24.04.2014.
Start arrow Publicystyka
Publicystyka
PROTEST KRAKOWSKICH KOMBATANTÓW Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
29.06.2012.

PROTEST KRAKOWSKICH KOMBATANTÓW

 

Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu został powołany na mocy ustawy z dnia 18 grudnia 1998 r.

W ramach Instytutu działają:

 

    Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu,

    Biuro Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów,

    Biuro Edukacji Publicznej,

    Biuro Lustracyjne.

 

Do zadań Instytutu należy gromadzenie i zarządzanie dokumentami organów bezpieczeństwa państwa, sporządzonymi od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990 r., prowadzenie śledztw w sprawie zbrodni nazistowskich i komunistycznych oraz prowadzenie działalności edukacyjnej. Instytut przejmie dokumenty z archiwów m. in. MSWiA, UOP, MON, MS, Archiwum Akt Nowych.

 

Ustawa o IPN przewiduje udostępnianie dokumentów zgromadzonych w archiwach służb specjalnych PRL osobom, o których organy bezpieczeństwa państwa zbierały informacje na podstawie celowo gromadzonych danych, w tym w sposób tajny.

 

                  Instytut Pamięci Narodowej pełniący narodową służbę historyczną i edukacyjną niejednokrotnie był i niestety jest w dalszym ciągu atakowany przez różne siły polityczne, które należy nazwać antypatriotycznymi i antypolskimi. Wysuwane są nawet żądania likwidacji IPN. To z zewnątrz.

 

Otrzymałem dzisiaj (29 czerwca 2012) pocztą internetową kopię listu Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie skierowanego do Dyrektora Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej dr Andrzeja Zawistowskiego.

 

http://wkrakowie2012.wordpress.com/2012/06/29/ipn-pod-lupa-krakowskich-kombatantow/

http://pamiec.pl/ftp/pamiecpl/pamiec_pl_01-caly.pdf

www.pamięć.pl

Ten list budzi zrozumiały niepokój, rodzący się zawsze gdy ujawnianie prawdy staje się przeszkodą w realizacji  zamierzeń, nie mających spójni z narodową służbą historyczną.

Gdy  istniejące przesłanie prof. Janusza Kurtyki - „Demontaż państwa już się skończył. Teraz będą znikać ludzie” –( Janusz Kurtyka, 06.04.2010) owocuje już dramatycznie, tym bardziej należy przestrzegać prawd historycznych traktując je jako narodową walkę obronną.

                                                                                              Aleksander Szumański

 

 

 

 
BEATA OBERTYŃSKA CZ.VI Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 0
Autor: Aleksander Szumanski   
28.06.2012.

ALEKSANDER SZUMAŃSKI DLA BARW KRESÓW

 

BEATA OBERTYŃSKA CZ. VI

 

NA TAK ZWANEJ WOLNOŚCI

 

 Pewnego wieczoru, po jakimś dłuższym postoju przy brzegu, postoju, który miał być ostatni przed końcem naszej wodnej drogi – przyszła do mnie skiperka, prosząc na pożegnalny poczęstunek. Niepodobna było odmówić. Zastaję kajutkę pełną dymu i gorąca. Dzieci śpią na rozesłanym łóżku. Jest Radziszewska,  jest krajan, oni dwoje i ja. Prócz nas nasze ogromne cienie na ścianach i suficie. Na stole leży świeżo z brzegu przywieziony chleb i papierosy, a obok naftowej lampki trzy filiżanki i dwa blaszane kubki. Nad wszystkim zaś góruje wysmukła flaszka z winem. Skiper  ma twarz czerwoną i lśniącą od potu. Wdać, że obaj są już dobrze pod gazem. Ta flaszka na stole to zdaje się ostatnia z przywiezionych dziś z brzegu. Nawet skiperka ma wiśniowe wypieki i czarne jej, głęboko zapadłe oczy skrzą się nie swoim podnieceniem. Jedna tylko Radziszewska jest taka sama, jak zawsze.

 

Pod koniec września w południe jesteśmy wreszcie u kresu naszej wolnej drogi. Znam już ten brzeg i to rozmlaskane deskami bagno i te gliniaste wąwozy, którymi szara ława wlecze się oto ku obozowi. Mijamy łączkę, na której trzy miesiące temu paliło nas tak bezkarnie czerwcowe słońce. Tym razem obóz otwiera  przed nami kolczaste ramiona bramy. Nie ma już żadnego sprawdzania, ani liczenia nas przy wejściu.

 

Dają nam kilka dużych osobnych namiotów, w których zajmujemy z Radziszewską kawałek dolnych nar tuż pod płócienną ścianą. Nad nami i koło nas gniotą się mężczyźni. Dostajemy tu pierwszy raz po dziesięciu dniach gorącą strawę. Chochlę wody z krupami i łyżkę grysiku. Pieniądze i prowiant na dalszą drogę mamy pobierać w biurze, zaraz po kąpieli. Bania jest tylko jedna, więc najpierw idziemy my dwie. Cóż to za komfort! Tylko dwie! Gospodaruje tu siwe jak gołąb, bose dziadzisko, o rozwianej na płóciennej koszuli srebrzystej brodzie, dziad jak z bajki, uśmiechnięty poczciwie przeraźliwie błękitnymi oczami. Oczywiście zakluczony. Wie skądeś, że idziemy na wolu. Jest tym wyraźnie wzruszony. Coś fawrze w brodę, cos opowiada i tłumaczy, ale wszystko bezzębnie i bełkotliwie. Niewiele rozumiem, oprócz tego, że nam rad. W dowód zaufania nie wydziela nam, jak zwykle w bani mydła, tylko zostawia całą paczkę, pełną lepkich, przyciętych na miarę kostek. Mamy sobie wziąć ile nam trzeba. Radziszewska bierze rzecz dosłownie i robi zapas do końca życia.

 

W nocy budzi mnie przejmujące zimno i wicher oddymający płócienną klapę okna. Przeskok temperatury jest tak nagły, że musi mieć jakąś głębszą przyczynę. Dźwigam się na łokciu. Oczywiście! Z otworu namiotu kurzy mi w twarz mokry, ciężki śnieg, którego już na mnie pełno. Wesoło! Ciemność nocy za namiotem jest sypka i ziarnista od falami nadchodzącego szelestu, bijących z wiatrem o płótna, płatków. Słyszę, że i Radziszewska nie śpi.  – Śnieg – powiadam. – Szlag by go trafił. Śnieg – oddzwania mi zębami spod płaszcza. Ma rację! Szlag by go trafił! Ten śnieg, to istna klęska! Jakże to, wszystko jutro pójdzie do kolei? W tych szmatach, dziurach, półbose? Ten głupi chudziak bez fufajki i całe mrowie bezbronnych wobec zimna łachmaniarzy?

 

Przypis:

 

Przypomnę : po agresji ZSRS na Polskę , w czasie okupacji sowieckiej Lwowa, w lipcu 1940 roku Beata Obertyńska została aresztowana przez NKWD i osadzona w areszcie w osławionych lwowskich Brygidkach, następnie więziona kolejno w Kijowie, Odessie, Charkowie, Starobielsku, wreszcie zesłana do łagru Loch-Workuta.

 

Beata Obertyńska ceniła twórczość Władysława Broniewskiego. Być może w hołdzie dla niej Władysław Broniewski napisał:

 

„[…] Mistrzyni życia, Historio,

Zachciewa ci się psich figlów

Z za kraty podgląda Orion

Jak razem siedzimy na kiblu

 

Opowiadasz mi stare kawały

I uśmiechasz się na wpół drwiąca

I tak kiblujemy pomału –

Ty od wieków, ja od miesiąca

 

O Nieśmiertelna, skądże

Ta skłonność do paradoksów

I powiedz mi – czy to mądrze

Całemu światu krew popsuć?

 

Bo skoro na całym świecie

Jak nie wojna to stan wojenny –

Historio powiedz mi przecie

Po diabła tu kiblujemy?

 

Rewolucyjny poeta

Ma zgnić w tym mamrze sowieckim?

Historio przecież to nietakt

Ktoś z nas po prostu jest dzieckiem

 

Więc wstydź się sędziwa damo

I wypuść z Zamarstynowa

(Na kryminał zaraz za bramą)

Zasłużymy sobie od nowa

 

                               Wiersz napisany w lwowskim więzieniu Zamarstynów w kwietniu 1941 roku,

druk w „Wiadomościach” Londyn 18 marca 1962 r. nr 833

 

 

…Nie wiem o której nad ranem budzi nas nagły gwar i światło w namiocie. Co tam takiego znowu? Podrywamy się obie i nie chcemy wierzyć oczom. Marysia, Helena, długa Krystyna, Danusia, pani Stefania, pani Ada – i cała moc innych. To druga partia zwolnionych z sangrodka i Workuty! Przyjechały wszystkie razem z dużym transportem mężczyzn. Wszystko to runęło do naszego namiotu zziębnięte, zmęczone i głodne. Pokazuje się, że jest jeszcze moc miejsca na narach , choć wczoraj się zdawało, że szpilki nie wetknie. Marysię, Helenę i Krystynę lokujemy przy sobie. Niechby się choć zagrzały po tej drodze…

 

I tak dnia trzeciego października, około godz. 9 wieczorem, wyruszamy z niezapomnianego Kotłasu. Wagony kołaczą, koła huczą, dzieci z przeciwka popłakują na wszystkie tony, ale to nic. Wierzę naiwnie, że jest to ostatni etap przed dostaniem się do wojska i że na pewno droga nie potrwa długo. Trwała trzy tygodnie. Dokładnie trzy bez jednego dnia. Dwadzieścia dni gniecenia się w tej ciasnocie pod sufitem, dwadzieścia dni niemycia się, nierozbierania, wszy, głodu, zimna, zmęczenia, poniewierki.

Vis – a – vis nasze, to przeważnie rodziny osadników kresowych i leśników. Pierwszy raz stykam się więc z przedstawicielami tej milionowej rzeszy, która w zimie 1940 roku została siłą wywieziona w głąb Rosji. Włosy dęba stają na głowie, kiedy się słucha, co ci biedacy przeżyli. Każda prawie rodzina przeszła inne koleje, toteż słuchając ich teraz, łatwo sobie odtworzyć całość ich gehenny.

 

Siedzieli sobie – Bogu ducha winni – spokojnie po gajówkach, czy małych gospodarstwach rolnych, kiedy weszli Sowieci.  Nie należąc wcale do zamożnej warstwy społeczeństwa, nie mając za sobą żadnej działalności politycznej, pewni byli, że im od tych nieproszonych „przyjaciół” nie grozi nic. Poddali się wszystkim nakazom okupacyjnych władz, uczęszczali na mityngi, płacili podatki. Co sobie myśleli, co czuli, czego pragnęli – tego oczywiście nie było poznać na zewnątrz. Jedyna rzecz, której nie ukrywali to było przywiązanie do religii. Konstytucja, z którą siłą zaznajomić się musieli na mityngach, głosiła zresztą wolność wyznaniową. Nie przeczuli, że Sowieci zdają sobie jednak dobrze sprawę z wrogiego ich nastawienia i nieprzejednanej nienawiści do najeźdźcy. Wiedzieli, że jedynym sposobem „odpolszczenia Polski”, będzie pozbawienie jej Polaków. Z diabelską perfidią umyślili więc nie ludziom odebrać kraj, ale krajowi - ludzi. Plan swój przeprowadzili nagle, podstępnie, jednej nocy, na całym okupowanym terenie.

 

Dziś słucham opowiadań o tej zbrodni widzianej od tamtej, dotkniętej tym nieszczęściem strony.

 

…Wieziono ich tygodniami i miesiącami, w zaplombowanych wagonach. Wody nie dostawali prawie wcale, jedzenia również. Żyli tym co, co przygodnym towarzyszom niedoli pozwolono zabrać z sobą. W niektórych wagonach stały wprawdzie piecyki – była przecie zima, ale opału zabrakło już po kilku dniach. Paliło się więc wszystko, co z posiadanych w wagonie rzeczy dało się spalić: skrzynie, paki, stołki…

 

Ale potem i to się skończyło. O piekle tej drogi trudno dać pojęcie. Dzieci zamarzały po kilkoro jednej nocy. Sine, zesztywniałe trupki wypychało się przez zakratowane okienka i wyrzucało w śnieg. Zdarzały się i porody – w mrozie, na gołej podłodze. Byle sznurek, byle scyzoryk musiały przy tym wystarczyć. Nie było wody, aby te dzieci chrzcić.

 

I szły te upiorne pociągi, jeden za drugim, aż poczerniały od nich wszystkie linie kolejowe, wszystkie arterie łączące cywilizowany świat z tym złowrogim azjatyckim kolosem. Potem rozpełzły się po niezliczonych obłaściach  od Archangielska po Kołymę, by rozsiać zrabowanych ludzi małymi grupkami po lasach, tajgach i stepach. I wtedy, kiedy ich mieli już w ręku, gdy wszystko było zdane na ich łaskę i niełaskę zaczęto z nich pompować siły i życie. Starzy i młodzi, chorzy i małe dzieci zmuszone tam były pracować. Kto nie pracował, ten nie miał prawa korzystania nawet z tych – pożal się Boże – jak, zaopatrzonych posiołkowych sklepów i kantorów. Póki były jeszcze rzeczy z domu, ludzie ratowali się sprzedawaniem ich. Każde prześcieradło, ręcznik, poduszka, para butów, pończochy, ubranie czy suknia, to tam – majątek! Od miejscowej ludności można było za to kupować mleko, jaja, grzyby, czy miód. Ale potem i to się skończyło. Ratowały ich jeszcze żywnościowe paczki, które nadchodziły z kraju. Znikoma jednak ilość tych masowych wysiedleńców zostawiła kogokolwiek w Polsce.

 

Dwudziestego trzeciego października dobijamy wreszcie do Faraby, rzecznego portu Amu – Darii. Pierwsze wrażenie – straszne! Drugie jeszcze gorsze.

 

Ogromna, zawalona ludźmi słoneczna płaszczyzna, rażąca blaskiem i upałem. Uchodźcy z Ukrainy, amnestionowani Polacy, Żydzi, Rosjanie, Ukraińcy, na pół zdechłe konie, parszywe osły, drób w kojcach – co kto chce. Obozowisko rozściela się na piasku, daleko od rzeki. W zamglonym powietrzu rysuje się tylko ogromny szkielet żelaznego mostu, który spina ze sobą oba brzegi niewidzianej stąd wcale Amu – Darii. Właściwie to nie widziałoby się jej znikąd tutaj, bo niepodobna otworzyć oczu. Tak wściekłego wichru, jak ten, który dął bez przerwy cały dzień w Farabie, nie pamiętam po prostu.

I głupstwo jeszcze, gdy sam wiatr. Skośna, boleśnie siekąca chmura piasku, śmiecia i papierów rzuca się z furią na człowieka i nie pozwala mu tchu złapać. Nie wiadomo w która stronę się obrócić, aby się od niego uchronić. Wszyscy są wściekli, zirytowani, nikt niczego nie wie, nikt nikogo na wietrze tym nie słyszy, choć każdy drze się jak za rzekę. Tysiące ludzi biwakuje tu pod gołym niebem od tygodni. Meble, pościel, kufry, kołyski, maszyny do szycia, prymusy, drób, chorzy, zdrowi.

 

W takie to piaskiem nieustannie zasypywane mrowisko wyrzucił nas pociąg i odjechał. Wagon nasz rozpełzł się na różne strony. Na nasypie został tylko ciężko chory pan Stefan, pan Szczepan, ja i wicher. To nie do opisania wprost co za wicher!

 

Na płacz się zbiera w bezsilnej złości i irytacji. Ogólne rozdrażnienie obozujących tu od tygodni tłumów jest wobec tego aż nadto zrozumiałe. Wszyscy się kłócą, wrzeszczą, rozpychają, jeden drugiego zadeptać by gotów. Ale jakże się dziwić? My przyjechaliśmy w tej chwili dopiero, a już skóra na nas skacze z podrażnienia i złości. To przeklęte wichrzysko, ta niemożność otwarcia oczu, to ten piach w zębach i brudne papiery bijące o ciebie, jak ptaki. Oszaleć można!

 

Pchając się „rakiem” pod brudny tuman, mrużąc oczy i zaciskając szczelnie usta, znajdujemy wreszcie skrawek miejsca w kotlince pod nasypem.

                                                                                              c.d.n.  

 

Część   VII – „Z południa znów na północ”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

 
FELIETON POWAŻNY O ŻYDOWSKIEJ PRASIE W POLSCE Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
28.06.2012.

   ALEKSANDER SZUMAŃSKI

KORESPONDENCJA ZE LWOWA

 

FELIETON POWAŻNY O ŻYDOWSKIEJ PRASIE W POLSCE

 

 

             CHWILA

 

    We Lwowie do 1939 roku ukazywała się gazeta przeznaczona dla obywateli polskich pochodzenia żydowskiego „Chwila”. Zapewniam, iż tej znakomitej polskiej, patriotycznej gazety nie czytali jedynie lwowscy Żydzi, albowiem jako gazeta ukazująca się w Polsce, w polskim Lwowie  przyjęła misję polskości. W tym miejscu przypomnę rolę jaka odegrali lwowscy Żydzi w nauce i kulturze ziem kresowych. Na Uniwersytecie lwowskim im. Jana Kazimierza, założonym przez króla Polski Jana Kazimierza w 1661 jako Akademia Lwowska; jako jeden z najstarszych w Europie Wschodniej i czwarty najstarszy uniwersytet założony na ziemiach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, wychował wielu uczonych, również Polaków pochodzenia żydowskiego, jak   Gerszon Zipper (1868-1921) wybitny prawnik, czy Maurycy Allerhand ur. 28 czerwca 1868 w Rzeszowie, zamordowany w sierpniu 1942 we Lwowie) – polski prawnik żydowskiego pochodzenia, profesor Wydziału Prawa Uniwersytetu Lwowskiego im. Jana Kazimierza. To lwowscy naukowcy profesorowie wyższych uczelni zostali zamordowani przez hitlerowsko – ukraiński batalion Nachtigall na stoku Góry Kadeckiej – Wzgórzach Wuleckich we Lwowie 4 lipca 1941 roku. Czy ktoś z naukowców pozwolił sobie na dywagacje rozróżniania wśród pomordowanych naukowców ich pochodzenia? Powszechnie wiadomo, iż po wkroczeniu Niemców do Lwowa w czerwcu 1941 roku odbywały się regularne rzezie lwowskich naukowców, artystów, ludzi kultury, czy prostych rzemieślników Polaków i Żydów dokonywane przez Niemców i ukraińskich nacjonalistów OUN – UPA. Przed wybuchem II wojny światowej lwowska „Chwila” stanowiła medialne ogniwo służące wyłącznie Polsce i Polakom. To na łamach tej gazety ukazywały się artykuły popularno – naukowe naukowców polskich i żydowskich, ale również ukraińskich. Ta gazeta spełniała tak potrzebna rolę społeczną przy gaszeniu wszelkich lwowskich antagonizmów etnicznych.  Początki prasy Żydów lwowskich przypadają na XIX w., pierwsze pisma wydawane były w języku hebrajskim i niemieckim. Po uzyskaniu przez Galicję autonomii w 1867 r. nastąpił szybki proces polonizacji. Zaczęły ukazywać s się pierwsze asymilatorskie czasopisma Żydów lwowskich w języku polskim - „Zgoda" (1877-1878) wydawana przez Towarzystwo „Zwiastun Pojednania" i „Ojczyzna" (1881-1891). Ten sam kierunek reprezentowała „Jedność" (1907-1912) i „Zjednoczenie" (1912-1918). Od pierwszego numeru z dziennikiem związany był Henryk Rosmarin (1882-1955), uważany za jego współtwórcę. Absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza, prawnik i dziennikarz, wydawca „Wschodu", od wczesnej młodości był działaczem społecznym Nie tylko „Chwila", lecz także żydowska codzienna prasa warszawska „Nasz Przegląd", „Hajnt", „Moment" oraz tygodnik „Opinja" publikowała jego artykuły. Służył radą i pomocą każdej akcji publicznej i społecznej, stworzył setki kas Gemilath Chesed,  zaopatrujących najuboższych w kredyt, brał udział w licznych akcjach Jointu (Joint Distribution Committee - międzynarodowa żydowska organizacja charytatywna). Od roku 1922 trzykrotnie wybierany do Sejmu, był jednym z wiceprezesów „Koła Żydowskiego”. oraz członkiem Komisji Budżetowej. Liczne artykuły zamieszczane w „Chwili" dają świadectwo jego głębokiej znajomości stosunków gospodarczych i finansowych państwa polskiego. Pierwszy numer „Chwili" wraz z Henrykiem Rosmarmem jako wydawcą podpisał Dawid Schreiber. Urodzony w 1874 r. we lwowskiej w zasymilowanej rodzinie , otrzymał wszechstronne wychowanie rodzicielskie w duchu ich ojczyzny Polski. Studiował filozofię w Wiedniu, ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Lwowskim, gdzie uzyskał stopień doktora praw. Redaktor naczelny „Chwili" w latach 1920-1939, Henryk Hescheles8, człowiek o niepowtarzalnej osobowości, oddany pracy społecznej, politycznej i publicystycznej. Urodził się we Lwowie w 1886 r., studia uniwersyteckie ukończył w Wiedniu. Tłumacz, krytyk literacki i teatralny, artykuły swoje ogłosił w setkach numerów „Chwili". Uczestniczył w życiu kulturalnym i społecznym Lwowa jako członek Rady Miasta Lwowa, Rady Nadzorczej Miejskiego Muzeum Przemysłu Artystycznego, Syndykatu Dziennikarzy Lwowskich. To właśnie dzięki niemu dziennik otworzył swoje łamy grupie młodych poetów i krytyków literackich. Tak wspominał poeta Maurycy Szynel swoją drogę do redakcji, kiedy Henryk Hescheles przeczytał jego pierwszy wiersz i przyjął krótkim słowem „Dobrze":

 

Każdy sam los swój kuje...

Wiersz, jak nóż życie przeciął —

Pan redaktor przyjmuje

Między pierwszą a trzecią. 

 

Między pierwszą a trzecią

Na zielonym Podwalu,

Na Podwalu gdzie z żalu

Płaczą po mnie kasztany,

Te dziecinne, beztroskie

Najpiękniejsze, bo lwowskie,

Kochane — — 

 

Oto krok nieopatrzny

W drogę słów niepowrotną.

Niepowrotną, samotną,

W mroku lęków zgubioną

I ku nocy zwróconą –

Przez wertepy pokraczne — —

Oto krok nieopatrzny. 

 

Były smutki maleńkie

I piosenki cichutkie –

Nie wiedziałem, że lękiem

Nabrzmią słowa i smutki — 

 

Smutki słodkie, wieczorne

Snute z myśli bezpańskich

W słodkie zmierzchy gwiaździste

Tam, na Wałach Hetmańskich,

Tam na Zamku Wysokim,

Tam pod złotym obłokiem,

Tam na cichych ulicach

W srebrnych smugach księżyca. 

 

Redaktorze kochany,

Drogi Panie Henryku,

Jest niedobrze na świecie

Śpiewającym słowikom

 

Wybitną postacią związaną z „Chwilą" od początku jej istnienia był Leon Reich (1879-1929). Od wczesnej młodości przejawiał talent organizacyjny i rozwijał działalność polityczną. Po promocji na doktora praw na Uniwersytecie Lwowskim, objął naczelną redakcję „Wschodu". Absolwent paryskiej „Ecole de Sciences Politiques"', władał ośmioma językami. Artykuły jego publikowała „Chwila", „Nowy Dziennik", „Hajnt", „Moment", centralne gazety polskie, dzienniki amerykańskie, francuskie, angielskie, niemieckie.

 

Społeczność żydowska w Polsce przed 1939 rokiem występowała jako znacząca mniejszość narodowa.

Według spisu ludności z 2002 roku struktura narodowości w Polsce  nie prezentuje żydowskiej mniejszości narodowej ujętej zapewne w spisie w pozycjach inna narodowość = 1,23 % , przy Polakach 95,63%, Ślązakach 0,45%, Niemcach O,40 %, Ukraińcach 0,08%, Romach 0,03% .

 

Od 1989 roku w Polsce ukazuje się „Gazeta Wyborcza” nie określająca się jako pismo żydowskie, wyraźnie jednak do tej społeczności skierowane w olbrzymim nakładzie pół miliona egzemplarzy. Redaktorami tej gazety są jej naczelny Adam Michnik obywatel polski pochodzenia żydowskiego, syn znanego działacza Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy Ozjasza Szechtera, jak również Seweryn Blumstein tego samego pochodzenia.

 

Na łamach tej gazety ukazują się m.in. antypatriotyczne teksty – „Patriotyzm jest rasizmem” /”GW” 17 sierpnia 2007 /, czy ukazanie czytelnikom nieprawdy historycznej dotyczącej Obrony Lwowa w 1920 roku, jakoby miało tam dojść do rozejmu pomiędzy Polakami I Ukraincami, a walki odbyły się bez udziału Orląt Lwowskich.

 

„Ja mam z Ukrainą więzi sentymentalne. Mój ojciec urodził się we Lwowie, mój przyjaciel Jacek Kuroń też się urodził we Lwowie, ja się czuje uczniem Jerzego Giedroycia, który uważał Ukrainę za centralny element naszego myślenia o polityce polskiej przyszłości…marzę byśmy mogli razem zbudować coś wspólnego…wspólny twór państwowy… np. POL – UKR, lub UKR – POL, to będziemy państwem z którym będzie  musiał się liczyć każdy i na Wschodzie i na Zachodzie. To jest olbrzymia szansa…”  (Adam Michnik na Ukrainie – „Kurier Galicyjski” nr 17  18 – 28 września 2009).

 

Po tej wypowiedzi redaktora naczelnego „GW” Bronisław Komorowski natychmiast, już 10 listopada 2009 roku  dekoruje Michnika Orderem Orła Białego. Komorowskiemu nie pozostaje dłużny rektor Uniwersytetu Pedagogicznego Michał Śliwa nadając 12 listopada 2009 roku tytuł doctora honoris causa – osobie, która nie jest naukowcem.

 

W numerze świątecznym miesięcznika „Kraków” /grudzień 2009 r./ ukazał się szeroki wywiad z Adamem Michnikiem udzielony w podzięce za otrzymane honory:

 

 Adam Michnik:

 

{…} dwa nazwiska chciałbym tutaj przywołać. Prof. Marek Waldenberg, pierwszy honoris causa tej uczelni, pisał o Leninie. Tłumaczył, że Lenin nigdy nie napisał, że jest zwolennikiem systemu monopartyjnego. Była to teza tyleż prawdziwa, co inspirująca. Bowiem nie trzeba deklarować, że jest się zwolennikiem takiego systemu, by ten system instalować. Lenin był rewolucjonistą, który kochał wolność, ale miała to być wolność dla zwolenników rewolucji, dla przyjaciół rewolucji w leninowskim rozumieniu tego słowa. Nie była to wolność dla inaczej myślących. Odmówiono tej wolności nie tylko ludziom dawnego reżimu carów- odmówiono jej także konstytucyjnym demokratom; odmówiono również socjalrewolucjonistom….Róża Luksemburg pisała polemicznie, że wolność dla zwolenników jednej tylko partii – choćby najliczniejszej – nie jest żadną wolnością. Wolność jest zawsze wolnością dla inaczej myślącego. …prof. M. Waldenberga Lenin nazywał „Juuszka”.

 

Prof. Michał Śliwa rektor uczelni powiedział /cyt. z "GW"/:

"Protestującym odpowiem: gdyby nie Adam Michnik, to teraz zainteresowałyby się wami SB, a potem trafilibyście do aresztu - mówi "Gazecie Wyborczej" rektor Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, inicjator przyznania doktoratu honorowego Michnikowi".

 

Laudację uzasadniającą przyznanie honorowego doktoratu Adamowi Michnikowi wygłosił profesor Uniwersytetu Pedagogicznego, publicysta "GW" i "Tygodnika Powszechnego" Janusz Majcherek, autor jednego z najbardziej oszczerczych i napastliwych artykułów na temat dziejów Polski - "Ciemne karty polskiej historii", opublikowanego w "Tygodniku Powszechnym" redagowanym przez ks. Adama Bonieckiego. Tekst ten stanowi prawdziwy zsyp różnorakich antypolskich i antykatolickich potwarzy, insynuacji i oszczerstw.

 

Kim był Marek Waldenberg wymieniony powyżej przez Adama Michnika, wymaga  nieco szerszego omówienia.

 

Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego z czasów PRL-u ma swoją niechlubną tradycję. Po wielkim luminarzu nauk prawniczych prof. Władysławie Wolterze kierownictwo katedry objął Kazimierz Buchała wysoko oceniany w archiwach Służby Bezpieczeństwa - tajny współpracownik / TW / o pseudonimie "Magister", promujący swoich ulubieńców Andrzeja Zolla i Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Wydaje się, iż dzisiejsza opiniotwórczość katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego, mająca niebagatelny wpływ na stosowanie prawa w Polsce i kształtowanie opinii publicznej, korporacyjność urzędującej palestry, wyrokowanie niepodległych sądów i Trybunału Konstytucyjnego, niekiedy budzące sprzeciw społeczny, ma swoje korzenie w zhańbieniu i zbezczeszczeniu Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w okresie PRL-u.

 

Oprócz Buchały, Zolla i Ćwiąkalskiego działali tam jeszcze w tym okresie Marek Waldenberg, kierujący katedrą Podstaw Marksizmu-Leninizmu, sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR, sekretarz Komitetu Uczelnianego PZPR, piszący prace naukowe o Leninie i m.in. o rzekomej wielkości zausznika Lenina Karla Kautskyego / "Juuszka"/ marksistowskiego sekciarza. Do pocztu bezprawników tego okresu dołączył prof. Julian Polan - Harashin b. prokurator w Lublinie, szwagier kard. Franciszka Macharskiego ścigający tam żołnierzy AK i NSZ, skąd musiał uciekać, bo podziemie wydało na niego wyrok śmierci.

 

Prof. Julian Polan- Harashin, , jako wiceszef Sądu Wojskowego wydał kilkadziesiąt wyroków śmierci na żołnierzy AK i NSZ. Był podobnie jak jego przyjaciel po todze Stefan Michnik, czy Helena Wolińska najkrwawszym sędzią PRL-u i skorumpowanym łapówkarzem. Jako dziekan studium zaocznego Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego wydał kilkaset "łapówkarskich" dyplomów magistrów praw. Gdy jeden z dyplomowanych partyjnych i ubeckich "magistrów" skompromitował się swoją "prawniczą wiedzą" i sprawa nabrała rozgłosu prof. Julian Polan-Harashin podpalił dokumenty w dziekanacie. Otrzymał wyrok, lecz szybko został uwolniony i skrupulatnie donosił nadal, jako agent SB, m.in. na Karola Wojtyłę i cały umęczony Kościół Powszechny.

W tym ubeckim poczcie "bezprawników" Uniwersytetu Jagiellońskiego działał oficjalnie jako agent SB, prawnik kryminolog niedawno zmarły prof. Tadeusz Hanausek, przyjaźniący się z Michałem Boni, donoszącym na swojego  pryncypała Tadeusza Mazowieckiego.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         Aleszumm

                                                                                                                 Aleksander Szumański

 

 
AGENTURA W POLSCE KONTROLOWANA PRZEZ ROSJĘ Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
24.06.2012.

AGENTURA W POLSCE KONTROLOWANA PRZEZ ROSJĘ

 

Leszek Pietrzak (ur. 1967) Absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, doktor historii. W latach 1991 – 2000 pracował jako analityk w Urzędzie Ochrony Państwa, w latach 2006 – 2008 był członkiem komisji weryfikującej oficerów rozwiązanych Wojskowych Służb Informacyjnych, a od 2008 r. do 2010 r. pracownikiem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, obecnie wykładowca akademicki i publicysta.

 

               

 

Leszek Pietrzak „Zakazana historia” – „Rosyjska „Wieś”:

 

Zlikwidowane w 2006 roku Wojskowe Służby Informacyjne były kontrolowane przez Rosję.

 

Gdy na początku lat 90 wycofano z Polski sowieckie wojska, euforia była tak wielka, że nikt nie zastanawiał się nad skutkami półwiekowej obecności Sowietów na naszym terytorium. Problemu nie dostrzegały szczególnie powstałe w 1991 roku Wojskowe Służby Informacyjne. Ich kierownictwo nigdy nie uznało tego problemu za priorytet, a przez 15 lat WSI nie zlokalizowały żadnego rosyjskiego szpiega.

 

Problem sowieckiego dziedzictwa nie był także dostrzegany przez ministrów obrony narodowej nadzorujących działalność WSI.

 

Władcy ZSRS mieli świadomość, że wycofując swoje wojska z krajów Europy  Środkowej i Wschodniej, nie mogą utracić sowieckich wpływów.

 

Dlatego ostatnie lata pobytu w Polsce Rosjanie postanowili wykorzystać do budowy infrastruktury operacyjnej, która mogłaby być użyteczna w przyszłości. Działając przy sowieckich jednostkach wojskowych komórki GRU i KGB intensywnie pozyskiwały agenturę i operacyjnie zbierały informacje o polskich obywatelach.

 

Pracę operacyjną prowadzono nie tylko wśród oficerów w okolicznych jednostkach Wojska Polskiego, ale również wśród ludzi mieszkających w otoczeniu tych jednostek. Nie unikano też nawiązywania „więzów przyjaźni” z przedstawicielami polskiej administracji, czemu sprzyjały prowadzone wówczas oficjalne rozmowy rosyjskich wojskowych z lokalnymi władzami. Głównym celem miało być stworzenie bazy operacyjnej, czyli tzw. agentury zamrożonej, która mogłaby zostać uruchomiona, gdy jednostki Armii Radzieckiej nie będą już stacjonowały na terytorium RP.

 

Już w latach 1994 – 1996 rosyjskie GRU i KGB zaczęły uaktywniać „zamrożone” kontakty operacyjne. Nagminnym zjawiskiem w latach 90. było organizowanie przez polskich oficerów suto zakrapianych spotkań z poznanymi wcześniej, a teraz przyjeżdżającymi do Polski oficerami Armii Radzieckiej. Nasze służby nie wykazywały jednak większego zainteresowania „turystycznymi” wycieczkami oficerów do naszego kraju. Doskonałym przykryciem dla wizyt „radzieckich kolegów” był nielegalny handel.

 

Rosyjska działalność szpiegowska była często maskowana za pomocą spółek handlowych z udziałem kapitału rosyjskiego, które powstały na początku lat 90. Znaleźli się wśród nich rosyjscy wojskowi. Spółki te, co najmniej kilkaset, działały przede wszystkim w zachodniej Polsce, gdzie wcześniej stacjonowały rosyjskie garnizony. Niejednokrotnie łatwo wchodziły w obszary działalności związane z wojskiem.  To one oferowały swoją pomoc polskim firmom zajmującym się tzw. obrotem specjalnym. Nieprzypadkowo też wielu polskich potentatów w tej branży korzystało z pomocy firm rosyjskich.

 

Sowiecka infrastruktura operacyjna w Polsce mogła być uzupełniona grupą oficerów LWP, która w czasach PRL przeszła przeszkolenie, lub zdobyła wykształcenie dowódcze w byłym ZSRR. Wielomiesięczne pobyty naszych oficerów w kontrolowanych przez Rosjan ośrodkach sprzyjały zdobywaniu na nich „haków”, co z kolei ułatwiało werbunek. Rosjanie jednak nie od razu korzystali z „pomocy” Polaków. Zwerbowanych oficerów pozostawili w „zamrożeniu” na wiele lat. Kierowali się bowiem uzasadnionym przypuszczeniem, że absolwenci tych kursów mogą być poddani kontroli polskich służb. Proces ich uaktywniania rosyjscy zwierzchnicy rozpoczęli dopiero podczas wyprowadzania sowieckich wojsk z Polski. Wówczas to kadrowi pracownicy KGB i GRU zaczęli intensywnie odświeżać przyjaźń z kadrą nowopowstałych WSI.

 

Do 1998 roku WSI nie podjęły żadnych kroków oceniających i weryfikujących ludzi, którzy w przeszłości odbyli szkolenia w ZSRR. Głównie dlatego, że większość osób z kierownictwa WSI sama przeszła takie szkolenia. Jeszcze w 1998 roku w WSI służyło 158 oficerów po sowieckich kursach i to za zwyczaj na kierowniczych stanowiskach.

 

To oni nadawali kształt WSI i decydowali o karierze innych oficerów. Kiedy w 1994 roku Polska uczestniczyła w „ Partnerstwie dla pokoju”, coraz częściej dochodziło do oficjalnych kontaktów oficerów WSI z przedstawicielami służb krajów NATO. Przeszłość polskich oficerów przeszkolonych na Wschodzie była jednak od dawna znana zachodnim służbom, co budziło niechęć zachodnich sojuszników. Nie mieli oni też do Polaków zaufania.

 

Przykładem niech będą zdarzenia z lat 90. kiedy m.in. Niemcy nie wyrazili zgody, by atache’ w Kolonii był płk. Cezary Lipert, absolwent kursu GRU. Z kolei strona kanadyjska niechętnie odniosła się do kandydata płk. Dobrosława Mąki, dwukrotnego uczestnika kursów GRU. Dopiero w 1998 roku gdy zaczęto obawiać się następnych kompromitacji, kierownictwo WSI (gen. Tadeusz Rusak) w ramach operacji „Gwiazda” zaczęło identyfikować zagrożenia dla WSI ze strony absolwentów radzieckich akademii i kursów specjalnych. Wtedy około 50 oficerów służb wojskowych, obawiając się pytań o edukację w ZSRR, zwolniło się i przeszło w stan spoczynku. Gdy w 2001 roku SLD wygrał wybory zaniechano akcji „Gwiazda”.

 

W WSI nadal służyło 66 oficerów po sowieckich szkoleniach ( na eksponowanych stanowiskach) i nadal nie stanowiło to przeszkody w robieniu przez nich kariery. Przykładem może być były szef WSI gen. Bolesław Izydorczyk. WSI miały informacje świadczące o jego kontaktach z oficerami rosyjskich służb specjalnych. Gen. Izydorczyk, dzięki wsparciu ludzi z otoczenia prezydenta Kwaśniewskiego i bierności ówczesnego szefa WSI gen. Tadeusza Rusaka, otrzymał, - mimo „poważnych wątpliwości” – stosowne poświadczenie bezpieczeństwa i wyjechał do Brukseli, gdzie miał dostęp do największych tajemnic NATO.

 

Opuszczając w 1993 roku Polskę Sowieci pozostawili infrastrukturę operacyjna opartą na dwóch cennych kanałach informacyjnych.

 

Pierwszy, związany z aktywnością KGB i GRU w ostatnim okresie pobytu Armii Radzieckiej w naszym kraju, polegał na budowie sieci informacyjnej nastawionej na funkcjonowanie polskiej armii.

Drugi był znacznie niebezpieczniejszy bo ukryty wewnątrz niej – opierał się na absolwentach sowieckich uczelni i kursów specjalnych.

Te dwa kanały dawały Rosjanom ogromną przewagę w relacjach z polskimi służbami. Dzięki nim sowieckie służby mogły identyfikować i neutralizować operacyjne działania WSI. Jeszcze gorsze było to, że mogły posłużyć się „polskimi kolegami” do rozpoznania systemów dowodzenia NATO (Polska weszła do nich oficjalnie w 2004 roku).

Nie bez powodu minister obrony Federacji Rosyjskiej gen. Paweł Graczow powiedział:

„W Polsce mamy samych przyjaciół, a wśród nich są ludzie zaufani”. W tym kontekście rozwiązanie WSI było spóźnionym początkiem budowy suwerennego bezpieczeństwa narodowego.

 

Literatura:

Leszek Pietrzak „Zakazana historia” „Rosyjska „Wieś” 2011

 

 
RYŻY PO CICHU GRABI NARÓD Z AGENTURĄ SOWIECKĄ W TLE Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
20.06.2012.

 

 

     

    RYŻY PO CICHU GRABI NARÓD Z AGENTURĄ 

    SOWIECKĄ W TLE.

 

Podatek Katastralny już jest wprowadzony w bazach informatycznych sądów. Wszystkie sądy w Polsce mają już wprowadzone oprogramowanie podatku katastralnego i są już przeszkoleni ludzie do ściągania tego podatku, więc nie ma co mówić o tym czy będzie wprowadzony bo to już dawno cichcem, w tajemnicy przed POspólstwem i Polakami zostało zdecydowane. Znajome firmy komputerowe osobiście instalowały to w sądach. Pytanie kto podjął taką decyzję i na jakiej podstawie prawnej? Proszę to sprawdzić i tą aferę nagłośnić bo to jest skandal - kto tak naprawdę rządzi ustawodawczo w Polsce jeśli nie Sejm. Na stronach MF pisze się o 1-2% maksymalnie i to narazie!!!!!! podatku. Czytać a nie pisać bzdury. Chytre jest to, że to zadłużone po czubek głowy gminy mają go ustalać by odium wprowadzenia i niezadowolenie padło na nie!!!a nie ryżego i jego złodziejską kamarylę. Lemingi w to uwierzą, dobry baćka ryży i źli bojarowie z gmin.

Ludzie będą gremialnie sprzedawać swój dobytek: domy, działki, etc.. oczywiście wszystko po mocno zaniżonej cenie.... dom 10ooo pałac 50ooo.... kupią to odpowiedni ludzie.. którzy .. nie będą płacić podatków... Podatki zaczną regulować, jak już skupią to, co mieli.. wtedy zrobi się abolicję, myk... i będzie jak dawniej.. ludzie w slamsach albo barakach, a tuski latyfundyści... wszystko już było.... wszystko już było....

Kataster ograbi nas z domów. Ekipa Donalda Tuska chce wprowadzić po cichu za pośrednictwem samorządów druzgocący dla milionów Polaków podatek od nieruchomości. Jeśli podatek katastralny wszedłby w życie, obciążenia właścicieli nieruchomości mogłyby skoczyć z kilkudziesięciu złotych do wielu tysięcy. Choć od 1997 r. powstało wiele projektów ustaw dotyczących katastru, do tej pory żaden rząd nie odważył się go wprowadzić, gdyż byłby to dla niego polityczny koniec. Aby tego uniknąć, ekipa premiera Donalda Tuska odpowiedzialność za wejście w życie podatku katastralnego chce przerzucić na gminy. Samorządy na mocy nowych przepisów miałyby nakładać na właścicieli nieruchomości nawet kilkutysięczne haracze. Wściekłość mieszkańców za horrendalny podatek zostałaby więc skierowana nie na władze centralne, ale na gminy. Samorządy, chcąc ratować zadłużone do granic wytrzymałości budżety, chętnie sięgną po nowe możliwości zwiększania swoich wpływów. Za to rząd będzie mógł swobodnie ciąć subwencje i dotacje dla powiatów i gmin, na które nakłada coraz więcej finansowych obowiązków. Trwają intensywne prace nad projektem nowych przepisów. 21 maja br. minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska przedstawiła rządowy projekt Krajowej Polityki Miejskiej, w którym zawarto pomysł nowego podatku, liczonego nie od powierzchni nieruchomości, jak dotychczas, ale od jej wartości rynkowej. Właśnie skończyły się konsultacje w sprawie założeń tego projektu – do 6 czerwca organizacje pozarządowe mogły zgłaszać swoje opinie i sugestie. Jeśli nie będzie uwag, rząd będzie miał otwartą furtkę do wprowadzenia podatku katastralnego, który może wynieść nawet 1 proc. wartości nieruchomości. Oznacza to, że za mieszkanie warte 600 tys. zł przyjdzie właścicielowi płacić nie 60 czy 100 zł jak dotychczas, ale 6 tys. zł. – Jeden procent to finansowe zabójstwo. Ten podatek powinien wynosić co najwyżej ułamki punktów procentowych – mówi Urszula Słowik, niezależny doradca rynku nieruchomości, była wiceprezes Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast.
Jeśli kataster zostanie wprowadzony, konsekwencje będą jeszcze poważniejsze niż wtedy, gdy gminy podniosły opłaty za użytkowanie wieczyste z 200 zł do 2,5 tys. zł. Urszula Słowik nie zaprzecza, że w początkowym okresie funkcjonowania podatku będziemy mieli do czynienia z masowym ruchem na rynku. Ludzie z niskimi dochodami będą zmuszeni do sprzedaży swoich nieruchomości. Podatek uderzy też w rolników.
– Przed wprowadzeniem katastru trzeba najpierw całościowo uporządkować rynek nieruchomości – uważa Urszula Słowik. Należy najpierw wykonać plany zagospodarowania przestrzennego, których praktycznie nie ma, aby móc na ich podstawie określać wartość katastralną nieruchomości. Bez takich planów będzie dochodziło do spekulacji wartością.
Trzeba też uregulować rynek najmu, by ochronić lokatorów i wynajmujących. Rynek ten należy wyprowadzić z szarej strefy i stworzyć w pełni funkcjonalny system ewidencji gruntów i budynków. Prace w tym zakresie trwają w Polsce od wielu lat i nie zanosi się na to, że w najbliższym czasie zostaną zakończone. Najtrudniej jednak będzie dokonać zmiany mentalnej, by Polacy nauczyli się czerpać korzyści ze swoich nieruchomości i podchodzili do nich inwestycyjnie, a nie sentymentalnie. Dom rodzinny wciąż dla wielu z nas jest świętością i nie sposób traktować go jako przedmiotu rynkowego obrotu. Artur Gierada, poseł Platformy Obywatelskiej, potwierdza, że w kręgach rządowych mówi się o podatku katastralnym, ale podkreśla, że jego wprowadzenie ma w PO zarówno zwolenników, jak i przeciwników. – Osobiście byłbym bardzo ostrożny. Przy wprowadzeniu tego typu podatku należałoby zadbać o to, by ewentualna stawka była jak najbardziej przyjazna. Jeden procent to dużo, najbiedniejsi mogliby nie wytrzymać – powiedział „Codziennej” poseł Gierada.
– W wielu krajach kataster się nie sprawdził. Dlatego nie sądzę, żeby został wprowadzony w tej kadencji – uspokaja parlamentarzysta. - // - POdatek katastralny doprowadzi do kradzieży tysięcy mieszkań i domów. Od ponad 20 lat Polską rządzi zdegenerowana grupa ludzi, którzy w normalnym kraju nie zostaliby przyjęci nawet na stanowisko woźnego w szkole. Do tej pory zajmowali się kradzieżą majątku państwowego czyli prywatyzowali a w rzeczywistości kradli spółdzielnie, zakłady pracy, huty, stocznie, itd. Ponieważ cały ten majątek został już właściwie ukradziony to było oczywiste, że POtem zajmą się prywatnym majątkiem Polaków. Na kradzież majątku państwowego wymyślili nazwę prywatyzacja. Na kradzież majątku prywatnego wymyślili nazwę POdatek katastralny.
Ponieważ są to bardzo prymitywni złodzieje więc mechanizm tej kradzieży będzie wyglądał następująco:
1. Wszyscy właściciele nieruchomości (mieszkania, domy, ogrody, działki, itp.) zostaną obciążeni podatkiem w skali rocznej 1-2% wartości nieruchomości
Żyją tysiące ludzi, którzy są właścicielami odziedziczonych nieruchomości w miejscach gdzie są bardzo wysokie ceny gruntu, np. w okolicach Warszawy, Anin, Komorów, itp. Są to biedni ludzie utrzymujący się z głodowych rent i emerytur po ok. 1000 zł miesięcznie. Nieruchomości w których żyją są warte ok. 1 mln zł. POdatek katastralny wyniesie od tego 20 tys. zł rocznie czyli ok. 900 zł miesięcznie a więc nie ma żadnej możliwości aby został zapłacony.
całość: http://k14.eu/3s

ZNALEZIONE W SIECI ALEKSANDER SZUMAŃSKI

 
BILANS RZĄDÓW MIŁOŚCI Z TRUPAMI W TLE Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 1
Autor: Aleksander Szumanski   
19.06.2012.

BILANS RZĄDÓW MIŁOŚCI Z TRUPAMI W TLE

file:///C:/Users/Aleksander/Desktop/BILANS%20RZAD%C3%93W%20PO%20TRUPY.htm

 
««  start « poprz. 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 nast.  » koniec »»

Pozycje :: 481 - 490 z 723
 
Copyright © 2014 Aleksander Szumański - patriota - niepoprawny politycznie. All rights reserved