27.08.2014.
Start arrow Publicystyka
Publicystyka
BEATA OBERTYŃSKA CZ.IV Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
06.07.2012.

BEATA OBERTYŃSKA CZ. IV

 

ALEKSANDER SZUMAŃSKI DLA BARW KRESÓW

 

 STAROBIELSK c.d.

 

Nie wywieziono nas jeszcze tej samej nocy, przeniesiono tylko do innego bloku, bliżej cerkwi. W dwu okropnych, ciasnych celach, w brudzie i smrodzie przemęczyłyśmy się do brzasku.

 

Cały następny dzień trwa mi w pamięci obrazem oślepiającej, duszącej od upału patelni, na której smażymy się od godziny 5 rano do 7 wieczorem. Spędzono nas w ciasną przestrzeń bocznego dziedzińca i stałyśmy tam stłoczone, znajdując ledwie obok własnych nóg miejsce na własny tobołek, oślepione blaskiem, osłabłe z upału i głodu. O trzeciej rano dostałyśmy chochlę lury – to wszystko na cały dzień. Nigdzie ani skrawka cienia, nigdzie niczego na czym by przysiąść można. To ostatnie mniej mnie osobiście dotyka, bo siedzieć nie mogę i tak. Mój świerzb zupełnie szaleje w tym upale. Stoję cały dzień, trzymając nad wyprężonych nad głową rękach ciągle zwilżone prześcieradło. Wydaje mi się, że mi lżej oddychać w takiej wilgotnej budzie.

 

Jak okiem sięgnąć – wszystkie podwórza, drogi, trawniki, ganki i schody zawalone są już więźniami. Trochę dalej pod cerkwią tłoczą się mężczyźni. Widocznie ich też wywożą. Szare mrowie tych nędzarzy okrajano na oddziałki, z których każdy pilnowany jest przez kilku żołnierzy. U nich zawsze ostrzejsza dyscyplina. Bo nas nie pilnuje pozornie nikt. Chyba upał i słońce.

 

Około południa na jednym z ganeczków pojawia się niespodziewanie ktoś, kogo w myślach nazywałam odtąd zawsze „ten starobielski szatan”. Był to mężczyzna wysoki lat najwyżej trzydzieści, smagły, o kruczych, bujnych, w tył odrzuconych włosach. Rubaszka na nim czarna, lśniąca i czarne, wysokie buty. Gdyby siedem grzechów głównych mogło mieć jedną twarz, twarz ta nie byłaby inna od tej, która zawisła tam, wysoko nad nami, w rażącej , nieruchomej ciszy południa. Głęboko osadzone oczy – oczy jaskiniowca i pomyleńca – w połączeniu z bruzdami wyrafinowanego okrucieństwem uśmiechu, robiły z tej martwej maski jakiś złowrogi symbol tych sił, których bestialskiej przemocy doświadczyliśmy niestety wszyscy. Nerwowy tik przemycający lewym jego policzkiem, narzucał wrażenie, że sama materia otrząsa się w nim konwulsyjnie pod naporem nagromadzonego w tym człowieku zła… W asyście kilku dygnitarzy, sam przez nich traktowany jak dygnitarz, zszedł z ganku i zbliżał się ku nam powoli, wgniatając w piasek koniec czarnej laski. Paraliżem widocznie tkniętą nogę wyrzucał przed drugą z trudem i złością, jak cos obcego nienawistnego, z czego się jednak otrzepać niepodobna.  Ogromny, zgarbiony, robił wrażenie kogoś w kim wyjątkowe siły żywotne walczą z jakąś podgryzającą je, nieuleczalna chorobą. Nade wszystko jednak górowało w nim zło. Uczułam to niezbicie kiedy zobaczyłam z bliska jego oczy, oczy maniaka i zboczeńca. Spojrzenie ich zmroziło nas zresztą wszystkie mimo upału. Wrzawa ucichła, a on kulał między nami jak doświadczony gospodarz, oceniający „na oko” snopy przed młóceniem. Ile potu, ile krwi, ile męki da wydusić z tej stłoczonej czeredy pojmanych niewolników?  Miało się wrażenie, że ten jego sadystyczny uśmiech czuje już na wargach słodki posmak śmiertelnego cierpieniem miodu, po jaki wyprawiał oto nas – roboczy, ludzki owad, wyrojony dziś tak licznie z więziennych uli starobielskiej pasieki.   

 

Pierwsi spod cerkwi ruszyli mężczyźni. Szli czwórkami, w oddziałach po kilkudziesięciu. Idąc ku bramie musieli nas mijać z bliska. Słońce było już nisko, kurz spod nóg wstawał tumanami. Szli w mętnym blasku, wprost pod słońce. Starzy i młodzi, chorzy i kaleki. Cywile w miejskich, wymiętych płaszczach, żołnierze w wystrzępionych, rozchełstanych odartych z guzików mundurach. Dźwigając na ramieniu toboły z powiązanych sznurkami kilimów – szli rumuńscy chłopi, ci z Zakarpacia, w krótkich serdakach, haftowanych koszulach i rzemykami pookręcanych nogach, „ruscy” w dziurawych fufajkach, w rurach watowych spodni, w wyleniałych futrzanych pilotkach, nasi chłopi w kożuchach, półgołe dziady, studenci, księża. W niektórych czwórkach wleczono kogoś pod ręce.  W innych po dwóch spoconych więźniów taszczyło jeden ciężki tobół biegnąc zdyszanym truchtem, nieporęcznie, bokiem. Tu i tam przekuśtykał ktoś o kulach, indziej ktoś macał laska piasek przed sobą, ekstatycznie zapatrzony w niewidziane słońce… A wszystko w pośpiechu, w lęku, nadążające zdyszanym kłusem za innymi, gnane, popędzane, dławione kurzem i gorącem.

 

A potem ruszyły kobiety.

Powietrze było już  tak mętne od wzbitego tysiącem tamtych stóp kurzu, że szło się jak w gorącej, niskim słońcem prześwietlonej mgle. I teraz dopiero kiedy mi przyszło po całym dniu stania w upale bez chwili odpoczynku i bez jedzenia, gnać naprzód w tym kurzu po kostki, zdałam sobie sprawę, jak bardzo mnie pobyt w Starobielsku wyczerpał i osłabił. Worek ugniata mi świerzbowaty grzbiet, w płytkie trzewiki nasypany piasek żre stopy i ociera pięty, a wyschnięte usta łykają tumany ksztuszącego pyłu. Oczywiście gnają nas, jakby się paliło.

 

Po pewnym czasie zaczynam ustawać. Nie mogę. No już nie mogę. Konwojent z psem i bagnetem idzie tuż za mną, złości się, przygaduje coś o „paniach w kurorcie”, o spacerach w Warszawie i o tym, że w łagrze nabiorę sił. Poczciwa pani Stefania, ta ze Speca i mała Władzia pozostają umyślnie ze mną w tyle, abym nie ja sama była narażona na jego krzyki i uważki. Jestem już jednak tak zmęczona, że mi naprawdę wszystko jedno. Po prostu czarno mi w oczach. To zawsze tak. Kiedy jest już tak ciężko, że chyba nie może być gorzej, kiedy człowiekowi się zdaje, że padnie z wyczerpania, przychodzi nagle ulga. Po godzinnym może gnaniu nas gościńcem wpędzili nagle nas – pewnie dla skrócenia drogi – na łąki.

 

Wreszcie – a mógł to być jakiś ósmy, czy dziewiąty dzień naszej jazdy – nagle – w szczerym polu, wywołują kilka  nas z wagonu. Z Polek idzie tylko szykowna pani Ada, Kazia z Kulikowa i ja. Reszta – Żydówki i Marzenka z krzywą twarzą, mała Władzia, ku mojej i jej żałości, zostaje. Nie wiemy, i jak zwykle, zdumiewa nas potem bezsens ich poczynań. Z niedocieczonych do dziś powodów przenosza nas tylko o kilkadziesiąt kroków dalej, z bydlęcego wagonu na owa reszotkę. Jest to, jak wiadomo, zwykły wagon  trzeciej klasy, tyle że okratowany i mający trzy pietra półek do leżenia. Po co to robią? Dlaczego? Nie wiem. Oni sami pewnie też. Pcham się więc korytarzem, mijając poszczególne, pełne kobiet klatki. Niczyjej twarzy nie mogę rozeznać, bo za skośna, grubą kratą mrok prawie zupełny, jako że  szyby w przedziałach zabite są deskami. Nagle – w jednym z nich zakotłowało się niespodziewanie, ktoś woła mnie po imieniu i widzę – Helenę! Roześmiana, ucieszona, zdążyła krzyknąć – nim mnie kolba pchnęła dalej – że ona i Marysia jadą w tym samym transporcie. Cóż to za pomyślność radosna! Nie miałam przecie pojęcia, w którą stronę ruszyły ze Starobielska. A tu raptem – znów razem! Cudownie! Ku wielkiej uciesze pakują mnie w przedział tuż obok tego w którym jedzie Helena, tak że możemy do siebie krzyczeć. Okazuje się, że jest tam także „długa Krystyna” i ta miła papadia z warkoczami i kilka innych jeszcze, tak że cały korytarz ku furii striełków  az szumi od rozmów.

 

Dowiaduję się, że wiele wagonów z naszego eszelonu  zostało p0o drodze odczepionych i poszło gdzie indziej, bardziej na wschód. Moc jednak z pierwszej kamery zostało i jedzie razem. Helena opowiada mi także ze śmiechem, że ją z bydlęcego wagonu przenieśli tu, niby jako do karceru. Wycięła taką awanturę którejś z Żydówek za obrazę Polski, że ją postanowiono ukarać. I ukarali ja tym, że ja z potwornych warunków przenieśli w o tyle znośniejsze! Idioty! To przykre tylko, że Marysia została teraz sama. Ale to chyba na krótko. Już pewnie niedługo będziemy u celu.

 

Mam miejsce na półce, pod samym sufitem. Zamiast przeklętej tuby – lampa bez palnika i klosza jest moim najbliższym sąsiadem. Mam wybłaganą na którejś ze stacji gałąź obcego krzaka i opędzam się od komarów, aż mi ręce więdną. Okna na korytarzu są pootwierane i widzę z wyżyn mojej półki pocięty w kratę świat. Zmora, nie świat. Kilometrami, milami tajga – i nic. Przestrzeń opuszczona przez Boga i ludzi. Młaki, bajora, oparzeliska, torfy, karłowate laski, a wszystko utopione w bagnach i w białych, nijakich nocach i w białych, nijakich dniach. Czasem jakiś potępieńczy obóz przcujących skazańców. Komary muszą ich tu jeść  żywcem. Wszędzie widać owe ratownicze, kudlące się dymem ogniska i wszyscy maja głowy omotane czarna siatką. Czasem na dnie płytkiego lasku migną, z brzozowych pniaków poukładane sągi, lub na świeżych jeszcze trzaskach bielejące baraki. A potem znowu godzinami nic, tylko bagna i mokradła. Naprawdę zmora – nie kraj! Już lepiej zamknąć oczy, albo patrzeć na mętny odblask zieleni, sunący do góry nogami tuż nade mną po brunatnym lakierze sufitu.

 

Po dwóch dniach, od ciągłego leżenia na deskach – usiąść u mnie na górze nie sposób! – Zaczynają mnie bardzo boleć kości. Tym sobie przynajmniej tłumaczę zmęczenie i uczucie coraz większego rozklejenia.

 

O i nie było rady! Trzeba sobie było uciąć na tej półce pod sufitem grypę jak się patrzy z oślepiającym bólem głowy i łamaniem wszystkich stawów. Długa Krystyna w przedziale obok ma zresztą grypę też. Już taka jakaś passa przyszła na nasz wagon.

 

Wreszcie, w dwa pełne tygodnie po wyjeździe ze Starobielska każą się nam wyładowywać. Jest mi tak słabo, że ledwie z półki się zwlekam. Jesteśmy w lesie. Buda zamiast stacji, parę szałasów, jakaś szopa. Wszystko razem nazywa się Kożwa. Pod lasem czeka lora na nasze wieszczi. My same mamy iść kilkanaście kilometrów piechotą. Wagony wyrzucają kolejno swoją żywą, zaśpieszoną nadziankę. Ruch, gwar, zamieszanie. Jedne się już znalazły, inne się jeszcze szukają. Helena poleciała po Marysię. Krystyna leży jak długa na tobołkach, ja kulę się na swoim – jak półtora nieszczęścia i ani ręką, ani nogą. Jedna tylko pani Ada – która chronicznie nie domaga – domaga się za to energicznie u jednego z konwojentów, aby nam, chorym pozwolił wleźć na lorę. Po długich targach wdrapujemy się wszystkie trzy na stos rozlatujących się tobołków – i jazda! Zdrowe mają nadążyć piechotą. Dzień jest wyjątkowo pogodny i ciepły. A może to noc? Nie można wiedzieć. Nie czuje się jednak czerwca w powietrzu. Nachylenie światła też jakieś jesienne. Tylko obłoki podobne do naszych. Białe, twardo ubite, ciągnące leniwie. Bóg wie dokąd. Lora gramoli się najpierw leśną drogą, burczy, furczy, ale jakoś lezie. Potem wydostajemy się na coś co by się u nas nazywało haniebnym zrębem. Mizerne, rzadko rozrzucone świerczki o paru wypierzonych, wyrywających się w jedną stronę gałęziach , krzaki jałowca czy czegoś bardzo do jałowca podobnego, koślawe, rachityczne brzózki – a dołem wrzos i wysokie, łykowate kępy borówek. Gdzieniegdzie dygocze liśćmi jaskrawa zieleń „wilków” wokół srebrzącego się w słońcu starego kikuta po wyłamanej osice. To wszystko.

 

Brzeg jest obstawiony strażą i nikomu nie wolno wysiadać. Z każdej barży  wyznacza się tylko kilku mężczyzn i ci pod strażą idą do najbliższego żywnościowego punktu po prowiant. Ów najbliższy punkt jest czasem tak daleko, że czekając ich powrotu stoimy przy brzegu wiekami. Wracając ledwie się wloką, biedacy. Mam w oczach taki sunący po wysokim brzegu pochód zgarbionych sylwetek, gnących się pod ciężarem olbrzymich worów. Drobny kłus zgiętych w kolanach nóg i napięcie grzbietu świadczą wyraźnie, że gonią resztkami sił. Za nimi ciężkie postacie w długich po kostki szynelach i cienkie żądła bagnetów na tle żelazistego nieba.  

 

Życie towarzyskie kwitnie i tu, jak w Starobielsku. Chodzi się „po chałupach” z wizytami. Marysia z Helena mieszkają wysoko, na najwyższym piętrze. Są tam i obie „długie” Krystyny i Danusia. Tyle, że karkołomne wdrapanie się na górę jest połączone z nieodzownym upapraniem się w żywicy zalepiającej słupy nar. Prócz tego gwoździe i kanty nieheblowanych desek czychają tam podstepnie na resztki mojej spódnicy.

 

O niewiadomej godzinie – bo dzień jest ciągle – pognali nas ku wąskotorowej kolejce i załadowali na otwarte wagoniki. Mała jak samowar, niepoważna lokomotywa fuczy i pluje parą przed długim szeregiem lor, wyładowanych kobietami, węglem i deskami. Co parę wagonów jedna błękitna czapka i bagnet.

 

I tak ruszyliśmy w tundrę. Kołatały pod nami wagoniki, sapał blaszany samowarek i pociąg sunął po kolana w twardej, nieznajomej gęstwie północnej roślinności. Dziwna jest ta tutejsza roślinność. Jakby w niej wcale nie było pędu ku górze i światłu. Dochodzi do pewnej, bardzo przyziemnej wysokości – i staje. Jakaś taka milcząca, nie gwałcona przez żadną roślinną konwencja ograniczająca wzrost i może dlatego tundra robi wrażenie z daleka wrażenie futra. Jest gęsta, zbita, jednolita.

 

Dzień jest ponury, zawleczony niskimi chmurami. Na torach pochłodniało. Dotąd był tylko pęd pociągu, teraz wziął się nie wiadomo skąd przenikliwy, nagły  wiatr. Nasz samowarek zaczyna kurzyć drobnym, zjadliwym miałem, tak że już patrzeć trudno. Zbijamy się więc w jeden kat jak owce, naciągamy koce na głowy i jedziemy na oślep, zmęczone, śpiące i głodne – ze trzy opętane godziny.

 

Wreszcie Czuma. Dwa drewniane baraki, mały tętniący telefonem stacyjny budyneczek, stosy na drogę  i w rowy zwalonych desek, tundra i my. 350, czterotygodniową podróżą do upadłego zmęczonych kobiet. Na małym jak ren koniku uwija się wokół nas jakiś człowiek w fufajce  i czarnej siatce od komarów. Jest też kilku konwojentów w szynelach, którzy wyszli naprzeciw nas z Loch-Workuty.

 

I nagle, ku obezwładniającemu przerażeniu dowiadujemy się, że nas popędzą dalej piechotą!  Ludzie na świecie! Przecie to najodleglejszy łagier „Workut-Stroju”! W dodatku nie dają żadnej podwody na rzeczy, choć niektóre z nas są chore naprawdę, a inne mają tobołki tak ciężkie, że je ledwie z miejsca na miejsce mogą przetaszczyć! Na zrozpaczone perswazje i błagania Cesi władze znajdują jedną tylko, złośliwie uśmiechniętą odpowiedź: - A kto wam każe nieść? Jak za ciężko można rzucić.   

 

I pognali nas tak tundrą na przełaj, w ostrej, pętającej nogi gęstwie borówczanych krzków, przez moczary, bagna, wertepy i wrzosowiska, gdzie – miejscami tylko przetarte koleiny świadczyły, że nie my przedzieramy się tędy pierwsze.

 

Drogi tej nie zapomnę póki tchu. Dwa razy w życiu sądzone mi ją było odbywać tam i z powrotem – dwa razy – i sama nie wiem kiedy była straszniejsza? Nie mam pojęcia, ile to dokładnie kilometrów. Nie więcej chyba niż piętnaście, ale jakość tych piętnastu starczy za pięćdziesiąt innych! Osłabłe z głodu, gnące się pod ciężarem worków, które z każdym krokiem stawały się coraz cięższe, podarte do krwi na krzakach, upaprane po kolana w bagnach i strumieniach wleczemy się tak, jak gromada potępieńców ostatkiem sił i tchu.   

                                                                                                              cdn.

                                                                                                              Łagier po biegunem      

  

 

 

 
BEATA OBERTYŃSKA CZ.III Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
06.07.2012.

BEATA OBERTYŃSKA CZ. III

 

ALEKSANDER SZUMAŃSKI DLA BARW KRESÓW

 

STAROBIELSK

 

ŚMIERĆ  DOMU

 

Odbyło się to całkiem po cichu,

W mętnym zmroku jesiennej szarugi,

Od samych piwnic do strychu

Od jednego węgła po drugi,

Od załomu ściany do załomu

Zabitego, złupionego domu…

 

Nikt nie widział, nie słyszał, nie przeczuł

Któż by zresztą tym głowę zaprószał?

Że się w mętny, zapłakany ten wieczór

Wynosiła z domu jego dusza.

 

Ocalała jakoś do ostatka,

Nikt jej w worki przy rabunku nie natkał,

Nikt jej w szafach czy kufrach nie szukał,

Nikt siekierą zamków nie łupał,

Ram nie łamał jak starym obrazom,

Z lustrem nie zbił – nie wywlókł na gazon,

Drapieżnymi nie skalał jej dłońmi,

Nikt po prostu nie pomyślał o niej.

 

Najcenniejsza, a nie rozpoznana,

Nieuchwytna, niepotrzebna nikomu

Przyzostała niczyja i sama

W czarnej głębi zabitego domu.

 

Kto się wmyśli w martwotę i w ciszę,

Którą wtedy dookoła ma się?

Gdzież się okno wyrwane kołysze,

Jak złamane skrzydło na zawiasie,

Przeciąg zdartą firanką odwiewa,

Oślepione, połupane, puste,

W mrok się gapią czarne ramy luster,

Kwadratami tafli których nie ma.

 

Kto zrozumie co czuje zwierciadło,

Gdy mu z piersi świat odbicia wykradną?

Czarnej paszczy znajomym wykrojem,

Głąb kominka w mrok bezgłośnie krzyczy,

Obok zewłok starego fotela,

Trzew wyprutych puszystość wybiela.

Gdzieś drzwi trzasły, chłód nadął pokoje,

Zbita szyba posypała się z piętra,

Z kąta w kąt i z powrotem,

Dusza domu chodzi i pamięta.

 

Tutaj książki zza szyb się bibliotek

Wygarbiły szeregami grzbietów,

Teraz stos ich tli jeszcze na dworze.

Tapet chłodnym, rozległym deseniom.

Przypatruje się tępo i niemo,

Rozpoznaje po świeżych kolorach,

Co gdzie jeszcze wisiało do wczoraj

Pustych haków czerni się zdumiewa,

Jeszcze nie wie, jeszcze pojąć nie może,

Jeszcze szuka, ścian się jeszcze dotyka,

Drogę dłońmi przed sobą obiema

Wymacuje jak ślepiec bez mała

I na pustkę się wszędzie natyka.

 

Już to tylko tu jest, czego nie ma.

Ona jedna, ostatnia została.

 

Gdzie są ci, którzy sercem ją grzali?

Którzy z własnych dusz pić jej dawali,

Myślą się z nią dzielili jak z siostrą?

Gdzie są sprzęty, do których się ciepła,

Od lat  swojska tuliła i lepła?

Wszystko w jednym skończyło się wstrząsie,

Wszystko życie na kopytach rozniosło,

Jeszcze resztki na gazonie tlą się.

 

Z krzywd najcięższa, kamienna, żelazna,

Dokonała się tutaj w jej oczach śmierć gniazda.

 

W mętnym zmroku jesiennej szarugi,

Od jednego rogu po drugi,

Od pierwszego węgla po czwarty,

Z drzwi bezbronnie na oścież otwartych,

Z czarnej głębi złupionego wnętrza,

Najcenniejsza dotąd najświętsza,

Niepotrzebna już dzisiaj nikomu,

Wynosiła się precz dusza domu.

 

Jak dym z drzwi się wejściowych wywlokła,

Jak firanka wywiała się z okna,

Zdartym pasem tapety na ścianie,

Pogładziła dom na pożegnanie,

I w park poszła miarą nieuchwytną,

Między drzewa które jutro wytną.

 

                                 Beata Obertyńska

 

Czekanie jest jednym z podstawowych praw więźnia. Czy w celi, czy w transporcie, gdziekolwiek go rzucą – czeka. Czeka najczęściej stojąc albo siedząc na własnym stołku. Godzinami. Nikt mu nigdy nie powie na co czeka, ani jak długo czekanie to potrwa. Jest to jakiś chroniczny, nieuleczalny jego stan, pozornie nieszkodliwy, a przecie męczący nad wyraz.

 

Czekamy więc na stacji. Noc jest daleka, ciemna. Wiatr dmie zza węgła i druty jęczą nad głowami. Ale zimno nie jest. Czuje się już w powietrzu smak kwietnia. Czeka nas kilkanaście. Wszystkie te które ruszono razem z Chersonia. Ktoś mówi, że pewnie czekamy na woron. Może być. Równie dobrze jednak mogą nas tu  nas tu tak potrzymać parę godzin, czy do rana choćby, a potem pognać piechotą.

 

Wiemy, ze Starobielsk nie jest już w ścisłym tego słowa znaczeniu tiurmą, tylko zamkniętym łagrem  i że mieści się na obszarze dawnego klasztoru prawosławnego monaszek. W rozległej ciemności jawią się wreszcie niskie, białe rogi macających reflektorów. Zatem jadą po nas. Nie pójdziemy piechotą. Oczywiście Hinda zachwyca się świetna organizacją. Lora jest duża rozklekotana. Włazimy na nią skwapliwie, gotowe nawet dla świętego spokoju przyznać Hindzie rację.

 

Jedziemy – od niepamiętnych czasów pierwszy raz – nie w zamkniętej budzie, czy wagonie, tylko otwartym autem. Noc jest wiosenna i powietrze jest wiosenne, ale obce w smaku i zapachu. Mijamy jakieś martwe, trwożnie obok drogi przycupnięte domki…

 

…Wreszcie baniasta cerkiew na wzgórzu. Gościniec wije się tak, że raz mamy ją z lewej, raz z prawej strony. Czasem znika na długie chwile Za każdym tylko wynurzaniem się jest większa i większa. Rośnie, garbi się, rozbija się na mniejsze kłębki bań. Teraz widać już okrągło wybałuszone okna. Czarne oczywiście. W miarę jak podjeżdżamy cerkiew olbrzymieje, aż staje nad nami ogromna cienista i martwa.

 

Starobielski łagier to zatrzęsienie domków i domeczków rozsypanych w sadzie. Dno sadu jarzy się elektrycznymi gruszkami które rosną na niskich słupkach. Dziwne wrażenie robi ten od spodu podświecony sad o bielejących koślawych pniach. Jakieś opaczne wiosenne „zaduszki”. Po formalnościach, tych samych co zawsze, puszczają nas do pustej kancelarii, gdzie mamy czekać do rana. Śpimy, a raczej męczymy się na naszych wieszczach. Rano widzę, że mysz wygryzła mi dziurę w worku na chleb. Zły znak! Myszy głodne, więc pewnie ludzie też.  Istotnie. Głód był zasadniczą cechą naszego pobytu w Starobielsku. Ze wszystkich dotychczasowych postojów tu dawał się nam najdotkliwiej we znaki.

 

Cela do której – po dwunastu dniach kolejnego przepędzania nas po różnych „blokach” – puszczają nas nareszcie jest duża i robi wrażenie podzielonego tylko przepierzeniami na trzy części klasztornego refektarza. Może trochę na refektarz za niska, ale czymś takim musiała być za dawnych czasów. Dziś jest tu ciasno i ciemnawo od „dwupiętrowych” nar biegnących wzdłuż ścian i okien.

 

… Kiedy tak stoję bezradnie szukając oczyma jakiejś znajomej twarzy, jakiegoś życzliwego spojrzenia, czuję, że mnie ktoś od tyłu trąca w ramię. Oglądam się i widzę na górnym piętrze nar – ruchem owych chimerek z paryskiego Notre-Dame oparte o brzeg kojki łokciami – dwie młode, nieznajome mi osoby. Niech pani do nas przyjdzie. U nas jest miejsce – mówi jedna z nich, o żbiczym, jak mech zielonym spojrzeniu, podczas gdy druga nie mówi nic, tylko patrzy na mnie z wyżyn swojej kojki błękitnymi oczyma. – Prędko! Niech pani włazi na górę, żeby kto inny nie zajął. My chcemy mieć tutaj panią – przynagla energicznie pierwsza i ciągnie już moje worki. – To bardzo dobra kojka. Blisko okna, jasna i nie ma u nas wszy…

 

Jestem im niezmiernie wdzięczna za okazaną gościnność , ale jeszcze się waham. Chciałabym mieć bliżej małą Władzię. Cóż kiedy i ona jedno tylko miejsce zdobyła i to w drugim kącie celi na parterze pod oknem. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak przyjąć gościnę tych obcych, uprzejmych pań.

Bardzo mi śmiesznie tak dziś o nich pisać! Trudno mi uwierzyć po prostu, że był w moim życiu kiedykolwiek okres, gdy Helena z Marysią były mi obce i nieznajome! Zabawne, jak to człowiek niczego naprzód nie odczuje i nie przewidzi… Nie wiedziałam, że włażąc wtedy na tę kojkę wspinam się naprzeciw  mocnej, oddanej , prawdziwej przyjaźni, którą miałyśmy znaleźć  wszystkie trzy na tym wspólnym więziennym sienniku w Starobielsku…

 

Jak we wszystkich sowieckich więzieniach, mieszanina tu, jak w dolinie Jozafata. W trzech połączonych ze sobą celach siedzi nas chyba ze dwieście! I kogo tu nie ma? Polki, Rosjanki, Rumunki, Węgierki, Ukrainki z Polski i te z Zakarpacia, Żydówki – wszystko! Wszystko też gada równocześnie, wszystko się kłóci, śpiewa, a jak dobrze pójdzie – bije i wyzywa od ostatnich. Taka jest zwłaszcza pierwsza kamera, gdzie z kilkoma  wyjątkami zgrupował się najgorszy, najwrzaskliwszy element. Celę środkową, najmniejszą, zajęły Żydówki. Na pryczach dmą się piernaty złapanych na granicy bogatych uchodźczyń z Węgier, Rumunii, Austrii, obok takich samych jak Szwarc zawiedzionych, ubogich wyłapanych przez Sowiety na granicy stworzeń, które się spodziewały znaleźć tu schronienie. No i można powiedzieć, że je znalazły! W tej tę celi między „rudą panterą”, a durną Salcią, rozłożyła się nasza ideowa Hinda i jest zachwycona  intelektualnym poziomem celi. Trzecią, ostatnią kamerę, a zwłaszcza jej górne piętra zajęły przeważnie Polki.

 

…Późnym wieczorem w niedzielę, w połowie czerwca, staje w drzwiach celi naczelnica, dziwnie jakoś zdenerwowana i zaśpieszona i pada niespodzianie: „Dawaj wsie z wieszczami”. Co dzieje się w celi po takich słowach – trudno sobie wprost wyobrazić! Urwanie głowy! Kij w mrowisku! Muchy w ukropie! Pośpiech, zdenerwowanie, płacz, szukanie rzeczy, zrywanie ze sznurów suszącej się bielizny, pakowanie worków, przypuszczenia, domysły. Dokąd? Po co? Dlaczego? Czy wszystkie razem, czy znowu nas porozdzielają?  Zaśpieszone latamy po celach w pogoni za pożyczonymi drutami, nożyczkami, igłą. Nary kłębią się od trącających się w tej ciasnocie  kobiet  - a naczalnica stoi w tym oszalałym mrowisku i krzyczy , i pogania, i popędza. Wreszcie nary chłodne nagle i chude po zniknięciu worków i sznury, ogołocone z rzeczy – zostają same, a stłoczony, zakalec kobiet, tłumoków, worków i powiązanych sznurkami walizek przegniata się ku wejściu…

                                                        

                                                                                                                  cdn.

                                                                                                          Ciąg dalszy w Starobielsku

 
BEATA OBERTYŃSKA CZ.II Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
06.07.2012.

BEATA OBERTYŃSKA CZ. II

ALEKSANDER SZUMAŃSKI DLA BARW KRESÓW

 

W SOWIECKICH TIURMACH

 W Kijowie jesteśmy nazajutrz, około południa. Czarny woron przewozi nas na teren tiurmy. Pod murem, na przejmującym wichrze, trzymają nas bez jedzenia do nocy. Siąść nie ma gdzie bo stoimy rzędem w błocie. Chodzić dla rozgrzewki nie dają, można więc tylko dreptać w miejscu. „Na stronę” puszczają wówczas wtedy, gdy zbierze się dwadzieścia osób. Dostajemy striełka, który nas pod bagnetem prowadzi do szopy w sadzie. Ale za to nie ma siły ludzkiej, która by nam zabroniła gadać! Po miesiącach przecie stykamy się pod tym murem z więźniami z innych cel i tiurm. Zatem pytania skąd i za co i z kim kto siedział? I co słyszał o wojnie? Nastrój jak zawsze i pomimo wszystko dobry. Każdy wie , że chodzi tylko o to by przetrzymać.

 

Od czasu do czasu podjeżdża pod mur czarny woron i wysypuje dalsze partie więźniów. . To jest prawdopodobnie powodem tego naszego czekania. Chcą w głąb tiurmy puścić dopiero cały transport, który widocznie jest duży.

 

Pod noc dopiero ruszają nas spod muru.

 

Jestem tak zziębnięta, że rąk ani nóg nie czuję. A mam przecie płaszcz i koc. Inni i tego nie mają. Żelazna brama rozdziawia się przed nami i połyka nas więzienie.

 

To kolos ta kijowska tiurma! Podwórze, korytarze, mury, bramy, sklepione sienie i znowu dziedzińce, korytarze, podwórza. Pędzą nas pod jakiś budynek i zatrzymują. Wiatru się tu już nie czuje, tylko zimno idzie od brukowanego kamieniami podwórza. Wywołują nas nazwiskami. Zatem strach, aby nie rozdzielono nas z tymi z którymi jedziemy ze Lwowa. Nigdy się nie wie co zadecyduje o doborze takiej grupy. Może istotnie tylko przypadek i kolejność byle jak złożonych kopert z aktami, które idą razem z nami transportem. Ale nie! Na szczęście nie rozdzielono nas, tylko wywołują razem z nami całą noc innych. A są Rosjanki, rosyjskie Żydówki, Ukrainki, a wszystko z różnymi paragrafami. Razem do dwudziestu samych kobiet, bo tu już nas oddzielono od mężczyzn. Prowadzą nas w korytarz tak wąski jak korytarz w pociągu i pocięty tak samo małymi drzwiczkami, jak te do przedziałów. Żołnierz zatrzymuje się przed jednymi z nich, otwiera je w zupełna ciemność i zaczyna strasznie na coś wrzeszczeć. Nie wiemy o co chodzi. Po chwili z czarnych drzwi wychodzi jakiś łach ludzki, wyglądający na matołka, o dużej głowie i obłąkanej twarzy, cały w szmatach i dygocący z zimna. Żołdak wrzeszczy a to się trzęsie i skrzeczy. Do opróżnionej klatki teraz każą wchodzić nam. Wchodzimy jak do grobowca. Przestrzeni najwyżej 2 na 2 metry. Zamiast okna mały otworek pod samym sufitem, światła tyle ile pada od słabej żarówki z korytarza póki drzwi otwarte. Uderza nas na wstępie smród niedwuznaczny wcale! Ten biedny matołek musiał nie wychodząc, siedzieć tu długo już - i działać! Podłoga jest betonowa i betonowe ściany. Wszystko ocieka wilgocią i cuchnie ludzkimi odchodami. I do tej ohydnej, zimnej klitki wtłaczają siłą dwadzieścia zziębniętych, zmęczonych, głodnych kobiet! Podnosi się wrzask, prośby, płacz. Sołdat kolanem dociska drzwi zamyka nas i odchodzi.

 

Po godzinie całą zapaskudzoną podłogę zalega już stos obojętnych ze zmęczenia kobiet. Nie na wszystkie jednak jest w tej ciasnocie miejsce, a nie ma go już na obie nogi równocześnie. Ja na przykład muszę stać dosłownie raz na jednej, raz na drugiej nodze, trzymając w dodatku mój tobołek w rękach. Od ściany ciągnie zimno przenikliwe. Jestem głodna, zmęczona i zziębnięta do szpiku kości. Po trzech godzinach zaczynamy się buntować. Walenie w drzwi nie odnosi żadnego skutku. Cały zresztą korytarz o nieprzeliczonych celkach wali już od dawna w drzwi, krzyczy, wyzywa, klnie. Korytarz jest długi i niski. Pogłos w nim niesie się dziwnie stłumiony i mylący. Na niewidziane ma się wrażenie, że ten korytarz nie ma dna i że najdalsze krzyki i dudnienia dochodzą z jakiejś nierealnej już odległości. Ze zmęczenia szum w uszach, a ciemność pływa i pulsuje przed niewidzącymi niczego oczami.

 

Dopiero po pięciu może godzinach, a więc głęboko w noc, zgrzyta klucz, na progu staje szynel i pozwala, grupkami po pięć iść pod strażą do klozetu.

 

Ktoś  kto nie widział takiej ubikacji, nie potrafi sobie nawet w przybliżeniu odtworzyć pojęcia o tej ohydzie. Nas to już nie przejmuje. Tuż obok betonowych dziur ciecze w brudną zbitą muszlę umywalni woda. Spieczone pragnieniem i głodem pijemy ją jak która może, albo czerpiąc dłonią, albo podstawiając usta pod zaśniedziały kran. Szyby są wybite  i zimny przeciąg ze śniegiem hula tu na przestrzał. Żołdak wali w drzwi, popędza nas niecierpliwie i każe szybciej wracać do sobaczki. Tak bowiem nazywają  w kijowskiej tiurmie te przeklęte betonowe celki. Są one czymś w rodzaju szufladek w których przetrzymuje się więźnia, nim jego papiery przejdą przez wszystkie biura i urzędy i nim go skierują na dłuższy pobyt  do któregoś z bloków i do którejś z cel. Kijowska bania była najlepszą ze wszystkich jakie potem widziałam w Rosji. Ogromna jasna sala. Podłoga i ściana z jasno kawowych kafli, mnóstwo tuszów, kurków, dobre ścieki, a nawet kabinki do rozbierania się. Kąpie się równocześnie co najmniej sto kobiet. Wody gorącej ile chcesz. Dają spory kawałek mydła, naftę i sabadylę na wszy.

 

A potem czarny  woron, zupełna ciemność, smród i cudze robactwo. Powietrza w takiej hyclowskiej budzie ani krzty. Nie wiemy nigdy co to za miejscowość. Na ogół zresztą wszystko nam jedno. Bo tiurmy wszędzie  do siebie podobne.

 

Tym razem to Charków.

 

Polek w tym transporcie jest tylko siedemnaście. Reszta rosyjskie śmiecie. Mnóstwo małoletnich prostytutek. Jedną z nich zapamiętałam wyraźniej od innych. Chude, wyciągnięte, a blade, jak pęd piwnicznego kartofla. Płaszcz na tym kusy o za krótkich rękawach. Na głowie aż do połysku wytłuszczona – wojskowa pilotka, na nogach kalosze. Stworzenie to przygląda mi się uważnie i z bliska, obchodzi dookoła, dotyka koca, płaszcza. Zagląda jaka podszewka.

 

Wy z Polski – pyta w końcu. Kiwam głową, że tak. – A to was oswobodzili ! – wybucha ironicznym śmiechem, i taka nienawiść do tych „oswobodzicieli” słyszę w jej tonie, że aż mi lżej! A ona rzuciwszy kilka szybkich spojrzeń dokoła siebie, dodaje nagle ciszej, już bez ironii, a z wyrzutem tylko: - a my tak czekali! My tak wierzyli, że wy n a s przyjdziecie oswobodzić!

 

Wreszcie ogromny transport kobiet  spod muru, rusza do bani. Proceder kąpania transportu  jest w każdej tiurmie  taki sam. Zmieniają się tylko warunki, zależne od wielkości więzienia. Rozkład budynku łaźni jest zawsze jednakowy. Zasadniczo trzy ubikacje. Pierwsza i ostatnia mniejsza, sama łaźnia największa. W pierwszej – nieszczelnymi drzwiczkami tylko odgrodzonej od dworu – każą się nam rozbierać do naga. Każda z nas dostaje metalowe kółko na które ma nawlec swoje rzeczy i oddać je do pieca. Prócz butów. Któż jednak ma tu buty? Chyba my,  bo cała Rosja chodzi w kaloszach. Nikogo to nie przejmuje, że przy piecu, który często mieści się w tej samej ubikacji – a jest tylko wysoką ladą odgrodzony od nas – zajęty jest z reguły mężczyzna.   Stado gołych bab, ciągnących za sobą swój szubrawczy przyodziewek przygniata się do tej lady. Odchodzą żarty, umizgi, piski. Element jest przecie bardzo rozmaity z przewagą najgorszego. W małej sionce dzielącej łaźnię od dezynfektora, stoi  prześcieradłem nakryta ławka, a przy ławce sowiecka baba w fartuchu z maszynką do golenia w ręce.

 

Zaczyna się wrzask i pisk i płacze i awantury. Najzażarciej  bronią się wstydliwe, starsze, wiejskie kobiety i w żaden sposób nie chcą się kłaść i poddać przepisowi. Nie ma jednak rady.

Baba goli cały transport pod rząd tą samą maszynką i na tym samym prześcieradle. Potem dopiero puszczają nas do łaźni. Kijowska była wyjątkiem. Wszystkie inne przez które nas przepuszczano były tak straszne, niechlujne i prymitywne, że trudno to opisać. A jeszcze trudniej żądać by ktoś dał wiarę.

 

Nie ma przeważnie szyb i z chwilą gdy się wyjdzie spod tuszu, lodowaty strumień powietrza – jest przecie grudzień – owiewa człowieka mokrego, rozparzonego, o dymiącej jeszcze po umyciu głowie. Ścieki są popsute i tak zalepione odwiecznym mydłem, że woda nie schodzi i pod koniec każda z nas stoi po kostki w cudzych brudach, w które zresztą załatwiają się w czasie kąpieli, jawnie i bez żenady różne półidiotki, nieletnie prostytutki i inne pozornie tylko ludzkie stworzenia. Ponadto póki się wszystkie nie wykąpią i nie wypiorą łachów, reszta musi czekać dzwoniąc zębami i owijając się rozpaczliwie w mokry ręcznik o ile go która ma.

 

Czasem bania jest tak mała, a transport tak liczny, że pod jeden tusz pcha się kilkanaście kobiet jednocześnie. Jedna odtrąca drugą, zaczynają się kłótnie, wrzaski, przekleństwa. Te które mają jakieś wrzody, wysypki, świerzb, czy ropienie są wtedy paniami sytuacji, bo każda zdrowa odsuwa się id nich ze wstrętem i robi jej miejsce dobrowolnie. Odsunąć się jednak w takim tłoku prawie niepodobna. Człowiek jest maglowany, gnieciony i popychany przez jakieś – mniej lub bardziej obrzydliwe – ciała o mniej lub bardziej podejrzanych wyrzutach i ranach. Wszystko w pośpiechu, nienawiści jednych do drugich, w mydle, parze, oślizłości i zmęczeniu.

 

Dopiero gdy wszystkie tusze umilkną otwierają się z klucza drugie drzwi umieszczone naprzeciw tych przez które nas wpędzono do łaźni. Wtłaczamy się do trzeciej ostatniej ubikacji mającej połączenie z dezynfektorem. Zazwyczaj jest to kompletna lodownia, gdyż drzwi prowadzą wprost na dwór, a pieca nie ma żadnego.

 

Na środku, na ziemi – a w wyjątkowych wypadkach na deskach umyślnie na ten cel tam położonych – garbi się stos rozparzonych łachów. Metalowe kółka są tak gorące, że ich wprost tknąć nie można.  I teraz następuje straszna chwila, kiedy na ten wzgórek rzuca się tłum gołych, rozpychających się  kobiet   i  rozkopuje go szukając swoich rzeczy.

 

Oczywiście wszystkie szmaty wysuwają się przy tym z poszczególnych kółek i mieszają jak groch z kapustą. Najohydniej zapaskudzony, cudzy przyodziewek leży skłębiony na ziemi razem z jedynym, co posiadasz, przy czym wyciąganie swojego płaszcza, czy bluzki komuś spod mokrych, a już zabrudzonych nóg jest rzeczą prosta i zwyczajną.

 

 Czasem drugą pończochę znajdziesz dopiero wtedy gdy się już wszystkie ubrały, o ile jej któraś z Sowietek nie wzięła jako szalika na szyję, bo i tak bywało. Najwięcej kradzieży zdarza się w czasie tego ubierania się właśnie. Komuś – pamiętam – zginęła jedyna spódnica, czym zarząd bani wcale się nie przejął mówiąc, że na to nikt nie poradzi. Na palenie i niszczenie w piecu naszych ostatnich rzeczy też widać rady nie było.

 

Któraś dostała raz ataku serca na widok spalonego na brązowo jedynego ciepłego swetra, jaki posiadała.

 

Tym co na tych dezynfekcjach nie ucierpiało nigdy naprawdę to były właśnie gnidy i wszy! Po chwilowym ogłupieniu od gorąca przychodziły szybko do siebie i zaczynały na nowo. Kto zatem – dzięki systematycznemu biciu robactwa, wytępił je w swoich rzeczach – o ile to w tiurmie, a zwłaszcza w transporcie jest w ogóle możliwe – ten w dezynfektorze nabierał obcego tuzinami. Do pieca szło zatem z reguły wszystko tylko po nowe wszy. Twierdzenie to nie jest ani żartem, ani przesadą.

 

Po kąpieli, jak zwykle – dłużąca się w nieskończoność  - rewizja. Stoimy w długim szeregu na korytarzu, a kilku żołnierzy przetrząsa nasze rzeczy. Wysypują wszystko z worków na zaplutą, zadeptaną podłogę, łażą buciskami po wypranej z takim trudem bieliźnie. Nie zabierają już nic, bo wszystko co można było wziąć, wzięli nam dawno, więc po co to wszystko?

 

Trzymam się resztką sił. Czuję gorączkę, głowa boli mnie nieprzytomnie, wrzód w nosie narywa.

 

Mam tylko jedno pragnienie, położyć się byle jak, byle gdzie i zamknąć łzawiące od bólu oczy…

 

                                                                                                            cdn

                                                                                                 cz III  Starobielsk

 
BEATA OBERTYŃSKA CZ.I Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
06.07.2012.

BEATA OBERTYŃSKA cz. I

 

ALEKSANDER SZUMAŃSKI DLA BARW KRESÓW

 

Beata Obertyńska, pseudonim Marta Rudzka - urodzona 18 lipca 1898 roku w Storożce obok  Skolego, w Karpatach Wschodnich, zmarła 21 maja 1980 roku w Londynie – poetka i pisarka polska. Była córką Maryli Wolskiej urodzonej 13 marca 1873 we Lwowie, zmarłej 25 czerwca 1930 we Lwowie – poetki polskiej okresu Młodej Polski i  przedsiębiorcy naftowego inż. Wacława Wolskiego, inżyniera i wynalazcy, pioniera polskiego przemysłu naftowego w Galicji, wydawcy „Słowa Polskiego” we Lwowie, żoną ziemianina Józefa Obertyńskiego.

Jej matka Maryla Wolska była córką Wandy i Karola Młodnickich. Matka Maryli Wolskiej Wanda ( z domu Mone’) była narzeczoną Artura Grottgera ( do dnia jego śmierci 13 grudnia 1867 roku), zaś ojciec – artystą malarzem i przyjacielem Grottgera. Wyrastała więc w atmosferze sztuki. Nawet rodzice chrzestni Maryli byli ludźmi sztuki - w jednej parze był malarz Henryk Rodakowski z pasierbicą Leonią Blühdorn, w drugiej poeta Kornel Ujejski z Leonią Sawczyńską. Nic więc dziwnego, że Maryla od młodych swoich lat uprawiała obie te sztuki.

Willa Zaświecie u stóp lwowskiej Cytadeli, w pobliżu Ossolineum, gdzie mieszkała Maryla Wolska, była miejscem poetyckich spotkań grupy Płanetnicy, do której należał m.in. Leopold Staff, Edward Porębowicz, Józef Ruffer, Jan Zahradnik i Ostap Ortwin.

Najpopularniejszym jej dziełem był tomik wierszy „Dzbanek malin” wydany w 1929 roku. W swojej twórczości nierzadko wykorzystywała motywy impresjonistyczne.

Z małżeństwa z Wacławem Wolskim miała pięcioro dzieci - trzech synów (Ludwika, Kazimierza i Juliusza) oraz dwie córki (Beatę i Anielę). Najbardziej literacko utalentowany, najstarszy syn Ludwik został zamordowany w 1919 przez Ukraińców, najmłodszy - Juliusz zmarł w 1926 roku.

Beata (Obertyńska) była poetką i prozatorką, Aniela (Lela) Pawlikowska - malarką.

Maryla Wolska została pochowana na cmentarzu Łyczakowskim w rodzinnym grobie Młodnickich i Wolskich.

 

Beata Obertyńska dzieciństwo i młodość spędziła w rodzinnej willi "Zaświecie" we Lwowie, ucząc się w domu rodzinnym i zdając egzaminy eksternistycznie.  

 

W młodości związana ze „Skamandrem” i środowiskiem artystycznym Medyki Pawlikowskich (domu jej uzdolnionej artystycznie siostry Leli Pawlikowskiej).

 

Związki literackie z grupą „Skamander” stanowiły w jej twórczym życiu niezmiernie ważny, istotny okres, zważywszy, iż właśnie ta grupa stanowiła  wnętrze i punkt wyjścia całej młodopolskiej epoki literackiej. Wprawdzie nie była członkiem „Skamandra”, ale niezmiernie ceniona i poważana przez poetów i sympatyków tej grupy.

 

Grupa poetycka „Skamander” założona została w roku 1918 przez Juliana Tuwima, Antoniego Słonimskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Kazimierza Wierzyńskiego oraz Józefa Serafinowicza herbu Pobóg – ps. Jan Lechoń. Wzorem dla skamandrytów była przede wszystkim twórczość Leopolda Staffa.

Swoją nazwę wzięła od mitologicznej rzeki opływającej Troję. Jednocześnie jednak zawarta jest w niej aluzja do słynnego zdania z Akropolis Stanisława Wyspiańskiego: "Skamander połyska, wiślaną świetląc się falą". Pomimo bardzo silnego utrwalenia się w ogólnej świadomości funkcjonowania poetów Skamandra jako grupy, Michał Głowiński sformułował sąd, że skamandryci to grupa sytuacyjna, czyli taka, której głównym spoiwem jest rzeczywistość pozaliteracka - wspólna działalność kabaretowa, odczyty i działalność "Pod Picadorem" przy stoliku na półpiętrze w kawiarni Ziemiańskiej w Warszawie, obracanie się w tych samych kręgach towarzyskich.

Historię grupy Skamander można podzielić na trzy okresy, z których pierwszy rozpada się jeszcze na dwa podokresy:

 

integrację grupy - lata 1916-1919,

 

1916-1918 – formowanie się grupy na Uniwersytecie Warszawskim wokół czasopisma „Pro Arte et Studio”.

 

Nie było jeszcze wspólnych wystąpień, ani samoświadomości grupy, ale przy pracy w redakcji rysuje się podobieństwo poetów i ich odrębność od innych grup (głównie na gruncie opozycji anty-modernistycznej). W „Pro Arte et Studio” zostaje opublikowany wiersz „Wiosna” Juliana Tuwima.

 

Wiersz ten wywołał wielkie kontrowersje obyczajowe, które doprowadziły do zmian w redakcji pisma. W ich wyniku redakcję objęły osoby związane ze Skamandrem. Wtedy też stało się "Pro Arte" "bojowym organem", gdzie poeci występowali przeciwko modernistycznym epigonom. 29 listopada 1918 roku otwarta została kawiarnia poetów "Pod Picadorem" w Warszawie. To głównie podczas tutejszych występów ukształtowała się "wielka piątka". Tu też wykrystalizowały się wspólne dążenia grupy, wspólne sojusze i fobie. Poprzez specyficzny kontakt z publicznością jaki zaistniał po raz pierwszy w historii, właśnie "Pod Picadorem" (stałe odczyty, czy występy kabaretowe za które należało uiścić opłatę), grupa wzięła udział w procesie profesjonalizacji i instytucjonalizacji zawodu literata. Członkowie grupy (poza Julianem Tuwimem) proponowali również oferty matrymonialne za uiszczeniem opłaty.

 

1918 – 1919 – działalność grupy już pod nazwą „Skamander”. Pojawiają się wtedy pierwsze tomiki poszczególnych poetów: Julian Tuwim – Czyhanie na Boga (1918 r.), Jan Lechoń – Karmazynowy poemat (1920 r.), Antoni Słonimski – Sonety (1918 r.), Kazimierz Wierzyński – Wiosna i wino (1919 r.), Jarosław Iwaszkiewicz – Oktostychy (1918 r.)

 

Grupa w najpełniejszy sposób przybrała swoją formę. Skupiona wokół miesięcznika „Skamander” osiągnęła programową jednomyślność. W tym też okresie pojawiają się poeci-satelici Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Józef Wittlin, Stanisław Baliński, Kazimiera Iłłakowiczówna, czy powieściopisarze i krytycy (m.in. Wilam Horzyca).

 

Pierwsze wiersze Beaty Obertyńskiej opublikowane zostały w 1924 roku w „Słowie Polskim” we Lwowie, uważane za jej debiut literacki. Studiowała w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej we Lwowie. W latach 1933-1937 występowała na scenach teatrów lwowskich.

 

Otrzymała wiele nagród literackich, m.in. nagrodę londyńskiego „Przeglądu Powszechnego” - 1967 r., nagrodę Fundacji Lanckorońskich - 1972 r., nagrodę Stowarzyszenia Polskich Kombatantów - 1972 r., nagrodę Jurzykowskich - 1974 r.

 

Przysporzyła sławę rodzimej literaturze i swojemu ukochanemu miastu Semper Fidelis, jako, że sama zawsze była mu wierna.

 

Środowiskiem poetki Beaty Obertyńskiej była elita kulturalna oraz intelektualna Lwowa. Najbardziej znani artyści tej epoki odwiedzali letnisko na Storożce oraz dom Wolskich „na Zaświeciu”. Wspomnienia z dzieciństwa  i młodości utrwalone zostały w dwóch książkach Obertyńskiej „Qodlibecik”(1974), oraz „Gitara i tamci” (1926). Ich autorka skoligacona była przez siostrę Lelę (Anielę) – malarkę, portrecistkę i ilustratorkę z zasłużoną dla polskiej kultury rodziną Pawlikowskich. W 1918 roku odbył się ślub Beaty z Wolskich z Józefem Obertyńskim (zm.  1937 ), właścicielem Odnowa i Stronibab.

 

W lwowskim „Słowie Polskim” Obertyńska zadebiutowała utworem „Z pokłonem”. Książki poetyckie oraz proza ukazały się w bardzo pięknych wydaniach „Biblioteki Medyckiej” Pawlikowskich. Obertyńska próbowała także swych sił jako artystka teatru we Lwowie; złożyła egzaminy w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej i występowała na lwowskich scenach w latach 1933 – 1939. Jest autorką nie wydanego dramatu „Tamta” oraz pantomimy teatralnej „Siedem żon Sinobrodego”, napisanej wspólnie z Anną Pawlikowską – córka Tadeusza – wybitnego twórcy teatru. Wychowana w domu polskiej miłości - patriotycznie i religijnie dawała w swojej twórczości wyraz Bogu, Najświętszej Bogurodzicy  ojczyźnie i miłości. Oto kilka jej utworów religijnych i miłosnych ; część z nich pochodzi z książki „Grudki i kadzidła”:

 

Wniebowzięcie

 

Jakże nie miałaś wzwyż pójść – w gwiazd szeleście,

W locie, który Aniołom skrzydła wstecz wyginał,

Skoro nad własnym grobem ujrzałaś nareszcie

Wezwaniem roztryśnięte ręce Twego Syna!?

 

Koronacja

 

Nieba Tobie berło i korona! Słońc blaski!

Mnogość gwiazd i księżyców pod stopy sypnięta!

Krysztale – co na barwy rozbijasz biel Łaski!

Tęczo – nad której łukiem trwa już Trójca Święta!

 

Ulga

 

Gdy mi już czasem bardzo, bardzo źle

i głowę mam ciężką i płonącą,

kiedy w cierpienia popielatym dymie

myśli się wędzą i mącą,

jak płatek róży,

wklęsły i duży

kładę na sercu twe imię...

Bo przez tę prawdę prostą a zawiłą

z życiaś mnie pustką pogodziło

że jesteś...

 

Odjazd

 

I już  po wszystkim... Po słońcu, po lecie...

W ogródku kolejowym gdzie kwiaty też gasną,

niski cień pachnie ziemią i późną lewkonią...

Jeszcze wczoraj w zmroku ciepło było przecie.

Jeszcze dzisiaj w południe słońce ciepłą dłonią

gładziło nasze głowy... teraz chłód już... Szkoda.

Milczmy lepiej. Mam serce ściśnięte tak ciasno,

jak kwiaty w pożegnalnym, zmęczonym bukiecie,

który mi potem oknem do przedziału podasz...

 

Kłębek

 

Chcesz serce me wziąć na spytki

by rzekło, co się w nim kryje?

Jak w kłębku ciemnej włóczki

znajdź tylko koniec nitki,

potem już prędko pójdzie...

Serce się cicho potoczy,

Potula, odwije, odkręci...

Nim samo to zauważy

obiegnie siebie sto razy...

I tym nie zdziwi się wcale

że zacznie topnieć i maleć...

Bez tchu, w sprężystych podskokach,

w odwrotną toczy się stronę,

tak się nareszcie odmota,

tak się nareszcie odwinie,

że go samego nie stanie,

a za to, na dywanie,

we czworo ciasno złożone

znieruchomieje Twe imię...

 

Luty

 

Jeszcze tyle tygodni! Po co wiosny czekać?

Bielą mroźnego kwiatu sad dziś w nocy obrósł,

Słońce między pnie poszło szafiry rozwlekać

I siec prętami cienia, biały skrzący obrus.

 

 

Na nisko zwisłą gałąź spada ciężko wrona

I skrzydłem białe puchy zmiata od niechcenia

Wtedy pod nią na śniegu, śmiesznie wydłużona,

Modrą wronę kołysze modra gałąź cienia.

 

Drzewom sen o jesieni w mróz jest jeszcze dalszy

A przecież - patrz - w tym białym roziskrzonym pyle

Płonie już oto pąsem gatunek najtrwalszy

Ścigłych, zimowych jabłek...Przyleciały gile!

 

 

Dzień dobry

 

Myśl się dziś moja jak płótno na trawie

w słońcu nad wodą bieli

i grzeje

Zamykam oczy i nie wiem prawie,

czy śni mi się tak,

czy dzieje?

 

Myśl się dziś moja jak płótno rozściela

w długich wilgotnych pasmach

nad wodą

Niech wiatr ją chłodzi, słońce wybiela,

niech przesiąka

pogodą.

 

Pochwała świętości, która wciela się w stworzoną doskonałą  naturę i zachwyt nad naturą świata i wszechświata – hymn pochwalny w którym niebo i ziemia oddaje hołd Bogu – to cechy pisarstwa Beaty Obertyńskiej znane z szeregu jej utworów. W jej poezji religijnej, w samej już formie i treści to wyjątkowa twórczość  epoki Młodej Polski.  Postawa medytacji, aura modlitwy, myślenie eschatologiczne, doświadczenie wewnętrzne wypełnione potrzebą zjednoczenia z Bogiem, a także powroty do realiów z Pisma Świętego po to, by lepiej zrozumieć problemy zadane ludzkiemu życiu to najważniejsze właściwości „Grudek kadzidła” publikacji wydanej już na emigracji poetki. Splot nadziei i grozy, paradoks bliskości Boga i nieuchwytność Jego planów, radość z odnowy życia i smutek, który płynie z niedoskonałości i osamotnienia człowieka, określa tu dążenie do pełni religijnego przeżycia… Ważny jest wieloraki ogląd własnych duchowych dziejów, stąd kontrasty, sprzeczności, potwierdzenia i negacje. Beata Obertyńska nie tworzy traktatu religijnego, nie pisze pieśni mistycznej, lecz zwykle decyduje się na zwięzłą, skrótową formę czterowiersza, w której ujawnia się skłonność do konceptu, jak również myśli urwanej, niedokończonej, przechodzącej w sferę milczenia. Trudny przedmiot, jakim jest doświadczenie Boga, który nie daje się zamknąć w pojęciach, lepiej przemawia poprzez „przybliżającą” metaforę. To narzędzie mowy poetyckiej Obertyńska przyjmuje jako naturalne. Oczywiście niewielką tylko część doznań życia duchowego mogą wyrazić słowa. Lepsza jest cisza. Stosowniejsza medytacja. To co tworzy istotę przemyślenia znajduje się „na zewnątrz” wiersza. Nie ma w polskiej poezji współczesnej takich przemyśleń religijnych jak zawarte w twórczości Beaty Obertyńskiej. Prawdziwość języka sprawdza się u autorki inaczej niż w poezji kultywującej piękne wysławienia. Przemiana człowieka wewnętrznego w dążeniu do Boga nie daje się uchwycić w zadowalający kształt słowny, zważywszy, iż poezja religijna i patriotyczna praktycznie nie istnieje u dzisiejszych twórców, nawet jej echa. Czy jest to związane z dzisiejszym upadkiem sztuki? Nie wiem. Porównując twórczość poezji Obertyńskiej do dzisiejszych utworów poetyckich obnaża się w nich całkowita nagość słowa, gdzie nawet jako odzienie nie służy liryka. I w takiej chwili uważam, iż autorka  lutnią obudziła drzemiący świat i w jednej struny chwili stała się opoką dźwięku. Powierzenie istoty ludzkiej Bogu jest najwyższą formą wykraczania poza własne ja, otwiera bowiem człowieka na działanie Miłości:

 

 

„…Życie bez Ciebie, Miłości Wcielona,

Cóż za opaczna Golgota!

Wzgórze, skąd w próżnię wyciąga ramiona

Samotny krzyż Złego Łotra…”

 

Po agresji ZSRR na Polskę , w czasie okupacji sowieckiej Lwowa, w lipcu 1940 roku została aresztowana przez NKWD. Była osadzona w areszcie w osławionych lwowskich „Brygidkach”, następnie więziona kolejno w Kijowie, Odessie, Charkowie, Starobielsku, wreszcie zesłana do łagru Loch-Workuta.

 

Po ataku Niemiec na ZSRR uwolniona w konsekwencji układu Sikorski-Majski, wstąpiła do Armii Polskiej w ZSRS pod dowództwem gen. Władysława Andersa. W 1942 roku ewakuowała się wraz z Armią Andersa do Iranu, przeszła cały szlak bojowy Armii Polskiej - Iran, Palestyna, Egipt i Włochy. Służyła w randze porucznika w kwaterze Oświaty II Korpusu w Rzymie. Na okres kilku miesięcy została odkomenderowana  do napisania wspomnień które zatytułowała „W domu niewoli”, napisanych w Johannesburgu.

Po wojnie osiadła w Londynie. Publikowała w „Dzienniku Polskim” , „Dzienniku Żołnierza”, „Orle Białym”, „Polsce Walczącej”, „Ochotniczce”, „Wiadomościach”, „Życiu”, „Przeglądzie Polskim”.

 

Oto fragmenty jej wspomnień z „Domu niewoli”:

 

[…]Ta książka nie jest „moja”. Pisała ją historia. Pisała ją krzywda i cierpienie ponad milionowej rzeszy Polaków, rzuconych „na przemiał” w zatajoną głąb rosyjskiej ziemi, skąd część z nas zaledwie wyszła z życiem[…].

 

BRYGIDKI

 

[…]Nie chcę nazywać tego przeczuciem, bo z reguły nie miewam żadnych, to pewne jednak, że na dobrych parę  dni przed aresztowaniem obsiadł mnie jakiś obcy mi niepokój i nie mogłam sobie miejsca znaleźć. Nie bardzo wiedząc dlaczego postanowiłam pewnego dnia spalić wszystkie papiery, którym pragnęłam oszczędzić  ewentualnego dostania się w nieodpowiednie, wrogie ręce. Żelazny piecyk w moim pokoju rozhuczał się mimo lata, jak za najlepszych zimowych dni. Bardzo to dziwne uczucie niszczyć tak za życia swoje „pośmiertne papiery”, patrzeć jak ogień oskrzydla  i topi – od lat gromadzone, strzeżone i kochane – listy, pamiątki, fotografie, wychwytać jeszcze ostatni raz wzrokiem na zwijających się płomienistych kartkach, jakieś lepiej pamiętne zwroty, strzępki zdań, wreszcie samo niknące na zawsze pismo. Mimo całej żałości i roztrzęsienia, w miarę jak to się wszystko węgliło i przestawało być, czułam coraz wyraźniej, że je zabezpieczyłam nareszcie , że nie mogłam znaleźć dla tych pamiątek pewniejszego schronienia nad czysty płomień i własną pamięć. Tam mi ich już nic – nawet NKWD – ani sprofanować, ani odebrać nie potrafi. Samo aresztowanie nie zaskoczyło mnie znienacka. Dano mi znać w tajemnicy, na dobrych parę godzin naprzód, że NKWD zainteresowało się moją osobą[…]

 

[…]Już od tego co komu pisane nikt się jeszcze widocznie nie wykręcił! Dosłownie bowiem w chwili kiedy wchodziłam w ogrodową furtkę, spotkałam się w niej nos w nos z dwoma bolszewikami w cywilu. No, a potem już bardzo prędko poszło. Krótka indagacja i rewizja w moim pokoju. Nie wiem jak sobie dziękować, żem spaliła moje papiery! Wszystko odbywa się grzecznie, dość pobieżnie i bardzo głupio. Ani jednej na przykład z pięciu szuflad mojego biurka nie tknęli nawet. Zabierają natomiast rachunki za wodę i światło(!). Biorą mój paszport i każą mi się zbierać. Pozwalają mi wziąć z sobą, co bym chciała. Prócz teczki z rzeczami do mycia, nie biorę jednak nic. Opada mnie prześmieszne uczucie, najdoskonalszej obojętności wobec rzeczy, taką, jaka dla wszystkiego co materialne, odczuwać muszą, wyobrażam sobie - umierający. Nic i wszystko – ma nagle tę samą  wywietrzałą, nieistotną wartość. Ktoś z domowych wtyka mi w teczkę trochę chleba i cukru. Nie wiem dlaczego nie biorę pieniędzy. Sprzedałam ostatnio znów dywan i pieniądze miałam. Pomyślałam natomiast o nożyczkach. Gdyby mi przyszło siedzieć, wolę mieć krótkie włosy. Ktoś próbuje jeszcze dowiedzieć się od nich dokąd mnie biorą. Uśmiech. Wzruszenie ramion i coś w ten sens, że to może być tylko przesłuchanie, że może dziś jeszcze wrócę, żeby się nie przejmować, itd. Ja jednak wiem swoje i wcale się nie łudzę. Pozwalają się mi pożegnać i wcale nie są tacy brutalni, jak ci którzy brali Kasię. Ponieważ mam na sobie tylko letni płaszcz, ktoś już w hallu wtyka mi w ręce, prawie siłą koc. Wychodzę pierwsza. Oni za mną. Jest już ciemnawo i deszcz widocznie kropił, bo chodnik do bramy mokry[…].

 

[…]Co miesiąc mamy „ławeczkę”, czyli więzienny sklepik. Kto ma pieniądze – nie w ręce oczywiście, bo przysłane więźniowi ruble zostają u nich, a on dostaje tylko kwit – może sobie kupić cebulę, śledzie, bielszy chleb, czosnek, cukier, zapałki i papierosy. Celi nie wietrzy się n i g d y ! Powietrze zmienia się leniwie, wysysane szparami w deskach i to dopiero przy nocnym chłodzie. Pręgi słońca wdzierające się o zachodzie w naszą celę są błękitne i mętne od dymu tysiąca ohydnych, dzień i noc kopconych papierosów. Kiedy zaś dodam jeszcze, że  w „ławeczce” kupuje cela przeciętnie 80 kg czosnku – c z o s n k u i 100 kg cebuli – czy potrafi sobie ktoś wyobrazić, w jakim smrodzie się wędzimy.

 

Przez cały czas dniem i nocą – ale najczęściej nocą - wywołują od nas kogoś na śledztwo. Zjawia się „korpuśny” z kartką i zabiera wezwaną, która wraca czasem po paru godzinach, czasem po kilku dniach dopiero. Ze strachu przed „kapusiami”, których pełno na celi, zazwyczaj szczegóły śledztwa trzyma się w tajemnicy. O ile jednak można się zorientować, śledztwo na Brygidkach nie było tym, czym na Zamarstynowie. Prócz zamykania w karcerze, prócz słownego ranienia w człowieku  najświętszych uczuć religijnych i narodowych czy godności własnej – nie słyszałam aby kogo bito czy katowano – prócz ślepej Zośki oczywiście – ale ta już sama chciała. Mam też podejrzenia co do jednej Ukrainki. Wracała ze śledztwa po kilku dobach, zanosząc się od płaczu, ale nigdy – mnie przynajmniej – nie mówiła co się z nią działo. W karcerze nie byłam ani razu. Ale byłam za to na „bolnicy”[…].

 

[…]Obok mnie z drugiej strony leży Kalmuk, biedna, nieszczęśliwa Helena Kalmuk, odesłana tu z Zamarstynowa. Ma twarz tak obrzękłą, że jej oczu nie widać, ostatnie stadium gruźlicy i miazgę z nerek. Ledwie mówi.  Kiedy musi wstać czepia się łóżka i ścian i ledwie sunie wpółzgięta z bólu. Młodą, znaną w świecie sportowym lekkoatletkę, długoletniego członka  POWK – odesłali po śledztwie z Zamarstynowa - ludzką ruiną, strzępem, kaleką. O śledztwie jej opowiadano mi potem potworne, trudne wprost do powtórzenia rzeczy, ale od niej samej wiem tylko o tych uszkodzonych w czasie tortur nerkach, więc tylko to notuję. Umarła wkrótce potem. Na drugim łóżku pani Nieduszyńska. Siwa, około pięćdziesięciu kilku lat kobieta. Nie znała, czy nie chciała podać adresu brata, który chcieli od niej wydobyć na śledztwie. Też na Zamarstynowie. Umarła w krótki czas potem. Dalej Helena Żak, złapana na granicy. Wracała z bratem do rodziny. Śliczna, 18 letnia dziewczyna, o twarzy Brygidy Halm. Jest w ostatnim stadium suchot. Dostała zapalenia płuc w „bani”, czy w karcerze – nie pamiętam. Nie przetrzymała zimy. Na łóżku przy drzwiach majaczy młoda Ukrainka. Ma kompres na oczach i widać jej tylko spieczone gorączką, dziecinne, naiwne usta. Nikt do niej godzinami nie podchodzi. Przynieśli ją na noszach i zrzucili w łóżko. Kompres jej dała któraś z nas.

 

Doktorów mamy różnych. Jeden to Żyd ze Lwowa, reszta „oni”. Naczelnik „bolnicy’  jeden jedyny wygląda na człowieka i po ludzku traktuje chorych. Lekarek  jest kilka. Jedna Żydówka ze Lwowa. Wszystkie pełnią obowiązki z bezosobową obojętnością, żona naczelnika zwłaszcza. Ma się wrażenie , że nie słyszy niczego co się do niej mówi, czy o co się ją prosi. Jest duża, ciężka, ciemna.

 

Sprzątać i zmywać podłogę musimy tu co dzień same. Robią to te które są zdrowsze. Prócz grypy mam  jeszcze coś z gruczołem tarczykowym i okropnie mnie teraz przy dźwiganiu boli szyja. Ponieważ jednak należę do zdrowszych – nie ma rady. Baseny chorym podkładamy także my, bo „siostra” zjawia się rzadko. Wikt lepszy trochę niż na celi. Dają pszenny grysik, więcej cukru, trochę mleka, grudkę masła i – co ze wszystkiego najważniejsze – surowe jarzyny! Jeden cudowny błyszczący pomidor udało mi się przemycić na celę, dla tamtych.

 

O sposobach leczenia trudno mi cokolwiek powiedzieć. Sama na ten mój gruczoł i bicie serca dostawałam tylko brom. Co brały inne nie wiem. To tylko pamiętam, że przed zapisaniem lekarstwa, „wracz” pytał zawsze jaki kto ma paragraf. Obawiam się, że nie bez szkodliwych dla siebie następstw, podawał człowiek uczciwie swój Wrah naroda – czyli & 54/12 – nie ma przecież prawa do należytego leczenia. Lepiej być u nich złodziejem! Na „bolnicy” byłam wtedy tylko tydzień.

                                                                                              cdn.

cz. II W sowieckich „tiurmach”

Czarny „woron” przewozi nas na teren „tiurmy”…

 

                                                     

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
DR ŚMIERĆ ODESZŁĄ POzostały mogiły Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
02.07.2012.

DOKTOR ŚMIERĆ ODESZŁA POZOSTAŁY MOGIŁY

                   PO prochach do sondaży

 

Mimo spełnienia, wg p. Arłukowicza, postulatów lekarskich protest został zadeklarowany. Dr Krzysztof Bukiel tłumaczy dlaczego do tego doszło.

 

Oświadczenie POL – Porozumienia Organizacji Lekarskich

W sprawie nowego wzoru umowy upoważniającej lekarzy do wypisywania recept refundowanych i okoliczności jego wprowadzenia.

 

W związku z ustaleniem przez prezes NFZ nowego wzoru umowy upoważniającej lekarzy do wypisywania recept refundowanych oraz w związku z okolicznościami, które temu towarzyszyły, POL oświadcza:

Nie jest prawdziwa teza głoszona przez ministra zdrowia i prezes NFZ, że lekarze eskalują swoje żądania i po spełnieniu jednego postulatu, zgłaszają następne. Przyczyna obecnego protestu receptowego jest dokładnie taka sama, jak przyczyna „protestu pieczątkowego” ze stycznia br. Lekarze protestują ponownie, bo rządzący złamali w stosunku do lekarzy publicznie złożone przyrzeczenie i zlekceważyli prawo. Uprzedni prezes NFZ zrobił to w sposób otwarty i demonstracyjny, gdy lekceważąc postanowienia Sejmu, wprowadził do umowy upoważniającej lekarzy do wypisywania recept refundowanych zapisy uchylone wcześniej przez Sejm. Nowa prezes NFZ zrobiła to samo, ale w sposób przewrotny i podstępny: nie zmieniła istoty kary, ani przesłanek i warunków jej nakładania, ale ubrała to w inne słowa. To tak, jakby ktoś twierdził, że spełnił postulat zniesienia kary śmierci, zamieniając ją w karę pozbawienia życia.

Nie jest prawdą, jak twierdzi minister zdrowia i prezes NFZ, że lekarze odrzucają wszystkie kary, które znalazły się w nowym wzorze umowy. Spośród jedenastu zaproponowanych tam przypadków karania, lekarze odrzucają dwa, które odpowiadają – co do istoty –uchylonej przez sejm karze „zwrotu nienależnej refundacji” – zarówno jeśli chodzi o treść kary, jak i przesłanki i warunki jej nakładania. Co więcej, kwota kary w obecnej umowie jest – w sumie – wyższa niż w poprzedniej.

Nie do przyjęcia przez lekarzy jest kara umowna w wysokości 200 zł „za nieprawidłowo wystawioną receptę”. Określenie to jest bowiem niezwykle ogólne i „pojemne”. Może oznaczać również: błąd literowy w nazwisku, błąd w numerze PESEL, nieprawidłową długość lub szerokość recepty itp. czyli uchybienia nie mające żadnego znaczenia. Takie niedookreślenie przesłanek karania w oczywisty sposób narusza konstytucyjną zasadę państwa prawnego i powoduje, że na ich podstawie karany może być każdy lekarz - uczciwy i najbardziej staranny.

Nie do przyjęcia przez lekarzy jest też kara, naliczana dodatkowo do wyżej wymienionej: „200 zł za ustalenie lub oznaczenie poziomu odpłatności niezgodnie z obowiązującymi w tym zakresie przepisami” – za każdy lek. Kara ta jest nie do zaakceptowania z następujących powodów:

- dotyczy oznaczania odpłatności za lek, czyli czynności biurokratyczno – handlowej, która nie tylko nie ma związku z istotą zawodu lekarza, ale uniemożliwia lekarzowi prawidłowe wypełniania przez niego jego właściwych zadań – diagnozowania i leczenia ludzi,

- zasady odpłatności za leki zostały tak ogromnie skomplikowane, zwłaszcza przez oparcie refundacji na wskazaniach zarejestrowanych przez producentów poszczególnych preparatów handlowych, a nie na wskazaniach medycznych, że właściwe oznaczenie odpłatności w każdym przypadku, przy dużych ilościach przepisywanych leków jest praktycznie niemożliwe, co powoduje, że na podstawie powyższego zapisu karany może być każdy lekarz - uczciwy i najbardziej staranny.

Taka konstrukcja zapisów o karaniu lekarzy przepisujących leki refundowane, która powoduje, że drakońskie kary grożą KAŻDEMU LEKARZOWI, nawet najbardziej starannemu i uczciwemu sprawia, iż zachodzi podejrzenie, że celem kar nie jest ściganie oszustów i naciągaczy, którzy wyłudzają refundację za leki, ale zastraszenie lekarzy po to, żeby bali się wypisywać leki refundowane, bo tylko wypisanie leku w 100% odpłatnego nie naraża lekarza na karę.

Kary dla lekarzy nie są jednak istotą problemu, ale jedynie jego „emanacją”. Istotą jest rozstrzygnięcie: kto powinien określać prawo chorego do refundacji leków oraz stopień tej refundacji za poszczególne preparaty. W powszechnej ocenie lekarzy, zadania te nie powinny należeć do lekarzy, bo kłócą się z istotą zawodu lekarza, zabierają czas przewidziany na diagnozowanie i leczenie chorych, umożliwiają nadużycia. Dodać należy, że do końca ub. roku lekarze nie mieli obowiązku oznaczania odpłatności za leki, a jedynie wskazywali (przez postawienie literki „P”) te przypadki, gdy lek był wypisywany w chorobach przewlekłych. Gdyby nie nadzwyczajne skomplikowanie zasad ustalania odpłatności za leki i zrzucenie tego obowiązku na lekarzy (chociaż aptekarze i tak muszą to weryfikować w aptece) i gdyby nie brak pewnego dowodu ubezpieczenia zdrowotnego, obecny konflikt najprawdopodobniej by nie miał miejsca. Jednak państwo, które nie potrafiło się wywiązać ze swoich powinności, chce przerzucić odpowiedzialność za to na lekarzy.

Na koniec trzeba podkreślić, że – wbrew twierdzeniom ministra zdrowia i prezes NFZ – problem nie dotyczy tylko lekarzy prywatnie praktykujących, do których skierowana jest przedmiotowa umowa, ale wszystkich lekarzy, gdyż analogiczne – co do istoty i przesłanek ich nakładania – kary znajdują się w umowach, jakie NFZ podpisuje ze świadczeniodawcami, czyli: szpitalami, przychodniami, gabinetami lekarskimi itp.

Lekarze nadal są otwarci na porozumienie, które umożliwi rozwiązanie powstałego konfliktu.

 

Z upoważnienia i w imieniu organizacji skupionych w POL

Krzysztof Bukiel – przewodniczący ZK OZZL

 

POL - Porozumienie Organizacji Lekarskich:

 

Federacja Pracodawców „Porozumienie Zielonogórskie” – prezes Jacek Krajewski,

 

Polska Federacja Pracodawców Ochrony Zdrowia – prezes Andrzej Grzybowski,

 

Stowarzyszenie Lekarzy Praktyków – prezes Jacek Przybyło,

 

Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy – przewodniczący Krzysztof Bukiel

 

 
WYBORY MISS HOLOCAUSTU Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
02.07.2012.

WYBORY MISS HOLOCAUSTU

 

 

Wybory Miss Holokaustu - w Hajfie na północy Izraela po raz pierwszy zorganizowano wybory Miss Holokaustu. Z pół tysiąca nadesłanych zgłoszeń wyłoniono 14 finalistek w wieku od 74 do 97 lat. Ubrane na czarno uczestniczki konkursu opowiadały, jak przeżyły Holokaust. Zwyciężczynią została 78-letnia Chava Hershkovitz, która pochodzi z Rumunii. Ukoronowała ją była Miss Izraela. Konkurs piękności dla ocalałych z Holokaustu wzbudził jednak kontrowersje. - Zdecydowaliśmy się na ten konkurs, aby pokazać, że mimo tych wszystkich doświadczeń wciąż są to kobiety potrafiące cieszyć się życiem - mówi organizator konkursu Szimon Sabag.

 

Mianem Holocaustu określa się zagładę Żydów, która miała miejsce na gigantyczną skalę w latach 30-tych XX wieku i w czasie II wojny światowej. Zniszczenie narodu żydowskiego było jednym z głównych haseł partii hitlerowskiej kierowanej przez Adolfa Hitlera, jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości  Niemcy hitlerowskie uzasadniały swoje działania poprzez odwołanie się do teorii ras i takich pojęć jak "podludzie", "ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej". Właściwie świadomie doprowadzili do wybuchu wojny i z premedytacją realizowali swoje bestialskie plany. Z wykorzystaniem oddanych sobie ludzi w partii, zaczęli rozprawę z całym narodem. Nic nie mogło ich powstrzymać przed wprowadzeniem w życie tych wynaturzonych planów. Należy nadmienić, iż rozprawa – eksterminacja całych pokoleń ludzi związana była m.in. z tzw. ustawami norymberskimi Hitlera  mająca na celu dokonaniu mordów na Żydach do trzeciego pokolenia. Praktycznie oznaczało to eksterminację całych milionów ludzi, którzy nawet nie wiedzieli, że mieli (lub nie mieli) prapra dziadka Żyda. Ale Hitler założył również eksterminacją „podludzi”, jakimi miały być osoby  rasy nie nordyckiej w hitlerowskich planach „blitzkriegu” i drang nach Osten. Oznaczało to praktycznie podbój całej Europy, wymordowanie ludności dla utworzonego w ten sposób miejsca dla rasy panów.

 

Obu bandytom Hitlerowi i Stalinowi przyświecał cel jednakowy, mordy. Stalin w ideologii Lenina – Marksa i Engelsa wymordował ok. 20 milionów  ludzi, w większości przedstawianych jako wrogów ludu, Hitler podobnie, lecz wcale się nie tłumaczył przed nikim.

 

Idąc świątecznymi  śladami syjonistów izraelskich należy sięgnąć również do mordów chrześcijan przez Nerona, mordów Ormian, mordów w CH.R. L. ,mordów dokonanych przez Kim Ir Sena i następców w Korei Północnej, przez Czerwonych Khmerów z Pol Potem, mordów w Oświęcimiu i w innych niemieckich obozach Zagłady , mordów dokonanych przez bandy UPA – OUN na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej etc. i z okazji dokonanych masakr ludności upamiętniać te ofiary nie modlitwą i pomnikami chwały, lecz wyborami MISS tych mordów.

 

Syjoniści Izraela zaprezentowali światu następny skandal z MISS HOLOCAUSTU  Chavą Hershkovitz  zamieszkałą w Hajfie.

Jak brzmiałby w odczuciu społecznym tytuł: „Miss Archipelagu Gułag”?

 

 
««  start « poprz. 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 nast.  » koniec »»

Pozycje :: 481 - 490 z 687
 
Copyright © 2014 . All rights reserved