31.07.2014.
Start arrow Publicystyka
Publicystyka
POLSKIE ŚCIEKI INTELEKTUALNE Z CLOACA MAXIMA W TLE Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
02.06.2012.

   ALEKSANDER SZUMAŃSKI

KORESPONDENCJA Z KRAKOWA

 

 Polskie ścieki intelektualne z Cloaca Maxima w tle

 

Jest w Wiecznym Mieście zbudowany przez Rzymian przed 2 tys. lat kanał sanitarny zwany Cloaca Maxima, czyli kanał główny, wielki, odprowadzający ścieki do Tybru ze wszystkich kanałów pomniejszych, czynny do dzisiaj w doskonałym stanie. Albowiem jak już Rzymianie coś budowali - drogi, akwedukty, mosty, twierdze, to na tysiące lat. Żadne miasto w Polsce nie posiada materialnej, wizualnej wersji Maxima Cloaca, ale w ciągu tysiąclecia dorobiliśmy się nieźle śmierdzącego kanału historycznego, społecznego, politycznego. Istnieje ten ściek w naszej świadomości, zakodowanej w psychice i funkcjonuje znakomicie dzięki sparszywiałym elitom, plebejskiej wierności i braku świadomości narodowej mas.

 

Gdy w kilkanaście dni po napadzie Hitlera na Polskę powstała słynna "Sonderaktion Krakau" / 6 listopada 1939 roku / w czasie której aresztowano i w większości zadręczono i zamęczono w niemieckim hitlerowskim obozie koncentracyjnym profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechniki Krakowskiej, stało się oczywiste, iż wróg unicestwia intelektualną siłę narodu, aby pozbawić go jego przywództwa.

 

Niedługo po "Sonderaktion Krakau" hitlerowcy przy udziale ukraińskich nacjonalistów dowodzonych przez Banderę i Szuszkiewicza zorganizowali 4 lipca 1941 na stokach Wzgórz Wuleckich we Lwowie "Sonderaction Lemberg", gdzie wówczas stracono 45 profesorów lwowskich wyższych uczelni, a wśród nich trzykrotnego premiera II RP prof. Kazimierza Bartla. Ci intelektualiści, którzy uniknęli śmierci z rąk zbrodniczego hitlerowsko-ukraińskiego batalionu SS-Galizien "Nachtigall" / Słowik / byli wyszukiwani, aresztowani i ginęli z rąk siepaczy.

 

Po 4 czerwca 1989 roku Tadeusz Mazowiecki ogłosił słynną "grubą kreskę", która praktycznie uniemożliwiła ściganie zbrodniarzy komunistycznych i ich tajnych współpracowników  – wg. Adama Michnika "ludzi honoru" .Wobec takich decyzji, popartych dodatkowo brakiem dekomunizacji i lustracji elita intelektualna w Polsce przesiąknięta jest agenturą, dla przykładu dwudziestu pięciu tajnych współpracowników na Uniwersytecie Jagiellońskim, odkrytych przez dr Barbarę Nowak.

 

Rektor Uniwersytetu Gdańskiego prof. Andrzej Ceynowa i prof. Józef Włodarski - dziekan wydziału filologiczno-historycznego gdańskiej uczelni współpracowali z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa.

 

Obaj profesorowie byli organizatorami słynnego antylustracyjnego buntu na polskich uczelniach.

 

Włodarski wraz z Ceynową inicjowali uchwalenie przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich stanowiska potępiającego lustrację na polskich uniwersytetach. Prof. Ceynowa jest twórcą tzw. "antylustracyjnego fortelu akademickiego" . Polegał on na tym, że profesorowie objęci lustracją na własną prośbę byli przenoszeni na funkcję asystentów, którzy nie podlegali lustracji.

 

Po  „majstersztyku” prof. Ceynowy, inny prof. dr hab. Krzysztof Turlejski, z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN, dotychczasowy przewodniczący lokalnej Komisji Etycznej nr 1 w Warszawie, mianowany przez ministra nauki i szkolnictwa wyższego na członka Krajowej Komisji Etycznej, a 10 listopada 2009 roku na pierwszym zebraniu nowego składu tej Komisji wybrany na przewodniczącego Krajowej Komisji Etycznej - wytwornie wypełnił oświadczenie lustracyjne : „całujcie mnie w dupę pajace”. 

 

Jacy profesorowie tacy studenci.

 

Jeden z najwybitniejszych polskich historyków prof. Andrzej Garlicki pracujący na wydziale historii Uniwersytetu Warszawskiego był tajnym współpracownikiem służb specjalnych PRL, zaś na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu ze Służbą Bezpieczeństwa PRL współpracowało co najmniej 25 naukowców.

 

Inną sprawą jest lekceważenie istniejącego prawa wobec obowiązującej rzymskiej zasady prawniczej - dura lex sed lex /łac. twarde prawo, ale prawo/ i ignorowanie prawa, niekiedy w sposób wulgarny przez wybitne postaci polskiej nauki, czy prof. Bronisław Geremek nienawidzący Polaków i szkalujący nasz kraj poza jego granicami, lub samozwańczy "profesor" Władysław Bartoszewski, honorowy obywatel Izraela, odznaczony medalem znanego niemieckiego polakożercy Stresemanna, nazywający 8 milionowy elektorat PIS bydłem.

 

Któż włada dzisiaj polską nauką i kulturą w 20 lat po obaleniu komunizmu w Polsce.

 

Czyżby obaleniu?

 

Kto napełnia młode umysły pokarmem duchowym prozą i poezją?

 

Kim są ci "inżynierowie dusz"? Za jakie działania należy uznać unicestwianie sił intelektualnych narodu poprzez fałsz i kłamstwo, hipokryzję i antypolonizm?

 

Naród tracący patriotyczne, intelektualne przywództwo staje się zniewolony. Okupanci nazistowscy i sowieccy mordowali elity aby ujarzmić naród, a co teraz? Teraz odbywa się mord intelektualny. Na łamach "Gazety Wyborczej" Tomasz Żuradzki filozof i politolog, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego i London School of Economics, przygotowujący doktorat z etyki /sic! / publikuje tekst "Patriotyzm jest rasizmem" /"GW" 17. 08. 07 /.

 

Stwarza się nową okupację Polski. Obce narodowi siły wewnętrzne dążą, aby utracił on źródło swojej spoistości i przestał być wrażliwy na własną tożsamość ukształtowaną przez wiekowe dziedzictwo kulturowe. Te same siły zawładnęły Kościołem od wewnątrz.

 

Jakie owoce dała antypolonizmowi zagłada fizyczna mózgów narodu, a jakie wydaje "pranie mózgów"? To przecież to samo.

 

Nazwiska kolejnych kilkunastu byłych tajnych współpracowników oraz funkcjonariuszy SB ogłosili w Krakowie członkowie grupy "Ujawnić prawdę" - Barbara Niemiec i Ryszard Majdzik - oraz jeden z działaczy "Solidarności" w Hucie im. Lenina Jerzy Kuczera. Osoby, których dane odtajnił pokrzywdzonym Instytut Pamięci Narodowej, nie są powszechnie znane.

 

Wśród nazwisk przedstawionych dziennikarzom przez Barbarę Niemiec, organizatorkę podziemnej "Solidarności" na Uniwersytecie Jagiellońskim, są pracownicy uczelni i jeden student. Dwaj z tych pracowników - według Niemiec - już w latach 80. byli znani na uczelni i mieli wpływ na wychowanie młodzieży.

 

Jak powiedział rzecznik UJ Leszek Śliwa, trzy spośród wymienionych osób są nadal zatrudnione na uniwersytecie.

 

Ryszard Majdzik podał 9 nazwisk, w tym dane pięciu funkcjonariuszy SB, trzech tajnych współpracowników i jednej osoby, która była tzw. kontaktem operacyjnym. Wśród nich są ludzie, którzy donosili także na ojca Ryszarda Majdzika, Mieczysława.

 

Jerzy Kuczera podał dane trzech byłych tajnych współpracowników, którzy donosili na niego, kiedy zaangażował się w tworzenie w ówczesnej Hucie im. Lenina Wolnych Związków Zawodowych.

 

Działacze grupy "Ujawnić prawdę" zaapelowali, by wszyscy, którzy wiedzą, czym ludzie ci zajmują się obecnie, poinformowali ich o tym. Chodzi o to, by osoby, które pełnią funkcje publiczne, a w przeszłości współpracowały z SB , z tych stanowisk odwoływać - mówił Majdzik.

 

Naprawdę nie ma znaczenia, o czym ci ludzie mówili, czy robili to raz na rok, czy trzy razy w tygodniu, czy co godzinę, czy bardzo tego chcieli. Ważne, że podjęli taką decyzję. W moim przypadku ma to szczególne znaczenie, bo byli to wychowawcy młodzieży - powiedziała Barbara Niemiec.

 

Druga rzecz, jeszcze gorsza, że nie umieli ocenić swojego grzechu i próbować wyjść ze zła. Wciąż w nim tkwią. Ci, których dane ujawniłam wcześniej, także nie umieją wyciągnąć wniosków, szukają usprawiedliwienia, zasłon – dodała.

 

Zdaniem Barbary Niemiec, nazwiska byłych tajnych współpracowników trzeba ujawniać, bo ci ujawnieni nie staną się już "przedmiotem gry" prowadzonej przez różne osoby, m.in. w mediach.

 

Niedopuszczalne jest publikowanie nazwisk, na które nie ma not odtajniających wydanych przez IPN. Jeśli dziennikarze to robią, moim zdaniem naruszają zasady etyki - mówiła Niemiec, która do tej pory upubliczniła w sumie 26 nazwisk i czeka na odtajnienie kolejnych 14 kryptonimów tajnych współpracowników.

 

Któż dzisiaj rządzi duszami młodych Polaków? Żelbetowa komunistka-stalinistka Wisława Szymborska hołubiona przez serwilistyczne media, czyżby jako sygnatariuszka znanej ohydnej rezolucji 53 krakowskich literatów potępiającej skazanych na śmierć księży w sfingowanym procesie tzw. "Kurii Krakowskiej" w 1953 roku?

 

A Czesław Miłosz nazywający akowców bandytami i pragnący przyłączenia Polski do Związku Sowieckiego, lub wysadzenia jej w powietrze prezentowany był w swojej twórczości przez Krzysztofa Kolbergera nad grobami ofiar katastrofy pod Smoleńskiem z Panem Prezydentem RP Prof. Lechem Kaczyńskim podążających do Katynia symbolu polskiej kaźni, Polski umęczonej, której tak nienawidził komunista-stalinista Czesław Miłosz.

 

Kulturą polską na dzień dzisiejszy włada obca agentura. Wystarczy otworzyć portal "Onet" pod hasłem "Obecne władze Związku Literatów Polskich w aktach IPN". To porażające! Prezes Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich Marek Wawrzkiewicz i 8-ciu viceprezesów, to agenci Służby Bezpieczeństwa PRL. Czy aby nie jest to jeden z powodów niszczenia IPN przez rządzącą PO. Czy nowa Rada IPN która powstaje w wyniku "nowelizacji" ustawy o IPN w miejsce dzisiejszego Kolegium powoła w swoje grono profesorów kapusiów? Oczywiście, że tak się stanie. Premier Tusk sprzyja ubekom, sowietom, FSB, KGB, łącznie ze swoim doradcą Michałem Boni, który uprzednio donosił na swojego pryncypała Tadeusza Mazowieckiego.

 

 W dniu 2 grudnia 2010 odbyło się spotkania z prof. Marianem Stępniem zatytułowane w mediach "Mój Miłosz". Spotkanie firmowała "Akademia Pełni Życia".

 Owo stowarzyszenie określa się jako organizacja pozarządowa działająca na rzecz poprawy jakości życia osób starszych, poprzez zajęcia edukacyjne dla seniorów, a w szczególności kursy komputerowe, kursy językowe, treningi pamięci i komunikacji społecznej. Na ich potrzeby stowarzyszenie opracowuje autorskie metody nauczania i materiały szkoleniowe, realizuje innowacyjne projekty edukacyjne dla seniorów ; polskie, a zwłaszcza międzynarodowe, w ramach których wytycza nowe ścieżki na polu nauczania i rozwoju osobistego osób starszych.

 Kim są te starsze panie przeważnie 80-latki i czym się faktycznie zajmują okazało się po zakończeniu wykładu "Mój Miłosz".

 

 

Dwugodzinny wykład prof. Mariana Stępnia "Mój Miłosz" stanowił jedynie hymn pochwalny w odniesieniu do twórczości noblisty, w którym również napiętnował "obelgi" rzucane na Miłosza i jego twórczość przez "osoby niekompetentne i wrogo nastawione" do polskiego noblisty, szydzącego przecież z polskości i z wszystkiego co polskie, pomimo polskich i światowych protestów, pochowanego przez lewicę w Panteonie Narodowym Na Skałce. Profesor Marian Stępień z owym odczytem jeździ po Polsce przygotowując honorowe przyjęcie przez Polaków "Roku Miłosza" w 2011r. zgodnie z uchwałą Sejmu RP.

 Wykład zakończył się niewyobrażalnym i niespotykanym skandalem. Sam profesor, oraz "Akademia Pełni życia" przypomnieli uczestnikom najczarniejsze dni komuny w Polsce.

 

Gdy po zakończeniu wykładu obecny na sali profesor Instytutu Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego poprosił o głos, dama, /przy wrzaskach pozostałych dam/ z "Akademii Pełni Życia" zaczęła krzyczeć obraźliwie nie dopuszczając starego profesora do głosu, powodując jego wyjście.

 W podobny sposób dama zachowała się w stosunku do obecnego na sali dziennikarza światowej prasy polonijnej posiadającego akredytację w Polsce, wydaną przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP, który przedstawił się organizatorom i uczestnikom.

 

Profesor Marian Stępień nie zareagował, przyglądając się z uśmiechem niegodnym zajściom.

 Prof. Marian Stępień wspólnie i w porozumieniu z organizatorami założyli osobom chcącym zabrać głos cenzorski knebel.

 

 

Prof. Marian Stępień to 82-letni polski historyk literatury, wykładowca uniwersytecki, niestrudzony badacz lewicowych nurtów w literaturze polskiej końca XIX i XX wieku. Pracuje w Uniwersytecie Jagiellońskim od 1957 roku, od 1976 roku jako profesor.

 

Był sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR, oraz od 6. 11. 56 r. - 28.05. 58 r. I sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 Prof. Marian Stępień kierując Instytutem Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego wyrzucił z uczelni Bronisława Wildsteina, co w stosunku do studentów piątego roku było przypadkiem bez precedensu. Wildstein podpisał przygotowaną przez Stanisława Pyjasa petycję, którą podpisali wszyscy studenci z tego roku. Odruch solidarności okazał się skuteczny.

 

Pochwalne teksty o Marianie Stępniu pisali m.in. czołowi marksiści jak:

 

Stefan Żółkiewski, współtwórca PPR , redaktor naczelny "Kuźnicy" (1945-1948) i "Polityki" (1957-1958), pierwszy dyrektor Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk , minister szkolnictwa wyższego (1956-1959), profesor Uniwersytetu Warszawskiego . Był posłem do Krajowej Rady Narodowej , na Sejm Ustawodawczy oraz na Sejm PRL I , III i IV kadencji (1943-1956 i 1961-1969).

Wygłosił na Zjeździe Literatów Polskich, w styczniu 1949 słowa: " chcemy, aby literatura pomagała budować socjalizm w Polsce". Autor licznych prac z zakresu krytyki i teorii kultury, współtwórca polityki kulturalnej państwa. Od 1952 był członkiem-korespondentem, od 1961 członkiem rzeczywistym PAN, w latach 1953-1955 pełnił funkcję sekretarza naukowego akademii. Wchodził w skład władz KC PZPR .

Poza tym był wyjątkowym "kuratorem" Uniwersytetu Jagiellońskiego eliminując starą patriotyczną profesurę m.in. największego polonistę w dziejach Uniwersytetu Jagiellońskiego Stanisława Pigonia, na jego miejsce wprowadził mgr. Henryka Markiewicza, mianując go profesorem, który wkrótce zasłynął pracą "O marksistowskiej teorii literatury".

 

Henryk Markiewicz był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL.

 

Kazimierz Koźniewski, od lat 40 XX wieku tajny współpracownik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego , Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego i Służby Bezpieczeństwa PRL o kryptonimie 33. Był świadkiem oskarżenia w pokazowym procesie Melchiora Wańkowicza w r. 1964 . Jego tekst, popierający wprowadzenie stanu wojennego , władze rozpowszechniały na plakatach.

 

Tadeusz Bujnicki - profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, syn wileńskiego poety i krytyka literackiego Teodora Bujnickiego, komunisty zastrzelonego z wyroku AK za współpracę z NKWD.

 

Jarosław Iwaszkiewicz wieloletni prezes Związku Literatów Polskich /1945 - 1980/ bliski współpracownik Jerzego Putramenta przedwojennego agenta NKWD, znanego z pocałunków breżniewowskich.

 

Oto fragment utworu "Caryca i zwierciadło" Janusza Szpotańskiego satyryka z okresu PRL nawiązujący do breżniewowskich pocałunków:

 

"Pomniu, kak prijechał w Moskwu

de Gaulle, sklierotik i starik,

i ja jewo pocełowała,

on potom prosto dostał tik,

ach, on formalno popał w trans,

on przestał bredzić o belle France

i tolko skuczał u mych stów

"ach Leonide, ty mienia lub,

dla ciebie cały zapad broszę,

tylko mnie jeszcze całuj, proszę!"

A potom Pompidou i Brandt,

i nawet chitryj, mielkij frant

poet iż Polszy - Iwaszkiewicz,

gdy tolko pili ust mych miód,

wołali, że to istny cud,

kto go nie zaznał, ten nic nie wie.

 

Marian Hemar zapytany o Iwaszkiewicza określił go:

marksista, alkoholik, pederasta.

 

Do apologetów Mariana Stępnia należą m.in. Leszek Żuliński v-ce prezes Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich TW o pseudonimie „Jan”, „Literat”, b. redaktor zlikwidowanej "Trybuny",

 

Jan Pieszczachowicz, nazywany w środowisku literackim "towarzyszem Szmaciakiem", wieloletni sługa literacki Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie.

 

Stępień jest autorem prac:

 

"Ze stanowiska lewicy",

"Program oświatowy PPR",

"Bruno Jasieński",

"Ignacy Fik",

"Polska lewica literacka"

"Twórczość Tadeusza Hołuja"

 

Tadeusz Hołuj - autor listu do Goebbelsa napisanego z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, traktującego, że marnuje się w obozie, gdy mógłby służyć III Rzeszy jako pisarz i poeta znakomicie znający język niemiecki. W rezultacie Tadeusz Hołuj został zwolniony z obozu, ale nie na długo, bo oprócz wysługiwania się okupantom hitlerowskim wrócił do współpracy z lewicą komunistyczną.

 

Tekst listu do Goebbelsa znalazł się w rękach Adama Włodka pierwszego męża Wisławy Szymborskiej i Władysława Machejka redaktora naczelnego "Życia Literackiego", współpracownika SB, inicjatora i współzałożyciela krakowskiego klubu "Kuźnica" zrzeszającego marksistowską inteligencję. Pikanterii całej historii nadaje fakt, że profesor Marian Stępień w 1987 roku otrzymał nagrodę im. Tadeusza Hołuja ufundowaną przez partyjną "Gazetę Krakowską".

Nie chciałem pisać na ten żenujący temat, gdyż życzliwie odnotowywałem co Stępień pisał o literaturze emigracyjnej np. w publikacji naukowej "Dysharmonie moralne Czesława Miłosza" - fachowo, kompetentnie, obiektywnie, nawet z sympatią.

 

W roku 2004 napisałem publicystykę "Upadek nagrody Nobla z hańbą domową i ubekami w tle" / "Dziennik Związkowy" Chicago / , która w reżyserii Andrzeja Gajewskiego stanowiła scenariusz filmu "Jerzy Putrament errata do biografii".

 

Film został wyświetlony w telewizji publicznej TV 1 w roku 2007 . Prof. Marian Stępień zareagował na tę publikację telefonem gratulacyjnym do mnie, wnosząc nie istotne, retuszowe uwagi do długiego tekstu.

 

Ale teraz mamy recydywę, wraca stare. Po apologicznej i hagiograficznej wersji życia i akceptacji antypolskiej twórczości Czesława Miłosza, czego byłem świadkiem 2 grudnia 2010 roku w Krakowie uważam za stosowne publicznie przypomnieć panu profesorowi Marianowi Stępniowi, że jest synem polskiego oficera zamordowanego strzałem w tył głowy w Katyniu w dawnym Związku Radzieckim, do którego Polskę pragnął przyłączyć Czesław Miłosz.

 

                                                                                              Aleksander Szumański

 

 

 
TEKST PROMOCYJNY KSIĄŻKI Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
23.05.2012.

                                     

Tekst promocyjny Gruszka z fotoreportażem

Adam Macedoński i Aleksander Szumański w Klubie Dziennikarzy Pod Gruszką

http://wkrakowie2012.wordpress.com/2012/05/22/adam-macedonski-i-aleksander-szumanski-w-klubie-dziennikarzy-pod-gruszka/

 

Lwów w Krakowie – Klub Dziennikarzy Pod Gruszką

http://wkrakowie2012.wordpress.com/2012/05/22/lwow-w-krakowie-klub-dziennikarzy-pod-gruszka/

 

 

Szanowni Państwo, bardzo serdecznie witam, równocześnie dziękując pani Grażynie Potoczek za zaproszenie i zaufanie.

 

Dziękuję dyrektorowi ŚOK panu Januszowi Paluchowi.

 

Dziękuję wydawcy książki panu red. Janowi Rogóżowi.

 

Dziękuję Mieczysławowi Święcickiemu prezydentowi fundacji „Ars Longa”. 

 

Dziękuję moim partnerom redaktorowi Zbigniewowi Ringerowi i Adamowi Macedońskiemu, który umili nam dzisiejszą promocję  lwowską piosenką, jako, że we Lwowie muzy śpiewały zawsze.

 

A że Lwów to miasto Semper Fidelis każdy wie.

 

Przyjęliśmy roboczy tytuł książki:

 

„O dwóch takich, którym zabrano Lwów”.

 

Wybraliśmy jednak z Adamem tytuł „Adam Macedoński i Aleksander Szumański z siedmiu pagórków fiesolskich”.

 

Książkę zadedykowałem „Mojemu miastu”:

 

„Barwami łąk

woniami bzu

w promienny krąg

w poświacie snu

tęsknotą rąk

i szeptem muz

zapalam lont

i jesteś Lwów”

 

Tytuł książki  oparłem na „strofach lwowskich” Mariana Hemara.

Przypomnę ten fragment :

 

…MY JESTEŚMY Z POLSKIEJ  FLORENCJI

Z MIASTA SIEDMIU

PAGÓRKÓW FIESOLSKICH,

Z MIASTA MUZYKI,INTELIGENCJI

I NAJPIĘKNIEJSZYCH KOBIET POLSKICH.

 

Z MIASTA TALENTÓW, IDEAŁÓW,

TEMPERAMENTÓW I BŁYSKAWIC

I TEATRU I GWIAZD I ZAPAŁÓW

I TEJ „PANORAMY RACŁAWIC” –

O, ŚLICZNY OLEODRUKU!

 

MY JESTEŚMY Z MIASTA POEZJI

CO SIĘ U NAS RODZIŁA NA BRUKU,

JAKBY KAMIEŃ SIĘ ZMIENIAŁ

W NATCHNIENIE,

A NATCHNIENIE WSIĄKAŁO W KAMIENIE

I POMNIKIEM

W SERCU MIASTA STOI.

 

MY JESTEŚMY Z TEJ JEDYNEJ TROI

Z TEJ JEDYNEJ NA CAŁY ŚWIAT,

KTÓRĄ KIEDYŚ, W ŚMIERTELNEJ POTRZEBIE,

HEKTOR

            ZDOŁAŁ PRZED WROGIEM OBRONIĆ

A MIAŁ WTEDY

PIĘTNAŚCIE LAT…

                                                 MARIAN HEMAR „STROFY LWOWSKIE”

 

 

 

Fiesole, górzysta miejscowość położona ok. 15 km obok Florencji.

 

Tytuł książki obrazuję „siedmioma pagórkami fiesolskimi”, jako, że Lwów położony jest na siedmiu wzgórzach, stąd alegoria Mariana Hemara do siedmiu pagórków fiesolskich ( polskiej Florencji).

 

Spełniliśmy metaforę Mariana Hemara:

 

„…MY JESTEŚMY Z MIASTA POEZJI

CO SIĘ U NAS RODZIŁA NA BRUKU,

JAKBY KAMIEŃ SIĘ ZMIENIAŁ

W NATCHNIENIE

A NATCHNIENIE WSIĄKAŁO W KAMIENIE

I POMNIKIEM

W SERCU MIASTA STOI…”.

 

W książce zamieszczamy fragmenty własnych utworów poetyckich.

 

„Adam Macedoński i Aleksander Szumański z siedmiu pagórków fiesolskich” to książka niezwykła. Opowiada o losach dwóch chłopców w okresie ich 6-7 i 10 lat, wplecionych w barwy swojego miasta Semper Fidelis – Zawsze wiernego Lwowa. Tam się obaj urodzili, tam wychowali i tam wspólnie spędzali czas niewinnego dzieciństwa. Ich losy splatały się również w igraszkach w Parku Kościuszki, zwanym też Ogrodem Jezuickim.

 

Wywodzimy się z lwowskich patriotycznych rodzin. Ojciec Adama, Władysław Macedoński był policjantem Policji Państwowej we Lwowie.

 

Mój ojciec Maurycy Marian Szumański był ginekologiem-położnikiem, docentem w katedrze profesora Adama Sołowija na Uniwersytecie Jana Kazimierza.

 

Profesor Adam Sołowij był najstarszym profesorem lwowskich wyższych uczelni, wśród  zamordowanych profesorów 4 lipca 1941 roku na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie przez ukraińsko – hitlerowski batalion „Nachtigall” (Słowik).

 

Mój ojciec został zamordowany przez hitlerowców 4 listopada 1941 roku. Mama patriotyczna pedagog lwowskich szkół powszechnych i średnich uczyła historii Polski.

 

Mówi Wanda Macedońska artystka malarka, siostra Adama, którą bardzo serdecznie witam:

 

„Moja piękna, czarnooka i czarnowłosa Mama upiększała swoimi robótkami, haftami i wyszywankami nasze skromne, ale bardzo przytulne mieszkanie w pięknym mieście Lwowie. Przy tym Mama śpiewała różne piosenki.

                                     

Były one bardzo piękne romantyczno – patriotyczne. Cały czas była z nami dziećmi wtedy przez rodziców nazywanych pieszczotliwie Wandusią i Adasiuniem. Rodzice byli Mamcią i Tatkiem – tak we Lwowie się mówiło. Te czasy były dla naszej rodziny piękne i spokojne. Nasz Tato był policjantem Policji Państwowej, chodził do służby na dzień, lub na noc. Tak było aż do strasznego września 1939 roku. Przyszło obce wojsko i władza radziecka. Tato musiał się ukrywać, aby ocalić życie.

 

Wśród wspaniałości dzieł sztuki, które oglądałam, będąc małym dzieckiem we Lwowie, był kościół oo. Dominikanów.

 

Barok, z piękną złoconą amboną, na której niezauważalnie (dla mnie) pokazywał się nagle ksiądz z Ewangelią i kazaniem. Kościelna, wielka kopuła widoczna od wewnątrz, pośrodku sufitu, była przeze mnie najbardziej obserwowana. Był to najwyższy i najjaśniejszy punkt tego przepięknego kościoła. Przed bramą kościoła, na drewnianym wózku, siedział dziad. Czarny od brudu.

Bałam się go bardzo. Słyszałam, jak ludzie mówili, że ten biedak wyprawił swojej córce drugie wesele. Nie wiem, czy to było możliwe.

 

Niedaleko tego kościoła przy ulicy Dominikańskiej  mieszkaliśmy, my małe dzieci wraz z rodzicami. W małym mieszkaniu w oficynie. Tato pracował niedaleko w Województwie, gdzie mieścił się komisariat Policji Państwowej. Mama zanosiła mu tam obiady”.

 

W panoramie Lwowa widocznej na okładce książki wznosi się kopuła kościoła oo. Dominikanów, w którym Wanda i Adam przyjęli chrzest.

 

Rodzice mojej małżonki, lwowianki, Aliny Borkowskiej - Szumańskiej, którą serdecznie witam, w tym kościele brali ślub.

 

Punktem wyjścia powstania tej książki to nasze miasto rodzinne Lwów, nasze dzieciństwo i przeżycia Adama Macedońskiego w długim okresie niewoli komunistycznej.

 

Jego postawę w tym okresie wplecioną w prześladowania postanowiłem upamiętnić. Pierwsza próba napisania  książki ukazała się w „Kresowym Serwisie Informacyjnym” w czterech odcinkach – październik 2011 – styczeń 2012 - „Adama Macedońskiego nie tylko lwowskie przypadki”.

 

Apogeum tych prześladowań przeżył Adam w swoim krakowskim mieszkaniu na VIII piętrze, gdy ubek zwrócił się do niego otwierając okno na balkon: nie boi się pan panie redaktorze, że pan stąd wypadnie?

 

Owe metody zostały opisane również przez Joannę Siedlecką w „Obławie”:

 

„Mości Zawieyski czas skakać”- usłyszał pisarz Jerzy Zawieyski przy otwartym oknie w szpitalu. Zwłoki Jerzego Zawieyskiego znaleziono na chodniku pod szpitalem.

 

WYBITNI POLACY KUSTOSZAMI PAMIĘCI NARODOWEJ

 

Adam Macedoński został uhonorowany tytułem  „Kustosz Pamięci Narodowej” nadanym przez prezesa Instytutu Pamięci Narodowej  dra Łukasza Kamińskiego –

www.ipn.gov.pl/portal/pl/877/Prezes.html

 

Uroczystość wręczenia nagrody odbyła 14 czerwca 2011 roku się w Sali koncertowej Zamku Królewskiego.

W gronie laureatów w tym dniu znaleźli się m.in. Ewa Siemaszko, Władysław Siemaszko, Związek Sybiraków.

 

W poprzednich latach laureatami zostali m.in. Janusz Kurtyka, Komisja Historii Kobiet w Walce o Niepodległość, Zakon oo. Paulinów, Paweł Jasienica (pośmiertnie), Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie, Instytut Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku, Zofia i Zbigniew Romaszewscy, Studium Polski Podziemnej, Muzeum Sługi Bożego  ks. Jerzego Popiełuszki, Komitet Katyński, Niezależny Komitet Historyczny Badania Zbrodni Katyńskiej, Związek Polaków na Białorusi, ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski.

 

Kustosz Pamięci Narodowej – nagroda przyznawana za szczególnie aktywny udział w upamiętnianiu historii Narodu Polskiego w latach 1939–1989, a także za działalność publiczną zbieżną z ustawowymi celami Instytutu Pamięci Narodowej; ustanowiona w lipcu 2002 przez Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej prof. Leona Kieresa.

 

Inicjatorem wyróżnienia był prof. Janusz Kurtyka, ówczesny dyrektor Oddziału IPN w Krakowie.

 

                                               Aleksander Szumański

 

– tekst promocji książki „Adam Macedoński i Aleksander Szumański z siedmiu pagórków fiesolskich” wygłoszony 21 maja w krakowskim Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką” – sala Fontany.

 

 
PROMOCJA KSIĄŻKI ADAM MACEDONSKI I ALEKSANDER SZUMAŃSKI Z SIEDMIU PAGÓRKÓW FIESOLSKICH Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
22.05.2012.

                                     

TEKST PROMOCYJNY KSIĄŻKI ADAM MACEDOŃSKI I ALEKSANDER SZUMAŃSKI Z SIEDMIU PAGÓRKÓW FIESOLSKICH

Adam Macedoński i Aleksander Szumański w Klubie Dziennikarzy Pod Gruszką

http://wkrakowie2012.wordpress.com/2012/05/22/adam-macedonski-i-aleksander-szumanski-w-klubie-dziennikarzy-pod-gruszka/

 

Lwów w Krakowie – Klub Dziennikarzy Pod Gruszką

http://wkrakowie2012.wordpress.com/2012/05/22/lwow-w-krakowie-klub-dziennikarzy-pod-gruszka/

 

 

Szanowni Państwo, bardzo serdecznie witam, równocześnie dziękując pani Grażynie Potoczek za zaproszenie i zaufanie.

 

Dziękuję dyrektorowi ŚOK panu Januszowi Paluchowi.

 

Dziękuję wydawcy książki panu red. Janowi Rogóżowi.

 

Dziękuję Mieczysławowi Święcickiemu prezydentowi fundacji „Ars Longa”. 

 

Dziękuję moim partnerom redaktorowi Zbigniewowi Ringerowi i Adamowi Macedońskiemu, który umili nam dzisiejszą promocję  lwowską piosenką, jako, że we Lwowie muzy śpiewały zawsze.

 

A że Lwów to miasto Semper Fidelis każdy wie.

 

Przyjęliśmy roboczy tytuł książki:

 

„O dwóch takich, którym zabrano Lwów”.

 

Wybraliśmy jednak z Adamem tytuł „Adam Macedoński i Aleksander Szumański z siedmiu pagórków fiesolskich”.

 

Książkę zadedykowałem „Mojemu miastu”:

 

„Barwami łąk

woniami bzu

w promienny krąg

w poświacie snu

tęsknotą rąk

i szeptem muz

zapalam lont

i jesteś Lwów”

 

Tytuł książki  oparłem na „strofach lwowskich” Mariana Hemara.

Przypomnę ten fragment :

 

…MY JESTEŚMY Z POLSKIEJ  FLORENCJI

Z MIASTA SIEDMIU

PAGÓRKÓW FIESOLSKICH,

Z MIASTA MUZYKI,INTELIGENCJI

I NAJPIĘKNIEJSZYCH KOBIET POLSKICH.

 

Z MIASTA TALENTÓW, IDEAŁÓW,

TEMPERAMENTÓW I BŁYSKAWIC

I TEATRU I GWIAZD I ZAPAŁÓW

I TEJ „PANORAMY RACŁAWIC” –

O, ŚLICZNY OLEODRUKU!

 

MY JESTEŚMY Z MIASTA POEZJI

CO SIĘ U NAS RODZIŁA NA BRUKU,

JAKBY KAMIEŃ SIĘ ZMIENIAŁ

W NATCHNIENIE,

A NATCHNIENIE WSIĄKAŁO W KAMIENIE

I POMNIKIEM

W SERCU MIASTA STOI.

 

MY JESTEŚMY Z TEJ JEDYNEJ TROI

Z TEJ JEDYNEJ NA CAŁY ŚWIAT,

KTÓRĄ KIEDYŚ, W ŚMIERTELNEJ POTRZEBIE,

HEKTOR

            ZDOŁAŁ PRZED WROGIEM OBRONIĆ

A MIAŁ WTEDY

PIĘTNAŚCIE LAT…

                                                 MARIAN HEMAR „STROFY LWOWSKIE”

 

 

 

Fiesole, górzysta miejscowość położona ok. 15 km obok Florencji.

 

Tytuł książki obrazuję „siedmioma pagórkami fiesolskimi”, jako, że Lwów położony jest na siedmiu wzgórzach, stąd alegoria Mariana Hemara do siedmiu pagórków fiesolskich ( polskiej Florencji).

 

Spełniliśmy metaforę Mariana Hemara:

 

„…MY JESTEŚMY Z MIASTA POEZJI

CO SIĘ U NAS RODZIŁA NA BRUKU,

JAKBY KAMIEŃ SIĘ ZMIENIAŁ

W NATCHNIENIE

A NATCHNIENIE WSIĄKAŁO W KAMIENIE

I POMNIKIEM

W SERCU MIASTA STOI…”.

 

W książce zamieszczamy fragmenty własnych utworów poetyckich.

 

„Adam Macedoński i Aleksander Szumański z siedmiu pagórków fiesolskich” to książka niezwykła. Opowiada o losach dwóch chłopców w okresie ich 6-7 i 10 lat, wplecionych w barwy swojego miasta Semper Fidelis – Zawsze wiernego Lwowa. Tam się obaj urodzili, tam wychowali i tam wspólnie spędzali czas niewinnego dzieciństwa. Ich losy splatały się również w igraszkach w Parku Kościuszki, zwanym też Ogrodem Jezuickim.

 

Wywodzimy się z lwowskich patriotycznych rodzin. Ojciec Adama, Władysław Macedoński był policjantem Policji Państwowej we Lwowie.

 

Mój ojciec Maurycy Marian Szumański był ginekologiem-położnikiem, docentem w katedrze profesora Adama Sołowija na Uniwersytecie Jana Kazimierza.

 

Profesor Adam Sołowij był najstarszym profesorem lwowskich wyższych uczelni, wśród  zamordowanych profesorów 4 lipca 1941 roku na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie przez ukraińsko – hitlerowski batalion „Nachtigall” (Słowik).

 

Mój ojciec został zamordowany przez hitlerowców 4 listopada 1941 roku. Mama patriotyczna pedagog lwowskich szkół powszechnych i średnich uczyła historii Polski.

 

Mówi Wanda Macedońska artystka malarka, siostra Adama, którą bardzo serdecznie witam:

 

„Moja piękna, czarnooka i czarnowłosa Mama upiększała swoimi robótkami, haftami i wyszywankami nasze skromne, ale bardzo przytulne mieszkanie w pięknym mieście Lwowie. Przy tym Mama śpiewała różne piosenki.

                                     

Były one bardzo piękne romantyczno – patriotyczne. Cały czas była z nami dziećmi wtedy przez rodziców nazywanych pieszczotliwie Wandusią i Adasiuniem. Rodzice byli Mamcią i Tatkiem – tak we Lwowie się mówiło. Te czasy były dla naszej rodziny piękne i spokojne. Nasz Tato był policjantem Policji Państwowej, chodził do służby na dzień, lub na noc. Tak było aż do strasznego września 1939 roku. Przyszło obce wojsko i władza radziecka. Tato musiał się ukrywać, aby ocalić życie.

 

Wśród wspaniałości dzieł sztuki, które oglądałam, będąc małym dzieckiem we Lwowie, był kościół oo. Dominikanów.

 

Barok, z piękną złoconą amboną, na której niezauważalnie (dla mnie) pokazywał się nagle ksiądz z Ewangelią i kazaniem. Kościelna, wielka kopuła widoczna od wewnątrz, pośrodku sufitu, była przeze mnie najbardziej obserwowana. Był to najwyższy i najjaśniejszy punkt tego przepięknego kościoła. Przed bramą kościoła, na drewnianym wózku, siedział dziad. Czarny od brudu.

Bałam się go bardzo. Słyszałam, jak ludzie mówili, że ten biedak wyprawił swojej córce drugie wesele. Nie wiem, czy to było możliwe.

 

Niedaleko tego kościoła przy ulicy Dominikańskiej  mieszkaliśmy, my małe dzieci wraz z rodzicami. W małym mieszkaniu w oficynie. Tato pracował niedaleko w Województwie, gdzie mieścił się komisariat Policji Państwowej. Mama zanosiła mu tam obiady”.

 

W panoramie Lwowa widocznej na okładce książki wznosi się kopuła kościoła oo. Dominikanów, w którym Wanda i Adam przyjęli chrzest.

 

Rodzice mojej małżonki, lwowianki, Aliny Borkowskiej - Szumańskiej, którą serdecznie witam, w tym kościele brali ślub.

 

Punktem wyjścia powstania tej książki to nasze miasto rodzinne Lwów, nasze dzieciństwo i przeżycia Adama Macedońskiego w długim okresie niewoli komunistycznej.

 

Jego postawę w tym okresie wplecioną w prześladowania postanowiłem upamiętnić. Pierwsza próba napisania  książki ukazała się w „Kresowym Serwisie Informacyjnym” w czterech odcinkach – październik 2011 – styczeń 2012 - „Adama Macedońskiego nie tylko lwowskie przypadki”.

 

Apogeum tych prześladowań przeżył Adam w swoim krakowskim mieszkaniu na VIII piętrze, gdy ubek zwrócił się do niego otwierając okno na balkon: nie boi się pan panie redaktorze, że pan stąd wypadnie?

 

 

 

 

Owe metody zostały opisane również przez Joannę Siedlecką w „Obławie”:

 

„Mości Zawieyski czas skakać”- usłyszał pisarz Jerzy Zawieyski przy otwartym oknie w szpitalu. Zwłoki Jerzego Zawieyskiego znaleziono na chodniku pod szpitalem.

 

WYBITNI POLACY KUSTOSZAMI PAMIĘCI NARODOWEJ

 

Adam Macedoński został uhonorowany tytułem  „Kustosz Pamięci Narodowej” nadanym przez prezesa Instytutu Pamięci Narodowej  dra Łukasza Kamińskiego –

www.ipn.gov.pl/portal/pl/877/Prezes.html

 

Uroczystość wręczenia nagrody odbyła 14 czerwca 2011 roku się w Sali koncertowej Zamku Królewskiego.

W gronie laureatów w tym dniu znaleźli się m.in. Ewa Siemaszko, Władysław Siemaszko, Związek Sybiraków.

 

W poprzednich latach laureatami zostali m.in. Janusz Kurtyka, Komisja Historii Kobiet w Walce o Niepodległość, Zakon oo. Paulinów, Paweł Jasienica (pośmiertnie), Instytut Józefa Piłsudskiego w Londynie, Instytut Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku, Zofia i Zbigniew Romaszewscy, Studium Polski Podziemnej, Muzeum Sługi Bożego  ks. Jerzego Popiełuszki, Komitet Katyński, Niezależny Komitet Historyczny Badania Zbrodni Katyńskiej, Związek Polaków na Białorusi, ks. Tadeusz Isakowicz – Zaleski.

 

Kustosz Pamięci Narodowej – nagroda przyznawana za szczególnie aktywny udział w upamiętnianiu historii Narodu Polskiego w latach 1939–1989, a także za działalność publiczną zbieżną z ustawowymi celami Instytutu Pamięci Narodowej; ustanowiona w lipcu 2002 przez Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej prof. Leona Kieresa.

 

Inicjatorem wyróżnienia był prof. Janusz Kurtyka, ówczesny dyrektor Oddziału IPN w Krakowie.

 

                                               Aleksander Szumański

 

– tekst promocji książki „Adam Macedoński i Aleksander Szumański z siedmiu pagórków fiesolskich” wygłoszony 21 maja w krakowskim Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką” – sala Fontany.

 

 
BEATA OBERTYŃSKA CZ.V Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
13.05.2012.

BEATA OBERTYŃSKA CZ.V

 

ALEKSANDER SZUMAŃSKI DLA BARW KRESÓW

 

 ŁAGIER POD BIEGUNEM – Loch- Workuta

 

Pierwszym budynkiem który nas wita w obrębie łagru jest kretowina „izolatki”. Bo w łagrze karcer nazywa się już inaczej. Wygląda to trochę tak, jak u nas na wsi wkopana w zbocze drogi piwniczka na kartofle. Tyle, że mocno okute drzwi i okienko całe w kratach.

 

Łagier Loch-Workuta ciągnie się wzdłuż nadrzecznego urwiska mnóstwem  bezplanowo rozrzuconych, drewnianych szop, baraków, darnią pokrytych ziemianek i płóciennych pałatek (namiotów). Widać, że wszystko nowe. Niektóre budynki świecą jeszcze świeżymi deskami. Te nie zaznały dotąd ani długich deszczów, ani długich zim. Na innych – złoto desek zgasło już wprawdzie w popielate srebro, ale spód budynku tkwi jeszcze dotąd w przegniłych kupach trzasek i wiórów z czasu własnej budowy.

 

Zatrzymują nas przed małym domkiem o drewnianym ganeczku i małych, merlą od wewnątrz zasłoniętych okienkach. W jednej połowie tego domu mieszka naczelnik łagru z liczna rodziną, w drugiej mieści się kancelaria obozu.

 

Opętane, dwie godziny wytrzymali nas przed tym urzędem. W mglistym kapuśniaczku, wymęczone, głodne, ledwo żywe. A potem na spanie posłali nas jak stado krów – do obory. Dosłownie! Tyle, że w oborze tej my byłyśmy pierwszym bydłem.  

 

Nic innego być krową w Rosji! Wątpię, czy wielu ludzi na wolności miało w tym kraju tyle przestrzeni do spania, co my, tej pierwszej nocy. Wykończona właśnie stajnia jest olbrzymia, a długa tak, że się wprost gubi w perspektywie.  W nowych żłobach leżą jeszcze sosnowe wióry i całe mroczne wnętrze stajni pachnie kwaskowato lekko przewiędła już zielenią, którą zamiast ściółki zwalono tu dla nas wzdłuż żłobów. Jest to ta tutejsza ni to wierzba, ni wiklina zarastająca brzegi i urwiska nadbrzeżne – soczysty, sinozielony chwast, który zamiast słomy ściele się pod bydło. Mniejsza z tym, że to łykowate i twarde i że idzie od tego zielna wilgoć zwalonych w grubej warstwie świeżych witek. Po betonie cel, które znają dobrze nasze kości, nie przestraszy nas chłód liści! Najważniejsze jest to, że za oknami, których tu pełno wzdłuż żłobów, świat ciągle jeszcze udaje, że będzie noc, że w olbrzymiej oborze ginie wrzask i śmiech – podnieconych pobliżem dozorców – Cyl i Zinek, że będzie można na mokrym materacu rozprostować zmęczone stawy i że nareszcie dostaniemy jeść!

 

Komuś kto nie był nigdy naprawdę głodny może się to, co powiem, wyda śmieszne. Kiedy w godzinę później trzymam w obu rękach mój bezcenny, własny, obity z emalii garnuszek z kilkoma łykami gorącego mleka, czuję, że mi do oczu napływają łzy.  To śmieszne – prawda?  Dziś kiedy sobie tę chwilę przypomnę wydaje mi się, że  nie sam głód nawet był powodem tego wzruszenia. Zapach słodkiego, prażonego mleka – to przecie dzieciństwo, to bezpieczeństwo, sytość, dom… Czy możliwe, aby tamto najszczęśliwsze dziecko świata fuczące ufnie w znajomy garnuszek  z obrazkiem i ta świerzbowata łachmaniarka pod biegunem – to była jedna i ta sama osoba? Nigdy sobie rozmyślnie na żadne rozczulanie się nad sobą nie pozwalałam dotąd…  To idiotyzm w naszych warunkach… Ale wtedy słodka para gorącego mleka zaskoczyła mnie tak znienacka, że nie  zdążyłam sobie niczego zakazać. Trzymam w brudnych rękach brudny po „tiuremnych czajach” darowany mi na celi garnuszek i aż mnie gardło boli od wstrzymywanego płaczu.

 

Prócz paru łyków mleka i sporej pajki mokrego chleba dostaliśmy jeszcze wtedy – słoninę! Jak to obiecująco brzmi – prawda? Był to skrawek na dwa palce długi oślizłej, szczecinowatej skóry, którą zarastało coś żółtawego, śmierdzącego starym łojem stęchlizną i myszą. Mimo całego głodu i wyposzczenia, mimo chorobliwego pociągu do tłuszczów, na który cierpimy wszystkie, niepodobna było się przemóc, by tej słoniny tknąć.   

 

Słyszymy właśnie, że jutro mamy wolne…Tak! Zapowiadają nam to uroczyście przed spaniem. Jutro nie będzie „podjomu” i możemy wstać, kiedy się nam podoba. 

 

Ale jutro „podjom” zrobił się sam z siebie wcześniej, niżby kto przypuszczał. Parę z nas zachorowało. Cesia najciężej. Gorączka od niej aż bucha, ma silne kłucia w płucach i ledwie wie co do niej mówię. Pewnie ! Do czasu tylko dzban wodę nosi.

 

Wezwany do stajni obozowy wracz powiedział, że to prawdopodobnie zapalenie płuc i że ją natychmiast odeśle do san-grodka. Usłyszawszy to pani Ada osoba umiejąca łapać okazję nie wlot – bo to było za późno – ale wtedy, kiedy okazja sama jeszcze nie wie, że się zdarzy , zgłasza się też ze swoją chroniczna chorobą.  A ponieważ ma na szczęście i lekką gorączkę z przemęczenia, lekarz godzi się by jechała razem. Gdyby wraczem nie był wtedy na Loch-Workucie ten właśnie, opatrznościowy człowiek, przypuszczam, że byliby ani Cesi, ani tych kilku innych chorych kobiet odesłali do szpitala. Jestem też pewna, że gdyby nie on, w niespełna trzy tygodnie później, zgarbiłby się mną niechybnie świeży kopczyk w tundrze, za zoną…Ale widocznie  nie był to jeszcze czas na mnie i Opatrzność postawiła na mojej drodze tego niepozornego rudego człowieczka, którego dobroci nie zapomnę nigdy, ani ja, ani tamte wszystkie, które ratował wtedy jak umiał i jak mógł, sam narażając się władzom.

 

W godzinę później, półprzytomna, pod ręce prowadzona Cesia opuszczała oborę. Za nią w swych granatowych spodniach z kocyka, drobiła szykowna pani Ada, potem tych kilka innych,  wreszcie ogromna Raciszewska, niosąca i swój tobołek i toboły pani Ady. Cóż to za grzmot z tej Raciszewskiej! Jest przecie chora. Biorą ją do szpitala, A tu – jak gdyby nigdy nic – tobół na plecy i jazda! W drzwiach obory robi się ciemno, gdy przystępuje próg.   

 

Wreszcie jesteśmy w przystani. Na wodzie pełnej trzasek i śmiecia leży znajomy kształt korabia. Brzegi aż szare od naszych. Zwieziono ich tu widać z całego „Workut-stroja”, takie ich mnóstwo. Trudno sobie zdać sprawę czy są wśród nich i młodzi, w każdym razie nikt tu młodo nie wygląda.  Nie podobna też rozeznać, czy są wśród nich inteligenci. Fufajki, watowe bruki, czapki z wiszącymi uchami i szmaty na nogach zmieniły ich wszystkich w jedna miazgę, podobną do tej którą zalane są wszystkie łagry. Na szczęście tylko nie słychać już tylko rosyjskiego języka! Akcenty ze wszystkich dzielnic Polski, od góralskiego po wileński, jest też wielu Ukraińców i Żydów. Razem około 350 mężczyzn i my dwie.

 

Wnętrze barży nie ma tym razem nar. Pusta wilgotna głąb, wysokie belkowanie i mdły zapach rozesłanego miejscami na podłodze przegniłego siana. Światła tyle, ile się wciśnie przez niskie szerokie drzwi nad pochyłą deską, po której schodzi się w dół, na dno barży. Dno to jest niżej od poziomu wody, której chlupot się słyszy wyraźnie przez deski.

 

Szara, dudniąca masa, w jednym oka mgnieniu zalewa szczelnie cała podłogę. Szczęśliwy kto dopadł garstki siana. Inni moszczą się na gołych deskach. Stoimy z Raciszewską w tym rozsyczanym mrowiu mężczyzn, upatrując jakiegoś możliwego kąta. Wreszcie wzrok nasz zatrzymuje się na wysokim gzymsie w najciemniejszym końcu barży. Prowadzi do niego wąska drabina schodków, łączących tylny dziób korabia z jego wnętrzem. Zagnieżdżamy się więc na tym wąskim gzymsie rade, że udało nam się znaleźć taki osobny, własny kąt, z dala od reszty. Zdajemy sobie bowiem sprawę, że czeka nas długa droga, a ciągłe, bezpośrednie pobliże mogłoby być krępujące dla obu stron. W dodatku, nie mamy jeszcze pojęcia, co to za element. Miejsca na naszej półce jest tyle, że możemy się obie wygodnie położyć, zostawiając jeszcze wolne przejście do drzwiczek obok nas. Drzwiczki te są w ciągłym ruchu, bo na tym tylnym dziobie mieści się klitka w której mieszka skiper z rodziną. Dzisiejsza barża jest trochę inna od poprzednich. Nie ma żadnego pomostu, którym by ją można obejść dookoła. Na oba dzioby wydostać się można z mrocznego jej wnętrza tylko po tych stromych schodach zakończonych nieszczelnymi wiodącymi na pokładzik dzioba drzwiczkami. Pod jednym z nich właśnie mieści się nasz jaskółczy gzyms. Na drugim dziobie stoi okrągły piecyk do gotowania kipiatku i zwisa przez burtę  płytka klitka jedyną na całą  barżę ubornoj. Taki rozkład miał ów jacht luksusowy, który odbił się z nami od brzegu późnym zmrokiem, dnia osiemnastego września 1941 roku.

 

W zupełnie mrocznym jego wnętrzu stoimy wszyscy na baczność, a wilgotne ściany drżą od Roty śpiewanej ściśniętym ze wzruszenia gardłem…

 

Choć jest zimno, mokro i ciemno, człowiek jest tak bezgranicznie szczęśliwy! Jedzie do Bezułuku, do naszego wojska, jest nareszcie wolny – i nie wie jeszcze, co znaczy wolność w tym sowieckim „raju”.

 

                                                                                                                             cdn.

 

Następny, VI odcinek „Na tak zwanej wolności”.

 

 
WON STĄD! Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
12.05.2012.

    ALEKSANDER SZUMAŃSKI

KORESPONDENCJA Z WARSZAWY

 

WON STĄD!

 

W czasie wywiadu z Sejmu z red. Ewą Stankiewicz poseł Stefan Niesiołowski

zaatakował dziennikarkę:

 

Won stąd!

 

Kim pani jest?

 

Ja nie chcę z panią rozmawiać. Niech pani idzie do Pospieszalskiego.

 

- Ja jestem Ewa Stankiewicz. Mam osobne imię i nazwisko - mówiła dziennikarka.

 

- Pani jest od tego filmu "Solidarni". Od tego pisowskiego paskudztwa – powiedział Niesiołowski.

 

- Nie chcę z panią rozmawiać. Niech pani idzie do PiS-u.

 

 - Proszę to odwrócić, bo pani rozbiję kamerę.

 

- Przed chwilą nie mógł pan wyjść z Sejmu. Czy pan wie dlaczego? - pytała dziennikarka w kontekście blokady Sejmu przez "Solidarność".

 

- Czy pani jest głucha? - odpowiedział Niesiołowski. - Niech pani idzie do tych pisowskich lizusów. Bez zgody proszę mnie nie filmować, bo pani rozbiję kamerę.

 

Po takim eleganckim wywiadzie udzielonym przez polskiego posła PO, b. wicemarszałka Sejmu RP polskiej dziennikarce należy wspomnieć o jego działalności w kontaktach z SB:

 

„Celowo zatajałem pewne fakty, ażeby uchronić niektóre osoby od odpowiedzialności karnej. Dziś całkowicie zrozumiałem swoje niewłaściwe stanowisko w tej kwestii i dlatego pragnę, tak jak i w innych sprawach, mówić tylko szczerą prawdę — kajał się w 1970 roku Stefan Niesiołowski podczas przesłuchiwania przez MSW w tzw. sprawie organizacji „Ruch”.

 

Wydawał wszystkich...

 

Na początku lat 90. Stefan Niesiołowski, jedna z ikon Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, uważany był obok Marka Jurka czy Jana Łopuszańskiego za jednego z najbardziej radykalnych polityków prawicy walczących o powrót Polski do państwa katolickiego, w którym przestrzegane będą zasady Dekalogu. Był też zagorzałym zwolennikiem lustracji, broniąc w 1992 r. przed atakami rząd Jana Olszewskiego, także w dniu obalenia gabinetu przez Sejm RP.

 

Za obecnym senatorem Platformy Obywatelskiej ciągnęła się aura opozycyjności — działalności w „Ruchu”, organizacji założonej w latach 60. przez Niesiołowskiego, Andrzeja Czumę i Emila Morgiewicza. Innymi liderami tej liczącej według niektórych źródeł ponad 100 osób struktury byli jeszcze: Marian Gołębiewski i Benedykt Czuma.

 

„Ruch” miał zdecydowanie antykomunistyczny charakter. Pokazywały to m.in. zapisy deklaracji programowej „Mijają lata”, której autorami byli Andrzej Czuma, Morgiewicz i Niesiołowski.

 

Odrzucono w niej Polskę Ludową jako legalne państwo polskie. „Ruch” — w przeciwieństwie do późniejszego np. KOR-u — za błędne uznawał działanie na rzecz demokratyzacji i reformowania PRL, uważając, że dopiero na jej gruzach można zbudować w pełni niepodległe państwo, niezależne od Związku Sowieckiego i przestrzegające praw człowieka.

 

Jedną ze spektakularnych akcji miało być spalenie Muzeum Lenina w Poroninie. Pomysłodawcą był właśnie Niesiołowski. Do akcji nie doszło, gdyż organizacja została namierzona przez bezpiekę, która aresztowała kierownictwo „Ruchu”. Po przesłuchaniach i śledztwie zapadły wysokie wyroki. Niesiołowski dostał 7 lat i do dziś otacza go nimb odważnego opozycjonisty. Tymczasem prawda jest inna...

 

Feralna narzeczona

 

Sprawa procesu „Ruchu” z roku 1970 nie wracałaby dzisiaj jak bumerang, gdyby nie artykuł Niesiołowskiego pt.: „Niepodległość, demokracja, antykomunizm”, który ukazał się w 26. numerze tygodnika „Ozon” z 2006 roku – który wywołał  gwałtowny sprzeciw Elżbiety Królikowskiej - Nagrodzkiej, dziennikarki mieszkającej obecnie w Wielkiej Brytanii. W obszernym sprostowaniu wysłanym na ręce redaktora naczelnego ‚,Ozonu” Grzegorza Górnego naświetliła przekłamania Niesiołowskiego.

 

Najbardziej istotne jest to, że ujawniła fakt kolaboracji współzałożyciela „Ruchu” z SB podczas śledztwa. Królikowska, która wówczas była narzeczoną Niesiołowskiego, w 2003 roku uzyskała od Instytutu Pamięci Narodowej status osoby pokrzywdzonej, a w konsekwencji dostęp do materiałów archiwalnych MSW.

 

Wynika z nich, że Niesiołowski sypał aresztowanych, ujawniając informacje o organizacji, choć jedynym przyjętym przez opozycjonistów sposobem postępowania po aresztowaniu miała być odmowa składania zeznań i zaprzeczanie działalności w „Ruchu”. Królikowska zastosowała się do tych reguł.  Zaprzeczała wszelkim związkom z „Ruchem”.

 

Oto fragment protokołu z jej przesłuchania w  SB z 30 czerwca 1970 roku:

 

„Przez cały okres trwania znajomości Stefan Niesiołowski nigdy nie proponował mi wstąpienia do tajnej organizacji. Nigdy też nie informował mnie, że taka organizacja istnieje. Od pozostałych osób których nazwiska występują w moich protokołach przesłuchania również ani nie informowały mnie o istnieniu tajnej organizacji, ani też nie żądały ode mnie środków finansowych na cele takiej organizacji (..). Tu następuje najbardziej istotna część protokołu:

 

W tym miejscu podejrzanej okazano protokół przesłuchania podejrzanego Stefana Niesiołowskiego z dnia 29 czerwca 1970 roku i podejrzana oświadczyła, że rozpoznaje charakter pisma swojego narzeczonego oraz jego podpis, po czym zapoznała się z treścią protokołu”.

 

 

Narzeczony ją wsypał bez mrugnięcia okiem. Fragment protokołu z przesłuchania Niesiołowskiego z 29 czerwca 1970 roku (przesłuchujący: kpt. mgr Leonard Rybacki):

 

„Pragnę jeszcze wyjaśnić, że pozyskałem, wiosną 1969 roku jako członka naszej nielegalnej organizacji również Elżbietę Nagrodzką, zam. w Łodzi przy ul. Bydgoskiej 30 m.39. Nagrodzką zorientowałem kto jest członkiem organizacji na terenie Łodzi oraz poznałem z Andrzejem Czumą z Warszawy. Wiadomym mi jest, że Nagrodzka miała wziąć udział w akcji podpalenia muzeum Lenina w Poroninie”.

 

Protokoły hańby

 

Zeznanie Niesiołowskiego dotyczące narzeczonej to nie jedyny dowód współpracy z SB podczas śledztwa. Z protokołów z przesłuchań, znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej (nr sprawy II 3 Ds. 25/70, tom VI, strona 11 — 11) dowiadujemy się, że por. Dariusz Borowczyk z KM MO w Łodzi zanotował 20 czerwca 1970 roku o godz.15.10, że Stefan Myszkiewicz Niesiołowski przyznaje się do tego że istniał ,,Ruch”, że był organizacją konspiracyjną. Twierdzi, że nie było przywódców.

 

To dopiero początek. Z protokołów z przesłuchań, znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej (nr sprawy II 3 Ds. 25170, tom VI, strona 11 -76) wynika już, że prominent PO zdradzał wszystkich naokoło:

 

21 czerwca 1970r. Niesiołowski wymienia podczas przesłuchania nazwiska swojego brata Marka, Andrzeja i Benedykta Czumów, Andrzeja Woźnickiego.

 

25 czerwca 1970 r. Niesiołowski rozszyfrowuje kto kryje się pod pseudonimami, m.in. „Emil” (Emil Morgiewicz), „Jurek” (Benedykt Czuma).

 

Równocześnie sam zaprzecza swojej przynależności do „Ruchu” i współredagowania „Biuletynu”.

 

28 czerwca 1970 r. kaja się na całej linii:

 

 Wyjaśnienia, jakie wówczas (przed 28 czerwca 1970 r ) składałem odnośnie mojej przynależności i działalności w nielegalnym związku, częściowo były nieprawdziwe.

 

Pragnę dziś wyjaśnić udział w nielegalnej organizacji w sposób szczery i zgodny z prawdą (fragment protokołu z przesłuchania -  przesłuchujący kpt. mgr Leonard Rybacki z Biura Śledczego MSW w Warszawie.

 

1 lipca 1970 r. Niesiołowski, wymieniając z nazwiska Andrzeja Czumę, ujawnia, że był bardzo aktywnym członkiem naszego Ruchu i inicjatorem rożnych akcji.

 

11 lipca 1970 roku Niesiołowski zeznaje :

 

Pragnę uzupełnić oraz sprostować pewne wyjaśnienia jakie złożyłem do protokołów w czasie poprzednich przesłuchań na temat podjętej przez nasz Ruch akcji spalenia muzeum Lenina w Poroninie. Celowo zatajałem pewne fakty, ażeby uchronić niektóre osoby od odpowiedzialności karnej. Dziś całkowicie zrozumiałem swoje niewłaściwe stanowisko w tej kwestii i dlatego pragnę, tak jak i w innych sprawach, mówić tylko szczerą prawdę.

 

Swoich zeznań w SB w latach 70. w czasie wywiadu przed Sejmem z red. Ewą Stankiewicz z dnia 12 maja 2012 roku Niesiołowski jednak nie ujawnił zastępując je epitetem „won”.

 

Waldemar Łysiak w takich przypadkach był zdania:

 

„Mnożą się nam różnego (głównie podłego) sortu ekscelencje – takie, do których Jan Sztaudyngier radził się zwracać:

 

 

Ekscelencjo, pozwolisz

Że ci zejdziem z drogi.

Tak do gówna przy drodze

Powiedziały nogi”

                                                               Aleksander Szumański

  

 

 

 

 
UKRAIŃSKIE SŁOWIKI MORDÓW Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 0
Autor: Aleksander Szumanski   
06.05.2012.

ALEKSANDER SZUMAŃSKI

KORESPONDENCJA ZE LWOWA 

 

UKRAIŃSKIE SŁOWIKI MORDÓW

Batalion „Nachtigall” (niem. Słowiki) – niemiecki batalion złożony z Ukraińców, działający w roku 1941, w czasie II wojny światowej. Oficjalna nazwa niemiecka: Sondergruppe Nachtigall. Przez propagandę ukraińską wraz z batalionem „Roland” określany był mianem Drużyn Ukraińskich Nacjonalistów.

Inicjatywa powstania zbrojnego oddziału wywodzi się z II walnego kongresu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN-R), który uchwalił, że „[…] dla wykonania swych planów OUN organizuje i szkoli własną wojskową jednostkę”. Na utworzenie jednostki 25 lutego 1941 wyraził zgodę admirał Wilhelm Canaris, na początku marca zgodę wydało dowództwo Wehrmachtu.

Jednostkę utworzono pod dowództwem niemieckim por. Hansa-Albrechta Herznera. Zastępcami dowódcy byli: por. Theodor Oberländer – oficer łącznikowy Abwehry i Roman Szuchewycz. W skład dowództwa wchodzili również: ks. Iwan Hrynioch – kapelan jednostki i Jurij Łopatynśkyj. Dowódcami kompanii byli oficerowie niemieccy. Zdaniem Dietera Schenka batalion składał się z byłych jeńców wojennych narodowości ukraińskiej pozostających w niewoli niemieckiej, którzy początkowo służyli w Wojsku Polskim, a których następnie Niemcy werbowali do tego batalionu.

Inicjatywa związana była również z grupą cywilów z kierownictwa OUN-B: Jarosławem Stećko (desygnowanym przez Banderę na szefa rządu „wyzwolonej” Ukrainy), Lwem Rebetem, Jarosławem Staruchem, Iwanem Rawłykiem, Stepanem Pawłykiem, Stepanem Łenkawśkym, Dmytro Jaciwem.

Nabór do jednostki prowadziły lokalne komórki organizacyjne, kandydatów wysyłały do Krakowa, gdzie przechodzili przez kontrolę specjalnej komisji OUN oraz badania lekarskie. Kandydaci rekrutujący się spośród sympatyków OUN-B, którzy pozytywnie przeszli weryfikację wysłani zostali w dwóch grupach na przeszkolenie m.in. do Krynicy i Barwinka. Po 4 – 5 tygodniach wstępnego szkolenia rekrutów przewieziono do Neuhammer (Świętoszów koło Wrocławia), gdzie odbywało się przeszkolenie wojskowe z bronią. Tam też żołnierze batalionu w kwietniu 1941 roku złożyli przysięgę „na wierność Ukrainie, OUN i jej dowództwu”.

Nachtigall jako zbyt mała jednostka wszedł w skład jednostki dywersyjnej Brandenburg 800 (w sile pułku), który podlegała Abwehrze. W sumie batalion liczył 350 żołnierzy, z czego 150 przeszło szkolenie w batalionie Brandenburg, 100 w Krynicy, a reszta w Dukli, Barwinku i Komańczy. Żołnierze nosili umundurowanie Wehrmachtu, na którym mogli, na naramiennikach naszywać niebiesko-żółtą wstążkę.

W przededniu ataku Niemców na ZSRR, batalion przerzucono do Rzeszowa, stamtąd pieszo dotarł w okolice Radymna. 27 czerwca 1941 roku Niemcy przerzucili go w rejon Lwowa. 30 czerwca o godzinie 4:30 nad ranem jako pierwsza zwarta jednostka wkroczył do Lwowa, zajmując bez oporu sowieckiego ratusz, katedrę Świętego Jura i lwowskie więzienia. O 6:30 delegacja żołnierzy batalionu została przyjęta przez greckokatolickiego metropolitę lwowskiego Andrija Szeptyckiego. Część batalionu stanowiła ochronę lwowskiej radiostacji podczas ogłaszania aktu państwowości ukraińskiej, dlatego też dowództwo niemieckie utraciło zaufanie do żołnierzy batalionu.

7 lipca 1941 roku batalion został wraz z 1 dywizją strzelców górskich Wehrmachtu skierowany w kierunku Kijowa przez Złoczów, Tarnopol, Satanów, Płoskirów i Winnicę. Pod Winnicą żołnierze batalionu rozstrzelali w co najmniej dwóch miejscach nieznaną ilość Żydów. Również zdaniem Per. A. Rudlinga batalion pod dowództwem Romana Szuchewycza wziął udział w masowych rozstrzeliwaniach Żydów w Winnicy. W Winnicy batalion wziął udział po raz pierwszy w poważniejszych walkach z Sowietami. Po otrzymaniu informacji o aresztowaniu przez Niemców składu rządu Jarosława Stećki żołnierze batalionu otwarcie żądali zwolnienia uwięzionych lub wycofania z frontu. 30 lipca Wilhelm Canaris podjął decyzję o rozwiązaniu batalionu. 13 sierpnia 1941 batalion został wycofany z walk i poprzez Kraków (gdzie go rozbrojono) odtransportowany do Neuhammer, a następnie do Frankfurtu nad Odrą, gdzie skierowano również Batalion "Roland".

W październiku 1941 roku oba bataliony zostały zlikwidowane i przekształcone w Batalion Policyjny nr 201, który został wyjęty spod komendy Wehrmachtu i podporządkowany Ordnungspolizei (Ukraińskie Bataliony Policyjne). Część żołnierzy zdezerterowała, większość podjęła funkcje policyjne (podpisując w grudniu 1941 jednoroczne kontrakty) w 201 batalionie policyjnym.

Po zajęciu Lwowa przez Wehrmacht 30 czerwca 1941 w różnych częściach miasta rozpoczęły się pogromy Żydów. Pretekstem do ich rozpoczęcia była masakra więźniów dokonana przez NKWD i odkrycie zwłok kilku tysięcy pomordowanych więźniów w więzieniach lwowskich. Żydzi obwiniani przez Niemców za kolaborację z okupantem sowieckim i zbrodnie NKWD stali się celem zemsty części ludności miasta Lwowa, podburzanej przez Niemców. Zdaniem Kershawa było to zgodne z dyrektywami Reinharda Heydricha o prowadzeniu wojny na terenie ZSRR, nakazującymi zachęcanie i inspirację pogromów antyżydowskich przez miejscową ludność. Warunki dla przeprowadzenia pogromu zorganizowali Niemcy, oni też dokonywali masowych morderstw na Żydach. W czasie trwania pogromu przywództwo w nim objęli członkowie OUN-B, dla których wspieranie działań Niemców było środkiem zdobywania ich poparcia dla niepodległej Ukrainy, łączącym się z antysemickimi przekonaniami przywódców organizacji. Autor ten pisze, że „miejski tłum”, złożonych zarówno z Ukraińców, jak i Polaków, skorzystał jedynie z sytuacji, by dokonywać przestępstw i grabieży. O udziale Polaków w pogromie nie pisze natomiast Dieter Schenk.

Według meldunku sytuacyjnego ZWZ z lipca 1941 oraz wspomnień Filipa Friedmana natychmiast po wejściu Niemców milicja ukraińska i grupy z marginesu społecznego miasta rozpoczęły plądrowanie miasta poszukując Żydów. Byli oni doprowadzani do punktów zbiorczych, a stamtąd wysyłani do różnych upokarzających prac. Część z nich zapędzona została do lwowskich więzień. Z relacji świadków wiadomo, że w więzieniu Brygidki i w więzieniu NKWD żołnierze Nachtigall wzięli aktywny udział w pogromie: podjudzali do okrucieństwa a również bili i rozstrzeliwali Żydów. W Brygidkach ukraińscy żołnierze nadzorujący wynoszenie i grzebanie ciał strzelali na dziedzińcu do pracujących Żydów. Również w więzieniu NKWD, żołnierze Nachtigall mieli popędzać i bić wywożących ciała Żydów. Potem na rozkaz niemieckiego oficera utworzyli szpaler i kłuli przebiegających Żydów bagnetami zabijając wielu z nich.

Według „Kroniki 2350 dni wojny i okupacji Lwowa” wieczorem Einsatzkommando rozstrzelało grupę czołowych osobistości żydowskich. Wśród zabitych był naczelny rabin Lwowa dr Jecheskiel Levin, któremu przed śmiercią oprawcy wyrwali brodę. Zdaniem Dietera Schenka egzekucję wymienionych osób przeprowadzili żołnierze „Nachtigalla”. Specjalna ekipa filmowa Wehrmachtu filmowała pogrom, filmy były pokazywane później w oficjalnej kronice filmowej Ministerstwa Propagandy Rzeszy: Die Deutsche Wochenschau. 1 lipca, kiedy pogrom osiągnął apogeum, pojedynczy żołnierze niemieccy dołączali na ulicach do mordujących. Niektórzy żołnierze Nachtigall najprawdopodobniej wzięli udział w pogromie Żydów we Lwowie, nie jako zwarty oddział, ale pojedynczo dołączając się do bojówkarzy. Mogli to być żołnierze uprzednio zwolnieni na przepustki.

Sprawę zamordowania lwowskich profesorów opisali po raz pierwszy już w roku 1944 sowieccy pisarze Władimir Bielajew i Mychajło Rudnycki.

Już kilkanaście dni od zbrodni w lipcu 1941 zbieranie jej świadectw rozpoczął Zygmunt Albert, wówczas adiunkt Uniwersytetu Jana Kazimierza, współpracownik i przyjaciel wielu z zamordowanych.

W roku 1946 mord profesorów lwowskich był przedmiotem badania na procesie norymberskim. Świadkiem oskarżenia (prowadzonego przez prokuraturę ZSRR) był jedyny ocalały po aresztowaniu profesor Franciszek Groer, który stanowczo twierdził, że aresztowania profesorów dokonali gestapowcy i że on sam został aresztowany przez gestapowców o nazwiskach Hacke i Keller..

Żołnierze Nachtigall byli wymienieni jako sprawcy w liście Związku Potomków Lwowskich Profesorów Zamordowanych przez Gestapo w lipcu 1941 do prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki z kwietnia 2005. Jednak śledztwo IPN w tej sprawie, prowadzone przez oddział w Rzeszowie, zostało zamknięte w czerwcu 2006 z powodu niewykrycia sprawców.

Anice Anderson, Vivian Head, Anne Williams w pracy „Rzezie, masakry i zbrodnie wojenne od starożytności do współczesności” twierdziły, że zbrodnia została dokonana przy pomocy ukraińskiego batalionu, który wyłapywał profesorów i ich rodziny, podczas gdy do żydowskich mieszkańców miasta strzelał od razu. Studenci lwowskich wyższych uczelni narodowości ukraińskiej przygotowywali listy do aresztowań.

Nazwa „Batalionu Nachtigall”pochodzi od chóru składającego się z żołnierzy batalionu, założonego przez Jewhena Bilińskiego w Neuhammer.
Żołnierzy batalionu ludność cywilna nazywała „Ptasznikami”. Nazwa pochodziła prawdopodobnie od symboli ptaków wymalowanych na jej wozach i motocyklach, a symbole od nazwy batalionu (Nachtigall – Słowik).
W 2011 roku jedną z ulic we wsi Rajliw (Obwód lwowski, Ukraina) przemianowano na „Żołnierzy Batalionu Nachtigall”. Stało się to z inspiracji radnego nacjonalistycznej partii Swoboda Mariana Berezdeckiego.

„Batalion Nachtigall” ( niem. Słowiki) sformułowano w ramach przygotowań do napaści na Związek Sowiecki.

Wywiad Armii Krajowej sugerował, że "profesorów aresztowało gestapo na skutek donosów ukraińskich”. Pierwsze opublikowane relacje i wspomnienia pochodzące z 1944 r. również jako autorów zbrodni podawały tę najbardziej znienawidzoną przez okupowane narody jednostkę policyjną. W. Bielajew pisał obrazowo: "krwawe łapy gestapo wyrywają wybitnych uczonych spośród świata medycznego. Ten sam autor w grudniu 1944 r. konstatował , że "ogólnie znanym jest fakt, że oddziały gestapowców wdarłszy się do miasta, miały na długo jeszcze przed wojną 1941 r. gotową listę wybitnych działaczy nauki i sztuki podlegających natychmiastowej likwidacji. W miarę upływu lat zarówno publicyści, jak i historycy przestali się kontentować samym określeniem — "gestapo" i zaczęli poszukiwać odpowiedzi na pytania: jaka konkretnie jednostka policyjna dokonała mordu i kto stał na jej czele. W. Bielajew pisał, że już jesienią 1944 roku, kiedy zaznajomił się ze znalezionym w jednym ze schronów UPA dokumentem-instrukcją pt. "Walka i działalność OUN podczas wojny" pojął, że daje mu ona klucz do wykrycia morderców. S. Bandera nakazywał w instrukcji swym współpracownikom "Zbierać personalne dane o wszystkich wybitnych Polakach i zestawiać czarne listy. Zrobić spis wybitnych Ukraińców, którzy w określonym momencie mogliby próbować realizować swoją politykę". W sposób pośredni potwierdzony został więc współudział nacjonalistów ukraińskich w wymordowaniu lwowskich uczonych.

W swoich trzech kolejnych książkach W. Bielajew konsekwentnie stawiał tezę, że listy profesorów przygotował banderowski odłam OUN, a oddział "Nachtigall" brał udział w samym morderstwie. Jego opinie podzielali liczni sowieccy historycy w swych pracach dotyczących okupacji hitlerowskiej na terenie Ukrainy.

Tezę W. Bielajewa potwierdził Sąd Najwyższy NRD, który w dniu 29 kwietnia 1960 roku po zaocznym procesie skazał Theodora Oberländera (ówczesnego ministra w rządzie RFN) na karę dożywotniego ciężkiego więzienia i utratę obywatelskich praw honorowych na zawsze. W sentencji wyroku stwierdzono, że batalion "Nachtigall" został przez Oberländera zorganizowany, wyszkolony i pod jego dowództwem użyty podczas agresji na ZSRR. Zgodnie z ustaleniami Sądu Najwyższego NRD Oberländer był komendantem batalionu "Nachtigall", co zostało ustalone na podstawie zeznań świadków i dokumentów przedłożonych Sądowi podczas rozprawy.

Ukraińskim dowódcą batalionu "Nachtigall" był Szuchewycz, który stale towarzyszył Oberländerowi i przekazywał do wykonania jego rozkazy. Zaraz po zajęciu Lwowa z batalionu wydzielono specjalny oddział w liczbie około 80 osób, który użyty został do masowych mordów. Według świadków zeznających na procesie, a należących do batalionu "Nachtigall", ich koledzy, którzy należeli do wspomnianej 80-osobowej grupy twierdzili po powrocie do batalionu, że otrzymywali od Oberländera i Szuchewycza imienne listy osób, które należało rozstrzelać. Theodor Oberländer był uważany w okresie II wojny światowej przez część osób z kierowniczych kół III Rzeszy za niekwestionowany autorytet w sprawach polskich i całej słowiańszczyzny. Jego życiorys predestynował go zresztą w pełni do tej opinii. Piastując od października 1940 roku funkcję profesora zwyczajnego na niemieckim Uniwersytecie im. Karola w Pradze (do końca wojny) oraz od stycznia 1941 r. dziekana Wydziału Nauk Politycznych i komisarycznego zarządcy zamkniętego Wydziału Prawa, miał już za sobą rozległe doświadczenia w politycznej, propagandowej i organizatorskiej walce z polskością.

Od czasu pierwszej podróży-praktyki — do ZSRR w 1928 r. podjął współpracę z placówkami "Ostforschung", pełniąc w latach 1933—1937 kierownicze funkcje w Bund-Deutscher Osten — organizacji podlegającej zastępcy führera — Hessowi, mającej za zadanie prowadzenie na wschodnich terenach pogranicznych Rzeszy walki narodowościowej, walki pogranicznej, propagowanie problematyki wschodniej, zajmowanie się osadnictwem i kierowanie pracą ziomkostw byłych osadników i urzędników niemieckich, którzy po 1918 roku znaleźli się w Niemczech. W tym samym czasie zajmował się również organizowaniem siatki wywiadu politycznego wśród mniejszości słowiańskich na wschodnim pograniczu Niemiec. W drugiej połowie 1937 roku służył w centrali Abwehry w Berlinie, a w 1939 roku w Abwehrstelle Breslau — głównym ośrodku działalności sabotażowo-dywersyjnej niemieckiego wywiadu wojskowego przeciw Polsce. Od listopada 1940 roku służył w Abwehrstelle Krakau jako oficer odpowiedzialny za sprawy ukraińskie. Wtedy przebywał również kilkakrotnie we Lwowie w związku z repatriacją Niemców z tego miasta.

Zimą 1940/41 brał udział w rokowaniach między przedstawicielami Abwehry i OUN-B, by od marca 1941 roku wrócić do czynnej służby wojskowej w Abwehrze i brać udział w przygotowaniach agresji na ZSRR, a zwłaszcza gospodarczej eksploatacji okupowanych terenów przez Związek Sowiecki. To ostatnie zagadnienie wiązało się z jego zainteresowaniami naukowymi, które zawsze oscylowały wokół problemów polityki ludnościowej, osadnictwa i polityki rolnej. Miał także ścisłe kontakty z Nord-und Ostdeutsche Forschungsgemeinschaft — tajną agendą ministerstwa spraw zagranicznych i ministerstwa spraw wojskowych oraz z SS w ramach tzw. SS Umsiedlungskommando, czyli specjalnego sztabu do przygotowania planowanych wielkich akcji osiedleńczo-przesiedleńczych na terenach okupowanych.

T. Oberländer, były profesor nadzwyczajny w Politechnice Gdańskiej i Uniwersytetu w Królewcu, człowiek ściśle współpracujący z dużą liczbą placówek zajmujących się Wschodem, oberleutnant Abwehry, nadawał się doskonale na reprezentanta interesów niemieckiego wywiadu w Zachodniej Ukrainie. Ambitny, przekonany o własnej wartości i swego rodzaju misji do spełnienia, usiłował pogodzić realizację swych własnych planów — awansu w hierarchii III Rzeszy — z zadaniami zleconymi przez Abwehrę oraz z dążeniami nacjonalistów ukraińskich.

Podczas agresji III Rzeszy na ZSRR najpierw współdziałał z oddziałami ukraińskich nacjonalistów, później z oddziałami "ochotników" złożonymi z jeńców mieszkających uprzednio na Kaukazie, a upadek Rzeszy obserwował wspólnie z własowcami. W 1946 roku T. Oberländer powrócił z obozu jenieckiego w Wielkiej Brytanii, przybrał pozę opozycjonisty wobec "Ostpolitik" Himmlera i rozpoczął działalność polityczną. Zmieniając przynależność partyjną, na stałe związał się z organizacjami przesiedleńczymi. Z ramienia "Bund der Heimatrertriebenen und Entrechten" (BHO — partia przesiedleńców) zdobył w 1953 roku mandat do Bundestagu i od października tego roku wszedł w skład rządu kanclerza K. Adenauera jako minister federalny do spraw przesiedleńców. Koniec lat pięćdziesiątych przyniósł jednak kres kariery politycznej T. Oberländera. Opinia publiczna została poinformowana o jego udziale w eksterminacji ludności okupowanych obszarów, co w rezultacie doprowadziło do jego ustąpienia z rządu w 1960 roku. Udzielając wywiadu bońskiemu korespondentowi gazety "The Guardian", Oberländer odrzucił oskarżenia kierowane przeciw niemu w sprawie zamordowania profesorów lwowskich mówiąc: "Nie tylko nie brałem udziału w żadnych aktach gwałtu, ale nie widziałem niczego w tym rodzaju w ciągu siedmiu dni, które spędziłem we Lwowie. Nie słyszałem ani jednego wystrzału w mieście (...)".

Admirał Canaris (...) "rozkazał, aby oddziały policji ukraińskiej zachowywały się w sposób wzorowy. Oddział "Nachtigall" wykonywał w ciągu swego tygodniowego pobytu we Lwowie tylko funkcje wartownicze".

T. Oberländer wykazał tutaj — zresztą nie on jeden spośród niemieckich zbrodniarzy — zadziwiająco słabą pamięć. Zarówno przewód sądowy przed Międzynarodowym Trybunałem w Norymberdze, jak i zeznania tych, którzy przeżyli, przechowywane w Archiwach Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, całkowicie podważają wiarygodność jego wypowiedzi.

A oto przykładowe relacje na temat pobytu we Lwowie batalionu "Nachtigall":

"... u bramy więziennej (...) stał podwójny szpaler składający się wyłącznie z Ukraińców ubranych w niemieckie mundury. Mieli oni karabiny z nasadzonymi bagnetami. Przez ten szpaler pędzono nas na podwórze więzienne. Bito nas przy tym i kłuto, nie zważając czy trafiało to w kobiety, mężczyzn czy dzieci. Tylko niewielu przeżyło to wejście i wielkie więzienne podwórze było pokryte niezliczoną ilością trupów".

"Nazwy »Ptasznicy« używano w stosunku do oddziału Ukraińców w mundurach Wehrmachtu; powstała ona wkrótce po wejściu tej grupy do akcji na terenie miasta."Ptasznicy" tworzyli zwarte kompanie w mundurach niemieckich i z niemieckimi oznakami stopni. Mówili po ukraińsku, a do rękojeści bagnetów mieli uczepione tasiemki z guzami koloru niebiesko-żółtego...".

Egzekucje masowe (pogromy Żydów i Polaków) trwały mniej więcej do 2 lipca. Później trwały egzekucje poszczególnych osób i grup. Ludzie później mówili, że »Ptasznicy« zabijali w cztery różne sposoby – „rozstrzeliwali, zabijali młotem, bagnetem, lub bili do zabicia".

Relacje te, oraz wiele innych umieszczonych w pracy A. Drożdżyńskiego i J. Zaborowskiego, wymownie zaprzeczają słowom T. Oberländera, jakoby "Nachtigall" pełnił tylko funkcje wartownicze. Trudno zresztą się dziwić, że człowiek, który był instruktorem i współpracownikiem (jeśli nie zwierzchnikiem) tego "krwawego oddziału" starał się przedstawić go z jak najlepszej strony, zwłaszcza że pełnił wówczas wysokie odpowiedzialne stanowisko w rządzie RFN.

W 1960 roku ukazała się w Polsce książka A. Drożdżyńskiego i J. Zaborowskiego pt. „Oberländer.” Autorzy udowadniali w niej, że T. Oberländer był nie tylko dowódcą batalionu "Nachtigall", ale faktycznie zwierzchnikiem całej grupy operacyjnej, w skład której wchodziły następujące jednostki: I batalion pułku "Brandenburg" pod dowództwem mjra Heinza (odpowiedzialnego równocześnie za wojskową stronę operacji), batalion ukraiński "Nachtigall" dowodzony przez por. dra Herznera (dowódca ukraiński Roman Szuchewycz), jednostka Geheime Feldpolizei pod dowództwem kpt. Krügera oraz Abwehrtruppe II kierowana przez ppor. prof. Mittelhaure. Cywilną część grupy Oberländera stanowiła sześcioosobowa grupa członków kierownictwa OUN-B.

Autorzy twierdzą, że Oberländer jako "osobisty przedstawiciel admirała Canarisa" (szefa Abwehry) jest bezpośrednio odpowiedzialny za zbrodnie dokonujące się we Lwowie podczas swego pobytu w tym mieście (do nocy z 6 na 7 lipca), gdyż dokonywały się "tylko na jego rozkaz lub za jego zgodą".

Żołnierze batalionu "Nachtigall" od swych niemieckich przełożonych nie otrzymywali żadnych rozkazów wzięcia udziału w pogromach, ale nie można wykluczyć, że część z nich samowolnie to uczyniła wspólnie z nacjonalistami ukraińskimi.
Opierając się na umorzeniu śledztwa przez bońską prokuraturę T. Oberländer uzyskał pozytywne dla siebie wyroki w procesach przeciw "Die Tat" we Frankfurcie, "Die Volkstimme" w Wiedniu, prezesowi Związku Literatów Niemieckich Berntowi Engelmannowi i Seppowi Barankowi w Monachium. Inną tezę o odpowiedzialności za mord uczonych lwowskich przedstawił w 1964 roku Zygmunt Albert. W artykule zamieszczonym w "Przeglądzie Lekarskim" twierdził, że mord uczonych nastąpił na skutek rozkazu Himmlera, a: "grupa Słowików Oberländera była wykorzystana do tej haniebnej roboty, ale panem życia i śmierci profesorów pamiętnej nocy lipcowej był Krüger, późniejszy kat inteligencji polskiej w Stanisławowie... Nie ulega wątpliwości, że otrzymał on bezpośrednio odpowiedni rozkaz od Himmlera". Swe tezy Z. Albert precyzował na podstawie artykułów K. Lanckorońskiej.

W 1948 r. emigracyjna gazeta "Orzeł Biały" w numerach 45—47 opublikowała duży artykuł zatytułowany Niemcy we Lwowie. Jego autorką była hr. Karolina Lanckorońska, przed wojną docent Uniwersytetu Lwowskiego, w czasie wojny aktywna działaczka Rady Głównej Opiekuńczej (RGO).

K. Lanckorońska przyjechała do Lwowa w styczniu 1942 r. z mandatem RGO zorganizowania w woj. stanisławowskim filii RGO, zwanej Komitetem Polskim. Podczas wykonywania tego zadania w maju 1942 r. została aresztowana w Stanisławowie przez gestapo.

Szefem gestapo w Stanisławowie był kpt. Hans Krüger. Podczas przesłuchania K. Lanckorońskiej Krüger pewien, że aresztowana nie wyjdzie na wolność pochwalił się jej, że brał udział w likwidacji profesorów lwowskich, że to jego dzieło. Twierdził, że gdy "Feldgestapo" wkraczało na nowo zdobyte tereny, posiadało gotowe spisy osób, które miały być aresztowane. Krüger na ich podstawie wymordował profesorów we Lwowie, a następnie inteligencję polską w Stanisławowie. Feldgestapo nie zatrzymywało się na dłużej w jednej miejscowości, posuwało się za linią frontu, wykonując zadania porównywalne tylko do wypełnianych przez "Einsatzkommando SS". Po pięciu tygodniach pobytu w więzieniu stanisławowskim K. Lanckorońską w dniu 8 lipca zawieziono do Lwowa i osadzono w więzieniu na Łąckiego. W następnych dniach przesłuchiwał ją w urzędzie gestapo przy ulicy Pełczyńskiej komisarz do spraw politycznych — Walter Kutschmann. Powiedział on K. Lanckorońskiej, iż jej krewni z włoskiej rodziny panującej interweniowali u H. Himmlera i dzięki temu została ona przywieziona do Lwowa mimo gwałtownych sprzeciwów Krügera.

K. Lanckorońska wyczuwając u Kutschmanna niechęć do Krügera zdecydowała się opowiedzieć o okrucieństwie i wręcz patologicznym sadyzmie, który cechował stanisławowskiego szefa gestapo. Podczas przesłuchania powiedziała również o wymordowaniu przez niego lwowskich uczonych. Zdumiony tym oświadczeniem K. Lanckorońskiej, po upewnieniu się, że mówił jej o tym sam Krüger, potwierdził słowa szefa gestapo w Stanisławowie mówiąc: "Przecież ja byłem przy tym. Służyłem pod nim. Kazał mi owej nocy przyprowadzić drugą grupę profesorów według spisu, który mieliśmy od Ukraińców studiujących w Krakowie. Powiedziałem Krügerowi, że nikogo nie zastałem w domu, dlatego ci ludzie nie zostali zamordowani".

Zamieszana w rozgrywkę między dwoma gestapowcami Lanckorońska złożyła obszerne zeznania i czekała na dalszy rozwój wypadków. Dopiero w listopadzie 1942 roku Kutschmann wrócił z Berlina i oświadczył, że wygrał batalię o Krügera i Lanckorońska wyjedzie do Berlina jako świadek w rozprawie przeciw szefowi gestapo w Stanisławowie oskarżonemu o to, że zdradził jej tajemnicę zamordowania uczonych lwowskich. Do rozprawy jednak nie doszło. W styczniu 1943 r. K. Lanckorońska została przewieziona do obozu koncentracyjnego w Ravensbrueck, skąd 5 kwietnia 1945 r. została zwolniona dzięki interwencjom w jej sprawie czynionym przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Po wojnie w początkach 1946 r. K. Lanckorońska przesłała byłemu rektorowi Uniwersytetu Lwowskiego Stanisławowi Kulczyńskiemu, z którego rodziną była zaprzyjaźniona, swą opowieść-raport o przeżyciach w latach 1941 — 1945. Żona rektora — Maria Kulczyńska — zdecydowała się go opublikować łącznie ze swymi wspomnieniami i uwagami w 1977 roku. Od tej pory tzw. Raport Karoliny Lanckorońskiej jest częściej niż artykuły Lanckorońskiej w prasie emigracyjnej wykorzystywany w różnorodnych publikacjach i opracowaniach. Wartość Raportu polega na ujawnieniu nazwisk dwu hitlerowców bezpośrednio odpowiedzialnych za zamordowanie lwowskich uczonych, a równocześnie wyjaśnia również sprawę gotowych list, którymi posługiwali się gestapowcy.

Wydarzenia z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych potwierdziły wiarygodność Raportu w dość nieoczekiwany sposób. W 1967 r. odbywał się w Münster proces przeciwko esesmańskim ludobójcom ludności Stanisławowa. Jednym z głównych oskarżonych był Hans Krüger, który — jak się okazało — przeżył wojnę i w RFN uchodził za antyfaszystę. W czasie przewodu sądowego H. Krüger przyznał się, że należał do SS i przebywał w Stanisławowie, ale już w 1942 roku został ukarany za wydanie tajemnic gestapo pewnej Polce. Niestety osoba ta została w 1943 roku wywieziona do Ravensbrück i tam zmarła. Pewien, że Lanckorońska nie przeżyła obozu, podał sądowi jej imię i nazwisko. Prokuratura RFN stosunkowo łatwo odnalazła we Włoszech przebywającą tam Lanckorońską i wzięła ona udział w procesie jako świadek. Redaktor Marian Podkowiński, który relacjonował ten proces w "Trybunie Ludu" pisał, że konfrontacja ze świadkiem, który zjawił się jakby duch zza grobu, wywarła wstrząsające wrażenie. Oskarżony stracił pewność siebie, załamał się i zrezygnował z prób przekonania sądu o swej niewinności. W rezultacie udowodniono mu, wg. M. Podkowińskiego, zbrodnie w Stanisławowie oraz skazanie na śmierć i uczestniczenie w egzekucji uczonych lwowskich.

Faktycznie jednak Sąd Przysięgłych w Munster uniewinnił H. Krugera od zarzutu popełnienia zbrodni zabójstwa na profesorach lwowskich z braku dostatecznych dowodów winy. Dając wiarę zeznaniom K. Lanckorońskiej sąd nie wykluczył, że Krüger mógł się przed nią przechwalać twierdząc, że jest sprawcą zbrodni we Lwowie, a to w celu, by wzbudzić w niej strach, albo zyskać w jej oczach na znaczeniu. Krüger w sierpniu 1942 r. został usunięty ze stanowiska szefa gestapo w Stanisławowie, zdegradowany i skazany na 1 rok aresztu za ujawnienie tajemnicy państwowej. W lipcu 1943 roku Krüger w stopniu zaledwie Unterstumführera został przeniesiony do Chalon we Francji. Wojnę zakończył w Holandii w stopniu Hauptsturmführera (kapitana). Władze brytyjskie zwolniły go z obozu w 1948 roku z braku dowodów winy. Osiadł w miejscowości Luedingshaussen koło Munster (Westfalia) i stworzył wokół siebie legendę antyfaszysty. Otoczony szacunkiem współmieszkańców został wybrany do zarządu ziomkostwa brandenburskiego, a następnie został przewodniczącym tej organizacji w Nadrenii-Westfalii i kandydował nawet do parlamentu krajowego. Zgubiła go zbytnia pewność siebie, został rozpoznany jako kat ludności polskiej i żydowskiej Stanisławowa, a proces sądowy pośrednio wykazał jego związek ze zbrodnią lwowską.

Długo nie były znane losy drugiego gestapowca — Waltera Kutschmanna. Według Raportu Lanckorońska prosiła o ochronę jego życia generała Bora-Komorowskiego w tajnym meldunku wysłanym do Warszawy z więzienia we Lwowie,ale nie było wiadomo, czy przeżył wojnę. Szymon Wiesenthal, kierownik żydowskiego ośrodka dokumentacyjnego w Wiedniu, rozpoczął intensywne poszukiwania W. Kutschmanna, które zakończyły się powodzeniem. Ustalił, że były gestapowiec lwowski mieszka w Argentynie pod nazwiskiem Ricardo Olmo. Twierdząc, że jest on odpowiedzialny za zbrodnię lwowską domagał się od władz prokuratorskich RFN, by wystąpiły o ekstradycję W. Kutschmanna i wytoczyły mu proces sądowy. Starania jego zakończyły się niepowodzeniem, mimo zatrzymania W. Kutschmanna przez policję argentyńską.

Zbigniew Kustosik, korespondent PAP, w sierpniu 1975 r. przekazał depeszę z Berlina, która wyjaśniła losy Kutschmanna. Jej treść była następująca:

"... sąd zachodnioberliński uchylił wydany w 1967 r. nakaz aresztowania byłego oficera SS Kutschmanna, który został ostatnio rozpoznany w Buenos Aires. Decyzję tę wytłumaczono przedawnieniem nakazu w wyniku zmiany kodeksu karnego. Na Kutschmannie ciąży m. in. zarzut współudziału w zamordowaniu profesorów lwowskich 4 lipca 1941 roku.

Pomijając tutaj zwyczaje zachodnioberlińskiego sądownictwa, uznającego zbrodnię ludobójstwa za przedawnioną, należy stwierdzić, że i drugi gestapowiec bezpośrednio zamieszany w likwidację lwowskich uczonych przeżył wojnę i żył spokojnie na kontynencie, który stał się oazą poszukiwanych przez sądy europejskie zbrodniarzy hitlerowskich. W 1974 r. siostrzeniec zamordowanego profesora Władysława Boya-Żeleńskiego — Władysław Żeleński wspólnie z kilku innymi uczonymi polskimi na Zachodzie rozpoczął tzw. "Akcję lwowską". Była to kolejna próba wyjaśnienia śmierci uczonych w oparciu o prywatne dochodzenia i informacje, które spodziewano się otrzymać po opublikowaniu apelu w prasie. Adwokat Robert Kempner, znany z publikacji o procesie norymberskim, pozyskany do prowadzenia sprawy domagał się ponownego postawienia w stan oskarżenia Hansa Krugera, ale władze niemieckie nie wyraziły na to zgody motywując to tym, że już jest skazany na najwyższą karę — dożywotniego więzienia. W sumie "Akcja lwowska" przyniosła nikłe rezultaty i nie spełniła oczekiwań, jakie pokładali w niej jej inicjatorzy.

Egzekucji profesorów w dniu 4 lipca dokonał mały oddział dowodzony przez esesmana i składający się z 6 — 7 Hilfspolizisten, którzy byli Ukraińcami, chodzili w niemieckich mundurach i pełnili funkcję tłumaczy. W szeregach "Einsatzkommando Galizien" była również grupa folksdojczów i Ukraińców.

W poniedziałek 4 lipca 2012 roku będziemy obchodzić 71 rocznicę kaźni profesorów lwowskich wyższych uczelni na zboczu Kadeckiej Góry, obok ul. Wuleckiej, t.zw. Wzgórz Wuleckich we Lwowie. W miejscu zbrodni gdzie istniał krzyż brzozowy postawiono skromny krzyż metalowy na niewielkim betonowym cokole. Obok tablice z wyrytymi nazwiskami zamordowanych uczonych w językach ukraińskim i polskim. Każdego roku odbywa się w tym miejscu krótkie nabożeństwo, po którym jako część oficjalną stanowią przemówienia. Nie ma wspomnień rodzin pomordowanych, nie istnieją groby straconych profesorów, jako, że nastąpiło w październiku 1943 roku całospalenie zwłok.

W roku 1943 na rozkaz Himmlera utworzono specjalne brygady, których zadaniem było niszczenie śladów morderstw masowych, oraz ostateczne likwidowanie obozów żydowskich. W dniu 8 października 1943 roku jedna z takich grup / t. zw. Sonderkommando 1005, które tworzyli Żydzi z obozu Janowskiego / odkopała grób rozstrzelanych w roku 1941 lwowskich profesorów. 9 października w święto Jom Kipur / Sądnego Dnia / w obozie znajdującym się w lesie Krzywczyńskim podpalono kolejny stos ponad dwóch tysięcy zamordowanych, potem popiół rozsiano po lesie i okolicznych polach. Więźniowie „Brygady Śmierci” chcąc rozpoznać zwłoki, szukali dokumentów. Odnaleźli m.in. przedmioty należące do profesorów Włodzimierza Stożka i Tadeusza Ostrowskiego. Dane te podał Leon Weliczker w spisywanym przez siebie pamiętniku, jedyny, któremu udało się zbiec z „Brygady Śmierci”. Relacjonował on dalej: ziemia była sucha, więc trupy nie były rozłożone, ubrania mało zbutwiałe. Z ubrań było widać, że to ludzie z lepszej sfery. U jednego wystawał złoty kieszonkowy zegarek z ładnym łańcuszkiem, u innych wypadły złote pióra.

Zwłoki wywieziono do lasu Krzywczyńskiego, dorzucając je do ogromnego stosu z innych masowych grobów. Istnieje domniemanie, że w lesie Krzywczyńskim, znalazły się zwłoki mojego ojca doc. med. Maurycego Mariana Szumańskiego asystenta prof. Adama Sołowija na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Ojciec mój został aresztowany przez gestapo po 4 lipca 1941 roku w swoim / naszym / mieszkaniu przy ul. Jagiellońskiej 4 we Lwowie i osadzony w więzieniu przy ul. Łąckiego we Lwowie wraz z innymi lwowskimi intelektualistami. Być może został rozstrzelany w drugiej egzekucji przez batalion ukraińsko – hitlerowski „Nachtigall” / „Słowik” / na dziedzińcu Zakładu Abrahamowiczów, a zwłoki z tej egzekucji wywieziono ciężarówką za miasto, gdzie spalono je w pobliskim lesie, jak setki ofiar.

W ten sposób hitlerowcy, nauczeni odkryciem stalinowskich dołów śmierci w Katyniu, usiłowali zatrzeć ślady własnych zbrodni. Podpalony stos, zawierający około 2000 zwłok, pochłonął ciała lwowskich uczonych i ich towarzyszy. Popiół przesiany ze spalonych zwłok i zmielone resztki kości rozrzucono na pobliskich polach.

Egzekucji dokonali żołnierze ukraińsko - hitlerowskiego batalionu „Nachtigall” pod dowództwem nacjonalisty ukraińskiego Romana Szuchewicza /„Tarasa Czuprynki”/.

Roman Szuchewicz „wsławił się” strzałem w tył głowy w 1926 roku przy ulicy Zielonej we Lwowie wykonując swój wyrok śmierci na osobie kuratora ziemi lwowskiej Stanisława Sobińskiego. „Czuprynka” sprawował wówczas urząd referenta bojowego OUN-UPA. Był jednym z organizatorów zamachów na posła Tadeusza Hołówkę zamordowanego w Truskawcu w 1930 roku, Bronisława Pierackiego – Ministra Spraw Wewnętrznych oraz szeregu policjantów. Na elewacji bocznej polskiej szkoły im. św. Marii Magdaleny we Lwowie istnieje żeliwna płaskorzeźba poświęcona mordercy OUN-UPA Tarasowi Czuprynce, której wmurowanie uważam za prowokację uwłaczającą polskiej racji stanu. Dyrektor szkoły nie protestował, jak również władze Rzeczypospolitej.

Armia niemiecka wkroczyła do Lwowa 30 czerwca 1941 roku wypierając z niego pierwszych sowieckich okupantów. Niemcy witani byli gorąco przez część Ukraińców. Już następnego dnia do miasta weszło Einsatzkommando pod dowództwem SS- Brigadenfurhera dra Eberharda Schongartha, człowieka osławionego akcją aresztowania profesorów krakowskich UJ, AGH i Politechniki Krakowskiej w dniu 6 listopada 1939 roku w osławionej akcji "Sonderaction Krakau". Równocześnie z oddziałami niemieckimi do miasta wkroczył ukraińsko - hitlrowski batalion SS „Nachtigall” pod dowództwem Theodora Oberlaendera i Romana Szuchewycza - "Czuprynki".

Grupa Schongartha rozpoczęła swoją działalność już następnego dnia po wkroczeniu do Lwowa, ściśle według zaleceń Hitlera:
„Polacy będą mieli tylko jednego Pana – Niemców. Dwaj panowie obok siebie nie mogą, i nie powinni istnieć. Dlatego wszystkich przedstawicieli polskiej inteligencji należy zgładzić”.

Generalny gubernator Hans Frank w przemówieniu do SS i policji w dniu 30 maja 1940 roku powiedział: „ Nie da się opisać ile mieliśmy zawracania głowy z krakowskimi profesorami. Gdybyśmy sprawę tę / Sonderaktion Krakau / załatwili na miejscu miałaby ona całkiem inny przebieg. Proszę więc panów usilnie, by nie kierować już nikogo do obozów koncentracyjnych w Rzeszy, lecz podjąć likwidację na miejscu, względnie wyznaczyć karę zgodnie z przepisami. Każdy inny sposób stanowi obciążenie dla Rzeszy i dodatkowe utrudnienie dla nas. Posługujemy się tutaj / Sonderaktion Lemberg / całkiem innymi metodami, które będziemy stosować nadal”.

Pierwszym aresztowanym wśród inteligencji polskiej w dniu 2 lipca 1941 roku we Lwowie był trzykrotny premier II RP prof. Kazimierz Bartel.

Niemcy posiadali imienne listy osób przeznaczonych do likwidacji, sporządzone przez ukraińskich studentów-nacjonalistów. Aresztowani po rewizji, to znaczy grabieży pieniędzy i wartościowych przedmiotów przewożeni byli do Bursy im. Abrahamowiczów na szczycie Wzgórz Wuleckich. Tam po krótkim przesłuchaniu wprowadzani byli grupami na pobliskie wzgórze Wuleckie i rozstrzeliwani przez ukraiński oddział „Nachtigall”.

Istnieją opisy świadków mordu obserwujących egzekucję z okien pobliskich zabudowań. Wstrząsająca jest relacja prof. Franciszka Groera, wybitnego lwowskiego pediatry, który ocalał, dzięki temu, iż żona profesora była Angielką. Oto fragmenty owej relacji:

„…brutalnie popychając wtłoczono nas do budynku i ustawiono w korytarzu twarzą do ściany. Jeżeli ktoś się poruszył, uderzali go kolbą lub pięścią w głowę. Była może 12.30 w nocy, a stałem tak nieruchomo do godziny 2. Mniej więcej co 10 minut z piwnicy budynku dobiegał krzyk i odgłosy wystrzałów. Wezwano mnie jako dziesiątego, może dwunastego z rzędu. Jednym z zabitych w Bursie był młody inżynier Adam Ruff, zabrany wraz z matką i ojcem z mieszkania profesora Ostrowskiego. Gdy w trakcie przesłuchania doznał ataku epileptycznego, rozwścieczony oficer niemiecki bez wahania zastrzelił go.
Krwawiące zwłoki wynieśli później czterej profesorowie, prowadzeni na własną egzekucję, a matce Ruffa i profesorowej Ostrowskiej kazano zmyć krew z posadzki Bursy”.

Około 3 rano 4 lipca, w płaskiej wnęce na stoku wzgórza żołnierze wykopali prostokątny dół. Miał on kilkanaście metrów kwadratowych i był przedzielony w poprzek nie przekopanym wałem. Skazanych przyprowadzano z Bursy i ustawiono na płaskiej części zbocza, prawdopodobnie tam, gdzie obecnie znajduje się krzyż. Po obu stronach grupy stali niemieccy oficerowie z rewolwerami w ręku. Skazanych sprowadzano kilkanaście metrów niżej do miejsca egzekucji. Pluton egzekucyjny składał się z 4 – 6 umundurowanych Ukraińców. Skazanych czwórkami ustawiano na wale. Po salwie plutonu wszyscy, przodem lub tyłem wpadali do dołu.

Wśród rozstrzelanych 4 lipca były 4 kobiety i ksiądz. Ostatnią rozstrzelaną była kobieta w długiej czarnej sukni. Schodziła sama, słaniając się. Gdy przyprowadzono ją nad jamę pełną trupów, zachwiała się, ale oficer przytrzymał ją, żołnierz strzelił i wpadła do jamy. Po egzekucji żołnierze zdjęli płaszcze, zakasali rękawy i łopatami zasypywali grób. Następnie ubito ziemię. Robiono to ostrożnie, aby się nie zabrudzić, bo ziemia była silnie zbryzgana krwią.

Niektórzy skazani mogli zostać zasypani żywcem, gdyż po salwie nie dobijano rannych. Zamordowano wtedy 40 osób, a dzień później dalsze dwie. Najstarszy miał w chwili rozstrzelania 82 lata. Dopiero 26 lipca 1941 roku zgładzono prof. Politechniki Lwowskiej Kazimierza Bartla – trzykrotnego premiera Rządu II Rzeczypospolitej. Aresztowany najwcześniej bo 2 lipca, przebywał w więzieniu na Łąckiego, do 26 lipca, gdzie usiłowano zrobić z niego konfidenta gestapo. Profesor Kazimierz Bartel oddał życie z honorem.

Na Wzgórzach Wuleckich życie oddało 45 osób.

Batalion SS „Nachtigall” wchodził w skład Legionu Ukraińskiego, utworzonego przez hitlerowców z ukraińskich nacjonalistów. Batalion był ubrany w mundury niemieckie. W okresie poprzedzającym wojnę ze Związkiem Sowieckim był specjalnie szkolony do zadań sabotażu i dywersji w Neuhammer. Szkolenia te nadzorował osobiście profesor niemieckiego uniwersytetu im. Karola IV w Pradze, dziekan wydziału nauk politycznych, porucznik Abwehry – Theodor Oberlaender. Po zajęciu Lwowa przez Niemców nastąpił szczególnie okrutny pogrom ludności, zwłaszcza żydowskiej. Na terenie Lwowa działały niezależnie od siebie – dwie grupy: jednostki Abwehry, wspomagane przez nacjonalistów ukraińskich z batalionu „Nachtigall”, formacje Sicherheistdienstu, wspomagane przez milicję ukraińską i oddziały Wehrmachtu. Milicja ukraińska występująca po cywilnemu, jedynie z żółto – niebieskimi opaskami na ramionach stanowiła organ terroru samozwańczego rządu Stećki, powołanego do życia dekretem wodza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Stepana Bandery.

Po wybuchu wojny niemiecko – sowieckiej Lwów został zajęty przez hitlerowców jak wspomniałem 30 czerwca 1941 roku, lecz już na 7 godzin przed zajęciem miasta przez dywizję strzelców alpejskich wkroczyła do miasta niemiecko-ukraińska grupa Abwehry, pozostająca pod osobistym dowództwem Theodora Oberlaendera. W skład grupy oprócz oddziałów wojska i policji niemieckiej wchodził również batalion ukraińsko - hitlerowski „Nachtigall” pod dowództwem Romana Szuchewycza – „Czuprynki” i por. Herznera z oficerami będącymi w ścisłym kontakcie ze Stepanem Banderą, Iwanem Hryniochem i Jurijem Łopatynśkim, a także grupą cywilów z kierownictwa radykalnego skrzydła OUN:
Jarosławem Stećko, Iwanem Radłykiem, Stepanem Pawłykiem, Stepanem Łemkowskym, Dmytro Jaciwem.

Nastały straszne, tragiczne dni i noce dla miasta. Ślepa nienawiść, okrucieństwo, bestialstwo zaczęły prześcigać się w masowych zbrodniach na bezbronnej, niewinnej ludności Lwowa– wspomina tamte dni Jacek Wilczur świadek tamtych wydarzeń. Morderstwa pojedyncze i grupowe rozpoczęły się nazajutrz po zajęciu Lwowa przez hitlerowców.
Razem z Niemcami wkroczyli do Lwowa Ukraińcy w mundurach niemieckich. Była to grupa wyjątkowo wrogo odnosząca się do w stosunku do ludności polskiej i żydowskiej. Ich to właśnie nazywano „Ptasznikami”. Nazwa ta pochodziła od symboli ptaków wymalowanych na jej wozach i motocyklach.

Powszechnie wiadomo było, iż grupy nacjonalistów ukraińskich, ukraińska milicja i Niemcy dokonują aresztowań z uprzednio przygotowanych list. Aresztowano w pierwszych dniach inteligencję – profesorów, artystów, nauczycieli szkół powszechnych, młodych księży. Aresztowanych wożono do gmachu gestapo przy ulicy Pełczyńskiej, do Brygidek, do więzienia przy ul. Łąckiego, lub więzienia na Zamarstynowie. Osoby aresztowane już wieczorem 30 czerwca i w następne dni wywożono do kilku miejsc i rozstrzeliwano. Zdarzało się , że aresztowanych bito przed egzekucją. Miejscami straceń były Winniki pod Lwowem, Wzgórze Kortumówki, Żydowski Cmentarz, ul.Zamarstynowska.

Egzekucje masowe / pogromy Polakow i Żydów / trwaly do 2 lipca. Póżniej nadal trwały egzekucje poszczególnych osób i grup. Mówiono, iż „Ptasznicy” mordowali czterema sposobami: rozstrzeliwali, zabijali młotem, bagnetem, bądź bili, aż do zabicia. Od ludzi którzy byli świadkami aresztowań zamieszkałymi przy ul. Arciszewskiego, Kurkowej, Teatyńskiej, Legionów i Kazimierzowskiej wiadomo było, iż „Ptasznicy” w czasie aresztowań nosili mundury Wehrmachtu kończy swą opowieść Jacek Wilczur.

A tymczasem ?

- B. prezydent Ukrainy nacjonalista, banderowiec Wiktor Juszczenko zostaje wielokrotnie uhonorowany m.in. przez rządzących Polską polityków:

Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski (2009, Polska),

Orderem Orła Białego (2005, Polska),

Tytułem Człowieka Roku tygodnika "Wprost" (2004, jako drugi cudzoziemiec),

Tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej (2000),

Tytułem doktora honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana PII (2009).

Nieopodal kościoła św. Elżbiety we Lwowie wznosi się pomnik ludobójcy i polakożercy Stepana Bandery, ul. Leona Sapiehy we Lwowie nosi nazwę Stepana Bandery, a prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko wyniesiony do prezydentury przez Wałęsę i Kwaśniewskiego weteranom OUN – UPA przyznał prawa kombatanckie, przywożąc wcześniej garść ukraińskiej / ? / / czytaj lwowskiej /ziemi która urodziła Jacka Kuronia na jego grób, równocześnie określając Kuronia jako wielkiego Polaka i wielkiego Ukraińca !

                                                                              Aleksander Szumański

 

 

 
««  start « poprz. 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 nast.  » koniec »»

Pozycje :: 481 - 490 z 665
 
Copyright © 2014 . All rights reserved