wreszcie idei prometejskiej, według której realizacja wcześniej wymienionych celów była niemożliwa bez zbudowania przez Polskę państwa ukraińskiego (oczywiście za Dnieprem) i uczynienia zeń dogodnego sojusznika w walce z Rosją.

Żaden z tych projektów nie zakładał jednak rezygnacji przez Polskę z terenów Wołynia i Małopolski Wschodniej, choć pojawiały się i po stronie polskiej, jak i ukraińskiej pojedyncze propozycje ich podziału.

Żadnej z wymienionych koncepcji nie udało się zrealizować. Nieskuteczne okazały się też próby cywilizacyjnego podźwignięcia tych ziem. Było to niemożliwe w tak krótkim czasie i na terytorium wstrząsanym ciągłymi zamieszkami, podpaleniami i zamachami. Nasilający się  szowinizm ukraiński neutralizował skutecznie wszystkie podejmowane przez władze próby rozwiązania problemów politycznych i gospodarczych dzielnic południowo-wschodnich. To była – jak twierdzi prof. Czesław Partacz – wojna wypowiedziana Polsce i Polakom przez rodzący się ukraiński integralny nacjonalizm, czyli ukraińską odmianę faszyzmu. Polacy – ludzie cywilizacji zachodniej, łacińskiej, do tego liberałowie, nie mieli szans jej wygrać, ani nawet powstrzymać. Polska nie miała na to środków ani ducha. Uciekać się zaś do metod przeciwnika nie chciała.

Obrońcy skrajnego ukraińskiego nacjonalizmu uważają terrorystyczne działania OUN-UPA za zjawiska wyjątkowe i odosobnione, za które winę ponoszą „inni”, „obcy”, „panowie” itp. czyli Rosjanie, Niemcy, Polacy, czy wreszcie okoliczności. Twierdzą oni na swoje usprawiedliwienie, że masowych, okrutnych mordów może dopuścić się każdy naród. Nie można się z tym zgodzić. Bowiem w omawianym wypadku tak drastyczne metody stosowane były od wieków. Aby nie zostawić tak poważnego oskarżenia, bez uzasadnienia, wystarczy przypomnieć identycznie okrutne postępowanie (choć na mniejszą skalę) wobec polskich mieszkańców Wołynia, a przede wszystkim Galicji w latach 1918–1919 .

Niewątpliwie silną inspiracją dla radykałów z UWO-OUN były postulaty ruchów lewicowych, z socjalizmem i komunizmem na czele. Propagując wizję  samostijnej i sobornej Ukrainy kierowali do ubogich chłopów, bezrobotnych, robotników i inteligencji obietnice wielkich zysków wynikających z zajęcia polskich majątków i nieruchomości. Ziemia i wszelka własność miała być Polakom odebrana bez prawa do jakiegokolwiek wykupu czy odszkodowania. W ten sposób przełamywano u Ukraińców opory moralne i religijne co do  zaboru cudzego mienia i zabijania.

Takimi prostymi, ale radykalnymi rozwiązaniami nacjonaliści opanowali umysły ukraińskiej młodzieży i dzieci (wciąganej do pracy w organizacjach już w wieku lat ośmiu), która nie miała ochoty czekać, czy wypracowywać wolności, jak ojcowie, drogą żmudnej pracy organicznej. Setki skrytobójczych mordów Ukraińców i Polaków, zamachów terrorystycznych, napadów i podpaleń przyczyniały się nieuchronnie do dalszego szerzenia agresywnych postaw wśród młodych.

 W wyniku prowadzonego przez UWO i OUN terroru indywidualnego i zbiorowego w latach 1922 – 1939 straciło życie lub zostało okaleczonych kilkaset osób. Byli to Polacy, Ukraińcy, Żydzi, a nawet i Rosjanie. Ofiarami zamachów padali zarówno przedstawiciele władz politycznych i administracyjnych: poseł Tadeusz Hołówko, minister Bronisław Pieracki, kurator szkolny Stanisław Sobiński, jak i wpływowi Ukraińcy: Sydor Twerdochlib, Sofron Matwijas czy Iwan Babij. O krok od śmierci w zamachach znaleźli się: marszałek Józef Piłsudski oraz prezydent Stanisław Wojciechowski. Przygotowywane były zamachy na ministra Augusta Zaleskiego, ministra Sławoja Składkowskiego, wojewodów: Henryka Józewskiego i Bronisława Nakoniecznikow- Klukowskiego,  komendanta policji Czesława Grabowskiego i wielu innych.

Obiektem ataków i zabójstw  zostawali policjanci, żołnierze (szczególnie żołnierze KOP), nauczyciele, wójtowie i sołtysi, leśnicy, członkowie „Strzelca”, listonosze, koloniści i zwykli chłopi. Bardzo dużą grupę ofiar stanowili Ukraińcy lojalni wobec państwa. Pogróżki, „wyroki śmierci”, niszczenie mienia, podpalenia, a nawet mordy miały zniechęcić Ukraińców do jakiejkolwiek współpracy z państwem. Terroryści wydali wyroki śmierci na posłów  Petra Pewnego i Michała Baczyńskiego, dokonali nieudanego zamachu na dyrektora gimnazjum ukraińskiego Michała Hrycaka, zastraszali niechętnych ich ideologii księży greckokatolickich czy nauczycieli ukraińskich. Atakowani byli też Żydzi osiadli na roli lub zajmujący się handlem. Celem, poza rabunkiem, było wyeliminowanie ich jako konkurencji, aby ułatwić prowadzenie interesów ukraińskim kooperatywom. Do morderczych porachunków dochodziło też w łonie samych organizacji terrorystycznych. Nawet cień podejrzenia o współpracę z władzami prowadził do egzekucji. Tak było w wypadku Jakuba Baczyńskiego czy Michała Huka. 

W Krakowie przy Rynku Dębnickim mieściło się laboratorium gdzie konstruowano bomby dla zamachowców. Jego kierownikiem był Jarosław Karpyniec, ukraiński student chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W całym okresie międzywojennym zamachowcy z UWO i OUN atakowali obiekty cywilne i wojskowe, urządzenia kolejowe, posterunki policji, koszary, strażnice. Niszczono mienie prywatne i państwowe, słupy telegraficzne i graniczne, polskie godła, palono lasy. W roku 1931 UWO planowała prowokację na skalę międzynarodową. Chodziło o wysadzenie pociągów w korytarzu pomorskim, co w  zamyśle miało sprowokować atak armii niemieckiej na Polskę. Członkowie UWO i OUN dopuszczali się także pospolitych rozbojów dla pozyskania pieniędzy. Były to napady na ambulanse i urzędy pocztowe, kasy urzędów państwowych, a nawet zwykłych listonoszy. Ten hańbiący proceder pociągał za sobą kolejne ofiary.

Szczególnie spektakularny był zamach na Targi Wschodnie we Lwowie z września 1929 r., gdzie wysadzono główny pawilon wystawy, próbowano spalić Dworzec Główny i dokonać zamachu na ówczesnego ministra przemysłu i handlu Eugeniusza Kwiatkowskiego oraz na wojewodę lwowskiego hr. Wojciecha Gołuchowskiego. Na szczęście bez powodzenia. 

Walka z takim przeciwnikiem była trudna, bo terroryści działając w ścisłej konspiracji zacierali ślady, posługiwali się szyframi, stosowali dezinformację, posiadali konfidentów, którzy śledzili ruchy policji, a ponadto zawsze mogli liczyć na pomoc wywiadów państw obcych.

Zarówno w latach dwudziestych jak i trzydziestych skrajni nacjonaliści ukraińscy przyczynili się do wybuchu masowych akcji antypolskich na Kresach. Były to tzw. pierwsze i drugie wystąpienie UWO. Ich zbrodniczość polegała na tym, że wykonawcy, w imię walki o  niepodległość, dopuszczali się podpalania i niszczenia prywatnego mienia ubogiej rolniczej ludności polskiej. Były liczne ofiary, w pożarach ginęli dorośli i dzieci. W stajniach płonęły zwierzęta. Podpalano też należące do Polaków cegielnie, młyny i wiatraki. Spalono dziesiątki dworków z ich nieocenionymi pamiątkami historycznymi. Nie należy zapominać, że akcja podpaleń dotykała nie tylko osadników, ale w głównej mierze rdzennej i osiadłej tam od wieków ludności polskiej. Drogą niszczenia dobytku chłopów, w większości nieposiadających ubezpieczeń, UWO i OUN dążyły do wypędzenia ich z terytorium, do którego rościli sobie pretensje Ukraińcy. Było to niedopuszczalne na ziemiach narodowościowo mieszanych od setek lat. W dzisiejszym rozumieniu akcje te były próbą realizowania czystek etnicznych.

 

Na szczególne potępienie zasługuje inspirowana przez OUN tzw. akcja przeciwszkolna, w którą angażowano, bezpośrednio lub z pomocą rodziców, ukraińskie dzieci. Celem było zastraszanie i wypędzanie polskich nauczycieli i usuwanie lekcji języka polskiego ze szkół państwowych na Kresach. Przy okazji niszczono obiekty szkolne, książki, mapy, polskie symbole, napadano na nauczycieli, dewastowano ich mieszkania i dobytek, a wreszcie dopuszczano się bicia i poniżania polskich dzieci.             

W świetle opracowań służb II RP nie ulega wątpliwości, że organizacje UWO i OUN pełniły w Polsce rolę V kolumny. Dostarczały dokumenty wojskowe i państwowe nie tylko Niemcom, ale także Sowietom i Litwinom Sprzedawano wykradzione papiery każdemu, kto był w stanie na nie zapłacić – czasem kilku naraz. Ten handel stanowił podstawowy sposób utrzymania rezydujących w Berlinie władz UWO. Wertując wykazy osób zaangażowanych w antypolską działalność na Kresach łatwo zgadnąć, jakie mogły być sposoby pozyskiwania tych dokumentów. Ukraińcy służyli w wojsku na wszelkich szczeblach, pracowali w policji, sądownictwie, a nade wszystko stanowili liczną grupę pracowników kolei – którzy kradli, niezbyt przezornie wysyłane tą drogą dokumenty i rozkazy. W latach trzydziestych do tradycyjnych form wywiadu i dywersji doszła współpraca z Oddziałem I berlińskiej centrali Abwehry. Niemcy potrzebowali nacjonalistów ukraińskich do akcji przeciwko Polsce i ZSRR. W tym celu przystąpili do kształcenia agentów analogicznie do dzisiejszego przygotowania komandosów służb specjalnych. Tą drogą podążać będą Niemcy także w czasie II wojny światowej, szkoląc grupy Ukraińców na bezwzględnych morderców (siekierników, dusicieli).

W przededniu wojny OUN podjęła przygotowania do zorganizowania antypolskiego powstania skoordynowanego z napadem sąsiednich krajów na Polskę. W co najmniej dziesięciu z osiemnastu okręgów OUN istniały szkoleniowe obozy paramilitarne gdzie uczono obchodzenia się z bronią i prowadzenia walki partyzanckiej. Gdyby nie odwołanie ukraińskiego ataku przez Niemców, a potem powstrzymanie przez Rosjan mordowania Polaków, to do ludobójstwa polskiej ludności cywilnej Kresów doszłoby już jesienią roku 1939, kiedy armia krwawiła w nierównej walce na dwa fronty i nie mogła przyjść cywilom z pomocą.

Bardzo trudnym i złożonym problemem jest wsparcie udzielane nacjonalistom ukraińskim przez kler greckokatolicki i przedstawicieli ukraińskich organizacji politycznych, kulturalnych, społecznych i gospodarczych. Wiele publikacji i relacji świadków dowodzi, że duża część księży greckokatolickich utrzymywała kontakty i sympatyzowała ze skrajnymi nacjonalistami spod znaku UWO-OUN. To tłumaczy liczny udział kapłanów tego wyznania w przygotowaniu i realizacji antypolskich akcji terrorystyczno-sabotażowych lat 1922–1923,  1930 i później.  Dzięki poparciu i z inspiracji ks. Andrzeja Szeptyckiego liczni oficerowie Ukraińskiej Hałyćkiej Armii objęli parafie greckokatolickie. Nie cofali się oni przed używaniem ambony do prowadzenia nacjonalistycznej agitacji i organizowaniem mszy żałobnych w intencji straconych terrorystów – często zabójców niewinnych ludzi – i propagowaniem ich kultu. W ten sposób dokonała się swoista sakralizacja nacjonalizmu ukraińskiego, co miało brzemienne konsekwencje dla przyszłych wydarzeń.

 Także ukraińskie organizacje gospodarcze stanowiły w międzywojniu poważne zaplecze finansowe i ludzkie dla ukraińskiej działalności nacjonalistycznej. Z upływem czasu kierownicze funkcje obejmowali w nich ludzie o coraz bardziej radykalnych poglądach, którzy stopniowo wciągali te organizacje w krąg działalności nielegalnej. Państwo tolerowało sytuację, w której ogromny wzrost ukraińskiej spółdzielczości był finansowany z nieznanych władzom źródeł. Dopuszczano też do organizowania wielkich ukraińskich central gospodarczych, pozostających w bezpośrednich stosunkach z Berlinem, bez żadnej kontroli. Podobny proces radykalizacji jak w placówkach gospodarczych  zachodził w ukraińskich organizacjach kulturalno-oświatowych z „Proświtą” i „Ridną Szkołą” na czele. Stały się one z czasem kuźnią skrajnego nacjonalizmu ukraińskiego.

           

Na tym tle szczególne miejsce zajmuje legalna ukraińska młodzieżowa organizacja „Łuh” – owoc niefortunnego eksperymentu władz. Wprawdzie wywiad alarmował, że jest ona w praktyce zakonspirowaną ukraińską organizacją wojskową, zapleczem terrorystycznej UWO,  jednak organizacja „Łuh” – ochraniana przez tajne służby państwa – okazała się niezniszczalna i dotrwała do roku 1939. W „Łuhach” przeszkolono ok. 50 tys. ludzi. Władze liczyły na to, że owa siła „odwojuje” dla siebie sowiecką Ukrainę. Stało się inaczej – większość tych młodych ludzi w czasie wojny zasiliła szeregi  UPA i splamiła się masowymi mordami.

Warunki rozwoju stworzone Ukraińcom w Polsce na tle państw ościennych należy uznać za zupełnie przyzwoite lub co najmniej dobre. Jest na to dość dowodów, jak chociażby spektakularny rozwój ukraińskiej spółdzielczości, placówek kulturalnych, reprezentacji parlamentarnej, szkolnictwa . itp. Ponieważ polityka władz wobec mniejszości ukraińskiej była stosunkowo liberalna, aby doprowadzić eskalacji konfliktu między obu narodami, przywódcy szowinistycznych organizacji ukraińskich musieli dokonać sporego wysiłku propagandowego popartego agresywną, faszystowską ideologią. Z braku wystarczająco silnych atutów natury politycznej postanowili odwołać się do argumentów ekonomicznych, akcentując upośledzoną pozycję społeczną i socjalną Ukraińców w Polsce. Obwiniając nowo powstałe państwo o ten stan, nie przyjmowali do wiadomości, że musiało się ono zmagać ze spuścizną zaborów, zniszczeniami I wojny światowej i wielkim światowym kryzysem ekonomicznym, a wszystkie te problemy dotykały przecież nie tylko Ukraińców, ale i Polaków.

Polska w zderzeniu ze zjawiskiem terroryzmu zmuszona była  do obrony. Jednak władze musiały się ograniczyć do ram prawnych zakreślonych przepisami kodeksu karnego, ustawami wewnętrznymi i ograniczeniami narzuconymi przez Ligę Narodów. Były wyjątki od tej reguły, ale w sytuacjach wymuszonych, kiedy płonęły setki domostw i stodół ze zbiorami i zaistniała realna możliwość niekontrolowanych odwetów i samosądów ze strony pokrzywdzonych Polaków.

Władzom bardzo trudno było uporać się z problemem UWO i OUN pozostających na żołdzie państw sąsiednich i parających się w całym okresie międzywojennym szeroko rozumianą działalnością wywrotową i szpiegostwem. Teren całej Rzeczypospolitej pokryty był siecią wywiadu wojskowego, a jego szlaki prowadziły przez Kraków, Warszawę, Poznań, Gdańsk lub Królewiec do Berlina. W opracowaniach polskiego wywiadu przyznawano, że: „Nasze zagadnienie obronności kraju, nasz potencjał militarny, wojskowy przemysł wojenny, nawet życie polityczne i gospodarka w ogóle były przedmiotem penetracji czynników obcych przy pomocy wojskowych elementów ukraińskich. Procesy sądowe o szpiegostwo i nasz wywiad wojskowy dostarczały coraz to nowych wiadomości o rozmiarach prowadzonej na Ziemiach Polskich akcji. Olga Besarabowa, Włodzimiera Pipczyńska, pułkownik Andrzej Melnyk, kapitan Osyp Dumin, kpt. Ryszard Jary i wielu innych, wśród których nie brakło i przedstawicieli UNR (petlurowców), jak pułkownik Mikołaj Czebotariw, działało z ramienia lub w ścisłym związku z owymi referatami i  komórkami wojskowymi, wymienionych wyżej organizacji”. Podkreślano też absolutną ciągłość personalną w strukturach OUN po wybuchu II Wojny Światowej.

 Pomiędzy opisywanymi  wydarzeniami z okresu międzywojennego, a ludobójstwem dokonanym na polskiej ludności Kresów w czasie II wojny światowej zachodził bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy. Niewątpliwie ta sama ideologia, która pojawiła się u kolebki ukraińskiego nacjonalizmu nabrała w sprzyjających okolicznościach II wojny światowej ludobójczego wymiaru. Hasło „Ukrainy czystej jak szklanka wody” wprowadzono w życie...

W pismach OUN czytamy, że „OUN nie dopuści by na ziemiach ukraińskich znajdujących się pod okupacją- (to znaczy w Polsce- przyp. aut.) zapanował spokój”. Świadomość swej skrajnie destrukcyjnej roli mieli sami ojcowie ukraińskiego nacjonalizmu. W aktach Senyka znalazł się list w którym Iwan Gabrusewicz (Habrusewycz) pisał do J. Konowalca: „UWO jest rozsadnikiem destrukcji, kolosalnym rozpętaniem instynktów, aby tanim kosztem stać się bohaterem. Z większości jego członków wyrastają bandyci”.

Nawet wtedy gdy w roku 1943 rozkaz eksterminacji był realizowany, wśród samych nacjonalistów ukraińskich rodziły się wątpliwości. Taras Bulba- Boroweć pisał „Uwolnić jakieś terytorium od narodowych mniejszości może jedynie suwerenne państwo, drogą wymiany ludności, a nie armia (...) poprzez represje (...) zasadę zbiorowej i rodzinnej odpowiedzialności mogą stosować tylko barbarzyńcy”.

Taki pogląd na działalność UWO-OUN wydaje się dla części ukraińskich historyków nadal trudny do zaakceptowania. Ich przedstawiciele na seminariach polsko-ukraińskich twierdzili publicznie, że zwalczanie terrorystów i dywersantów to dowód antyukraińskiej polityki władz. Prof. W. Rezmer przytoczył wypowiedź prof. M. Kuczerepy, który po przedstawieniu w referacie fragmentu tajnego raportu Wołyńskiego Urzędu Wojewódzkiego, w którym pisano: „...w wyniku przeprowadzonych akcji oczyszczono teren ze znacznej ilości dywersantów oraz uspokojono ludność na tym terenie...” skomentował to następująco: „...Jednakże na tym polskie władze nie poprzestały, nadal kontynuując politykę antyukraińską...”. Na innym z semiariów prof. Witalij Makar wypowiedział znamienne słowa: „Żaden świadomy narodowo Ukrainiec nie może pogodzić się ze spotwarzaniem założeń programowych i działalności OUN-UPA”. Dla historyków polskich są to stwierdzenia zatrważające. Kult UWO- OUN i UPA rozwija się dramatycznie zarówno na Ukrainie, w Kanadzie, jak i, niestety, wśród mniejszości ukraińskiej w Polsce.  OUN doczekała się swej następczyni w postaci terrorystycznej organizacji UNA-UNSO, czy Swobody.  Ku czci przywódców-morderców Polaków i Ukraińców, jak Bandera, Kłaczkiwśkij czy Szuchewycz,  sypie się kurhany, buduje pomniki, nazywa ulice, uczy się o nich młodzież w szkołach. Przedstawia się ich jako bohaterów. Ich osobom i ideologii przypisuje się udział w uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości. Także osoby będące dziś na czołowych stanowiskach na Ukrainie nie tylko nigdy nie odcięły się od ounowskiej schedy, ale stały się rzecznikami postbanderowców.

Można zadać pytanie, czy rzeczywiście upadek Polski w roku 1939 był dla ukraińskich obywateli Polski okolicznością tak pomyślną, jak sami twierdzą? Trudno o jednoznaczną odpowiedź . Jeżeli wszyscy Ukraińcy uznają terror UWO-OUN, następnie czyszczenie etniczne terytorium „Zachodniej Ukrainy” z Polaków, a także starcie z powierzchni ziemi kilkusetletniej wspólnej historii, za godne najwyższej czci i chwały, to z bólem trzeba będzie uznać, że ideologia OUN zwyciężyła.

„Nie ma zbrodniczych narodów tylko zbrodnicze ideologie” – powtarzał w swych pracach ukraiński historyk Wiktor Poliszczuk. Za opisywanymi  działaniami terrorystycznymi stały właśnie organizacje kierujące się okrutną i niebezpieczną ideologią. Nie ulega wątpliwości, że ideologia taka powinna zostać potępiona i usunięta zarówno z teorii jak i praktyki życia politycznego dzisiejszej Europy.

Tolerowanie radykalizmu mniejszości narodowych i ich prawa do separatyzmu było uznawane w Europie Zachodniej za wyznacznik skuteczności działania demokracji. Tymczasem wojny bałkańskie i czeczeńskie, wydarzenia baskijskie, katalońskie, korsykańskie i belgijskie, narastająca wrogość mniejszości muzułmańskich do rodowitych mieszkańców państw Europy Zachodniej i wiele innych, każą na nowo stawiać pytania o granice, do których może posuwać się separatyzm, i o metody, do jakich wolno sięgać w politycznej i zbrojnej walce o niezawisłość. Czy cena jaką każą płacić ekstremistyczne organizacje ludności miejscowej w swej walce, nie jest zbyt wygórowana? Czy nagminnie stosowany terroryzm powinien być interpretowany wyłącznie jako akt desperacji biednych i uciśnionych? Czy nie bywa on czasem wyrachowanym postępowaniem – bronią polityczną nastawioną na skruszenie zaufania do państwa i jego instytucji, odwołującym się do najniższych instynktów: chęci zagrabienia ziemi sąsiada, dorobku jego życia, pozycji społecznej? Dobro jednostek, w tym często prawo do życia, dla terrorystów się nie liczy. Mają oni jedynie realizować oparte na ideologii, a często i demagogii plany organizacji. 

Do tego dochodzą pytania o zbrodnicze ideologie, na których opierają się ugrupowania skrajne. Mimo, że często w sposób nieuprawniony odwołują się one do najwyższych wartości, patriotyzmu, religii, w praktyce ich podłoże okazuje się jawnie rasistowskie, faszystowskie, komunistyczne lub anarchistyczne. Tak było w przypadku procesów haskich o zbrodnie w byłej Jugosławii, gdzie część oskarżonych odwoływała się do ideologii Dmytra Doncowa. Choroba nienawiści, staje się plagą całej ludzkości, a nie tylko wybranych krajów. Aby można było marzyć o rezygnacji ze skrajnie agresywnych działań należy nie tylko zniszczyć i potępić skrajne ideologie popychające ludzi do zbrodni. Dlatego stworzono hamulce w postaci religii i prawa, w tym międzynarodowego. Jednak by dokonywać czynów tak okrutnych jakich dopuścili się skrajni nacjonaliści ukraińscy w czasie ostatniej wojny wobec Polaków, trzeba było jeszcze czegoś więcej: stłumienia nie tylko społecznej, ale pierwotnej, biologicznej moralności, zakazującej ludziom czynienia krzywdy przedstawicielom własnego gatunku.

W rozważaniach socjobiologów istnieje również pojęcie pamięci genetycznej albo „przyczyny kształtującej”. Wiele wskazuje bowiem na pewną niezmienność w historycznych sposobach postępowania społeczności. Niektóre typy zachowań (w tym agresywnych) mogły się powtarzać częściej niż wynikałoby to ze statystyki, szczególnie wtedy, gdy przynosiły one grupie, lub jej członkom, wymierne korzyści (łupy, zyski terytorialne itp.) i nie spotkały się z wystarczającą karą, która w przyszłości zniechęcałaby do takich działań. Mimo zmiennych okoliczności tworzy się być może pewien stały wzorzec postępowania. W przypadku określonej społeczności można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć, jakie tendencje przeważą przy rozwiązywaniu spraw spornych, do jakich metod ucieknie się w rywalizacji i walce, z kim zawierać będzie sojusze itd. Aby wykazać, że zasada ta działa, można przeprowadzać ciekawe analizy historyczne. W wypadku interesującego nas tematu warto prześledzić nawracające od powstań Chmielnickiego okresy eskalacji agresywnych zachowań wobec polskiej ludności, a nawet próby czyszczenia  etnicznego terenu. Z reguły zbrodnie te pozostawały nieukarane i niepotępione.

Są to rozważania teoretyczne, ale istotne, gdyż okrutne zbrodnie, takie jak ludobójstwo trwają w świadomości narodów przez wiele pokoleń, gdyż, jak pisał Marian Malikowski „pamięć zbiorowa jest bardziej odporna na zmiany rzeczywistości niż pamięć indywidualna”. Zatem nadzieja na uporanie się z upiorami przeszłości przez uporczywe przemilczanie prawdy może okazać się zawodne. Znane powiedzenie mówi, że ci, którzy ignorują historię, skazani są na jej powtarzanie.

Potraktować więc powinniśmy przypadek Polski w dwudziestoleciu międzywojennym, nie jako wyjątek, ale jeden z wielu dramatów, którego przebieg wskazuje na nieuchronność krwawej rozprawy ze strony wywodzących się z mniejszości etnicznych przeciwników państwa (szczególnie gdy znajdzie się ono w trudnej sytuacji międzynarodowej lub ekonomicznej), jeśli mniejszość jest wystarczająco liczna, a na dodatek znajdą się w niej ugrupowania kierujące się skrajnie szowinistyczną ideologią odrzucającą metody określane przez kulturę Zachodu jako „cywilizowane”. Czy źródła pozwolą na zrekonstruowanie takiego przebiegu zdarzeń w skali szerszej i dopuszczającej uogólnienia, wykażą niewątpliwie prowadzone w tym kierunku badania.

                           Dr Lucyna Kulińska

 

 

NIEZNANI ŻYDOWSCY KACI NKWD W LATACH 1937 – 1938

OPERACJA ANTYPOLSKA NKWD 1937 – 1938

 

Operacja Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych ZSRS  dotycząca Polaków była jedną z zaplanowanych ludobójczych operacji tego ludowego komisariatu przeprowadzanych w czasie Wielkiego Terroru, którego ofiarą padło w latach 1936–1938 co najmniej 8 milionów obywateli ZSRS. Była to jednocześnie największa liczebnie operacja NKWD dotycząca zbiorowo (w formie oficjalnej) członków konkretnej narodowości, w tym wypadku narodu polskiego.

Akcja objęła wszystkich Polaków, bez względu na przynależność klasowo-społeczną, decydowała narodowość.

Wśród zamordowanych i deportowanych ze względu na narodowość polską byli

Polacy, mieszkańcy dawnego terytorium Rzeczypospolitej na wschód od granicy państwowej II RP, ustalonej w 1921 r. traktatem ryskim (od grudnia 1922 r. granica pomiędzy Polską a ZSRS), członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), wszyscy polscy jeńcy po wojnie polsko-bolszewickiej znajdujący się jeszcze w ZSRS, aresztowani wg specjalnej listy. Wielu z nich przypisano przynależność do organizacji, chociaż nigdy nie byli członkami POW.

Książka Tomasza Sommera „Operacja antypolska NKWD 1937 – 1938” odkrywa wiele białych plam martyrologii narodu polskiego i zapewne posłuży historykom do dalszych badań operacji masowych zagłady Polaków w ZSRS w okresie lat 1937 – 1938.

Ludobójstwo dokonane w ZSRS w latach 1937 – 1938 w wyniku którego zginęło ok. 200 tysięcy spośród prawie miliona tamtejszych Polaków, nie posiada jeszcze pełnej historiografii, stąd dr Tomasz Sommer socjolog w PAN podjął się opracowania monografii tego ludobójstwa.

Operację zleciło Biuro Polityczne KC WKP(b) pod przewodnictwem Józefa Stalina, a przeprowadził ówczesny szef NKWD Nikołaj Jeżow, przy pomocy ściśle tajnego rozkazu 00485. Operacja polska NKWD była drugą pod względem ilości ofiar częścią sowieckiego Wielkiego Terroru.

 

ANTYPOLSKA PROPAGANDA

 

W moskiewskiej „Prawdzie” w roku 1937 ukazał się tekst: „Antysowieckie wystąpienia w polskim sejmie”. W taki sposób propaganda sowiecka przygotowywała grunt w zamiarze przeprowadzenia zaplanowanej operacji mordu Polaków zamieszkałych wówczas w ZSRS, w czasie gdy polscy posłowie debatowali nad losem polskiej mniejszości w Związku Sowieckim.

„Prawda” zacytowała wystąpienie posła polskiego parlamentu Walewskiego, który powiedział:

„Niezwykle ciężko jest mówić o losie 1.500  Polaków w Związku Sowieckim. Żadne prawa człowieka tam nie obowiązują. Wszystkie stosunki międzyludzkie w Związku Sowieckim są tak dalekie od obowiązujących zgodnie z wszelkimi zasadami kultury, że rozmowa na ten temat w zasadzie jest bezsensowna”.

 

W komentarzu do owego wystąpienia polskiego parlamentarzysty „Prawda” m.in. podała:

 

„…Rzeczywiście trzeba dysponować bezgraniczną nachalnością żeby oświadczyć, że sowieccy Polacy są pozbawieni wszelkich praw…Niezbyt szanowny obywatel Walewski, pomagający w sejmie ministrowi Beckowi opisywać >>istotne sukcesy<< polskiego ministerstwa spraw zagranicznych, zdaje się posiadać tę cechę w pełnym wymiarze…W ZSRS szczęśliwie żyją i uczciwie pracują dla dobra swojej socjalistycznej ojczyzny setki tysięcy pracujących Polaków. Tysiące polskich stachanowców i szturmowców razem z rosyjskimi, ukraińskimi i innymi budowniczymi socjalizmu wznoszą gigantyczne fabryki, budują nowe miasta, podwyższają powodzenie kołchozów i sowchozów, umacniają ojczystą Armię Czerwoną, ubogacają swoimi talentami socjalistyczną kulturę…”

 

Według autorów „Prawdy” Polska jest przesiąknięta antysowieckością, o czym miał świadczyć m.in. fakt z 11 lutego 1937 roku, pobicia sowieckiego marynarza Niewzorowa ze statku „Leonid Krasin” przez policję polską w Gdyni, rzekomo nakazującą marynarzowi „wykonanie znaku krzyża”, a gdy nie chciał tego uczynić, wykręcono mu ręce, bito po twarzy i grożono rozstrzelaniem.

Autorzy „Prawdy” stwierdzają, że w Polsce ciężko się żyje pod naciskiem faszystowskiego reżimu i konkludują:

 

„ Niech polski faszystowski reżim nie zapomina, że nie jest możliwym bezkarne obrażanie obywateli sowieckich”.

 

Oczywiście troska polskiego parlamentu o losy Polaków w Związku Sowieckim była w pełni uzasadniona, tym bardziej, iż znana była dola i niedola Polaków w ZSRS , w obliczu odłamu Kominternu działającego w Polsce jako nielegalna Komunistyczna Partia Polski, dążąca wspólnie z Komunistyczną Partią Zachodniej Ukrainy do przyłączenia Polski do Związku Sowieckiego. Takie działania w kraju odbijały się niekorzystnym echem dla Polaków w ZSRS.

 

POLSKI ANTYSEMITYZM

 

W sowieckiej propagandzie tego okresu Polska była krajem antysemickim. Publikowane były teksty: „Pogromy w Polsce”, „Zdziczenie faszystowskiej Polski”, będące w prasie sowieckiej zjawiskiem stałym.

 

POLSKA KRAJEM PRO NIEMIECKIM I FASZYSTOWSKIM

 

W propagandzie sowieckiej Polacy to po prostu: „Warszawscy pomocnicy Goebbelsa” stwierdzając: „…W obecnej kampanii antysowieckiej Berlinowi pomaga Warszawa, w szczególności podejrzana agencja >>ATE<<. Warszawa to nie jedyne, ale na pewno jedno z głównych źródeł kłamliwych i obraźliwych antysowieckich wymysłów…

„…Polski wywiad działa w bliskiej przyjaźni z Gestapo i zdemaskowanie trockistowskich agentów Gestapo bezpośrednio uderzyło w siatkę wywiadowczą polskiego II oddziału, a także w antysowieckie plany polskiego faszyzmu…”

 

OPERACJA POLSKA - PROPAGANDA SOWIECKA W PRZYGOTOWANIU  ZBRODNI

 

Antypolskie propagandowe teksty  pojawiające się w lipcu 1937 roku należy połączyć z planami ludobójczymi Stalina i jego politbiura. „Szpiegowska międzynarodówka. Trockiści na służbie faszystowskich wywiadów” odnosi się do tez Józefa Stalina z lutowo – marcowego plenum KC WKP(b), który pytał, czy nie jest jasne, że ta szpiegowska międzynarodówka będzie delegować kadry dla szpiegowsko – szkodniczej działalności trockistów…”.

 

W 1937 roku propaganda sowiecka zamieściła 173 teksty prezentujące Polskę jako kraj faszystowski, antysemicki, szpiegowski, malowane w czarnych barwach antypolskości, państwo pogardliwe dla ZSRS, ale także zawierające żydowskie antypolskie stereotypy, dochodzące wręcz do formy karykaturalnej.

 

DRUGI ETAP SOWIECKIEGO LUDOBÓJSTWA

 

IZRAEL LEPLEWSKI

 

Ludobójstwo dokonane w ZSRS w latach 1937 – 1938, w wyniku którego zginęło ok. 200 tysięcy spośród prawie miliona tamtejszych Polaków. Operację zleciło Biuro Polityczne KC WKP(b) pod przewodnictwem Józefa Stalina, a przeprowadził ówczesny szef NKWD Nikołaj Jeżow przy pomocy ściśle tajnego rozkazu 00485. Operacja polska NKWD była drugą pod względem ilości ofiar częścią sowieckiego Wielkiego Terroru.

Aleksandr Minajew – Cykanowski wraz z Władimirem Cesarskim przygotowywali „albumy” z wyrokami i wręczali je Jeżowowi i Wyszyńskiemu. Obaj byli Żydami z Odessy, którzy zrobili kariery w NKWD właśnie na eksterminacji Polaków.

Dzięki wydanej niedawno książce doktora Tomasza Sommera „Operacja antypolska NKWD 1937-1938”, nieznani kaci Polaków już będą znani.

Odbywało się to metodą „albumową” w taki sposób, że wspomniana dwójka w ciągu kilku godzin sporządzała nawet i tysiąc wyroków, przeważnie wyroków śmierci - które następnie w postaci „albumu” przedstawiali Mikołajowi Jeżowowi do podpisu.

Ten nawet nie czytał, tylko otwierał na ostatniej stronie i niekiedy ze śmiechem pytał Cesarskiego, ilu tu Polaczków - i podpisywał nie czytając. W ten sposób obydwaj zdecydowali o śmierci co najmniej 150 tysięcy Polaków w ciągu zaledwie 2 lat, podczas których nie było jeszcze żadnej wojny.

Operacja ta była antypolskim ludobójstwem, mającym na celu „oczyszczenie” z Polaków terenów leżących na wschód od granicy ustalonej w traktacie ryskim”.

Identyczny cel postawili sobie kilka lat później banderowcy, z tą różnicą, że nie bawili się w żadne pozory praworządności, tylko po prostu ludność polską wyrzynali.

W rezultacie eksterminacji około 200 tysięcy Polaków, stworzone zostały fakty dokonane, które dzisiaj nawet bywają używane jako pozór moralnego uzasadnienia dla politycznych decyzji Józefa Stalina.

 

Była to najkrwawsza operacja masowa NKWD, uderzenie w Polaków.

 

Z datą 9 sierpnia 1937 roku operacja polska, przed rozkazem Nikołaja Jeżowa 00485, figuruje w archiwach „Postanowienie politbiura KC WKP(b) dotyczące „sprawy NKWD” z zapisem: „Zatwierdzić rozkaz Narkomwnutdieła ZSRS o likwidacji polskich grup dywersyjno - szpiegowskich i  Polskiej Organizacji Wojskowej (POW).

 

Operację „o likwidacji polskich grup dywersyjno-szpiegowskich i POW” rozpoczął dokument z 7 sierpnia 1937 roku wysłany przez komisarza NKWD Ukrainy Izraeła Leplewskiego do p.o. naczelnika >>3 O GUBG NKWD ZSRS<< Aleksandra Minajewa w Moskwie, w którym informował on o swoich działaniach wobec Polaków. Z owego dokumentu wynika, iż 1 sierpnia 1937 roku na Ukrainie było już aresztowanych 870 Polaków, w tym 572 w sprawie PO, reszta zaś za szpiegostwo, bądź dywersję na rzecz Polski oraz 298 Polaków za „kontrrewolucję” oraz aktywność kościelną. Inny dokument datowany na 8 sierpnia sporządzony przez  naczelnika UNKWD obwodu kijowskiego Nikołaja Szarowa informuje swojego zwierzchnika Izraela Leplewskiego, iż pierwsza akcja została przeprowadzona w Kijowie i okolicach i w jej wyniku aresztowano 1296 Polaków.

Z kolei 10 sierpnia wpłynął do Izraela Leplewskiego dokument od naczelnika UNKWD obwodu dniepropietrowskiego, Jefima Krawca,  w którym ustalono na podstawie zeznań referenta  polskiej sekcji  Międzynarodówki, Edwarda Zimy - Kranza, który przyznał się, że przybył na Ukrainę na zlecenie POW w 1932 roku. Ustalono, iż od 1935 roku we wszystkich większych miastach Ukrainy, w których istniały duże skupiska Polaków, były grupy kierujące POW ściśle ze sobą współpracujące.

 

Rozkaz szefa NKWD Nikołaja Jeżowa  00485 „Zlikwidować Polaków” ostatecznie jest datowany na 11 sierpnia 1937 roku.

Aleksandr Minajew – Cykanowski wraz z Władimirem Cesarskim od aresztowanych żądali zeznań, że są członkami organizacji POW, prowokatorami, szpiegami, albo osobami przerzuconymi przez polski wywiad do pracy szpiegowskiej w ZSRS.

Komisarz Ludowy, szef NKWD Nikołaj Jeżow wyraził swoją zgodę na bicie aresztowanych i w ten sposób wyciąganie z nich zeznań.

Zmuszanie więźniów do zeznań przyjęło formy skrajnie bestialskie. Bitych więźniów zmuszano do wykrzykiwania: „Jestem hitlerowcem, faszystą, dostawałem 15 razy hitlerowskie marki”.

W torturowaniu więźniów „wyróżniali” się enkawudziści Gluzman, Gołubiew, Mańko.

Aleksandr Minajew – Cykanowski i Władimir Cesarski w sposób prymitywny przygotowywali „albumy” z wyrokami z góry zakładając możliwość dokonywania wszystkich możliwych sposobów dla których istniały motywy preparowanych przez nich i wydawanych wyroków.

W skrócie wyglądało to w ten sposób, iż na kartce papieru opisywano biografię i istotę zdemaskowania przestępstwa, jak szpiegostwo, dywersja, terror itd. W centrali NKWD zszywano dla wygody w albumy po 100 stron i kierowano na adresy Cykanowskiego i Cesarskiego.

Rozpatrywanie tych spraw przeprowadzano w sposób przestępczy, na początku „operacji” obaj „rozpatrywali” 500 – 600 – 1000 spraw w przeciągu kilku godzin i ich decyzja była ostateczna.

Aleksandr Minajew – Cykanowski wraz z Władimirem Cesarskim zdecydowali w przeciągu 2 lat o śmierci co najmniej 150 tysięcy Polaków.

Wielki Terror skierowany przeciwko Polakom przyniósł krwawe żniwo, w którym znaczący udział przypadł Izraelowi Leplewskiemu szefowi UNKWD na Ukrainie w 1937 roku.

 

Dr Jarosław Szarek, prezes IPN

"To, że wiedza o operacji polskiej NKWD i ofiarach tej akcji nie funkcjonuje w zbiorowej świadomości Polaków, stanowi wyzwanie dla Instytutu Pamięci Narodowej".

 

                                             Opracował Aleksander Szumański "Warszawska Gazeta"

 

      Tekst  opracowany na podstawie książki Tomasza Sommera "Operacja Antypolska NKWD 1937 - 1938" Geneza i przebieg ludobójstwa popełnionego na Polakach w Związku Sowieckim. Wydawca 38 Media SP. z o.o. ul. Lisa Kuli 7/1 01-512 Warszawa

 

GETO NIEMIECKIE W KOŁOMYI

KOŁOMYJA - LAS W SZEPAROWCACH - MIEJSCE ROZSTRZELANIA ŻYDÓW

 

Las w Szeparowcach – miejsce rozstrzelania kołomyjskich Żydów

Kołomyja – miasto na zachodniej Ukrainie, stolica rejonu w obwodzie iwanofrankiwskim (stanisławowskim). Odległe 64 km na południowy wschód od Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankiwsk), 546 km na południowy zachód od Kijowa. Leży nad Prutem.

Od 1240 r. Kołomyja należała do Księstwa Halicko-Wołyńskiego; w średniowieczu centrum wydobycia soli; w połowie XIV w. włączona do Polski; 1424 r. prawa miejskie; stolica Pokucia; od XVI w. duże skupisko Żydów (1939 — ok. 15 tys.); od 1772 r. w zaborze austr.; w czasie I Wojny Światowej 1914–17 walki ros.-austr.; od 1919 r. w granicach Polski; IX 1939–41 pod okupacją sowiecką (deportacje ludności, głównie Polaków w głąb ZSRR, więzienie NKWD — ponad 450 osób), 1941–44 pod okupacją niemiecką.; IX–X 1941 r. Niemcy zamordowali ok. 500 Żydów.

Miejsce urodzenia w 1741 r. poety F. Karpińskiego. Węzeł kolejowy i drogowy; przemysł maszynowy (maszyny roln.), metalowy, lekki (firanki, odzież, obuwie), spożywczy (mięsny, owocowo-warzywny), drzewno-papierniczy, materiałów bud.; fabryka wyrobów artyst.; ośrodek turyst.; centrum huculskiej twórczości ludowej (snycerka, metaloplastyka, tkactwo, kilimy, hafty); muzeum sztuki ludowej huculszczyzny; park (zał. 1892), pomniki przyrody. Drewniana cerkiew (XVI w.).

Miasto Kołomyja było ważnym ośrodkiem kontaktów między Ukraińcami a przedstawicielami innych narodów na wszystkich etapach swego rozwoju historycznego. Narodowości zamieszkujące Kołomyję przeszły drogę niezwykle skomplikowanych stosunków. Wpisują się w nie zarówno owocna współpraca i tolerancja, jak i ostre konflikty, przeradzające się niekiedy w walkę zbrojną lub nieuzasadniony rozlew krwi wśród ludności cywilnej.

Podobnie jak w innych miastach Ziemi Halickiej, do połowy XVII w. większość mieszkańców Kołomyi stanowili Ukraińcy. Stopniowo jednak inne narodowości – Polacy, Żydzi, a w pewnym okresie Niemcy – zaczęli stanowić liczniejszą grupę narodowościową w mieście. W Kołomyi stykał się świat chrześcijański z żydowskim.

Skupiska Żydów w mieście były etnicznymi enklawami w dzielnicach ukraińskich, polskich, ormiańskich i niemieckich. Różnice społeczne, etniczno-kulturowe i wyznaniowe sprzyjały powstawaniu konfliktów między nimi a innymi mieszkańcami miasta. Korporatywizm średniowiecznej Kołomyi i tendencje do wyobcowania poszczególnych grup nieuchronnie prowadziły do separacji Żydów od życia pozostałej części społeczeństwa. W związku z tym zaczęli się oni jednoczyć wokół narodowo-religijnej tożsamości i stworzyli jeden z najtrwalszych, a jednocześnie najbardziej elastycznych elementów średniowiecznego miasta.

Pierwsze wzmianki o osiedleniu się Żydów w Kołomyi pochodzą z XIII wieku. W 1364 i 1367 r. król Kazimierz III Wielki nadał im przywileje, które potwierdzały przywilej nadany w 1264 r. przez księcia Bolesława Pobożnego (tzw. statut kaliski). Kołomyjscy Żydzi znajdujący się pod opieką króla byli zobowiązani do płacenia podatków zarówno do skarbca monarchy, jak i do kasy miasta. Ciążyły na nich ponadto inne świadczenia. Zgodnie z postanowieniami unii lubelskiej z 1569 r. w osobnej dzielnicy Kołomyi, w pobliżu rynku, pojawili się Żydzi ze Lwowa. Osiedlili się w centrum miasta, co formowało pogląd o ich przewadze w strukturze etnicznej miasta.

To wyobrażenie wpływało nie tylko na faktyczny wzrost liczby ludności żydowskiej w Kołomyi, lecz także na kształtowanie się narodowościowej mapy miasta. Dążenie kupców i rzemieślników do osiedlania się w ważnym ośrodku handlowym nie było bynajmniej sprzeczne z interesami wspólnoty żydowskiej, która chciała wyodrębnić dla siebie fragment przestrzeni miejskiej.

Jak wynika ze spisu własności w 1616 r., komisja królewska nakazała kołomyjskiemu staroście Piotrowi Korycińskiemu wybudować bożnicę i wydzielić miejsce na cmentarz żydowski, pod warunkiem zwolnienia z podatku dzielnic Kołomyi, w których miały powstać te obiekty. Z aktu lustracyjnego z 1616 r. dowiadujemy się, że Żydzi rokrocznie płacili urzędowi starosty 20 talarów, a żydowscy rzeźnicy (razem z chrześcijańskimi) – 40 kamieni łoju.

Po zniszczeniu miasta wskutek licznych napadów Turków w pierwszej połowie XVII w. i przeniesieniu go z prawego brzegu rzeki Prut na lewy w 1629 r. władze miejskie postarały się o dokument potwierdzający, że „prawa i świadczenia Żydów powinny być zachowane”. Dowodem na to może być dzierżawa miejskiego młyna, za którą Żydzi co roku płacili do królewskiego skarbca 3000 zł.

Wraz z powiększaniem się społeczności żydowskiej konieczne stało się skupienie funkcji administracyjnych w kahale. Jego działalność obejmowała sferę administracyjną, sądową i religijno-wychowawczą. Duchowe życie wspólnoty regulowały zalecenia halachiczne, od początku XVI w.  skodyfikowane w księdze Szulchan Aruch. Stosunki między miejscową władzą a żydowskimi kahałami, których autonomia stała się podstawą ustroju społecznego Żydów Rzeczypospolitej, regulowały ordynacje żydowskie, wzorowane na sporządzonym przez wojewodę krakowskiego Andrzeja Tęczyńskiego w 1527 r. prawie dla Żydów krakowskich.

 

Zgodnie z porozumieniem zawartym między mieszczanami a wspólnotą żydowską w 1715 r. kahał miał odprowadzać do skarbu miasta trzy czwarte sumy podatków. W 1771 r. podpisano umowę, według której spośród 23 podwód Żydzi mieli dostarczać 17 i trzy czwarte, a pozostali mieszczanie – 5 i jedną czwartą.

Życie miejscowej wspólnoty żydowskiej było zamknięte. Jej członkowie byli zmuszeni do osiedlania się w specjalnych dzielnicach odgrodzonych od miasta wewnętrznymi murami lub w zamkniętych tzw. ulicach żydowskich.

Najstarsze kołomyjskie synagogi zbudowano z drewna lub cegły. Jak świadczą źródła, synagogi w pobliskich wsiach, Peczeniżynie oraz Gwoźdźcu, były drewniane, dzięki czemu zachowano związek z miejscowym budownictwem chrześcijańskim. Komisja lustracyjna w 1616 r., wyznaczając teren pod zabudowę miejską, wskazała miejsce na synagogę (dzisiejsza wuł. J. Orensteina – obecnie mieści się tam ferma).

 

 ZABYTKI

Synagoga: Wielka Synagoga – nieistniejąca

 

Nie znamy daty wybudowania Wielkiej Synagogi. Wiadomo, że w 1798 r. ponownie otwarto po odrestaurowaniu murowaną synagogę. Ściany bożnicy&nb...

 

Synagoga: Synagoga „Jeruszalaim” (ul. Piekarska 3)

 

Przy ul. Piekarskiej 3 zachowała się synagoga wzniesiona prawdopodobnie w połowie XIX wieku. Jest to budynek jednopiętrowy, kryty dachem.

 

Przy ul. Filipowa 8 znajdowała się synagoga. W 2012 r. obiekt pozbawiony dachu był w stanie ruiny.

 

GETTO W KOŁOMYI

W 1942 r. powstało w Kołomyi getto niemieckie dla Żydów (więźniów wywieziono do Bełżca), w latach 1942–43 obóz pracy przymusowej dla Żydów (rozstrzelani w lesie w Szeparowce), ośrodek konspiracji AK i NSZ; w latach 1945–91 w Ukraińskiej  SRR.

Podczas II Wojny Światowej las koło wsi Szeparowce na obrzeżach Kołomyi stał się miejscem zbiorowych egzekucji ludności żydowskiej – mieszkańców Kołomyi, Kosowa, Obertyna, Wierzbowca i innych miejscowości.

Do jednego z największych mordów doszło 12.10.1941 roku. W tym dniu Niemcy aresztowali w Kołomyi ok. 3000 osób i przez trzy kolejne dni przetrzymywali je w więzieniu, bez żywności i wody. Następnie wyprowadzili je w stronę Szeparowców.

Po drodze zabili wiele osób, które nie nadążały za kolumną lub stawiały opór. W lesie szeparowieckim przybyłych zmuszono do wykopania dołu o przybliżonych wymiarach 10 × 10 metrów.

Z grupy pilnowanej przez straż okupanci wydzielali po pięć osób, które – po tym, jak oddawały odzież i kosztowności – prowadzili nad dół i rozstrzeliwali. Niektórym ofiarom ręce wiązano drutem kolczastym. Zabitych pochowano w miejscu kaźni.

Kolejna akcja eksterminacyjna w Szeparowcach miała miejsce 15.11.1941 roku. Zabito wtedy ok. 500 mieszkańców getta w Kołomyi, w większości osoby starsze i chore. Osiem dni później zgładzono grupę Żydów posiadających zagraniczne paszporty.

W nocy 31.01/01.02.1943 r., podczas ostatecznej likwidacji getta w Kołomyi, w Szeparowcach zginęło ok. 1000 osób.

Ofiary ludobójstawa upamiętnia współczesny pomnik z tablicą w jęz. ukraińskim i jidysz, wzniesiony przy drodze z Ottyni do Szeparowców.

 

 KOŁOMYJA KOLEBKĄ CHASYDÓW

 

ORMIANE W KOŁOMYI

 

OKRUCIEŃSTWO HITLEROWCÓW, BANDEROWCÓW i POLICJANTÓW UKRAIŃSKICH

 

 Znaną Ormianką urodzoną w Kołomyi była Ewa Stolzman - Kotlarczyk, bliska krewna Mieczysława Kotlarczyka, twórcy krakowskiego, konspiracyjnego Teatru Rapsodycznego, w którym występował św. Jan Paweł II wówczas aktor Karol Wojtyła.

Kołomyja kolebką chasydów. W Kołomyi był bardzo silny żywioł żydowski. Żydzi korzystali z przywilejów, których nie szczędzili im polscy królowie, od Kazimierza Wielkiego poczynając. Do 1939 r. stanowili połowę mieszkańców miasta. Dominowali gospodarczo, bo mieli w swych rękach prawie cały handel.

Wyróżniali się intelektualnie i religijnie. Tam narodził się bardzo ważny prąd religijny ortodoksyjnych Żydów, zwany chasydyzmem.

U jego początków był rabin Kołomyi Meshulam Ben Jeszeja oraz jego przyjaciel, pustelnik, talmudysta, mistyk, producent amuletów, wizjoner urodzony w Okopach św. Trójcy - Izrael Ben Eleazar (1700-1760), zwany też Baal Shem Tow, czyli "Mistrz Imienia Dobrego", który w 1730 r. zaszył się w lasach pod Kołomyją, spędzając czas na modlitwach i medytacjach. Po kilku latach zszedł z gór, tworząc na Pokuciu i Podolu potężny ruch mesjanistyczny, nastawiony na szukanie ekstazy w modlitwach. Kołomyjska społeczność żydowska odegrała znaczącą rolę w rozpowszechnianiu się chasydyzmu na całym świecie. Chasydzi jednoczyli się w gminie wyznaniowej (kahał), na czele której stał rabin. Za pośrednika między Bogiem a ludźmi uważano cadyka - charyzmatycznego nauczyciela. Chasydyzm rozkwitł na całym Pokuciu, a później Podolu, bo kusił atrakcyjnością, niósł z sobą pogodę ducha, tańce wprowadzające w trans, przypominające kołomyjkę, i radosne pieśni. Świetnie przedstawił to Jerzy Kawalerowicz w filmie "Austeria" z Franciszkiem Pieczką i Wojciechem Pszoniakiem w rolach głównych. Mosze Rot w wydanej w Nowym Jorku książce twierdzi, że przed I Wojną Światową w Kołomyi, obok imponującej wystrojem XVIII-wiecznej Wielkiej Synagogi, było jeszcze około 30 synagog i małych bożnic, dwa domy nauki (midrasz) i sporo stałych modlitewni. W 1938 r. mieszkało w Kołomyi ok. 44 tysięcy osób, w tym 19 tysięcy Żydów, 13,5 tysiąca Polaków, 9,5 tysiąca Rusinów-Ukraińców i 2,5 tysiąca Niemców.

W czasie II Wojny Światowej Polacy stali się ofiarami Sowietów, hitlerowców i banderowców. Barwny świat chasydów kołomyjskich unicestwili natomiast w latach 1941-1944 w sposób okrutny hitlerowcy, wspomagani przez policjantów ukraińskich.

 

                                     Opracował Aleksander Szumański dziennikarz niezależny

 

 Dokumenty, źródła, cytaty:

 

http://www.sztetl.org.pl/pl/article/kolomyja/5,historia/

(link is external)

 

 http://www.nto.pl/magazyn/reportaz/art/4202837,moje-kresy-kolomyja-stolica-pokucia,id,t.html

 (link is external)

 

http://wojnawp.republika.pl/zydzi/z1a.html

 

JUDENRATY W GETTACH - WYNIKI PRAC

 

 Udział Żydów w zagładzie Żydów

 

 Prawda historyczna zatajana

 

 

Mało kto dzisiaj pamięta, że żydowski Holocaust praktycznie nie istniał przed 1967 rokiem. Zaczął rodzić się dopiero po sześciodniowej wojnie izraelsko arabskiej. Trzeba było ponad 40 lat, żeby urósł do dzisiejszych rozmiarów. Do 1962 roku sprawa zbrodni dokonanych na Żydach była jasna: winni są Niemcy; naród niemiecki. Ponad 90 procent Niemców głosowało na partię Hitlera i na niego samego, tym samym na jego program i idee zawarte w "Mein Kampf". Nikt tych prawd nie kwestionował. Do pewnego czasu.

Po upływie lat od drugiej wojny światowej, do Niemiec zachodnich zaczęły napływać z zagranicy ogromne kapitały. Niemiecka Republika Federalna (RFN) musiała być silna ekonomicznie, by móc stawić mocny opór w wypadku agresji czerwonych hord ze Wschodu.

Dzięki tej pomocy Niemcy Zachodnie szybko się odbudowały i stały się potęgą gospodarczą. (Niemcy Wschodnie (NRD) wówczas nie liczyły się, ani ekonomicznie, ani politycznie.

Nie uszło to uwadze Izraela, który potrzebował pieniędzy. Niemcy jako sprawcy ogromnej zbrodni dokonanej na Żydach, potrzebowali rehabilitacji od Żydów. Tak doszło do transakcji - "Za krew pieniądze, za pieniądze przywrócenie honoru. Dotyczy to tylko Żydów" " pisał prawie czterdzieści lat temu Stefan Nowicki w swojej książce pt. "Wielkie nieporozumienie" (wydanej w 1970 roku w Sydney, Australia).

 

 

 

 "Dzisiejsze Niemcy - oświadczył w 1964 roku Ben Gurion, premier Izraela - są inne, ich władcy są inni i forma władzy jest inna." (tamże str. 12).

W miarę wzrostu wypłat odszkodowawczych i pomocy materialno-militarnej, wzrastała sympatia do Niemców. (Proporcjonalnie malała do Polaków).

"Stosunek naszego rządu (pisał izraelski dziennik "Haolam Haze" w 1965 r.)  do rządu Adenauera oparty jest na cynicznej transakcji, może najbardziej cynicznej od chwili, gdy Adolf Hitler proponował Brandtowi transakcję towarów za krew. Otrzymaliśmy pieniądze. Otrzymaliśmy pomoc. Sprzedaliśmy NRF-owi świadectwo moralności następującej treści:

My państwo Izrael, ofiary nazizmu, uratowani z Oświęcimia, dyplomowany symbol postępu i socjalizmu w świecie, potwierdzamy niniejszym, że posiadacz tego świadectwa nie jest już faszystą, lecz całkiem nowym Niemcem, który ma prawo być przyjęty do każdego grona". (tamże str. 13).

Niedorzeczna, nieprawdziwa, oszczercza i dzika propaganda żydowska, skierowana swym ostrzem przeciwko Polsce, Polakom i polskości trwa z różnym natężeniem od ponad czterdziestu lat. A Polacy, zahukani i zaszachowani m.in. przez bardzo wpływowe amerykańskie lobby żydowskie z antypolskimi mediami „New York Times” i „The Washington Post” zAnne Applebaum, antypolską dziennikarką, żoną obecnego polskiego ministra spraw zagranicznych nie widomo dlaczego „Radka”, a nie Radosława Sikorskiego.

Owa propaganda funkcjonuje obecnie również i w Polsce poprzez mainstreamowe media, a otumaniani m.in. przez żydowską „Gazetę Wyborczą” Polacy nie wiedzą, jak się bronić przed tą nachalną i wrzaskliwą propagandą żydowską, tym bardziej, iż ostatnio Polską rządząca Platforma Obywatelska swoim nie pisanym programem potęguje antypolskie roszczenia i działania, m.in. dotyczące zwrotu zawrotnych sum 65 miliardów dolarów amerykańskich tytułem restytucji mienia pożydowskiego w Polsce.

 

 

Dzisiaj, w 2013 roku Izrael potrzebuje nie mniej pieniędzy, niż dawniej. A jeszcze więcej pieniędzy potrzebują dziś rozmaici hochsztaplerzy, aferzyści i wydrwigrosze z PO, jak i  nielegalne (niezarejestrowane w sądach ) lobby żydowskie w USA wspierane przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka  Obamę, rząd USA i Hilary Clinton, do których dołączyli tacy sami „lobbyści” w Europie. Od państwa niemieckiego za wiele już nie da się wyciągnąć. Trzeba znaleźć winnych pośród innych.

Do tych tez ustosunkował się już naukowo politolog i historyk amerykański pochodzenia żydowskiego Norman Finkelstein w swojej pracy naukowej „Przedsiębiorstwo Holocaust”.

Norman Gary Finkelstein(ur. 8 grudnia 1953 w Brooklynie) – amerykański historyk i politolog żydowskiego pochodzenia, od 2001 do 2007 profesor De Paul University w Chicago, obecnie niezależny uczony. Specjalizuje się w dziedzinie konfliktu palestyńsko-izraelskiego oraz Holocaustu. Finkelstein znany jest przede wszystkim jako autor książek dotyczących ww. tematów.

Opublikowany niedawno w „Der Spiegel" artykuł o odpowiedzialności innych narodów europejskich za zbrodnię Holocaustu dokonaną na Żydach, wywołał w Polsce poruszenie i falę polemik.

Przyczyną tego było wysunięcie stwierdzenia, że za zbrodnię Holocaustu winni są nie tylko Niemcy, ale i inne narody europejskie. Również Polacy przez "polskich chłopów", którzy wykonywali zarządzenia niemieckich władz okupacyjnych.

Nie byłoby w tym stwierdzeniu nic ciekawego, gdyby nie pominięto jednego narodu europejskiego, o którym można wspominać i wymieniać go, ale tylko w takim kontekście i przy takich okazjach, w jakim naród ten przyzwala. Mowa tu jest oczywiście o europejskim narodzie żydowskim, bo chodzi tu przecież o Żydów europejskich.

Interesujące jest to, że autorzy artykułu w "Der Spiegel", wymieniając różne "narody europejskie", które rzekomo przyłożyły się do tej zbrodni, poprzez współpracę z Niemcami, pomijają skrzętnie wymienianie narodu niemieckiego, austriackiego i żydowskiego.

Jeżeli mamy dzisiaj wyliczać, który z narodów europejskich i ile przyłożył się do śmierci Żydów, to nie sposób ominąć tutaj nacji żydowskiej z tej prostej racji, że była to wówczas nacja europejska.

Współpraca Żydów z Niemcami i z Gestapo na tym polu jest dobrze udokumentowana a literatura na ten temat obszerna i jednoznaczna. Do znaczących zapisów historycznych należą prace naukoweHannah Arendt(ur. 14 października 1906 w Linden, Niemcy, zm. 4 grudnia 1975 w Nowym Jorku, Stany Zjednoczone) – niemiecka teoretyk polityki, filozof i publicystka, jedna z najbardziej wpływowych myślicielek XX wieku pochodzenia żydowskiego.

Przez wielu jest uważana za najsłynniejszą żydowską myślicielkę XX wieku. W 1963 roku wystąpiła w książce Eichmann w Jerozolimie z dramatycznym oskarżeniem przeciw Judenratom. Twierdziła, że bez ich udziału w rejestracji Żydów, koncentracji ich w gettach, a potem aktywnej pomocy w skierowaniu do obozów zagłady zginęłoby dużo mniej Żydów, ponieważ Niemcy mieliby więcej kłopotów z ich spisaniem i wyszukiwaniem. W okupowanej Europie Niemcy zlecali funkcjonariuszom żydowskim sporządzenie imiennych wykazów wraz z informacjami o majątku. Zapewniali oni także pomoc żydowskiej policji (Ordnungdienst) w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów transportujących do obozów koncentracyjnych.

W swojej książce Arendt napisała: "Dla Żydów rola, jaką przywódcy żydowscy odegrali w unicestwieniu własnego narodu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy rozdział całej tej ponurej historii."

Patron Żydowskiego Instytutu Historycznego ,najsłynniejszy kronikarz warszawskiego getta Emanuel Ringelblum tak pisał o żydowskiej policji:

„Żydowscy policjanci okrutniejsi od Niemców”.

 

 

"Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości osiągnęła ona jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swych braci na rzeź.

Policja była duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki: jak to się stało, że Żydzi - przeważnie inteligenci, byli adwokaci (większość oficerów była przed wojną adwokatami) - sami przykładali rękę do zagłady swych braci. Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach dzieci i kobiety, starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź (...). Okrucieństwo policji żydowskiej było bardzo często większe niż Niemców, Ukraińców, Łotyszy. Niejedna kryjówka została „nakryta” przez policję żydowską, która zawsze chciała być „plus catholique que le pape”, by przypodobać się okupantowi. Ofiary, które znikły z oczu Niemca, wyłapywał policjant żydowski (...). Policja żydowska dała w ogóle dowody niezrozumiałej, dzikiej brutalności. Skąd taka wściekłość u naszych Żydów? Kiedy wyhodowaliśmy tyle setek zabójców, którzy na ulicach łapią dzieci, ciskają je na wozy i ciągną na Umschlag?

Do powszechnych po prostu zjawisk należało, że ci zbójcy za ręce i nogi wrzucali kobiety na wozy.

Każdy Żyd warszawski, każda kobieta i dziecko mogą przytoczyć tysiące faktów nieludzkiego okrucieństwa i wściekłości policji żydowskiej" (E. Ringelblum: "Kronika getta warszawskiego wrzesień 1939 - styczeń 1943", Warszawa 1988, s. 426, 427, 428).

Najbardziej interesujące są relacje Żydów, którzy przeżyli hekatombę hitlerowską. Dowiadujemy się od nich o szerokiej współpracy Żydów z Gestapo i haniebnej roli Rad Żydowskich ("Judenratów") współdziałających z władzami hitlerowskimi w wysyłce ludzi na śmierć.

 

 Wspomniany  S. Nowicki, w odpowiedzi na oszczerstwa żydowskie dotyczące działania Polaków w czasie niemieckiej okupacji pisze w swej książce  "Wielkie nieporozumienie":

"A czy nie było policjantów żydowskich w getcie, którzy pałkami bili swych współwyznawców? Było też Gestapo żydowskie w Warszawie, osławiona 13-stka, kierowana przez Abrahama Gancwajcha oraz policja żydowska pod komendą takich nikczemników, jak Lejkin, Szeryński, Kon i Keller oraz znani przed wojną działacze syjonistyczni Nosing i First.

Był Judenrat w getcie warszawskim, który segregował Żydów do Majdanka i komór gazowych. Byli bogaci Żydzi, którzy okupywali się żydowskim władzom, by nie wychodzić z getta w pierwszych transportach.

Byli Żydzi, którzy denuncjowali swych braci i współpracowali z Gestapo. Zbrodnie Żydów dokonane na swych braciach mrożą krew w żyłach.

Działalność Abrahama Gancwajcha jest przerażająca swym cynizmem i okrucieństwem. Ten gestapowiec żydowski, zwerbowany w służbie Hitlera jeszcze przed wojną, był znaną osobistością w świecie żydowskim.

Był nauczycielem języka hebrajskiego w szkołach "Tarbut" w Częstochowie, należał do "Poalej-Syjonu Prawicy", był współpracownikiem wiedeńskiego pisma "Gerechtigkeit", a po aneksji Austrii założył w Łodzi prowokacyjny antyhitlerowski tygodnik pod nazwą "Wolność".

Wykaz prenumeratorów pisma posłużył Gestapo do masowych mordów Polaków. Po wkroczeniu, Niemców organizował z ich ramienia sieć szpiegowską na ziemiach wschodnich, a po ataku Niemiec na Sowiety skierowany został przez Gestapo do likwidowania warszawskiego getta i wyciągnięcia dla Niemców nagromadzonych tam bogactw.

Ocenę żydowskich władz getta warszawskiego przez ocalałych z pogromu Żydów:

 

 

"Wiekopomna zdrada Rady Żydowskiej w Warszawie " pisał dr Szymon Datner " która się wyraziła w formie zgody na przeprowadzenie "wysiedlenia" pozostanie na zawsze obok zdrady żydowskiej służby porządkowej niezatartą plamą na honorze władz żydowskich getta".

Historyk żydowski, B. Mark, w książce  "Powstanie w getcie warszawskim" (Żydowski Instytut Historyczny, 1955) pisze:

"Tylko 10 tysięcy żyje w dostatku, nawet lepiej niż przed wojną. Widocznie dla tych 10 tysięcy przywieziono w lutym 20 tysięcy litrów wódki. W tym czasie zarejestrowano oficjalnie 416 tysięcy Żydów, z czego 80 % biednych, przymierających głodem...

Cała działalność Judenratów, to jedno pasmo wołające o pomstę krzywd wobec biedoty. Gdyby był na świecie Bóg, to zniszczyłby gromami to gniazdo okrucieństwa, obłudy i grabieży... Wszystkie zarządzenia okupanta były przeprowadzane przez Judenrat, który organizuje łapanki na pracę przymusową... Niektórzy piastowali kilka urzędów jednocześnie, wyciągając dochód do 60 tysięcy miesięcznie, podczas gdy pisarz i pedagog Janusz Korczak w podaniu prosił o dwa posiłki dziennie, widać, że i tego jemu ojcowie miasta odmówili..."

Nawet Marek Edelman pisał:

"Niemcy doprowadzili do tego, że Rada Żydowska sama wydała wyrok na przeszło 300 tysięcy mieszkańców getta... Nikt jeszcze nigdy tak nieustępliwie nie wypuszczał z rąk złapanego jak jeden Żyd drugiego Żyda".

Trzeba też wspomnieć nazwisko dr Rudolfa Kasztnera, wiceprzewodniczącego Federacji Syjonistycznych Węgier i dyrektora Pomocy Rady Ocalenia powstałej w 1943 roku, który współpracował z Eichmannem w likwidacji tysięcy Żydów węgierskich   za umożliwienie wyjazdu do Izraela 1200 syjonistom węgierskim. Zbrodniarz ten dożył do 1967 r. Został zastrzelony w Tel-Avivie..

 

 

W książce  "Auschwitz, the nazis & the "Final Solution"", (wydanej w 2005 r. przez BBC Books, autor: Laurence Rees), znajduje się m.in. relacja Lucille Eichengreen, ocalałej cudem z getta łódzkiego, dokąd deportowani zostali Żydzi niemieccy. Wspomina tam, że od stycznia do maja 1942 roku 55 tysięcy Żydów zostało wywiezionych i zamordowanych w Chełmnie.

O tym, kto miał pójść na śmierć, decydowały władze żydowskie getta, Judenraty. Dwa miesiące później do getta weszli Niemcy, żeby osobiście dokonać wyboru ludzi na zagładę.

Wybierali w pierwszym rzędzie ludzi starych, chorych i dzieci, jako niezdolnych do pracy.

Przywódca getta łódzkiego, Mordechai Chaim Rumkowski, polecił matkom współpracować z Niemcami i oddać im swoje dzieci. "Oddajcie im wasze dzieci, żebyśmy mogli żyć"- wołał. "Ja miałam wówczas 17 lat, kiedy słyszałam jego przemówienie"  mówi Lucille E. I dodaje:  "Ja nie mogłam pojąć, że ktoś może polecać rodzicom, aby oddawali swoje dzieci na śmierć. Tego zresztą nie mogę pojąć jeszcze do dzisiaj".

Mordechai Chaim Rumkowski był znany z tego " czytamy w innym miejscu " że układając listę osób przeznaczonych do wywózki, wybierał tych, którzy w jakiś sposób narazili się jemu i których chciał sam się pozbyć z getta. Był również znany z wykorzystywania seksualnego młodych kobiet. Żadna nie mogła zaprotestować, bo miała świadomość, co ją czeka.

Lucille E. wspomina w innym miejscu, że wreszcie dostała pracę w kuchni w getcie i pewnego razu, będąc sama w przyległym biurze, pojawił się M. Rumkowski, chwycił za krzesło i przysiadł się przy niej.

"Mieliśmy parę rozmów. On gadał, ja słuchałam. W pewnym momencie chwycił mnie za rękę i położył ją na swoim penisie, po czym powiedział: "Szarpnij się i postaw go w stan pracy". Relację młodziutkiej wówczas Lucille E. potwierdza Jacob Zylberstein, który był świadkiem zachowywania się przywódcy getta łódzkiego.

 

 

"Rumkowski rzeczywiście wykorzystywał młodziutkie kobiety" " mówił " i dodaje przy tym: "Kiedy siedzieliśmy w jadalni, on przychodził, rozejrzał się po sali, kładł rękę na ramieniu wybranej i wychodził z nią. I nie jest to tak, że ja to słyszałem od kogoś. Ja to widziałem. Gdyby któraś mu odmówiła, znalazłaby się w śmiertelnym niebezpieczeństwie".

Chaim Mordechaj Rumkowski(ur. 27 lutego 1877 na Wołyniu, w miejscowości Ilin, powiat ostrogski, zm. pomiędzy 30 sierpnia a ok. 1 września 1944, zamordowany prawdopodobnie w komorze gazowej w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau), lub zamordowany przez współwięźniów Żydów – przemysłowiec, działacz syjonistyczny. Przełożony (Prezes) Starszeństwa Żydów w Lodsch (od kwietnia 1940 r. - Litzmannstadt) do likwidacji getta w końcu sierpnia 1944 roku.

Uratowana przez Polaków Żydówka, Alicja Zawadzka-Wetz, opisuje w swojej książce przeżycia w getcie warszawskim:

"Najgorsze było to, że poznałam bestialstwo, do którego zdolni są ludzie oraz okrucieństwo i podłość ludzkiej natury.

Wśród społeczności, skazanej na śmierć, budzą się albo najniższe, albo najszlachetniejsze instynkty. Iluż to przedwojennych adwokatów, powszechnie szanowanych, stało się członkami żydowskiej policji i gotowych było do największych podłości z szantażem włącznie. Ilu z nich biło do krwi dzieciaki, które usiłowały przedostać się poza mury, by zdobyć po drugiej stronie trochę żywności dla głodującej rodziny. Dobrzy mieszczańscy mężowie porzucali żony, z którymi spędzili dziesiątki lat, by przeżyć jeszcze jedno, najtańsze choćby, doznanie miłosne, by przed śmiercią użyć życia...

Zdarzały się wypadki, że w rodzinach okradano się wzajemnie z mizernych porcji gliniastego chleba." (Zob. Alicja Zawadzka-Wetz, "Refleksje pewnego życia", wyd. Instytut Literacki, Paryż 1967, w serii "Dokumenty", str. 20-21).

 

 

Stefan Nowicki pisze w swej książce, że:

"Ocalałe pamiętniki Czerniakowa ("Adam Czerniakow Warsaw Ghetto Story", wyd. Żydowskiego Instytutu Historycznego Yad Vashem) dają obraz życia w getcie warszawskim.

"Na ulicach leżą trupy, a w wytwornych restauracjach odbywają się tańce". Pod datą 14 czerwca 1941 roku czytamy:

"Pochmurno. Dziś niedziela. Nie wiem czy orkiestra będzie mogła grać w ogródku. Okazało się, że grała pomimo lekkiego deszczu. Poleciłem sprowadzić dzieci Izby Zatrzymań... Były to żywe kościotrupy rekrutujące się z żebraków ulicznych... Wstyd mi powiedzieć, że tak dawno nie płakałem. Dałem im po tabliczce czekolady. Potem otrzymali zupę. Przekleństwo tym z nas, co sami jedzą i piją, a o tych dzieciach zapominają".

Stosunki w Judenracie były okropne. Miały miejsce ostre starcia między tymi, którzy wysługiwali się Niemcom i żyli w warunkach luksusowych, a tymi, którzy żyli w nędzy i głodzie i ciężko pracowali w nieludzkich warunkach. Przydział żywności był nędzny, toteż przemyt był dobrze zorganizowany. Gdyby "Żydzi musieli żyć na chlebie oficjalnie racjonowanym " pisze Czerniakow " niewielu przeżyłoby rok zamknięcia za murami getta". Mimo tak nędznych przydziałów żywności, szła ona na czarny rynek.

Wyzysk, przekupstwo, donosicielstwo, wysługiwanie się Niemcom, łapownictwo i bogacenie się wpływowych Żydów w getcie doszły do potwornych rozmiarów. 

"The Holocaust Kingdom" jest książką-paszkwilem na Polaków, napisanym przez Żyda o nazwisku Michał Belg-Aleksander Donat, wydanym w USA. Paszkwil ten zieje nienawiścią do Polaków za to, że go uratowali od śmierci. Książka ta jest ciekawa dlatego, bo opisuje życie codzienne w getcie warszawskim.

Urywki przytaczam za S. Nowicki, "Wielkie nieporozumienie", str. 165. Z książki A. Donata dowiadujemy się, że:

Najbardziej niecnym z Żydów na żołdzie Gestapo, którzy również brali łapówki od ludzi szukających zabezpieczającego zatrudnienia, był Abraham Gancwajch. Był założycielem haniebnej instytucji (znanej pod nazwą "13-ki", ponieważ biura ich znajdowały się na ul. Leszno, Nr 13), która wcześnie przejęła administrację dużej ilości domów mieszkalnych w getcie.

Stowarzyszenie lokatorów walczyło uparcie o umieszczenie swego przedstawiciela na tej tak ważnej placówce. Wielokrotnie zdarzało się, że dwóch czy trzech kandydatów, z których wszyscy dali już łapówki jednemu z pracowników Judenratu, dowiadywało się, że dwóch czy trzech innych, którzy przepłacili 13-kę "wyznaczono" równocześnie na to stanowisko („(str. 34).

13-ka była specjalną agencją, złożoną z informatorów i sługusów Gestapo, która powstała w getcie, pomimo że tak Judenrat, jak i policja żydowska skrupulatnie wykonywały rozkazy Niemców i były naszpikowane szpiegami Gestapo. Wodzem tego, tak zwanego Urzędu do Walki z Lichwą i Przekupstwem był notorycznie znany Abraham Gancwajch, nie zwykły szpieg, ale prowokator i dywersjonista na tak wielką skalę, że nazywano go Azefem Getta Warszawskiego. Praca jego polegała na demoralizowaniu getta przez perswazję i tłumaczenie, że zwycięstwo Hitlera jest nieuniknione, więc opór bezcelowy.

Średniego wzrostu, szczupły, ciemnowłosy, o ostrych rysach i przenikliwych, magnetyzujących oczach pod grubymi szkłami, Gancwajch był niezwykle zdolnym człowiekiem, wysoce inteligentnym, ze zdolnością przekonywania. Urodzony demagog, znał cztery języki - niemiecki, polski, żargon i hebrajski. Przed wojną wykładał język hebrajski i pisywał do gazet. Kręcił się w kołach syjonistycznych i przypuszczalnie nawet już wówczas był na żołdzie Gestapo. Mówiono, że szpiegował na rzecz Gestapo, jakoby przeciw Rosji, w Białymstoku, Wilnie i Lwowie.

W getcie występował nie jako agent Gestapo, ale jako dobroczyńca, który mógł służyć Żydom w godzinie potrzeby, wykorzystując swe szerokie stosunki z Niemcami.

 

 

Gancwajch rozciągnął swe sieci szeroko i na wszystkie dziedziny życia w getcie. W jednej ze swych licznych "ról" pozował jako obrońca uciśnionych wobec "plutokratycznych wyzyskiwaczy" z Judenratu, był również opiekunem sztuki i literatury żydowskiej... czarował szczególnie intelektualistów żydowskich... chciał uchodzić za wielkiego prowodyra getta, coś w rodzaju Mesjasza. Zakładając, że zwycięstwo Niemiec jest nieuniknione, rozsiewał kłamstwa, że w ostatnim etapie Żydzi będą przypuszczalnie przesiedleni na zdobyte tereny i wobec tego instytucja getta jest konieczna, ponieważ chroni nacjonalizm żydowski i autonomię kulturalną. Tak więc, wmawiał Żydom, by nie tylko słuchali Niemców, lecz by z nimi współpracowali. Zapraszał prawników, doktorów, pisarzy, dziennikarzy i innych na odczyty, konferencje, dyskusje i obfite, wytworne przyjęcia, w czasie których wtłaczał im w mózgi te teorie. W czasie jednego z takich zebrań zapytano go wprost " Skąd przyszedłeś?

Kim właściwie jesteś? W czyim imieniu przemawiasz?

Na co Gancwajch odpowiedział " Sam diabeł mnie tu przysłał, ale chcę wam pomóc.

I wysiłki jego nie szły całkowicie na marne. Wielu nawet spośród grona znanych indywidualistów wchłaniało jego wywody. Nawet dr Ringelblum, którego nic nie łączyło z Gancwajchem, poszedł tak daleko, że szukał go na "pogawędkę", aby zadowolić swą ciekawość. Dzięki interwencji Gancwajcha został zwolniony z więzienia dr Janusz Korczak, sławny pisarz i uczony.

Poza tym, chwalił się, że jego wpływom zawdzięczano, iż ulica Sienna i Plac Grzybowski pozostały wewnątrz getta. Urząd Walki z Lichwą i Spekulacją, choć powszechnie był znany pod nazwą 13-ki, miał pewne zaufanie wśród głodujących mas, którym wydawało się, że kupcy bogacą się ich kosztem. W praktyce, jedyną korzyścią było, że kupcy musieli wystrzegać się jeszcze jednego wroga. Zdarzało się, że któryś z agentów Gancwajcha spenetrował, iż jakiś sklep sprzedaje kaszę powyżej wyznaczonej ceny. Kupiec "wypracowywał" łapówkę, która zadowoliłaby urząd, ukrywał 90% kaszy, a resztę sprzedawał po wyznaczonej cenie, nie szczędząc przy tym rozgłosu. I to za niecałe 10 dkg kaszy na głowę.

Gancwajch robił niesamowite pieniądze Brał okup z około stu kamienic na ul. Leszno. Dostawał od Niemców 30 przepustek z getta na aryjską stronę i sprzedawał je po przeraźliwie wysokich cenach. Zorganizował służbę ambulansową, która zwalniała swych pracowników od prac przymusowych i dawała im inne przywileje. Aby zostać członkiem tej służby, otrzymać jej specjalną kartę i nosić czerwoną czapkę, ludzie płacili fortuny.

Z okazji świąt wielkanocnych, Gancwajch dał parę tysięcy złotych na pomoc dla zubożałych pisarzy żydowskich.

Na uroczystość bar mitzvah swego syna przyjmował chlebem i kawą biednych, co, jak mówiono, kosztowało dziesiątki tysięcy złotych.

Gdy umarł jego ojciec, w półoficjalnym dzienniku żydowskim "Gazeta Żydowska" ukazały się nekrologi podpisane przez "grupę doktorów, prawników, dziennikarzy i pisarzy", choć bez indywidualnych nazwisk.

Równocześnie grał na popularności, ujawniając brak zaufania i niechęć do Judenratu. Raz nawet, jego przyjaciele z Gestapo zaaresztowali Adama Czerniakowa, prezesa Judenratu. Wykorzystywał każdą możliwość zdobycia kontroli nad tą instytucją. Rozgłaszano pogłoski połączenia się 13-ki z Judenratem, z tym, że Gancwajch byłby prezesem nowej instytucji, do czego jednak nigdy nie doszło. Przypuszczalnie powodem były zakulisowe rozgrywki między cywilnym niemieckim komisarzem getta dr. Heinz Auerswaldem, zwierzchnikiem Czerniakowa i wysoko postawionymi oficerami Gestapo, którzy popierali Gancwajcha. Robił on wszystko, co było w jego mocy, aby uzyskać mandat od Żydów, który pozwoliłby mu występować w ich imieniu. " Wówczas – obiecywał,  uzyskam dla was od Niemców cokolwiek zechcecie. Getto zacznie natychmiast pracować dla Wehrmachtu, skończą się bicia i łapanki, otrzymacie zadowalające przydziały żywności”.

 

 

W międzyczasie, dwaj współpracownicy Gancwajcha „ Moryc Kon i Zelig Heller " utworzyli własny „sklepik" po przeciwnej stronie ulicy na Lesznie pod Nr 14. Specjalizowali się w dostawach jarzyn i uzyskiwali pewne, bardzo korzystne koncesje, łącznie z pozwoleniem na otwarcie targu na ul. Leszno, na handel rybami oraz zorganizowali transport konny w getcie.

Wozy te nazywano "konhellerami", na cześć koncesjonariuszy, ale znane były również jako "wszalnie".

Kon i Heller robili potworne sumy na przemycie przyjaciół i ich rodzin z Łodzi i Białegostoku do getta warszawskiego, na zwalnianiu więźniów, unieważnianiu spraw cywilnych i rozkazów konfiskaty własności " wszystko to naturalnie, jako "usługi" uzyskiwane od oficjeli niemieckich”.

W czerwcu 1942 roku ukazały się w getcie plakaty "Poszukiwany przez policję" z nazwiskami i fotografiami Gancwajcha i innych członków jego bandy. Mówiono, że udało im się uciec." To tyle z relacji Żyda A. Donata (    Str. 43).

Według ustnej informacji, trudnej dzisiaj do zweryfikowania, uzyskanej w 1993 r., Gancwajch, Kon i Heller oraz dwóch innych, nieznanych z nazwiska, uciekli z getta a nagromadzone tam pieniądze i złoto, użyli na opłacenie ukrywania się „na aryjskich papierach” oczywiście pod zmienionymi nazwiskami, u jednego chłopa w radomskim.

Po wejściu do Polski wojsk sowieckich i przejęciu władzy przez komunistów, zmienili znowu nazwiska. Tym razem na polsko brzmiące. Wstąpili do PPR i znaleźli zatrudnienie w UB (Kon, Heller i dwaj pozostali).

Natomiast Gancwajch był oficerem znienawidzonej  Informacji Wojskowej.

Chłop, który ich ukrywał, został potem zastrzelony przez UB jako "bandyta" reakcyjnego podziemia.

 

 

Były też inne formy współpracy Żydów z Niemcami. Jest to  sprawa masowego mordu, gdzie zginęło ponad 30 trzydzieści tysięcy Żydów, do czego przyczynili się wydatnie sami Żydzi. O tej zbrodni pisze się i mówi, ale na temat okoliczności milczy, zwłaszcza w Polsce i na Ukrainie.

Po zdobyciu Kijowa przez wojska niemieckie, ogłoszono przy końcu września 1941 roku zbiórkę Żydów. W związku z tym wywieszono w mieście i okolicy plakaty z instrukcją: "Należy zabrać ze sobą papiery identyfikacyjne, pieniądze i rzeczy wartościowe, obok ciepłego ubrania się".

Niemieckie Sonderkomando 4 A, które liczyło na co najwyżej 5 tysięcy do 6 tysięcy Żydów, którzy się zgłoszą, doznało niecodziennego zaskoczenia, bo stawiło się ponad 33 tysiące Żydów. W tej sytuacji jednostka 4A zmuszona była do zaangażowania 2 batalionów policji, żeby uporać się z wynikłym, nie z ich "winy", problemem.

Oczywiście, wszyscy, którzy stawili się na życzenie Niemców, zostali w pień wycięci. Mowa tu jest o masakrze w Babim Jarze na Ukrainie. Niewątpliwym jest fakt, że winnymi tej masowej zbrodni są Niemcy, ale dużo winy leży w żydowskiej mentalności i gotowości do współpracy z okupantem niemieckim.

Co najmniej 27 tysięcy Żydów nie musiało tam wtedy zginąć. (Zobacz: Antony Beevor, "Stalingrad", 1998).

W wyniku szeroko zakrojonej kampanii "Judenrein" (oczyszczania państwa niemieckiego z Żydów) dziesiątki tysięcy Żydów znalazło się poza granicami Niemiec. Ogromna ilość została przepędzona do Polski (obóz w Zbąszyniu), ale wielu znalazło się w krajach zachodnich. W Holandii na przykład, w miejscowości Westerbrok zbudowano w 1939 roku obóz dla uchodźców żydowskich.

Po zajęciu w kwietniu 1940 roku Holandii przez wojska niemieckie, obóz ten został przekształcony przez okupanta na obóz więzienny. Jednocześnie Niemcy rozpoczęli szeroko zakrojoną akcję rejestracji Żydów i wysyłania ich do obozu w Westerbrok. Wkrótce nadszedł czas deportacji Żydów holenderskich do obozów zagłady w Sobiborze i Majdanku koło Lublina. Deportacja przebiegała sprawnie, bez najmniejszego oporu, dzięki gorliwej współpracy żydowskich władz obozu, które co tydzień układały skrupulatnie listę 1000 kolejnych Żydów do transportu na Wschód. I tutaj wkład Żydów w zagładę swych współbraci jest też dobrze widoczny.

W związku z ekstradycją Iwana Demaniuka do Niemiec, by postawić go przed sądem za współudział w zagładzie Żydów w Sobiborze, prasa i oskarżyciele publiczni uważali, że bez pomocy 100 Ukraińców Niemcy nie byliby w stanie zamordować tam 250 tysięcy  ludzi. Obozu strzegło 30 esesmanów, z tego stale połowa była nieczynna z powodu choroby lub przebywania na przepustkach. Rozprawa sądowa przeciw Demaniukowi miała posłużyć przede wszystkim do rzucenia światła na nie-niemieckich pomocników w dziele zagłady Żydów. Eksperci ustalili, że takich nie-niemieckich pomocników, którzy aktywnie pomagali Niemcom, było około 200 tysięcy, w tej liczbie znajduje się policja żydowska, członkowie Judenratów i innych niemiecko - żydowskich organów pomocniczych do mordowania współbraci. 

Niektórzy historycy, znawcy zagadnienia, wysuwają tezę, że gdyby nie istniała gorliwa współpraca Żydów z Niemcami, szeroko zakrojone współdziałanie i skrupulatne wykonywanie, bez najmniejszego oporu, poleceń i zarządzeń niemieckich władz okupacyjnych, Holocaust przeżyłoby co najmniej 1 milion Żydów.

Jest to teza politycznie niepoprawna, bardzo nielubiana w kołach żydowskich, przez to oficjalnie nie wysuwana w obawie przed skutkami w ewentualnej karierze naukowej, dlatego istnieje tylko w drugim obiegu. Nie mniej zagadnienie udziału Żydów w zagładzie swych współbraci warte jest zbadania i wyciągnięcia na światło dzienne. Pierwszy krok w tym kierunku uczynił amerykański historyk Richard C. Lukas(ur. 1937) - amerykański historyk polskiego pochodzenia. Jego zainteresowania koncentrują się wokół tematyki związanej z okupacją hitlerowską Polski oraz relacjami polsko-żydowskimi. Zasłynął napisaną w 1986 r. książką "Forgotten Holocaust" ("Zapomniany Holocaust") poświęconą cierpieniom Polaków w czasie II Wojny Światowej. Publikacja spotkała się z głosami krytyki ze strony środowisk żydowskich za zrównanie wojennych doświadczeń Polaków i Żydów.

Profesor Lukas jest wykładowcą m.in. na Uniwersytecie Technologicznym Tennesee i Uniwersytecie Południowej Florydy w Tampie.

 

Dokumenty, źródła, cytaty:

 

http://www.aferyprawa.eu/Artykuly/Wspolodpowiedzialnosc-Zydow-za-Holocaust-Wladyslaw-Gauza-2991

 

Władysław Gauza lipiec 2009

 

 www.kworum.com.pl

 

http://upadeknarodu.cba.pl/judenraty.html

 

Aleksander Szumański „Głos Polski” Toronto

 

                        POGROM POLAKÓW  

             ZBRODNIE W NALIBOKACH I KONIUCHACH

 

We wsi Koniuchy na Nowogródczyźnie w czasie II Wojny Światowej mieszkało kilkuset Polaków. Sprzeciwiali się oni cyklicznym rabunkom i napadom partyzantki komunistycznej. Według źródeł żydowskich, by zastraszyć okoliczną ludność, bojownicy z oddziałów Jacoba Prennera ("Śmierć faszystom") i Shmuela Kaplinsky'ego ("Ku zwycięstwu") tzw. Litewskiej Brygady wymordowali wszystkich mieszkańców Koniuch. Nie oszczędzili starców, kobiet i dzieci. Zabili wszystkich. Napad miał miejsce - według różnych źródeł - w styczniu lub kwietniu 1944 roku. Według autorów polskich, wieś była nieufortyfikowana, zaś chłopi dysponowali zaledwie kilkoma starymi karabinami. Mimo to napad został przedstawiony przez morderców jako „wybitna akcja bojowa". Prawo międzynarodowe pozostawia mieszkańcom możliwość samoobrony. Mordy na dzieciach, starcach, kobietach i nieuzbrojonych mężczyznach traktuje jako zbrodnię ludobójstwa (genocide) www.genocide.pl

Zbrodnia dokonana 29 stycznia  1944 roku  – masakra dokonana na co najmniej 38 polskich mieszkańcach (mężczyznach, kobietach i dzieciach; najmłodsze miało 2 lata) we wsi Koniuchy (dziś na terenie Litwy, dawniej w II Rzeczypospolitej, w województwie nowogródzkim w powiecie lidzkim) przez partyzantów sowieckich – Rosjan, Litwinów, Żydów. W czasie pogromu we wsi spalono większość domów, oprócz zamordowanych, co najmniej kilkunastu mieszkańców zostało rannych, a przynajmniej jedna osoba z nich zmarła następnie z ran. Przed atakiem wieś zamieszkana była przez około 300 polskich mieszkańców, istniało w niej około 60 zabudowań. Partyzanci sowieccy wcześniej często rekwirowali mieszkańcom wsi żywność, ubrania i bydło, dlatego też tutejsi mieszkańcy powołali niewielki ochotniczy oddział samoobrony.

W sprawie masakry w Koniuchach prowadzone jest śledztwo IPN, jednakże istnieje bardzo słaba historiografia tamtych dramatycznych wydarzeń. 

Dotychczas ustalono, że napadu dokonały sowieckie oddziały partyzanckie stacjonujące w Puszczy Rudnickiej: „Śmierć faszystom” i „Margirio”, wchodzące w skład Brygady Wileńskiej Litewskiego Sztabu Ruchu Partyzanckiego oraz „Śmierć okupantowi”, wchodzący w skład Brygady Kowieńskiej. Do oddziałów tych należeli Rosjanie i Litwini, większość oddziału „Śmierć okupantowi” tworzyli Żydzi i żołnierze Armii Czerwonej zbiegli z obozów jenieckich. Oddział żydowski liczył 50 ludzi zbiegłych z getta, a oddziały rosyjsko-litewskie około 70 osób. Dowódcami byli Jakub Penner i Samuel Kaplinsky. Według jednego z napastników, Chaima Lazara, celem operacji była zagłada całej ludności łącznie z dziećmi jako przykład służący zastraszeniu reszty wiosek.

Według ustaleń Kongresu Polonii Kanadyjskiej, będących podstawą wszczęcia śledztwa, liczba zabitych była większa (ok. 130).

Atak na Koniuchy i wymordowanie w niej ludności cywilnej był największą z szeregu podobnych akcji prowadzonych w latach 1943 i 1944 przez oddziały partyzantki sowieckiej w Puszczy Rudnickiej i Nalibockiej,  w tym masakra ludności w miasteczku Naliboki.

W maju 2004 w Koniuchach odsłonięto pomnik pamięci ofiar, zawierający 34 ustalone nazwiska ofiar.

W powojennych opracowaniach, na podstawie m.in. relacji żydowskich uczestników ataku na wieś Koniuchy (np. Izaaka Chaima i Chaima Lazara) często podawano informacje o zamordowaniu wszystkich 300 mieszkańców, a także o walkach z oddziałem niemieckich żołnierzy (w innych źródłach litewskiej policji). Jednak późniejsze opracowania nie potwierdziły obecności Niemców czy policjantów w wiosce, a także zakwestionowały tezę, że zginęli wszyscy mieszkańcy wsi (część z mieszkańców uciekła z masakry i przeżyła wojnę). Informacja stwierdzająca, że wymordowani zostali wszyscy polscy mieszkańcy wsi Koniuchy pojawiała się również w ówczesnych meldunkach struktur Polskiego Państwa Podziemnego.

W puszczy Nalibockiej istniał żydowski oddział partyzancki zwany „Otriada Bielskich” ( braci Bielskich). Pod jego dowództwem oddział osiągnął liczebność prawie 1200 ludzi, w tym wiele kobiet i dzieci. Zgrupowanie braci Bielskich zasilali głównie żydowscy uciekinierzy z likwidowanych okolicznych gett. W partyzanckim obozie, zwanym „Jerozolimą”, panowały trudne warunki bytowe.

Początkowo oddział był samodzielny, od końca 1942 roku działał  pod komendą sowiecką, toczył walki głównie z formacjami Białoruskiej Policji Pomocniczej. Od grudnia 1943 brał także udział w walkach partyzantki sowieckiej ze Zgrupowaniem Stołpce Okręgu Nowogródek AK.

W konfrontacji postaw i celów poszczególnych narodowości wychodzą konflikty. Dla Litwinów, części Białorusinów i Ukraińców AK była organizacją wrogą. My zaś wiemy, czym była litewska SAUGUMA (lit. "Saugumo") i jak krwawą kartę zapisała na Kresach UKRAIŃSKA POWSTAŃCZA ARMIA (UPA).

Po agresji Niemiec na ZSRS 22 czerwca 1941 roku, na obszarze Litwy powstał tajny Tymczasowy Rząd Litewski, który powołał swoje agendy rządowe. Był wśród nich Departament Bezpieczeństwa Państwowego kierowany przez Vytautasa Reivytisa. W jego skład wchodziło wielu członków tej instytucji jeszcze z czasów niepodległej Litwy. Jednakże po zajęciu kraju przez wojska niemieckie Rząd Tymczasowy został rozwiązany 5 sierpnia. Niemcy zostawili natomiast jego agendy policyjne i bezpieczeństwa wewnętrznego, włączając je w system okupacyjnych władz. Departament Bezpieczeństwa Państwowego został przekształcony w litewską policję bezpieczeństwa (Saugumę), bezpośrednio podporządkowaną Kripo (niemiecka policja kryminalna).

Sauguma ściśle współpracowała z Sipo i SD (Sonderdienst – niemiecka policja pomocnicza), pełniąc różne zadania. Przede wszystkim dostarczała niemieckim strukturom bezpieczeństwa informacje wywiadowcze dotyczące polskiego i komunistycznego ruchu oporu oraz organizacji innych mniejszości narodowych zamieszkujących na obszarze okupowanej Litwy. Jej funkcjonariusze wchodzili także w skład antypartyzanckich jednostek, działających w północnej części Generalnego Gubernatorstwa i na Litwie. Specjalne sekcje (Komunistų-Žydų Skyrius) zwalczały komunistów i prowadziły prześladowania ludności żydowskiej, przygotowując listy proskrypcyjne osób przeznaczonych do eksterminacji.

Poszukiwały też Żydów zbiegłych z getta, a następnie przekazywały ich Niemcom lub litewskim formacjom kolaboracyjnym, jak np. Ypatingasis būrys (tzw. „strzelcy ponarscy”). Szczególną aktywność przejawiała taka sekcja w okręgu wileńskim, na czele której stał Juozas Bagdonis. Działalność skierowana przeciwko Żydom najbardziej była rozwinięta w II poł. 1941 roku, później na plan pierwszy wysunęła się walka z komunistami i polskim podziemiem, a pod koniec okupacji także z coraz silniejszą sowiecką partyzantką.

Na to wszystko nakłada się działalność żydowskich grup przetrwania i żydowskiej partyzantki. Była ona szczególnie silna na Kresach Północno-Wschodnich. Sowieci wcielali Żydów w skład swych brygad partyzanckich, traktując ich jak swoją „własność". Z publikacji historyków żydowskich w USA i w ogóle na Zachodzie oraz z bardzo licznych wspomnień wynika jednak, że Żydzi uważali się za partyzantów żydowskich a nie sowieckich. Z ich czynów społeczność żydowska w świecie jest dumna do dzisiaj.

Tak naprawdę nie jest znana dokładna data mordu w Koniuchach dokonanego na miejscowej ludności cywilnej.  W Polsce nie prowadzono do 1989 roku żadnych badań tego typu i nie dbano o to także po 1989 r.

Armia Krajowa we wspomnieniach żydowskich (a nawet w opracowaniach naukowych) przedstawiana jest jako organizacja „nazistowska i faszystowska", a określenie „the nazi-AK" chyba już nikogo w nich nie szokuje. Ludność polska tych ziem określana jest językiem rewolucyjnym, jako „biali Polacy".

 

Ukraińcy (na Kresach Południowo-Wschodnich) mieli Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińską Powstańczą Armię (UPA), a także stworzyli Dywizję SS Hałyczyna i liczne pułki policyjne. Litwini i Białorusini patrzą na to jeszcze inaczej.

Dopiero przez ten pryzmat należy śledzić los polskich Kresów pod okupacją: początkowo sowiecką, następnie niemiecką i ponownie (od 1944 roku) sowiecką.

W kolejnych publikacjach anglojęzycznych, były potwierdzenia popełnionej tam zbrodni. Okazuje się, że już w 1962 roku w księdze pamiątkowej Hrubieszowa zawarte są wspomnienia jednego z żydowskich partyzantów, Israela Weissa, który napisał wprost, że „wioska została całkowicie spalona". Ostatnio powrócił do tych wydarzeń Rich Cohen w popularnej książce „The Avengers", wydanej w Nowym Jorku.

O sprawie okrutnego wymordowania oddziału AK por. Stanisława Burzyńskiego „Kmicica" w sierpniu 1943 roku przez sowiecką brygadę Markowa, jeden z autorów żydowskich podkreślał z chlubą, że w tej brygadzie „służyło wielu żydowskich młodzieńców" i że „żona Markowa była Żydówką”.