20.10.2014.
Start arrow Publicystyka
Publicystyka
MUZEUM ARMII KRAJOWEJ OTWARCIE EKSPOZYCJI STAŁEJ Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
28.09.2012.

 

MUZEUM ARMII KRAJOWEJ

FOTOREPORTAŻ JÓZEFA WIECZORKA

http://wkrakowie2012cd.wordpress.com/2012/09/28/migawki-z-muzeum-ak-w-krakowie/

 
ZWIĄZEK RADZIECKI W ODBUDOWIE Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 0
Autor: Aleksander Szumanski   
27.09.2012.
ZWIĄZEK RADZIECKI W ODBUDOWIE

Spotkanie putinowskiego agenta Cyryla I z przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski abp. Józefem Michalikiem nie odbyło się w żadnej świątyni Kościoła czy Prawosławia, lecz w Zamku Królewskim, czyli w pomieszczeniach o charakterze świeckim.

Spotkanie upozorowane na religijne miało wymiar polityczny. W kościołach polskich i w cerkwiach rosyjskich nie został nawet odczytany akt „pojednania”.

Spotkanie było zatem konferencją polityczną, a nie spotkaniem religijnym. Jako takie nie mogło spełnić warunków wiary zawartych w Ewangelii Chrystusowej.

W tym miejscu należy postawić pytanie, jakie krzywdy w kontekście politycznym dokonane przez Polaków miała nam wybaczać Cerkiew moskiewska i obecna Federacja Rosyjska.

To nie Polacy mordowali w cerkwiach prawosławnych w ZSRR wiernych i duchownych, to nie Polacy pod przewodnictwem towarzysza Lenina bezcześcili święte prawosławie i relikty tej wiary strzelając z broni palnej do wiernych w czasie nabożeństw i niszcząc zabytki cerkiewne, łącznie z grobami świętych.

W czasie spotkania Michalika z Cyrylem I, w Moskwie doszło do występu antyputinowskich artystek.

W Moskwie skazano na dwa lata łagru członkinie z grupy Pussy Riot za artystyczny występ w moskiewskim soborze, w którym wykonały antyputinowską parafrazę modlitwy.

Ten występ i kara nierozłącznie kojarzy się z wyrokiem na twórcę portalu antykomor.pl

Wyrok ów poświadcza prawdę o putinowskim totalitarnym kraju rad z morderstwami politycznymi w tle.

Interwencja nad ranem polskich służb specjalnych w prywatnym mieszkaniu, twórcy antyprezydenckiego blogu poświadcza oto w jakim kraju żyją Polacy.

Jakie Cyryl I (czytaj Putin) miał przesłanki oczekiwania na przeproszenia historyczne Rosji przez Polskę?

To wszakże nie Polacy wywołali wojnę polsko-bolszewicką w 1920 roku, która zaowocowało glorią Warszawskiej Bitwy.

To nie Polacy mordowali w sposób okrutny polskich jeńców wojennych wziętych do niewoli przez bolszewików w czasie tamtej wojny.

To nie Polacy zawarli pakt z Ribbentropem mający na celu wymordowanie wszystkich Polaków.

To wszakże nie Polacy dokonali zbrodni w Katyniu, której Putin z Cyrylem I nie uznają za ludobójstwo, a „postępowa” prasa Federacji Rosyjskiej podaje winnych tej zbrodni Niemców („nazistów”).

To wszakże nie Polacy urządzili „czarną noc” okupacji Polski z początkiem 17 września 1939.

To właśnie Rosjanie dokonali zamachu w Smoleńsku 10 kwietnia 2010, w czasie którego zamordowano polskiego prezydenta z małżonką (ogłoszony publicznie wynik badań Komisji Parlamentarnej RP pod przewodnictwem posła Antoniego Macierewicza).

To spóła agenturalna sowiecko – polska dokonała machlojek w przekazie medialnym i werbalnym w Sejmie w przedstawianiu faktów „katastrofy smoleńskiej”.

Po sławetnym „religijnym przebaczaniu” polsko – sowieckim wychodzą na jaw nowe fakty tej zbrodni. Nity w ciałach ofiar, zamiana ciał w trumnach, skandale ekshumacyjne w Gdańsku i w Warszawie etc.

A agent czerezwyczajki „Michajłow” vel Cyryl I w imieniu swojego mocodawcy – agenta kremlowskiego Putina wybacza przewodniczącemu Konferencji Episkopatu Polski abp Józefowi Michalikowi sowieckie okrutne mordy dokonane na Polakach, wywózki na Sybir, czy do Kazachstanu. Jeszcze dzisiaj odkrywamy nowe masowe groby Polaków pomordowanych przez NKWD.

Śmiać się czy płakać?

Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp. Józef Michalik nie stanął w obronie Krzyża, który przy akceptacji prezydenta Warszawy HGW i premiera Donalda Tuska był tygodniami bezczeszczony moczem, wulgaryzmami: "masz penisa?", puszkami piwa "Lech" etc.

Hanna Gronkiewicz Waltz powołała bandytę internetowego Dominika Tarasa wydając mu zezwolenia na bandyckie nocne harce bezczeszczące Krzyż Chrystusowy, ten sam przecież Krzyż stanowiący sierpniowe 2012 roku przesłanie Cyryla I i Józefa Michalika "Razem w obronie Krzyża".

Polska stanowiąca od wieków przedmurze chrześcijaństwa, nagle po dramatycznej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego stała się zmową katów i przedmurzem wschodniego azjatyckiego barbarzyństwa.

Konferencja Episkopatu Polski powołała nowych „księży patriotów” stojących w kolejce do aprobaty wypadków na Krakowskim Przedmieściu.

Abp Józef Michalik posunął się również do groźby ekskomuniki dla bohaterskiego księdza Stanisława Małkowskiego modlącego się do Królowej Polski o obronę Krzyża na którym zawisnął Jej Syn.

W czasie tego barbarzyństwa pod Pałacem Prezydenckim Michalik powiedział, że oto krzyżem się manipuluje i nie jest to jego sprawa, bo trudno ustawiać meble w czyimś mieszkaniu.

Jeżeli krzyż jest meblem to czemu służy "religijne" spotkanie pod tym "meblem" agenta czerezwyczajki "Michajłowa" pod pseudonimem religijnym "Cyryl I" z abp. Józefem Michalikiem sterującym banderą "Filozofa" Józefa Życińskiego, b. prymasa Polski Józefa Glempa, czy skażonego importem różnych haseł bp. Tadeusza Pieronka, adwokata rotalnego.

Gdy walka z Krzyżem w Polsce stała się faktem i w bandycki sposób ścięto krzyż papieski na krakowskich Błoniach, w Stalowej Woli – znak pod budowę kościoła, w Przemyślu na Wzgórzu Trzech Krzyży, czy na szczycie Polski - Rysach, a Konferencja Episkopatu Polski nie zareagowała, to cóż sądzić o takich polskich duchownych, przewodnikach duchowych chrześcijańskiej przecież Polski?

Warto w tym miejscu przypomnieć, iż poprzednicy Cyryla I byli również agentami KGB, jak Aleksy II "Drozdow" czy bandycki metropolita moskiewski Mikołaj, członek Komisji Burdenki, który w towarzystwie m.in. pisarza Aleksego Tołstoja i przewodniczącego komisji Nikołaja Burdenki przyjaciela Stalina, rosyjskiego lekarza, narkomana, alkoholika i pederasty podpisał zasadnicze kłamstwo katyńskie 1940 zwane Komisją Burdenki.

Arcybiskup Józef Michalik może ewentualnie wskazać drogę, później ewentualnie pójść tą drogą, ale generalnie drogi wskazać nie ma chęci, ani tym bardziej nią iść. I porównał krzyż do szafy czy innego mebla. Nieźle, jak na jedną wypowiedź.

Myślę, iż po "sławetnym" politycznym spotkaniu towarzysza „Michajłowa” z Michalikiem, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski nie odważy się publicznie powiedzieć słowami polskiego wieszcza Adama Mickiewicza: "Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem".

Jednakże walka z Kościołem trwa, niestety bez protestów Konferencji Episkopatu Polski:

http://www.youtube.com/watch?v=QlSsg7QkjrY

Piłat ich zapytał: "A co mam uczynić z Jezusem, zwanym Chrystusem?". Wówczas wszyscy odpowiedzieli: "Na krzyż z nim!".

„Pojednanie” Cyryla I z abp Michalikiem stanowiło zapowiedź dalszych kroków do odbudowy imperium sowieckiego, rozpoczęto bowiem zbieranie podpisów pod apelem o referendum w sprawie zjednoczenia Rosji, Ukrainy i Białorusi.

Jak donosi „Rzeczpospolita” (26 września 2012) w tytule Piotra Kościńskiego „Cerkiew buduje nową Rosję” w moskiewskiej cerkwi św. Mikołaja na Trzech Górach zebrali się zwolennicy zjednoczenia byłych republik radzieckich – Rosji, Ukrainy i Białorusi.

„My spadkobiercy tysiącletniej historii i wielkiej cywilizacji, doświadczenia dobrego sąsiedztwa, waleczności i współpracy naszych przodków, zjednoczeni przez wspólną kulturę i wspólną działalność dla obrony naszej ziemi, podczas zjednoczenia weźmiemy wszystko co najlepsze z praktycznego doświadczenia naszego narodu” – czytamy w podpisanej przez nich karcie.

„Jednocząc się, myślimy o istocie naszego bytu, a także do miłości do pokoju i moralności, wierze w dobro, fundamentalnych zasadach sprawiedliwości, równości, godności, dążenia do szczęścia i dobrobytu naszego jednolitego narodu”.

W cerkwi św. Mikołaja proboszczem jest jeden z inicjatorów przedsięwzięcia, protojerej i szef wydziału synodalnego do stosunków Cerkwi ze społeczeństwem Wsiewołod Czaplin, bardzo często pojawiający się w mediach i znany z kontrowersyjnych wypowiedzi np. z propozycji płacenia dziesięciny przez wiernych.

Fakt udziału osoby znaczącej w hierarchii Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, uznawanej za ważnego współpracownika patriarchy Cyryla, powoduje, że całą akcję uznano za inicjowaną przez rosyjską Cerkiew.

Według znanego rosyjskiego publicysty Dmitrija Babicza te działania należy uznać za logiczne. – Cerkiew jest jedyną instytucją, której nie dotknął rozpad Związku Radzieckiego.

Partia komunistyczna się rozpadła, KGB też, a Kościół prawosławny pozostał jedyną organizacją jednoczącą ludzi na całym obszarze byłego ZSRR.

Powtórny 17 września został zaakceptowany na Zamku Królewskim w Warszawie 16 sierpnia 2012 roku.
 
SOLIDARNI 2010 W OBRONIE OJCZYZNY Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 3
Autor: Aleksander Szumanski   
25.09.2012.
      SOLIDARNI 2010 W OBRONIE OJCZYZNY


FOTOREPORTAŻ JÓZEF WIECZOREK

http://wkrakowie2012cd.wordpress.com/2012/09/25/solidarni-2010-budza-polske/
 
EUGENIUSZ CYDZIK LEGENDA KRESOWEGO DZIEDZICTWA Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
21.09.2012.
      EUGENIUSZ CYDZIK LEGENDA KRESOWEGO DZIEDZICTWA


Nie żyje Eugeniusz Cydzik - opiekun polskich mogił na Ziemi Lwowskiej, jeden z inicjatorów odbudowy Cmentarza Obrońców Lwowa i upamiętnienia profesorów lwowskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza, zamordowanych w 1941 roku przez nacjonalistyczny ukraińsko- niemiecki batalion Nachtigall. Zmarł w poniedziałek we Lwowie. Miał 90 lat.

Cydzik urodził się 26 grudnia 1921 r. w Misiewiczach koło Grodna, w obronie którego walczył we wrześniu 1939 r. Był żołnierzem Armii Krajowej i po 1945 roku. za przynależność do AK został skazany na 15 lat katorgi w sowieckich łagrach. Po powrocie do Lwowa wspólnie z żoną Czesławą Chudzik (zmarła w 2008 r.) zaangażowali się w opiekę nad polskimi mogiłami i miejscami pochówku Polaków we Lwowie i na Ziemi Lwowskiej. Zainicjowali m.in. odbudowę Cmentarza Obrońców Lwowa . Prace porządkowe na tym cmentarzu Cydzik rozpoczął już na początku lat 80.

W latach 1984-1991 pełnił funkcję prezesa Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi, później przez lata pełnił funkcję honorowego prezesa. Był również jednym z inicjatorów ustawienia w 1995 roku na Wzgórzach Wuleckich, w miejscu kaźni profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, betonowego nagrobka i żelaznego krzyża.

Cydzik był bardzo aktywny w środowisku polskim we Lwowie. W 2006 r. został wraz z żoną laureatem „Nagrody Kustosz Pamięci Narodowej” przyznawanej przez Instytut Pamięci Narodowej, przyznawanej osobom szczególnie zasłużonym dla dokumentowania najnowszej historii i ocalania pamięci historycznej.

"Czesława i Eugeniusz Cydzikowie ze Lwowa to osoby najbardziej zaangażowane w opiekę nad polskimi mogiłami i miejscami pochówku Polaków we Lwowie i na Ziemi Lwowskiej" - można przeczytać na stronie internetowej IPN. Instytut zwraca również uwagę, że Eugeniusz i Czesława Cydzik wbrew wszelkim trudnościom i przeszkodom ratowali od zniszczenia polskie mogiły i miejsca pamięci. Państwo Cydzikowie, a wraz z nimi lwowscy Polacy, usuwali z Cmentarza Obrońców Lwowa gruzy i śmieci. „Pani Czesława Cydzik własnoręcznie wykonywała cegiełki, których sprzedaż zasilała fundusz odbudowy" - przypomniał IPN.

Przed wojną należał do harcerstwa, przeszedł pełny kurs przysposobienia wojskowego. 1 września 1939 r. zgłosił się na ochotnika do wojska. Został przyjęty do służby pomocniczej w Grodnie, po 17 września 1939 roku brał czynny udział w obronie miasta. Po kapitulacji wyjechał, ukrywał się pod Warszawą, do Grodna wrócił w 1941 r. W 1942 r. wstąpił do ZWZ/AK.

Służył w BIP, potem w Kedywie (Kierownictwo Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej) – wydzielony pion organizacyjny Armii Krajowej).

Gromadził broń, wystawiał fałszywe dokumenty, był zwiadowcą. Walczył w oddziałach partyzanckich w Zgrupowaniu Nadniemeńskim. W 1945 roku aresztowany i skazany na 15 lat katorgi i 5 lat pozbawienia praw obywatelskich. Przebywał w więzieniu w Grodnie, potem w Moskwie. Wyrok odbył w Workucie, gdzie pracował początkowo przy robotach ziemnych w tundrze, w kopalni węgla i jako elektryk w łagrze dla więźniów politycznych.

Tam ożenił się z Czesławą Hnatów. Zwolniony został w 1956 roku, do roku 1957 pracował jako wolny robotnik, po zwolnieniu żony wyjechał z nią do Lwowa. Eugeniusz Cydzik był bardzo aktywny w środowisku polskim we Lwowie. Prace porządkowe  Cmentarzu Obrońców Lwowa rozpoczął już na początku lat 80. W 1984 roku powołał do życia Polskie Towarzystwo Opieki nad Grobami Wojskowymi. Przez trzy kadencje był wybierany prezesem tego Towarzystwa, a od 1991 roku był jego Honorowym Prezesem.

Mirosław Rowicki redaktor naczelny „Kuriera Galicyjskiego” przeprowadził  z Eugeniuszem Cydzikiem rozmowę („Kurier Galicyjski” 2 marca 2012):

Rozmawiamy z Eugeniuszem Cydzikiem – żołnierzem AK, więźniem radzieckich łagrów, założycielem i prezesem honorowym Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie.

Pod koniec ubiegłego roku obchodził pan piękny jubileusz 90-lecia. Pańskimi przeżyciami można by obdzielić kilka osób lub napisać filmowy scenariusz. Proszę przybliżyć naszym czytelnikom niektóre fakty z pańskiego bogatego życiorysu.

Moja rodzina pochodzi z Grodzieńszczyzny, z niewielkiego zaścianka Cydziki. Mieliśmy tam niewielki folwark. U nas nie mówiło się folwark, ani zaścianek, tylko okolica. Były to osady zamieszkałe przez drobną szlachtę, drobnych ziemian, Polaków. Wsiami określano tereny zamieszkałe przez chłopów, głównie Białorusinów.

Mój dziadek ze strony ojca ukończył szkołę oficerską w Petersburgu i jako adiutant generała-gubernatora służył w Tyflisie w Gruzji (obecnie - Tbilisi). Pradziadek brał udział w Powstaniu Styczniowym. Został zesłany na Syberię i zaginął w kopalni w Nerczyńsku. Choć jego majątek podlegał konfiskacie, udało się go uratować. Jego córka wyszła za mąż za Gorbaczewskiego, występowała pod innym nazwiskiem i majątek miał innego właściciela.

Po demobilizacji dziadek wrócił do domu i zaczął gospodarzyć. Na służbie udało mu się zaoszczędzić trochę grosza. Dokupił ziemi, poszerzył i modernizował gospodarkę – kupił trochę maszyn rolniczych. Tam urodził się mój starszy brat Antoni i moje dwie młodsze siostry, Alfreda i Bronisława. W 1920 roku ojciec wziął konia, zdjął ze ściany szablę dziadka i poszedł bronić ojczyzny przed bolszewikami. Szczęśliwie z tej wojny wrócił. Dalej gospodarzył na folwarku.

Dzięki staraniu ojca, kurator szkolny naszego okręgu ks. Kuryłowicz przysłał do nas nauczycielkę aby dzieci mogły uczyć się na miejscu. Pamiętam nazwisko mojej pierwszej nauczycielki – Hanna Łukosiówna, potem była Aleksandra Wiśniewska. Ojciec dał nauczycielce utrzymanie i przeznaczył jeden z pokoi na klasę. Schodziło się do nas około 10 dzieci z okolicznych osad. Od dzieciństwa, jak pamiętam, zawsze wszystko mnie interesowało.

Są różne zbiegi okoliczności, które mogą zaważyć na naszym życiu. W roku 1935, gdy było scalanie gruntów, w naszym domu mieszkał mierniczy. Całymi dniami chodził po polach z teodolitem i obmierzał ziemię. Mama wysyłała mnie do niego z jedzeniem. Zobaczyłem teodolit, zacząłem mu się przyglądać. Gdy zauważył, że mnie to interesuje, pokazał mi, jak się go ustawia, poziomuje, jak prowadzi się pomiary. Nie wiedziałem, że od tego kiedyś będzie zależało moje życie.

Po ukończeniu szkoły, poszedłem do gimnazjum kupieckiego w Grodnie. Byłem w 5 żeglarskiej drużynie harcerskiej im. Romualda Traugutta. Na lekcjach z przysposobienia wojskowego, dawał nam w kość instruktor Mazurek, sierżant zawodowy 81 Pułku Strzelców Grodzieńskich. Szczególnie, gdy mieliśmy zajęcia w jednostce. Ale na zajęciach teoretycznych zauważył, że wiele rzeczy mnie interesuje. Zaczął dawać mi dodatkowe zadania, wyjaśniał rzeczy ponad programem: jak oznaczyć odległość na podziałce w lornetce, jak wysokość, czytanie map i obliczenia balistyczne.


W 1939 roku brał Pan udział w obronie Grodna?
Naturalnie. Przed wojną w Grodnie stacjonowały jednostki wojskowe (76 Pułk Piechoty, 81 Pułk Strzelców Grodzieńskich i in.), ale w 1939 roku zostały przeniesione na linię frontu. W mieście pozostała policja, studenci i harcerze. Początkowo szykowaliśmy obronę przeciwko Niemcom od północy, od Prus Wschodnich. Po 17 września zaczęliśmy szykować się do obrony od wschodu.

Wojska sowieckie do miasta weszły od zachodu, a wprowadzali je dawni mieszkańcy Grodna – Abraszkin, Margolis i Lipszyc. Uciekli do Rosji, ale znając tereny, dokonali manewru okrążającego. Grodno trzymało się jednak dwa dni – 20-22 września. Sowieci stracili 10 czołgów, samochód-radiostację i około tysiąca żołnierzy. Po upadku miasta koledzy z drużyny rozeszli się do domów, przeważnie na Litwę, wróciłem więc do Cydzików.

„Kurier Galicyjski” 20 września 2012 r. po śmierci Eugeniusza Cydzika wspomina:

Eugeniusz Cydzik 17 września, w ten symboliczny dla Polski dzień, we Lwowie po długiej chorobie odszedł na wieczną wartę do Pana, Eugeniusz Cydzik.

Urodzony na ziemi Grodzieńskiej, po wejściu sowietów heroicznie bronił tego miasta. Nie mógł pogodzić się z utratą niepodległości i kolejnymi okupacjami Ojczyzny. Walczył w oddziałach leśnych, w AK – walczył tam, gdzie kierował go rozkaz, za co wielu po wojnie zarzucało mu współpracę z okupantem. Kres wojny nie położył końca walce. Kilka udanych operacji w oddziałach leśnych, aż aresztowanie i wyrok – 15 lat łagrów.

Trafia do Workuty na dalekiej północy. Pracuje w kopalni. Tu też wykazuje się sprytem i swoją postawą uzyskuje zaufanie zarówno współwięźniów, jak i władz. Daje mu to namiastkę wolności w obrębie kopalnianych „posiołków”. Kto wie, jak by potoczyły się jego dalsze losy, gdyby tu nie spotkał lwowskiej dziewczyny, Czesławy Chudzik. Dzięki niej osiadł we Lwowie i z tym miastem związał swe życie.

Tu podjął walkę o zachowanie pamięci o chlubnej historii Lwiego Grodu. To wspólnie z żoną na pierwszego listopada umieszczali na ułamkach grobów na Cmentarzu Orląt własnoręcznie wykonane lampiony z motywami patriotycznymi. Tak też wychowywał swoje dwie córki Krystynę i Wandę.

Gdy powstało Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, jako jeden z pierwszych zaczął aktywną działalność na rzecz odrodzenia Cmentarza Orląt i renowacji pochówków na Cmentarzu Janowskim, mogił żołnierzy września 1939 roku, kwater powstańczych na Cmentarzu Łyczakowskim, kwatery w Polskich Termopilach – w Zadwórzu i innych miejsc pamięci.

Był jednym z inicjatorów ustawienia w 1995 r. na Wzgórzach Wuleckich, w miejscu kaźni profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, betonowego nagrobka i żelaznego krzyża. Eugeniusz Cydzik był bardzo aktywny w środowisku polskim we Lwowie. W 2006 r. został wraz z żoną laureatem Nagrody „Kustosz Pamięci Narodowej” przyznawanej przez Instytut Pamięci Narodowej, a nadawanej osobom szczególnie zasłużonym dla dokumentowania najnowszej historii i ocalania pamięci historycznej.
W latach 1984-1991 pełnił funkcję prezesa Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi, później przez lata pełnił funkcję honorowego prezesa. Miał wiele planów. Mimo swego wieku wiele jeszcze chciał zrobić dla upamiętnienia polskich żołnierzy poległych w okolicach Lwowa. Czekał, żeby tylko skończyła się zima, żeby mógł wziąć się do działania. Bezczynność nie była mu właściwa…

Niestety Bóg wydał mu rozkaz stawienia się przed jego oblicze. Jako żołnierz wykonał go z honorem.


Cześć Jego Pamięci!

„Legendarny Kresowianin nie żyje” takim tytułem red. Piotr Ferenc – Chudy - „Gazeta Polska Codziennie”- w środę 19 września 2012 roku żegna Eugeniusza Cydzika.

                                                                        Aleksander Szumański

 

 
CZARNEJ KSIĘGI KRESÓW CIĄG DALSZY Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
20.09.2012.

 

CZARNEJ KSIĘGI KRESÓW CIĄG DALSZY

 

  Po zmowie niemiecko – sowieckiej Polska we wrześniu 1939 roku przestała istnieć jako niepodległe, suwerenne państwo. Po dokonanym przez Stany Zjednoczone ,Wielką Brytanię i Związek Sowiecki  w Teheranie, Poczdamie i Jałcie IV rozbioru Polski, po zakończeniu II wojny światowej  Polska utraciła Kresy Południowo - Wschodnie na rzecz Związku Radzieckiego.

 

Gdy w kilkanaście dni po napadzie Hitlera na Polskę powstała słynna "Sonderaktion Krakau" / 6 listopada 1939 roku / w czasie której aresztowano i w większości zadręczono i zamęczono w niemieckim obozie koncentracyjnym profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechniki Krakowskiej, stało się oczywiste, iż wróg unicestwia intelektualną siłę narodu, aby pozbawić go jego przywództwa.

 

Niedługo po "Sonderaktion Krakau" Niemcy, przy udziale ukraińskich nacjonalistów dowodzonych przez Banderę i Szuszkiewicza zorganizowali 4 lipca 1941 na stokach Góry Kadeckiej - Wzgórz Wuleckich we Lwowie "Sonderaction Lemberg", gdzie stracono 45 profesorów lwowskich wyższych uczelni, a wśród nich trzykrotnego premiera II RP prof. Kazimierza Bartla. Ci intelektualiści, którzy uniknęli śmierci z rąk zbrodniczego niemiecko - ukraińskiego batalionu SS-Galizien "Nachtigall" / „Słowiki” / byli wyszukiwani, aresztowani i ginęli z rąk siepaczy.

 

 Szef grupy operacyjnej Einsatzkommando  sturmbannführer SS Brunon Müller powiedział wówczas polskim uczonym:

 

„Tutejszy uniwersytet rozpoczął rok akademicki bez wcześniejszego uzyskania zgody władz niemieckich. Jest to wyraz złej woli. Ponadto jest powszechnie wiadomo, że nauczyciele zawsze byli wrogo nastawieni do niemieckiej nauki. W związku z tym, wszyscy, poza trzema obecnymi kobietami (!), zostaną wywiezieni do obozu koncentracyjnego. Jakakolwiek dyskusja, a nawet wypowiedzi na ten temat są wykluczone. Kto odważy się na opór wobec wykonania mojego rozkazu, zostanie zastrzelony”.

 

Hans Frank generalny gubernator w dniu 6 lutego 1940 roku  udzielił wywiadu dla „Völkischer Beobachter”:

 

„gdybym o każdych siedmiu rozstrzelanych Polakach chciał rozwieszać plakaty, to w Polsce nie starczyłoby lasów na wyprodukowanie papieru na takie plakaty”.

 

Pomimo takiej groźby profesor Stanisław Estreicher próbował wypowiedzieć się, ale nie został dopuszczony do głosu, a rektora Lehr-Spławińskiego uciszono stwierdzeniem, że to on będzie aresztowany jako pierwszy. Zgodnie z zapowiedzią zwolniono do domu dwie obecne na sali profesor: Helenę Willman-Grabowską i Jadwigę Wołoszyńską – po opuszczeniu terenu uniwersytetu powiadomiły one rodziny zebranych o aresztowaniach.

 

Łącznie w ramach akcji uwięziono 183 osoby z Uniwersytetu Jagiellońskiego – 142 wykładowców i 3 studentów,

    Akademii Górniczej – 21,

    Akademii Handlowej – 3,

    Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie – 1,

    Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – 1,

    szkół średnich – 6

 

oraz 6 innych przypadkowych osób.

 

Osadzono ich najpierw w więzieniu na Montelupich, rano nastąpiła kolejna zmiana miejsce zakwaterowania. Około dziewiątej załadowano transport i przeniesiono aresztowanych do koszar 20. pułku piechoty przy ul. Mazowieckiej w Krakowie (obecnie koszary 16 batalionu powietrzno - desantowego przy ul. Wrocławskiej). Po zwolnieniu 11 osób, w tym Fryderyka Zolla(!)- (dziadka prof. Andrzeja Zolla – masona z listy Rotary Club), 27 listopada 1939 wywiezieni zostali przez Wrocław i Berlin do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen.

 

W obozie koncentracyjnym Sachsenhausen profesorów "powitał" komendant tego obozu Rudolf Hoss: "wszyscy jesteście gównem Pangermańskiej Rzeszy. Obóz dla internowanych jest jedną kupą gówna, gdzie wszyscy macie zdechnąć. Jedyną drogą ku wolności jest dla was komin krematorium".

 

Wśród zatrzymanych byli też wiekowi, schorowani i emerytowani naukowcy, co w warunkach obozu koncentracyjnego doprowadzało do znacznego pogorszenia stanu zdrowia i przyspieszonej śmierci. Pierwszą ofiarą śmiertelną akcji był profesor Akademii Górniczej Antoni Meyer, który zmarł 24 grudnia 1939. Cztery dni później zmarł były rektor UJ Stanisław Estreicher. W następnych tygodniach zmarli m.in. zoolog Michał Siedlecki, anatom Kazimierz Kostanecki, historyk literatury Ignacy Chrzanowski.

 

Po międzynarodowych protestach (w tym przede wszystkim osobistej interwencji Benito Mussoliniego u Hitlera) 101 uwięzionych zostało 8 lutego 1940 r. zwolnionych. Niektórzy z nich wycieńczeni warunkami obozowymi, lub z powodu znacznego pogorszenia stanu zdrowia zmarli w różnych okresach po zwolnieniu (jak np. 19 lutego 1940, w kilka dni po zwolnieniu, prof. Jan Włodek). Pozostałych (głównie młodszych naukowców), 4 marca, wywieziono do obozu koncentracyjnego Dachau, skąd po 19 miesiącach również większość zwolniono. Niektórzy z naukowców (Wiktor Ormicki) zostali zamordowani.

 

Wiktor Rudolf Ormicki (do 1924 roku Wiktor Rudolf Nussbaum) (ur. 1 stycznia 1898 w Krakowie, zamordowany 17 września 1941 w obozie Mauthausen) – polski geograf i wykładowca.

 

Był docentem w Instytucie Geograficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wybuch II wojny światowej uniemożliwił mianowanie go profesorem tytularnym. Aresztowany 6 listopada 1939 (Sonderaktion Krakau) wraz z innymi profesorami uczelni, osadzony w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, w 1940 przeniesiony do Dachau, gdzie z własnej woli przyznał się do żydowskiego pochodzenia, a następnie do Gusen (filia obozu Mauthausen). Pracując w kompanii karnej w kamieniołomie, uczestniczył w potajemnym życiu naukowym obozu. Prowadził pogadanki dotyczącego głównie krajów, w których toczył się wówczas działania wojenne. Tuż przed śmiercią ukończył manuskrypt książki "O zagadnieniach zaludnienia kuli ziemskiej". Skazany na śmierć, "w drodze łaski" pozwolono mu wybrać między utopieniem a powieszeniem. Powieszony 17 września 1941 roku.

 

Rudolf Ormicki był jednym z twórców polskiego regionalizmu i antropogeografii. Przez ówczesnych geografów nazywany ojcem polskiej geografii ludności.

 

Wszystkie dokonane zbrodnie (w tym Katyń – NKWD) znane były doskonale aliantom II wojny światowej – Wielkiej Brytanii i Stanom Zjednoczonym, a jednak zgodziły się na oddanie Polski powtórnie mordercom NKWD, z odebraniem Polsce jej historycznych ziem – Kresów Południowo - Wschodnich ze Lwowem.

 

Unicestwienie siły narodu można dokonać przez mord fizyczny jego siły intelektualnej, jak czynili to bolszewicy i hitlerowcy, można też naród unicestwić mordem intelektualnym pozbawiając go  możliwości edukacji i odcinając mu środki przekazu.

 

Tak właśnie postępuje obecnie rządząca ekipa, redukując liczbę szkół, likwidując godziny nauczania historii i wprowadzając własne „porządki edukacyjne i medialne” na polskich Kresach.

 

Kresowych Polaków obecnie nazywa się w ekipie Tuska „Polonią”, nie bacząc na to, iż są to obywatele polscy. Tej „Polonii” kresowej zamyka się radiowe i gazetowe środki komunikacji medialnej, kłamiąc niewiarygodnie, iż jest to akcja jednorazowej zmiany płatnika, konkursowa i tym podobne oszustwa dokonywane na naszych wschodnich ziomkach. Minister spraw zagranicznych dopieszcza na swoich placówkach dyplomatycznych szajki esbeckie i śmieje się w kułak pytany o środki na utrzymanie mediów kresowych. Sejm RP. nie wypowiada się w sposób jednoznaczny na ten dramat intelektualny i edukacyjny Polaków zamieszkujących polskie przecież Kresy.

 

Polskie przecież Kresy przeżywają obecnie dramat intelektualny i edukacyjny. Z braku środków upadają gazety i Radio Lwów. Dramatyczny list otwarty napisała prezes Radia Lwów Teresa Pakosz:

 

POLACY BEZ POLSKI

LIST OTWARTY PREZES RADIA LWÓW

TERESY PAKOSZ

 

Przeżywamy ostatnie dni swojej działalności. Chodzi o media i polskie organizacje na Ukrainie, jak i ogólnie na Wschodzie. Tak zadecydował rząd polski, wyjąwszy nas spod opieki Senatu. Jesteśmy zdani na samych siebie, ponieważ MSZ stwierdziło, że nie będzie i być nie może długofalowej pomocy dla polskich organizacji na Ukrainie (powiedział 18 lipca wiceminister spraw zagranicznych Janusz Cisek podczas spotkania z Polakami we Lwowie).

 

Tym stwierdzeniem rząd polski przekreślił prawie dwudziestoletnie starania Polaków mieszkających na Ukrainie o utrzymanie tożsamości narodowej i krzewienie kultury Polskiej, ochronę dziedzictwa narodowego i budowanie naszej małej wspólnoty kresowej, jak również dwudziestoletnie nakłady polskiego podatnika na te cele.

 

Drastyczne cięcia rządu polskiego boleśnie dotknęły wszystkich sfer życia Polaków na Ukrainie: edukacji, szkolnictwa, pomocy stypendialnej dla studentów, wydarzeń kulturalnych, festiwali, szkoleń, obchodów rocznic patriotycznych, wydawania gazet, emisji audycji radiowych i programów telewizyjnych, prowadzenia portali internetowych, utrzymania ośrodków kultury.

 

Żadna z polskich organizacji nie otrzymała ani jednej złotówki poza wątłymi obietnicami. Obecnie wszystkie redakcje są zadłużone na niewypłacalne dla nich kwoty, niektóre z nich już zawiesiły swoją działalność. My jak dotąd nadal prowadzimy emisję audycji radiowych cztery godziny tygodniowo, narażając się na procesy sądowe o niewypłacalność.

 

Albowiem to Polskie Towarzystwo Radiowe zawarło umowę o emisji ze swoim emitentem - lwowską rozgłośnią Radia „Nezałeżnist”. Nie ma natomiast żadnej umowy z Fundacją Pomoc Polakom na Wschodzie, czy też z MSZ. Umowy były zawierane dwa razy do roku. I tu leży istota naszej niewypłacalności. Nie przewidziane są bowiem długofalowe umowy o współpracy. Od początku stycznia jesteśmy dłużni ukraińskiemu emitentowi około 7 tysięcy dolarów. Dług rośnie z każdą audycją. Kwota obiecana nam stanowi 55 tys. złotych, ale ugrzęzła w korytarzach pomiędzy MSZ i Funduszem Pomocy Polakom na Wschodzie .

 

Obawiamy się, że zanim ta kwota znajdzie się na naszym koncie, zakończy się rok budżetowy, środki nie zostaną rozdysponowane, MSZ zaoszczędzi pieniądze, a my zaoszczędzimy sobie pracy społecznej, natomiast prezes Polskiego Towarzystwa Radiowego (PTR) wyląduje za kratkami.

 

Z taką perspektywą bierzemy się do opracowywania kolejnej audycji. Robić czy nie robić? Oto jest pytanie, które stawiamy sobie oraz czynnikom odpowiedzialnym za stan rzeczy, tylko tak do końca nie wiemy, kto jest za to odpowiedzialny.

 

W roku 2012 decydenci ( kto - nie wiemy)

zmienili formułę pomocy Polakom poza granicami kraju.

 

Teraz o udzieleniu lub nieudzieleniu pomocy decyduje 40 nieznanych nam osób (w drodze konkursu), które jak się okazuje, nie mają pojęcia o sytuacji i życiu Polaków na Ukrainie i jest im obojętne, czy będzie polska gazeta i polski program czy też nie.

 

Nie rozumiemy dlaczego polskie media na Wschodzie powinne konkurować między sobą o środki finansowe, które mają być przyznane tak ważnej polskiej inicjatywie jak radio czy gazeta, gdyż jest to jedna z bardzo niewielu możliwości dotarcia Polaka do polskiego słowa.

 

To Polskie Radio Lwów informuje słuchaczy o wydarzeniach w kraju i za granicą, przedstawia kalejdoskop postaci zasłużonych dla kultury, historii i nauki polskiej, opowiada o zachowanym dziedzictwie kulturowym Kresów i Polski. Są to podróże radiowe w czasie i przestrzeni, są to wywiady i reportaże z aktorami sceny polskiej i reżyserami filmowymi, audycje o historii Polski, spacery po Lwowie i Warszawie, relacje z obchodów rocznic, upamiętnienia wydarzeń dotyczących polskiej historii i kultury.

 

Przez 20 lat w czynie społecznym, kontynuując tradycję naszych przodków, opracowywaliśmy audycje w języku polskim. To setki nieprzespanych nocy i niezliczona ilość godzin oderwanych od rodziny i pracy zawodowej, to ofiarność dwudziestoosobowego zespołu.

 

To są pieniądze polskiego podatnika, włożone w nasze studio i bardzo kosztowny sprzęt. Działalność Polskiego Radia Lwów brutalnie przerwała wojna.

 

Po 53 latach przerwy, w 1992 roku, na nowo zabrzmiał polski głos w eterze. Nie mogliśmy nie skorzystać z takiej szansy. Powinność i umiłowanie mowy polskiej oraz chęć odrodzenia polskich tradycji nakazywały podjąć wyzwanie.

Czyżby po 20 latach nieprzerywalnego nadawania polskich audycji miały one zniknąć z mapy kulturalnej Lwowa i Kresów?

 

Europa cieszy się trwałym pokojem, zaś wojna toczy się na szczeblu wysokich korytarzy MSZ. Dlaczego jej ofiarą mają paść Polacy na Wschodzie?

 

Wszak jesteśmy z miasta Ślubów Króla Jana Kazimierza, zamieszkania króla Jana III Sobieskiego, miasta Mariana Hemara, Leopolda Staffa i Jana Kasprowicza, twórczyni Roty Marii Konopnickiej, dramatopisarzy Gabrieli Zapolskiej i Aleksandra Fredry, pisarza ze słońcem w herbie Kornela Makuszyńskiego, niezłomnego Zbigniewa Herberta, twórcy szkoły matematycznej Stefana Banacha, szkoły filozoficznej Kazimierza Twardowskiego.

 

Czy nasze miasto Lwów, będące ogniskiem nauki i zarzewiem niepodległości, nie zasługuje na to, aby jego mieszkańcy słyszeli w mowie poetów Kornela Ujejskiego, Seweryna Goszczyńskiego, Władysława Bełzy (który w Katechizmie Polskiego Dziecka pisał: A w co wierzysz? W Polskę wierzę!), pisarzy Jana Parandowskiego i Józefa Ignacego Kraszewskiego o tym, co w polskim narodzie najświetniejsze i najgodniejsze?

 

O tym, że tu uczyli prawnicy Oswald Balcer i Juliusz Makarewicz, ze tu powstało Ossolineum, Harcerstwo Polskie i piłka nożna?

 

Jesteśmy z miasta Semper Fidelis.

 

I Tych, którzy to rozumieją, prosimy o pomoc. Prosimy o sfinansowanie polskich audycji we Lwowie. Bez nich Lwów nie będzie Lwowem,

 

Polacy staną się Ukraińcami polskiego pochodzenia, a śladów polskości będziemy szukać tylko na cmentarzach, ponieważ nosiciele mowy polskiej zaginą w obcym morzu.

 

Nieobojętnych wobec losu polskich audycji we Lwowie prosimy o pomoc.

Pomoc prosimy kierować na konto:

 

Kredobank, Kod Nr. 26004012490, МФО 325365 adres banku: 79017 m. Lwów, ul. Lewickiego 67

 

z koniecznym dopiskiem CHARITABLE HELP (pomoc charytatywna).

 

Kontakt z nami: radio-lwow@wp.pl prezes Radia Lwów Teresa Pakosz.

 

Poczynania Ministerstwa Spraw Zagranicznych na Kresach chluby Polsce i Polakom nie przynoszą. Na całym świecie wieść się niesie o polskich antysemitach, szmalcownikach, rabusiach i mordercach Żydów w czasie Holocaustu. Dr Alina Cała pracownik naukowy  Żydowskiego Instytutu Historycznego  podaje w wywiadzie medialnym  („Rzeczpospolita” 29 maja 2009 roku):

 

POLACY JAKO NARÓD NIE ZDALI EGZAMINU”

 

W pewnym sensie Polacy są odpowiedzialni za śmierć wszystkich 3 milionów Żydów – obywateli II RP – mówi historyk z Żydowskiego Instytutu Historycznego Alina Cała.

 

Rz: Czy Polacy są współodpowiedzialni za Holokaust?

 

Alina Cała: W pewnym stopniu tak. Przyczyną tego był przedwojenny antysemityzm, który nie przygotował ich moralnie do tego, co miało się dziać podczas Zagłady. Nośnikiem tego antysemityzmu były dwie instytucje. Ugrupowania tworzące obóz narodowy oraz Kościół katolicki. Ten ostatni mniej więcej od 1935 roku zaczął sprzyjać endecji. W efekcie wysokonakładowe pisma konfesyjne zaczęły głosić propagandę antysemicką. Choćby „Mały Dziennik” Kolbego(o. Maksymiliana Kolbe).

 

Skandal z ubeckim Ministerstwem Spraw zagranicznych trwa! ( patrz „Esbecka szajka pod okiem Sikorskiego” – „Gigantyczna afera w polskiej dyplomacji” http://niezalezna.pl/31584-esbecka-szajka-pod-okiem-sikorskiego

 

 

Konsulat polski w Łucku – stolicy męczeńskiego Wołynia - sprzedaje polskie wizy m.in. prostytutkom! (patrz „Konsulat w Łucku – bezprawie i samowola” –

 

http://media.wp.pl/kat,1022943,wid,14826417,wiadomosc.html?ticaid=1f33f

 

          

TAJNA AGENCJA SPRAW ZAGRANICZNYCH 

 

Nie ja wymyśliłem ten podtytuł. Tytuł wymyślił się sam.

 

W ślad za istniejącym wstydem Ministerstwa Spraw Zagranicznych red. Włodzimierz Knap „Dziennik Polski” podjął temat.

 

To oznacza, że co jedenasty aktywny dzisiaj dyplomata III RP, który pracuje poza granicami Polski współpracował z cywilnymi bądź wojskowymi (WSI) służbami PRL. W owej grupie jest siedmiu ambasadorów lub konsulów, a więc osób stojących na czele polskich placówek dyplomatycznych.

 

Który z nich handlował polskim wizami w Łucku,  czy we Lwowie? Który z nich zajmował się sutenerstwem, skoro tak łatwo ukraińskie prostytutki pracują w Polsce, Danii, Hiszpanii, czy w Niemczech?

 

Oto jest pytanie. Z rozbrajającą szczerością dane o dyplomatach umoczonych w służby peerelowskie podała Grażyna Bernatowicz wiceminister spraw zagranicznych, zapewne zmuszona wstydem zmieszanym z farbą, która już nie chce puścić z emblematu – „dorżnąć watahę” Ministra Spraw Zagranicznych Radosława Sikorskiego.

 

Tekst  „Esbecka szajka pod okiem Sikorskiego” http://niezalezna.pl/31584-esbecka-szajka-pod-okiem-sikorskiego  m.in.podaje:

 

„…wizy Schengen do Francji, Danii, czy Niemiec dostawały osoby trudniące się nierządem, objęte zakazem wjazdu do tych krajów. Obywatele ukraińscy byli zmuszani do płacenia haraczu za załatwienie wiz. Przez granicę przewożono nielegalnie dzieci…w konsulacie RP w Łucku na Ukrainie działała szajka kierowana przez byłych esbeków, a osłaniana przez polskie służby specjalne…dotarliśmy do Ukrainki, która starała się o wizę legalnie, ale zmuszono ją do zapłacenia haraczu…funkcjonariusz BOR poinformował mnie…że moje zaproszenie nic nie znaczy i że na tej podstawie wizy nie dostanę… ze wskazaniem do „pani Ludy”. Poszłam tam….rozmowę ze mną zaczęto od kwoty 400 – 500 euro…”

 

„… w nocy przygotowują dokumenty, znoszą do zaufanych ludzi w konkretnych okienkach. Nie tylko wizami handlują. Karty Polaka też sprzedają za 700 euro. Można spotkać ogłoszenia na mieście i na Fecebooku. Za łapówki załatwiają też wizy (na podstawie fikcyjnych zaproszeń). Konsulat raj dla prostytutek…”.

 

Proceder trwa pod okiem konsula Sylwestra Szostaka nadzorującego wydawanie wiz w konsulacie(„Gazeta Polska” 8 sierpnia 2012).

 

Bernatowicz poinformowała, że obecnie z osób pracujących w polskiej dyplomacji ok. 60% podlega lustracji.

 

Dlaczego 60% polskich dyplomatów nie zostało zlustrowanych przed objęciem służby - Bernatowicz nie poinformowała polskiej i światowej opinii publicznej.

 

Fakt zatrudnienia w polskiej dyplomacji współpracowników peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa został ujawniony w czasie posiedzenia sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. O przedstawienie informacji dotyczących obecnego stanu zatrudnienia w MSZ funkcjonariuszy i tajnych współpracowników komunistycznych służb specjalnych wystąpili w czasie posiedzenia komisji posłowie Prawa i Sprawiedliwości.

 

Minister Grażyna Bernatowicz usiłowała przekonywać członków komisji, że o zatrudnieniu w polskiej dyplomacji przede wszystkim decydujące znaczenie mają kwalifikacje. W czasie swojego wystąpienia Bernatowicz nie sprecyzowała o jakie kwalifikacje chodzi. Czy wyłącznie moralne?

 

Członkowie komisji dowiedzieli się od Bernatowicz, iż polityka personalna w MSZ jest realizowana zgodnie z prawem oraz zasadami zarządzania zasobami ludzkimi, gdzie najważniejszym kryterium jest posiadanie właściwych kompetencji merytorycznych.

 

Zachodzi pytanie, czy  współpraca z komunistycznym wywiadem, lub sutenerstwo, to wystarczające kwalifikacje dyplomatyczne w Ministerstwie Spraw Zagranicznych?

 

Dyplomaci umocowani dla handlu wizami przeznaczonymi dla ukraińskich prostytutek uprawiali sutenerstwo – czerpanie korzyści majątkowych z uprawiania prostytucji przez inną osobę.

 

Zwykle jest to powiązane ze stręczycielstwem (nakłanianiem do uprawiania prostytucji) i kuplerstwem (ułatwianiem uprawiania prostytucji), a czasami z innymi przestępstwami, jak handel ludźmi oraz stosowanie gróźb i przemocy wobec prostytutek. Oprócz indywidualnych sutenerów, jest to jedno z pól działalności, którą zajmują się zorganizowane grupy przestępcze.

 

W Polsce sutenerstwo (podobnie jak stręczycielstwo i kuplerstwo) jest przestępstwem, opisanym w art. 204 § 2 Kodeksu karnego, zagrożonym karą do 3 lat pozbawienia wolności (lub karą do 10 lat, jeśli osoba prostytuująca się jest małoletnia). Jest to również przestępstwo w wielu krajach świata.

 

Przestępcy trudniący się sutenerstwem nazywani są sutenerami, lub potocznie alfonsami. To ostatnie określenie pochodzi od głównego bohatera wydanej w 1873 r. powieści Aleksandra Dumasa (syna) pt. Monsieur Alphonse, który trudnił się tym procederem. Wcześniej sutenerów w slangu przestępczym określano słowem "luj", co z kolei pochodziło od francuskiej wersji imienia Ludwik (Louis).

 

Bernatowicz zwróciła uwagę, że żaden z przepisów prawa nie nakazuje pracodawcy zwolnienia, lub niezatrudnienia pracowników, którzy złożyli zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne. Przekonywała, że usuwanie ze służby zagranicznej osób, które przyznały się w swoich oświadczeniach do współpracy jest trudne z prawnego punktu widzenia.

 

Dr hab. Krzysztof Szczerski, były wiceminister spraw zagranicznych, wicedyrektor Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego nie jest zaskoczony liczbą podanych przez Bernatowicz tajnych współpracowników, która potwierdziła jego opinię o polityce personalnej ministra Radosława Sikorskiego, kierującego się zasadą utrzymania status quo na kierowniczych stanowiskach w swoim resorcie. Minister Sikorski preferuje ludzi o rodowodzie PRL-owskim, choć sam mieni się najgorętszym przeciwnikiem komunizmu.

 

Krzysztof Szczerski uważa, że osoby które były zaangażowane po stronie państwa komunistycznego nie powinny dzisiaj pracować w dyplomacji III RP. Tacy ludzie służyli temu, aby Polska była państwem zniewolonym przez Związek Sowiecki, krajem zacofanym pod każdym względem. Jego zdaniem ludzi związanych z PRL-owskimi służbami specjalnymi, a zatrudnionych obecnie w MSZ, z uwagi na ich oddanie władzom komunistycznym nie należy traktować dzisiaj jak normalnych urzędników. Tymczasem w MSZ, na czele którego stoi Radosław Sikorski, takie osoby są nie tylko tolerowane, ale wręcz preferowane – a od upadku komunizmu minęło prawie ćwierć wieku - mówi Krzysztof Szczerski.

 

Natomiast Bernatowicz przekonuje, że osoby które były współpracownikami peerelowskich służb bezpieczeństwa, a teraz zajmują wysokie stanowiska państwowe w polskiej dyplomacji to profesjonaliści, których nie można dyskryminować i przez długi okres życia poświadczyli oddanie temu krajowi, który dzisiaj mamy!

 

Bernatowicz w swoim oświadczeniu sejmowym nie podała kwot, których nie otrzymały polskie kresowe media, ani przyczyn w jaki inny sposób rozdysponowano milionowe środki przeznaczone na doroczny, określony cel  utrzymania polskich mediów na Kresach.

 

W dorocznym Światowym Forum Mediów Polonijnych 2012, w tym roku odbywającym się w Małopolsce nie odbyła się doroczna konferencja prasowa z udziałem  przedstawicieli MSZ i Senatu RP, zapewne mające na uwadze obecność 160 dziennikarzy z całego świata.

 

Swoje wystąpienia w sprawie finansowania mediów kresowych przygotowało wielu dziennikarzy, w tej liczbie prezes Radia Lwów Teresa Pakosz, jak i niżej podpisany (Aleksander Szumański „Głos Polski” Toronto, „Kurier” Chicago, „Lwowskie Spotkania”).

 

Nie było mi dane zadać pytania MSZ i Senatowi RP dlaczego wstrzymano finansowanie m.in. patriotycznej polskiej lwowskiej gazety „Lwowskie Spotkania”?

 

Tymczasem „Gazeta Polska Codziennie”, w tytule red. Doroty Kani i red. Tadeusza Święchowicza „Służby PRL-u w aferze Amber Gold”,

 

http://lubczasopismo.salon24.pl/krecianora/post/445200,sluzby-prl-u-w-aferze-amber-gold

 

podaje:

 

„Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego sprawdza powiązania biznesowe i towarzyskie Marcina. P prezesa Amber Gold. Wśród nich pojawia się nazwisko Mariusza Olecha, który w czasach PRL-u  przemycał złoto z Polski do RFN-u. Z dokumentów do których dotarła „Gazeta Polska”, wynika, że Olech był chroniony przez gdańską prokuraturę, a jego interesy w RFN-ie były nadzorowane przez Departament I MSW (wywiad cywilny PRL-u) i II zarząd Sztabu Generalnego

(wywiad wojskowy PRL-u).

 

Mariusz Olech współfinansował niektóre przedsięwzięcia Kongresu Liberalno-Demokratycznego; do dziś jest zaprzyjaźniony z wywodzącymi się z Gdańska czołowymi politykami Platformy Obywatelskiej. Jednym ze znajomych Olecha był m.in. senator KLD Andrzej Rzeźniczak, który w 1989 roku założył prywatną Agencję Lokacyjną – w rzeczywistości była ona piramidą finansową ochranianą przez służby specjalne PRL-u. Skazany w 2004 roku na karę więzienia, ukrywał się przez sześć lat – został zatrzymany w 2010 roku. Przewieziony do aresztu śledczego w Chojnicach zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Kierownictwo aresztu jako oficjalną przyczynę zgonu podało zatrzymanie akcji serca.

 

Mariusz Olech zaprzecza by znał się z Marcinem P. ale z naszych ustaleń wynika, że zarówno w jego przedsięwzięciach, jak i w Amber Gold pojawiają się ci sami ludzie, którzy wywodzą się ze służb specjalnych PRL-u”.

 

W przedsięwzięciach Mariusza Olecha oraz Amber Gold pojawiają się ci sami ludzie, którzy wywodzą się ze służb specjalnych PRL-u. Czy byli funkcjonariusze cywilnych i wojskowych służb specjalnych chronili Marcina P. i partycypowali w jego interesie? To właśnie m.in. sprawdza gdańska prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.  Wiadomo, że Marcin P. trzykrotnie przebywał w areszcie: w  2004 r . spędził w nim 4 miesiące, w 2007 r. – miesiąc. W roku 2009 od 7 kwietnia do 4 czerwca przebywał w zakładzie karnym. Potwierdził to nam oficer prasowy Aresztu Śledczego w Słupsku Sławomir Maler. Marcin P. przez cały czas karę odbywał w zakładzie typu półotwartego w Ustce. Trafił tam w ramach kary zastępczej – otrzymał 75 dni za niezapłacenie grzywny. O możliwości odbywania kary więzienia w zakładzie półotwartym decyduje komisja penitencjarna. Pozwoliła ona Marcinowi P. skorzystać z tego przywileju. Marcin P. trafił w 2009 r. do aresztu śledczego w Słupsku, ale skierowano go nad samo morze do Oddziału zewnętrznego w Ustce. Niektórzy osadzeni za dobre sprawowanie mogą pracować na zewnątrz aresztu w ramach resocjalizacji. Marcin P. pracował w ośrodku Doskonalenia Kadr Służby Więziennej, który pełnił też funkcję domu wczasowego. Mieszkańcy Ustki nazywali ten ośrodek zwyczajnym „Posejdonem”.  W trzykondygnacyjnym budynku było ponad 200 miejsc noclegowych i sala konferencyjna. W skład kompleksu wchodziły też domki kempingowe. Poza działalnością szkoleniową ośrodek prowadził również działania komercyjne, przyjmując latem wczasowiczów i kolonistów. Jak dowiedzieliśmy się w tym Ośrodku, Marcin P. pracował tam jako asystent animatora kulturalno – oświatowego, zajmując się pracami fizycznymi i porządkowymi, sprzątał pomieszczenia, zmywał ubikacje, pomagał przygotowywać imprezy, przenosił stoły, przygotowywał ogniska etc. – Normalnie sprzątał, zasuwał jak każdy inny osadzony. Niczym szczególnym się nie wyróżniał – powiedział nam pracownik ośrodka pragnący zachować anonimowość.

 

Marcin P. podczas pracy w ośrodku w Ustce nie sprawiał ponoć żadnych kłopotów i miał dobrą opinię. Za swoją prace otrzymywał nawet wynagrodzenie w wysokości 572 zł i 89 gr. I były to jedyne pieniądze jakie wykazał w deklaracji podatkowej za 2009 rok. Marcin P. nie odsiedział całego zasądzonego wyroku. Wyszedł z zakładu karnego na mocy decyzji sądu okręgowego, który zgodził się na przerwę w odbywaniu kary. Potem dzięki Amber Gold stał się milionerem”.

 

Ambasady polskie promując antypolskie tytuły, na siedem głównych opracowań pięć mówi o polskich szmalcownikach, rabusiach żydowskich majątków i antysemitach. A w dodatku wydawcą książki jest oficyna „Rytm” byłego oficera SB Mariana Kotarskiego vel Pękalskiego. Tytuł „Piekło wyborów”.

 

Chętnie natomiast zamiata się pod dywan uchwalenie 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian, łącznie ze wszystkimi aferami korupcyjnymi rządu Tuska i blisko 200 tysiącami naszych rodaków zamordowanych bestialsko przez bandy ukraińskie OUN – UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

 

Upominając się o media polonijne na Kresach należy przypomnieć jak ze szczególnym okrucieństwem mordowali nacjonaliści UPA –OUN dzieci:

 

- rozdzierali nóżki z morderczym hasłem – „tyś polski orzeł”,

- rozdzierali usta z hasłem „Polska od morza do morza”,

-żywym dzieciom wyrywali kończyny, języki, wykłuwali oczy, tak umęczone wbijali na widły, rąbali siekierami, przecinali na pół piłami, rozpruwali brzuchy, wydłubywali oczy, wrzucali je do studzien, bili aż do zabicia, krzyżowali na otwartych drzwiach, gwałcili i obcinali genitalia, nie mówiąc o masowych rabunkach. Dzieci patrzyły na kaźń rodziców, rodzice na mękę swoich dzieci.

 

Ekipa Tuska stwarza nową formę okupacji Polski. Obce narodowi siły wewnętrzne i zewnętrzne dążą aby utracił on źródło swojej spoistości i przestał być wrażliwy na własną tożsamość ukształtowaną przez wiekowe dziedzictwo kulturowe i religijne. Te same siły zawładnęły Kościołem od wewnątrz.

 

Radosław Sikorski zespolony z tymi siłami, pozbawiając kresowian środków edukacyjnych już „dorżnął watahę”!

                                                                                                                Aleksander Szumański

 

 

 

 

 
"INKA" W PATRIOTYCZNYM KRAKOWSKIM PARKU IM. DRA HENRYKA JORDANA Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
19.09.2012.

 

„INKA” W PATRIOTYCZNYM KRAKOWSKIM PARKU

                 IM. DRA HENRYKA JORDANA

 

 Staraniem Kazimierza Cholewy, patriotycznego prezesa krakowskiego Parku im. dra Henryka Jordana dzisiaj – w niedzielę 16 września 2012 roku zostało odsłonięte kolejne popiersie, „Inki”,17-letniej Danuty Siedzikówny.

 

„Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba” to były ostatnie pożegnalne słowa siedemnastoletniej Danuty Siedzikówny, ps. „Inka” zamordowanej przez komunistycznych oprawców w sierpniu 1946 roku w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej 12.

 

Po blisko sześćdziesięciu latach Polacy poznali prawdę o tej pięknej postaci skazanej przez komunistów – tak jak inni żołnierze antykomunistycznego podziemia niepodległościowego – na zapomnienie”.

         

Paradoksalnie dopiero w chwili śmierci odzyskała wolność, o której marzyła. Zanim przebrzmiało echo salwy plutonu egzekucyjnego, gdy ostatni ubecki pocisk gasił  światło Jej życia „a już zastęp aniołów Ją otoczył, z Jej serca zniknęła wszelka śmierci trwoga, Królowa Polski zamknęła jej oczy, Jej wolną duszę zawiodła do Boga”.

        

Historia „Inki” stała się głośna w całej Polsce dzięki licznym publikacjom pracowników gdańskiego IPN, artykułom w prasie i publikacjom w innych mediach. Znaczny udział w przypomnieniu postaci Danusi Siedzikówny miał też głośny spektakl „Inka 1946 – ja jedna zginę”.

 

Prawda o tym haniebnym, skrzętnie ukrywanym przez komunistycznych oprawców mordzie na młodej sanitariuszce 5 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej wstrząsnęła opinią publiczną. Wielu młodych ludzi, po zapoznaniu się z życiorysem „Inki” być może po raz pierwszy w życiu zadało sobie pytanie, co jest tak naprawdę sensem ich istnienia oraz otrzymało wzorzec, jak trzeba żyć, aby zawsze zachowywać się godnie.

         

Życiowa niezłomność i bohaterska postawa w trakcie ciężkiego śledztwa w kazamatach UB sprawiły, że postać „Inki” jest dziś symbolem dla wielu pokoleń Polaków, szczególnie dla tych, którzy przeżyli potworności trzech kolejno następujących po sobie okupacji – sowieckiej, niemieckiej i ponownie sowieckiej.

      

Zainteresowanie postacią Danuty Siedzikówny w ostatnich latach narasta, także ze względu na tragiczną historię Jej życia. „Inka” była bowiem postacią szlachetną, nietuzinkową i symboliczną.

 

Pozostała „do końca” wierna Ojczyźnie, honorowi i przysiędze, nie załamała się w śledztwie, zachowała się po prostu jak trzeba. Jej nieskazitelna, święta nieomal postać ma szczególną moc jednoczącą wielu Polaków a świadectwo Jej życia jest przyczyną odrodzenia duchowego wielu ludzi. Niezłomna postawa i heroizm dają Jej wieczne miejsce w Panteonie Narodowych Bohaterów.

        

Co jest tak interesującego w postaci tej młodej dziewczyny, co sprawia, że tak wiele, szczególnie młodych osób interesuje się historią Jej życia?

        

Niewątpliwie Jej historia fascynuje tak wielu ludzi, ponieważ mamy do czynienia z rzadko spotykanym w realnym życiu przypadkiem zetknięcia absolutnego dobra, które uosabiała w sobie Danusia z absolutnym, wręcz klinicznym złem, reprezentowanym przez wszystkich komunistycznych oprawców, ubeków i komunistów, którzy pośrednio lub bezpośrednio przyczynili się do Jej śmierci.

 W tym starciu dwóch systemów wartości, absolutne dobro ostatecznie zwyciężyło, prawda wyszła na jaw, a ci którzy chcieli ją ukryć ostatecznie przegrali, okazując się moralnymi nędznikami i zwyczajnymi łajdakami, skazując się już za życia na wieczną hańbę i infamię.

         

Choć system totalitarny odszedł do przeszłości, w Polsce żyje wciąż wiele osób niechętnych wobec poznania prawdziwej historii swojej Ojczyzny, obojętnych na jej losy, dla których zegar zatrzymał się w czasach PRL.

 

Co gorsza wciąż wielu ludzi, którzy uważają się za Polaków, słowem lub czynem hańbi pamięć o naszych narodowych bohaterach i opluwa Ojczyznę. Zapewne przez lata, w których wysługiwali się zbrodniczemu sowieckiemu reżimowi nieodwracalnie odmienił się stan ich umysłów i serc, nie umieją już myśleć po polsku. Nieludzki system upadł, ale pokolenie janczarów, których wychował, nadal żyje i szkodzi Ojczyźnie.

        

Jest wiele sygnałów budzących optymizm. W czasach powszechnego upadku wartości i ideałów, gdy wmawia się społeczeństwu, że jedna obiektywna prawda nie istnieje, żyje w Polsce wciąż duża grupa ludzi wiernych prawdzie, przywiązanych do wolności, nie ulegających kłamliwej propagandzie sączonej w różnych mediach przez ludzi słabego ducha, zdrajców oraz wrogów Ojczyzny.

 

Oni słowem i czynem bronią przed pohańbieniem pamięci o narodowych bohaterach, nie pozwalają by okrutna zbrodnia na młodej sanitariuszce i wiele podobnych zaginęły w otchłani ludzkiego zapomnienia. Po prostu zachowują się jak trzeba.

        

Wielu Polaków udowadnia swoją codzienną postawą, że zasługuje na zaszczytne miano godnych spadkobierców tradycji żołnierzy wyklętych, wolna i niepodległa Polska wciąż żyje w ich sercach i nigdy nie zginie. Ludzie ci robią wiele, aby rodzimi i obcy wrogowie nie pisali na nowo kłamliwej, poprawnej politycznie historii naszej Ojczyzny.

         

Żaden ze „śledczych”, oskarżycieli, sędziów, ani wykonawców wyroku na „Ince” nie poniósł do tej pory kary. Bezradność polskiego sądownictwa w tej i podobnych sprawach doprawdy zadziwia.

 

Wydaje się, że „mordercy w togach” ujdą przed ziemskim wymiarem sprawiedliwości. Ale wtedy „staną twarzą w twarz z Aniołem, który był kiedyś żołnierzem Polski podziemnej i będą musieli spojrzeć mu prosto w oczy.... „

         

My, Polacy, którym drogie są takie wartości jak honor, godność i wierność nigdy nie zapomnimy o Danusi Siedzikównie. Będziemy nadal walczyć o Polskę czystą jak łza, taką o jakiej marzyła „Inka”. Na zawsze zachowamy pamięć o bohaterce, która niezłomnie sprzeciwiała się zniewoleniu Polski, nie godziła się, żeby barbarzyńscy przemieniali narodowe sanktuaria w domy publiczne, magazyny, chlewy i stajnie.

 

 Ona walczyła nie tylko o swoją, ale także za naszą wolność. Za tę godną postawę my współcześni jesteśmy Jej winni modlitwę, pamięć i szacunek.

         

Wbrew zakłamanemu światu zrealizujemy testament ideowy Danusi Siedzikówny. Dała nam przykład, że nie jest to takie trudne – wystarczy zawsze zachowywać się tak jak trzeba.

 

Danuta Siedzikówna urodziła się 3 września 1928 roku w miejscowości Guszczewina na Podlasiu, leżącej do 1939 roku w granicach powiatu Bielsk Podlaski. Jej ojciec był leśniczym w Olchówce k. Narewki.

         Dzieciństwo i okres wczesnej młodości Danusi Siedzikówny były ściśle związane z piękną ziemią podlaską. Tu stawiała pod okiem matki swoje pierwsze życiowe kroki, tu kształtowała się jej miłość do Ojczyzny. „Tu spędziła dzieciństwo beztroskie, Tu jej matka szeptała w pacierzu: Córko, Podlasie – to szmat ziemi polskiej, Którego wielkość sercem mierzyć trzeba”.

         

Podlasie to ziemia mlekiem i miodem płynąca, rdzennie polska. Mieszkańcy tej ziemi słyną z patriotyzmu i umiłowania wolności, wielokrotnie w historii dawali dowody przywiązania do tych tradycji.

 

Na terenach Podlasia niejednokrotnie dochodziło do walk z najeźdźcami przybywającymi najczęściej ze wschodu, ale także z zachodu Europy. Piękną kartę zapisali mieszkańcy Białostocczyzny w okresie powstań listopadowego oraz styczniowego. W 1863 roku w okolicach Puszczy Białowieskiej walczyły liczne oddziały powstańcze.

         

Miejsce urodzenia Danusi Siedzikówny, wieś Guszczewina, administracyjnie należy obecnie do województwa podlaskiego, powiatu hajnowskiego. Leży na skraju Puszczy Białowieskiej. Siedzibą gminy jest Narewka. W latach 1975 – 1998 Guszczewina znajdowała się w województwie białostockim.

         

Gmina Narewka stanowi południowo – wschodnią część województwa podlaskiego. Od wschodu granica państwowa oddziela ją od Białorusi. W północnej części gminy znajduje się zbiornik wodny Siemianówka, który stanowi dużą atrakcję turystyczną.

       

Siedziba gminy, wieś Narewka leży nad rzeką o tej samej nazwie, nieopodal Hajnówki, na obrzeżach Białowieskiego Parku Narodowego. W początkach XIX wieku Narewka była miasteczkiem, które posiadało regularnie wytyczone ulice, rynek i stację pocztową.

                              

 Okres dzieciństwa upłynął Danucie Siedzikównie w rodzinnej Olchówce, w której mieszkała do 1939 roku. Wychowywała się w rodzinie o ugruntowanych tradycjach patriotycznych. Siedzikowie był to typowy ród szlachecki wywodzący się z Podlasia. W rodzinie przykładano dużą wagę do tradycji patriotycznych i edukacji dzieci.

       

Ojciec Danusi, Wacław studiował w Petersburgu. Jako dziewiętnastoletni student został zesłany w 1913 roku na Syberię za działalność w konspiracji niepodległościowej. Do Polski powrócił dopiero w 1926 roku, po 13 latach zesłania, korzystając z dokumentów nieżyjącego syna polskich zesłańców. Został leśniczym w Olchówce koło Narewki, do której przeprowadziła się cała rodzina.

        

Matką Danusi była Eugenia z Tymińskich, spokrewniona z rodziną Piotra Orzeszki, męża pisarki Elizy Orzeszkowej.

       

Danusia Siedzikówna była jedną z trojga rodzeństwa, miała młodszą o trzy lata siostrę Irenkę i o rok starszą Wiesię, z którymi była bardzo związana. Do 1939 roku uczyła się w szkole powszechnej w Olchówce, a w okresie wojny w szkole sióstr salezjanek w Różanymstoku koło Grodna. W wolnej Polsce żyła zaledwie jedenaście lat. Wystarczająco długo, aby nauczyć się wierności, lojalności, umiłować wolność i prawdę ponad życie.

    

Najstarsza siostra Wiesława oceniła lata dzieciństwa spędzone w leśniczówce pod Narewką, jako okres błogosławiony, dający siły na dalsze lata trudnego życia.

         

W 1939 roku szczęśliwe dzieciństwo Danuty Siedzikówny z dnia na dzień legło w gruzach, wybuchła II wojna światowa. Ziemie Polskie zostały rozdarte między dwóch okupantów. Podlasie początkowo znalazło się w sowieckiej strefie wpływów, w 1941 roku wkroczyli na te tereny Niemcy, a w 1944 roku ponownie zjawili się okupanci spod złowrogiego znaku sierpa i młota. Rydz Śmigły wypowiedział jakże znamienne słowa, charakteryzujące nowych okupantów: Niemcy unicestwiają nas fizycznie, Sowietom to nie wystarcza, oni chcą unicestwić polskie dusze.

         

Na drogę życiową Danuty Siedzikówny wpłynęły tragiczne losy rodziny. Danusia dorastała w atmosferze opowieści o okrucieństwie zesłania i bolszewickiej rewolucji w Rosji. Patriotyzm i poczucie miłości do Ojczyzny wyniosła z domu, a wynikały one głównie z poczucia przyzwoitości i wierności takim wartościom, jak lojalność, uczciwość, prawda.

         

Dziwna była ta okupacja sowiecka. W oficjalnej propagandzie nazywano ją wyzwoleniem, podczas gdy była to zwyczajna agresja. Pacyfikacje, gwałty, tortury, mordy i grabieże nazwano „bratnią pomocą”. Wielu Polaków, szczególnie tych, którzy nie doświadczyli na własnej skórze sowieckiego „wyzwolenia” uwierzyło tej fałszywej, sączonej przez całe lata propagandzie. Tym ludziom odebrano dusze.

         

Matka Danuty Siedzikówny była aktywną uczestniczką Armii Krajowej, należała do siatki terenowej AK na Podlasiu. Za udział w konspiracji została aresztowana przez Niemców w listopadzie 1942 roku i po ciężkim śledztwie i torturach zamordowana we wrześniu 1943 roku w lesie pod Białymstokiem.

 

Danusia po raz ostatni widziała matkę w szpitalu więziennym w Białymstoku strasznie zmasakrowaną. „Inka” miała wtedy zaledwie piętnastnaście lat. Grobu zamordowanej matki nigdy nie odnalazła. Z przekazywanych przez Eugenię Siedzik z więzienia grypsów wynikało, iż udało się jej zidentyfikować osoby, które spowodowały jej aresztowanie.

 

Należały one do kolaborującego z Niemcami Komitetu Białoruskiego z Narewki. W jednym z ostatnich grypsów przesłanych córkom z więzienia matka Danusi napisała: „Dziewczynki, zemstę zostawcie Bogu”. Być może coś przeczuwała i chciała uchronić córki od dalszych tragedii.

       

W lutym 1940 roku po zajęciu terenów wschodniej Polski przez Rosjan ojciec Danuty Siedzikówny został ponownie zesłany przez NKWD na wschód, pod Krasnojarsk. Łagry opuścił po roku, dzięki umowie Sikorski – Stalin, zaciągając się do wojska generała Andersa. Mimo że miał zaledwie 50 lat, był już wrakiem człowieka. Na skutek ciężkich przeżyć oraz z powodu słabego zdrowia nadwątlonego dwukrotnym zesłaniem zmarł w Iranie, wkrótce po opuszczeniu przez armię Andersa Rosji. Jego grób, który znajduje się na cmentarzu polskim w Teheranie zachował się do czasów dzisiejszych.

        

Po śmierci rodziców wychowaniem Inki, Ireny i Wiesi zajmowała się babcia. Śladem rodziców Danusia zaangażowała się w działalność konspiracyjną, początkowo walczyła w Armii Krajowej przeciwko Niemcom, następnie przeciwko Sowietom i miejscowym kolaborantom budujących w Polsce podstawy nowego totalitarnego systemu. Do konspiracji wstąpiła także Jej starsza siostra Wiesława.

 

Po zamordowaniu przez gestapo jej matki, razem z siostrą Wiesławą wstąpiła do AK (przysięgę złożyła w grudniu 1943 lub na początku 1944), gdzie odbyła szkolenie medyczne. Po przejściu frontu podjęła pracę kancelistki w nadleśnictwie Hajnówka. Wraz z innymi pracownikami nadleśnictwa została w czerwcu 1945 aresztowana za współpracę z antykomunistycznym podziemiem przez grupę NKWD-UB (działającą z polecenia zastępcy szefa WUBP w Białymstoku, Eliasza Kotona).

 

Została uwolniona z konwoju przez operujący na tym terenie patrol wileńskiej AK Stanisława Wołoncieja "Konusa" (podkomendnych "Łupaszki"), następnie jako sanitariuszka podjęła służbę w oddziale "Konusa", a potem w szwadronach por. Jana Mazura "Piasta" i por. Mariana Plucińskiego "Mścisława". Przez krótki czas jej przełożonym był także por. Leon Beynar "Nowina", zastępca "Łupaszki", znany później jako Paweł Jasienica. Danuta Siedzikówna przybrała wówczas pseudonim "Inka".

 

Na przełomie 1945/1946, zaopatrzona w dokumenty na nazwisko Danuta Obuchowicz, podjęła pracę w nadleśnictwie Miłomłyn w powiecie ostródzkim. Wczesną wiosną 1946 nawiązała kontakt z ppor. Zdzisławem Badochą "Żelaznym", dowódcą jednego ze szwadronów "Łupaszki". Po śmierci "Żelaznego", zabitego podczas obławy UB 24 czerwca 1946, została wysłana przez jego następcę, ppor. Olgierda Christę "Leszka" po zaopatrzenie medyczne do Gdańska i tam aresztowana przez UB rankiem 20 lipca 1946, a następnie umieszczona w pawilonie V więzienia w Gdańsku jako więzień specjalny. W śledztwie (kierowanym przez naczelnika Wydziału III WUBP w Gdańsku Jana Wołkowa i kierownika Wydziału Śledczego WUBP Józefa Bika) była bita i poniżana; mimo to odmówiła składania zeznań obciążających członków brygad wileńskich AK. Została skazana na śmierć 21 sierpnia przez sąd kierowany przez mjr. Adama Gajewskiego i zastrzelona przez dowódcę plutonu egzekucyjnego ppor. Franciszka Sawickiego 28 sierpnia 1946 wraz z Feliksem Selmanowiczem ps.” Zagończyk”, w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku. Według relacji przymusowego świadka egzekucji, ks. Mariana Prusaka, ostatnimi słowami "Inki" było: Niech żyje Polska! Niech żyje "Łupaszko"! Miejsce pochówku ciał nie jest znane.

 

Oskarżenie było całkowicie absurdalne. Ince zarzucono osobisty udział w zastrzeleniu funkcjonariuszy UB i MO podczas starcia koło miejscowości Podjazy z oddziałem Łupaszki, a nawet wydawania rozkazów, pomimo że była jedynie sanitariuszką oddziału. Nie brano pod uwagę nawet jej wieku (była nieletnia). Rozbieżności w zakresie jej udziału w starciu pomiędzy partyzantami a UB i MO pojawiły się zresztą w zeznaniach samych milicjantów. Jedni zeznawali, że Inka strzelała i wydawała rozkazy inni że nie. Jeden z milicjantów przyznał nawet, że Inka udzieliła mu pierwszej pomocy, gdy został ranny. Ostatecznie nawet stalinowski sąd stwierdził, że Inka nie brała bezpośredniego udziału w zabójstwach. Mimo to wymierzył jej karę śmierci.

 

W dokumentach zachowanych w archiwum IPN znajduje się "Prośba o łaskę" do "Obywatela Prezydenta", czyli Bolesława Bieruta, napisana 3 sierpnia 1946 r. Została zredagowana przez obrońcę "Inki" z urzędu, Jana Chmielowskiego. Pisana jest w pierwszej osobie ("Ja, Danuta Siedzikówna"). Nie została jednak podpisana przez "Inkę", tylko przez Chmielowskiego. "Inka" odmówiła, ponieważ w tekście Chmielowski pisał o jej kolegach z oddziału jako o "bandzie".

 

W grypsie do sióstr Mikołajewskich z Gdańska, krótko przed śmiercią, "Inka" napisała: Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba. Po śmierci rodziców babcia była jej szczególnie bliska, opiekowała się jej siostrami: Wiesią i Irenką.

 

Prokuratorzy IPN postawili przed sądem byłego prokuratora wojskowego Wacława Krzyżanowskiego (który oskarżał "Inkę" i żądał dla niej kary śmierci), oskarżając go o udział w komunistycznej zbrodni sądowej; został on jednak uniewinniony w sądzie II instancji. Mimo kasacji wyroku na Siedzikównie, do dziś nie został skazany.

 

Oto fotoreportaż z uroczystości autorstwa Józefa Wieczorka:

 

http://wkrakowie2012cd.wordpress.com/2012/09/16/pomnik-inki-danuty-siedzikowny-odsloniety-w-patriotycznym-parku-jordana-w-krakowie/

 

http://wkrakowie2012cd.wordpress.com/2012/09/18/w-holdzie-ince-sanitariuszce-z-ak-ktora-zachowala-sie-jak-trzeba/

 

Szanowny i Drogi Panie Kazimierzu Cholewa, za pamięć o wybitnych Polakach dziękujemy.

 

                                                                                    Aleksander Szumański

 

 

 

 

 

 
««  start « poprz. 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 nast.  » koniec »»

Pozycje :: 481 - 490 z 750
 
Copyright © 2014 . All rights reserved